sobota, 4 lutego 2017

c.d.

Gdy tylko dziecko poszło do przedszkola Zosia postanowiła poszukać dla siebie pracy.
Jak należało zarejestrowała się w biurze pośrednictwa pracy, przedstawiając również
świadectwo ukończenia szkoły zawodowej krawieckiej. I wszystkie propozycje jakie
otrzymała dotyczyły tego właśnie zawodu. Ale ona wcale a wcale nie marzyła o pracy
jako krawcowa!
Dołączyła  więc również  świadectwo ukończenia kursu kreślarskiego. Kurs co prawda
ukończyła, ale miała wielce mgliste pojęcie o pracy kreślarki.
W tym okresie było sporo biur projektowych, jakby nie było kraj wciąż jeszcze był  na
etapie  dzwigania się z zapaści powojennej. Powstawały nowe szpitale, nowe osiedla
i ich infrastruktura. Pewne bardzo duże biuro projektowe wciąż potrzebowało nowych
kreślarek i tam skierowano Zosię. Kierownik kadr nieco wybrzydzał, że przyjmuje do
pracy "zieloną kreślarkę", no ale może  lepsza taka niedoświadczona niż żadna.
Gdy weszła po raz pierwszy do pracowni, do której  ją skierowano, miała ochotę uciec.
W bardzo dużej sali stało ze dwanaście kulmanów i z 10 biurek.
Przy każdym z kulmanów ktoś stał. Zosia zamknęła za sobą drzwi i wciąż stała, nie
wiedząc co ma ze sobą zrobić.
Wreszcie jedna  z kreślarek ją zobaczyła i zapytała: czy pani kogoś szuka? Zosia
uśmiechnęła się nieśmiało- mnie tu przysłano z kadr, mam tu pracować.
To musi pani wpierw pójść do  kierownika pracowni, siedzi w pokoju obok.
Zosia podreptała do sąsiedniego pokoju, zapukała i weszła. W pokoju siedział mało
sympatyczny z wyglądu mężczyzna i przeglądał gazetę.
Przy drugim, stojącym w pewnym oddaleniu biurku siedziała bardzo młoda dziewczyna
i coś zawzięcie pisała w olbrzymim zeszycie.
Zosia podeszła do biurka, za którym siedział mężczyzna i podała mu kartę,którą dostała
w kadrach. Pan kierownik przeczytał to co było napisane na karcie, zmierzył spojrzeniem
Zosię od głowy do stóp i się upewnił- to pani pierwsza praca, tak? Tak, potwierdziła Zosia.
Natasza- zwrócił się do siedzącej dziewczyny - daj pani przybory, znajdz jakieś wolne
biurko i daj do wykreślenia próbnik. Natasza wzięła z szafy przybornik i tusz, kawałek
kalki i odbitkę z wyświetlarni, potem kiwnęła na Zosię.  W kolejnej pracowni znalazła
dla niej wolne biurko i powiedziała, żeby zrobiła tuszem rysunek, który jest na odbitce.
Przymocowała wszystko do deski kreślarskiej a na odchodnym szepnęła jej do ucha-
on i tak pani nie przyjmie, nie jest pani pierwsza, już trzy spławił. Tu jest potrzebna
bardzo doświadczona kreślarka. A takich brak, bo stawki niskie.
No i Zosia pracy kreślarki nie dostała.
Rozżalona opowiedziała wszystko mężowi. Za trzy dni Marek załatwił jej pracę
biurową  w jednym z zaprzyjaznionych instytutów. Był to wówczas jedyny skuteczny
sposób załatwienia sobie pracy.
Gdy już pół roku pracowała Marek zaczął urabiać ją, by postarali się koniecznie
o drugie dziecko. Argumenty padały różne, wreszcie Zosia zgodziła się,  dla dobra
dziecka, by nie było jedynakiem. Marek bardzo przykładał się do realizacji tego
projektu, częstotliwość wieczornej gimnastyki wyraznie wzrosła, co wcale nie  budziło
entuzjazmu Zosi. A do tego te jego pytania: "no i jak, było ci dobrze?". A Zosi było
po prostu nijako, czyli jak zawsze. Była bardzo zdziwiona, gdy okazało się, że  jednak
zaszła w ciążę, choć ani razu nie było lepiej niż zawsze.
Padł kolejny mit, który wtedy krążył wśród kobiet- jeżeli kobieta nie odczuwa żadnej
satysfakcji seksualnej to nie zachodzi w ciążę.
Zastanawiające wręcz  ile to mitów krążyło kiedyś wokół seksu i spraw prokreacji.
Jednym z nich było przekonanie, że karmienie dziecka piersią zapobiega zajściu w ciążę.
W to akurat Zosia nie wierzyła, bo znała takie, które spokojnie zachodziły  w ciążę gdy
jeszcze karmiły, a rekordzistka urodziła drugie dziecko w tym samym roku co pierwsze.
Jedno na początku stycznia, drugie pod koniec grudnia.
Marek był szczęśliwy, bo nie dość, że będzie dziecko to on przez ten czas nie musiał
korzystać z zabezpieczeń.
Płeć dziecka przewidywano wtedy głównie na podstawie tego jak kobieta wyglądała
