sobota, 13 maja 2017

cz.XVII

Szef wrócił z urlopu "spieczony", ale w  bardzo dobrym humorze.
Wyglądem przypominał teraz  nieco Indianina z rezerwatu.
Podobno było cały czas tak gorąco, że większość czasu spędzał leżąc na
materacu pośrodku jeziora i  "troszkę go słońce chwyciło".
Ładne mi  troszkę, pomyślała Lusia.
Zdała szefowi dokładne sprawozdanie z tego co się działo w biurze oraz
 z tego co  opracowała i co jej się w tym wszystkim nie zgadza. Przy okazji
 powiedziała że na urlop to się ona wybiera od 5 września.
Szef bez mrugnięcia okiem  "od ręki" podpisał jej kartę urlopową.
Wypoczęty szef ochoczo zabrał się do pracy razem z Lusią. Prawdę mówiąc
Lusia wykazywała znacznie mniej entuzjazmu.
W drugiej połowie sierpnia większość pracowników była na urlopach. Na
długich korytarzach  panowała przerażliwa pustka, budynek był jak wymarły.
Nawet w porze  lunchu w bufecie było pełno wolnych stolików.A ci co zostali
mieli całkiem sporo pracy.

W domu mama namiętnie wszystko przestawiała i zmieniała. Adwokat ją
zapewnił, że na 100% sąd orzeknie rozwód, więc zaczęła urządzać swą
sypialnię i salon "po swojemu". Dopytywała się  Lusi, co ona chce
zmienić  w mieszkaniu, ale Lusi marzyła się tylko jedna rzecz- nieduża
toaletka, z licznymi szufladkami by pochować w jej wnętrzu różne
kosmetyczne drobiazgi. Widziała kiedyś taką w Cepelii. Lustro było
schowane w podnoszonym blacie , więc był to taki trochę tajemniczy
mebelek. No i przydałby się nowy puf, taki ze schowkiem. Kolor?- byle nie
czerwony.

Pan Witold był teraz częstym gościem. Poprosił Lusię, by mogli mówić
sobie po imieniu, bo tak chyba będzie sympatyczniej.
Gdy mama Lusi szła robić kolację lub jakiś inny posiłek  czy też zmywać,
nie czekał bezczynnie w pokoju, ale szedł do kuchni i razem zawsze wszystko
szykowali.
Matka  Lusi miała na imię Julia, a on mówił na nią "Julinka."
Śmieszyło to Lusię niezmiernie, bo  kojarzyło się  jej z nazwą miejscowości
Julinek, w której była szkoła cyrkowców.
Julia  i Witold planowali "rodzinne" spotkanie, by ich córki mogły się
poznać.
Witold chciał wpierw by spotkanie odbyło się na gruncie neutralnym, ale
Julia  przekonała go, że będzie lepiej gdy spotkanie odbędzie się albo
u niej albo u niego.
Lusi było to w zasadzie obojętne, byleby nie było ono w czasie pobytu
w Polsce Andrzeja.
Poza tym 10 września Julia i Witold wyjeżdżali na dwa tygodnie nad morze.
Z tego wszystkiego wyszło, że takie spotkanie będzie możliwe dopiero
w końcu września albo na początku pazdziernika.
Na razie Lusia obejrzała córki  Witolda na kilku zdjęciach. Wyglądały
całkiem zwyczajnie, ani brzydkie ani ładne, ale buzie miały sympatyczne.

