niedziela, 14 maja 2017

cz.XVIII

A jednak było trochę tradycji, co nieco zaskoczyło Lusię.
Gdy już wszyscy zgromadzili się przy stole Andrzej wyjaśnił cel swej
wizyty- przyjechał do Warszawy poprosić Lusię o to, by została jego żoną,
a ona w swej wielkiej łaskawości zgodziła się.
A teraz on prosi, by pani Julia akceptowała  ten plan  a Lusia żeby przyjęła
pewien drobiazg-  i .... z kieszeni dżinsowej koszuli wyszarpnął małe
pudełeczko, które podał Lusi.
W środku , otulone błękitnym aksamitem, leżały dwie obrączki.
Ta mniejsza z trzema mini diamencikami, ta większa bez nich.
Wziął tę mniejszą i wsunął ją na serdeczny palec Lusi  lewej ręki , a Lusia
przytomnie wzięła drugą obrączkę i udekorowała nią w ten sam sposób
lewą rękę Andrzeja.
Powiedział, że obie są platynowe i będą ich obrączkami ślubnymi, ale po
ślubie będą je  nosili na palcu serdecznym prawej ręki.
A Lusia to ma takie szczupłe paluszki, że trzeba było obrączkę robić  na
zamówienie.
Widać było po nim, że odetchnął z ulgą gdy tej ceremonii stało się zadość.
Lusia przytomnie zauważyła, że on się tej obrączki nie nanosi, głównie
z racji swego  przyszłego zawodu.
Ale Andrzej i na to miał sposób - będzie ją nosił na łańcuszku, tak jak teraz
tę swoją część medalionika.
To się będą dziewczyny nabierać nie widząc obrączki na twym palcu -
droczyła się z nim Luśka.
I dopiero teraz powiedział mamie  Lusi, że dostał stypendium w Kanadzie,
że chcą z Lusią wziąć ślub na początku grudnia, bo stypendium jest od
1 marca.
Wie, bo już to sprawdzał, że będzie mógł ściągnąć do siebie Lusię,
oczywiście na swój koszt.
Mamie Lusi jakoś wydłużyła się mina, ale w tej samej chwili odezwał się
Witold, że skoro  zrobił się teraz taki narzeczeńsko-małżeński wieczór, to
on chce poprosić Lusię, by pozwoliła  wyjść swojej mamie za mąż za niego,
gdy tylko  Julia otrzyma z sądu  orzeczenie o rozwodzie.
Zaskoczył tym oświadczeniem nie tylko Lusię ale i obiekt swych uczuć.
A potem Witold zaczął rozmowę z Andrzejem na tematy fachowe i pani
Julia powiedziała- no to mamy dziś facetów z głów, nie ma to jak pogadać
sobie o szpitalu, medycynie, dyżurach i ciekawych przypadkach.

