piątek, 24 stycznia 2014

Życie pod prąd - cz.VIII

Zbliżał się termin obrony pracy. Iza  miała wrażenie, że gdyby to wszystko miało
trwać jeszcze dwa miesiące dłużej, to najzwyczajniej w świecie nie doczekałaby tego.
Była wciąż zdenerwowana, zmęczona, nawet niewielkie przeciwności doprowadzały
Izę do łez. Koleżanki w pracy szeptały między sobą, że Iza pewnie się zakochała.
Ich zdaniem każda młoda  kobieta musiała mieć  jakiegoś absztyfikanta, no chyba,
że była osobą aseksualną lub wybierała się do klasztoru.
Babcia Zuza z  przerażeniem spoglądała na wnuczkę - Iza ostatnio bardzo
zmizerniała, choć nie można było powiedzieć, że się zle lub niewystarczająco
odżywia.
Skrupulatnie pilnowała, by Iza zawsze jadła rano śniadanie, szykowała dla niej kanapki
do pracy, dbała by Iza jadła owoce i  surówki.
Wreszcie nadszedł ten oczekiwany dzień - Iza  pojechała na uczelnię w stroju niemal
galowym. Ubrała kostium w grafitowym kolorze, pod żakiet włożyła jedwabną bluzkę
w jasno perłowym kolorze. Całość wyglądała niezwykle nobliwie.
Była bardzo zdenerwowana, spodziewała się gradu pytań, a najbardziej takich, które
byłyby sprawdzianem wiedzy z pierwszego lub drugiego roku studiów.
Weszła do sali, w której urzędowała "wysoka  Komisja" i ze zdziwieniem ujrzała zaledwie
cztery osoby - wśród nich znajdował się oczywiście też jej promotor.
Jeden z profesorów wziął do ręki jej pracę, powoli przerzucił kilka kartek i powiedział:
"Ta praca mogłaby być z powodzeniem pracą doktorską. Nie tylko jest bardzo, bardzo
obszerna ale też bardzo szczegółowo omawia temat. Mamy nadzieję, że będzie pani
kontynuować ten temat. Gratuluję, praca jest świetna"
I nie było  żadnych więcej pytań, pozostali panowie tylko usmiechali się życzliwie, a
potem każdy uścisnął jej rękę.
I to koniec? zapytała oszołomiona Iza. Panowie roześmieli się zgodnie, a potem
jej promotor powiedział - "to dopiero początek, dopilnuję, by pani dalej nad tym tematem
pracowała".
Iza podziękowała, przywołała na twarz uśmiech i na miękkich nogach wyszła z sali.
Miała wielce mieszane uczucia - z jednej strony radość, że wreszcie ma studia za sobą,
z drugiej  czuła jakiś niedosyt - nastawiła się na obronę tego co napisała, spodziewała się
podchwytliwych pytań, a tu nic- zero pytań na temat pracy,  zero sprawdzenia jej
wiadomości zdobytych na studiach.
Powędrowała jeszcze do dziekanatu by się dowiedzieć kiedy będzie mogła odebrać
dyplom, potem odszukała aparat telefoniczny, poczekała spokojnie w kolejce i zadzwoniła
do matki informując ją, że już po wszystkim. Prosiła też, by powiadomiła o tym również
babcię, bo ona już nie ma drobnych na  automat.
Niespiesznie wyszła z budynku i usiadła na jednej z ławek, które były na dziedzińcu. Była
bardzo zmęczona, zupełnie jakby przed chwilą dzwigała jakieś niesamowite ciężary.
Był początek  września, słońce grzało obłędnie, drzewa zmieniały pomału kolor liści.
Niebo było idealnie błękitne. Był dopiero wtorek, a Iza miała do końca tygodnia urlop.
Porozglądała się jeszcze po dziedzińcu rozkoszując się świadomością, że nie musi się
nigdzie spieszyć. Wreszcie wstała  z ławki i ruszyła w stronę przystanku autobusowego.
Postanowiła zahaczyć po drodze o cukiernię i kupić w niej coś słodkiego, by wieczorem
razem z  babcią i mamą uczcić to radosne wydarzenie. Wstąpiła do cukierni Bliklego,
kupiła nieduży tort czekoladowo-kawowy  i bojąc się o jego całość, zafundowała sobie
do domu taksówkę. Szybko rozgrzeszyła się z tego wydatku, wszak nie codziennie
broni się pracy dyplomowej.
Babci Zuzy nie było w domu. Iza wstawiła tort do lodówki, przebrała się i ruszyła na
poszukiwanie babci. Sądziła, że babcia powędrowała do pobliskiego warzywniaka lub
sklepu spożywczego, więc ruszyła w ich stronę .
Znalazła babcię w warzywniaku , w którym starsza pani marudziła wybierając paprykę.
Jedna była za mała, inna już nieco zwiędnięta i babcia Zuza była bardzo niezadowolona.
Ale na widok Izy rozpromieniona babcia przestała narzekać, pochwaliła się pani Ulce
sukcesem swej wnuczki i prędko zakończyła zakupy.
Po drodze do domu uzupełniły jeszcze  zapasy cukru, bo babcia miała w planie zrobienie
soku z czarnego bzu.
W domu babcia niemal skakała z radości, że Iza wreszcie skończyła studia. Moja dzielna
koteczka- mówiła co chwilę podchodząc do Izy i tuląc ją do siebie.
Iza pomagała babci w szykowaniu obiadu- tym razem zrobiły "byle co", jak nazywała tę
potrawę babcia. Pokroiły w kostkę surowe kartofle, wrzuciły je na olej, potem dodały
pokrojony w kostkę wędzony boczek, a gdy kartofle się przyrumieniły, nakryły patelnię
pokrywką, by kartofle  zmiękły. W tym czasie Iza zrobiła sałatkę z papryki, kwaszonego
ogórka i cebulki. Gdy kartofle  były już gotowe, zawartość patelni została zalana trzema
rozbełtanymi jajkami. Po pięciu minutach patelnia wraz z zawartością powędrowała do
piekarnika na 15 minut. I "byle co" było gotowe do jedzenia.
Póznym popołudniem, prosto z pracy przyjechała  matka Izy. Dostała odłożoną dla niej
część "byle czego", a potem na stół wjechał tort od Bliklego. Nie dość, że świetnie się
prezentował to był też obłędnie smaczny.
c.d.n.

2 komentarze:

  1. ojej, tak niespodziewanie się kończy....co dalej???
    Iza dzielna i mądra, ale czy życie ją nagrodzi?

    OdpowiedzUsuń
  2. ... :o) ....
    Usciski cieplutkie Anabell!!

    OdpowiedzUsuń