niedziela, 13 czerwca 2021

Przecież mówiłam!

Natrętny dźwięk budzika wwiercał się Jolce w mózg. Skrzywiła się i z zamkniętymi oczami wyciągnęła rękę by wyłączyć ten obrzydliwy dźwięk i jak zwykle wpierw wywróciła budzik,  potem nie mogła znaleźć małego klawisza, który należało przesunąć w dół, a budzik tymczasem dzwonił i dzwonił jakby się paliło. W końcu musiała otworzyć  oczy, wziąć "gada" do ręki i odszukać klawisz z tyłu budzika. Muszę chyba  kupić jakiś inny model -pomyślała - taki, w którym wystarczy  pacnąć ręką i dzwonek się wyłącza. I żeby miał na cyferblacie datę i dzień tygodnia i był sprzężony z odtwarzaczem i grał coś na dzień dobry a nie dzwonił przeraźliwie. Może nawet grać "panie Janie niech pan wstanie".

Jedyna pociecha, że to już był piątek. Szykując się do pracy myślała już tylko o tym co ją czeka w pracy. Już ponad rok tkwiła na stanowisku p.o. kierownika działu  i miała już dość. Wciąż żałowała, że dała się Tomkowi, swemu kierownikowi, namówić by zastępować go w czasie gdy on będzie  w BRH  w Budapeszcie. Przyjaźnili się  od wielu lat, pomagali  sobie w wielu sprawach, to Tomek ściągnął ją do tej  centrali, zadbał by dostała niezłą podwyżkę gdy zgłosił ją na swe zastępstwo obejmując stanowisko w Budapeszcie, co dwa  miesiące ściągał ją do  Budapesztu i zawsze był to miły tydzień pobytu w ładnym mieście, chociaż pracy miała sporo. Znali się  jeszcze z czasów licealnych,  śmiali się, że są dla siebie pogotowiem  ratunkowym - i to w bardzo różnych sprawach. 

Wielu wspólnych znajomych uważało ich za parę i dziwili się, gdy nagle Tomek ożenił się i to z dziewczyną "spoza kręgu znajomych". Ale gdy w pół roku po ślubie na świecie pojawił się "wcześniak" przyjaciele ze zrozumieniem pokiwali głowami  - ożenił się, bo porządny z niego  facet.  A Jolka, uosobienie szczerości, powiedziała do Tomka : może nim się z nią ożeniłeś trzeba było sprawdzić  czy to twoje dziecko. Skoro twierdzisz, że byłeś dobrze zabezpieczony a prezerwatywy nie były z zapasów wojny w Wietnamie, to trochę dziwna ta ciąża. Tyle tylko, że żeby to sprawdzić dziecko musi przyjść na świat, no ale przecież  można wziąć  ślub niekoniecznie przed urodzeniem się dziecka. 

Ale gdy Tomek zaproponował takie rozwiązanie, Kazia ( bo tak jej na chrzcie dano) zagroziła Tomkowi, że popełni samobójstwo- ona nie może być "panną z dzieckiem".  Słowa Kazi Jola skomentowała krótko - szkoda, że się  żenisz - byłoby o jedną głupią mniej na świecie gdyby to samobójstwo popełniła. "Wcześniak" często chorował a Tomek przychodził do pracy półprzytomny , bo dzieciak w nocy płakał. Ale po ślubie Tomka Jolka  nabrała wody w usta i nie komentowała faktu, że ojciec okaz zdrowia,  matka też nie chorowita a dzieciak ciągle chory i to całkiem poważnie. W końcu jakoś tak jest, że nie co drugi niemowlak ma we wczesnym okresie życia zapalenie płuc i to minimum dwa razy w roku.  Temat ślubu Tomka i jego wątpliwego ojcostwa stał się dla Joli i Tomka tematem tabu.

W czasie  śniadania, czyli pochłaniania  mocnej kawy, Jola planowała weekend - w sobotę miała się spotkać i iść do kina z "niemal mężem", w niedzielę wpaść do rodziców bo mama chciała by Jola pomogła jej przy robieniu przetworów na zimę -"potwory na zimę" jak je  nazywała Jola, to były głównie dżemy owocowe i kompoty, bo  "przecież domowe najlepsze". I co z tego, że Jola wcale nie  jadała dżemów i kompotów - produkcja szła pełną parą a na  półkach piwnicznego regału Joli stały przeróżne przetwory.

Czasem Jolka w przypływie dobrego humoru rzucała w przestrzeń biurowego pokoju pytanie czy ktoś ma ochotę na domowe  dżemy i zawsze się chętny znajdował. Wtedy Jolka zapraszała delikwentów do siebie do piwnicy i każdy mógł wybrać to, na co miał ochotę.

Mieszkanie, w którym obecnie mieszkała było na Rakowcu i do pracy musiała dojeżdżać dwoma autobusami. Na swoje własne mieszkanie ciągle jeszcze czekała, to wynajmowała.  Zastanawiała się, czy aby nie wynająć mieszkania gdzieś bliżej pracy, no ale tu miała po drugiej stronie ulicy cmentarz "Bohaterów Radzieckich", który był jednocześnie parkiem i przechodząc nim mogła dość szybko dotrzeć na piechotę do rodziców. Oczywiście mogła  nadal mieszkać u rodziców, no ale o takim rozwiązaniu to nie marzyła. "Niemal mąż" nalegał, by wynajęli gdzieś razem mieszkanie, ale taka opcja  nie odpowiadała Joli. Facet zupełnie nie mógł pojąć czemu Jola nie chce takiej opcji, ale Jola traktowała  "niemal męża" na zasadzie  "na bezrybiu i rak ryba" i raczej nie widziała go w roli własnego męża.

Gdy dotarła do pracy ze zdziwieniem stwierdziła, że ktoś z pracowników już wziął klucze od ich pokoi - nie było to częste zjawisko, zwykle to ona pierwsza przychodziła. Nie dlatego, że była taka pracowita- po prostu gdy jechała wcześniejszym  autobusem to był znacznie mniejszy tłok. W windzie biurowca również. Gdy weszła do swego pokoju z lekka zaniemówiła - na jej biurku stał wazon z pięknymi różami, bardzo,  bardzo ciemnoczerwonymi, wyglądającymi jakby były z aksamitu, a na stoliku przy którym siadywali interesanci stał wielki "kosz delikatesowy". Na jej fotelu siedział......Tomek i z kimś rozmawiał przez telefon. Nim do niego doszła skończył rozmowę słowami - mamo, później zadzwonię do ciebie. Wyszedł zza biurka i podał jej dwie kartki mówiąc - wczoraj to odebrałem, czytaj. I może usiądź, żebyś nie padła z wrażenia. Objął ją i cmoknął w policzek - a tak w ogóle to witaj! Przyjechałem na  3 dni, wracam do Budapesztu w czwartek rano. Jestem trochę skonany, jechałem samochodem. Wrócę samolotem. Na jednej z kartek było orzeczenie o ustaniu małżeństwa Tomka z Kazią, za porozumieniem obu stron. Na drugiej były wyniki badań genetycznych Tomka, Kazi i "wcześniaka".

Wynikało z nich jednoznacznie, że wcześniak nie jest dziełem Tomka, druga wiadomość była jeszcze mniej miła, bo dziecko miało  mukowiscydozę, zapewne po swym biologicznym tatusiu, bo matka dziecka nie była  nosicielką uszkodzonego genu CFTR.

Wiedziałem o tym wszystkim jeszcze przed wyjazdem, nie mówiłem ci o tym, żeby nie usłyszeć "przecież mówiłam żeby sprawdzić czy to twoje dziecko". I jak widzisz znów jestem w stanie wolnym a na dodatek moje ojcostwo jest wykluczone - zero moich genów. A rozwód jak widzisz świeżutki, niemal ciepły. Szukam na tempo mieszkania dla niej i dla dziecka, może coś wiesz na temat? Bo ja mam nawet pewien pomysł, ale nie wiem, czy ty byś się na to zgodziła. Ale o tym to porozmawiamy dziś po pracy, dobrze? Bo chcę ją przesiedlić w te trzy dni.Wpadnę po ciebie po 16,00 i pójdziemy gdzieś na obiad, dobrze? Mamy chyba strasznie dużo do przegadania.

Jolka kiwnęła głową - oczywiście, pójdziemy. Ale lepiej spotkajmy się w "Gongu", bo teraz równo o 16,00 przychodzi strażnik pieczętować drzwi.  Ale niespodzianka! A zawartość kosza to pewnie dla personelu od ciebie? Oczywiście, dla wszystkich, to co dla  ciebie to mam w hotelu. Róże są z Budapesztu. To ja już uciekam, zejdę schodami, to się z nikim nie spotkam. Jola wyciągnęła w jego stronę dwie  kartki, ale Tomek pokręcił przecząco głową - to są kopie, co prawda potwierdzone, ale są prezentem dla ciebie - powiedział Tomek i szybko wyszedł.  Jola stała z kartkami w ręce, wpatrując się w róże i usiłując "przetrawić" usłyszane  nowiny. W dziesięć minut później wzięła kosz, który był dość ciężki i zaniosła go do pokoju branżystów. Przez cały dzień pracy w pokoju branżystów unosił się zapach salami a pod koniec dnia dołączył do niego zapach coca coli  zmieszanej z koniakiem.

Spotkali się w holu herbaciarni i poszli na obiad do hotelu Forum, w którym Tomek miał zarezerwowany pokój. Jola przekazała Tomkowi pozdrowienia i podziękowania od personelu i powiedziała, że dziś pokój branżystów przypominał zapachem dobre delikatesy.

Strasznie zaszalałeś z tymi zakupami - stwierdziła Jola. Ale i salami i koniak były naprawdę pyszne! To dobrze, bo dla  ciebie też mam i salami i koniak i jeszcze kilka innych rzeczy, które wiozłem w termo torbie. Kupiłem nawet ten jogurt, który tak ci ostatnio smakował w Budapeszcie i te małe dziwne kluseczki i ogórki w tej słodko-kwaśnej zalewie - też ci smakowały.

No nie- jęknęła Jola- ty mnie chyba chcesz utuczyć. Jesteś niebezpiecznym facetem, ja już nie pamiętam co jadłam w Budapeszcie, a ty dokładnie się przypatrywałeś czym się pasę. Muszę się kiedyś zapytać Marii, czy ona wie jak się je robi. W końcu wyszła za Węgra i mieszka tam już długo. Podejrzewam, że one są z dwóch rodzajów mąki.

Jolinko, porozmawiajmy chwilę o moim pomyśle - chcę jak najszybciej wyprowadzić Kazię z dzieckiem z mojego mieszkania i wpadłem na pomysł, żebyś ty wprowadziła się do mnie, a ona przeprowadziła się do tego, w którym ty teraz mieszkasz. To niezłe osiedle, już zagospodarowane, jest żłobek, choć nie wiem, czy dziecko nadaje się do żłobka. No ale tam jest sporo zieleni i ten park  po drugiej stronie. Myślę, że ci co  wynajmują tobie  to mieszkanie nie będą mieli nic przeciw temu. Oczywiście całą Twoją przeprowadzkę ja  zorganizuję i cię przeprowadzę, a im chyba obojętne kto będzie  za to mieszkanie płacił. Oczywiście za mieszkanie u mnie nic nie będziesz płaciła. Komunikacyjnie będziesz miała lepiej z dojazdami do pracy. Te meble są twoje, czy wynajmowałaś z umeblowaniem? Ich umeblowanie. To fajnie, u mnie są trzy pokoje ale trudno byłoby  jakieś meble tam jeszcze wstawić. Albo mnie się tak wydaje.

