wtorek, 2 maja 2017

cz.III

Wieczorem Andrzej nieco marudził, że Luśka wraca do domu.
W końcu stwierdził, że po całym dniu spędzonym w domu jemu też się
przyda spacer. Luśka mieszkała w odległości 2 km, ale chyba oboje nie mieli
by nic przeciwko temu, żeby to było ze dwa razy tyle.
Postanowili przejść ulicą przy której stał budynek ich podstawówki. Od tego
miejsca do domu Lusi było już tylko 1300 metrów.
Potem minęli "swoje" kino. Andrzej ze zdziwieniem zauważył, że nic się nie
zmieniło, tylko może białe okładziny z piaskowca były bardziej szare niż on
zapamiętał.
Niemal całą drogę milczeli. Luśka zastanawiała się w jakim humorze zastanie
matkę i czy szef dałby jej urlop do końca tygodnia.
Był początek grudnia a ona miała jeszcze dwa tygodnie urlopu z tego roku.
Postanowiła wytłumaczyć szefowi, że będzie lepiej gdy wezmie kilka dni
wolnego teraz a nie w końcu roku, gdy będzie  "urwanie głowy".
Wprawdzie nie był to zakład produkcyjny ale biuro konstrukcyjne, lecz
zawsze koniec roku to było "piekło i szatany" zdaniem szefa.
O czym tak intensywnie myślisz?- zapytał Andrzej ściskając jej rękę.
Dopiero teraz dotarło do Luśki, że szli cały czas trzymając się za ręce, tak
jak kiedyś.
Koledzy i koleżanki chodzili objęci a oni , niczym przedszkolaki trzymali
się za ręce, co wszystkich  bardzo śmieszyło.
Kombinuję jak wydębić kilka dni urlopu i "wyciec" przy okazji bezkolizyjnie
z domu. Pasuje  ci takie rozwiązanie?  -zapytała.
Byłoby cudnie - odpowiedział z głębokim westchnieniem.
Pod Luśki domem , ukryci przed oczami lokatorów  okapem, pocałowali się
i Luśka obiecała, że jeszcze dziś zatelefonuje przed zaśnięciem i następnego
dnia po dziewiątej rano
Człapiąc niespiesznie  na trzecie piętro zastanawiała się jak ją powita matka.
Po raz pierwszy ucieszyła się, że ojciec kilka lat temu wyjechał na kontrakt
i po jego wygaśnięciu nie  wrócił do kraju ale został w Afryce na następne
cztery lata.
Od małego nie układało się jej z ojcem, ciągle miał o coś pretensje, ciągle
na nią krzyczał.  Z matką mogła zawsze wszystko załatwić bez krzyków,
spokojnie i rzeczowo.
Gdy otworzyła drzwi mieszkania zorientowała się, że mama nie jest sama
w domu.
Na wieszaku  wisiał jakiś męski płaszcz i kapelusz. Mimowolnie rozejrzała
się w poszukiwaniu walizki, bo wpadło jej do głowy, że może nagle wrócił do
domu ojciec.
Zdjęła płaszcz i buty, założyła  kapcie, przygładziła ręką włosy i poszła do
jadalni, uzbrajając po drodze twarz w uśmiech.
Wchodząc z głośnym "dobry wieczór" skierowała się do matki, która obrzuciła
 ją badawczym spojrzeniem.
Ucałowały się a nieznajomy wstał ze swego miejsca . Luśka obeszła siedzącą
w dalszym ciągu matkę, podała mężczyznie rękę, on z kolei się przedstawił.
Lusiu, kochanie to jest mój znajomy, pan Witold. Mieliśmy iść na koncert, ale
 tak mnie rozbolała głowa, że nie byłam w stanie, więc pan Witold oddał nasze
bilety swemu  koledze a potem zaniepokojony przyszedł tu, by zobaczyć czy nie
trzeba mi jakoś pomóc.
O to bardzo miłe- wydusiła z siebie Luśka usiłując nie parsknąć śmiechem.
To ja  pójdę sobie zrobić herbatę. I przy okazji może ktoś ma jakieś życzenie?
Herbatę albo coś do jedzenia?-zapytała rzucając spojrzenie na matkę.
Nie, nie,  my już jesteśmy po kolacji, dziękuję - odpowiedziała matka.
Robiąc dla siebie herbatę i  kanapki  Luśka była tak daleko myślami od tego
co robi, że krojąc ser przycięła sobie  paznokieć i lekko skaleczyła palec.
Ocknij się idiotko, skarciła siebie w myślach. Było super, ale nie wiadomo
zupełnie co dalej. Za kilka dni wyjedzie i za miesiąc będziesz o wszystkim
myślała jak o  śnie. Bardzo miłym śnie. Wyprzystojniał, fakt. Ale rzęsy ma
nadal długie i lekko podkręcone. Po co facetowi takie rzęsy? Ojej, ale byłam
głodna! Chyba taka dawka seksu wzmaga człowiekowi apetyt.
W drzwiach kuchni stanął  "pan Witold"- już wychodził i chciał się pożegnać.
Zapewnili się wzajemnie o przyjemności jakiej doznali poznając się i tym
razem pan Witold cmoknął Lusię w rękę.
Po jego wyjściu do kuchni przyszła matka. Przysiadła na drugim barowym
stołku i wpatrując się bystro w Luśkę zapytała- a gdzie ty właściwie byłaś?
Bo tu wydzwaniał ten twój kolega a ja nie wiedziałam co mam mówić i na
wszelki wypadek powiedziałam, że jesteś u mojej chorej kuzynki.
Mamuś, byłam u Andrzeja, mojej miłości z podstawówki i w pewnym sensie
