poniedziałek, 15 maja 2017

Epilog

Przygotowania Lusi do wyjazdu polegały głównie na skompletowaniu nowych
strojów, zwłaszcza na okres zimowy.
Przewidywała, że wyjedzie  co najmniej na dwa lata  a potem wrócą do Polski,
więc nie zabierała z domu przeróżnych rzeczy  o charakterze pamiątkowym.
U tłumacza przysięgłego przetłumaczyła akt  ślubu , swoją metrykę i dyplom
ukończenia Szkoły stenotypii i języków obcych.
Bez problemu otrzymała paszport, a ku swemu zdumieniu zobaczyła, że ma
w paszporcie wbitą wizę kanadyjską pobytową. Nie zaprotestowała, chociaż
ją to mocno zdziwiło. Wizę niemiecką miała tylko na 3 dni, tranzytową,
podobnie jak szwajcarską.

Ale, jak sama mawiała, świat składa się głównie z rzeczy dziwnych.
LOT zawiadomił ją, że jest dla niej bilet otwarty na przelot na trasie Warszawa-
Frankfurt-Zurych -Toronto, z dodatkowym nadbagażem w wys. 30 kg,więc
proszą by się do nich zgłosiła. Ten układ trasy mieścił się w milażu biletu.
Andrzej z kolei poprosił by na razie zrobiła rezerwację na trasie Warszawa-
Frankfurt a dalszą trasę miała rezerwować dopiero we Frankfurcie. Tam
odbiorą ją jego rodzice, bo on już leci do Kanady. Będzie tam przed czasem,
bo chce znależc dla nich jakieś mieszkanie najlepiej blisko szpitala.
Poza tym powinna wylecieć z W-wy w końcu  lutego.
I ma koniecznie zawiadomić jego rodziców kiedy i jakim  rejsem doleci do
Frankfurtu. Resztę wiadomości otrzyma od rodziców.
Wiadomość, że  może wziąć aż 50 kg bagażu wielce ją rozśmieszyła.
Już widziała oczami wyobrażni siebie ciągnącą te 50 kg bagażu.

Szef twierdził, że jest bardzo, bardzo niepocieszony utratą swej ulubionej
sekrtarki, ale rozumie, że Lusia przecież jedzie do  męża.
Ostatniego dnia pracy Lusia otrzymała.....kosz azalii, widać, że szef miał
wyrazną słabość do tych kwiatów.

W dniu "0" Lusia była zupełnie roztrzęsiona - po raz pierwszy na tak długo
rozstawała się z mamą, po raz pierwszy jechała do Europy  Zachodniej ale
jednocześnie cieszyła się, że wreszcie  zobaczy Andrzeja.
Do tego wszystkiego była śpiąca, bo wieczorem zupełnie nie mogła zasnąć.
Na lotnisko odprowadziła ją mama z Witoldem.
Wielkość lotniska we Frankfurcie (a było to jeszcze przed jego przebudową)
nieco ją przeraziła. Na szczęście komunikaty i napisy były nie tylko w języku
niemieckim ale i w angielskim.
Gdy tylko wyszła po odprawie paszportowej i celnej wpadła w objęcia swej
teściowej, która porwała Lusi bilet lotniczy i pobiegła z nim gdzieś w dal po
sticker na dalszy lot.
W niecałą godzinę pózniej  siedziały w samolocie lecącym  do Zurychu.
W Zurychu zostały odebrane przez Lusinego teścia a nim wyszli z lotniska
tym razem teść zajął się biletem Lusi i zrobił dalszą rezerwację. Zgodnie
z tym "co zarządził" Andrzej, w dalszą drogę Lusia miała wyruszyć za
tydzień.
Teściowa zajmowała się Lusią tak,  jakby była małym, zagubionym dzieckiem.
Przytulała, całowała, obdarowała różnymi "niezbędnymi" rzeczami, w tym
lekkim ale ciepłym futerkiem, kilkoma swetrami, które w Polsce bywały tylko
w komisach, zmusiła do wyprawy po ciepłe botki i ciepłe wełniane spodnie.
Cały czas Lusia słyszała, że Andrzej to ma szczęście mając taką żonę.
Obejrzała szew poopoeracyjny Lusi, kupiła jakąś maść, prosiła by Lusia
codziennie, a najlepiej dwa razy dziennie wmasowywała ją, to blizna ładnie
się wygoi i śladu nie będzie.
Odlatując  w dalszą trasę Lusia miała dwie bardzo  duże walizki, bo teściowa
dołożyła jeszcze jakieś rzeczy dla Andrzeja. I jakoś tak się porobiło, że bagażu
było ponad 40kg. Lot był co prawda długi, ale Lusia już się psychicznie
pozbierała, bo teściowa cały czas ją zapewniała, że dla niej to ona  jest takim
samym jej dzieckiem jak Andrzej i że oni zawsze, nawet z daleka, o nich
zadbają.
W Toronto dość długo czekała na bagaż, potem "polowała" na wózek bagażowy
i wyszła ze strefy przylotów niemal ostatnia.
Rozejrzała się dokładnie, ale nigdzie nie było Andrzeja.
Gdy tak stała nieco zdziwiona jego nieobecnością, usłyszała komunikat, że pani
S-ka proszona jest do informacji. Tam dowiedziała się, że "pani mąż przyjedzie
po panią za godzinę, prosi by pani zaczekała na niego w barku kawowym".
Andrzej dotarł za pół godziny- wycałował, przeprosił bo nie mógł wyjść na czas
z bardzo ważnego pokazowego wykładu.

