Miałam nie pisac o stanie wojennym, ale w pewnym sensie zostałam sprowokowana przez wystepujących w mediach młodych krzykaczy.
W tamtych latach mój mąż bywał kilka razy w roku w ZSRR i juz w sierpniu 81 roku, znajomi Rosjanie, dziwili się, ze w Polsce takie zadymy, strajki i pytali się, czy nie skonczy sie to jakąś rewoltą. Na przelomie listopada i grudnia mąz znowu był w Moskwie i gdy jechał ktoregoś dnia taksówką, kierowca, ktory bez trudu rozpoznał w nim Polaka powiedział tak: "oj dobiorą sie wam do tyłków, juz nasze wojska stoja przy waszej granicy a Czesi tylko rączki zacierają i czekają na rewanz, a Niemcy tez z nami pójdą". Sądzę, ze taksówkarz byl współpracownikiem wiadomych słuzb, bo w tym zawodzie głównie takich zatrudniano w tamtym kraju.
Przyznam sie , ze ogloszenie stanu wojennego przyjelam z mieszanymi uczuciami- z jednej strony strach, a z drugiej ulga, bo to co się dzialo w Warszawie nie wyglądało ciekawie i bałam sie, ze krew się poleje. Juz pomijam te puste półki i hasło "im gorzej tym lepiej" krązące w Solidarności, ale naprawdę bałam sie jezdzić w dni, gdy miastem przeciagały marsze strajkujących.
A w piątek, 12 grudnia wieczorem ,mój maz z naszym przyjacielem przywieżli od znajomego rolnika połówke świni i na mnie padło dzielenie mięsa na 2 rodziny. Skończyłam tę zabawę około 23 godziny, a ze było juz pózno, maz odwiozł kolege do domu.Kolega chcial zadzwonić jeszcze przed wyjazdem do swego domu, by zona na niego czekała i otworzyla mu brame, w końcu mnie to zlecił. Usiłowałam zadzwonic, ale telefon milczał, brak było sygnału. Nie zrobiło to na mnie zadnego wrazenia,często się blokował.
Następnego dnia rano nasz domowy skowronek zażyczył sobie włączenia TV bo przecież był teleranek. Włączyłam, a tu tylko mroczki i chroboty, wyraznie brak sygnału. Zaczęłam wielce fachowo stukać w odbiornik, poruszyłam anteną i nic. Na szczęscie mąz nie był skory do rozbierania odbiornika na częsci. Włączyłam radio i akurat nadawano jakąś ponura muzykę, a po chwili gen. Jaruzelski wygłosił przemówienie. Wysłuchaliśmy z lekkim niedowierzaniem , a mąz skomentował- ten taksówkarz miał rację.
Najdotkliwszy był brak łączności. Nas to bardzo dotknęło, bo mała zachorowała, były kłopoty z wezwaniem lekarza, wywiązało sie zapalenie płuc z powikłaniami.
Widok transporterów na ulicach i zołnierzy pod bronia z lekka szokował, ale z czasem było mi zal tych młodych, marznących chłopców. Jezeli były do załatwienia jakieś sprawy po zmroku, to z domu wychodziłam ja, na zasadzie, ze kobiecie nic nie zrobią. Niestety często wyłączali prąd i wtedy było nieco mniej zabawnie.
Tzw godz. policyjna mało nas dotknęła, wszak z małym dzieckiem nie włóczy sie człowiek wieczorami . Dotkliwy był brak paliwa i łączności, nakaz posiadania przepustek gdy była potrzeba przemieszczania sie z miejscowości, w której sie zamieszkiwało. Cały czas bałam sie, zeby nie wywiązały sie jakies zamieszki zwiazane z wojskami stacjomującymi w Polsce. Na szczęscie mieli zakaz opuszczania koszar.
Teraz, po latach, uwazam, ze słuszna była decyzja generala Jaruzelskiego. On doskonale znał nastawienie Wielkiego Brata i wiedział, ze jeśli my sami swoimi siłami nie zaprowadzimy w kraju ładu, to oni z chęcia nam pomoga. Czesi tez radzi byliby wdepnąć do nas z "bratnią pomocą" w rewanzu za 68 rok.
Śmiesza i jednocześnie denerwuja mnie ci wszyscy, którzy twierdzą, ze Polska była krajem nielegalnym. Kochani, skoro nasz kraj byl nielegalny, to oddajcie swe dyplomy, doktoraty, mieszkania- one nie sa wasze, one są wszak nielegalne. Po co wam cos nielagalnego. Róbcie ponownie wszystkie dyplomy i doktoraty, starajcie się od nowa o mieszkania.
Mam tez prośbę do tych młodych krzykaczy- zacznijcie myśleć samodzielnie, nie pozwalajcie robić sobie wodę z mozgu. Ci, którzy w tamtych czasach wcale nie walczyli z systemem bo albo byli za młodzi albo nikt ich do tego nie zaprosil, maja dziś swego rodzaju kaca moralnego i starają sie opluć i zniszczyć wszystko co w tamtym okresie sie działo, jednocześnie kreując sie na bohaterów tamtego okresu.
Byłoby naprawde dobrze, gdyby młodzi ludzie , którzy są wszak przyszłościa kraju, skupili sie na tym by iść do przodu patrząc przed siebie, a nie z głową odwrócona do tyłu, słuchając podszeptów
sfrustrowanych anty-bohaterów tamtych dni.
