Kilku rzeczy jeszcze nie napisałam, a myślę, że powinnam.
Te dziwne palmy stojące pod budynkiem lotniska nie były sztuczne - ku swej ogromnej radości zobaczyłam je rosnące na Sentozie. A już podejrzewałam, że są sztuczne.
Bardzo ładne są te osiedla etniczne, bo są to odrestaurowane domy z epoki kolonialnej.
Wiele domów jest zbudowanych w ten sposób, że maja podcienia i dzięki temu latwiej można poruszac się w upał. Współczesne osiedla mieszkaniowe to kilka wielopiętrowych mrówkowców, obowiązkowo ze sklepem osiedlowym, terenem zielonym, basenem. Nie są to drogie mieszkania. Nie wolno natomiast trzymać w domu (bez zezwolenia) psów. Oczywiście zezwolenie jest drogie.
Chyba większośc owoców i warzyw jest sprowadzana z Malezji, którą z Singapurem łaczy most.
Przyznam się bez bicia, że większości owoców nie byłam w stanie nazwać. Nawet banany były dziwne- jakies takie małe, ale chyba bardziej aromatyczne. Po raz pierwszy widziałam wtedy zielone kokosy. Na każdym rogu można bylo kupiś przysmak singapurczyków, czyli pieczoną na grillu płetwę rekina. Zapach tego przysmaku przyprawial mnie o mdłości.
Maleńkie chińskie punkty gastronomiczne - sześciokąt z plexiglasu okalający kuchnię i kilka stolików, zawsze robiły na mnie niesamowite wrażenie. Otoczony patelniami kucharz, wiszące na relingu glazurowane kurczaki i kaczki, makaron, który po wrzuceniu na wrzący olej puchł do niesamowitych rozmiarów lub białe , półprzezroczyste nitki makaronu ryżowego, skwierczenie oleju, miski z surówkami -wszystko to wydawało mi się jakieś nierealne, bajkowe. Siedziałam na krzesełku sącząc mleko kokosowe i wpatrywałam sie w "mistrza kuchni" niczym sroka w gnat.
A Chińczyk potrząsał patelniami, podrzucał makaron na metr w górę, siekał jakieś mięso i wcale sie nie przejmował, że go bacznie obserwuję.
Ludzie - w godzinach pracy ulice nie są przepełnione, raczej wszyscy gdzies pracują. Ani razu nie widziałam na ulicy kogoś w "stanie wskazującym". Nikt pijany nie kręci sie po ulicach, sądzę że za to też grozi niezły mandat.
Robiłam zakupy w markecie w piątek wieczorem i były ogromne kolejki, ludzie zaopatrywali się na weekend, mieli pełne kosze, a ja tylko chleb ,wędlinę i owoce - i wiecie co, oni mnie przepuścili, mówiąc, że mam mało zakupów, więc powinnam kupić bez kolejki. Normalnie zatkało mnie. Zreszta tam wszyscy są niebywale uprzejmi, niezależnie od nacji.
Jest świetna informacja turystyczna- w każdym hotelu dostajecie masę folderów, pięknie wydanych, z dokładnymi informacjami nt. komunikacji, podstawowych cen, reklamujących atrakcje turystyczne. Niektóre maja nawet rozkład jazdy autobusów miejskich.Dzieciaki w wieku szkolnym są ubrane wszystkie w jednakowe mundurki, nieznana jest rewia mody. Giertych by się ucieszył. Najczęsciej jest to biała góra i granatowy dół.
W mieście jest sporo zieleni, estakady są często obrośnięte kwitnącymi pnączami, niewielkie drzewa to na ogół ketmie, z pięknymi wielkimi kwiatami.
A wieczorem feeria świateł. I jeszcze jeden fenomen- wogóle nie było spalin, co zauważyłam zaraz pierwszego dnia pobytu.
Wiecej nie będę już Was zamęczać Singapurem, przyrzekam :)
anabell
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
wtorek, 3 marca 2009
oto ciąg dalszy
Niestety nie pospaliśmy długo, bo wszak nie była to wycieczka turystyczna, ale wyjazd służbowy mego męża.Oczywiście było bardzo gorąco, ale na szczęście nie duszno - wszak to wyspa, więc zawsze był przewiew. Singapur to nie tylko nazwa miasta i państwa, ale i również największej z wysp, których w sumie jest 60. Pozostałe wysepki są małe, otoczone rafami koralowymi, a największe z nich to Tekong, Sentoza i Bukum. Klimat jest równikowy, a średnia temperatura stycznia to 25 stopni Celsjusza. Singapur jest nizinną wyspą, zbudowaną głównie z granitów, najwyższy szczyt kraju ma zaledwie 177 metrów. Ciekawa jest organizacja ruchu na wyspie- wszystkie ulice sa jednokierunkowe, szerokie. Gdy byliśmy trwała tam jeszcze budowa metra , ale jedna linia już była czynna. O chwili postawienia pierwszej kreski przez projektantów, do oddania pierwszej linii minęły zaledwie 3 lata. I nie myślcie proszę,że budowa metra cokolwiek dezorganizowała w mieście - my nawet nie wiedzieliśmy,że za niepozornym czystym płotem trwa budowa metra. Zreszta w wielu miejscach były w toku różne budowy. Wszystko odbywało sie "w ukryciu", czyli za zasłonami, dzięki którym nic nie spadało na znajdujący sie niżej chodnik. Każda ciężarówka opuszczająca budowę musiała być umyta na specjalnej rampie. Dzięki temu nigdzie nie było rozwleczonego błota czy tez brudu. Po całym dniu dreptania po Singapurze miałyśmy czyściutkie białe skarpetki, co nas bardzo zdziwiło. U nas wystarczy przejść kilometr i skarpety są szaro-brudne. W mieście zupełnie nie ma dużych samochodów dostawczych, jest natomiast sporo małych, ale i one są ledwo dostrzegalne, ponieważ muszą dostarczać towar o świcie, by nigdzie nie blokować ruchu. Wszelkie hurtownie są usytuowane poza miastem. Wjazd do centrum miasta jest płatny i to jest dość kosztowne przedsięwzięcie, więc jest w ten sposób ograniczona ilośc samochodów poruszających sie po mieście. Jeszcze a propos samochodów- nie wloką się ( jak u nas) w przedziwnie męczących odstępach. Tam jeżdżą falami. Przejeżda fala samochodów i chwila spokoju, do momentu następnego zielonego światła. I wszystkie samochody wyglądaja tak, jakby przed chwila wyjechały z myjni i były świeżo nawoskowane.
Co bogatszy mieszkaniec miasta posiada obowiązkowo europejskiej marki samochód, więc sporo było mercedesów.
Ponad 76% ludności stanowią Chińczycy, Malajowie około 14,0 %, Indusi ok. 8%, Europejczycy ok.2%. Singapur jest najgęściej zaludnionym krajem świata, bo na kilometr kwadratowy przypada około 5300 mieszkańców. Najwiekszy udział w strukrurze zatrudnienia mają : finanse, biznes, handel i związane z tym usługi.
W południowej części wyspy znajduje się centrum biznesowe, banki i urzędy państwowe . Jest to swoiste zgrupowanie wysokościowców o ciekawej architekturze.
Na północ i zachód od tego centrum znajdują sie dzielnice mieszkaniowe, etniczne. Jest więc dzielnica arabska, chińska,induska, malajska i europejska, a wraz z nimi parki, świątynie buddyjskie,hinduistyczne i meczety. Jest również neogotycka katedra Św.Andrzeja, wybudowana w 1862 roku oraz kilka kościołów katolickich.
Co krok są przeróżne centra handlowe , przeważnie większe od warszawskiego Blue City i nie da sie ukryć - ładniejsze. W tych centrach handlowych ceny są stałe, o czym informuja tabliczki na drzwiach każdego sklepu, więc odpada frajda związana z ewentualnym targowaniem ceny.
W każdym centrum handlowym jest gastronomia, wszystko jest robione na oczach klienta, a mój podziw wzbudzały warzywa szatkowane na grubość włosa. Niesamowite wrażenie gdy na talerzu masz kapustę poszatkowaną w ten właśnie sposób.
Jak pamietacie, w tym czasie w Polsce nie było jeszcze żadnego hipermarketu, więc może nic dziwnego,że wpadłam w takowym miejscu w dziki zachwyt. Towarów więcej niż obecnie w naszych Tesco czy Realu, prześlicznie, artystycznie poukładane a zachwyciły mnie zwłaszcza warzywa, bo każdy pojemnik był otoczony stale nawilżanym mchem. Nie zapomnę młodego sprzedawcy, który z rozanielonym wyrazem twarzy obcinał nożyczkami końcówki strączków zielonego groszku, a następnie układał strąk po strąku do pojemnika.
Zupełnie jakby wypełniał jakąś arcyważna misję dziejową. Byliśmy również w znacznie skromniejszych centrach handlowych hinduskich, gdzie można było wytargować jakiś rabat, jesli np. kupowało sie w danym boksie więcej niż jedna sztukę. Poza tym miały tę zaletę, że rozmiary, zwłaszcza ciuszków damskich, były bardziej zbliżone do europejskich.
Gdy w tych eleganckich centrach oglądałam dział z artykułami dla dzieci, byłam pewna,że jestem w jakimś sklepie z wyposażeniem dla lalek, a nie dla dzieci. Ubranka były tak maleńkie, że aż dech zapierało. Nic dziwnego, dzieci chińskie są maleńkie i patrząc się na takiego maluszka, który samodzielnie chodzi, zastanawiasz się od kiedy 6 miesięczne dzieci tuptają same.
Odwiedzałyśmy zawsze dział zabawek. Zabawki mieli cudowne, zwłaszcza pluszaki. Każda z pluszowych zabawek była w rozmiarze od mini do super maxi. Potrafiłyśmy spędzic tam i 2 godziny, ku zgorszeniu ślubnego.
