środa, 3 maja 2017

cz.V

W domu  Luśka rozkleiła się zupełnie. Było to nieco dziwne ,bo osoba
zmarłego nie była wcale  bardzo jej bliska- po prostu kolega z podstawówki.
Ale chyba spotkanie z Andrzejem i to wszystko co się wydarzyło między
nimi jakoś nadwyrężyło jej układ nerwowy.
Płakała w objęciach Andrzeja, a ten zupełnie nie wiedział jak ją uspokoić.
W końcu uspokoiła się, nawet starała się przeprosić go za ten napad
histerycznego płaczu.
Ale on doskonale ją rozumiał - ten nagły wybuch ich uczuć i jednocześnie
świadomość, że w chwili gdy się jakoś odnalezli znów będą rozdzieleni jego
również dręczyła.
Zaczęli o tym rozmawiać, bo oboju to doskwierało. Na dodatek były to
czasy gdy byli w dwóch różnych krajach rozdzieleni  tzw. "żelazną kurtyną".
Nawet korespondencja była utrudniona- listy docierały do adresata dość
długo, często ginęły, a  zdarzało się,  że były otwierane i czytane przez
cenzurę. Nie było łączy automatycznych, rozmowy międzynarodowe były
drogie i czekało się wiele godzin na połączenie.
Nie było również możliwości swobodnego poruszania się po Europie.
Do każdego kraju potrzebny był paszport a jego otrzymanie wcale nie było
proste. Poza tym do każdego kraju była potrzebna wiza. By gdzieś wyjechać
trzeba było mieć zaproszenie, a wycieczki do krajów Europy były rzadkością.
Wszystko to kłębiło im się w głowach  i bardzo przygnębiało.
Zdawali sobie  sprawę, że  czeka ich rozłąka. Przynajmniej aż do chwili  gdy
Andrzej uzyska  dyplom lekarza.
Andrzej tuląc Luśkę opowiadał jej o swoich przeżyciach, gdy w drugiej klasie
liceum rodzice zmusili go by zamieszkał razem z nimi w Szwajcarii.
Wcale za nimi nie tęsknił, mieszkał w internacie wraz z całą masą dzieci,
których rodzice przebywali służbowo za granicą.
Znał wcześniej warunki panujące w internacie od Lilki, która wtedy już tam
mieszkała.
Przez  tę przeprowadzkę stracił jeden rok szkolny. Musiał w szybkim tempie
nauczyć się języka. Rodzice mówili do niego tylko po niemiecku, nauczyciel
niemieckiego niemal mieszkał z nimi.
Był nastawiony na "nie", nic mu się nie podobało w Szwajcarii - ani miasto,
ani ludzie, ani jedzenie.
Miał wtedy twardą, męską rozmowę z ojcem, który mu  wyjaśnił pewne
aspekty pracy w służbie dyplomatycznej oraz swe obawy co do trwałości swej
kariery w tym zawodzie. Twierdził, że gdy minie jego kadencja oni raczej
nie powrócą do Polski.
Nie wierzył by kiedykolwiek Polska wyszła spod wpływów Wielkiego Brata,
a on, który już polubił i zrozumiał że można żyć  w niemal całkowitej wolności
gdzie indziej, nie chce już do Polski wracać. Nie był już młody, Andrzej był
"póznym dzieckiem", gdy się urodził jego ojciec miał już niemal czterdzieści
lat.
Rozmowa z ojcem bardzo Andrzejowi pomogła, wiele spraw zrozumiał, inne
odkrywał z czasem. W końcu się zaaklimatyzował, opanował język na tyle,
że mógł powrócić do przerwanej nauki, ale w dalszym ciągu był pod opieką
nauczyciela języka niemieckiego.
Nie polubił jednak Szwajcarii, uważał Szwajcarów za ludzi mało otwartych,
zamkniętych w swoich "skorupkach" niczym ślimaki, choć niewątpliwie
nikt nigdy nie powiedział mu, że jest dla nich kimś obcym.
Andrzej już obmyślił jakimi drogami będą się ze sobą komunikować. Miała
się nie dziwić gdy list od  niego przyjdzie z ....Warszawy lub innego miasta
w Polsce. Miał zamiar przesyłać listy w poczcie dyplomatycznej, bo te
przesyłki nie były kontrolowane. List może wtedy będzie  równie długo
docierał co w zwykły sposób ale raczej nie  zginie, a osoba, która go znajdzie
w swojej korespondencji, prześle go do Lusi już tylko pocztą krajową.
Ale nie powiedział Lusi jaką drogą będą docierały do niej przesyłki- wtedy
już wiedział, że im człowiek mniej wie tym lepiej.
Piątek był dla Andrzeja dniem małych pożegnań- przyszła Lilka z chłopakiem,
a potem Andrzej z Luśką pojechał pożegnać się z jej mamą.
Mieli dla siebie jeszcze jedną noc i dzień. Wieczorem w sobotę  Andrzej wszak
odjeżdżał.
Niewiele spali tej nocy, było nieco płaczu i to wspólnego, ale oboje byli
zgodni, że w tej chwili nie można ani niczego obiecywać sobie wzajemnie
ani planować czegoś długoterminowo.
To, że się spotkali było całkowitym dziełem przypadku a ten nagły ciąg dalszy
ich wcześniejszych uczuć być może znajdzie swe potwierdzenie w przyszłości.
I trzeba to wszystko zachować w pamięci i nie żałować, że zupełnie stracili na
trochę rozsądek, bo każda wspólna chwila była piękna.
Życie jest jednak bardzo dziwne  i chyba przekorne lub złośliwe, bo często
to co się wydaje być pewne na 100% wcale takim po jakimś czasie nie jest.
Wieczorem Luśka nie odprowadziła Andrzeja - oboje woleli pożegnać się
w domu, ale Andrzej odwiózł Lusię, by nie  targała tej swojej walizki.
Jego z kolei odwiózł chłopak Lilki, , który obiecał odstawić samochód do
garażu a kluczyki od samochodu miał zostawić u Lilki.