W Polsce naprawde jest wiele do zrobienia. Szkoda, ze mając zdolnych ludzi marnujemy ten potencjał i zamiast razem zabrać sie do wytęzonej pracy ciagle wdajemy sie w jakies kłótnie,
wyszukujemy wyimaginowanych zdrajców, wznosimy mury nienawiści pomiedzy ludżmi.
Zamiast cieszyc sie, ze w bezkrwawy sposob udało sie osiągnać wolność, niektórzy usiłuja deprecjonować zasługi tych, którzy naprawde mieli udział w walce o tę wolność.
anabell
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
sobota, 13 grudnia 2008
czwartek, 11 grudnia 2008
Bywa i tak...
Otrzymałam wczoraj list od swojej kolezanki, z którą "urwała" mi się korespondencja ponad 4 lata temu. Nie miała w Polsce bliskiej rodziny, wspólne kolezanki tez nie wiedziały czemu nie pisze - a tu proszę, nagle, niespodziewanie - mail. Niewiele brakowało bym nie otwierając przeniosła go do spamu, ale zaryzykowałam.
Owa kolezanka, nazwijmy ją Zosią, marzyła by zamieszkać w USA. Ciągle słyszałam od niej, ze tam i tylko tam, mozna zyć pełnią zycia, ze wspaniały kraj, wspaniali ludzie, niespotykana przyroda, pełnia swobód obywatelskich i wogóle- raj na ziemi.
Zosia tak bardzo chciała wyjechać i tak konsekwentnie dązyła do celu, ze w końcu wyjechała. Tu nic ani nikt jej nie zatrzymywał, zabrała swój majatek ruchomy i poleciała do Nowego Jorku.
Pierwszy rok był cięzki, myślałam nawet, ze wróci do Polski. Ale nie, nawiązała rozne kontakty, a ze była po dziennikarstwie "załapała się" do jakiejś gazety.
Potem nadchodziły entuzjastyczne maile, Zosia zaczęła jezdzić po Stanach, wyprowadziła sie z Nowego Jorku, zamieszkała w okolicach Denver. Potem listy dochodziły coraz rzadziej, pózniej napisała tajemniczo, ze kogoś poznała, ze wreszcie ma dla kogo zyć. Tak bardzo dla tego kogoś zyła, ze az przestała pisać. Słałyśmy do niej maile, ale pozostawały bez odpowiedzi. Pomyślałam nawet, ze moze spotkało ja coś złego, jakaś choroba albo i gorzej.
No a teraz - niespodzianka- mail i to z.....Australii.
Okazało się, ze Zosia poznała w Stanach pewnego chińskiego intelektualistę, absolwenta filozofii, który całkowicie przemeblował jej światopogląd i zycie. Ów Paul (urodzony w Stanach) jest bowiem wyznawca (czy tez moze zwolennikiem, bo to nie religia) filozofii Tao, której idee mają tyle wspólnego z tym, co sie dzieje w Stanach ile np. traktor z kołyską dziecka.
Nagle Zosia odkryła , ze pieniądze podatników sa wydawane na zbrojenia, ze wojna o ropę kuwejcką pochłonęła 60 miliardów dolarów i ze była to najbardziej wyniszczająca dla środowiska wojna w całej historii wojskowości. Administracja Stanów zarzuciła całkowicie finansowanie badań nad wykorzystaniem energii słonecznej, przekazano natomiast olbrzymie środki budzetowe ( z kieszeni podatników) na rozwój energetyki atomowej, naciskano na prowadzenie wierceń w poszukiwaniu ropy naftowej w nielicznych juz ostojach dzikiej przyrody, nawet w pasie wód przybrzeznych. Do parków narodowych wkroczyły poligony, zamieniając obszary dzikiej przyrody w prawdziwą dzicz. Staw F w Górach Skalistych (nazwany tak przez Korpus Inzynierski Armii USA) stał się "najbardziej zanieczyszczoną milą kwadratową na ziemi", a łańcuch "Bravo 20" w górach Nevady przedstawia iście ksiezycowy krajobraz po 50-ciu latach nieustannych ćwiczeń artylerii. A na polach Poligonu Jeffersona w Indianie (pow.90 mil kwadratowych) wystrzelono 23 miliony pocisków artyleryjskich, z których około 1,5 tys. jeszcze nie wybuchło, a wiele jest z nich pod ziemią i nie mozna ich zlokalizować.
W czasie, gdy Armia, za pieniądze podatników coraz intensywniej niszczy kraj, obywatele USA zabijają sie nawzajem z pistoletów z szybkością sześćdziesięciu czterech śmierci dziennie.
Amerykańskie szkoły wypuszczaja zgraje niedouków, którzy w rok lub dwa po ukończeniu szkoły są analfabetami. A nawet jeśli potrafią czytac i pisać to nie potrafia samodzielnie myślec ( tu mała moja dygresja- z tym myśleniem to nie tylko tam jest zle, u nas tez), ze wszyscy są zadłuzeni właśnie przez to, ze nie mysla, tylko ulegają złudnym reklamom.
I ten wyścig - o wszystko- coraz lepiej zarabiać, awansować za kazdą cenę, być coraz młodszym, ładniejszym, zgrabniejszym, miec coraz nowszy samochod itp. itd.
