19 kwietnia 2005 roku, niemiecki kardynał Joseph Ratzinger został
wybrany na papieża i przyjął imię Benedykta XVI.
Początkowo nowy papież budził entuzjazm, jednak z upływem czasu
coraz większy sceptycyzm budzi jego sposób sprawowania urzędu
papieskiego. Jak na razie Benedykt XVI postrzegany jest jako papież
gaf i niezręczności.
Zaczęło się 12 września 2006 roku wykładem papieskim na uniwer-
sytecie w Ratyzbonie.Wykład dotyczył relacji pomiędzy wiarą a
rozumem , ale przez wielu ludzi został odebrany jako krytyka islamu
i wywołał ogromne wzburzenie w świecie islamskim. Wprawdzie
papież tylko zacytował słowa jednego z cesarzy bizantyjskich kry-
tyczne wobec islamu, ale nie zdystansował się wyraznie od nich.
24 stycznia bieżącego roku Watykan znosi ekskomunikę, którą w 1988
roku obłożono lefebrystowskich biskupów odrzucających dziedzictwo
II Soboru Watykańskiego. Oburzenie jest tym większe, że jeden z nich,
brytyjski duchowny Richard Williamson, dwa dni wcześniej zanegował
Holocaust. Zawrzało w całej społeczności żydowskiej świata, zareago-
wano pełnym oburzeniem. Przywrócenie lefebrystów na łono Kościoła
oznacza powrót starej, atawistycznej koncepcji, wg której Żydzi są
splamieni krwią Chrystusa. Tym samym rozpoczęty przez Pawła VI
dialog chrześcijańsko-żydowski został cofnięty o całe dziesięciolecia.
31 stycznia b.r. papież mianuje ultrakonserwatywnego księdza
Gerharda M.Wagnera na biskupa pomocniczego diecezji Linz.
Austriacki episkopat zmusza Watykan do wycofania się z tej decyzji.
5 marca b.r. arcybiskup Recife nakłada ekskomunikę na matkę
9-letniej dziewczynki, której usunięto ciążę bedącą wynikiem gwałtu,
a także na lekarzy, którzy przeprowadzili zabieg. Watykan podtrzymał
tę decyzję. Została ona skrytykowana przez brazylijską Krajową Kon-
ferencję Biskupów i przez przewodniczącego Papieskiej Akademii Życia,
arcybiskupa Rina Fisichellę.
10 marca b.r. Benedykt XVI kieruje do biskupów na całym świecie list
dotyczący zniesienia ekskomuniki integrystów. Jest to sygnał odrzu-
cenia idei otwartości i potrzeby zmian w Kościele.
17 marca b.r, w samolocie, którym udaje się do Afryki, Benedykt XVI
stwierdza, że prezerwatywy tylko pogarszają problem AIDS.
Oświadczenie to budzi zdziwienie i powątpiewanie w trzezwość
sądów papieskich.
Skąd biorą się te wszystkie gafy i niezręczności ? Benedyktowi XVI
brak po prostu wyczucia nastrojów opinii publicznej, nie jest politykiem.
W swoich działaniach kieruje się innymi regułami, korzysta z teolo -
gicznych doktryn, dogmatycznych stwierdzeń i nakazów prawa
kościelnego. Wydaje się, że papież coraz mniej rozumie świat istniejący
poza murami papieskiego pałacu.
Regularnie popełnia gafy na froncie liberalnym, nigdy na konserwatyw-
nym.
Otwierając konferencję biskupów Ameryki Łacinskiej w Brazylii w maju
2007 r., papież uraził wszystkich Indian, mówiąc, że chrystianizacja
ich przodków nie była narzucaniem obcej kultury, bo tubylcy nieświa-
domie jej pragnęli, a kulturowe zdziesiątkowanie Indian nazwał
oczyszczeniem. Indianie uznali to za zatrważającą obelgę.
Własnych rodaków, protestantów niemieckich, też obraził. Zatwierdził
bowiem dokument Kongregacji Nauki i Wiary, wg którego protestanci
nie tworzą "kościołów w całym tego słowa znaczeniu".Od tej pory
kontakty pomiędzy protestantami a hierarhią Kościoła katolickiego
są lodowate.