Lusia szybko się odnalazła w Toronto.
Wynajęte mieszkanie było z pełnym umeblowaniem i wyposażeniem kuchennym.
Mając wizę  na pobyt stały Lusia zaczeła pracować w prywatnym gabinecie
lekarskim jako recepcjonistka. Andrzej po stypendium dyplom lekarza uzyskał
na kanadyjskiej uczelni i rozpoczął pracę w szpitalu.
W 1968 roku, po zajściach marcowych, do Kanady przyjechali rodzice Andrzeja.
Skorzystali z okazji, że trwały czystki w resorcie  dyplomacji i wyemigrowali.
Lusia w końcu zdecydowała się na posiadanie dziecka, zwłaszcza, że teściowa
oferowała jej swą pomoc.
Prze cały okres ciąży Andrzej drżał o Lusię i nienarodzone jeszcze dziecko a gdy
Lusia  rodziła omal nie zszedł na serce, tak się bał o nią i dziecko.
Zapewnił jej naprawdę świetne warunki i bezbolesny poród a maluszka przebadało
zaraz po urodzeniu chyba z pięciu jego kolegów, pediatrów.
Przy drugim dziecku, w dwa lata pózniej był już bardziej odporny. Drugi maluszek
też był zdrowym chłopczykiem.
Teściowa, zgodnie  z obietnicą, bardzo pomagała Lusi, jednocześnie nie odbierając
jej "berła pani domu".
Początkowo Lusia i Andrzej planowali powrót do Polski, ale w końcu nie wrócili.
Zamieszkali razem z rodzicami Andrzeja we Włoszech i mama Lusi wraz z Witoldem
przyjeżdżali do nich co roku w czasie wakacji.
                                                         KONIEC



17 komentarzy:

  1. Wtedy wydostac sie z Polski to bylo cos, zwlaszcza w latach 60-tych, bo pozniej juz troche popuscili i sama wyjezdzalam na tzw. zachod.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, ciężko było! Ale niektórzy, ci przy dużej forsie płynęli Batorym z Orbisem na wycieczkę na Wyspy Kanaryjskie. Nie ukrywam, zazdrościłam im tego jak licho.

      Usuń
  2. Ech tym razem nie zdążyłam na czytanie, ale obiecuję poprawię się...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Krysiu, to przecież nie znika, zostaje. Niektórzy wolą czytać dopiero wtedy gdy już wszystko napiszę.

      Usuń
  3. Bardzo lubię takie happy endy :)
    Dziękuję Ci za tę opowieść.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Iw, niewątpliwie był to happy end pod względem udanego życia osobistego. Nie mniej pożegnali się z własnym krajem na zawsze, nigdy tu nie przyjechali. I niestety mieli rację.

      Usuń
    2. Wiesz, mnie jednak ciągnie ciągle do Polski, ale może dlatego, że układanie życia na obczyźnie jakoś tak po sznurku mi nie idzie. Ciągle czekam na decyzje tzw. organów... Co wnerwia i nie daje poczucia stabilizacji.

      Usuń
    3. A ja to nawet nie jestem pewna czy wyjedziemy. Wszystko się chrzani, a głównie sprawa ubezpieczenia zdrowotnego.
      A przy schorzeniach mego męża to może być zupełnie nieciekawie.

      Usuń
  4. Bardzo dobrze się czytało, dziękuję!

    OdpowiedzUsuń
  5. lubię czytac te Twoje historie ,,z życia wzięte, ,
    Pozdrawiam Krystyna

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, bo lubię je pisać.;)
      Miłego;)

      Usuń
  6. Ale miła historia. Wszyscy żyją dobrze i szczęśliwie. supcio. :)

    pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podobno szykują się do podróży życia- chcą polecieć do Australii.
      Miłego;)

      Usuń
  7. Bardzo brakuje w naszym życiu historii kończących się w pozytywny sposób jak ta o Lusi i Andrzeju. Dobrze że o nich napisałaś.I JA DZIĘKUJĘ.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Myślę, że zawsze warto napisać historię ludzi, którym się w życiu ułożyło. Bo jak wiadomo z powietrza to się biorą tylko wirusówki, a w życiu mimo wszystko wiele zależy od nas samych jak i od tego jak się było wychowanym, jak wyglądały nasze relacje z innymi ludzmi.
      Oni oboje mieli szczęście, bo Lusia miała b.mądrą mamę, a Andrzej mądrych oboje rodziców.
      Serdeczności , Kochana;)

      Usuń