środa, 10 maja 2017

cz.XIII

List do Andrzeja Luśka pisała co najmniej trzy dni. Opisała też swój pierwszy
lot samolotem i paniczny strach gdy samolot  wpadał w próżnię. Opisała też
swą samotną wycieczkę po Pradze, która bardzo się jej podobała.
Wychwalała też swego szefa, który naprawdę był "porządnym człowiekiem".
Pomarudziła też na temat tego, że nie  bardzo wiadomo kiedy tak naprawdę
się zobaczą, pozachwycała się  otrzymanymi prezentami, prosiła by Andrzej
przekazał swej mamie podziękowania za wręcz zjawiskowo piękną chustę.
Przyznała się, że planowane przez niego ich zajęcia gdy już będą razem
przyprawiły ją o dreszcze i chęć przeżycia tego wszystkiego jak najszybciej.
Pocieszała go, że zapewne większość lekarzy podobnie jak on tak samo
mocno przeżywała i zapewne nadal przeżywa śmierć pacjenta. Że z czasem
być może będzie mu łatwiej.
I znów umówiła się z Lilką na babskie zakupy.
Tym razem robiły zakupy na Chmielnej - ulicy pełnej prywatnych małych
sklepików, kilku dobrze zaopatrzonych komisów i dwóch kawiarni, w których
można było się uwędzić żywcem w  papierosowym dymie. Lusia, która wiele
godzin w ciągu dnia spędzała na bardzo wysokich szpilkach (tak to jest gdy
natura poskąpi kobiecie wzrostu) szukała wygodnych  szpileczek przeglądając
zawartość komisowych półek. W swoim rozmiarze znalazła tylko granatowe
szpilki, ale były z cieniutkiej skórki i miały  wspaniale ustawiony obcas.
Niestety ich cena omal nie powaliła  Lusi na ziemię-była wręcz astronomiczna.
Lilka natomiast  zakupiła dwie pary cienkich, czarnych rajstop.
Można powiedzieć, że zakupy były udane przynajmniej dla jednej z dziewcząt.
Tym razem zrezygnowały z zajadania się  lodami - nadchodził wszak sezon
cienkich sukienek i wypraw na baseny.
W końcu Lusia skusiła się na kupienie w prywatnym sklepie klapek ze złotymi
i białymi paskami. Czuła, że wprost nie wypada niczego na Chmielnej nie kupić.

Dni w pracy mijały szybko,a Lusia już nie gubiła się wśród kilometrów korytarzy.
Coraz częściej miała do wykonania samodzielne zadania i szef coraz częściej
żartował, że jeszcze trochę a Lusia wygryzie go ze stanowiska. Ale tak naprawdę
był bardzo zadowolony z jej pracy. Ostatnio zdarzało mu się używać zwrotu:
pani Lusiu, dziecino kochana, proszę...i tu następowało jakieś służbowe polecenie.
Na szczęście pilnował się bardzo, by tego zwrotu nie użyć przypadkiem przy
ludziach.
Pewnego dnia szef przyniósł do pokoju Lusi małą maszynę do pisania. Prosił by
"dziecina kochana" sprawdziła jak się jej na niej pisze, bo według niego ta maszyna
jest stworzona do delikatnej kobiecej ręki. Maszyna przypadła Lusi do gustu i ręki
i odtąd Lusia używała jej stale.
W sumie w jej pokoju stały już trzy maszyny do pisania- jedna z bardzo długim
wałkiem potrzebna do kwartalnych zestawień, jedna "normalna" i ta malutka,
z którą Lusia wędrowała czasem do gabinetu szefa.
Lusia wymogła na szefie, by dzielili się kosztami swej ulubionej kawy, bo Lusia nie
widzi powodu by tylko szef tę kawę i pitną czekoladę kupował, skoro oboje ją piją
w tych samych, zbyt dużych ilościach.
Czasami Lusia przynosiła z domu jakieś domowe ciasto, upieczone przez  mamę.
Szef był łasuchem i zachwycał się każdym ciastem przyniesionym przez Lusię.
W czerwcu mieli lecieć do Budapesztu. Delegacja była spora i tym razem wyjazd
obsługiwał  "duży" sekretariat.
Pobyt  miał być kilkudniowy, spotkanie o randze międzynarodowej w gronie
państw RWPG. Na zakończenie przewidziana była uroczysta kolacja. Lusia miała
służyć pomocą jeszcze jednemu z dyrektorów, więc była pewna, że będzie miała
mnóstwo pracy.
Lusia czym prędzej uzupełniła swą letnią garderobę  o cienki kostiumik i
nową sukienkę, którą mogłaby włożyć na tę uroczystą kolację i.....zrujnowała
się na te arcy wygodne szpilki z komisu. Letnie kreacje nie były na szczęście
drogie.
Szef doradził Lusi by wzięła ze sobą również kostium kąpielowy to będzie
mogła skorzystać z pięknych basenów termalnych, poza tym z pewnością
w ich  hotelu też będzie basen, a nic tak nie odświeża po całym dniu jak
wieczorne  pływanie w  basenie.
Wylot był we wtorek rano o mało chrześcijańskiej godzinie a na lotnisko
należało przyjechać dwie godziny wcześniej, więc szef zaproponował, że
bladym świtem przyjedzie służbowym transportem po Lusię, bo w pewnym
sensie  Lusia mieszka "na trasie" do lotniska.
Podróż minęła spokojnie, w Budapeszcie czekały na nich samochody, szybko
też przebiegło zakwaterowanie.
Lusię zakwaterowano w pokoju z pracownicą jednego z dużych zakładów
przemysłowych, szef miał pokój sąsiedni i był w nim sam.
Organizatorzy, gdy już wszyscy byli zakwaterowani  zaprosili swych gości
na wspólne śniadanie.
W hotelowej restauracji stoły były ustawione w półkole. W sumie było około
30 osób, przeważała płeć brzydka.
Szef tak manewrował by znależć się przy stole obok Lusi.Tak prawdę mówiąc
to nawet była mu za to wdzięczna, bo czuła się niezbyt pewnie.
Śniadanie ciągnęło się niczym guma do żucia i Lusia nie mogła się nadziwić,
że ludzie potrafią tyle zjeść na śniadanie.
Pierwsza tura rozmów miała być w podgrupach w trzech różnych salach.
Ku zdumieniu Lusi  rozmowy były mało  służbowe, wpierw się wszyscy sobie
wzajemnie przedstawiali, część  już się znała z poprzednich spotkań więc bardzo
serdecznie się witali, zauważyli bez trudu nowe twarze czyli Lusię i jej  szefa.
Atmosfera była mało robocza, ale w sumie było bardzo sympatycznie. Było
dwóch tłumaczy, bo większość uczestników mówiła tylko w rodzimym języku.
Lusia zastanawiała się, jak ona porobi  jakieś notatki bo jak na razie to królował
jakiś dziwny język. Ona rozumiała rosyjski i angielski, szef rozmawiał z jakimś
Niemcem po niemiecku. Pewna Czeszka mówiła po polsku, ale z takim akcentem,
że Lusia dałaby sobie uciąć rękę, że mówi w swym ojczystym języku, który jest
tak podobny do polskiego, że Lusia wszystko rozumie.
Było z tego powodu trochę śmiechu, bo Lusia  powiedziała do szefa, że język
czeski jest tak bardzo podobny do polskiego, że ona wszystko może zrozumieć.
Nic dziwnego, powiedział szef, przecież ona mówi po polsku!
Potem była przerwa i uczestnicy zostali zaproszeni na wycieczkę po Budapeszcie.
Po mieście woziły ich dwa autokary a przewodnik objaśniał wszystko w języku
rosyjskim.
Budapeszt ogromnie się Lusi podobał.
Autokar wprawdzie nie posiadał klimatyzacji ale uchylone okna pozwalały na
względny komfort przejazdu. Natomiast  każde wyjście z autokaru było mało
miłe, bo był upał. Po trzech godzinach wrócili do hotelu na lunch.
Wszyscy byli zmęczeni upałem i każdy marzył o prysznicu i zmianie ubrania.
Szczególnie nieszczęśliwi byli panowie w swych garniturach.
Lunch już nie miał charakteru wspólnego posiłku, stoliki były cztero i sześcio
osobowe, wszyscy siadali tak jak im pasowało.
Lusia oczywiście siedziała w towarzystwie dwóch swoich dyrektorów, którzy
mówili do siebie po imieniu.
                                            c.d.n.