Wydaje się, że według Benedykta XVI, wierność tradycyjnym katolic-
kim ideałom jest ważniejsza niż wielkość Kościoła. Będzie mniejszy, ale
czystszy i może skuteczniejszy w walce z "dyktaturą relatywizmu" i
rosnącym w siłę islamem.
Nie wiadomo co zostanie po Benedykcie XVI - być może, że będzie to
Europa bardziej niż kiedykolwiek muzułmańska w swej uboższej
części i zeświecczona na swoich najzamożniejszych obszarach.
anabell
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
czwartek, 30 kwietnia 2009
środa, 29 kwietnia 2009
Świat to teatr działań wojennych
Chyba niewiele osób zdaje sobie sprawę, że 252 pozycje liczy lista
spornych teryteriów, nieuznawanych państw, prowincji zamorskich,
kolonii.
Najprawdopodobniej o te tereny będą się toczyć działania wojenne,
bo jak mawiał Dżyngis-chan "Największa radość dla meżczyzny to
pokonać wrogów, gnać ich przez step, zabrać im wszystko i objąć
ramieniem ich krzyczące ze strachu żony i córki".
Prawdę mówiąc pojęcie "zabrać im wszystko" w dzisiejszych czasach
oznacza wojnę o zawłaszczenie terenów , na których występują bogate
złoża rud metali lub ropy i gazu. Nie wykluczone, że z czasem mogą
to być wojny o tereny ziemi pod uprawy, o dostęp do wody pitnej.
I pewnie nikt nie będzie otaczał ramieniem osieroconych żon i córek.
W ciągu ostanich 20 lat uczestnikami konfliktów zbrojnych stały się
nie tylko państwa, ale i struktury ponadnarodowe, czyli ugrupowania
terrorystyczne i przestępcze, korporacje oraz prywatne firmy
ochroniarskie. Dostępność technologii informacyjnych i telekomunika-
cyjnych umożliwiło prowadzenie wojny przez struktury niepaństwowe.
Nawet niewielka grupa ludzi wyposażona w dobry sprzęt komputerowy,
pozwalający otrzymywać, przetwarzać, szyfrować i przekazywać
ogromne ilości danych, zyskuje niesłychane możliwości przeprowadzenia
operacji siłowych. Z tego powodu informacja staje się jednym z głównych
celów, które należy zniszczyć. Stąd rozwój systemów antysatelitarnych
i broni laserowej, czyli wszystkiego co zabija komputery i sieci komu-
nikacyjne przeciwnika.
W tym świetle od razu inaczej widać wojnę w Iraku - jej celem było
wypróbowanie nowych metod prowadzenia wojny. Było to bezcenne
doświadczenie dla wszystkich mocarstw, które staną naprzeciw siebie
w walce o zasoby i sferę wpływów.
Na długo przed napadem Iraku na Kuwejt (sierpień 1990 r.), USA
rozpoczęły przygotowania do wojny w Zatoce, opierając sie na doś-
wiadczeniach wyniesionych z wcześniejszych konfliktów nie tylko
własnych. Wojska amerykańskie posiadały przyrządy optyczne naj -
nowszej generacji, nowoczesne środki łączności, każdy z dowódców
batalionów otrzymał notebook, dzięki któremu za pomocą satelitów
można było śledzić, co dzieje się wokół zajmowanych pozycji i określać
cele ataku. Ekwipunek każdego żołnierza był perfekcyjnie dobrany do
warunków klimatycznych. Kwatermistrzostwo wykonało gigantyczną
pracę - dzięki temu nie było najmniejszych problemów z liczbą i
jakością namiotów, biotoalet, klimatyzatorów, kuchni polowych, prze-
nośnych generatorów prądotwórczych, pralni, środków łączności
komórkowej, lekarstw. Każdy z żołnierzy miał możliwość modlić się
i przestrzegać wszystkich zasad swojej religii, bowiem wojskom towa-
rzyszyli kapelani różnych wyznań.
No nic, tylko iść na wojnę, lepiej to tylko w sanatorium.