Mama stanęła na wysokości  zadania. Nie wypytywała, nic nie komentowała.
Powiedziała tylko, że nie pamięta Andrzeja z dawnych lat ale jego obecny
wygląd i sposób prowadzenia rozmowy jest  "bardzo w porządku".
No to dobrze, bo się sobie wzajemnie spodobaliście, wiesz?,  Mamuś, on
orzekł, że jesteś  nawet lepsza od jego mamy.
Okazało się, że niedzielę Lusia spędzi w domu sama, bo pan Witold zaprosił
mamę by towarzyszyła mu w kuligu, który organizowali  jego znajomi.
Ostatnio napadało przecież dużo śniegu i z pewnością jazda po leśnych duktach
będzie bardzo przyjemna.
Mamuś, a dawno znasz pana Witolda? -zapytała nieśmiało.
Od dawna, pracujemy w tym samym biurze, ale w innych działach.
Oj, byłabym zapomniała, masz list od taty, leży na komódce w Twoim pokoju.
A do ciebie, mamuś, też napisał czy tylko do mnie?
Też napisał, ale jak zwykle nic z tego nie wynika.
 Lusia poszła po list, otworzyła, rzuciła okiem i podała mamie.
Mamuś, tata chyba pisał te listy przez kalkę, z mojego też chyba nic nie wynika.
To jak pozdrowienia z wakacji- pisze się byle co, żeby się adresat nie czuł
obrażony brakiem pamięci nadawcy.
Mama Lusi siedziała zamyślona. Skubała odruchowo jeden róg kartki papieru
zwijając i rozwijając go.
Westchnęła cięzko i powiedziała cicho - sama już nie wiem co mam o tym
wszystkim myśleć. Przysyła nadal pieniądze na konto, a ja staram się jak
najmniej z nich korzystać. Pytałam kiedy wróci, ale stwierdził, że jak długo
będzie mu się udawało przedłużać kontrakt tak długo będzie tam pracował.
Gdy wróci po tylu latach będzie dla mnie zupełnie jak obcy człowiek, tym
bardziej, że jego listy już po pierwszym roku pobytu nie wyrażały żadnych
uczuć. Ale w każdym liście podkreślał, bym dbała ,żeby ci nic nie brakowało,
ani do jedzenia ani do ubrania.
                                                c.d.n.


5 komentarzy:

  1. Natura nie znosi próżni, nie dziwię się Matce Lusi. A im współczuję rozstania. W tamtych czasach to było naprawdę dramatyczne przeżycie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Życie w tak różnych krajach było naprawdę trudne i nie nastrajało optymistycznie. Każde rozstanie mogło być tym ostatnim.

      Usuń
  2. Najgorzej jak nie potrafi się powiedzieć prawdy pozostawionej kobiecie. Wszyscy mają wtedy poczucie winy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To się w dalszych odcinkach nieco wyjaśni, co nie znaczy, że będzie miało lepszy odcień.

      Usuń
  3. Wyjazdy zagraniczne czy to służbowe(krótkotrwałe) czy na kontrakty zawsze mocno podbudowywały finansowo rodzinę. Mój ojciec jednak jako wojskowy nie mógł myśleć o wyjazdach, chyba że do demoludów, ale w tym celowała matka.

    OdpowiedzUsuń