w  czasie ciąży- jeśli ładnie to będzie chłopak, jeżeli w trakcie ciąży brzydła- będzie
dziewczynka.
Proste, prawda.? Może to i była prawda bo w poprzedniej ciąży Zosia wyglądała ładnie
i urodziła chłopca, teraz też wyglądała ładnie. I też  był chłopak.
Marek  piał ze szczęścia i dumy. Ma dwóch synów! Zosia  czuła się zawiedziona -
marzyła o córce.
Wszystko się jakoś unormowało, młodsze dziecko wylądowało w żłobku, starsze było
w przedszkolu, Zosia wróciła do pracy, ale nie na pełny, ale na  półetat. Marek był
zdania, że w ogóle nie powinna pracować, ale Zosia powiedziała, że chce wypracować
sobie emeryturę.
Zasadniczo Zosia nie miała  przyjaciółek. Ale nieco starsza od niej kobieta, z którą
pracowała razem w pokoju, często mówiła o damsko-męskich kontaktach, o  nowych
 środkach antykoncepcyjnych polskich i zagranicznych, o tym ile radości może dać
seks i jak zmieniło się jej życie intymne dzięki tym nowym sposobom antykoncepcji.
Zosia słuchała tego wszystkiego niczym bajki o żelaznym wilku. Za nic nie mogła
zrozumieć jakim cudem seks może być przyjemnością - dla niej wciąż był tylko i
jedynie obowiązkiem małżeńskim. Słuchała, ze zrozumieniem kiwała głową, a w myśli
nazywała swą koleżankę z  pracy rozpustnicą.
Dzieci rosły, Zosia wyjeżdżała z nimi na wczasy do resortowych ośrodków wczasowych
przeważnie sama, rzadko towarzyszył jej Marek.W czasie jednego z wyjazdów poznała
starszego kolegę Marka, który nie krył swych zachwytów nad eteryczną blond-urodą Zosi.
Był po rozwodzie, dzieci miał niemal dorosłe. Bardzo chętnie towarzyszył Zosi i jej
dzieciom, pomagał pilnować gdy chłopcy pluskali się w morzu, pomagał nosić  plażowe
wyposażenie.
Wyraznie życie składa się z przypadków a ludzie wciąż po nich depczą. To właśnie ten
miły pan pomógł Markowi umieścić jego żonę  w jej aktualnym miejscu pracy.
Dopiero teraz miał okazję poznać żonę Marka. I był nią zachwycony. I zdecydowany by
ją Markowi odebrać. Był starszy od niej 15 lat i górował nad Markiem znajomością
psychiki i fizjologii kobiet. Poza tym był tzw. regularnym babiarzem, zawsze do usług
kobiet, zawsze miły, zawsze pomocny, dbający o ich wygodę.
Po wczasach postarał się odnalezć Zosię, co wcale nie było trudne- dobrze wiedział
gdzie to Zosieńka pracuje, więc do niej zatelefonował i namówił na kawę. Przez dwie
godziny Zosia słuchała jaka jest ładna,  zgrabna, jakie ma śliczne oczęta, delikatną skórę,
zgrabne nogi, cudny uśmiech i piękny wykrój ust. Przez całe swoje życie nie usłyszała
tylu komplementów co w ciągu tych dwóch godzin.
Idąc po dzieci uprzytomniła sobie, że właściwie Marek po ślubie nigdy jej już żadnych komplementów nie  mówił.
Bardzo rzadko ją obejmował i przytulał, a ostatni raz słowa "kocham cię" usłyszała
wtedy, gdy powiedziała, że jest w ciąży. Gdy była w ciąży to mieszkali oddzielnie, gdy
już urodziła - również, a potem to były różne kłopoty dnia codziennego, a wieczorami
Marek zaspokajał swe pożądanie szybko,  bez zbytecznych słów. Ot, wyciągał rękę
po to, co mu się z racji więzów małżeńskich należało. A ona spełniała swe obowiązki
i tyle w tym temacie. Nigdy nie przyszło jej do głowy, że przecież  ona mogła się
do niego pierwsza przytulić, objąć , pocałować. Miała ogromny żal do Marka, że tak
mało okazywał jej czułości.
Gdy następnego wieczoru Marek "sięgał po swoje" odsunęła się, usiadła na łóżku i
zapytała - Marek, czy ty mnie jeszcze kochasz? Marek spojrzał na nią jak na osobę,
która ma zaburzenia umysłowe.
O co chodzi? Jakbym cię nie  kochał to bym z tobą nie był! A skoro jestem i mamy
dzieci, to znaczy, że cię kocham. Po co mam ci mówić coś, co jest oczywiste!
Co cię napadło? Jasne, że cię kocham i będę kochał aż do śmierci, zapamiętaj !
A tak się biedak zdenerwował tym pytaniem , że aż mu ochota przeszła. A Zosia
jeszcze długo w noc leżała i analizowała swoje małżeństwo.
Zastanawiała się teraz, czy ona kocha Marka i czy kochała go kiedykolwiek.
Z całą pewnością  był niezłym mężem, dbającym o dom i rodzinę. Dużo pracował.
Potrafił się zająć dziećmi, a nawet coś  ugotować gdy Zosia zle się czuła.