I dowiedziałam sie, ze USA to nie jest raj na ziemi, ze nie mogą i nie powinny byc wzorcem dla nikogo w świecie.
Nie mogąc pogodzić sie z tym co jest w Stanach, postanowili wyjechać do Autralii. Mieszkają tam juz ponad rok i jak na razie - są zadowoleni. Zosi podoba sie duzo mniejsze niz w Stanach "parcie na sukces". Australijczycy to tez mieszanka narodowościowa, ostatnio coraz więcej tam Chińczykow, no ale jej mąz nie uwaza sie za przedstawiciela tej narodowości. Obojgu podoba się, ze Australijczycy bardziej dbaja o środowisko, staraja sie zyc blizej natury i są dla siebie nawzajem sympatyczniejsi.
Ciekawa jestem jak się im ułozy zycie w Australi - czy to będzie juz ich miejsce docelowe?
Czas pokaze.
Owa kolezanka, nazwijmy ją Zosią, marzyła by zamieszkać w USA. Ciągle słyszałam od niej, ze tam i tylko tam, mozna zyć pełnią zycia, ze wspaniały kraj, wspaniali ludzie, niespotykana przyroda, pełnia swobód obywatelskich i wogóle- raj na ziemi.
Zosia tak bardzo chciała wyjechać i tak konsekwentnie dązyła do celu, ze w końcu wyjechała. Tu nic ani nikt jej nie zatrzymywał, zabrała swój majatek ruchomy i poleciała do Nowego Jorku.
Pierwszy rok był cięzki, myślałam nawet, ze wróci do Polski. Ale nie, nawiązała rozne kontakty, a ze była po dziennikarstwie "załapała się" do jakiejś gazety.
Potem nadchodziły entuzjastyczne maile, Zosia zaczęła jezdzić po Stanach, wyprowadziła sie z Nowego Jorku, zamieszkała w okolicach Denver. Potem listy dochodziły coraz rzadziej, pózniej napisała tajemniczo, ze kogoś poznała, ze wreszcie ma dla kogo zyć. Tak bardzo dla tego kogoś zyła, ze az przestała pisać. Słałyśmy do niej maile, ale pozostawały bez odpowiedzi. Pomyślałam nawet, ze moze spotkało ja coś złego, jakaś choroba albo i gorzej.
No a teraz - niespodzianka- mail i to z.....Australii.
Okazało się, ze Zosia poznała w Stanach pewnego chińskiego intelektualistę, absolwenta filozofii, który całkowicie przemeblował jej światopogląd i zycie. Ów Paul (urodzony w Stanach) jest bowiem wyznawca (czy tez moze zwolennikiem, bo to nie religia) filozofii Tao, której idee mają tyle wspólnego z tym, co sie dzieje w Stanach ile np. traktor z kołyską dziecka.
Nagle Zosia odkryła , ze pieniądze podatników sa wydawane na zbrojenia, ze wojna o ropę kuwejcką pochłonęła 60 miliardów dolarów i ze była to najbardziej wyniszczająca dla środowiska wojna w całej historii wojskowości. Administracja Stanów zarzuciła całkowicie finansowanie badań nad wykorzystaniem energii słonecznej, przekazano natomiast olbrzymie środki budzetowe ( z kieszeni podatników) na rozwój energetyki atomowej, naciskano na prowadzenie wierceń w poszukiwaniu ropy naftowej w nielicznych juz ostojach dzikiej przyrody, nawet w pasie wód przybrzeznych. Do parków narodowych wkroczyły poligony, zamieniając obszary dzikiej przyrody w prawdziwą dzicz. Staw F w Górach Skalistych (nazwany tak przez Korpus Inzynierski Armii USA) stał się "najbardziej zanieczyszczoną milą kwadratową na ziemi", a łańcuch "Bravo 20" w górach Nevady przedstawia iście ksiezycowy krajobraz po 50-ciu latach nieustannych ćwiczeń artylerii. A na polach Poligonu Jeffersona w Indianie (pow.90 mil kwadratowych) wystrzelono 23 miliony pocisków artyleryjskich, z których około 1,5 tys. jeszcze nie wybuchło, a wiele jest z nich pod ziemią i nie mozna ich zlokalizować.
W czasie, gdy Armia, za pieniądze podatników coraz intensywniej niszczy kraj, obywatele USA zabijają sie nawzajem z pistoletów z szybkością sześćdziesięciu czterech śmierci dziennie.
Amerykańskie szkoły wypuszczaja zgraje niedouków, którzy w rok lub dwa po ukończeniu szkoły są analfabetami. A nawet jeśli potrafią czytac i pisać to nie potrafia samodzielnie myślec ( tu mała moja dygresja- z tym myśleniem to nie tylko tam jest zle, u nas tez), ze wszyscy są zadłuzeni właśnie przez to, ze nie mysla, tylko ulegają złudnym reklamom.
I ten wyścig - o wszystko- coraz lepiej zarabiać, awansować za kazdą cenę, być coraz młodszym, ładniejszym, zgrabniejszym, miec coraz nowszy samochod itp. itd.
I dowiedziałam sie, ze USA to nie jest raj na ziemi, ze nie mogą i nie powinny byc wzorcem dla nikogo w świecie.