Andrzej dotarł do Warszawy 4 września wieczorem. Jeszcze z dworca do niej
zatelefonował. Umówili się, że "teraz, zaraz" wpadnie po nią taksówką.
Julia wprawdzie tłumaczyła Lusi, że powinni wpierw zjeść tutaj kolację , ale
Lusia stwierdziła, że tylko wezmie z domu jakieś zaopatrzenie na wieczór
i rano.
Od dwóch  dni rzeczy miała już spakowane, walizka stała w przedpokoju
a ona od chwili odłożenia słuchawki telefonu stała na balkonie czekając na
przyjazd Andrzeja.
Gdy tylko przed domem stanęła taksówka Luśka ucałowała mamę, porwała
walizkę i szybko wybiegła  z mieszkania.
Spotkali się na I piętrze i już razem wypadli biegiem z budynku.
Pan taksówkarz jechał ich zdaniem wyjątkowo wolno, no ale w końcu wszak
dojechał. Luśka zapłaciła za kurs, bo Andrzej jeszcze nie wymienił dewiz na
złotówki. Gdy zajechali na miejsce porwał obie walizki i wreszcie mogli się
jeszcze w windzie przywitać nieco dokładniej.
Pootwierali w mieszkaniu wszystkie okna, włączyli lodówkę i nie zapalając
światła padli objęci na kanapę w salonie. W kompletnej ciszy tulili się do
siebie, nie przerywając milczenia. W końcu nieco ochrypłym głosem Andrzej
wyszeptał- wreszcie jesteś przy mnie, moja kochana.
Luśka wyzwoliła się delikatnie z jego objęć, przymknęła i przysłoniła okna,
zapaliła małą lampkę i pociągnęła Andrzeja w stronę łazienki.
I choć była to naprawdę niedaleka droga zdążyli się całkiem rozebrać.
Kąpiel była nadspodziewanie krótka bo woda, z bliżej nieznanych powodów,
była bardzo  letnia.
To pewnie po to, żebyśmy wpierw z lekka oprzytomnieli,  elektrociepłownia
wyraznie o nas dba- roześmiał się Andrzej.
To w takim razie ja zrobię wpierw coś do jedzenia i picia -stwierdziła Lusia
owijając się kąpielowym prześcieradłem, chodz, pomożesz mi.
Pomogę, ale za chwilę i poszedł czegoś szukać w swoim  bagażu.
Za moment wrócił z nową  płytą długogrającą dla Lusi.
Siedzieli w kuchni, słuchali swej ulubionej muzyki i nie spuszczali z siebie
wzroku. 
Gdy przytuleni kołysali się w rytm melodii Lusia wyszeptała mu do ucha-
mam dla Ciebie niespodziankę, od dziś ja będę zabezpieczona, ty nie musisz.
I znów odkrywali się na nowo, tym razem bez  poprzedniego pośpiechu, ale
z wielką tkliwością i dbałością o wzajemne doznania.
Lusia przyznała się Andrzejowi, że była u lekarza specjalisty i dostała od
niego odpowiednie leki antykoncepcyjne szwedzkiej firmy.
Jedyny mankament, że można je kupić tylko w Pewexie za dolary lub bony.
Następnego dnia około południa Andrzej otworzył oczy, rozejrzał się i......
ponownie objął Lusię i spokojnie zasnął.
Przy niespiesznym  śniadaniu, które  jedli w porze gdy większość ludzi je
lunch, Lusia opowiadała o tym, co się dotąd wydarzyło w jej życiu.
W kilku  zdaniach zmieściła wszystko co dotyczyło jej pracy.
A ten twój szef to ma chyba słabość do ciebie, wiesz?- zauważył Andrzej.
Luśka zaśmiała się- nie, tylko ja jestem fachowa siła po szkole sekretarek i
to cały sekret jego słabości do mnie.  Facet ma  córkę w moim wieku i żonę
niewiele ode mnie starszą, więc ma co robić w domu.
Nieco dłuższa była opowieść o wydarzeniach rodzinnych. Andrzej słuchał
bardzo uważnie i gdy tylko Lusia przestała mówić powiedział - mogę  ci
przysiąc, że u nas będzie inaczej.
A co znaczy u nas? - zapytała Lusia wpatrując się mu w oczy.
Jeżeli tylko zgodzisz się wyjść za mnie to będzie właśnie "u nas".
Kocham Cię od zawsze, ale zrozumiałem to dopiero całkiem niedawno.
Czuję to, a raczej wiem, jestem tego pewny, że jesteś moim przeznaczeniem.
Wiesz, że nie potrafię ładnie mówić. Proszę Cię, pobierzmy się.Nie wyobrażam
sobie byśmy znów byli rozdzieleni. I to nie idzie wcale o seks, chodzi o  twoją
przy mnie obecność, teraz i na resztę życia.
Dalsze słowa były już całkiem niezrozumiałe, bo Lusia zamknęła mu usta
bardzo długim pocałunkiem.
Ale ponieważ Lusia nie należała do marzycielek z miejsca zaczęła się na zapas
zamartwiać, co to będzie za małżeństwo na odległość.
Okazało się, że  Andrzej, choć wcale nie był w 100 procentach pewny, czy
Lusia zgodzi się zostać jego żoną, już pewne rzeczy zaplanował.
Tak jak sobie postanowił, bardzo pilnie się uczył, nie zawalał żadnych
terminów egzaminów, niemal nocował w klinice, starał się jak najwięcej
nauczyć.  Efekt był - jeden z profesorów zaproponował mu, by złożył aplikację
na stypendium naukowe do którejś z klinik chirurgii dziecięcej.
Andrzej się zawahał i chciał nawet powiedzieć, że chirurgia dziecięca nie za
bardzo mu leży, ale wtedy profesor, poklepując go po plecach powiedział -
ma pan lekką rękę i jestem pewien, że będzie pan miał wiele  satysfakcji
ratując zdrowie i życie dzieciaków.
 I Andrzej "załapał się" na dwa lata stypendium, ale w...... Kanadzie.
Był bardzo , bardzo zaskoczony, bo to była jedna z lepszych uniwersyteckich
kanadyjskich klinik. 
Pomyślał, że  tylko  wtedy pojedzie, jeśli Lusia  zostanie jego żoną i wtedy
pojadą do Kanady razem.No może nie od razu, bo wpierw on będzie musiał
tam zorganizować ich wspólne życie.
W pierwszej kolejności poinformował o wszystkim swoich rodziców,
potem skontaktował się z Lilką, by sprawdzić swoje notowania u Lusi  a
dopiero potem przyjechał  do Polski uprosić Lusię by została jego żoną.
Oczywiście musiał jak najwięcej o swej wybrance opowiedzieć rodzicom.