Był jeszcze jeden towar,który wprowadzał nas w zachwyt- wyroby ze złota. Biżuteria była niesamowita- rybki, pieski,ptaszki, klamry, wisiorki w najrozmaitszych kształtach i wielkościach. Generalnie nie przepadam za złotem , ale coś sobie na pamiątkę kupiłam. Perełkę w złotej muszelce, jako wisiorek.
W tym czasie był obchodzony Chiński Nowy Rok. Wszędzie było wiele korowodów tancerzy w maskach smoka, miastem kursowały ciężarówki z uczestnikami zabawy. Było kolorowe, radośnie i troche hucznie, ale i tak znacznie ciszej niz obecnie u nas w sylwestra.
Byliśmy na jednej z tych większych wysepek- Sentozie. Jest tam zrobiony park rozrywki i wypoczynku. Atrakcji w nim mnóstwo, dnia nie starczy na wszystko. Można się tam dostać promem lub kolejka linową. Na wyspę pojechaliśmy kolejką linową. Singapurczycy wiedzą jak wyciągać od ludzi pieniądze - wychodzisz z kolejki i musisz przejść przez sklep, by wyjść na dwór.
A w sklepie przeróżne chińskie drobiazgi, większość ręcznie robiona, niektóre prześliczne. Mam je do dziś -emaliowane klipsy, wachlarzyk i miniaturowa
gablotka z laki a w niej chińska pagoda i chyba żurawie.
Dookoła Sentozy kursuje jednoszynowa kolejka i jest to niezły sposób na przemieszczenie sie z jednego miejsca w drugie. A atrakcji na Sentozie sporo : jest fort obronny, który bronił Singapuru przed Japończykami, jest część "dzika", czyli las równikowy, jest plac wraz ze specjalnym torem do jeżdżenia na wrotkach, oczywiście nie musicie miec własnych i chyba największą atrakcją jest kąpielisko w lagunie. Bez trudu można było znalezć miejsce w cieniu, bo drzewa rosna i na plaży.
Rozczulił nas napis ostrzegawczy- zabrania się wchodzenia do wody w ubraniu dzinsowym. Kara wynosiła za to wykroczenie 500 dolarów singapurskich, czyli wtedy ok.250 $ USA. Zakaz był skierowany głównie do Hindusów, bo oni maja zwyczaj wchodzić do wody w ubraniu.
Oczywiście mnóstwo było różnego rodzaju punktów gastronomicznych, ale w tym upale nie czuło sie głodu, tylko pragnienie. Wtedy po raz pierwszy piłam colę imbirową. Bardzo dobra, albo ja byłam taka wysuszona. Zwiedziliśmy również motylarium - wpierw wystawę stacjonarną z przyszpilonymi eksponatami i dokładnymi opisami, a potem wolierę z latającymi motylami. Niektóre były przeogromne, na dodatek przepiękne. Wśród roślin porozstawiane były karmidełka dla motyli , na nich były soczyste kawałki różnych owoców -ananasów, mango, papai. W specjalnych małych terrariach były skorpiony, ale przyznam sie, że nie wzbudziły mojego zachwytu. Motyli było mnóstwo i naprawde nie umiałam żadnego z nich rozpoznać. Myśle, że u nas takich nie ma. Nie będę ukrywać- wiekszą część dnia spędziliśmy nad laguną- woda miała pewnie ze 26 stopni ciepła. Sąsiednia laguna była przeznaczona dla sprzętu pływającego - miniaturowych łódek i rowerów wodnych.
Do miasta wróciliśmy promem.
Pomimo wysokiej temperatury i wilgotności nigdzie nie było komarów, much i innych latających paskudztw. Jeden raz widziałam na chodniku z lekka przetrącona cykadę.Przepiękny był również ogród japoński. Niestety nie zdążyliśmy zwiedzić ogrodu zoologicznego, czego bardzo żałuję. No ale to nie była wszak wycieczka, jak już pisałam.
Będac w Singapurze mieliśmy cały czas wysokie poczucie bezpieczeństwa, niezależnie od pory ani miejsca. I wszędzie było bardzo czysto, przestrzegano wszelkich przepisów, bo kary są tam naprawdę wysokie. W budynkach mieszkalnych szybko poradzono sobie z zanieczyszczaniem wind- zainstalowano czujniki wykrywania mocznika, uruchomiony czujnik zatrzymywał windę i sprawca tym sposobem nie uniknął kary. I nigdy nie widziałam tam policjantów, ale gdy w pewnej chwili, pod chińska światynią dwóch Chińczyków zaczęło się zbyt wygłupiać, natychmiast, chyba spod chodnika , znalazło się kilku policjantów.
Pokój w hotelu mieliśmy 2-osobowy z dostawką. Pokój miał ok. 30 metrów, jedna cała sciana to było okno, stało wielkie podwójne łoże i pełnowymiarowy tapczan, jako ta dostawka. Oczywiście klimatyzacja działała jak wściekła, wieczorem było wręcz zimno. Łazienka była z moich marzeń ( do dziś nie spełnionych), bo miała piękną długa wannę i dwie umywalki rozdzielone długim blatem, WC było oddzielne. I wcale to nie był drogi hotel.
Do Polski lecieliśmy znów przez Dubaj i Moskwę, tym razem trasę Moskwa-Warszawa pokonalismy też samolotem.
Bardzo chciałabym jeszcze raz polecieć do Singapuru a Wam wszystkim życzę, byście choć raz tam mogli pojechać. Warto.
anabell
Co bogatszy mieszkaniec miasta posiada obowiązkowo europejskiej marki samochód, więc sporo było mercedesów.
Ponad 76% ludności stanowią Chińczycy, Malajowie około 14,0 %, Indusi ok. 8%, Europejczycy ok.2%. Singapur jest najgęściej zaludnionym krajem świata, bo na kilometr kwadratowy przypada około 5300 mieszkańców. Najwiekszy udział w strukrurze zatrudnienia mają : finanse, biznes, handel i związane z tym usługi.
W południowej części wyspy znajduje się centrum biznesowe, banki i urzędy państwowe . Jest to swoiste zgrupowanie wysokościowców o ciekawej architekturze.
Na północ i zachód od tego centrum znajdują sie dzielnice mieszkaniowe, etniczne. Jest więc dzielnica arabska, chińska,induska, malajska i europejska, a wraz z nimi parki, świątynie buddyjskie,hinduistyczne i meczety. Jest również neogotycka katedra Św.Andrzeja, wybudowana w 1862 roku oraz kilka kościołów katolickich.
Co krok są przeróżne centra handlowe , przeważnie większe od warszawskiego Blue City i nie da sie ukryć - ładniejsze. W tych centrach handlowych ceny są stałe, o czym informuja tabliczki na drzwiach każdego sklepu, więc odpada frajda związana z ewentualnym targowaniem ceny.
W każdym centrum handlowym jest gastronomia, wszystko jest robione na oczach klienta, a mój podziw wzbudzały warzywa szatkowane na grubość włosa. Niesamowite wrażenie gdy na talerzu masz kapustę poszatkowaną w ten właśnie sposób.
Jak pamietacie, w tym czasie w Polsce nie było jeszcze żadnego hipermarketu, więc może nic dziwnego,że wpadłam w takowym miejscu w dziki zachwyt. Towarów więcej niż obecnie w naszych Tesco czy Realu, prześlicznie, artystycznie poukładane a zachwyciły mnie zwłaszcza warzywa, bo każdy pojemnik był otoczony stale nawilżanym mchem. Nie zapomnę młodego sprzedawcy, który z rozanielonym wyrazem twarzy obcinał nożyczkami końcówki strączków zielonego groszku, a następnie układał strąk po strąku do pojemnika.
Zupełnie jakby wypełniał jakąś arcyważna misję dziejową. Byliśmy również w znacznie skromniejszych centrach handlowych hinduskich, gdzie można było wytargować jakiś rabat, jesli np. kupowało sie w danym boksie więcej niż jedna sztukę. Poza tym miały tę zaletę, że rozmiary, zwłaszcza ciuszków damskich, były bardziej zbliżone do europejskich.
Gdy w tych eleganckich centrach oglądałam dział z artykułami dla dzieci, byłam pewna,że jestem w jakimś sklepie z wyposażeniem dla lalek, a nie dla dzieci. Ubranka były tak maleńkie, że aż dech zapierało. Nic dziwnego, dzieci chińskie są maleńkie i patrząc się na takiego maluszka, który samodzielnie chodzi, zastanawiasz się od kiedy 6 miesięczne dzieci tuptają same.
Odwiedzałyśmy zawsze dział zabawek. Zabawki mieli cudowne, zwłaszcza pluszaki. Każda z pluszowych zabawek była w rozmiarze od mini do super maxi. Potrafiłyśmy spędzic tam i 2 godziny, ku zgorszeniu ślubnego.
Był jeszcze jeden towar,który wprowadzał nas w zachwyt- wyroby ze złota. Biżuteria była niesamowita- rybki, pieski,ptaszki, klamry, wisiorki w najrozmaitszych kształtach i wielkościach. Generalnie nie przepadam za złotem , ale coś sobie na pamiątkę kupiłam. Perełkę w złotej muszelce, jako wisiorek.
W tym czasie był obchodzony Chiński Nowy Rok. Wszędzie było wiele korowodów tancerzy w maskach smoka, miastem kursowały ciężarówki z uczestnikami zabawy. Było kolorowe, radośnie i troche hucznie, ale i tak znacznie ciszej niz obecnie u nas w sylwestra.