A na podstawie doświadczeń wyniesionych z tej wojny, USA już od
15 lat przywiązują szczególną wagę do rozwoju wojsk lądowych i
usprawnienia działań jednostek tyłowych. Piechota, wojska pancerne
oraz artyleria wracają do łask.
Również na morzu wracają do łask kutry torpedowe i rakietowe i
dobrze znane kanonierki. Izrael od lat broni swych wód terytorial-
nych przy pomocy kutrów torpedowych i rakietowych, a chińskie
korwety i stawiacze min ochraniają wody wokół Rogu Afryki.
Analitycy CIA, NATO i sztabu marynarki wojennej USA, twierdzą,
że w ciągu nalbliższych 15- 20 lat chińska marynarka wojenna
przekształci się w sprawną armadę, będącą w stanie patrolować
oceany świata.
Czuję się w obowiązku wyjasnić , że jestem zupełnie "zielona" gdy
rzecz dotyczy spraw wojskowych. Mam nastawienie pacyfistyczne
i moim zdaniem powinno się na całym świecie dążyć do unikania
wszelkich konfliktów zbrojnych - przecież zamiast walczyć można
współpracować, zamiast zabierać - korzystać wspólnie, za odpo-
wiednią opłatą.
Czy wiecznie muszą być aktualne słowa Dżyngis-chana?
A po co my w Iraku, Afganistanie i innych miejscach konfliktów?
Przecież nam to nic nie da, nie wpłynie w jakikolwiek sposób na
rozwój naszej informatyki ( bo ten przemysł u nas nie istnieje), nie
wpłynie na rozwój przemysłu zbrojeniowego, bo nie mamy na to
środków finansowych, rozwój przemysłu okrętowego też nam
z tego powodu nie grozi. Proszę, niech mi ktoś wytłumaczy po co tam
się pchamy? Prestiż, uznanie nie są warte śmierci naszych żołnierzy.
anabell
dane dot. wojskowości są z czasopisma
rosyjskiego-Profil, marzec 2009
spornych teryteriów, nieuznawanych państw, prowincji zamorskich,
kolonii.
Najprawdopodobniej o te tereny będą się toczyć działania wojenne,
bo jak mawiał Dżyngis-chan "Największa radość dla meżczyzny to
pokonać wrogów, gnać ich przez step, zabrać im wszystko i objąć
ramieniem ich krzyczące ze strachu żony i córki".
Prawdę mówiąc pojęcie "zabrać im wszystko" w dzisiejszych czasach
oznacza wojnę o zawłaszczenie terenów , na których występują bogate
złoża rud metali lub ropy i gazu. Nie wykluczone, że z czasem mogą
to być wojny o tereny ziemi pod uprawy, o dostęp do wody pitnej.
I pewnie nikt nie będzie otaczał ramieniem osieroconych żon i córek.
W ciągu ostanich 20 lat uczestnikami konfliktów zbrojnych stały się
nie tylko państwa, ale i struktury ponadnarodowe, czyli ugrupowania
terrorystyczne i przestępcze, korporacje oraz prywatne firmy
ochroniarskie. Dostępność technologii informacyjnych i telekomunika-
cyjnych umożliwiło prowadzenie wojny przez struktury niepaństwowe.
Nawet niewielka grupa ludzi wyposażona w dobry sprzęt komputerowy,
pozwalający otrzymywać, przetwarzać, szyfrować i przekazywać
ogromne ilości danych, zyskuje niesłychane możliwości przeprowadzenia
operacji siłowych. Z tego powodu informacja staje się jednym z głównych
celów, które należy zniszczyć. Stąd rozwój systemów antysatelitarnych
i broni laserowej, czyli wszystkiego co zabija komputery i sieci komu-
nikacyjne przeciwnika.
W tym świetle od razu inaczej widać wojnę w Iraku - jej celem było
wypróbowanie nowych metod prowadzenia wojny. Było to bezcenne
doświadczenie dla wszystkich mocarstw, które staną naprzeciw siebie
w walce o zasoby i sferę wpływów.