8 komentarzy:

  1. Stare dobre czasy, kiedy w lokalach mozna bylo normalnie palic, a nie wychodzic na deszcz, zeby zaczerpnac dymka. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Unikałam wtedy wszystkich kawiarni jak ognia. Po prostu dym mi szkodził.Śmieli się, że ze mną to się można umawiać tylko w barze mlecznym;(

      Usuń
  2. Trudno wyrobić sobie zdanie o całości na podstawie przeczytanej jednej części. To co mnie się rzuciło w oczy w trakcie czytania, to używanie w zdaniach po sobie bezpośrednio następujących tych samych wyrazów lub całych zwrotów, choć można było wyrazić sens kolejnego zdania przez stosowanie synonimów. Być może użycie partykuły "też" w pierwszych pięciu zdaniach i zwrotów: "zakwaterowanie przebiegło", "zakwaterowano w pokoju","gdy już wszyscy byli zakwaterowani", "były mało służbowe", "była mało robocza", to celowy zabieg stylistyczny, który ma na celu ukazanie , że Lusia,mówi prostym językiem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, po prostu po napisaniu, z powodu totalnego braku czasu nie "zczytałam" całości.
      Często zdarza mi się nie czytać tego co napiszę, bo zawsze jakoś jestem pod kreską czasową.

      Usuń
    2. Osobiście wielokrotnie czytam posty, zanim je wkleję na bloga, a mimo to, zdarzają mi się "wpadki" językowe, stylistyczne i interpunkcyjne. Zastanawiam się, czemu w tym opowiadaniu nie udaje mi się odnaleźć plastyczności języka i swobody operowania nim czyli tego, co tak bardzo podoba mi się w tekstach na blogu "nic specjalnego".

      Usuń
  3. Przypomniałaś mi czasy, gdy jeździłam do stolicy z mężem i robiło sie zakupy, o jakich w małym mieście można było pomarzyć, no i oczywiście obowiązkowa wizyta w Hortexie na lodach...
    Coś czuję przez skórę, że ten szef Lusi, to jeszcze coś wywinie, anioł nie szef...

    OdpowiedzUsuń
  4. Często bywałam w Hortexie. W tym, który był na parterze budynku przy Świętokrzyskiej sprzedawali również przed świętami bardzo
    dobre ciasta i zdarzyło mi się sterczeć tam kilka razy w gigantycznej kolejce. Pieczenie ciast nigdy nie było moim hobby i zdecydowanie wolałam postać nawet w długiej kolejce niż piec w domu.
    Eee,szef był bardzo porządnym facetem...
    Miłego;)

    OdpowiedzUsuń
  5. Moja mama jeździła w tamtych czasach na takie delegacje i też ciągle była zapracowana, albo tłumaczyła rozmowy szefów. Lubili ją, bo dobrze się wywiązywała z obowiązków. :)

    OdpowiedzUsuń