Byliśmy na jednej z tych większych wysepek- Sentozie. Jest tam zrobiony park rozrywki i wypoczynku. Atrakcji w nim mnóstwo, dnia nie starczy na wszystko. Można się tam dostać promem lub kolejka linową. Na wyspę pojechaliśmy kolejką linową. Singapurczycy wiedzą jak wyciągać od ludzi pieniądze - wychodzisz z kolejki i musisz przejść przez sklep, by wyjść na dwór.
A w sklepie przeróżne chińskie drobiazgi, większość ręcznie robiona, niektóre prześliczne. Mam je do dziś -emaliowane klipsy, wachlarzyk i miniaturowa
gablotka z laki a w niej chińska pagoda i chyba żurawie.
Dookoła Sentozy kursuje jednoszynowa kolejka i jest to niezły sposób na przemieszczenie sie z jednego miejsca w drugie. A atrakcji na Sentozie sporo : jest fort obronny, który bronił Singapuru przed Japończykami, jest część "dzika", czyli las równikowy, jest plac wraz ze specjalnym torem do jeżdżenia na wrotkach, oczywiście nie musicie miec własnych i chyba największą atrakcją jest kąpielisko w lagunie. Bez trudu można było znalezć miejsce w cieniu, bo drzewa rosna i na plaży.
Rozczulił nas napis ostrzegawczy- zabrania się wchodzenia do wody w ubraniu dzinsowym. Kara wynosiła za to wykroczenie 500 dolarów singapurskich, czyli wtedy ok.250 $ USA. Zakaz był skierowany głównie do Hindusów, bo oni maja zwyczaj wchodzić do wody w ubraniu.
Oczywiście mnóstwo było różnego rodzaju punktów gastronomicznych, ale w tym upale nie czuło sie głodu, tylko pragnienie. Wtedy po raz pierwszy piłam colę imbirową. Bardzo dobra, albo ja byłam taka wysuszona. Zwiedziliśmy również motylarium - wpierw wystawę stacjonarną z przyszpilonymi eksponatami i dokładnymi opisami, a potem wolierę z latającymi motylami. Niektóre były przeogromne, na dodatek przepiękne. Wśród roślin porozstawiane były karmidełka dla motyli , na nich były soczyste kawałki różnych owoców -ananasów, mango, papai. W specjalnych małych terrariach były skorpiony, ale przyznam sie, że nie wzbudziły mojego zachwytu. Motyli było mnóstwo i naprawde nie umiałam żadnego z nich rozpoznać. Myśle, że u nas takich nie ma. Nie będę ukrywać- wiekszą część dnia spędziliśmy nad laguną- woda miała pewnie ze 26 stopni ciepła. Sąsiednia laguna była przeznaczona dla sprzętu pływającego - miniaturowych łódek i rowerów wodnych.
Do miasta wróciliśmy promem.
Pomimo wysokiej temperatury i wilgotności nigdzie nie było komarów, much i innych latających paskudztw. Jeden raz widziałam na chodniku z lekka przetrącona cykadę.Przepiękny był również ogród japoński. Niestety nie zdążyliśmy zwiedzić ogrodu zoologicznego, czego bardzo żałuję. No ale to nie była wszak wycieczka, jak już pisałam.
Będac w Singapurze mieliśmy cały czas wysokie poczucie bezpieczeństwa, niezależnie od pory ani miejsca. I wszędzie było bardzo czysto, przestrzegano wszelkich przepisów, bo kary są tam naprawdę wysokie. W budynkach mieszkalnych szybko poradzono sobie z zanieczyszczaniem wind- zainstalowano czujniki wykrywania mocznika, uruchomiony czujnik zatrzymywał windę i sprawca tym sposobem nie uniknął kary. I nigdy nie widziałam tam policjantów, ale gdy w pewnej chwili, pod chińska światynią dwóch Chińczyków zaczęło się zbyt wygłupiać, natychmiast, chyba spod chodnika , znalazło się kilku policjantów.
Pokój w hotelu mieliśmy 2-osobowy z dostawką. Pokój miał ok. 30 metrów, jedna cała sciana to było okno, stało wielkie podwójne łoże i pełnowymiarowy tapczan, jako ta dostawka. Oczywiście klimatyzacja działała jak wściekła, wieczorem było wręcz zimno. Łazienka była z moich marzeń ( do dziś nie spełnionych), bo miała piękną długa wannę i dwie umywalki rozdzielone długim blatem, WC było oddzielne. I wcale to nie był drogi hotel.
Do Polski lecieliśmy znów przez Dubaj i Moskwę, tym razem trasę Moskwa-Warszawa pokonalismy też samolotem.
Bardzo chciałabym jeszcze raz polecieć do Singapuru a Wam wszystkim życzę, byście choć raz tam mogli pojechać. Warto.
anabell
moja podróż życia
Pan premier Tusk miał podróż życia, ja też. Pan premier stosunkowo niedawno, ja zaś dwadzieścia lat temu. Nie wykluczam, że gdybym odbyła ją dziś, nie zrobiłaby na mnie aż takiego wrażenia.
Pewnego zimnego dnia, w końcu stycznia , wsiedliśmy do pociągu relacji Warszawa -Moskwa.Po upiornej jezdzie wagonem sypialnym (wagon cały czas poruszał się w dwóch płaszczyznach, a my kurczowo trzymaliśmy się łóżek by nie zlecieć) dotarliśmy do Moskwy. Czekał nas nocleg i następnego dnia wieczorem dalsza podróż, do Singapuru.
Moskwę widziałam po raz pierwszy i przyznam się, że nie wzbudziła mego zachwytu.Wszędzie królowało jakieś tłuste błoto, zastanawiały mnie bramy wysokości 5 pięter, kilometrowej długości sklepy, w których nic nie było. Wytłumaczcie mi, na co komu kwiaciarnia o powierzchni 60m kw., a w niej 1 (słownie jeden) wazon-kubeł z niedorozwiniętymi gozdzikami?
Arbat- zupełnie nie mogłam pojąc, co w nim zachwycającego, podobnie jak i słynny Plac Czerwony. Przy okazji wstąpiliśmy do GUMu (słynny GUM przy placu Czerwonym), w którym naprawdę nie było nic do kupienia poza jakimiś wyrobami ludowymi. Sam sklep był skrzyżowaniem hali dworcowej z- no właśnie, trudno określić z czym. Popołudnie spędziliśmy u znajomych Polaków, którzy byli tam na placówce. Widok zastawionego stołu mnie zaskoczył, to były istne delikatesy. Oczywiście wszystko było kupowane w sklepie BRH (system wydzielonych sklepów dla obcokrajowców)
O dwudziestej przyjechaliśmy na lotnisko, Szeremietiewo I. To co zobaczyłam, na długo zostało mi w pamięci - nie bardzo można było sie poruszać po hali odlotów, bo wszędzie na podłodze, na rozłożonych kołdrach koczowały całe rodziny.Wyglądało to jak gigantyczny piknik.Okazało się, że to są Rosjanie niemieckiego pochodzenia, którzy przyjechali z różnych stron kraju, bo dostali zezwolenie na opuszczenie tego Kraju-raju.
Odprawa przeszła nam gładko, odlot miał nastąpic o 22-giej, siedzieliśmy więc już przy odpowiednim wyjściu. Tuż przed 22-gą, na tablicy informacyjnej zmieniono godzine odlotu na 24, potem na druga, by wreszcie zapowiedziec tylko na tablicy, odlot na 4 rano. Przez ten cały czas informacja była nieczynna, wszystkie możliwe punkty gastronomiczne pozamykane, ogrzewanie hali wyłaczone,a lotnisko zostało oddane we władanie sprzątaczek . Byliśmy głodni,zmarznięci i wściekli.
Wreszcie wpuścili nas do samolotu, który był niczym lodówka. Przed nami był długi lot, z międzylądowaniem w Dubaju.
Przez okno widziałam pod nami morze piasku i jakieś naprawdę nieokazałe budynki, zupełnie jak na naszym starym Okęciu. Usiedliśmy na pasie i okazało się ,ze przerwa w locie wynosi 1,5 godziny. Poszliśmy do tego "nieokazałego" budyneczku, a tam- pełne zaskoczenie.Wystrój niczym w najlepszym hotelu, dywany grubości 5 cm, wszystkie fotele i kanapy obite bordowym pluszem, wszystko lsniące , nowe, czyste, a całe lotnisko miało 3 poziomy. Na każdym poziomie sklepy bezcłowe z takim zaopatrzeniem,że nam, po tym co nam serwował PRL, oczy wypadały z orbit. Dla mego męża, który już tu bywał, nie była to niespodzianka, ale my z córka prawie piszczałyśmy z zachwytu. Półtorej godziny minęło niczym półtorej minuty i kontynuwaliśmy lot.
Do Singapuru dolecieliśmy około północy. Odprawa była błyskawiczna, bagaż na nas już czekał.
Wyszliśmy przed budynek. Uwagę moja zwróciły przedziwne, palmy, płaskie, jakby wachlarze, liscie o nasady były różowe , a calość wyglądała niczym dekoracja wycięta z blachy i starannie pomalowana.
Oczywiście taksówek było niczym mrówek w lesie, wsiedliśmy , podaliśmy adres hotelu i ruszyliśmy. Z radia wydobywały się jakies miauczące dzięki chińskiej muzyki ,a za chwilę dołaczyło się do tego bezustanne dzwonienie , zupelnie jakby dzwonków głoszących podczas mszy moment podniesienia. Dzwonienie ustało dopiero gdy wjechaliśmy do miasta. Dopiero pózniej się dowiedziałam, że wszystkie taksówki miały zamontowane te dzwonki po to, by zwracały uwagę kierowcy na fakt, że przekroczył dozwolona predkość. Akurat temu kierowcy wcale one nie przeszkadzały.