Na długo przed napadem Iraku na Kuwejt (sierpień 1990 r.), USA
rozpoczęły przygotowania do wojny w Zatoce, opierając sie na doś-
wiadczeniach wyniesionych z wcześniejszych konfliktów nie tylko
własnych. Wojska amerykańskie posiadały przyrządy optyczne naj -
nowszej generacji, nowoczesne środki łączności, każdy z dowódców
batalionów otrzymał notebook, dzięki któremu za pomocą satelitów
można było śledzić, co dzieje się wokół zajmowanych pozycji i określać
cele ataku. Ekwipunek każdego żołnierza był perfekcyjnie dobrany do
warunków klimatycznych. Kwatermistrzostwo wykonało gigantyczną
pracę - dzięki temu nie było najmniejszych problemów z liczbą i
jakością namiotów, biotoalet, klimatyzatorów, kuchni polowych, prze-
nośnych generatorów prądotwórczych, pralni, środków łączności
komórkowej, lekarstw. Każdy z żołnierzy miał możliwość modlić się
i przestrzegać wszystkich zasad swojej religii, bowiem wojskom towa-
rzyszyli kapelani różnych wyznań.
No nic, tylko iść na wojnę, lepiej to tylko w sanatorium.
A na podstawie doświadczeń wyniesionych z tej wojny, USA już od
15 lat przywiązują szczególną wagę do rozwoju wojsk lądowych i
usprawnienia działań jednostek tyłowych. Piechota, wojska pancerne
oraz artyleria wracają do łask.
Również na morzu wracają do łask kutry torpedowe i rakietowe i
dobrze znane kanonierki. Izrael od lat broni swych wód terytorial-
nych przy pomocy kutrów torpedowych i rakietowych, a chińskie
korwety i stawiacze min ochraniają wody wokół Rogu Afryki.
Analitycy CIA, NATO i sztabu marynarki wojennej USA, twierdzą,
że w ciągu nalbliższych 15- 20 lat chińska marynarka wojenna
przekształci się w sprawną armadę, będącą w stanie patrolować
oceany świata.
Czuję się w obowiązku wyjasnić , że jestem zupełnie "zielona" gdy
rzecz dotyczy spraw wojskowych. Mam nastawienie pacyfistyczne
i moim zdaniem powinno się na całym świecie dążyć do unikania
wszelkich konfliktów zbrojnych - przecież zamiast walczyć można
współpracować, zamiast zabierać - korzystać wspólnie, za odpo-
wiednią opłatą.
Czy wiecznie muszą być aktualne słowa Dżyngis-chana?
A po co my w Iraku, Afganistanie i innych miejscach konfliktów?
Przecież nam to nic nie da, nie wpłynie w jakikolwiek sposób na
rozwój naszej informatyki ( bo ten przemysł u nas nie istnieje), nie
wpłynie na rozwój przemysłu zbrojeniowego, bo nie mamy na to
środków finansowych, rozwój przemysłu okrętowego też nam
z tego powodu nie grozi. Proszę, niech mi ktoś wytłumaczy po co tam
się pchamy? Prestiż, uznanie nie są warte śmierci naszych żołnierzy.
anabell
dane dot. wojskowości są z czasopisma
rosyjskiego-Profil, marzec 2009
poniedziałek, 27 kwietnia 2009
Po czym poznać,że już wiosna
Nie ma obawy, nie odbiło mi, widzę tę rozkoszną zieleń za oknem,
słyszę te rozwrzeszczane ptaszyska wszelkich gatunków,ugania-
jące się za kotkami kociska, te cienkie kurteczki na osobnikach płci
obojga. Ale prawdziwym i niepodważalnym dowodem na to, że jest
teraz wiosna są........reklamy i różne artykuły w prasie, nie tylko
kobiecej. Bo wiosna to pora na .....odchudzanie.
Akurat zaopatrzyłam się w nową porcję prasy(poniedziałek) i
niezależnie z jakiej branży czasopismo - w każdym o odchudzaniu.
Nawet nie macie pojęcia jakie odkrywcze rady -wystarczy mniej jeść.
W życiu bym na to nie wpadła!