Byli małżeństwem już sześć lat i nigdy jej nie zawiódł. Gdy wyjeżdżał służbowo
do innych ośrodków, do Niemiec lub ZSRR, pisał czułe, przesiąknięte tęsknotą
listy, zapewniał o swym uczuciu do niej. Ale nigdy tego nie zwerbalizował. A ona
chciałaby to usłyszeć na własne uszy, chciała by ją przytulał- byłoby to jakieś
potwierdzenie, że jeszcze ją kocha.
Dość niespodziewanie Marek dostał trzymiesięczne stypendium  w Moskwie. Nie
był tym zachwycony, ale akurat tam mógł przeprowadzić badania, które były mu
potrzebne do ukończenia doktoratu.
Oczywiście miły pan w kilka dni po wyjezdzie Marka zatelefonował do Zosi
i znów zaprosił ją na kawę. I znów zadziałał przypadek- tego dnia lekarz wystawił
Zosi 9 dni zwolnienia lekarskiego,bo zaniepokoiły go jej wyniki badań. Miała silną
anemię, więc kazał jej odpocząć, dużo spać i codziennie iść na długi spacer do
parku.
Gdy Zosia powiedziała o tym na spotkaniu, miły pan natychmiast zarządził, że
następnego dnia, gdy tylko Zosia odprowadzi dzieci do ich "przechowalni", on ją
zabierze na kilka godzin nad Zalew, by pooddychała świeżym powietrzem.
Po pół godzinnej jezdzie znalezli się w  ośrodku wypoczynkowym nad zalewem,
pustym i sennym, bo jeszcze nie był to sezon urlopowy.
W recepcji wynajął  dwa pokoje  by, jak powiedział, Zosia mogła w każdej chwili
odpocząć, gdy się zmęczy spacerem.
A potem podczas spaceru zaczął systematycznie Zosię uwodzić. Po godzinie
spacerowania brzegiem zalewu Zosia zgodziła się nieco odpocząć w pokoju.
Miły pan pomagał jej w tym intensywnie- delikatnie masował stopy, rozluzniał
delikatnym masażem obręcz barkową, liczył ilość kręgów całego kręgosłupa i,
oczywiście, cały czas się nią zachwycał. On nie udawał- Zosia naprawdę mu się
bardzo podobała. A  Zosia pod jego dotykiem topniała niczym sopelek lodu w
silnym słońcu. Tego dnia Zosia jeszcze nie była gotowa wpaść w jego ramiona,
i on o tym dobrze  wiedział. Bo, jak mówią, pośpiech jest wskazany tylko przy
łapaniu pcheł.
Po trzech dniach takich odprężających seansów  Zosia ośmieliła się go objąć i
nie protestowała gdy pieszczoty stały się bardziej intymne a opalacz rozstał się
z jej ciałem.
Następnego dnia miły pan przekonał Zosię, że seks może być naprawdę wielce
miłym  przeżyciem. Nigdy dotąd czegoś takiego nie przeżyła. Była zszokowana
a jednocześnie zachwycona. W świetle nowych doznań całe jej dotychczasowe
życie seksualne było czymś  bardzo dziwnym i pozbawionym  sensu.
Po raz pierwszy widziała też, że jest to rozkosz obopólna, bo miły pan nie krył
swych doznań.
Przez cały czas nieobecności Marka spotykała się dwa lub trzy razy w tygodniu
w mieszkaniu miłego pana.
A miły pan zakochał się w Zosi po uszy. Chciał by Zochna ( bo tak ją nazywał)
wzięła rozwód i wyszła za niego. Oczywiście dziećmi on też się zaopiekuje, nie
tylko nią.
Zosia coraz  bardziej była zdecydowana na taki krok.
Listy, które przyszły z Moskwy od Marka leżały  na półce nie otwarte. Nie chciała
ich czytać, chciała to wszystko usłyszeć.
Gdy Marek wreszcie przyjechał, dzieci omal nie zwariowały z radości. Chłopcy
rzucili się na Marka gdy jeszcze  stał w otwartych drzwiach  mieszkania i chyba
prześcigali się w tym, który głośniej zawoła  tata!, tata!
Zosia stała w przedpokoju, patrzyła na Marka i nagle dotarło do niej, że Marek
bardzo zle wygląda. Odsunęła dzieci i Marka, chcąc wziąć jego walizkę, ale tej
nie było.
A gdzie walizka? Zagubili bagaż?
Marek zamknął drzwi i powiedział- przecież  ci pisałem, nie dostałaś listów?
Dostałam, ale nie czytałam, bo chciałam choć raz usłyszeć to wszystko co zawsze
piszesz. No więc mi powiedz  co z  twoim bagażem.
Marek przytulił ją- daj buzi na dzień dobry! Bagaż zaraz dojedzie, kolega go
dowiezie, bo ja nie mogę jeszcze nic nosić, zwłaszcza po schodach. Napisałem ci
wszystko w drugim liście.  Miałem atak serca i leżałem trzy tygodnie w klinice
kardiologicznej. Zosi świat zawirował w oczach.
Ta radość dzieci z powrotu ojca, jego atak serca, szpital i jej plany- nagle pojęła,
że w tej sytuacji ona musi być z nim razem. Wszak nie kopie się leżącego.