Po zameldowaniu się w hotelu wyszliśmy by - kupić pieczywo. Obok hotelu był mały sklep z pieczywem i regał z pieczywem stał przed zamkniętym sklepem, obok wisiała puszka, do której wrzucilismy należność. Była prawie 2 w nocy, a chlebek był świeżutki i bardzo nam, głodnym, smakował.
ciąg dalszy nastąpi.......
anabell
Pewnego zimnego dnia, w końcu stycznia , wsiedliśmy do pociągu relacji Warszawa -Moskwa.Po upiornej jezdzie wagonem sypialnym (wagon cały czas poruszał się w dwóch płaszczyznach, a my kurczowo trzymaliśmy się łóżek by nie zlecieć) dotarliśmy do Moskwy. Czekał nas nocleg i następnego dnia wieczorem dalsza podróż, do Singapuru.
Moskwę widziałam po raz pierwszy i przyznam się, że nie wzbudziła mego zachwytu.Wszędzie królowało jakieś tłuste błoto, zastanawiały mnie bramy wysokości 5 pięter, kilometrowej długości sklepy, w których nic nie było. Wytłumaczcie mi, na co komu kwiaciarnia o powierzchni 60m kw., a w niej 1 (słownie jeden) wazon-kubeł z niedorozwiniętymi gozdzikami?
Arbat- zupełnie nie mogłam pojąc, co w nim zachwycającego, podobnie jak i słynny Plac Czerwony. Przy okazji wstąpiliśmy do GUMu (słynny GUM przy placu Czerwonym), w którym naprawdę nie było nic do kupienia poza jakimiś wyrobami ludowymi. Sam sklep był skrzyżowaniem hali dworcowej z- no właśnie, trudno określić z czym. Popołudnie spędziliśmy u znajomych Polaków, którzy byli tam na placówce. Widok zastawionego stołu mnie zaskoczył, to były istne delikatesy. Oczywiście wszystko było kupowane w sklepie BRH (system wydzielonych sklepów dla obcokrajowców)
O dwudziestej przyjechaliśmy na lotnisko, Szeremietiewo I. To co zobaczyłam, na długo zostało mi w pamięci - nie bardzo można było sie poruszać po hali odlotów, bo wszędzie na podłodze, na rozłożonych kołdrach koczowały całe rodziny.Wyglądało to jak gigantyczny piknik.Okazało się, że to są Rosjanie niemieckiego pochodzenia, którzy przyjechali z różnych stron kraju, bo dostali zezwolenie na opuszczenie tego Kraju-raju.
Odprawa przeszła nam gładko, odlot miał nastąpic o 22-giej, siedzieliśmy więc już przy odpowiednim wyjściu. Tuż przed 22-gą, na tablicy informacyjnej zmieniono godzine odlotu na 24, potem na druga, by wreszcie zapowiedziec tylko na tablicy, odlot na 4 rano. Przez ten cały czas informacja była nieczynna, wszystkie możliwe punkty gastronomiczne pozamykane, ogrzewanie hali wyłaczone,a lotnisko zostało oddane we władanie sprzątaczek . Byliśmy głodni,zmarznięci i wściekli.
Wreszcie wpuścili nas do samolotu, który był niczym lodówka. Przed nami był długi lot, z międzylądowaniem w Dubaju.
Przez okno widziałam pod nami morze piasku i jakieś naprawdę nieokazałe budynki, zupełnie jak na naszym starym Okęciu. Usiedliśmy na pasie i okazało się ,ze przerwa w locie wynosi 1,5 godziny. Poszliśmy do tego "nieokazałego" budyneczku, a tam- pełne zaskoczenie.Wystrój niczym w najlepszym hotelu, dywany grubości 5 cm, wszystkie fotele i kanapy obite bordowym pluszem, wszystko lsniące , nowe, czyste, a całe lotnisko miało 3 poziomy. Na każdym poziomie sklepy bezcłowe z takim zaopatrzeniem,że nam, po tym co nam serwował PRL, oczy wypadały z orbit. Dla mego męża, który już tu bywał, nie była to niespodzianka, ale my z córka prawie piszczałyśmy z zachwytu. Półtorej godziny minęło niczym półtorej minuty i kontynuwaliśmy lot.
Do Singapuru dolecieliśmy około północy. Odprawa była błyskawiczna, bagaż na nas już czekał.
Wyszliśmy przed budynek. Uwagę moja zwróciły przedziwne, palmy, płaskie, jakby wachlarze, liscie o nasady były różowe , a calość wyglądała niczym dekoracja wycięta z blachy i starannie pomalowana.
Oczywiście taksówek było niczym mrówek w lesie, wsiedliśmy , podaliśmy adres hotelu i ruszyliśmy. Z radia wydobywały się jakies miauczące dzięki chińskiej muzyki ,a za chwilę dołaczyło się do tego bezustanne dzwonienie , zupelnie jakby dzwonków głoszących podczas mszy moment podniesienia. Dzwonienie ustało dopiero gdy wjechaliśmy do miasta. Dopiero pózniej się dowiedziałam, że wszystkie taksówki miały zamontowane te dzwonki po to, by zwracały uwagę kierowcy na fakt, że przekroczył dozwolona predkość. Akurat temu kierowcy wcale one nie przeszkadzały.
Po zameldowaniu się w hotelu wyszliśmy by - kupić pieczywo. Obok hotelu był mały sklep z pieczywem i regał z pieczywem stał przed zamkniętym sklepem, obok wisiała puszka, do której wrzucilismy należność. Była prawie 2 w nocy, a chlebek był świeżutki i bardzo nam, głodnym, smakował.
ciąg dalszy nastąpi.......
anabell
sobota, 28 lutego 2009
Moje małe podróże
Obiecałam w którymś z postów, że napiszę jeszcze coś o moich pobytach w Bawarii.
Moim pierwszym kontaktem z Bawarią była Norymberga.
Latem 2005 roku, w pewny upalny poranek wylądowałam w Norymberdze, chociaż moim docelowym miastem było Monachium. Niestety "tanie linie" nie latały wówczas do Monachium, ale miasta są od siebie oddalone zaledwie o 200 km.
Z lotniska odebrała mnie córka z mężem i miałam cichą nadzieję, że zaraz klimatyzowanym samochodem pojedziemy do Monachium, gdzie zmyję z siebie złość i pot, nabyte przy odprawie na warszawskim lotnisku. Nic z tego. Dzieci postanowiły, że zwiedzimy wpierw Norymbergę.
Zostawiliśmy samochód na śródmiejskim strzeżonym parkingu, poszliśmy na kawę i coś "zimnego", a potem ruszyliśmy w stronę widniejącego na wzgórzu zamku. Mój zięć bardzo interesuje się historią i ogromnie lubi zwiedzać wszelkie zamki. Zamek był naprawdę wysoko i w duchu cicho jęczałam, bo moje pantofle raczej były do chodzenia po równych ulicach, a nie po jakichś wzgórzach. Do tego wszystkiego był całkiem spory upał.
Jakoś udało mi się dowlec do zamku, chociaż droga była całkiem stroma i wyłożona dość nierówną kostką.
Najstarsza część Zamku została zbudowana w XI wieku, a w XII, XIV i XV wieku był rozbudowywany. W wieku XIII wybudowano kaplicę zamkową. Okazało się , że zwiedzanie Zamku odbywa się tylko grupowo, z przewodnikiem i musimy jeszcze ponad godzinę zaczekać, by móc go zwiedzić. W ramach "wytracania czasu" zwiedziliśmy stałą eskopzycję, na której są wystawiane przeróżne zbroje, a każda jest dokładnie opisana. Oprócz nich jest niezły zbiór narzędzi do zabijania i obrony, a więc miecze długie i krótkie, jakieś sztylety, metalowe maczugi oraz tarcze.
Najefektowniejsze były zbroje paradne, ot taka drobna rewia mody metalowej.
Pomyślałam, że ówcześni ludzie musieli być bardzo silni i odporni. Zbroja z całą pewnością nie była lekka ani wygodna. Ubranie pod nią musiało byc dość grube, aby nie poobijać ciała tymi blaszyskami.
Zastanawiało mnie, jak oni walczyli w upał, przecież można było się w tym "blaszaku" prawie ugotować. A te konie ich, to z pewnością musiały być bardzo silne, tak jak dzisiejsze robocze. Zresztą konie miały na sobie dość grube ochraniacze, które wprawdzie nie były metalowe, ale z pewnością nie były b.lekkie.
Po raz pierwszy widziałam dodatkowy ekwipunek w postaci metalowych pojemników na różne drobiazgi, a nawet podróżną, metalową kołyskę dziecięcą. Wreszcie przyszła przewodniczka ubrana w strój z epoki (pewnie XII wiek) i poprowadziła nas pozamkowych salach. Umeblowanie było raczej skromne, ale sale przestronne. Nie da się ukryć, zamki nie były przytulnymi domostwami. Trudno było je ogrzać, ale za to dość łatwo było spowodować pożar.
Na dziedzińcu zamkowym znajduje się olbrzymia studnia i ponoć bardzo głęboka. Przy niej tabliczka, z prośbą , aby nie zaglądać w głąb studni w okularach lub nakryciach głowy. Mam wrażenie, że nie jeden raz lądowały w niej damskie kapelusze.
Norymberga podczas II wojny światowej straciła bardzo wiele zabytków, które zostały w większości bardzo strannie odbudowane. Z zamku jest bardzo ładny widok na całe miasto.
Ocalały fragmenty starych miejskich murów. Nieopodal zamku znajduje się odrestaurowany XV wieczny dom Durera. W dwóch kościołach znajdują się dzieła Wita Stwosza, a obaj mistrzowie są pochowani na tutejszym cmentarzu.
Norymberga jest bardzo ładnym i zadbanym miastem. Nowe budynki są umiejętnie wkomponowane w budynki starego miasta i tworzą z nim jedność.