W innym pisemku reklama głosi, by wcale nie jeść mniej niż
dotychczas, mało tego, wolno wręcz się objadać tym, co się lubi,
należy tylko kupić cudowne tabletki, które właśnie teraz są oczywiście
po promocyjnej cenie, łykać je 2 razy dziennie, i pomimo najadania się
ile wlezie, będziemy chudnąć 1 do 1,5 kg w ciągu doby.
Gdybyśmy zaczęli chudnąć więcej, należy koniecznie zmniejszyć dawkę.
Dokładny skład nie jest oczywiście podany, to tajemnica.
Otwieram następne pisemko , takie promujące zdrowie i co - jest,
jest i artykuł i reklama. Artykuł tłumaczy jak to niezdrowo mieć
nadwagę, bo nadwaga to prowadzi do nadciśnienia, cukrzycy typu II,
niewydolności układu krążenia no i ładniej się wygląda w rozmiarze "S"
niż "XXXL". Jako wspomagacz odchudzania reklamowane są kapsułki
o działaniu termogenicznym. Zapomnieli tylko podać , że one powodują
wzrost ciśnienia krwi. Drobiazg.
Ale ten wiosenny szał to nie tylko u nas. Podobno w Anglii bestselerem
jest "Przewodnik leśnego zbieracza" , a we Francji potrawy na bazie
tapioki i soczewicy. Tapioka- fuuuuj.
Do amerykańskich aptek trafia właśnie rewolucyjny lek -pigułka
antytłuszczowa. Ów specyfik zapobiega wchłanianiu tłuszczów
w układzie trawiennym. O działaniu owej super-pigułki najlepiej
świadczy jeden z materiałów informacyjnych, w którym napisano:
"Radzimy rozpocząć kuracje w weekend i mieć pod ręką bieliznę
na zmianę".Zaiste, cudowna pigułka, to może należałoby po jej
zażyciu nie opuszczać toalety?
Następna z genialnych porad -możemy jeść absolutnie wszystko,
oprócz tego, o czym wiemy , ze nam szkodzi na zdrowiu, a więc-
nie jemy mięsa mogącego powodować raka, ryb, bo są nafaszero-
wane ciężkimi metalami, kurczaków (ptasia grypa), nabiału , bo
dioksyny oraz warzyw i owoców lakierowanych pestycydami,
o ile nie obierzemy ich bardzo grubo.
Widać z tego, że zostaje nam spożywanie zielonej herbaty bio,
tylko jak ją przyrządzić bez wody, która może mieć chlor, oraz
ogryzków z jabłek, które nam zostaną po tym specjalnym
obieraniu.
Mam wrażenie, że wszelkie problemy z odchudzaniem miną
niedługo z uwagi na stan światowej gospodarki i zamiast
problemu jak się nie przejadać, będziemy mieć problem czym
napełnić brzuchy.
anabell
słyszę te rozwrzeszczane ptaszyska wszelkich gatunków,ugania-
jące się za kotkami kociska, te cienkie kurteczki na osobnikach płci
obojga. Ale prawdziwym i niepodważalnym dowodem na to, że jest
teraz wiosna są........reklamy i różne artykuły w prasie, nie tylko
kobiecej. Bo wiosna to pora na .....odchudzanie.
Akurat zaopatrzyłam się w nową porcję prasy(poniedziałek) i
niezależnie z jakiej branży czasopismo - w każdym o odchudzaniu.
Nawet nie macie pojęcia jakie odkrywcze rady -wystarczy mniej jeść.
W życiu bym na to nie wpadła!
W innym pisemku reklama głosi, by wcale nie jeść mniej niż
dotychczas, mało tego, wolno wręcz się objadać tym, co się lubi,
należy tylko kupić cudowne tabletki, które właśnie teraz są oczywiście
po promocyjnej cenie, łykać je 2 razy dziennie, i pomimo najadania się
ile wlezie, będziemy chudnąć 1 do 1,5 kg w ciągu doby.
Gdybyśmy zaczęli chudnąć więcej, należy koniecznie zmniejszyć dawkę.
Dokładny skład nie jest oczywiście podany, to tajemnica.