Świat jest strasznie mały, a niektórzy mają bardzo rozległe kontakty i nawet
odległość nie gra roli, gdy chcą się czegoś o kimś dowiedzieć.
Ojciec Andrzeja bez trudu trafił na ślad Lusi w ministerstwie, do którego
była przeniesiona służbowo. Minister i ojciec Andrzeja znali się dość dobrze,
a bezpośredni szef Lusi miał o niej jak najlepsze zdanie - skromna, pracowita
odpowiedzialna i bystra dziewczyna. Bardzo dobra znajomość angielskiego.
Bezkonfliktowa, dyskretna, umie samodzielnie pracować.
Te wszystkie wiadomości o Lusi zostały zebrane w ekspresowym tempie, ale
oczywiście ojciec nie powiedział o tym synowi.  Do tego wszystkiego przyznał
się  wiele lat póżniej.
Zapytał się tylko, czy Andrzej  jest pewny swych uczuć, bo małżeństwo to nie
jest romans a wielka odpowiedzialność wpierw za dwoje, a potem jeszcze i za
dzieci. I niech się Andrzej liczy z tym, że być może Lusia wcale nie będzie
chciała być jego żoną i jechać za nim na koniec świata.
Mama była w tym temacie  "dobrym  policjantem" - wychwalała ich uczucie
przywiązania, które przetrwało tyle lat i nieco pouczała syna o potrzebach
psychicznych kobiet, o tym, że potrzebują czułości i delikatności  ale nie
mazgajstwa i niezdecydowania.
Potem powiedziała synowi, że bardzo chciała mieć jeszcze i córkę oprócz
syna, więc jeśli Lusia się zgodzi, to ona ją przyjmie jak własne dziecko.
I to zdanie Andrzej powiedział tego dnia Lusi.
Stanęło na tym, że rodzice nie mają nic przeciw małżeństwu Andrzeja, choć
nie znają właściwie swej przyszłej synowej.Ojciec zapewnił, że na pewno
im na początku pomogą, dopóki Andrzej nie stanie sam finansowo na nogach.