Przez miasto przepływa rzeka Pegnitz. Jeden z mostów na niej jest drewniany i cały zadaszony.Wykorzystaliśmy to miejsce, by w cieniu, słuchając szumu wody, nieco odpocząć od upału.
Wróciliśmy do centrum , a że pora była na lunch, zjedliśmy go w restauracyjnym ogródku.
Potem pojechaliśmy do Monachium. Droga nie była interesująca, bo cały czas jechaliśmy autostradą. Obecnie pomiędzy Norymbergą a Monachium kursuje szybki pociąg, wtedy jeszcze kursował "zwyczajny".
O Monachium napiszę niebawem.
anabell
Moim pierwszym kontaktem z Bawarią była Norymberga.
Latem 2005 roku, w pewny upalny poranek wylądowałam w Norymberdze, chociaż moim docelowym miastem było Monachium. Niestety "tanie linie" nie latały wówczas do Monachium, ale miasta są od siebie oddalone zaledwie o 200 km.
Z lotniska odebrała mnie córka z mężem i miałam cichą nadzieję, że zaraz klimatyzowanym samochodem pojedziemy do Monachium, gdzie zmyję z siebie złość i pot, nabyte przy odprawie na warszawskim lotnisku. Nic z tego. Dzieci postanowiły, że zwiedzimy wpierw Norymbergę.
Zostawiliśmy samochód na śródmiejskim strzeżonym parkingu, poszliśmy na kawę i coś "zimnego", a potem ruszyliśmy w stronę widniejącego na wzgórzu zamku. Mój zięć bardzo interesuje się historią i ogromnie lubi zwiedzać wszelkie zamki. Zamek był naprawdę wysoko i w duchu cicho jęczałam, bo moje pantofle raczej były do chodzenia po równych ulicach, a nie po jakichś wzgórzach. Do tego wszystkiego był całkiem spory upał.
Jakoś udało mi się dowlec do zamku, chociaż droga była całkiem stroma i wyłożona dość nierówną kostką.
Najstarsza część Zamku została zbudowana w XI wieku, a w XII, XIV i XV wieku był rozbudowywany. W wieku XIII wybudowano kaplicę zamkową. Okazało się , że zwiedzanie Zamku odbywa się tylko grupowo, z przewodnikiem i musimy jeszcze ponad godzinę zaczekać, by móc go zwiedzić. W ramach "wytracania czasu" zwiedziliśmy stałą eskopzycję, na której są wystawiane przeróżne zbroje, a każda jest dokładnie opisana. Oprócz nich jest niezły zbiór narzędzi do zabijania i obrony, a więc miecze długie i krótkie, jakieś sztylety, metalowe maczugi oraz tarcze.
Najefektowniejsze były zbroje paradne, ot taka drobna rewia mody metalowej.
Pomyślałam, że ówcześni ludzie musieli być bardzo silni i odporni. Zbroja z całą pewnością nie była lekka ani wygodna. Ubranie pod nią musiało byc dość grube, aby nie poobijać ciała tymi blaszyskami.
Zastanawiało mnie, jak oni walczyli w upał, przecież można było się w tym "blaszaku" prawie ugotować. A te konie ich, to z pewnością musiały być bardzo silne, tak jak dzisiejsze robocze. Zresztą konie miały na sobie dość grube ochraniacze, które wprawdzie nie były metalowe, ale z pewnością nie były b.lekkie.
Po raz pierwszy widziałam dodatkowy ekwipunek w postaci metalowych pojemników na różne drobiazgi, a nawet podróżną, metalową kołyskę dziecięcą. Wreszcie przyszła przewodniczka ubrana w strój z epoki (pewnie XII wiek) i poprowadziła nas pozamkowych salach. Umeblowanie było raczej skromne, ale sale przestronne. Nie da się ukryć, zamki nie były przytulnymi domostwami. Trudno było je ogrzać, ale za to dość łatwo było spowodować pożar.
Na dziedzińcu zamkowym znajduje się olbrzymia studnia i ponoć bardzo głęboka. Przy niej tabliczka, z prośbą , aby nie zaglądać w głąb studni w okularach lub nakryciach głowy. Mam wrażenie, że nie jeden raz lądowały w niej damskie kapelusze.
Norymberga podczas II wojny światowej straciła bardzo wiele zabytków, które zostały w większości bardzo strannie odbudowane. Z zamku jest bardzo ładny widok na całe miasto.
Ocalały fragmenty starych miejskich murów. Nieopodal zamku znajduje się odrestaurowany XV wieczny dom Durera. W dwóch kościołach znajdują się dzieła Wita Stwosza, a obaj mistrzowie są pochowani na tutejszym cmentarzu.
Norymberga jest bardzo ładnym i zadbanym miastem. Nowe budynki są umiejętnie wkomponowane w budynki starego miasta i tworzą z nim jedność.
Przez miasto przepływa rzeka Pegnitz. Jeden z mostów na niej jest drewniany i cały zadaszony.Wykorzystaliśmy to miejsce, by w cieniu, słuchając szumu wody, nieco odpocząć od upału.
Wróciliśmy do centrum , a że pora była na lunch, zjedliśmy go w restauracyjnym ogródku.
Potem pojechaliśmy do Monachium. Droga nie była interesująca, bo cały czas jechaliśmy autostradą. Obecnie pomiędzy Norymbergą a Monachium kursuje szybki pociąg, wtedy jeszcze kursował "zwyczajny".
O Monachium napiszę niebawem.
anabell
czwartek, 26 lutego 2009
Dziecięca przyjazń
Dwunastoletni Alfie Patten z Hailsham rzadko bywał w swej szkole, spędzając dnie na włóczeniu się po okolicy.We własnym domu też nie bywał częstym gościem, znacznie bardziej lubił nocować w domu swej 14-letniej koleżanki, Chantalle Steadman, zwłaszcza w jej pokoju. Rodzice obojga nie widzieli w tym fakcie nic złego.
Dziecięca przyjazń zaowocowała ciążą Chantalle, która 7 lutego urodziła córeczkę Maisie.
Cztery dni pózniej wysokonakładowy brukowiec "The Sun" umieścił na swej pierwszej stronie cover story o "chłopięcym tatusiu" Zjednoczonego Królestwa. Według danych Narodowego Biura Statystycznego Alfie nie jest najmłodszym ojcem w historii WB, bo w ostatnich latach aż czterech 11-letnich Brytyjczyków zostało ojcami.
Społeczeństwo było wstrząśnięte widokiem młodego rodzica, bowiem Alfie ma 1,22 m wzrostu, twarzyczkę siedmioletniego dziecka i wielkie, niewinne oczy. "The Sun" zamieścił nagrany na video wywiad z Alfiem. 13-letni tatuś powiedział, że pomyślał o tym jak dobrze byłoby mieć małego dzidziusia, ale nie zastanawiał się jak z Chantalle utrzymają dziecko, ponieważ on prawie wcale nie dostaje kieszonkowego. Czasem dostaje od ojca 10 funtów. On nie wiedział jak to jest być tatusiem. Zapytany o to, jak zamierza sie troszczyć finansowo o dziecko Alfie odpowiedział pytaniem "a co to jest finansowo?"
Po wyjściu ze szpitala młodzi rodzice usiłowali opiekować się dzieckiem w domu Chantalle.
Podczas pierwszej nocy zastanawiali się jak pogodzić karmienie i przewijanie z grą na PlayStation.
W Wielkiej Brytanii rozpętał sie gigantyczny cyrk medialny, a społeczeństwo spragnione obyczajowych skandali zostało zasypane drobiazgowymi szczegółami dotyczącymi obu rodzin.
Podobno 9 stacji telewizyjnych ubiega się o prawo do nakręcenia filmu dokumentalnego o przypadku młodocianego tatuśka.
Rodzice obojga dzieci zdecydowani są wykorzystać wszelkie możliwości nabicia sobie kabzy, bo w grę wchodzą kwoty nie do pogardzenia. Rodzice Alfiego wynajęli nawet soecjalistę od public relations, a Urząd Kontroli Prasy sprawdza, czy "The Sun" nie złamał prawa wypłacając im 25 tysięcy funtów. Z relacji dziennikarzy wynika, że rodzina podpisała już kontrakty z magazynem "People" i kanałem telewizyjnym Channel 4.
Matka Alfiego, Nicola, mieszka w atrakcyjnym domku z ogródkiem w Hailsham w południowej Anglii. Jego ojciec, Dennis, pracujący w firmie samochodowej, wyprowadził się 2 lata temu. Dennis Patten ma dziesięcioro dzieci z różnymi partnerkami. Uwiódł mi.innymi przyjaciółkę swej 19-letniej córki. Inna córka tego niezwykle czynnego seksualnie ojca, Jayde, zaszła w ciążę w wieku 13 lat. Sam Dennis Patten jest zachwycony obecną sytuacją.
Dziennikarzy zapewnił, że postara się uświadomić syna, porozmawia z nim o ptaszkach i chrabąszczach, żeby nie pojawił się kolejny dzidziuś.
Gdy rozpętała się afera z małoletnimi rodzicami, miejscowe władze zapowiedziały, że oskarżą
Nicolę Patten o zaniechanie obowiązków opiekuńczych wobec syna.Dotychczas nie przeszkadzał im fakt, że Alfie nie chodził do szkoły i wałęsał sie po mieście.
Rodzice Cahntelle mieszkaja w pobliskim Eastbourne. Maja pięcioro dzieci a nikt w rodzinie nie pracuje.
Dziennikarze obliczyli, że rodzina dostaje z różnego rodzaju zasiłków socjalnych 30 tysięcy funtów rocznie. Gdy Chantalle skończy 16 lat, także otrzyma zasiłek. Dziewczyna obserwując rodziców mogła dojśc do wniosku, że macierzyństwo jest wspaniałym sposobem na życie.