Otwieram następne pisemko , takie promujące zdrowie i co - jest,
jest i artykuł i reklama. Artykuł tłumaczy jak to niezdrowo mieć
nadwagę, bo nadwaga to prowadzi do nadciśnienia, cukrzycy typu II,
niewydolności układu krążenia no i ładniej się wygląda w rozmiarze "S"
niż "XXXL". Jako wspomagacz odchudzania reklamowane są kapsułki
o działaniu termogenicznym. Zapomnieli tylko podać , że one powodują
wzrost ciśnienia krwi. Drobiazg.
Ale ten wiosenny szał to nie tylko u nas. Podobno w Anglii bestselerem
jest "Przewodnik leśnego zbieracza" , a we Francji potrawy na bazie
tapioki i soczewicy. Tapioka- fuuuuj.
Do amerykańskich aptek trafia właśnie rewolucyjny lek -pigułka
antytłuszczowa. Ów specyfik zapobiega wchłanianiu tłuszczów
w układzie trawiennym. O działaniu owej super-pigułki najlepiej
świadczy jeden z materiałów informacyjnych, w którym napisano:
"Radzimy rozpocząć kuracje w weekend i mieć pod ręką bieliznę
na zmianę".Zaiste, cudowna pigułka, to może należałoby po jej
zażyciu nie opuszczać toalety?
Następna z genialnych porad -możemy jeść absolutnie wszystko,
oprócz tego, o czym wiemy , ze nam szkodzi na zdrowiu, a więc-
nie jemy mięsa mogącego powodować raka, ryb, bo są nafaszero-
wane ciężkimi metalami, kurczaków (ptasia grypa), nabiału , bo
dioksyny oraz warzyw i owoców lakierowanych pestycydami,
o ile nie obierzemy ich bardzo grubo.
Widać z tego, że zostaje nam spożywanie zielonej herbaty bio,
tylko jak ją przyrządzić bez wody, która może mieć chlor, oraz
ogryzków z jabłek, które nam zostaną po tym specjalnym
obieraniu.
Mam wrażenie, że wszelkie problemy z odchudzaniem miną
niedługo z uwagi na stan światowej gospodarki i zamiast
problemu jak się nie przejadać, będziemy mieć problem czym
napełnić brzuchy.
anabell
sobota, 25 kwietnia 2009
To czego nie lubię
Zadzwoniła wczoraj do mnie osoba, której kiedyś, chyba w chwili
zaćmienia umysłowego powiedziałam, że piszę na blogspocie.
Ze dwa razy nawet zadzwoniła, raz by mi zwrócić uwagę, że ta witryna
nie jest łatwa do obsługi i ona nie potrafi komentować, drugi raz by
zapytać o mój mail,więc podałam.
Wczoraj znów zadzwoniła, informując mnie, że jest zawiedziona moimi
notkami, są nudne, wykrętne, bo ja nie piszę nic a nic od siebie, o tym
co ja czuję i co myślę, a przecież po to się "bloguje", by o tym pisać.
Zdębiałam przy tym telefonie, powiedziałam tylko, że czytanie mego
bloga nie należy do jej obowiązków, więc niech się nie poświęca i skoń-
czyłam rozmowę. I stąd ta moja "prywata", czyli zeznanie czego nie
lubię u rodaków.
Nie lubię naszej polskiej namolności, która ukrywa się pod różnymi
innymi nazwami- np. gościnności.
Najpospolitszy jej przejaw- przychodzimy z wizytą, sadzają nas przy
stole zastawionym na mniej więcej pułk wygłodnia- łego wojska i
zaczyna się : "jak to nie pijesz, ależ 1 kieliszek nie szkodzi";
"no, nie rób przykrości, wypij za zdrowie" ; "no, dlaczego tak mało
nałoży- łaś, nie smakuje ci?"; " no zjedz jeszcze trochę, to przecież
świeże"; "ależ zjedz, najwyżej łykniesz potem coś na wątrobę".
A potem się dziwią, że z reguły nie przychodzę na "stołowe imprezy".
Namolność ukryta pod troskliwością : "ale dlaczego nie chcecie kupić
działki, my wam pożyczymy gotówkę, nie ma sprawy"; "powinniście
mieć dzieci, to daje tyle radości", "dlaczego jedziesz w góry, morze jest
dla ciebie lepsze".