Jolinko, pojedźmy teraz do mnie do mieszkania, obejrzysz i przemyślisz  spokojnie wszystko. Mam ci jeszcze ogromnie dużo do powiedzenia, ale wolałbym tego nie mówić nad kotletem. To co chcę ci powiedzieć nie pasuje nawet do najlepszej knajpy. Kazi z dzieckiem dziś nie ma, pojechała do swoich rodziców. Musi ich zawiadomić, że się rozeszliśmy i że dziecko nie jest moje i będzie miało jej nazwisko. Chyba, że znajdzie jego "producenta" i on je uzna.

Tomku, a jak ona to wszystko przyjęła? Bo mam wrażenie, że ona dobrze wiedziała, że to nie jest twoje dziecko. To, że nie jest moje to wiedziała, ale podejrzewam, że nie bardzo wie czyje to dziecko. Na razie dziecko ma nową metrykę i jej nazwisko. 

Tomek zapłacił za obiad, wpadli do jego pokoju, żeby zabrać zawartość małej lodówki i samochodem pojechali do jego mieszkania.

Tomek odniósł wrażenie, że jego była żona zabrała wszystkie rzeczy dziecka i znaczną część swoich. Być może postanowiła wrócić do swych rodziców a przynajmniej im zostawić dziecko. Tomek szybko spakował w dużą torbę resztę jej rzeczy i stwierdził, że wieczorem zatelefonuje do jej rodziców i może w poniedziałek  rano wyśle resztę jej rzeczy do jej rodziców.

Zrobili kawę i rozsiedli się w fotelach. Oboje byli zamyśleni, wreszcie Tomek przerwał milczenie mówiąc: Jolinko, chciałbym wiedzieć czy jesteś  z kimś związana uczuciowo, to ważne. Może planujesz już z kimś życie, powiedz, proszę.

Jola chwilę milczała, a Tomek wpatrywał się w nią badawczo. Jola miała wrażenie, że  Tomek za chwilę zacznie obgryzać  ze zdenerwowania paznokcie i ta myśl ją nieco rozbawiła. 

Nie nie jestem  z nikim związana uczuciowo, ale nie będę ukrywać - łączy mnie z tym człowiekiem tylko i wyłącznie seks.  Takie  15, 20 minut dla zdrowia raz na jakiś czas. To w kwestii uczuć. Czasem chodzę też z nim do kina lub teatru. Niestety nie tańczy. Jest informatykiem, a oni nie  tańczą - tak twierdzi. Proponował byśmy zamieszkali razem, ale odrzuciłam ten pomysł. On jest z całą pewnością dobrym informatykiem, ale jak dla mnie zbyt nieuporządkowany życiowo - cała organizacja życia domowego jest dla niego niczym terra incognita.

                                                       Ciąg dalszy nastąpi

I jak zawsze- czytamy i komentujemy lub dajemy znaczki - ;)  , lub ;(

osoby podpisujące się "unknown" - dodajcie swe imię, bo jest Was kilka osób.




niedziela, 16 maja 2021

Kazdy na coś czeka - epilog

Wszyscy troje bardzo cieszyli się, że są już w domu. Co prawda zimowe dni w Vancouver były ładniejsze a i miasto  jako takie było ładniejsze i ciekawsze, ale oni rozkoszowali się wieczorami spędzanymi w domu razem a nawet wspólnym szykowaniem posiłków. Kamil oddał w ręce prawnika sprawę  zmiany ojcostwa i choć sprawa była prosta, to jednak musiała przejść  przez odpowiednie szczeble. No a potem Jacek musiał sobie wyrobić nowy dowód  osobisty i w wielu miejscach zmienić imię ojca. Orzeczenie o ustaleniu ojcostwa doczekało się wielu kopii.

Jacek w czerwcu obronił swą pracę doktorską. Marta i Kamil byli tak dumni, jakby to oni sami zdobyli ten tytuł. W ramach tej radości zrobili wspólny kilkudniowy wypad do Paryża. A w sierpniu nadeszła z Vancouver zła wiadomość - Leon był w szpitalu, okazało się, że ma raka trzustki i jak stwierdzili lekarze to chyba od dość dawna chorował, ale nie leczył się. W październiku odszedł , jak pisała Zochna bez większego bólu, bo w minimalizowaniu bólu tamtejsi lekarze byli naprawdę nieźli.  Zochna napisała do Marty i Jacka o tym fakcie, gdy już było po pogrzebie. Na razie nie miała pomysłu na "co dalej". Jacek proponował by może wróciła do Polski i zamieszkała np. w mieszkaniu Marty, które było dość blisko miejsca  w którym on mieszkał z Martą. Ale Zochna stwierdziła, że to raczej odpada, miała tu swój krąg przyjaciół i znajomych, a w Polsce praktycznie czułaby się szalenie obco. Kuzynka Zochny, która przed laty sprowadziła  Zochnę i Leona do Kanady zaproponowała, by Zochna przeprowadziła się do ich domu- tym sposobem nie będzie  sama a swój domek komuś wynajmie i będzie miała stały dochód, chociaż, jak zapewniała w liście- na brak środków do życia nie będzie cierpiała, nawet gdyby nikomu nie wynajęła domku. W końcu listu napisała, że Kanada dała jej poczucie  bycia kimś, a w Polsce stale, nawet po ślubie z Leonem  czuła się nikim i obawia się, że zamieszkawszy w Polsce znów czułaby się nikim.  

Bardzo przykro zrobiło się Marcie i Jackowi po tym liście od Zochny. Każde z osobna zapewniało ją, że się myli, wszak była, jest i będzie mamą Jacka, teściową Marty i  bratową Kamila i że oni bardzo żałują, że nie chce przyjechać. Ale ogromnie się ucieszą gdy jednak zmieni zdanie. Mieszkanie Marty nadal będzie puste, więc niech pamięta, że zawsze będzie tu mile widziana. Co prawda Marty i Jacka całymi dniami nie ma w  domu, no ale jest jeszcze Kamil, który też jest samotny, więc zapewne mogliby sobie wzajemnie dotrzymywać towarzystwa.

Kamil nie dziwił się Zochnie, że nie chce wracać do Polski- po prostu ona chyba jednak zbyt wiele tu wycierpiała- faktycznie "panna służąca" w Polsce  była nikim. I zapewne zniosła wiele upokorzeń zarówno ze strony swych pracodawców  jak i potem ze strony rodziców Leona, którzy zapewne nie o takiej synowej marzyli dla swego syna. Bo wszyscy rodzice  chcą dla swych synków panienki najlepiej z książęcego rodu, koniecznie pięknej, mądrej o wielu talentach i ślepo kochającej i posłusznej mężowi, który w pojęciu swych rodziców jest wprost ideałem - nawet wtedy gdy jest brzydki i głupi.

Jacka do Dziadków najczęściej prowadził Kamil, bo matka  braci nie chciała widywać Leona i jego żony, ale życzyła sobie raz na jakiś czas zobaczyć Jacka. Spotkania przy wspólnym stole bywały dwa razy w roku, w Boże Narodzenie i na Wielkanoc. I nigdy nie trwały długo. I skoro Kamil, należący do ścisłej rodziny nie wspomina mile tych spotkań, to jest w stanie zrozumieć jak były one nieznośne dla Zochny. Więc wcale nie dziwi się, że mając takie wspomnienia Zochna nie chce wrócić do Polski.

Mniej więcej rok po śmierci Leona Zochna napisała do Marty, że jeden ze znajomych jej i Leona, który owdowiał nieco wcześniej niż Zochna, z pochodzenia Niemiec, zaproponował jej....małżeństwo. I Zochna poważnie się zastanawia nad tym krokiem. Ona go zna już wiele lat, spotykali się w czwórkę często, przyjaźnili się, ale ona nie  bardzo wie co ma zrobić, bo "Fryderyk jest od niej młodszy aż o pięć lat". I czy to nie będzie śmiesznie wyglądało, że ona w wieku 62 lat jeszcze będzie wychodzić za mąż? Poza tym on chce by wrócili razem do Europy i zamieszkali w Bawarii, skąd on pochodzi. 

List Zochny Marta przeczytała sama kilka razy, potem ze dwa razy z Jackiem i na końcu z Kamilem. A potem napisała do Zochny, że fakt wychodzenia za mąż za wdowca o pięć lat młodszego nie jest wcale jakimś nagannym czy poronionym pomysłem. Panowie szybciej się starzeją, więc te 5 lat różnicy  to właściwie żadna różnica. Ważne jest tylko to, co do siebie czują, czy ta propozycja wynika z jego uczuć przyjaźni i/ lub miłości do Zochny czy tylko może facet widzi jakieś wymierne finansowe korzyści z tego faktu. I czy jej poprzedniczka była aby na pewno szczęśliwa z tym panem, czy nie było jakichś historii przemocowych w tym małżeństwie, bo Bawarczycy dość osobliwie traktują kobiety. I jeżeli tylko Zochna wie, że facet zawsze był w porządku i jeśli Zochna wyłączy to co odziedziczyła po Leonie ze wspólnoty małżeńskiej przed ślubem (bo musi mieć jakieś zabezpieczenie dla siebie w razie ponownego wdowieństwa lub rozwodu) to niech bierze ślub i jedzie do Bawarii, bo Bawaria ładna jest a poza tym jest  znacznie  bliżej Warszawy niż Vancouver, więc jest pewne, że będą się z nią częściej widywać. Jacek dopisał tylko, że Marta napisała to wszystko co i on na ten temat myśli i że gdy tylko oni zjadą do Bawarii on z Martą ich odwiedzą. A Kamil napisał: "dobrze zrobisz wychodząc za młodszego o te 5 lat, o ile tylko facet jest wart twego uczucia. Życzę ci Zochno wszystkiego co najlepsze." W dwa miesiące  później dostali zdjęcie ślubne, na którym Zochna była otulona szalem, który jej przywieźli do Vancouver Marta i Jacek. Poza tym napisała, że następną wiadomość przyśle już z Europy, czyli z okolic jeziora Forggensee, bo tam mają zamieszkać i podobno stamtąd jest stosunkowo blisko do Garmisch-Partenkirchen. Dziękowała też całej trójce za zrozumienie jej sytuacji i aprobatę jej decyzji. Napisała też, że Fryderyk przyklasnął temu, że wyłączyła ze wspólnoty majątkowej to co odziedziczyła po Leonie. I oboje z Fryderykiem będą szczęśliwi mając możliwość goszczenia ich wszystkich u siebie.

Jacek się chwilami podpytywał Kamila, czemu nie "zakręcił się" koło Zochny gdy ta owdowiała, bo była szansa by Jacek miał tym sposobem oboje rodziców  razem, ale Kamil twierdził, że Zochna, niezależnie w  jakim wieku nigdy go nie pociągała pod jakimkolwiek względem, a ten jeden jedyny raz, w wyniku którego na świat przyszedł Jacek, to było raptem góra 10 minut, a i to w niepełnej świadomości Kamila obudzonego nagle przez Zochnę wielce intymnymi i jednoznacznymi pieszczotami.