Podobno dzieci w Hailsham zabawiają sie jak dorośli. Sąsiad Pattenów opowiada, że pary uprawiające miłość za jego żywopłotem to często bardzo młode nastolatki.
Wiele osób powątpiewa w ojcostwo Alfiego, bowiem chłopak nie przeszedł jeszcze mutacji.
Wielka Brytania pobiła w Europie Zachodniej rekord, jeśli chodzi o liczbę ciężarnych nastolatek. W ciągu ostatniej dekady ponad 40 chłopców poniżej 14 lat zostało ojcami. W latach 1998 - 2007 w ciążę zaszlo 385 dziewcząt, które nie ukończyły jeszcze 14 roku życia.
W Holandii, gdzie ciężarnych nastolatek jest najmniej , dzieci uczone są szacunku dla swojego ciała. W szkołach brytyjkich edukacja seksualna odbywa się na zasadzie "jak to się robi".
Linda Blair, psycholog dziecięcy z Bath University doszła do następującego wniosku: "znacznie szybciej rozwinęliśmy się technologicznie niż moralnie i teraz trzeba zwolnić tempo".
Wielu komentatorów uważa, że szerokie kręgi społeczeństwa brytyjskiego utraciły nie tylko wszelkie hamulce moralne ale i zdrowy rozsądek.
Czytając ten tekst pomyślałam, że zasiłki dla niepracujących są wysoce demoralizującym czynnikiem. Bezrobotni tworzą następne pokolenie bezrobotnych. Skoro 7-mio osobowa rodzina żyje z zasiłków i wcale nie czuje potrzeby podniesienia swego standardu, to jasne, że wychodzące z niej dzieci wcale nie będą chciały iść do pracy - po co, dostaniemy zasiłek, nie będzie wprawdzie bogato, ale da się przeżyć.
anabell
Dziecięca przyjazń zaowocowała ciążą Chantalle, która 7 lutego urodziła córeczkę Maisie.
Cztery dni pózniej wysokonakładowy brukowiec "The Sun" umieścił na swej pierwszej stronie cover story o "chłopięcym tatusiu" Zjednoczonego Królestwa. Według danych Narodowego Biura Statystycznego Alfie nie jest najmłodszym ojcem w historii WB, bo w ostatnich latach aż czterech 11-letnich Brytyjczyków zostało ojcami.
Społeczeństwo było wstrząśnięte widokiem młodego rodzica, bowiem Alfie ma 1,22 m wzrostu, twarzyczkę siedmioletniego dziecka i wielkie, niewinne oczy. "The Sun" zamieścił nagrany na video wywiad z Alfiem. 13-letni tatuś powiedział, że pomyślał o tym jak dobrze byłoby mieć małego dzidziusia, ale nie zastanawiał się jak z Chantalle utrzymają dziecko, ponieważ on prawie wcale nie dostaje kieszonkowego. Czasem dostaje od ojca 10 funtów. On nie wiedział jak to jest być tatusiem. Zapytany o to, jak zamierza sie troszczyć finansowo o dziecko Alfie odpowiedział pytaniem "a co to jest finansowo?"
Po wyjściu ze szpitala młodzi rodzice usiłowali opiekować się dzieckiem w domu Chantalle.
Podczas pierwszej nocy zastanawiali się jak pogodzić karmienie i przewijanie z grą na PlayStation.
W Wielkiej Brytanii rozpętał sie gigantyczny cyrk medialny, a społeczeństwo spragnione obyczajowych skandali zostało zasypane drobiazgowymi szczegółami dotyczącymi obu rodzin.
Podobno 9 stacji telewizyjnych ubiega się o prawo do nakręcenia filmu dokumentalnego o przypadku młodocianego tatuśka.
Rodzice obojga dzieci zdecydowani są wykorzystać wszelkie możliwości nabicia sobie kabzy, bo w grę wchodzą kwoty nie do pogardzenia. Rodzice Alfiego wynajęli nawet soecjalistę od public relations, a Urząd Kontroli Prasy sprawdza, czy "The Sun" nie złamał prawa wypłacając im 25 tysięcy funtów. Z relacji dziennikarzy wynika, że rodzina podpisała już kontrakty z magazynem "People" i kanałem telewizyjnym Channel 4.
Matka Alfiego, Nicola, mieszka w atrakcyjnym domku z ogródkiem w Hailsham w południowej Anglii. Jego ojciec, Dennis, pracujący w firmie samochodowej, wyprowadził się 2 lata temu. Dennis Patten ma dziesięcioro dzieci z różnymi partnerkami. Uwiódł mi.innymi przyjaciółkę swej 19-letniej córki. Inna córka tego niezwykle czynnego seksualnie ojca, Jayde, zaszła w ciążę w wieku 13 lat. Sam Dennis Patten jest zachwycony obecną sytuacją.
Dziennikarzy zapewnił, że postara się uświadomić syna, porozmawia z nim o ptaszkach i chrabąszczach, żeby nie pojawił się kolejny dzidziuś.
Gdy rozpętała się afera z małoletnimi rodzicami, miejscowe władze zapowiedziały, że oskarżą
Nicolę Patten o zaniechanie obowiązków opiekuńczych wobec syna.Dotychczas nie przeszkadzał im fakt, że Alfie nie chodził do szkoły i wałęsał sie po mieście.
Rodzice Cahntelle mieszkaja w pobliskim Eastbourne. Maja pięcioro dzieci a nikt w rodzinie nie pracuje.
Dziennikarze obliczyli, że rodzina dostaje z różnego rodzaju zasiłków socjalnych 30 tysięcy funtów rocznie. Gdy Chantalle skończy 16 lat, także otrzyma zasiłek. Dziewczyna obserwując rodziców mogła dojśc do wniosku, że macierzyństwo jest wspaniałym sposobem na życie.
Podobno dzieci w Hailsham zabawiają sie jak dorośli. Sąsiad Pattenów opowiada, że pary uprawiające miłość za jego żywopłotem to często bardzo młode nastolatki.
Wiele osób powątpiewa w ojcostwo Alfiego, bowiem chłopak nie przeszedł jeszcze mutacji.
Wielka Brytania pobiła w Europie Zachodniej rekord, jeśli chodzi o liczbę ciężarnych nastolatek. W ciągu ostatniej dekady ponad 40 chłopców poniżej 14 lat zostało ojcami. W latach 1998 - 2007 w ciążę zaszlo 385 dziewcząt, które nie ukończyły jeszcze 14 roku życia.
W Holandii, gdzie ciężarnych nastolatek jest najmniej , dzieci uczone są szacunku dla swojego ciała. W szkołach brytyjkich edukacja seksualna odbywa się na zasadzie "jak to się robi".
Linda Blair, psycholog dziecięcy z Bath University doszła do następującego wniosku: "znacznie szybciej rozwinęliśmy się technologicznie niż moralnie i teraz trzeba zwolnić tempo".
Wielu komentatorów uważa, że szerokie kręgi społeczeństwa brytyjskiego utraciły nie tylko wszelkie hamulce moralne ale i zdrowy rozsądek.
Czytając ten tekst pomyślałam, że zasiłki dla niepracujących są wysoce demoralizującym czynnikiem. Bezrobotni tworzą następne pokolenie bezrobotnych. Skoro 7-mio osobowa rodzina żyje z zasiłków i wcale nie czuje potrzeby podniesienia swego standardu, to jasne, że wychodzące z niej dzieci wcale nie będą chciały iść do pracy - po co, dostaniemy zasiłek, nie będzie wprawdzie bogato, ale da się przeżyć.
anabell
wtorek, 24 lutego 2009
Terapeutyczna pulpektomia jąder
Brzmi tajemniczo i trochę przerażająco - nic dziwnego , jest to chirurgiczny zabieg kastracji przestępców seksualnych , dokonywany od 1966 roku w Czechach. Oprócz kastracji chirurgicznej stosowana jest równiez kastracja chemiczna, polegająca na wstrzyknięciu specyfików obniżających poziom testoteronu, co obniża poziom libido i wybitnie osłabia erekcję.
Programy takiego chemicznego unieszkodliwiania przestępców seksualnych prowadzone są również w Wielkiej Brytanii, Francji i w Polsce. Ale tylko i wyłącznie w Czechach prowadzona jest kastracja chirurgiczna. Wg oficjalnych danych od 2000roku pozbawiono w ten sposob męskości co najmniej 94 mezczyzn, a kastrację chemiczną zaaplikowano ponad 300 skazanym.
Urzędnicy w Pradze twierdzą, że kastracja chirurgiczna jest znakomitym a jednocześnie tanim i 100 procento skutecznym środkiem terapeutycznym.
Rząd czeski zapewnia, że chirurgicznej kastracji poddawani są tylko ci skazani, którzy dobrowolnie wystąpili pisemnie o taki zabieg. Każdy taki wniosek rozpatruje komisja ekspertów. Przestępcy seksualni otrzymują dostateczne informacje o następstwach zabiegu, mają ponadto do dyspozycji literaturę na ten temat, a jesli czegoś nie rozumieją, to otrzymują wyjasnienia od lekarzy.
Odmiennego zdania jest Rada Europy, która wezwała Czechy do natychmiastowego zaprzestania tych degradujących dla czlowieka praktyk. Na przełomie marca i kwietnia 2008 roku delegacja Komitetu przeciwko Torturom Rady Europy wizytowała dwa czeskie więzienia i dwa zamknięte szpitale psychiatryczne.
Wysłannicy Rady Europy znalezli tylko 2 mężczyzn, którzy z własnej woli wystąpili o taki zabieg. Wielu innych zostało do tego zmuszonych zwykłym szantażem, gdyż seksuolodzy powiedzieli im,
że jedyną alternatywą jest dożywotnie więzienie.