Namolność dociekliwa: "ale dlaczego nie chcesz przyjechać na działkę",
"ale dlaczego nie chcesz iść do kina" - każda odmowa, na dowolny
temat wywołuje lawinę dociekań "a dlaczego?"
Owa namolność jest charakterystyczna dla naszego społeczeństwa.
W innych krajach Europy, jeżeli pada odpowiedz negatywna nikt nie
docieka "dlaczego nie" bo uważają, że byłoby to niegrzeczne. Jeśli
pytający jest z tobą w bardzo bliskich stosunkach pozwoli sobie na
zapytanie "a na pewno nie chcesz?" i koniec, kropka. Żadnego nama-
wiania, dociekania.
Nie lubię również braku delikatności, którego doświadczałam często
nim zostałam mamą. "A dlaczego nie macie dziecka?", "no,no leniu-
szki, bierzcie się do roboty", "no, na następne święta to może będzie
nas więcej", " a pamiętasz x? już ma dwoje dzieci, a kiedy ty?".
Wiem, że podobne znęcanie odbywa się w rodzinach, gdzie jest
niezamężna młoda kobieta - wszyscy krewni i znajomi królika uwa-
żaja za stosowne nie tylko dopytywać się "kiedy wreszcie", wyliczać
rzesze jej koleżanek, które juz wyszły za mąż, ale i głośno zastana-
wiać się czemu to ona nie ma kandydata na męża.
Akurat mnie nie zdążono sie wypytać co do ewentualnego zamąż-
pójścia - mnie raczej pytano z jakiego to powodu tak nagle i przyglą-
dano się podejrzliwie, czy już mi brzuch rośnie.
Denerwuje mnie i nie cierpię tego, że każdy wpada z buciorami
w wewnętrzne sprawy innych nazywając to troską lub miłością.
Dlaczego nikt się nie zastanowi, że zadawanie pytań małżeństwu,
czemu nie mają dziecka jest zwykłym chamskim wścibstwem.
A może nie mogą i to jest ich trauma, a może nie chcą- wolny wybór.
A to dociekanie dlaczego młoda kobieta nie wychodzi za mąż -
bo może ma zupełnie inne plany życiowe, nie czuje w sobie powołania
do zakładania rodziny, bycia matką - przecież to jej wolny wybór.
Wśród naszych bliskich znajomych jestem już znana z tego, że moje
NIE naprawdę znaczy NIE i nie udzielam informacji dlaczego właśnie
nie. Wiedzą również, że nie wypytuję "dlaczego nie" lub "dlaczego tak"
bo szanuję cudze decyzje, a nie dlatego, że jestem "bezduszna". Jeśli
ktoś ma ochotę mi powiedzieć coś więcej- zawsze wysłucham.
A teraz mogę publicznie przyznać się do jeszcze jednej rzeczy- nie
chcę i nigdy nie chciałam mieć działki rekreacyjnej bo :
-jestem okropnym leniem i nie mam ochoty harować na 2 domy,
-jestem antytalentem ogrodniczym i czasem mam wrażenie, że samo
moje spojrzenie zniechęca rośliny do życia,
-nie lubię jezdzić ciągle w jedno i to samo miejsce "na okrągło",
-pobyt wśród much, os, gzów komarów i innych insektów przyprawia
mnie niemal o histerię, a jedno ugryzienie komara paprze mi się
minimum 6 miesięcy, raz paprało się 10 miesięcy,
-mało bawi mnie przyjeżdżanie na działkę i stwierdzenie na miejscu,
że co tylko nadawało się do zabrania to zniknęło, a to co nie nadawało
się- zostało zniszczone.
No to się wywnętrzyłam - czysty ekshibicjonizm.
Miłego działkowania moim znajomym życzę, w tym roku też na mnie
nie liczcie
anabell
zaćmienia umysłowego powiedziałam, że piszę na blogspocie.
Ze dwa razy nawet zadzwoniła, raz by mi zwrócić uwagę, że ta witryna
nie jest łatwa do obsługi i ona nie potrafi komentować, drugi raz by
zapytać o mój mail,więc podałam.