Bawarski klimat chyba dobrze służył Zochnie i Fryderykowi - oboje dożyli tak zwanie  słusznego wieku- Zochna odeszła w 80 roku życia pozostawiając Fryderyka w wielkim smutku. Odszedł w dwa lata po niej. A Kamil, otoczony miłością Jacka i Marty doczekał się małej Marysi, którą przez trzy lata wielbił i hołubił i w wieku 85 lat pogrążył w smutku tych, których tak bardzo kochał.

                                                                     KONIEC


Każdy na coś czeka - 11

Co robią dorosłe kobiety gdy mają babski dzień? Niektóre to idą pobuszować w sklepach, ale Zocha i Marta posiedziały pół dnia w domu "obgadując" swoich partnerów. Jakby nie było Zocha bardzo chciała wiedzieć jaki właściwie jest jej syn  na co dzień. Gdy wyjeżdżali z Leonem z Polski Jacek był co prawda już pełnoletni, ale nie miał wtedy nawet żadnej sympatii, może dlatego, że bardzo był wtedy zajęty studiami i....siatkówką. Zocha twierdziła, że wyjeżdżała  wtedy w swego rodzaju rozdarciu - z jednej strony już miała dosyć ciągłych kłótni Jacka z Leonem oraz  Leona z Kamilem. Z drugiej strony wiedziała, że będzie tęsknić za Jackiem a i w pewnym stopniu za Kamilem. 

Pomysł , by Zocha wskoczyła do łóżka Kamilowi urodził się w głowie  Leona i  miał na celu głównie zapobieżenie temu, by Kamil z zazdrości nie doniósł rodzicom co się w drugiej części domu nocami wyprawia. Poza tym i Leon i Zocha wiedzieli, że coś jest nie tęgo z płodnością Leona lub jej, bo współżyli od pewnego czasu bez żadnych zabezpieczeń, a Zocha w ciążę nie zachodziła. Leon był święcie przekonany, że to wina Zochy, bo o niepłodność były głównie oskarżane kobiety, a nie ci wspaniali mężczyźni.  W tym momencie Marta przypomniała sobie, co na ten temat mówił Kamil, ale nic nie powiedziała Zochnie o jego wersji tych wydarzeń. Tak naprawdę nie miało to większego znaczenia. Dla Marty najgorszy był fakt, że z jakiegoś względu wsadził bratu do łóżka kobietę, którą podobno kochał, a ona go posłuchała.

Gdy okazało się, że Zocha jest w ciąży zupełnie tego faktu nie skojarzył z tym, że raz zagonił Zochę do łóżka brata, za to dobrze wiedział, że teraz to rodzice wręcz każą mu się ożenić z Zochą, czego pragnął od samego początku. Gdy Jacek już był na świecie, postanowili, że jak najprędzej zrobią drugie dziecko i.....figa, Zosia nie zachodziła w ciążę. Wtedy dopiero do świadomości obojga dotarło, że Jacek jest raczej potomkiem Kamila niż Leona. Dopiero wówczas, w tajemnicy przed Zochą, Leon zrobił badanie nasienia, które wykazało, że jego szanse na potomstwo są zerowe. Nie dość, że plemników było mało, to były mało żywotne. A zapłodnienie to sprint, kto pierwszy ten lepszy.Ale nadal jeszcze to utrzymywał w tajemnicy, nawet przed Zochą. Ale któregoś dnia, Zosia będąc już panią Leonową znalazła wynik jego badania i gdy Jacek miał już 6 lat powiedziała Kamilowi, że  on jest nie tylko ojcem chrzestnym Jacka ale i biologicznym. 

Leon rzeczywiście nie radził sobie z tym faktem, że ojcem Jacka jest Kamil, ale nadal Zochę kochał, choć czasami ta jego miłość miała dość okrutne oblicze. I dobrze, że Kamil był blisko, bo Leon zupełnie się mentalnie wyłączył z kontaktu z Jackiem. Co najwyżej ciągle miał coś dziecku za złe. Na domiar złego Jacek był znacznie bardziej podobny do Kamila niż do Leona. Zocha proponowała by się rozeszli, ale tego to sobie Leon nie wyobrażał. Kochał Zochę nadal, jakąś dziwną, obłąkaną miłością.

W Kanadzie znaleźli się dzięki ciotecznej siostrze  Zochy, która wyemigrowała do USA, tam poznała Kanadyjczyka za którego wyszła za mąż. Kanadyjczyk był rodem z Vancouver i gdy się ożenił powrócił do Vancouver. I to właśnie owa siostra zaprosiła do siebie Zochę i Leona. W liście zapewniali, że na mur-beton znajdzie się praca dla Leona, bo Kanada bardzo chętnie przyjmowała ludzi z cenzusem. Ponieważ Kanadyjczyk był poważnym człowiekiem, Leon za jego radą przesłał do Kanady przetłumaczone wszystkie swoje dyplomy, kursy, opinie z miejsc pracy i dostał promesę zatrudnienia w jednej z firm w Vancouver.

Ze względu na Zochę Leon chciał, by jechał z nimi Jacek. Wiedział jak bardzo Zocha kocha Jacka, a on wszak bardzo kochał Zochę i nie chciał by ciągle tęskniła za Jackiem. Ale Zocha cały czas podejrzewała, że Leon tak naprawdę chcąc by jechał z nimi Jacek chciał zrobić Kamilowi na złość. Bo jak zauważyła na przestrzeni lat, gdy mieszkali wszyscy jeszcze u rodziców bliźniaków to miłość między nimi była bardzo dziwna i chyba więcej było pomiędzy nimi animozji niż miłości i życzliwości. I wcale nie namawiała Jacka na ten wyjazd. A teraz to Zocha wie, że zrobiła dobrze, bo widzi, że Jacek jest szczęśliwy z  Martą.

Spłakały się nieco obie gdy Zocha snuła swą opowieść. A Marta opowiedziała z kolei Zosi, o swoim pierwszym, nieudanym związku, co wywołało u Zochy potok łez, mówiła też o tym jak się pomału z Jackiem poznawali, opowiedziała też o tym jakim jej zdaniem porządnym, wrażliwym i dobrym człowiekiem jest  Kamil i jakim super mężem jest Jacek. A Zocha poszła do sypialni, gdzie w domowym sejfie, pośród swoich dokumentów miała ukryty wynik badania nasienia Leona, wykonanego gdy już Jacek był na świecie, a oni starali się o następne dziecko. Przyniosła kopertę z wynikiem i wręczyła to Marcie- weź to Martusiu, może się wam to przyda.

Marta nie ukrywała, że im obojgu bardzo się podoba Vancouver, że na pewno jeszcze tu przyjadą. Zaprosiła też Zochę by przyjechała z Leonem lub sama do Polski, jest gdzie mieszkać, bo tak naprawdę to każde z nich ma własne mieszkanie. Oni mieszkają  w trójkę w mieszkaniu Kamila, ale i ona i Jacek mają swoje mieszkania, z tym, że mieszkanie Jacka wynajmują, a jej stoi puste i są to dwa pokoje z kuchnią, na bardzo ładnym osiedlu.

Męska część rodziny powróciła do domu późnym popołudniem. Wyniki badań będą mogli odebrać za dwa dni.Wyniki badań wykażą czy Leon i Kamil są tak naprawdę klonami, czyli powstali z jednej zygoty, czy tylko "dwojaczkami", czyli dwa jajeczka zostały zapłodnione dwoma różnymi plemnikami. Bliźniaki jednojajowe posiadają takie samo DNA, ale i tak, w drodze dodatkowych badań będzie można ustalić który z nich jest ojcem Jacka. Ale wg pracowników laboratorium w którym byli, oni nie są bliźniakami ale  dwojaczkami. I opowieści rodzinne, że jeden z nich jest starszy, właśnie o tym świadczą. Bo gdy się rodzą dzieci dwujajowe pomiędzy ich przyjściem na świat może minąć nawet kilka godzin, jeśli poród odbywa się  siłami natury. I tak " na oko", jeszcze bez badań widać, że Jacek raczej jest synem Kamila a nie Leona.

No cóż, miałem syna, który był mi solą w oku, a teraz najprawdopodobniej zmieni  się w mego  bratanka. Kamil miał bratanka, a miał tak naprawdę syna, ale był na tyle fajnym bratem, że nigdy tego nie powiedział Jackowi ani komukolwiek w rodzinie.Nie wyobrażałem sobie życia bez Zochy i cały czas od chwili, gdy się okazało, że raczej nie mam szans na potomstwo żyłem w strachu, że Kamil mi ją zabierze, bo Jacek to jego dziecko, a dziecko musi mieć matkę - stwierdził Leon.

A teraz nadal się boisz, że ci ją Kamil zabierze?- zapytała Marta. Nie, już się tego nie boję.   Przez dobry kwadrans w pokoju było cicho, w końcu odezwała się Marta - popatrzcie - przez jeden głupi pomysł cztery osoby były nieszczęśliwe - może nie  w tym samym czasie, ale jednak byliście nieszczęśliwi. Jacek, bo czuł, że coś jest źle i wydawało mu się, że za coś Leon jest na niego zły, Kamil, bo był ojcem, ale  nie miał prawa decydowania o życiu Jacka. Ty Leonie też byłeś nieszczęśliwy, bo nie umiałeś pokochać Jacka jak ojciec. Przerzuciłeś w pewien sposób swój głupi pomysł na barki Zosi  i zaszła w ciążę. Ale myślę, że i tak najgorzej miała Zochna, bo została potraktowana instrumentalnie przez człowieka, którego  kochała. 

 Pomyśl,  jak bardzo cię kochała, że posłuchała cię i weszła Kamilowi do łóżka. A tak naprawdę usłyszawszy takie dictum powinna była dać ci w twarz i odejść jak najdalej. Nie mówię tego po to by cię zawstydzić, ja tylko zbieram fakty. I trochę mi się chce śmiać, że gdyby nie to moje zdjęcie z Jackiem i Kamilem, na którym Jacek i Kamil różnią się tylko wiekiem, Jacek nie rzuciłby Kamilowi pytania jak długo jeszcze będzie się Kamil wypierał ojcostwa. I, tu mówię, mea culpa, namówiłam ich obu żeby wysłać to zdjęcie do was. Byłam pewna, że w jakiś sposób zareagujecie na to zdjęcie. Co prawda nie podejrzewałam, że nas zaprosicie. To raczej był znak od nas, że chcemy wreszcie pewne sprawy ustalić w sposób ostateczny. Kamil chciał to wszystko załatwiać z pomocą  polskiej kancelarii prawniczej, no ale skoro  przyjechaliśmy , to myślę, że tak jest znacznie lepiej. A  jak ty uważasz Leonie?