Nie mogąc pogodzić sie z tym co jest w Stanach, postanowili wyjechać do Autralii. Mieszkają tam juz ponad rok i jak na razie - są zadowoleni. Zosi podoba sie duzo mniejsze niz w Stanach "parcie na sukces". Australijczycy to tez mieszanka narodowościowa, ostatnio coraz więcej tam Chińczykow, no ale jej mąz nie uwaza sie za przedstawiciela tej narodowości. Obojgu podoba się, ze Australijczycy bardziej dbaja o środowisko, staraja sie zyc blizej natury i są dla siebie nawzajem sympatyczniejsi.
Ciekawa jestem jak się im ułozy zycie w Australi - czy to będzie juz ich miejsce docelowe?
Czas pokaze.
poniedziałek, 8 grudnia 2008
To takie smutne
Szłam dzis swoją osiedlową uliczką, a przede mna jakaś mama z małą dziewczynką. Dziecko mogło mieć ze trzy lata, ładnie ubrane, popychało przed sobą wózek z lalką. W pewnej chwili dziewczynka przystanęła, zaczęła coś wykrzykiwać i z całych swych dziecięcych sił okładać lalkę. Zatkało mnie, bo mała wkładała w to zajęcie wszystkie swe siły, a mama patrzyła na to mijając ją obojętnie. Po chwili zrównałam sie z dziewczynką , która nadal biła swą lalkę i zapytałam, czemu bije tę lalkę." Nie cie pać, niedobla!" I zaraz do lalki-"pupę bije, mas pać! Zrobiło mi sie glupio, mama dziecka szła spokojniutko dalej, więc zgadałam do dziecka- a jak lala ma na imię? " Ola"- mala popatrzyla na mnie podejrzliwie. Wiesz, powiedzialam, ja myślę, ze jak wezmiesz Olę na chwile na rączki i ją przytulisz, to ona szybko zaśnie. Mała łypnęła na mnie, wyciągnęła lalkę z wózka, przytuliła i zaczęła kołysać. Jej mama zawróciła i podeszła z takim jakims niemiłym jazgotem : no , co jest, chodz prędko i obrzuciła mnie wrogim spojrzeniem. Mała popatrzyla na mamę, potem na mnie, wiec tylko wydusilam z siebie - połóz lalę do wózka, juz zasnęła. Mała połozyła lalkę, okryła ją kocykiem i pomaszerowała przed siebie. Popatrzyłam na tę młoda kobietę a ona mi powiedziała -" juz nie wiem co mam robić, ona zawsze wrzeszczy na lalkę, gdy sobie wyobraza, ze lalka nie chce spać". Zapytałam sie więc (karcac sama siebie w myślach, ze się wtrącam) kto małą usypia w domu." Wieczorem mąz, bo twierdzi, ze ja ją rozpieszczam, a dziecko powinno usypiać bez kołysania i przytulania". A interesowała sie pani jak maz to robi?- zaczęłam drązyć temat. " Grozi jej, ze ja zbije, ale nie bije, tylko tak mówi". Nie wyrobilam i powiedziałam - przeciez dziecko powiela tylko to, co widzi i przezywa w domu! Nie pomyślała pani o tym, widząc jak dziecko traktuje lalkę? Kobieta popatrzyla na mnie zdziwiona -"tak pani myśli? No to co mam zrobić?" Ręce mi opadły, no ale nie mogłam jej tak zostawić. Spacerowałyśmy a kobieta opowiedziała mi trochę o sobie, dziecku i swoim małzeństwie. Jezeli kogos dziwi, ze zwierzała sie obcej osobie, to zapewniam, ze czasem łatwiej się zwierzyć komuś obcemu niz własnej mamie czy tez siostrze. Zresztą jej rodzina jest daleko stad, a ona w naszym mieście od niedawna. Skończyło sie tym, ze namówiłam ją na wizyte w poradni rodzinnej, w której pracuje moja znajoma pani psycholog.
Zrobiło mi sie bardzo smutno, bo znow uświadomiłam sobie, ze czasem całkiem blisko nas, w sąsiedztwie, są ludzie ktorzy potrzebują pomocy, a nie wiedzą do kogo się zwrocić i często z tego powodu moze dojść nawet do tragedii.
Lubie anonimowość wielkiego miasta, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę, ze jego nowi mieszkańcy, którzy niedawno tu przyjechali, nie zawsze sobie daja rade ze swymi problemami, bo czuja sie tu zagubieni.
Mam nadzieję, ze moja nowa "sąsiadka" znajdzie pomoc a jej córeczka przestanie bić lalkę by usnęła.
Zrobiło mi sie bardzo smutno, bo znow uświadomiłam sobie, ze czasem całkiem blisko nas, w sąsiedztwie, są ludzie ktorzy potrzebują pomocy, a nie wiedzą do kogo się zwrocić i często z tego powodu moze dojść nawet do tragedii.
Lubie anonimowość wielkiego miasta, ale jednocześnie zdaje sobie sprawę, ze jego nowi mieszkańcy, którzy niedawno tu przyjechali, nie zawsze sobie daja rade ze swymi problemami, bo czuja sie tu zagubieni.
Mam nadzieję, ze moja nowa "sąsiadka" znajdzie pomoc a jej córeczka przestanie bić lalkę by usnęła.
sobota, 6 grudnia 2008
Coraz blizej swieta, coraz blizej swieta....