Epilog
Marek dość długo dochodził do zdrowia. Lekarze zabronili zbyt intensywnej pracy,
kazali unormować tryb życia, zmienić sposób odżywiania i wysłali go do szpitala
rehabilitacyjnego dla sercowów.
Zosia spotkała się z  miłym panem i powiedziała mu, że może nie kocha Marka
jakąś gorącą miłością ale go w tej sytuacji nie zostawi.
Miły pan stwierdził, że Marek ma szczęście, a Zochna  jest bardzo mądrą i dobrą
dziewczyną. A on , choć bardzo żałuje że nie będą razem, rozumie jej decyzję.
Życie intymne Zosi nie uległo jakiejś diametralnej poprawie, ale Marek nauczył
się okazywania jej czułości.
Każda kolejna ich rocznica ślubu, jest przez niego obchodzona niczym kolejna
rocznica zakończenia drugiej wojny światowej, jest wydawane przyjęcie rodzinne,
na którym  ostatnio były już i prawnuki. Zosia za każdym razem dostaje od  Marka
jakis złoty drobiazg.
I regularnie w przeddzień rocznicy zastanawia się dlaczego jednak została z nim,
bo to co ona do niego czuje to z pewnością nie jest miłość.
Jej ocena obiektywna tego związku nijak nie pokrywa się z jej oceną subiektywną.
 I jeszcze małe wyjaśnienie- historia dotyczy lat 1955-2015
                                                        KONIEC