Myślę, że lepiej. To wasze pokolenie jest bardziej otwarte i szczere niż nasze, chyba niewiele  spraw jest zamiatanych pod dywan, bo nie wypada powiedzieć o czymś prawdy- stwierdził Leon.  Marta uśmiechnęła się - niestety o wielu sprawach nadal się nie mówi w rodzinach, zwłaszcza na prowincji, niewygodną prawdę się ukrywa. Nadal zamiata się wiele spraw pod dywan. Ale ponieważ byłam ofiarą takiego ukrywania prawdy - nauczyłam się rozmawiać z moimi bliskimi i przyjaciółmi o sprawach, które zwykle zamiatane są pod dywan. Nauczyłam się tego na psychoterapii, którą musiałam przejść żeby nie wpaść w depresję lub w nerwicę. Mam wrażenie, że teraz gdy już prawda o tym, kto jest biologicznym ojcem wyjdzie na światło dzienne ty, Leonie i Kamil, w pewien sposób się odnajdziecie jako bracia. Nikt nikomu niczego już nie będzie winien.

Jacku, a może chciałbyś trochę popracować i pomieszkać w Vancouver?- spytał Leon- mógłbym ci załatwić dobrą pracę.  To miło brzmi- stwierdził Jacek, ale jestem w trakcie robienia doktoratu i z całą pewnością  nie przerwę jego pisania. Między innymi dlatego mam tak mało czasu i tak krótko tu jesteśmy. Vancouver jest pięknym miastem, ale ja mam zamiar nadal być pracownikiem naukowym, lubię swoją pracę. Nie wiem jeszcze kiedy będę bronił, ale pewnie do czerwca uda mi się obronić pracę.

Więc może w lecie wy byście przyjechali do Polski. Mieszkać będziecie w mieszkaniu Marty, które stoi puste, bo my mieszkamy z Kamilem. Marta jest zadania, że nie powinien mieszkać sam. Zresztą nam się naprawdę dobrze mieszka razem. Ulubiony profesor Marty  twierdzi, że ludzie mieszkający samotnie szybciej się starzeją, częściej chorują, popadają w  depresję. 

Wynik badania genetycznego był jednoznaczny - ojcem Jacka jest Kamil. Porównanie genów Jacka i Leona wykluczyło ojcostwo Leona. Wszystkie wyniki  badań i ich opis zostały przetłumaczone na język polski przez tłumacza przysięgłego. Jak powiedziała Marta- misja została wypełniona.

W trzy dni później wracali już do Polski. Pożegnanie było nieco łzawe, ale Jacek i Marta nie wykluczali, że któryś urlop spędzą właśnie Vancouver, bo to naprawdę nadzwyczajne miasto, interesujące jak rok długi, bez względu na porę roku.

Warszawa powitała ich kilkunastostopniowym mrozem i sypiącym śniegiem. A dzień wcześniej spacerowali w parku nad Pacyfikiem i delektowali się  przepięknym zachodem słońca i widokiem oświetlonego Vancouver z wieżowca, na którym była platforma widokowa. Upału nie było, ale było +5,  śnieg był tylko w wyższych partiach widocznych gór i w niektórych dalej  leżących od  centrum parkach.

                                                                      c.d.n.

 



sobota, 15 maja 2021

Każdy na coś czeka -10

Święta, święta i po świętach. Wyjazd był tuż, tuż, jeszcze tylko Sylwester spędzony w huku petard, wyciu i szczekaniu przerażonych psów. Dni pomiędzy świętami a Sylwestrem upływały na szykowaniu się do wyjazdu, czyli "kombinowaniu" co naprawdę ze sobą wziąć. Gdy tylko Marta wpadała w namysł czy ma daną rzecz brać czy może nie, Jacek zaraz mówił - możesz nie brać, kupimy w razie potrzeby na miejscu, nie jedziemy na sawannę, ale do miasta w Kanadzie a nie w Rosji, przestań oszczędzać na sobie. I zrozum wreszcie, że moje konto jest również twoim kontem. Jeżeli był przy tym obecny Kamil, to zaraz dorzucał- moje konto  też macie do dyspozycji, pamiętajcie o tym. A dla "rozluźnienia atmosfery" Kamil im opowiedział jak to zaginął jego bagaż gdy leciał do Moskwy, więc "ogromnie ważna delegacja" trwała  bardzo krótko, bo następnego dnia wrócił do kraju, jako że w bagażu podręcznym miał tylko dokumenty, które po prostu zostawił koledze a sam wrócił. A jego bagaż znalazł się dość szybko i to w dobrym stanie bo........nie opuścił wcale Warszawy. Marcie udało się przekonać Kamila, by przed wyjazdem odwiedził swego lekarza, który zapisał im wszystkim lek poprawiający krążenie, które będzie nieco upośledzone  długim siedzeniem. Lek zakupili w szwajcarskiej aptece.

Do Frankfurtu lecieli Lufthansą, potem przejęła ich linia Air Canada. Czas pomiędzy jednym a drugim etapem podróży spędzili w strefie tranzytowej, starając się jak najwięcej spacerować. Z lekkim zdziwieniem przyjęli wiadomość, że będą mieli  przesiadkę pomiędzy Frankfurtem a  Vancouver, ale nie mieli na to najmniejszego wpływu. Kamil usiłował tę sprawę wyjaśnić z personelem, ale z odpowiedzi wynikało jasno, że jest to "regularna" przesiadka, tylko panie wystawiające  bilet zapewne o tym nie wiedziały. No ale wszystko się zgadza w sensie  ceny biletów oraz rezerwacji,więc nie ma problemu. 

Kamil i Jacek śmiali się, że Marta włączyła u siebie tryb przeczekiwania - w samolocie ilekroć przytulała się do ramienia Jacka  zaraz spokojnie zasypiała. Kamil patrzył na oboje z wielką radością-cieszył się, że jego syn znalazł tak wartościową partnerkę i wyraźnie oboje są ze sobą szczęśliwi. To wielce zabawne - myślał- ale odkąd się Jacek ożenił  bardziej poczułem się ojcem niż wcześniej. Zastanawiał się czy i kiedy zostanie dziadkiem, ale sądząc z wypowiedzi "młodych" to im się do posiadania dzieci wcale nie  spieszyło. No cóż, widać mamy geny jakieś  nie takie - mnie sama myśl o związaniu się z kimś przeraża- rozmyślał. Poromansować przez jakiś czas to i owszem, ale być stale razem to już nie. A może po prostu nie spotkałem  na swej drodze żadnej kobiety, która by mnie porwała swą osobowością a nie tylko urodą? Bo uroda to jednak zbyt mało.Może gdybym spotkał taką jak Marta to bym się ożenił? Ale być może ta cała sytuacja z Zochą i ten pokręcony związek Leona miały aż tak bardzo negatywny na mnie wpływ, że  zupełnie wybiły mi z głowy jakiś trwały związek? No cóż - myślał wgapiając się w pełznące pod nimi chmury przypominające bitą śmietanę - skończyłem  psychologię a wiele mądrzejszy od tego nie jestem. Ale dobrze, że przynajmniej oni są szczęśliwi. Ciekawe co poczuję gdy zobaczę Zochę - zabawne- dzieciaka jej zrobiłem, ale nigdy potem nie budziła we mnie najmniejszych emocji związanych z seksem, chociaż widywałem ją przez wiele  lat niemal codziennie. Ciekawy jestem co czuł Leon gdy tak codziennie u nich bywałem? Może nas podejrzewał, że romansujemy? Jedno jest pewne - nie bardzo sobie radził z tą sytuacją, że Jacek nie jest jego dzieckiem. A ja z tym, że jestem jego ojcem biologicznym bez żadnych praw do niego. Byłoby dobrze gdybyśmy obaj jednak o tym porozmawiali  sami, bez osób trzecich. Szkoda, że nie zrobiliśmy tego wcześniej. A może nie szkoda - dzięki temu byłem z Jackiem gdy oni wyjechali.Nie sposób jest wiedzieć jak byłoby "gdybyśmy zrobili coś innego niż zrobiliśmy."

Jacek, który wcześniej przegadał z Martą temat "Leon i ja" cieszył się, że leci razem z Martą, że ona przytula się do niego, że on czuwa nad jej snem, że miał wielkie szczęście, że ją w Empiku kiedyś spotkał, że Kamil ją akceptuje. Ciekawy był jak na swą synową zareaguje Zocha. Z opowiadań swych żonatych kolegów wyrobił sobie o matkach  żonatych synów niezbyt pochlebną opinię, że są: czepliwe, że krytykują wszystko co synowa robi, bo przecież one  najlepiej wiedzą co synkowi żona powinna zapewnić, że nie proszone próbują nadal kierować życiem swych dorosłych synów, że wtrącają się do wszystkiego, że stawiają swych synów w sytuacji, w której oni ciągle muszą wybierać- albo żona, albo matka i że to jest nie do zniesienia. Miał tylko cichą nadzieję, że może Zocha  jest inna. Szykując dedykację do szala dla Zochy napisał- "Mamie, żeby dobrze służył zapewniając ciepło i wygodę - Jacek i Marta."

Teoretycznie samoloty przylatują punktualnie, no ale to tylko teoretycznie.  Do Vancouver przylecieli z półgodzinnym opóźnieniem- niby nic, ale długo czekali do odprawy paszportowej i dość długo na bagaż. Gdy wreszcie wyszli Jacek wypatrzył, że chyba widzi Leona z polskim proporczykiem. I rzeczywiście, to był Leon. Mocno odchudzony,wyglądający znacznie starzej niż Kamil. Był sam, bo Zocha musiała skorzystać z łazienki, więc wymieniwszy pierwsze powitania stali teraz czekając na Zochę. Leon, patrząc na swego brata powiedział- a ty to chyba byłeś na jakiejś kuracji odmładzającej, świetnie wyglądasz. Kamil roześmiał się-  nie byłem na żadnej kuracji, ale słucham się Marty, która zmusiła mnie do regularnych ćwiczeń i dba żebym się  nie zajadał słodyczami. Marta to taki nasz dobry duszek, chociaż czasami jak przygada to człowiek ma ochotę uciec w siną dal.  

Jacek z wysokości swego wzrostu wypatrzył Zochnę, chwycił Martę za rękę i pociągnął za sobą, by spotkać  matkę tylko w obecności Marty. Objął, ucałował i powiedział - przyjechałem mamuś z kobietą, którą  uwielbiam i mam nadzieję, że i ty  ją pokochasz- wypuścił Zochę z objęć a ona podeszła do Marty ze słowami- witaj Martusiu w rodzinie, na żywo jesteś jeszcze ładniejsza niż na zdjęciu. Musisz być bardzo mądrą i dobrą dziewczyną, skoro Jacek cię wybrał! I mówmy sobie po imieniu, dobrze? Bo wiesz, matkę to się ma tylko jedną. Chodźcie, bo jeszcze pomyślą, że spiskujemy. Leon na starość nieco głupieje, zrobił się złośliwy. 