Julia z Witoldem wyjechali nad morze, a Lusia z Andrzejem odwiedzali
razem "stare kąty" w Warszawie,pobrali swoje akty urodzenia z archiwum,
złożyli odpowiednie dokumenty potrzebne do wzięcia ślubu,wybrali termin .
Pławili się w szczęściu i miłości aż do chwili, gdy w następnym tygodniu
Lusię, w krótki czas po  zaśnięciu, obudził okropny ból brzucha i mdłości.
Andrzej stanął na wysokości zadania-przeprowadził najprostsze z możliwych
badanie, dzięki któremu stwierdził że  to wina wyrostka robaczkowego.
Niewiele myśląc zatelefonował do brata swojej mamy, który był ordynatorem
w jednym z lepszych warszawskich szpitali i poprosił o pomoc, bo jego
narzeczona ma ewidentnie atak wyrostka robaczkowego.
Starszy pan, rad nie rad przyjechał, zbadał Lusię, wezwał pogotowie i całą
trójką, na sygnale, pojechali do szpitala, w którym pracował.
W laboratorium natychmiast zrobiono badanie na obecność białych krwinek.
Ich ogromna ilość spowodowała, że o drugiej w nocy Lusia  znalazła się na
stole operacyjnym.
Andrzej szalał z niepokoju, bał się, że to może być już rozlany wyrostek. 
Całą operację oglądał z okna "teatru" tak jak to zwykle oglądają  studenci
medycyny.
Świadomość, że tam w dole leży jego ukochana niemal odbierała mu trzezwą
ocenę sytuacji. Teraz dopiero zrozumiał, czemu żaden chirurg  nie operuje sam
swoich bliskich.
Po operacji, w czasie której okazało się, że na szczęście wyrostek nie pękł,
choć był pełen ropnej treści, siedział przy  Lusi aż do samego rana, czekając
by obudziła się  z narkozy.
I chociaż bardzo protestowała i piszczała , że zaraz wszystko jej z brzucha
ucieknie, kazał jej chodzić, by nie tworzyły się zrosty pooperacyjne.
Następnego dnia Lusia opuściła szpital.
W siedem dni pózniej wujek Andrzeja usunął jej w domu szwy, sprawdził
palpacyjnie okolice pooperacyjne i kazał ten dzień przeleżeć do końca bez
wstawania. A potem miała ograniczyć do minimum chodzenie na wysokich
obcasach przez miesiąc. I po tym terminie miała koniecznie odwiedzić go
w szpitalu by mógł skontrolować jej stan zdrowia.
Andrzej wychodził ze skóry by Lusi rekonwalescencja przebiegała jak
najlepiej i jak najsprawniej. Takiego Andrzeja  Lusia jeszcze nie znała.
Opoznił swój powrót na uczelnię o cały tydzień, nie chciał wyjeżdżać nie
mając pewności, że wszystko z jej zdrowiem jest w należytym porządku.
Przyznał się Lusi, że umierał wręcz z niepokoju, a jej widok na  stole
operacyjnym przyprawił go wielki ból i niepokój.
Lusia dziwiła się, przecież była pod bardzo dobrą opieką, ale Andrzej
wiedział co mówi - tak naprawdę nie ma  bezpiecznych operacji, każda
interwencja  chirurgiczna może mieć złe zakończenie.

 Przyjechała mama Andrzeja. Lusia miała  "lekkiego pietra".
No bo co będzie jeśli nie spodoba się swej przyszłej teściowej?
Nie wiedziała, że jego mama gdyby tylko mogła przychyliłaby swemu
synkowi nieba. Nie wiedziała też, że Andrzej nie ukrywał przed swą
mamą,  jak bardzo jest do Lusi przywiązany, jak bardzo ją kocha i jak
bardzo za nią tęskni.
Gdy przyszła  teściowa przyjechała z wizytą do domu  Lusi, w ciągu
zaledwie godziny wszystkie trzy poczuły jakąś dziwną więz - tak jakby
wszystkie trzy  znały się i przyjazniły od lat.
Pod koniec wizyty mama Andrzeja mówiła do Lusi per "córeńko", Lusia
do niej po imieniu ( przecież mamę ma się jedną, więc mów mi córeńko
po imieniu) i obie matki też sobie mówiły po imieniu.
Pani Julia nie  mogła się wprost nachwalić Andrzeja jaki to porządny
chłopak i taki mądry i jak zadbał o Lusię w czasie jej choroby.
Obie nieco zasmucał fakt, że "dzieci" będą tak daleko od nich. Z drugiej
strony to może nawet niezle, że oboje będąc daleko od swoich  matek, bo
będą "zawieszeni" tylko na sobie,  co też ma wiele zalet.
Gdy przyszła teściowa wyjeżdżała, Lusia z mamą ją odprowadziły na
dworzec i nie  obyło się bez  łez przy pożegnaniu.