W innych przypadkach "pulpektomię jąder" zastosowano wobec mężczyzn upośledzonych umysłowo, niezdolnych do czynności prawnych.
Zgodę podpisali za nich kuratorzy prawni, wyznaczeni przez sąd. W dwóch przypadkach kuratorami byli burmistrzowie.
Raport Komisji stwierdza również, że kastrowano mężczyzn, którzy popełnili przestępstwo seksualne po raz pierwszy i bez użycia przemocy, np. ekshibicjoniści. Poddawani tej operacji nie są uświadamiani na temat jej skutków, takich jak zaburzenia hormonalne, nadwaga, depresja.
Ujawniono również, że wielu z okaleczonych w ten sposób mężczyzn popełniło pózniej poważne przestępstwa, takie jak udział w zbiorowym gwałcie czy usiłowanie morderstwa.
Zdaniem naukowców przestępcy pozbawieni męskości popełniaja tyle samo przestępstw, bo dewiacje seksualne powstaja w umyśle, a nie w organach płciowych. Nie zgwałcą, ale mogą zabić.
Nie ma łatwych i prostych rozwiązań problemu. Przede wszystkim powinna być prowadzona psychoterapia , a nie okaleczanie chirurgiczne.
Czy urzędnicy w Pradze posłuchają apelu Rady Europy? Nie wiadomo. Czeski minister ds. praw człowieka i mniejszości, Michael Kocab jest zdecydowanym przeciwnikiem "terapeutycznej pulpektomii jąder" i zamierza rozpocząć publiczną debatę na ten temat.
Mam wrażenie, że coraz częściej współczesne społeczeństwa będa musiały podejmować różne trudne decyzje odnośnie zmiany niektórych przepisów prawa. Nie ominie nas dyskusja na temat
dopuszczenia eutanazji, sposobów karania przestępców seksualnych i dalszego postępowania z nimi, czy wreszcie problemów związanych z zapładnianiem in vitro i hodowlą oraz sposobem wykorzystania komórek macierzystych.
Coraz więcej będzie takich spraw jak pięknej, młodej Włoszki, Eluany, bo medycyna jest teraz na takim etapie, że powstrzyma śmierć, ale nie jest w stanie przywrócić człowiekowi zdrowia w takim stopniu, by mógł samodzielnie funkcjonować.
W zastraszającym tempie wzrasta ilośc bezpłodnych par małżeńskich a jedyny sposób, w jaki medycyna może pomóc to zapłodnienie in vitro, którego nie chce zaakceptować Watykan.
I wreszcie komórki macierzyste można je hodować i potem wykorzystywać w celach leczniczych czy też nie?
Wszystkim tym tematom towarzyszy szaleńczy jazgot mediów , które przy każdej okazji usiłują
"upiec swą pieczeń", brak natomiast rzetelnej informacji naukowej podanej w przystępny sposób.
anabell
Programy takiego chemicznego unieszkodliwiania przestępców seksualnych prowadzone są również w Wielkiej Brytanii, Francji i w Polsce. Ale tylko i wyłącznie w Czechach prowadzona jest kastracja chirurgiczna. Wg oficjalnych danych od 2000roku pozbawiono w ten sposob męskości co najmniej 94 mezczyzn, a kastrację chemiczną zaaplikowano ponad 300 skazanym.
Urzędnicy w Pradze twierdzą, że kastracja chirurgiczna jest znakomitym a jednocześnie tanim i 100 procento skutecznym środkiem terapeutycznym.
Rząd czeski zapewnia, że chirurgicznej kastracji poddawani są tylko ci skazani, którzy dobrowolnie wystąpili pisemnie o taki zabieg. Każdy taki wniosek rozpatruje komisja ekspertów. Przestępcy seksualni otrzymują dostateczne informacje o następstwach zabiegu, mają ponadto do dyspozycji literaturę na ten temat, a jesli czegoś nie rozumieją, to otrzymują wyjasnienia od lekarzy.
Odmiennego zdania jest Rada Europy, która wezwała Czechy do natychmiastowego zaprzestania tych degradujących dla czlowieka praktyk. Na przełomie marca i kwietnia 2008 roku delegacja Komitetu przeciwko Torturom Rady Europy wizytowała dwa czeskie więzienia i dwa zamknięte szpitale psychiatryczne.
Wysłannicy Rady Europy znalezli tylko 2 mężczyzn, którzy z własnej woli wystąpili o taki zabieg. Wielu innych zostało do tego zmuszonych zwykłym szantażem, gdyż seksuolodzy powiedzieli im,
że jedyną alternatywą jest dożywotnie więzienie.
W innych przypadkach "pulpektomię jąder" zastosowano wobec mężczyzn upośledzonych umysłowo, niezdolnych do czynności prawnych.
Zgodę podpisali za nich kuratorzy prawni, wyznaczeni przez sąd. W dwóch przypadkach kuratorami byli burmistrzowie.
Raport Komisji stwierdza również, że kastrowano mężczyzn, którzy popełnili przestępstwo seksualne po raz pierwszy i bez użycia przemocy, np. ekshibicjoniści. Poddawani tej operacji nie są uświadamiani na temat jej skutków, takich jak zaburzenia hormonalne, nadwaga, depresja.
Ujawniono również, że wielu z okaleczonych w ten sposób mężczyzn popełniło pózniej poważne przestępstwa, takie jak udział w zbiorowym gwałcie czy usiłowanie morderstwa.
Zdaniem naukowców przestępcy pozbawieni męskości popełniaja tyle samo przestępstw, bo dewiacje seksualne powstaja w umyśle, a nie w organach płciowych. Nie zgwałcą, ale mogą zabić.
Nie ma łatwych i prostych rozwiązań problemu. Przede wszystkim powinna być prowadzona psychoterapia , a nie okaleczanie chirurgiczne.
Czy urzędnicy w Pradze posłuchają apelu Rady Europy? Nie wiadomo. Czeski minister ds. praw człowieka i mniejszości, Michael Kocab jest zdecydowanym przeciwnikiem "terapeutycznej pulpektomii jąder" i zamierza rozpocząć publiczną debatę na ten temat.
Mam wrażenie, że coraz częściej współczesne społeczeństwa będa musiały podejmować różne trudne decyzje odnośnie zmiany niektórych przepisów prawa. Nie ominie nas dyskusja na temat
dopuszczenia eutanazji, sposobów karania przestępców seksualnych i dalszego postępowania z nimi, czy wreszcie problemów związanych z zapładnianiem in vitro i hodowlą oraz sposobem wykorzystania komórek macierzystych.
Coraz więcej będzie takich spraw jak pięknej, młodej Włoszki, Eluany, bo medycyna jest teraz na takim etapie, że powstrzyma śmierć, ale nie jest w stanie przywrócić człowiekowi zdrowia w takim stopniu, by mógł samodzielnie funkcjonować.
W zastraszającym tempie wzrasta ilośc bezpłodnych par małżeńskich a jedyny sposób, w jaki medycyna może pomóc to zapłodnienie in vitro, którego nie chce zaakceptować Watykan.
I wreszcie komórki macierzyste można je hodować i potem wykorzystywać w celach leczniczych czy też nie?
Wszystkim tym tematom towarzyszy szaleńczy jazgot mediów , które przy każdej okazji usiłują
"upiec swą pieczeń", brak natomiast rzetelnej informacji naukowej podanej w przystępny sposób.
anabell
sobota, 21 lutego 2009
O czym myśli, gdy nie myśli, nasz mózg ?
Czym zajmuje się odpoczywający nasz mózg -
tym zgadnieniem zajął się prof. Marcus Raichle, neurolog z Washington University w St.Louis.
Badania te doprowadziły do odkrycia całego systemu- narządu w narządzie, który przez całe dzięciolecia pozostawał nieznany. Niektórzy nazywają go " neuronalnym motorem marzeń", inni przypisują mu odpowiedzialność za selekcję wspomnień i łączenie ich w spójną całość.
Układ ten uruchamia się w momencie, kiedy mózg nie ma innych zajęć i wtedy pracuje na pełnych obrotach, pochłaniając wiecej tlenu niż bijące serce. A oto jak doszło do tego odkrycia.
W latach 50-tych XX stulecia, przeprowadzono na University of Pennsylvania w Filadelfii następujący eksperyment: 20-letni student leżał przez godzinę na kozetce i rozwiązywał zadanie matematyczne.W tym czasie naukowcy za pomocą elektrod rozmieszczonych na jego głowie monitorowali fale mózgowe. Jednocześnie pobierano próbki krwi, w których oznaczano poziom tlenu i dwutlenku węgla. Doświadczenie miało wykazać, ile energii zużywa mózg w czasie pracy myślowej. Wyniki były zaskoczeniem, bo okazało się, że zużycie tlenu jest takie samo, bez względu na to, czy badany student odpoczywał czy też rozwiązywał skomplikowane zadanie.
Doświadczenie to wykazało, że wbrew dotychczasowym poglądom mózg żyje swoim własnym życiem.
W trzydzieści lat pózniej naukowcy zaczęli podejrzewać, że pozostając z pozoru w stanie uśpienia, mózg może się zajmować czymś istotnym.
W tym czasie do użytku weszła technika zwana PET (pozytonowa emisyjna tomografia komputerowa) dzięki której, po dożylnym podaniu znakowanej radioaktywnie glukozy przenikającej z krwią do mózgu, naukowcy mogli podpatrzeć aktywność neuronów.
Najpierw skanowano mózg ochotnika odpoczywającego z zmkniętymi oczami, następnie wykonywano skan w chwili gdy wykonywał zadanie wymagające intelektualnego wysiłku.
Po odjęciu jednego obszaru od drugiego określano zmiany w aktywności poszczególnych obszarów mózgu.