Stypendium Andrzeja zaczynało się od 1 marca.
Lusia przyjęła te dość oryginalne oświadczyny Andrzeja. Takie bez klękania,
wręczania pierścionka i składania  przyrzeczeń.
I zgodziła się jechać z nim na koniec świata, nie tylko do Kanady.
Andrzej poprosił, by zatelefonowała do swej mamy i spytała się, czy mogą
jeszcze tego wieczoru wpaść na chwilę.
Oczywiście mama nie miała nic a nic przeciwko tej wizycie.
Czas do wizyty w domu Lusi spędzili na snuciu planów na najbliższe dni.
Ze spraw ważnych musieli pobrać swe dokumenty z USC i zamówić
termin ślubu. Oboje nie mieli ochoty na  ślub kościelny - wystarczał im
do szczęścia ślub cywilny.  Andrzej wertował kalendarz i swoje notatki by
wybrać termin pomiędzy praktykami w szpitalu i ważnymi wykładami.
W końcu okazało się, że najlepiej będzie wybrać jakąś sobotę na początku
grudnia.
Jako osobnik zupełnie niezorientowany w tematyce ślubnych strojów
zapytał  Lusię,  czy ona musi iść do  ślubu w takiej długiej, białej kreacji,           
bo to przecież będzie  zima, a poza tym to jemu się taki strój nie podoba.
Lusia pocieszyła go, że z pewnością "w czymś takim" nie wystąpi,
bo w takim stroju to się  bierze ślub kościelny a nie cywilny.

W drodze do domu Lusi zahaczyli o bank, piekarnię, kwiaciarnię i cukiernię.
Drzwi otworzył im Witold a mama pokrzykiwała coś z kuchni.
                                                          c.d.n.





6 komentarzy:

  1. Czytając dzisiejszy fragment, byłam pewna(dochodząc do końca), że zamierzasz zakończyć historię Lusi(jaki jest związek tej bohaterki, z tą z roku 2012?). Czy jest to tylko zbieżność imion? W tej chwili przechodzę do czytania "Zuzki"(opowieści z poprzednich lat-wciągające). Ukłony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam kilka "Lusiek". Co najzabawniejsze każda z nich ma inaczej na imię, ale wszystkie dla bliskich i przyjaciół są Luśkami. Luśką była między innymi Alicja, Lucyna, Felicja, Halina. Zawsze mnie zaskakuje talent ludzi do dziwnych zmian podstawowego imienia. Pewna Basia była nazywana Siunią, Marysia -Niutą, Jadwiga -Gigą, a inna
      Jadwiga - Jagodą. Najbardziej zaskakującym dla mnie "imieniem" było Małpunia dla Malwiny i Bazyli dla...Małgosi.Znam również Witka, na którego wszyscy wołali Filip i przez jakiś czas myślałam, że jest ich dwóch braci, oraz Lucynę którą wołali Paulina.

      Usuń
    2. Niektórzy mają dwa imiona z chrztu i często posługują się drugim na co dzień, a pierwsze pozostaje w dokumentach. Jednak, to co opisałaś powyżej naprawdę poraża. Nie rozumiem jak można tak piękne imię jak MALWINA zamienić na Małpunię(rozumiem, że to bardziej ksywka niż imię). Opowiadanie o "Zuzce" szalenie interesujące. Aż trudno uwierzyć, że ktoś mógł mieć tak zagmatwany i fascynujący zarazem życiorys. Wracam do poszukiwania dalszych Twoich opowiadań. Życzę udanej niedzieli.

      Usuń
  2. Wzruszyłam się tu kilka razy, aż do łez :)
    Takie to proste i piękne.

    OdpowiedzUsuń
  3. Teraz po prostu im kibicuję, żeby ich plany pięknie się ziściły!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja im kibicowałam na żywo.I nie za bardzo wierzyłam,że im się uda.

      Usuń