Dookoła słyszę narzekania, ze juz zaraz po pierwszym listopada wszystkich ogarnia świąteczny amok. Ci "wszyscy" to oczywiście handlowcy.
Trochę mnie te narzekania bawią, bo gdy byłam małą dziewczynką ( a było to w czasach głębokiego PRL) przygotowania do Świąt zaczynały sie juz w połowie pazdziernika. Do domu "przybywała" skadś cała, surowa szynka wieprzowa i zaczynał sie proces peklowania, który musiał trwac minimum 30 dni. Babcia "polowała" na bakalie, smazyła skorke pomaranczową, a dziadziuś przynosił do domu róznokolorowe papiery glansowane. Wyciągało sie pudła z ozdobami choinkowymi, przeglądaliśmy co sie jeszcze nada w danym roku na choinkę a co trzeba dokupić, względnie zrobić. Nie wiem, skąd dziadziuś czerpał wzory, ale naprawde robiliśmy masę zabawek sami. Był to bardzo miły dla mnie okres bo od małego lubiłam wszelkie prace manualne. Godzinami sklejałam kolorowe łańcuchy, robiłam bałwanki z krepiny, gwiazdki ze słomek, mikołaje z wydmuszek jajek, "złote" orzechy. A potem zabawki wędrowały do pudła i czekały na chwilę, kiedy będą rozwieszone na choince.
Bardzo długo nie mogłam wpaść na to, skad ta choinka się w domu bierze, bo nagle, w poranek wigilijny, na specjalnie do tego przeznaczonym niskim stołku, pojawiała się choinka, juz przystrojona we wszystkie zabawki i bombki i błyszcząca od celofanowych "włosów anielskich". Dla mnie to były jakieś czary- zasypiałam wieczorem- choinki nie było, budziłam sie rano i choinka juz byla. Jakimś dziwnym trafem wieczorem nagle zjawiały sie pod nią prezenty i.. zawsze byly to te zabawki lub ksiązki, o które prosiłam w listach do Mikołaja. Listy zostawiałam pomiędzy oknami, bo kiedyś to byly tzw. okna podwójne, rzecz dziś chyba nieznana.
Gdy juz miałam własną rodzinę starałam sie zachować przynajmniej cześć tych zwyczajów, które wyniosłam z domu. A więc mała pisała listy do Mikolaja, wpierw obrazkowe, potem juz literkami, robiłyśmy razem ozdoby na choinkę, potem razem chodziliśmy ją kupić i razem w trójke ubieraliśmy. I wiecie co, bardzo się ucieszylam, gdy wreszcie nie było klopotu z nabyciem roznych swiecidełek, kolorowych papierów i wcale mi (nawet dziś) nie przeszkadzają te liczne dekoracje choinkowe, których jest naprawde wielki wybor i wiele z nich jest całkiem gustownych.
Popatrzcie w sklepach na buzie dzieciaków, one są zachwycone- podobają im sie i aniolki i bombki i kolorowe łańcuchy. Myślę, ze nadal mozna urządzic dziecku magiczne świeta, tylko trzeba odnależć w sobie to dziecko, którym sie kiedyś było i powielić te wszystkie świateczne zwyczaje, ktore cieszyły nas w dzieciństwie.
I nie zasłaniajcie się komercja - ona nie przeszkadza, często my sami stajemy na przeszkodzie temu, by zrobic magiczne świeta. Bo jesteśmy zmęczeni, bo mamy zimową depresje, bo mamy za soba smutne doświadczenia.
A niedługo moja córka zostanie mamą i tez będzie urządzała dla swego dziecka magiczne świeta.
anabell
Trochę mnie te narzekania bawią, bo gdy byłam małą dziewczynką ( a było to w czasach głębokiego PRL) przygotowania do Świąt zaczynały sie juz w połowie pazdziernika. Do domu "przybywała" skadś cała, surowa szynka wieprzowa i zaczynał sie proces peklowania, który musiał trwac minimum 30 dni. Babcia "polowała" na bakalie, smazyła skorke pomaranczową, a dziadziuś przynosił do domu róznokolorowe papiery glansowane. Wyciągało sie pudła z ozdobami choinkowymi, przeglądaliśmy co sie jeszcze nada w danym roku na choinkę a co trzeba dokupić, względnie zrobić. Nie wiem, skąd dziadziuś czerpał wzory, ale naprawde robiliśmy masę zabawek sami. Był to bardzo miły dla mnie okres bo od małego lubiłam wszelkie prace manualne. Godzinami sklejałam kolorowe łańcuchy, robiłam bałwanki z krepiny, gwiazdki ze słomek, mikołaje z wydmuszek jajek, "złote" orzechy. A potem zabawki wędrowały do pudła i czekały na chwilę, kiedy będą rozwieszone na choince.
Bardzo długo nie mogłam wpaść na to, skad ta choinka się w domu bierze, bo nagle, w poranek wigilijny, na specjalnie do tego przeznaczonym niskim stołku, pojawiała się choinka, juz przystrojona we wszystkie zabawki i bombki i błyszcząca od celofanowych "włosów anielskich". Dla mnie to były jakieś czary- zasypiałam wieczorem- choinki nie było, budziłam sie rano i choinka juz byla. Jakimś dziwnym trafem wieczorem nagle zjawiały sie pod nią prezenty i.. zawsze byly to te zabawki lub ksiązki, o które prosiłam w listach do Mikołaja. Listy zostawiałam pomiędzy oknami, bo kiedyś to byly tzw. okna podwójne, rzecz dziś chyba nieznana.