22 komentarze:

  1. No i optymistyczne zakonczenie, milosc przeszla, przyjazn przyszla i jest ok :)

    OdpowiedzUsuń
  2. "Wszak nie kopie się leżącego" i wszystko jasne. Jasne, ale wcale nie oczywiste:)

    OdpowiedzUsuń
  3. Przeczytalam, ale serio, jakos nie potrafie skomentowac. To wszystko dla mnie jest jakies dziwne, zupelnie mi nieznane. W sensie wychodzenie za maz bez milosci i pozniej trwanie w tym malzenstwie oparte tylko na przyzwyczajeniu.
    No niby wyksztalcila sie z tego jakas przyjazn, ale czy to tak powinno byc?
    Nie wiem... naprawde nie wiem.

    OdpowiedzUsuń
  4. A ja powiem, że bardzo mi się podobała Twoja opowieść i że wiele w niej elementów, które znam także z opowieści kuzynek, znajomych - tak po prostu było i śmiem twierdzić, że bywa nadal...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pozwólcie, że odpowiem zbiorowo.
      Do napisania tego tekstu (opisałam tu moich znajomych) zmobilizowało mnie wejście do kin filmu "Sztuka Kochania".
      Bo chociaż mamy XXI wiek, to nadal ciemnota w temacie damsko-męskim króluje.
      Nadal duża część matek nie uświadamia swych córek. Tatusiowie też się nie hańbią rozmową z synami na ten temat. W dalszym ciągu powielają teksty, że nie wolno "tego robić przed ślubem" i nadal są dziewczyny wyrzucane z domu gdy im się jako małolatom ciąża przydarzy.Na domiar złego są zmuszane przez "pseudolekarzy z pseudo sumieniem" do urodzenia dziecka i oddania go do adopcji.
      Mamy w Polsce dwie skrajności- wyjdz za mąż, ródz dzieci i nie sądz, że seks ma być przyjemnością -i druga skrajność- bierz tabletki lub plasterki i się niczym nie przejmuj, krew nie woda, majtki nie pokrzywy.
      Wiele moich znajomych wyszło tylko dlatego za mąż, że były w ciąży. Część z tych związków się rozleciała, część jest taka jak związek Zosi.Nie zachwyca mnie ani jeden ani drugi wariant.Obydwa są oparte na braku szczerości i jak dla mnie to i na braku szacunku do siebie samej.
      Gdy ja wychodziłam za mąż to wszyscy byli pewni, że zapewne jestem w ciąży. Bardzo się zawiedli, na dziecko zdecydowałam się 12 lat pózniej. Dobrze, że jestem z tych, które się nie przejmują ludzkim gadaniem.
      Zosia do dziś żyje wspomnieniami ognistego romansu.I chodzi w Dzień Zaduszny na grób miłego pana. Twierdzi, że została głównie z powodu dzieci.
      A ja myślę, że zabrakło jej cywilnej odwagi by zawalczyć w tym wszystkim o siebie.
      Dziękuję Wam, że mnie czytacie to duża frajda dla mnie- pisać i być czytaną.

      Usuń
  5. Obłudę tamtych lat dobrze pamiętam, najpierw przestrzegano mnie by nie spać z chłopakiem "jak z mężem", potem gdy 8 lat po ślubie nie mieliśmy dziecka, dopytywano się, kiedy wreszcie. Gdy byłam w ciąży, to niektórym członkom rodziny nie chciało przejść przez gardło słowo CIĄŻA, co najwyżej stan błogosławiony i wtedy nie rodziło się dziecka tylko szło się chorować - masakra...
    Na szczęście moja mama pod tym względem była nowoczesna, jak Wisłocka :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się głównie uświadomiłam sama, bo w domu było b.dużo różnych podręczników medycznych.Moją ulubioną książką był podręcznik "Choroby zakazne" a w nm kolorowe mikroskopowe zdjęcia różnych zarazków. Miały takie śliczne nazwy: "prątki Kocha", "przecinkowiec cholery", "krętki blade". Drugim podręcznikiem była "Higiena kobiety" i tak jakoś w wieku 10 lat teoretycznie już byłam dobra, brakowało mi tylko wyobrazni jak ta strona techniczna zapłodnienia wygląda. No ale babcia widząc co czytam wytłumaczyła mi kilka spraw. Nigdy nie usłyszałam w domu, że nie wolno współżyć przed ślubem, ale podano mi konsekwencje tego jeśli nie będzie się przestrzegać pewnych reguł.Nigdy nie było to na zasadzie zakazanego owocu, raczej wskazywano brak celowości wczesnego współżycia i niepożądane konsekwencje, nie mniej możliwe do ominięcia.
      Niech mi ktoś powie co jest błogosławionego w czasie ciąży. ? Nic takiego w tym czasie nie znalazłam.
      Mnie też na spędach rodzinnych wiecznie zagadywano "a kiedy dzieciątko". W odpowiedzi zadawałam pytanie " a po co" i dyskusja zamierała.
      Obłuda i brak taktu to chyba cecha narodowa , taka słowiańska.;)