Jacek wziął obie  swoje kochane kobiety pod ręce i szedł z nimi w stronę Kamila i Leona. Obaj byli naburmuszeni i  Jacek powiedział - jeśli odczuwacie wielką potrzebę dowalenia sobie wzajemnie to podjedźmy gdzieś w bardziej odludne miejsce, zostawimy was tam i możecie się tam tłuc. Będziemy tu niemal dwa tygodnie, więc możecie spędzić je razem albo zwyczajnie rozmawiając albo się tłukąc jak pętaki. Zocha  machnęła ręką i powiedziała - synku, nie denerwuj się, to takie stroszenie piór, jedźmy do domu, musicie przecież odpocząć po podróży. Jacek wziął walizkę Marty i swoją  i ruszyli z Zochą do wyjścia z lotniska. Za nimi z zaciętymi minami szli bliźniacy. Droga do parkingu była na tyle długa, że gdy dotarli do samochodu bracia zdążyli wrócić do równowagi.

Zochna i Leon mieszkali od kilku lat całkiem daleko od centrum Vancouver, w kolonii niedużych domków. Domki nie robiły dobrego wrażenia, bo wszystkie były w szarym kolorze. Najmniej się podobało Kamilowi, że stały bardzo blisko siebie. W porównaniu z nimi, to osiedle, które oglądali w podwarszawskiej gminie było super eleganckie bo i domy były większe i otaczające je ogródki. No i tamte domki były murowane, te były drewniane. 

Vancouver, jak wiele innych miast na świecie powstał z połączonych ze sobą małych przystani, baz wielorybników, osad drwali. Początkiem rozwoju miasta był port, ulokowany na zachodnim krańcu Kolei Trans Kanadyjskiej, dzięki któremu miasto się bogaciło wysyłając i odbierając różne towary. Prawa miejskie miasto nabyło już w 1886 roku. Kolej budowali głównie imigranci chińscy i po ukończeniu budowy linii kolejowej wielu z nich się tu osiedliło. A nazwa Vancouver to nazwisko brytyjskiego odkrywcy i badacza, Georga Vancouver, badającego otaczający  miasto region.

Miasto bardzo się podobało całej trójce. Jak każde duże miasto miało ładniejsze i średnio ładne dzielnice. Miało wiele pięknych, bardzo zadbanych parków, których  ilość wręcz imponowała, bowiem była ich ponad setka. Najmniej podobały się im  plaże, bo nie były to takie piękne, złociste plaże jak te nad Bałtykiem. Zaskoczyła Martę ilość gorzelni, na szczęście zwiedzili tylko jedną i Marta była zaskoczona, że smakowała jej produkowana w niej whisky, bo Marta nie lubiła wysokoprocentowych alkoholi. Sporo pływali promami, byli również na wyspie Vancouver. Jak stwierdziła Marta, Vancouver  jest zaskakującym  miastem,bo właściwie oferuje niemal wszystkie atrakcje przyrodnicze - i morze i góry, lasy z pięknym drzewostanem i jeziora, nowoczesne centrum ze szklanymi wieżowcami, świetne muzea, imponujące  Galerie Sztuki. Ogromnie podobał im się Park Stanleya, choć jak twierdził Jacek trudno nazywać parkiem  "coś" co jest właściwie lasem. Innego dnia wjechali kolejką linową na  Grouse Mountain, skąd był  piękny widok i na morze i na góry. Z Muzeum Morskiego i  Muzeum Antropologii trzeba było Martę wyciągać na siłę. Wszystkich zachwyciła marina, w której były barki mieszkalne, czyli domy jednorodzinne  na barkach. Co dziwniejsze, to niektóre miejsca były dla Zochy i Leona "dziewicze"- np. po raz pierwszy wędrowali wiszącymi pośród lasu mostami, po raz pierwszy wjechali na Grouse Maountain,w Dzielnicy Chińskiej chyba też byli po raz pierwszy. 

Bracia dwa dni z rzędu  byli zostawieni sami sobie, a po Vancouver wędrowała Zocha z  Jackiem i Martą. Gdy wracali do domu zastanawiali się czy bracia będą nadal w takim samym stanie jak rano, gdy wychodzili z domu. Gdy zwiedzali miasto i zachwycali się nim Marta spytała Jacka, czy nie żałuje, że został w Warszawie zamiast wyjechać z Zochą i  Leonem.  Nie, nie żałuję, bo dzięki temu poznałem i pokochałem ciebie Martuniu, poza tym wyjaśniło mi się kilka spraw rodzinnych, w tym moje podświadome wówczas większe przywiązanie do Kamila. Ale nie ukrywam, że chętnie pobyłbym tu dłużej, ale tylko i wyłącznie razem z tobą i Kamilem, nie sam. Jeżeli mama i Leon ponownie zniosą obecność naszej trójki to na  pół roku moglibyśmy tu przyjechać. Albo gdyby nam znaleźli na pół roku jakieś lokum. Ciekawy jestem co będzie jutro, bo część męska rodziny jedzie na te badania i spotkanie z prawnikami. Będziecie jutro miały z mamą "babski dzień".

                                                                          c.d.n.


czwartek, 13 maja 2021

Każdy na coś czeka - 9

 Remont i lekkie przemeblowywanie mieszkania trwało nieomal cały tydzień, ale efekt końcowy wynagrodził wszystkie niedogodności. Obydwie łazienki były wielce wygodne a gdy pralkę udało się umieścić w nieco przemeblowanej kuchni w dużej łazience powstało miejsce na naprawdę dużą kabinę prysznicową, taką, by w razie potrzeby można było bez trudu pomóc osobie wymagającej pomocy w trakcie kąpieli. W małej łazience kabinę "osiemdziesiątkę" zamieniono na "dziewięćdziesiątkę" i trochę zmieniono ustawienie. Obecna sypialnia Kamila z nowym łóżkiem też prezentowała się dużo lepiej, zyskała  na przestronności, dostała nowy mebel w postaci bardzo wygodnego , zgrabnego niedużego fotela,  małego stoliczka oraz lampy stojącej z łatwym do sterowania  snopem światła. Takie same właściwości miała  nowa lampka nocna. Kamil wpierw narzekał, że nie będzie się mógł w tym fotelu zdrzemnąć, ale zaraz usłyszał, że na jego biodro jedyną pozycją właściwą do spania jest pozycja horyzontalna, którą zapewnia bardzo wygodne  łóżko. W trakcie  remontu mieszkali w mieszkaniu Marty i zgodnie stwierdzili, że jeszcze wstrzymają się z dawaniem go pod wynajem. "Geograficznie" było w lepszym miejscu niż mieszkanie Kamila, na bardzo zielonym i świetnie zagospodarowanym osiedlu, dobrze skomunikowanym z centrum miasta. 

Wyprawę do Kanady  zaplanowali na pierwszą połowę stycznia - po prostu był to jedyny termin, w którym mógł jechać Jacek. Pisząc do matki i Leona Jacek wspomniał, że zależy mu bardzo na tym, by "wyprostować" sprawę tego, który z braci tak naprawdę jest jego ojcem, więc niech Leon zorientuje się gdzie mogą w Vancouver szybko zrobić testy genetyczne, za które on sam  zapłaci, bo to w gruncie rzeczy jego sprawa a nie  Leona lub Kamila. Bo sam  fakt wielkiego podobieństwa Kamila i Jacka to jeszcze nie dowód, by zmienić swą metrykę urodzenia. Im bliżej było do wyjazdu tym mniej chęci do niego wykazywał i Jacek i Kamil. Obaj się obawiali, że Leon może w ostatniej chwili odmówić udziału w testach. 

Z drugiej strony na zdrowy, chłopski rozum powinno wystarczyć badanie genetyczne Jacka i Kamila, ale tutejszy prawnik twierdził, że powinno być również wykluczenie ojcostwa Leona. Ciągłe dyskusje na ten temat zamknęła  w końcu Marta mówiąc, że jeszcze trochę a polecą do Vancouver bez niej, bo ona ma już dosyć. Jeśli nawet Leon nie zgodzi się na testy to niech zrozumieją, że mają darmową niemal wycieczkę do Kanady. A co będzie to się okaże na miejscu. 

Jacek nagle zaczął się zastanawiać jak ma mówić do Zochy co Martę doprowadziło do wybuchu wściekłości - no jak to jak? - masz mówić do niej mamo- tak czy siak  zawsze, aż do swej śmierci ona będzie twoją matką, niezależnie od tego kto jest twoim ojcem. Wczuj się nieco w jej skórę - przecież ona miała z wami koszmarne życie, bo jak sam twierdzisz to Leon kochał tylko ją i tolerował cię przez fakt, że twoje zaistnienie umożliwiło mu bycie z Zochą. A że zgodziła się na taki układ, lub może go wymyśliła - nie nam oceniać ten pomysł. Jeżeli myślisz, że miło jej było w tej waszej rodzinie to się zapewne bardzo mylisz. 

To nie jej wina, że pokochała faceta, który nie miał odwagi przeciwstawić się swoim rodzicom i zostać gołym i bosym, bo jeszcze nie ukończył studiów. Gdyby miał więcej oleju w głowie to poprzestałby na nieregularnym z nią współżyciu i wytłumaczył dziewczynie, że jednak musi ukończyć wpierw studia by zapewnić im obojgu i z czasem dziecku byt. Nie sadzę by panny służące miały zbyt wiele oleju w głowie, ale Leonowi też go zabrakło. 

A Kamil też się nie popisał - to, że weszła mu do łóżka wcale go nie rozgrzesza. Pomyśl - to tak jak ja bym mu niespodziewanie wlazła teraz nocą do łóżka - sądzisz, że gdyby mnie okazjonalnie przeleciał to byłaby to tylko moja wina? A jego ani trochę? Kamil nie sądził chyba, że to czarownica na miotle przyleciała, wiedział, że to ani chybi Zocha, dziewczyna z którą niemal co noc kotłuje się Leon. I co, uważał, że to normalne, że i on przy okazji się załapie na seks? Uruchom Jacusiu trochę myślenie wychodzące nieco z innego miejsca niż krocze.  Od kilku dni mdli mnie już od tych waszych durnych dyskusji. Idę gotować obiad - gary przynajmniej nie bredzą! Wyszła z pokoju, w kuchni zamknęła za sobą drzwi i otworzyła okno. Padał deszcz, więc je nieco przymknęła by nie napadało do środka.

No cóż - chyba im nieco za mocno dowaliłam, może powinnam była milczeć i się w to nie wtrącać? Ale cholernie mnie wnerwili. Pieprzone bliźniątka - niewiniątka! Może gdyby ktoś z nimi wtedy rozmawiał szczerze o seksie, o życiu to może nie byłoby tego problemu?

W ramach szykowania się do wyjazdu Marta kilka razy odwiedziła Cepelię - wiedziała, że niemal wszyscy rodacy udający się za ocean kupują w ramach prezentów wytwory ludowe. Zochna też raczej była z ludu, ale Marta zupełnie nie miała pojęcia z jakiego regionu Polski Zochna pochodziła. Postanowiła kupić coś mało osobistego, nadającego się do ozdoby mieszkania lub na prezent dla kogoś. Jeśli Zochna stwierdzi, że jej taki produkt nie jest przydatny to może go wtedy komuś sprezentować.Tymi uniwersalnymi prezentami były piękne bieżniki koronkowe z Koniakowa wraz z serwetkami i jeden prezent osobisty dla Zochny- prześliczny koronkowy szal z bardzo cienko tkanej wełenki mieszanej z jedwabiem. Rozmyślając o zakończonej przed chwilą dyskusji postanowiła  zmusić Jacka, by do szala dodał dedykację- niech Zochna ma taki namacalny dowód, że to prezent od Jacka dla niej.