odnalezliśmy się na  chwilę. Nie denerwuj się, to poważny i odpowiedzialny
chłopak. Babcią nie zostaniesz. Jego teściową też raczej nie, za kilka dni
wraca  za granicę. I wiesz, chciałabym ten tydzień spędzić z nim razem.
I może wezmę  ten zaległy urlop a jeśli nie to chciałabym te kilka dni spać
u niego. Będę miała do pracy nieco bliżej- powiedziała z uśmiechem.
Mamo, w środę jest pogrzeb jednego z naszych kolegów. Umarł na białaczkę.
To straszne, przecież był z mojego rocznika! I wcale długo nie chorował, to
było tak nagłe! Życie jest jednak okrutne! Zamilkła i opuściła głowę.
Po chwili pozbierała się i zapytała- mamuś, a co to za pan Witold? Jesteście
razem?
Matka uśmiechnęła się. Mówiąc  twoim językiem to w pewnym sensie jesteśmy
razem. Spotykamy się co jakiś czas.
Zdajesz chyba sobie sprawę, że mojego małżeństwa to raczej nie ma.Przecież
twój ojciec ani razu od czasu wyjazdu tu nie przyjechał. Nie wiem tylko
dlaczego nie chce rozwodu.
Mamuś, muszę  zatelefonować i być może dziś zabiorę trochę rzeczy i
pomieszkam u Andrzeja.
Zatelefonowała przy matce- zapytała czy Andrzej po nią przyjedzie taksówką,
bo musi wziąć z domu walizkę z ciuchami,  bo nie wie, czy szef da jej urlop.
Matka pokiwała tylko głową i uśmiechnęła się . Oj ty żabciu, żabciu, wpadłaś
na całego.
Mamuś, jak będzie tamten dzwonił to mów dalej, że nocuję u Twojej kuzynki.
Ja do niego zatelefonuję do pracy i też tak mu powiem.
W kwadrans pózniej czekała w bramie na przyjazd Andrzeja. Przyjechał, ale
wcale nie  taksówką ale  rodzinnym samochodem , z którego korzystał on lub
 jego ojciec ilekroć byli w Warszawie.
Wsiadając do samochodu Luśka zerknęła w górę - na balkonie stała jej matka.
Nim zniknęła w samochodzie  Lusia pokiwała jej ręką..  Miała jednak bardzo
fajną matkę.
Rano wstali oboje półprzytomni, chociaż zaraz po przyjezdzie poszli spać.
Andrzej uparł się, że ją odwiezie do pracy i przyjedzie po nią gdy będzie
wychodziła z pracy.
Listy obecności pracowników były w kadrach. Madame Kadrowa,  jak mówili
pracownicy o kierowniczce  kadr, przychodziła do pracy znacznie wcześniej
i złośliwcy podejrzewali, że pewnie  nocuje w biurze.
Sprawa wyglądała zupełnie inaczej - pracownicy zakładu doświadczalnego
należącego do tego biura przychodzili do pracy  pół godziny wcześniej i pół
godziny wcześniej wychodzili  niż reszta..
Luśka, która dotarła do pracy wcześniej niż zawsze poprosiła kadrową, by ta
dała jej kartę urlopową z adnotacją o ilości  dni należnego  jeszcze urlopu.
Gdy tylko przyszedł szef, z miejsca poprosiła  o pięć dni urlopu.
Szef się lekko skrzywił, ale Lusia od razu obiecała, że da dobre zastępstwo,
wszystko rozpisze i opisze i z pewnością  pracownica biblioteki bez trudu
ją zastąpi.
W końcu jest magistrem filologi polskiej, a nie jedynie pomaturalnego
studium stenotypii i języków obcych.
A dziś,  jeśli trzeba, to mogę zostać pół godziny dłużej, zapewniała Luśka.
Stała przy biurku szefa, ten wpatrywał się w nią niczym sroka w gnat, spytał
nawet czy coś się  złego wydarzyło, Lusia zaprzeczyła gorąco i wreszcie  szef
z ciężkim westchnieniem skrobnął swój podpis i przyłożył  pieczątkę.
Luśka z radości omal go nie pocałowała.
Zatelefonowała do swego "amanta" i powiedziała, że przez cały tydzień
będzie  mieszkała u swojej chorej ciotki.
Odkładając słuchawkę pomyślała, że dziwnie łatwo przyszło jej kłamać.
Ogólnie to nie często kłamała, nie było takiej potrzeby.
Jej matka bez trudu zaakceptowała fakt, że  Luśka nie jest już małą
dziewczynką tylko dorosłą kobietą. Miała duże zaufanie do Lusi i do jej
rozsądku.
Luśka zatelefonowała do kierowniczki biblioteki z informacją, że jej
personel dostąpi zaszczytu  urzędowania w sekretariacie dyrektora od
wtorku do końca tygodnia i w związku z tym byłoby dobrze gdyby
dziś około trzynastej wpadła  na "przejęcie obowiązków". W tym czasie
nie będzie dyrektora bo ma jakieś spotkanie poza biurem, więc  Luśka
wtedy wszystko spokojnie będzie mogła  przekazać..
Dobrze wiedziała, że jej zastępczyni wcale a wcale się nie cieszy, bo nikt
nie lubi pracy, w której nie dość, że siedzi cały czas na widoku to tak
naprawdę ma często kłopot ze zjedzeniem drugiego śniadania.
Najdziwniejsze, że większość młodych dziewczyn było przekonanych,
że bycie sekretarką to sam cud, miód i orzeszki.
                                                    c.d.n