      Usuń
  6. A jednak życie mamy tylko jedno i nie wiem, czy warto trwać ,,w obowiązku'' kosztem siebie... Naprawdę nie wiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt pozostania z mężem Zosia tłumaczyła głównie dobrem dzieci, bo dla chłopców ich tata był ważną osobą. Osobiście podejrzewam, że może zaczęła mieć wątpliwości czy miły pan jest najlepszym kandydatem na męża, skoro już jest po rozwodzie. Trudno się czasem połapać czym tak naprawdę kierują się inni ludzie.

      Usuń
  7. zawsze się zastanawiam jak to z tą lojalnością bo taka lojalna wobec męża w obliczu choroby ale.. kochankowi przecież złamała serce więc wcale takim aniołem nie jest

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Klarko- popatrz na daty-w 1955 roku miała 19 lat, więc była wychowywana w systemie wartości przedwojennych, gdy młodym pannom wbijano do głów, że mąż to ten pierwszy po Bogu, a miłość w małżeństwie, cielesna zwłaszcza, to nie jest rzecz najważniejsza, ważna jest trwałość związku za wszelką cenę.
      Nie wiem czy tak bardzo złamała kochankowi serce - to nie fair podrywać żonę kolegi.Facet wiedział przecież kogo podrywa.

      Usuń
  8. W tej historii czuję dokładnie atmosferę pruderyjności tamtego okresu.Miało to zgubny wpływ na życie tylu młodych, naiwnych i niedoświadczonych kobiet.Masowe pokątne i oficjalne usuwania ciąż i wszelkie tego następstwa, to zgroza tamtych lat. Jednocześnie wiele małżeństw żyjących bez jakichkolwiek rozmów intymnych i rzesze sfrustrowanych wobec tego ludzi, będących ze sobą bo.. wypada, bo rozwód be, bo co ludzie powiedzą..Film o Wisłockiej przywołuje problemy tych trudnych czasów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli dłużej będzie przy sterze ta ekipa, która jest teraz, koszmar bycia kobietą powróci, bo "klauzula sumienia" będzie ważniejsza niż zdrowie i życie kobiety. Dzisiejsze 30, 40 latki nie mają bladego pojęcia jak to było w PRL i ani się obejrzą, jak się o tym przekonają na własnych tyłkach.
      Mam nieodparte wrażenie, że ludzie boja się prawdy i lubią być mamieni i oszukiwani, więc stąd takie poparcie dla ekipy.
      Serdeczności;)

      Usuń
  9. Brak fantazji w życiu erotycznym zabił nie jeden związek.
    Tak sobie myślę, że kobieta wbrew przyjętym schematom ma więcej do zrobienia jeśli chodzi o wprowadzanie do związku świeżości i pozytywnych emocji. Brak wiedzy to zbrodnia przeciwko radości z relacji, a po za tym to temat rzeka. Ile złego robią filmy typu komedie romantyczne oglądane bezkrytycznie przez niedoświadczonych ludzi. On piękny i romantyczny, ona piękna i eteryczna i tak długo i pięknie się kochają.
    Oglądający też tak chcą, a w realnym życiu?
    Bardzo mi się podoba ta historia bo potwierdza moje przekonanie, że bycie razem to nie tylko łóżko, ale też konglomerat uczuć, przyzwyczajeń, wdzięczności, ale i pretensji, emocji dobrych i złych, wspólnych wspomnień itd.
    Nikt nie obiecywał, że będzie łatwo, najważniejsze w podsumowaniu jest to, że mamy na kogo liczyć w trudnych momentach, ale fantazja i wyobraźnia w chwilach intymnych jak najbardziej pożądana.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację- nie mogę zrozumieć dlaczego moje pokolenie było wychowywane na mrzonkach i półprawdach. Ale właściwie to nie powinno mnie dziwić- od dziecka uczą nas kłamstwa, wiary w niesprawdzone teorie,wręcz uczą bezmyślności. Wkurza mnie to, że wszystko to zaczyna powracać w bardzo szybkim tempie. Edukacja seksualna- be, niepotrzebna. Antykoncepcja- be, szkodliwa, bo świat jeszcze może pomieścić nieco ludzi.
      Mówienie prawdy i nazywanie wszystkiego po imieniu- niewskazane, bo jeszcze by się ktoś ocknął i zaczął myśleć samodzielnie.
      Wyszłam za mąż bardzo wcześnie, ale wiedziałam, że małżeństwo jest wielką sztuką kompromisu dla obojga i wcale nie jest łatwo być z kimś 24 godz. na dobę, skoro każde jest z innego domu i jest obdarzone z natury innymi cechami.Mnie akurat tego w domu nauczono ale takich wyedukowanych pod tym względem dziewczyn było wtedy mało.
      Serdeczności;)