Gdy juz miałam własną rodzinę starałam sie zachować przynajmniej cześć tych zwyczajów, które wyniosłam z domu. A więc mała pisała listy do Mikolaja, wpierw obrazkowe, potem juz literkami, robiłyśmy razem ozdoby na choinkę, potem razem chodziliśmy ją kupić i razem w trójke ubieraliśmy. I wiecie co, bardzo się ucieszylam, gdy wreszcie nie było klopotu z nabyciem roznych swiecidełek, kolorowych papierów i wcale mi (nawet dziś) nie przeszkadzają te liczne dekoracje choinkowe, których jest naprawde wielki wybor i wiele z nich jest całkiem gustownych.
Popatrzcie w sklepach na buzie dzieciaków, one są zachwycone- podobają im sie i aniolki i bombki i kolorowe łańcuchy. Myślę, ze nadal mozna urządzic dziecku magiczne świeta, tylko trzeba odnależć w sobie to dziecko, którym sie kiedyś było i powielić te wszystkie świateczne zwyczaje, ktore cieszyły nas w dzieciństwie.
I nie zasłaniajcie się komercja - ona nie przeszkadza, często my sami stajemy na przeszkodzie temu, by zrobic magiczne świeta. Bo jesteśmy zmęczeni, bo mamy zimową depresje, bo mamy za soba smutne doświadczenia.
A niedługo moja córka zostanie mamą i tez będzie urządzała dla swego dziecka magiczne świeta.
anabell
Dla pokrzepienia wystraszonych
Wiele osob jest wystraszonych procesem ocieplenia klimatu i dla nich cytuję to, co napisał p. Prof. Dr.Hab.Zbigniew Jaworowski z Centralnego Laboratorium Ochrony Radiologicznej w Warszawie.
(...) Współczesne ocieplenie jest zwykłą fazą naturalnych zmian klimatu, jednym z niezliczonego szeregu poprzednich ociepleń. Niestety ta faza zaczyna się kończyć. (...) W skali Układu Słonecznego w roku 2008 obserwujemy dwa uderzające zjawiska: niezwykle niską aktywność Słońca ( w sierpniu wystąpił całkowity brak plam słonecznych-są one miarą tej aktywności), co zdarzyło się pierwszy raz od roku 1913, oraz silne ochłodzenie Ziemi, w ciągu pierwszych ośmiu miesiecy. Liczba plam słonecznych zmniejszała sie od roku 1998, a wraz z nią malała liniowo ich siła magnetyczna o 77 gausów rocznie. Średnia temperatura dolnej troposfery, mierzona z satelitów w okresie styczeń - sierpień 2008, obniżyła sie o 0,35 stopnia C w porównaniu z rokiem 2007. Jednak chłodzenie globu nie wystąpiło tylko w 2008 roku, trwa ono już 10 lat."
Nie moge sie oprzeć wrazeniu, że ilu badających zjawisko, tyle zdań w tej materii.
Wielu uczonych, którzy podzielają opinie prof. Jaworowskiego , uważa ,że wynik oznaczający ocieplenie klimatu, wynika z niewłaściwej metodologii i algorytmu obserwacji. W tych badaniach brak jest modelu matematycznego ewidendentnych zmian cyklicznych wyraznie widocznych w ciągach obserwacyjnych temperatury powierzchni Ziemi. Za pomocą takiego modelu możnaby oszacować czynniki ocieplenia: naturalny i antropogeniczny. Stosowanie tu modelu regresji liniowej lub aproksymacji wielomianem (choćby i wysokiego stopnia) jest po prostu nieporozumieniem.
Równiez wzrost poziomu dwutlenku węgla w atmosferze nie jest wyjaśniony jednoznacznie- część uwaza, ze jest on spowodowany ociepleniem klimatu, natomiast inni- ze jest przyczyną ocieplenia.
I bądz tu mądry "szary człowieku".
anabell
(...) Współczesne ocieplenie jest zwykłą fazą naturalnych zmian klimatu, jednym z niezliczonego szeregu poprzednich ociepleń. Niestety ta faza zaczyna się kończyć. (...) W skali Układu Słonecznego w roku 2008 obserwujemy dwa uderzające zjawiska: niezwykle niską aktywność Słońca ( w sierpniu wystąpił całkowity brak plam słonecznych-są one miarą tej aktywności), co zdarzyło się pierwszy raz od roku 1913, oraz silne ochłodzenie Ziemi, w ciągu pierwszych ośmiu miesiecy. Liczba plam słonecznych zmniejszała sie od roku 1998, a wraz z nią malała liniowo ich siła magnetyczna o 77 gausów rocznie. Średnia temperatura dolnej troposfery, mierzona z satelitów w okresie styczeń - sierpień 2008, obniżyła sie o 0,35 stopnia C w porównaniu z rokiem 2007. Jednak chłodzenie globu nie wystąpiło tylko w 2008 roku, trwa ono już 10 lat."
Nie moge sie oprzeć wrazeniu, że ilu badających zjawisko, tyle zdań w tej materii.