Lusia nieco spózniła się po urlopie do pracy, ale Andrzej dostarczył
do kadr jej zwolnienie lekarskie, więc gdy wróciła do pracy, szef
był wyraznie przestraszony.
Co jakiś czas dopytywał się, jak się Lusia czuje i czy nie chce może
trochę odpocząć.
Obrączkę Lusiną dostrzegł dopiero po kilku dniach i gdy siedzieli nad
planami  klnąc zgodnie  to nudne i dość bezproduktywne zajęcie
powiedział-  widzę, że coś się w pani życiu za jakiś czas zmieni.
Lusia  wściekła, że znów odkryła kolejny błąd w zestawieniach które
nadesłały zakłady, spojrzała na niego niezbyt przytomnym wzrokiem
mówiąc- ale ja nie wiem o czym pan mówi.
Szef dotknął delikatnie jej obrączki - o tym mówię pani Lusiu.
Lusia zaczerwieniła się i uśmiechnęła- przepraszam, jestem tak zła, że
ciągle trafiają się jakieś błędy, że nie bardzo wiem co się dookoła dzieje.
No tak, zmieni się, zaręczyłam się, w grudniu będzie cywilny ślub. Ale
to przecież niczego nie zmieni, nie przestanę z tego powodu pracować tylko
wykorzystam resztę urlopu. A i to palcem na wodzie pisane.
A jak się pojawi baby?-spytał. Lusia roześmiała się - nie sądzę bym prędko
miała zacząć sezon reprodukcyjny. Dzieci to konfliktogenne twory. Mnie
się nie spieszy do posiadania dziecka.
Ani się Lusia obejrzała a nadszedł grudzień.
Ślub był kameralny, Lusia  była w wełnianej, bardzo dopasowanej króciutkiej
sukience w kolorze królewskiego błękitu.
Andrzej odmówił wystąpienia w garniturze - był w czarnych spodniach i
sportowej, granatowej marynarce.
Na  ślubie byli "sami bliscy", czyli rodzice i wujek Andrzeja, Julia z Witoldem
i jego córkami , Lilka z mamą i szef Lusi z żoną.
Wesela nie było, tylko wspólny obiad z uczestnikami ślubu. Obiad był
wielce wytworny w Hotelu Europejskim, gdzie rodzice Andrzeja wynajęli
dla młodych apartament nowożeńców na trzy dni.
Podobała im się ta impreza, w końcu miło jest gdy ktoś obojgu dostarcza
przez 3 dni śniadanie do łóżka i ktoś wszystko posprząta.
Święta i Sylwestra spędzili oddzielnie.
Andrzej zaliczał jakieś egzaminy, a Lusia w Sylwestra siedziała w pracy
aż do 22.00 - najczęściej tak właśnie wyglądały ostatnie dni roku.

Andrzej zostawił Lusi dokumenty , które powinna dołączyć do wniosku
wizowego w ambasadzie Kanady. Aż trzy razy rozmawiała  w ambasadzie
w sprawie tego wyjazdu. Rozmowy toczyły się w języku angielskim.
Z dodatkowych dokumentów miała dostarczyć świadectwo zdrowia. Nie
pytała się po co to świadectwo zdrowia. Równocześnie  złożyła wniosek
o wydanie paszportu.
                                                c.d.n.

6 komentarzy:

  1. W tych zamierzchlych czasach tez mialam operacje wyciecia wyrostka. Teraz pewnie musialabym czekac w kolejce na NFZ albo placic za nia sama. ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. A ja miałam będąc jeszcze w szkole średniej.Cały tydzień mnie trzymali w szpitalu.

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo rzeczowa ta Lusia, do większości spraw podchodzi bardzo analitycznie. :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Tak, należała do "zimnych kóz", a nie "ciepłych krów".
    To była zasługa jej matki, która zawsze, od wczesnego dzieciństwa traktowała ją poważnie.

    OdpowiedzUsuń
  5. Akcja rozwija się jak to zwykle w życiu, trochę planowo i całkiem zaskakująco!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zauważyłam, że często się w życiu toczy coś własnym trybem i mamy na to mały wpływ, choć w rzeczy samej sprawy nas dotyczą. Ciągle nie wiem dlaczego tak jest.

      Usuń