Po chwili zajęła się szykowaniem obiadu, w pewnym sensie "odwieszając" sprawę ojcostwa Kamila na dość odległy "wieszak."

Po pół godzinie rozległo się pukanie do kuchennych drzwi. Drzwi się leciutko uchyliły a  w rozszerzającej się szparze ukazał się wpierw bukiet pięknych herbacianych róż , które trzymał w ręce Jacek.  Popchnięty z tyłu przez Kamila wszedł do kuchni. Kamil z kolei trzymał w ręce kilka ciętych storczyków - kremowych z brązowymi cętkami. Kochanie, chcemy cię obaj przeprosić i powiedzieć, że niestety ty masz rację. Nie gniewaj się już. Naprawdę obaj cię przepraszamy. Jacek odłożył róże na stół kuchenny i objął Martę całując jej oczy i usta, wtedy podszedł Kamil i objął ich oboje mówiąc - nie gniewaj się córeczko, proszę.

Marta wyzwoliwszy się delikatnie z ich objęć powiedziała- przepraszam was, chyba za wiele na raz powiedziałam, może wcale się nie powinnam w to wtrącać. Powinnaś, teraz jesteśmy jedną rodziną - zapewnił ją Kamil. A rodzina powinna sobie mówić prawdę w oczy, nawet gdy to boli. I właśnie sobie uzmysłowiłem, że chyba jesteś jedyną osobą, która ujęła się za Zochą.

Do których wazonów wstawić kwiaty? Storczyki do tego zielonego, tylko tak, by nie całe łodygi były w wodzie, a róże do tego "chińskiego". Na zgodę obaj dostąpili zaszczytu pomagania jej w szykowaniu obiadu - jak zwykle takiego co najmniej na  dwa dni. 

Tegoroczne Boże Narodzenie, pierwsze wspólne dla całej trójki, świętowali radośnie. Jacek z Kamilem musieli się zaraz na początku grudnia "wyspowiadać" u Marty co lubią jeść w święta, bo bardzo chciała by w te  dni każdy zjadł to co lubi, nawet gdyby to nie było danie tradycyjne, tym bardziej, że w domu rodziców Kamila i Leona obowiązywała tradycja protestancka. Jak się śmiała Marta będą to święta "mieszane"- resztki świat z dwóch religii, protestanckiej i katolickiej i zupełnie świeckie podejście do tego. W salonie zaraz pierwszego dnia grudnia Jacek ustawił spore pudło pomalowane w pasy zielone i czerwone, do którego każde z nich wkładało zapakowane i  oznaczone dla kogo - prezenty. W  krótkim czasie pudło się zapełniło i było "z górką", więc obok stanęło drugie, równie duże pudło. Nim nadeszła wigilia obok pudeł znalazło się kilka sporych paczek - jedne duże i lekkie, inne nieco mniejsze, ale ciężkie. No tośmy nieźle zaszaleli - pomyślała Marta.

Przed wigilią trwała zawzięta dyskusja, kiedy będzie można rozpakowywać prezenty- w domu Marty prezenty rozpakowywano przed kolacją wigilijną, w domu  Jacka - po kolacji wigilijnej, a u rodziców Kamila i Leona- w pierwszy dzień świąt po  śniadaniu. W końcu postanowili, że rozpakują prezenty po kolacji, gdy już będą na stole tylko słodycze i wino.

W salonie w wigilię rano Jacek z Kamilem ubierali choinkę, która niemal sięgała do sufitu, czyli jak nic miała dwa metry wysokości. Jakimś cudem (chyba) jej gałązki wytrzymały tę ilość ozdób - część z nich Jacek pamiętał jeszcze z dzieciństwa, a część była dokupiona  przed świętami.Oczywiście jakoś im nie wpadło do głów, że może trzeba by wpierw coś w tym temacie uzgodnić, każdy z nich kupował  na własną rękę. Na stole w pełnej zgodzie pieczona gęś leżała na półmisku obok karpia w galarecie i plastrów wędzonego łososia. Były pierogi z grzybami i kapustą i bigos z wędzonką. Była i zupa grzybowa i barszcz czerwony z "diablotkami". Wśród słodkości był placek drożdżowy, zagnieciony przez Jacka, keks, makowiec w postaci tortu makowego i coś na widok czego aż się Kamilowi oczy zaszkliły- kruche ciastka z cukrem-kryształem na wierzchu - jego ulubione, które pamiętał jeszcze z domu rodzinnego. Oprócz tego był talerz z bakaliami i suszonymi owocami no i ulubione Marty orzechy w czekoladzie. Jak stwierdziła to z powodzeniem można by tym wszystkim podjąć  pułk wojska i nikt by głodny nie wyszedł. Ze zdumieniem patrzyła na swego męża i teścia - jeszcze nigdy żaden z nich nie jadł tyle naraz. Pomarańcze, mandarynki i jabłka i kompot ze suszonych owoców już nie były w stanie przejść im przez gardła.

Ilość książek, które stały się "prezentem pod choinkę" wypełniłaby swobodnie przeciętny regał- dobrze, że w salonie było jeszcze miejsce na kolejny taki mebel. Kamil dostał puf (dobrany kolorem obicia do fotela w sypialni), który  był jednocześnie schowkiem, bardzo ładny pulower z cienkiej, ale 100% wełny, tak zwaną bonżurkę w czarną i czerwoną kratkę, wielce gustowną i nobliwą piżamę flanelową w drobną kratkę taką jak kratka bonżurki oraz nowe domowe klapki oraz skarpetki z alpaki, tak zwane do spania. Jacek dostał męski kardigan w interesującym ciemno-kasztanowym kolorze, rękawiczki zamszowe podbite futerkiem, ciepły mięciutki szalik, zamszowe domowe klapki i ciepły puchaty dres z czegoś co udawało futerko. A Marta dostała futrzany płaszcz- lekuchny, ocieplany cienkim  polarem, który był ukryty pod podszewką. Futerko było w piaskowym kolorze.Poza tym dostała ciepły polarowy szlafrok, bieliznę dzienną w której mogłaby z powodzeniem robić striptease, a co najbardziej ją zdumiało to  fakt, że wszystko było dokładnie w jej rozmiarze, w uniwersalnym cielistym kolorze. Gdy rozpakowała wszystko zapytała- no to który z was to kupował? Razem kupowaliśmy z Kamilem- ponieważ masz przy bieliźnie odcięte wszystkie metki wziąłem do sklepu twoje majtusie i staniczek na wzór, a że się nieco krępowałem, to Kamil chodził ze mną. Od razu kupiłem więcej, bo to jakiś unikalny model i rozmiar, był praktycznie tylko w jednym sklepie. Dla mnie i tak jesteś najpiękniejsza au naturel. A żebyś widziała miny klientek w sklepie gdy wchodziliśmy- no chyba  brały nas baby za zboczeńców. Teraz to już sobie  zapisałem ten rozmiar. No to teraz będę musiała bardzo dbać o linię, żeby z tej bielizny nie wyrosnąć, śmiała się Marta. A jak trafiliście z rozmiarem futerka? Drobiazg, wymierzyliśmy twój płaszczyk centymetrem i potem w sklepie mierzyliśmy to co nam się wydawało dobre. A płaszczyk to nam skrócili w jeden dzień, rękawy też skracali,bo był chyba na jakąś topolę szyty.

A Marta pokazała im co już kupiła do Kanady - powiedziała też, że Jacek powinien dołączyć do szala imienną dedykację. Ale nie ma pojęcia co ma kupić dla Leona, nic jej nie przychodzi do głowy, a tu już najwyższy czas coś kupić. A może jakiś album z aktualnymi zdjęciami Warszawy? Od czasu ich wyjazdu sporo się  przecież zmieniło.

                                                                  c.d.n.


Każdy na coś czeka -8

Weekend upłynął  im  na "zwiedzaniu" różnych  osiedli domków jednorodzinnych. Kamil ze zdumieniem stwierdził, że zupełnie bezboleśnie i bez pomocy wsiada i wysiada z samochodu. Bardzo go ten fakt ucieszył, teraz już bez obaw patrzył na wielogodzinny lot do Kanady.

Na każdym z osiedli wysiadali i "zwiedzali" sprawdzając czym osiedle dysponuje. Jeśli w pobliżu nie było żadnej przychodni lekarskiej, żadnego sklepu, żadnej komunikacji z centrum miasta- takie osiedle  natychmiast skreślali z listy swych zainteresowań. Marta wszystko pilnie  zapisywała w swoim notesie, co trochę bawiło Jacka, ale szybko mu wyjaśniła, że gdy będą czytać ogłoszenia o sprzedaży którejś z nieruchomości  w tych okolicach, to już będzie wiadomo czy w ogóle sobie  głowę zawracać telefonowaniem lub oglądaniem danej posesji. Podobało im się jedno z osiedli należące do gminy podwarszawskiej, robiło wrażenie dobrze zorganizowanego, ponadto na osiedlowej tablicy ogłoszeń wyczytali, że zgodnie z postulatami mieszkańców powstanie  dla dzieci szkoła podstawowa, a przychodnia lekarska już przyjmuje zapisy pacjentów do lekarza pierwszego kontaktu. Co prawda sklepów tu nie było, ale do znanej sieciówki  Auchan był przysłowiowy rzut beretem, od biedy nawet na piechotę.

Gdy tak spacerowali po tym osiedlu co jakiś czas przystając i omawiając mijane domki i ogródki, z jednego z domków wyszedł starszy pan i wyszedł poza swój teren zagradzając im drogę i mówiąc: ja przepraszam, ale czy państwo kogoś tu szukają? Bo ja tu mieszkam od początku i wszystkich znam- tu wymienił swoje imię i nazwisko. Bo państwo to już trzeci raz tędy przechodzą. 

Marta zaprezentowała swój najpiękniejszy uśmiech i powiedziała- nikogo nie szukamy, my po prostu zwiedzamy dziś różne osiedla domków jednorodzinnych, bo chcemy kupić taki piętrowy domek dla nas.  Na dole mieszkałby tata, a my z mężem na górze. Od jutra będziemy przeglądać ogłoszenia i jeśli trafi się jakieś z tej okolicy to będziemy wiedzieć, że warto tu przyjechać i obejrzeć. A może mi pan powiedzieć jak się tu mieszka? No teraz to już całkiem nieźle, ale na początku mieszkało się w błocie, gorzej niż na regularnej wsi. Poza tym jesteśmy podłączeni do miejskich mediów, co nieco podrożyło koszty budowy tego osiedla. Chcemy jeszcze by otworzyć tu sklep spożywczy,by rano po pieczywo nie latać do sieciówki lub nie jeść wieczne odmrażanego pieczywa.

A pan to pewnie wdowiec, skoro będzie pan mieszkał z dziećmi? Pan "mieszkający tu od początku" ani myślał zrezygnować z ich towarzystwa. Nie, nie jestem wdowcem- poinformował ich rozmówcę Kamil- jestem rozwodnikiem. No ale mam cudowną synową i całkiem udanego syna i chcemy  razem mieszkać. A nie orientuje się pan po ile te domki tu się sprzedają? Gdy "mieszkający tu od początku" wymienił sumę, całej trójce z lekka zaparło dech. Porozmawiali jeszcze chwilę, podziękowali za  wszystkie informacje i oglądając mijane posesje skierowali się do samochodu. Gdy wsiedli niemal chórem powiedzieli- no to robimy w domu remont. 