Profesor Marcus Raichle w trakcie badań ( z pomocą PET) wyznaczania obszarów mózgu związanych z rozpoznawaniem konkretnych słów, zauważył pewna prawidłowość- niektóre obszary mózgu wykazywały niezwykłą aktywność w czasie spoczynku badanego, by natychmiast się uspokoić gdy badany zaczynał wykonywać kolejne zadanie.
Wyniki układały się w niezwykle powtarzalny, jednolity wzór, układający się "w nieopisaną nigdy wcześniej sieć neuronalną"
Wyniki tych badań opublikowali w 2001 roku, sugerując, że wpadli na trop nieznanego wczesniej "trybu nieobecnego" - rodzaju wewnętrznego mechanizmu zabijania czasu, czegoś na kształt pasjansa, którym mózg zaczyna się zajmować kiedy tylko nie ma nic do roboty.
Aktywność neuronów koncentrowała sie w kilku punktach, ułożonych łukiem wzdłuż osi mózgu.
Obszar ten badacze określili mianem "sieci nieobecności".
Jednym z głównych elementów sieci nieobecności jest przyśrodkowa kora przedczołowa, odpowiedzialna za subiektywną ocene rzyczywistości. Niektóre elementy sieci maja również silne powiązania z hipokampem- ośrodkiem odpowiedzialnym za rejestrowanie i przywoływanie wspomnień autobiograficznych. Za pośrednictwem hipokampu sieć nieobecności dostaje się do wspomnień- surowca i pożywki dla marzeń. Według badaczy sieć nieobecności może służyć umysłowi jako "wewnętrzny próbnik" do oceny przyszłych posunięć i wyborów.
Wykorzystując technikę fMRI, czyli funkcjonalny rezonans magnetyczny do obrazowania pracy mózgu, dr Malia Mason z Dartmouth College ustaliła, że ludzie marzą tylko wówczas,gdy aktywna jest ich sieć nieobecności, a badani ochotnicy o wyjątkowo dużej aktywności tego systemu twierdzili, że często zdarza im się "gonitwa myśli". W snucie marzeń mózg angażuje się w każdej wolnej chwili. Przerywa tylko wtedy, kiedy ograniczone zasoby krwi, tlenu i glukozy kierowane są ku innym, ważniejszym zadaniom.
Odkryto również, że sieć nieobecności jest również aktywna we wczesnej fazie snu.Prawdopodobnie ta nocna praca ma na celu selekcję i utrwalenie wspomnień. Codziennie przez nasz mózg przewija się mnóstwo danych, ale tylko część z nich warto dodać do scenariusza naszego życia. Wspomnienia są sortowane ze względu na to, czy są dobre, bolesne czy też nieprzyjemne. Aby zapobiec narastaniu brzemienia w postaci zbędnych informacji, sieć nieobecności zaczyna działać, kiedy tylko ma taką możliwość. Wskazuje na to ścisłe powiązanie sieci nieobecności z hipokampem. Pożera ona również ogromne ilości glukozy w stosunku do ilości zużywanego tlenu. Glukoza jest w tym przypadku nie tylko surowcem energetycznym ale i budulcem do syntezy aminokwasów i neuroprzekazników, niezbędnych do tworzenia i "obsługi"
połaczeń synaptycznych. To właśnie synapsy** stanowią istotę pamięci i to one pochłaniają wiekszą część energii zasilającej mózg.
Odkrycie sieci nieobecności pomaga w badaniach nad chorobą Alzheimera, depresją, zespołem ADHD, autyzmem i schizofrenią.
Dziś już wiemy, że kiedy dajemy naszemu umysłowi odpocząć, nasze szare komórki ciężko pracują nad tym, byśmy nie zwariowali.
**synapsa-miejsce styku zakończenia aksonu jednego neuronu
z dendrytem lub ciałem innego neuronu
anabell
na podst. "New Scientist"
2008r.
tym zgadnieniem zajął się prof. Marcus Raichle, neurolog z Washington University w St.Louis.
Badania te doprowadziły do odkrycia całego systemu- narządu w narządzie, który przez całe dzięciolecia pozostawał nieznany. Niektórzy nazywają go " neuronalnym motorem marzeń", inni przypisują mu odpowiedzialność za selekcję wspomnień i łączenie ich w spójną całość.
Układ ten uruchamia się w momencie, kiedy mózg nie ma innych zajęć i wtedy pracuje na pełnych obrotach, pochłaniając wiecej tlenu niż bijące serce. A oto jak doszło do tego odkrycia.
W latach 50-tych XX stulecia, przeprowadzono na University of Pennsylvania w Filadelfii następujący eksperyment: 20-letni student leżał przez godzinę na kozetce i rozwiązywał zadanie matematyczne.W tym czasie naukowcy za pomocą elektrod rozmieszczonych na jego głowie monitorowali fale mózgowe. Jednocześnie pobierano próbki krwi, w których oznaczano poziom tlenu i dwutlenku węgla. Doświadczenie miało wykazać, ile energii zużywa mózg w czasie pracy myślowej. Wyniki były zaskoczeniem, bo okazało się, że zużycie tlenu jest takie samo, bez względu na to, czy badany student odpoczywał czy też rozwiązywał skomplikowane zadanie.
Doświadczenie to wykazało, że wbrew dotychczasowym poglądom mózg żyje swoim własnym życiem.
W trzydzieści lat pózniej naukowcy zaczęli podejrzewać, że pozostając z pozoru w stanie uśpienia, mózg może się zajmować czymś istotnym.
W tym czasie do użytku weszła technika zwana PET (pozytonowa emisyjna tomografia komputerowa) dzięki której, po dożylnym podaniu znakowanej radioaktywnie glukozy przenikającej z krwią do mózgu, naukowcy mogli podpatrzeć aktywność neuronów.
Najpierw skanowano mózg ochotnika odpoczywającego z zmkniętymi oczami, następnie wykonywano skan w chwili gdy wykonywał zadanie wymagające intelektualnego wysiłku.
Po odjęciu jednego obszaru od drugiego określano zmiany w aktywności poszczególnych obszarów mózgu.
Profesor Marcus Raichle w trakcie badań ( z pomocą PET) wyznaczania obszarów mózgu związanych z rozpoznawaniem konkretnych słów, zauważył pewna prawidłowość- niektóre obszary mózgu wykazywały niezwykłą aktywność w czasie spoczynku badanego, by natychmiast się uspokoić gdy badany zaczynał wykonywać kolejne zadanie.
Wyniki układały się w niezwykle powtarzalny, jednolity wzór, układający się "w nieopisaną nigdy wcześniej sieć neuronalną"
Wyniki tych badań opublikowali w 2001 roku, sugerując, że wpadli na trop nieznanego wczesniej "trybu nieobecnego" - rodzaju wewnętrznego mechanizmu zabijania czasu, czegoś na kształt pasjansa, którym mózg zaczyna się zajmować kiedy tylko nie ma nic do roboty.
Aktywność neuronów koncentrowała sie w kilku punktach, ułożonych łukiem wzdłuż osi mózgu.
Obszar ten badacze określili mianem "sieci nieobecności".
Jednym z głównych elementów sieci nieobecności jest przyśrodkowa kora przedczołowa, odpowiedzialna za subiektywną ocene rzyczywistości. Niektóre elementy sieci maja również silne powiązania z hipokampem- ośrodkiem odpowiedzialnym za rejestrowanie i przywoływanie wspomnień autobiograficznych. Za pośrednictwem hipokampu sieć nieobecności dostaje się do wspomnień- surowca i pożywki dla marzeń. Według badaczy sieć nieobecności może służyć umysłowi jako "wewnętrzny próbnik" do oceny przyszłych posunięć i wyborów.
Wykorzystując technikę fMRI, czyli funkcjonalny rezonans magnetyczny do obrazowania pracy mózgu, dr Malia Mason z Dartmouth College ustaliła, że ludzie marzą tylko wówczas,gdy aktywna jest ich sieć nieobecności, a badani ochotnicy o wyjątkowo dużej aktywności tego systemu twierdzili, że często zdarza im się "gonitwa myśli". W snucie marzeń mózg angażuje się w każdej wolnej chwili. Przerywa tylko wtedy, kiedy ograniczone zasoby krwi, tlenu i glukozy kierowane są ku innym, ważniejszym zadaniom.
Odkryto również, że sieć nieobecności jest również aktywna we wczesnej fazie snu.Prawdopodobnie ta nocna praca ma na celu selekcję i utrwalenie wspomnień. Codziennie przez nasz mózg przewija się mnóstwo danych, ale tylko część z nich warto dodać do scenariusza naszego życia. Wspomnienia są sortowane ze względu na to, czy są dobre, bolesne czy też nieprzyjemne. Aby zapobiec narastaniu brzemienia w postaci zbędnych informacji, sieć nieobecności zaczyna działać, kiedy tylko ma taką możliwość. Wskazuje na to ścisłe powiązanie sieci nieobecności z hipokampem. Pożera ona również ogromne ilości glukozy w stosunku do ilości zużywanego tlenu. Glukoza jest w tym przypadku nie tylko surowcem energetycznym ale i budulcem do syntezy aminokwasów i neuroprzekazników, niezbędnych do tworzenia i "obsługi"
połaczeń synaptycznych. To właśnie synapsy** stanowią istotę pamięci i to one pochłaniają wiekszą część energii zasilającej mózg.
Odkrycie sieci nieobecności pomaga w badaniach nad chorobą Alzheimera, depresją, zespołem ADHD, autyzmem i schizofrenią.
Dziś już wiemy, że kiedy dajemy naszemu umysłowi odpocząć, nasze szare komórki ciężko pracują nad tym, byśmy nie zwariowali.
**synapsa-miejsce styku zakończenia aksonu jednego neuronu
z dendrytem lub ciałem innego neuronu
anabell
na podst. "New Scientist"
2008r.
Subskrybuj:
Posty (Atom)