7 komentarzy:

  1. Cos za slodko i zbyt gladko rozwija sie ta milosc. Wietrze katastrofe. :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Bo ja wiem? oni znali się od ukończenia 6 roku życia, a od piątej klasy do końca podstawówki byli jak papużki nierozłączki.
    Liceum robili oddzielnie a w trakcie II klasy licealnej on wyjechał z rodzicami,tam robił maturę i zaczął studiować.

    OdpowiedzUsuń
  3. Historie z prawdziwego życia są najbardziej zaskakujące...czytam dalej!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba życie pisze najlepsze scenariusze, czasem faktycznie bywają dziwne losy ludzi.

      Usuń
  4. Bycie sekretarką to najtrudniejsza praca pod słońcem, wiem coś o tym. A sytuacja rozwija się bardzo dynamicznie. Nie było mnie kilka dni, a teraz nadrabiam. Nie lubię kłamstw, ale widać czasem w życiu ludzie wybierają to zamiast od razu podjąć trudne życiowe decyzje.

    OdpowiedzUsuń
  5. Jak dla mnie to wielce niewdzięczne zajęcie.

    OdpowiedzUsuń
  6. Wszystkiemu winne mity i stereotypy, że jak sekretarka , to jednocześnie kochanka(a te wiadomo, rozpieszcza się), stąd ten miód.

    OdpowiedzUsuń