Jakoś, moi kochani panowie, przetrzymacie kilka dni niewygód - orzekła Marta. Jutro skontaktuję się z moim osiedlowym hydraulikiem i zrobi nam ten remoncik prywatnie. Mam do tego  faceta zaufanie, przerabiał u mnie w domu moją łazienkę. Jest o tyle fajnie, że to facet, któremu mogę zlecić wszystkie zakupy, a w sprawie zakręcenia wody w pionie też się sam dogada z tutejszymi specami, zresztą nie wiadomo czy to będzie potrzebne. On co prawda do tanich nie należy, ale mimo wszystko będzie to i tak tańsze niż kupno jakiegokolwiek domku na peryferiach. No i nie będzie potrzebny  drugi samochód, by w nim wystawać w korkach do i z pracy.

Ale, skoro już tu jesteśmy, to wstąpmy do Le Roy Merlin i zobaczmy jakie mają  kabiny prysznicowe i brodziki, w ogóle popatrzmy co tam jest. Bo umywalka w małej łazience mogła by być chyba mniejsza niż ta co jest. A do kuchni kupiłabym sobie matę do pieczenia i foremkę do muffinek. 

Muffinki? A co to są muffinki? Wiem co to jest mufa, ale muffinki?- wydziwiał Jacek. To takie małe babeczki- mogą być w różnych smakach.  Nooo, to koniecznie  kupmy te formę, mogę nawet ciasto zagnieść- oferował swą pomoc Jacek. Nie trzeba nawet ciasta  zagniatać, po prostu składniki suche mieszasz z mokrymi, wkładasz do foremek i pieczesz poinformowała go Marta. A z jednej formy to masz 12 sztuk muffinek. A taka muffinka to jest góra na dwa męskie "gryzy". No to upieczmy od razu więcej tych muffinek - kupmy dwie  foremki. Jacuniu, po tym się tyje, to jest po prostu ciasto. A ciasto tuczy. A utuczony mąż przestaje być ponętny, utuczona  żona również. Poza tym 12 muffinek na was dwóch to naprawdę wystarczy, bo ja  nie jadam muffinek. Wolę zjeść orzechy  laskowe w czekoladzie, albo rodzynki w czekoladzie. No ale one chyba też tuczą- zauważył przytomnie Jacek. No ale ja wolę bakalie niż ciasto - niemal wyszeptała Marta.

Kamilu, a ty pomyśl, czy nie zmienić w tej  sypialni po nas górnego oświetlenia. I pomyślałam, że na nocnym stoliku można by też ustawić lampkę taką, by kierowała światło na książkę gdy się leży i czyta a nie tylko rozświetlała mrok. Popatrzymy dziś co jest, ja nawet sobie  zapiszę co się komu z nas spodobało, wszystko wymierzę to co zobaczymy, w domu  się przypatrzymy czy to się zmieści i pomału zaczniemy się przemeblowywać. 

Oj, to szkoda, że nie wzięliśmy z domu metrówki- stwierdził Kamil. Wzięliśmy, mam w torebce, nie doceniasz Kamilu damskich torebek- mam metrówkę i spisane wymiary łazienki. I wiesz co? Może zamiast tego podwójnego łoża kupilibyśmy dla ciebie takie pojedyncze o szerokości 120 cm? Czyli zamiast dwóch "dziewięćdziesiątek", z których jeden materac jest niewykorzystany i śpisz  na wąskim łóżku, spałbyś na szerokości  120 cm i zyskałbyś 60 cm na szerokości pokoju.  Oczywiście łóżko to kupimy w IKEI. Wtedy można by to łóżko ustawić inaczej a za nim zrobić "zagłówek" będący nocnym stolikiem, nad którym byłyby półki na książki, bo czego jak czego, ale książek to w tym mieszkaniu nie brak. Jacek słysząc to powiedział do Kamila- moja żona wyraźnie  minęła się z powołaniem- ona powinna pracować w projektowaniu wnętrz- jest w tym bezbłędna!

Jeśli jeszcze nie umieracie z głodu to możemy teraz skoczyć do IKEI, żebyś się przymierzył do tego ich łóżka i wybrał sobie typ materaca, bo one są o różnej twardości. Bardzo lubię to wybieranie twardości, bo się po prostu kładziesz na tym materacu i wiesz czy taka twardość ci odpowiada. Spiszemy nazwę łóżka i typ oraz numer materaca i zamówimy przez internet. Łóżko to będzie 1 paczka, a materac- druga.I oni nam to przytargają do mieszkania - a potem my będziemy mieć szaradę do rozwiązania, czyli złożenie łóżka w całość. A to wszystko czego się chcemy pozbyć z domu wstawię do komisu meblowego. A jak nie będę chcieli to zadzwonię do Monaru i oni zabiorą dla siebie.

W domu ci to wszystko rozrysuję, żebyś sobie to mógł wyobrazić. Gdy w sklepie Marta wyciągnęła z torebki składaną dwumetrową miarkę, Kamilowi z lekka opadła szczęka.  Tak jak mówiła, pospisywała i pomierzyła wszystko co oglądali.

Pośmiali się w IKEI przy wybieraniu przez Kamila materaca, bo wybrał miękki materac, mówiąc, że już może spać na miękkim, bo wszak  tylko o spanie na nim idzie a nie o "hasanie" na nim. A jeśli mu się trafi ktoś do hasania to zawsze może pohasać na rozkładanej sofie, która z powodzeniem może zastępować materac do ćwiczeń gimnastycznych. Poza tym tak naprawdę to jakoś nie wyobraża sobie by się związał z jakąś kobietą i z nią razem mieszkał, prowadził wspólne życie. I jakoś wolałby by owo hasanie było poza jego domem- od pewnego czasu dom stał się jakby świątynią i byle kto nie powinien tu bywać. Jest natomiast  bardzo szczęśliwy, że Marta i Jacek chcą z nim razem mieszkać. I nie miał najmniejszych nawet oporów by pokochać Martę właściwie tak samo jak kocha Jacka, chociaż nie da się ukryć, że jednocześnie dostrzega i wielce docenia jej wszystkie walory kobiece. I bardzo często ją podziwia. Zresztą nie on jeden- ten Bogdan, który robił im zdjęcia ślubne też się  Martą zachwycał, chociaż dostrzegł u niej jeden feler - jest wymagająca i nie toleruje pracy na pół gwizdka. Zabawne - stwierdziła Marta - Bogdan nigdy nie pracuje na pół gwizdka i Baśka często narzeka, że jak Bogdan wpadnie w wir pracy to go końmi trzeba od tego odciągać.

Okazji by się nieco pośmiać mieli więcej, bo Jacek nigdy nie mówił Kamilowi w jaki sposób poznał Martę ani też o tym, jak niemal przez cały rok w każdą sobotę odwiedzał Empik, w nadziei, że spotka Martę. Kamil niemal z podziwem spoglądał na Jacka gdy to teraz opowiadał. No coś jest w tym powiedzeniu, że cierpliwość popłaca - stwierdził Kamil.

W tygodniu Jacek dostał z LOT-u zawiadomienie, że wpłynęła na jego nazwisko opłata za  trzy bilety  lotnicze w klasie ekonomicznej na trasie Warszawa-Vancouver-Warszawa dla trzech osób i że proszą o skontaktowanie się z nimi. Był to pierwszy rok gdy lecąc do Kanady w celach turystycznych załatwiało  się wizę elektronicznie. Ciekawostką był fakt, że gdyby przybywali do Kanady nie samolotem ale drogą morską to wcale by im wiza nie była potrzebna.

Kamil przypomniał sobie, że musi  wznowić ważność paszportu, a do świadomości Marty dotarło, że musi wyrobić sobie  nowy paszport, bo przecież zmieniając stan cywilny  zmieniła też nazwisko. W tym tygodniu miała już odebrać nowy dowód osobisty. W ogóle każda zmiana  nazwiska pociągała za sobą cały sznureczek zmian- zmianę dowodu osobistego i paszportu, a co za tym idzie zafiksowanie tego faktu w wielu instytucjach. I powinna się zameldować tymczasowo w mieszkaniu Kamila i Jacka. No i wreszcie wynająć swoje  mieszkanie. No ale do tego to wpierw trzeba je nieco przystosować.Ale musi jednak to omówić z Jackiem i Kamilem, bo może jednak lepiej mieć jedno "zapasowe" mieszkanie, w którym w każdej chwili można w razie potrzeby pomieszkać.

Zaczęli się zastanawiać kiedy tak naprawdę będą mogli do owej Kanady polecieć- oczywiście najmniej problemu z tym miał Kamil, ale dla Jacka była to niemal "kwadratura koła". Wyszło na to, że najlepiej byłoby polecieć w grudniu i wrócić najpóźniej 2  lub 3 stycznia. Zimą lecieć do Kanady? -wybrzydzał Jacek - przecież tam zamarzniemy na śmierć! No co ty, trudno będzie zamarznąć przy średniej u nich zimowej temperaturze +3 stopnie -tłumaczyła mu Marta. Vancouver ma łagodny klimat, leży na półwyspie, z jednej strony ma ujście rzeki Fraser do Cieśniny Strait of Georgia a resztę jego brzegów obmywa Pacyfik. A od strony lądu to ma dość wysokie góry. Poczytałam trochę o Vancouver- będziemy w mieście wieżowców, bo tam ciągle  brak terenów pod budowę, więc budują w górę. Tak trochę  jak w Singapurze. Tam też brak gruntów, więc budują wieżowce.

                                                                        c.d.n.


środa, 12 maja 2021

Każdy na coś czeka - 7

Mniej więcej w dwa miesiące od chwili wysłania przez Jacka do Kanady zdjęcia Marty w objęciach Kamila i Jacka przyszedł list od Leona i Zochy. Życzyli Młodym wszystkiego co najlepsze i informowali, że w ramach prezentu ślubnego prześlą dla całej  trójki bilety lotnicze w klasie ekonomicznej na trasie Warszawa- Vancouver- Warszawa , z przesiadką we Frankfurcie. Bilety będą ważne rok. Proszą tylko, by Jacek napisał kiedy mniej więcej przyjadą. 

Pierwszą reakcją Jacka był protest - wcale nie mam ochoty ich widzieć!  Siedząca obok niego przy stole Marta kopnęła go pod stołem i powiedziała -  jeśli nie będziesz chciał, to nie pojedziesz, ale bilet jest dla trzech osób, nie tylko dla ciebie. W takim razie polecę ja z Kamilem. Prześpij się Jacuniu z tym problemem. Bracia  młodzi już nie są i być może już nigdy więcej nie będą mieli okazji się spotkać. Wiem, że Leon nie jest twoim ulubieńcem, ale pomyśl o swej matce - na pewno bardzo chce cię zobaczyć. Poza tym będzie to okazja by porozmawiać z nimi o wszystkim co się w waszym życiu kiedyś wydarzyło.  