      Usuń
  10. No więc - jak widzisz - doleciałam.:-)))
    I powiem krótko - w najbliższym tygodniu idę na film o Wisłockiej.
    A jej ksiązkę mam - nawet stoi na półce naprzeciwko mnie.

    A tak ogólnie to powiem, że ciemnota i zakłamanie było, jest i nadal będzie ... coraz większe. Może ten film coś zmieni, chociaż wątpię.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A jak się leciało?- turbulencje były? Przepraszam, mam tendencje do dialogów na cztery nogi. Powiedziałabym, że ciemnotą to się nawet możemy chwalić.Znajomy mawia, że nawet jaskiniowcy byli mniej zakłamani a w sprawie seksu to przynajmniej działali zgodnie z naturą. Zresztą mało kto wie, że jeszcze w starożytności wiedzieli ludzie jakie herbatki ma kobieta pijać, by uniknąć ciąży.
      A w XVII wieku mężczyzni mocno szkolili się w ars amandi, bo panowało przekonanie, że tylko wtedy kobieta zajdzie w ciąże, gdy będzie miała orgazm.
      Nie sądzę żeby ten film coś zmienił.Przecież członkowie owczarni nie bedą na "taki film" wysyłani przez swych baców.

      Usuń
  11. No i dlatego edukacja seksualna w szkole, to nie taki głupi pomysł - bo nie w każdym domu o seksie rozmawia się z dziećmi, jak sama napisałaś, i dzisiaj;( Tylko jak ta edukacja będzie wyglądała tak, jak chce obecna 'dobra zmiana', to strach pomyśleć;(
    Myśmy się dokształcali van de Veldem, Imielińskim, potem Wisłocką, ale też sobie myślę, że na stan wiedzy i podejście do tematu duży wpływ miało środowiska, w którym człowiek się obracał.
    Przedziwne jest to, że może się za chwilę okazać, że my, starzy, byliśmy/jesteśmy bardziej nowocześnie w poglądach niż nasi wnukowie...

    OdpowiedzUsuń
  12. Cóż , to jest trudne by w życiu mieć wszystko.
    I tak miała dużo szczęścia , a i rozumu,że została z Markiem.
    Pozdrawiam wiosennie !

    OdpowiedzUsuń
  13. Najwyraźniej Marek jednak się sprawdził jako człowiek, skoro Zosia zrezygnowała z kochanka. Ale ta niewiedza o sprawach seksu jeszcze tak niedawno jeste niesamowita. Najwyraźniej większość kobiet i mężczyzn dopiero od ok. dwóch pokoleń wie, o co z tym seksem chodzi. Może nie jest o wiele szczęśliwsza, niż poprzednicy, ale ma ku temu więcej szans.
    W jakiś sposób rozumiem decyzję Zosi, bo faktycznie nie kopie się leżącego. A miała z nim dwójkę dzieci, on dbał o nich jak potrafił.
    Mimo wszystko romans i ją czegoś nauczył, więc może nie ma tego złego, co na dobre by nie wyszło.
    Dobra historia

    OdpowiedzUsuń
  14. Kiedy zaczęłam czytać , nie sądziłam że rok mojego urodzenia, będzie rozpoczynał opowieść. W czasach, o których piszesz lojalność wobec współmałżonków była "oczywistością", a miłosnych wyznań nie wyrażało się na głos ani nie okazywało uczuć ostentacyjnie. Ja czułe gesty(przytulenia, pocałunki) częściej widziałam u moich rodziców na zdjęciach niż w życiu codziennym.

    OdpowiedzUsuń