Wielu uczonych, którzy podzielają opinie prof. Jaworowskiego , uważa ,że wynik oznaczający ocieplenie klimatu, wynika z niewłaściwej metodologii i algorytmu obserwacji. W tych badaniach brak jest modelu matematycznego ewidendentnych zmian cyklicznych wyraznie widocznych w ciągach obserwacyjnych temperatury powierzchni Ziemi. Za pomocą takiego modelu możnaby oszacować czynniki ocieplenia: naturalny i antropogeniczny. Stosowanie tu modelu regresji liniowej lub aproksymacji wielomianem (choćby i wysokiego stopnia) jest po prostu nieporozumieniem.
Równiez wzrost poziomu dwutlenku węgla w atmosferze nie jest wyjaśniony jednoznacznie- część uwaza, ze jest on spowodowany ociepleniem klimatu, natomiast inni- ze jest przyczyną ocieplenia.
I bądz tu mądry "szary człowieku".
anabell
piątek, 5 grudnia 2008
Wyzszość owada nad kotletem
Wszyscy zastanawiają się jak uchronic świat przed efektem cieplarnianym, jaką produkować zywnosc, zeby zmniejszyc emisję dwutlenku węgla, a tu okazuje sie, ze jest dość prosty sposób-wystarczy zmienić menu.
Biolog dr Łukasz Łuczaj z Wyzszej Szkoły Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi od lat eksperymentuje z jedzeniem. Kto wie, moze za jakiś czas będziemy zmuszeni powrócic do konsumpcji owadow? O ile wyglad i smak owadów to rzecz gustu, o tyle ich wartości odzywcze nie podlegają dyskusji. Są bogate w bialko i nienasycone kwasy tluszczowe, niektore zawieraja wiecej węglowodanów niz ryby i wołowina. Mają niska zawartość cholestrolu a są w stanie dostarczyć więcej energii niż wołowina i ryby. Niektore z nich , np. larwy tropikalnych motyli bogate są w potas, wapń, magnez, cynk i witaminę B.
Ponadto jedzenie owadów jest ekologiczne. Nie trzeba wycinać lasów pod uprawę, nie trzeba produkować nawozów, ( nie będzie sie nimi zanieczyszczać środowiska) no a poza tym sa zimnokrwiste i nie zuzywają energii na podtrzymywanie stałej temperatury ciała, dlatego aby wyprodukować gram swojej masy, zuzywaja dziesiec razy mniej pozywienia.
Na europejskich stolach owady lądują w formie ciekawych przekasek, ale pół świata się nimi zajada.
Największą popularnościa cieszą się owady z rodziny szarańczowatych. W całej niemal Azji mozna je kupić na straganach grillowane i opiekane.
W Afryce przysmakiem sa smazone gąsienice i termity, a z larw motyli przyrządza sie sosy do mięs i ryb.
W Kolumbii przyrządza sie mrowki żniwiarki w postaci pasty lub jako dodatek do mies.
W Japonii przysmakiem są larwy pszczół w oleju sojowym, a meksykańskie dzieci zajadają sie konikami polnymi w czekoladzie.
Wszystkich zainteresowanych nowym, ekologicznym pokarmem odsyłam do ksiazki napisanej przez dr Ł.Łuczaja pt. "Podrecznik robakożercy" wydanej przez "Chemigrafia 2005"
Mozna w niej znależć równiez przepisy na prażone koniki polne oraz ważki po balijsku.
anabell
Biolog dr Łukasz Łuczaj z Wyzszej Szkoły Humanistyczno-Ekonomicznej w Łodzi od lat eksperymentuje z jedzeniem. Kto wie, moze za jakiś czas będziemy zmuszeni powrócic do konsumpcji owadow? O ile wyglad i smak owadów to rzecz gustu, o tyle ich wartości odzywcze nie podlegają dyskusji. Są bogate w bialko i nienasycone kwasy tluszczowe, niektore zawieraja wiecej węglowodanów niz ryby i wołowina. Mają niska zawartość cholestrolu a są w stanie dostarczyć więcej energii niż wołowina i ryby. Niektore z nich , np. larwy tropikalnych motyli bogate są w potas, wapń, magnez, cynk i witaminę B.
Ponadto jedzenie owadów jest ekologiczne. Nie trzeba wycinać lasów pod uprawę, nie trzeba produkować nawozów, ( nie będzie sie nimi zanieczyszczać środowiska) no a poza tym sa zimnokrwiste i nie zuzywają energii na podtrzymywanie stałej temperatury ciała, dlatego aby wyprodukować gram swojej masy, zuzywaja dziesiec razy mniej pozywienia.
Na europejskich stolach owady lądują w formie ciekawych przekasek, ale pół świata się nimi zajada.
Największą popularnościa cieszą się owady z rodziny szarańczowatych. W całej niemal Azji mozna je kupić na straganach grillowane i opiekane.
W Afryce przysmakiem sa smazone gąsienice i termity, a z larw motyli przyrządza sie sosy do mięs i ryb.
W Kolumbii przyrządza sie mrowki żniwiarki w postaci pasty lub jako dodatek do mies.
W Japonii przysmakiem są larwy pszczół w oleju sojowym, a meksykańskie dzieci zajadają sie konikami polnymi w czekoladzie.