A ty Kamilu ? też jesteś na "nie"? A ja myślę, że to jest okazja wyprostowania pokręconego życiorysu Jacka -  spokojnym, cichym głosem powiedział Kamil.  Tylko wezmę ze sobą trochę żywej gotówki  by na miejscu zrobić badania genetyczne - i tak będzie to taniej niż zlecanie tego jakiejś tamtejszej kancelarii prawniczej poprzez  polską  kancelarię. Prawnicy na całym świecie  ogromnie się cenią. Jedyne co mnie przeraża to długie siedzenie w samolocie na trasie Frankfurt-Vancouver. Warszawa- Frankfurt to pestka.  Pojutrze mam spotkanie ze znajomym prawnikiem i przepytam się jak w takiej sytuacji to wszystko załatwić. Bo mam wrażenie że w tym wypadku mogą być potrzebne badania genetyczne nie tylko moje i Jacka ale i Leona. Bo mnie się coś wydaje, że my z Leonem nie byliśmy bliźniakami jednojajowymi, podobno Leon jest ode mnie starszy o sporo godzin. No i pewnie dlatego Jacek jest bardziej podobny do mnie niż do niego, bo bliźniaki dwujajowe nie są tak  bardzo identyczne jak jednojajowe. Leon wyjeżdżając zabrał ze sobą wszystkie zdjęcia rodzinne, chciałbym część z nich odzyskać.

No widzisz Jacuniu, jeśli nie polecisz  to zostaniesz w domu sam, bo ja Kamila samego w taką podróż nie puszczę. Któreś z nas musi z nim jechać, no a skoro ty nie chcesz to ja polecę. Oooo, co to to nie - nigdzie beze mnie nie polecisz. Mogę wziąć urlop tylko we wrześniu a i to tylko na 3 tygodnie, jak dobrze pójdzie. A bez problemu to tylko 2 i 3 tydzień września. Bo na pierwszy tydzień to jestem już umówiony ze swoim promotorem. Muszę trochę podgonić ten doktorat, jakoś mi się ślimaczy. Coś ostatnio strasznie się rozleniwiłem, najchętniej to siedzę przy biurku i patrzę na twoje zdjęcie i zastanawiam się co w tej chwili robisz. Ale gdy mi nieco ambicja siądzie  to mogę to wszystko trochę poprzekładać.  

Codziennie  patrzę na te wypociny panów studentów i mdli mnie, chwilami mam wrażenie, że większość z nich zaledwie kilka dni wcześniej przyjechała do Polski z Chin i nijak nie może ogarnąć języka polskiego - błędy ortograficzne, błędy gramatyczne są na porządku dziennym w niemal każdej pracy magisterskiej. To jak oni pisali te matury z polskiego? Merytorycznie te ich prace to jeszcze jako-tako, ale  językowo- rozpacz w kratkę. Ostatnio przez 10 minut zastanawiałem się co to jest "drót" ! Przecież to wszystko już dorośli ludzie! Chyba puszczę jakiś okólnik, że praca  magisterska , nawet w formie  brudnopisu nie może zawierać błędów ortograficznych i gramatycznych.

No ale oni te matury z polskiego to pisali już dobrych kilka lat temu, a potem zapewne czytali tylko teksty techniczne usiłując zrozumieć ten techniczny bełkot- śmiejąc się broniła studentów  Marta. Ostatnio czytałam w pracy instrukcję obsługi drukarki i zupełnie nie mogłam pojąć o co biega. Wyglądało na to, że  mam zamienione ręce lewą  z prawą a do tego jestem kompletną debilką. Albo instrukcja jest "uniwersalna", czyli dodawana do każdego urządzenia tego samego producenta i może z powodzeniem dotyczyć froterki, odkurzacza, drukarki.  No i co zrobiłaś?- zainteresował się Kamil. Nic, pomyślałam sobie kilka nieparlamentarnych wyrazów i zatelefonowałam do tych od komputerów by mi ją zainstalowali i na wszelki wypadek nie stałam obok gdy ją podłączali- zresztą miałam interesantów, więc nie mogłam stać obok.

To ostatnio  zmieniłaś trochę profil? No musiałam, zaczynają się u nas urlopy dzieciatych matek. Ale podobno mam talent do wmawiania ludziom różnych rzeczy. Oooo, to szczera prawda - mnie zmusiłaś do rehabilitacji- śmiał się Kamil. Ale chyba tego nie żałujesz? Dzięki tej rehabilitacji możesz już sam bez Jacka iść do fryzjera, choć są tam schody do pokonania. I sam sobie dajesz radę w łazience. Jeszcze trochę i zaczniesz  chodzić na randki - śmiała się Marta. 

Nie nabijaj się ze starego człowieka- protestował Kamil. Ależ ja wcale nie żartuję - jak zaczniesz sam spacerować po osiedlu to zaraz poderwie cię jakaś ponętna wdówka. A gdy zaczniesz sam robić zakupy w sklepie  i zbyt długo stać zastanawiając się nad tym co kupić zaraz jakaś się tobą zainteresuje. Panowie mają to do siebie, że umierają wcześniej niż panie i potem taka "matka,żona" nie ma co ze sobą zrobić gdy owdowieje i szuka następnego któremu mogłaby gotować. No to musiałaby tak gotować jak ty z Jackiem- stwierdził Kamil.

Następnym świetnym miejscem by dać się poderwać to jest poczekalnia w przychodni lekarskiej, zwłaszcza pod drzwiami internisty. No i koniecznie powinieneś pojechać do sanatorium. Moja bywała  w świecie sanatoriów koleżanka, która dwa razy w roku bywa w Ciechocinku twierdzi, że to super miejsce na "podryw". A kto jej  daje dwa razy w roku sanatorium?- zdziwił się Kamil. Nikt, ona wykupuje sobie pobyt prywatnie, żeby mieć "pojedynkę", skierowanie na określone zabiegi daje jej lekarz  pierwszego kontaktu, tam ona idzie z tym do lekarza sanatoryjnego i on albo coś zmienia, albo przepisuje to samo. Poza tym masa osób mieszka na kwaterach prywatnych a do sanatorium dochodzi tylko na zabiegi. Znam taką jedną 45-letnią dziewicę- nie żartuję, naprawdę była dziewicą jeszcze w wieku 45 wiosenek, bo opiekowała się swoimi rodzicami i właśnie w wieku 46 latek pojechała po raz pierwszy do sanatorium i zaraz znalazł się chętny do żeniaczki, 60-latek. 

Kamil i Jacek wybuchnęli śmiechem- no to pogratulować temu panu. Wy się nie śmiejcie - ona po prostu poszła do ginekologa z zapytaniem co ma zrobić by związek mógł zostać skonsumowany i dziewictwa pozbawił ją ginekolog, skalpelem, w znieczuleniu miejscowym. I oboje są nadal małżeństwem i obojgu ten stan wyraźnie służy. Co roku jeżdżą na trzy tygodnie do Ciechocinka. Mój ulubiony pan profesor Czapiński twierdzi, że mężczyźni, którzy są w związku małżeńskim znacznie rzadziej popadają w depresję i są szczęśliwsi oraz  dłużej są sprawni pod wieloma względami. Troska o współpartnera ma moc nieomal leczniczą dla tego, kto się troszczy.

No to mam pomysł- pojedziemy w trójkę do Ciechocinka, wynajmiemy dwie kwatery prywatne i będziemy obserwować jak Kamila podrywają samotne panie. Jak się nam któraś nie będzie podobała to ją po prostu z miejsca przegonimy, mówiąc  kobiecie, że takiej macochy to my nie chcemy - niemal dusząc się ze śmiechu powiedział Jacek. No i wiesz, każdej zajrzymy w metrykę i przepytamy co i jak gotuje - dodała Marta.

Wy sobie  robicie śmichy-chichy, a mieliśmy się zastanowić czy robić tu remont czy raczej kupić jakiś sympatyczny domek dla nas, taki minimum 360 metrów- Kamil usiłował zmienić temat. Stary kawaler z synem, synową i połową domu w granicach Warszawy - to brzmi bardzo interesująco- chichotał Jacek. A Marta dodała- a tak całkiem poważnie, to ja sobie już nie wyobrażam, byśmy Kamilu mieszkali bez ciebie, nawet jeśli się ożenisz. No i domek, ale taki już do zamieszkania to brzmi rozsądnie. Tylko wtedy będziemy musieli kupić drugi samochód, no ale na drugi samochód to ja mam pieniądze, tym bardziej, że mam zamiar kupić coś, co po 3 latach można bez żalu sprzedać i kupić następny za niewielką dopłatą. Jak dla mnie to jest jeden problem z domkiem - każdy ma  jakiś ogródek, a ze mnie  zerowa ogrodniczka. Nie umiem i nie lubię hodować kwiatków. One już na sam mój widok więdną.

Nie ma problemu, zrobimy sobie ogród w stylu japońskim - żwirek- żeby nie kosić trawy, ścieżki z małych płyt chodnikowych,odporne iglaki, koniecznie małe, które same rosną - stwierdził Kamil. Byłem w takim ogrodzie w Japonii - mini fontanna, ze sześć  bardzo odpornych iglaków, w jednym miejscu jakiś stożek bardziej ozdobnych kamieni, w kolejnym miejscu druga fontanna wśród szklanych kamieni. Te szklane kamienie w tej fontannie - bomba. Żadnego koszenia trawy, żadnych kwiatków- chociaż nie- w jednym miejscu rosły kwitnące osty. Do tego coś jak ażurowa altana z cienkich bambusowych tyczek, żeby mieć  gdzie posiedzieć w cieniu. A te fontanny były w obiegu zamkniętym, żeby wody nie marnować. Bardzo mi się ten ogród podobał, był wielce sterylny, żadnych much i innych bzykadeł w nim nie było a na tym oście siedział jeden motyl. Żywy, dał się spędzić - musiałem sprawdzić czy aby nie jest sztuczny. 

Tylko trzeba się rozejrzeć za jakąś rozsądną lokalizacją. I lepiej by to już był dom wybudowany a nie w trakcie budowy. No i koniecznie w granicach lewobrzeżnej Warszawy - dodał Jacek i raczej w południowej części, nie północnej. Pyry, Dąbrówka, Dawidy, może Bobrowiec, może okolice  Lasu Kabackiego. Teraz się tam mnóstwo buduje- pojedźmy w weekend wzdłuż Puławskiej w stronę Piaseczna  i poskręcajmy w prawo i w lewo od niej. A ktoś mi ostatnio  mówił, że w Wilanowie, w stronę Wisły też się sporo pobudowało, ale tam to trzeba wpierw sprawdzić, czy aby nie są to tereny podchodzące wodą w okresie powodziowym.

No to trzeba będzie poprzeglądać ogłoszenia i to zadanie przypadnie w udziale Kamilowi - zadecydował Jacek. A wy tak poważnie chcecie ze mną mieszkać?- dopytywał się Kamil. Kochany, jak będziesz zadawał głupie  pytania to będziemy do ciebie zwracać się per "tatusiu" przy ludziach a nie po imieniu - zagroziła Marta.  A ja ci będę wtedy mówił per stryjku - chcesz?- dodał Jacek. Kocham was- podsumował Kamil.

                                                                                c.d.n.