Wszystkich zainteresowanych nowym, ekologicznym pokarmem odsyłam do ksiazki napisanej przez dr Ł.Łuczaja pt. "Podrecznik robakożercy" wydanej przez "Chemigrafia 2005"
Mozna w niej znależć równiez przepisy na prażone koniki polne oraz ważki po balijsku.
anabell
środa, 3 grudnia 2008
Warszawa " w pigułce" - ciekawostki
Warszawa zajmuje 517,2 km kwadratowych powierzchni, nie licząc Wisły.
Zameldowanych jest nieco ponad 1 mln 700 tys. osob, ale nie wiadomo , ile mieszka naprawde.
Największy obszar ma dzielnica Wawer, a najludniejszą dzielnicą jest Mokotow.
Codziennie dojezdza do pracy spoza Warszawy ok.100 tys. osób, a drugie tyle przyjezdza w sprawach służbowych i w interesach.
W ciągu doby wjezdza do Warszawy ok. 313 tysięcy samochodów osobowych.
Co 10 minut na ulicach stolicy zdarza się wypadek a umiera co 20 ofiara wypadku.
W ciagu doby komunikacja miejska przewozi ponad 2 mln pasazerow, przy pomocy 1700 autobusów, 876 tramwajow,15 -tu sześciowagonowych pociagów metra.
Do dyspozycji pasazerów sa taksówki w ilości 7962.
Na miasto spada rocznie 2400 ton zanieczyszczeń pyłowych.
Warszawa ma większą ilość bibliotek niz Rzym czy Paryz. Na 9 tys. osób przypada 1 biblioteka, a na 1 jej bywalca - 18 ksiązek.
W granicach miasta jest 40 zabytkowych pałaców oraz 56 muzeów.
Miasto ma 40 cmentarzy, na ktorych jest pochowanych wiecej osob niz zyjących aktualnie w mieście.
Na 10 tys. mieszkanców przypada 40 lekarzy i zaledwie 4 stomatologow.
A na 1 tys. mieszkańców przypada 6 łózek szpitalnych.
Kazdego dnia jest zawieranych w Warszawie 25 małzeństw, a rozwiązywanych - 10.
W Warszawie codziennie rodzi się 47 nowych mieszkańców, a odchodzi na zawsze - 52.
Do dyspozycji mieszkańcow jest 1462 adwokatow.
Warszawa ma 173 uczelnie, na których studiuje ponad 280 tys.studentów, w tym 3 tysiace
cudzoziemców.
Hoteli w Warszawie jest zaledwie 63 i mają one 18 187 łózek.
Kin jest 23, a banków-232. W 145 restauracjach mozna placic kartami kredytowymi.
Warszawa ma 3200 sklepow, łącznie z marketami i domami handlowymi.
A teraz rewelacja- przewodnik Lonely Planet rekomenduje Warszawę jako jedno z dziesięciu miast świata szczególnie wartych odwiedzenia
anabell
Zameldowanych jest nieco ponad 1 mln 700 tys. osob, ale nie wiadomo , ile mieszka naprawde.
Największy obszar ma dzielnica Wawer, a najludniejszą dzielnicą jest Mokotow.
Codziennie dojezdza do pracy spoza Warszawy ok.100 tys. osób, a drugie tyle przyjezdza w sprawach służbowych i w interesach.
W ciągu doby wjezdza do Warszawy ok. 313 tysięcy samochodów osobowych.
Co 10 minut na ulicach stolicy zdarza się wypadek a umiera co 20 ofiara wypadku.
W ciagu doby komunikacja miejska przewozi ponad 2 mln pasazerow, przy pomocy 1700 autobusów, 876 tramwajow,15 -tu sześciowagonowych pociagów metra.
Do dyspozycji pasazerów sa taksówki w ilości 7962.
Na miasto spada rocznie 2400 ton zanieczyszczeń pyłowych.
Warszawa ma większą ilość bibliotek niz Rzym czy Paryz. Na 9 tys. osób przypada 1 biblioteka, a na 1 jej bywalca - 18 ksiązek.
W granicach miasta jest 40 zabytkowych pałaców oraz 56 muzeów.
Miasto ma 40 cmentarzy, na ktorych jest pochowanych wiecej osob niz zyjących aktualnie w mieście.
Na 10 tys. mieszkanców przypada 40 lekarzy i zaledwie 4 stomatologow.
A na 1 tys. mieszkańców przypada 6 łózek szpitalnych.
Kazdego dnia jest zawieranych w Warszawie 25 małzeństw, a rozwiązywanych - 10.
W Warszawie codziennie rodzi się 47 nowych mieszkańców, a odchodzi na zawsze - 52.
Do dyspozycji mieszkańcow jest 1462 adwokatow.
Warszawa ma 173 uczelnie, na których studiuje ponad 280 tys.studentów, w tym 3 tysiace
cudzoziemców.
Hoteli w Warszawie jest zaledwie 63 i mają one 18 187 łózek.
Kin jest 23, a banków-232. W 145 restauracjach mozna placic kartami kredytowymi.
Warszawa ma 3200 sklepow, łącznie z marketami i domami handlowymi.
A teraz rewelacja- przewodnik Lonely Planet rekomenduje Warszawę jako jedno z dziesięciu miast świata szczególnie wartych odwiedzenia
anabell
Subskrybuj:
Posty (Atom)