Wczoraj znów zadzwoniła, informując mnie, że jest zawiedziona moimi
notkami, są nudne, wykrętne, bo ja nie piszę nic a nic od siebie, o tym
co ja czuję i co myślę, a przecież po to się "bloguje", by o tym pisać.
Zdębiałam przy tym telefonie, powiedziałam tylko, że czytanie mego
bloga nie należy do jej obowiązków, więc niech się nie poświęca i skoń-
czyłam rozmowę. I stąd ta moja "prywata", czyli zeznanie czego nie
lubię u rodaków.
Nie lubię naszej polskiej namolności, która ukrywa się pod różnymi
innymi nazwami- np. gościnności.
Najpospolitszy jej przejaw- przychodzimy z wizytą, sadzają nas przy
stole zastawionym na mniej więcej pułk wygłodnia- łego wojska i
zaczyna się : "jak to nie pijesz, ależ 1 kieliszek nie szkodzi";
"no, nie rób przykrości, wypij za zdrowie" ; "no, dlaczego tak mało
nałoży- łaś, nie smakuje ci?"; " no zjedz jeszcze trochę, to przecież
świeże"; "ależ zjedz, najwyżej łykniesz potem coś na wątrobę".
A potem się dziwią, że z reguły nie przychodzę na "stołowe imprezy".
Namolność ukryta pod troskliwością : "ale dlaczego nie chcecie kupić
działki, my wam pożyczymy gotówkę, nie ma sprawy"; "powinniście
mieć dzieci, to daje tyle radości", "dlaczego jedziesz w góry, morze jest
dla ciebie lepsze".
Namolność dociekliwa: "ale dlaczego nie chcesz przyjechać na działkę",
"ale dlaczego nie chcesz iść do kina" - każda odmowa, na dowolny
temat wywołuje lawinę dociekań "a dlaczego?"
Owa namolność jest charakterystyczna dla naszego społeczeństwa.
W innych krajach Europy, jeżeli pada odpowiedz negatywna nikt nie
docieka "dlaczego nie" bo uważają, że byłoby to niegrzeczne. Jeśli
pytający jest z tobą w bardzo bliskich stosunkach pozwoli sobie na
zapytanie "a na pewno nie chcesz?" i koniec, kropka. Żadnego nama-
wiania, dociekania.
Nie lubię również braku delikatności, którego doświadczałam często
nim zostałam mamą. "A dlaczego nie macie dziecka?", "no,no leniu-
szki, bierzcie się do roboty", "no, na następne święta to może będzie
nas więcej", " a pamiętasz x? już ma dwoje dzieci, a kiedy ty?".
Wiem, że podobne znęcanie odbywa się w rodzinach, gdzie jest
niezamężna młoda kobieta - wszyscy krewni i znajomi królika uwa-
żaja za stosowne nie tylko dopytywać się "kiedy wreszcie", wyliczać
rzesze jej koleżanek, które juz wyszły za mąż, ale i głośno zastana-
wiać się czemu to ona nie ma kandydata na męża.
Akurat mnie nie zdążono sie wypytać co do ewentualnego zamąż-
pójścia - mnie raczej pytano z jakiego to powodu tak nagle i przyglą-
dano się podejrzliwie, czy już mi brzuch rośnie.
Denerwuje mnie i nie cierpię tego, że każdy wpada z buciorami
w wewnętrzne sprawy innych nazywając to troską lub miłością.
Dlaczego nikt się nie zastanowi, że zadawanie pytań małżeństwu,
czemu nie mają dziecka jest zwykłym chamskim wścibstwem.
A może nie mogą i to jest ich trauma, a może nie chcą- wolny wybór.
A to dociekanie dlaczego młoda kobieta nie wychodzi za mąż -
bo może ma zupełnie inne plany życiowe, nie czuje w sobie powołania
do zakładania rodziny, bycia matką - przecież to jej wolny wybór.
Wśród naszych bliskich znajomych jestem już znana z tego, że moje
NIE naprawdę znaczy NIE i nie udzielam informacji dlaczego właśnie
nie. Wiedzą również, że nie wypytuję "dlaczego nie" lub "dlaczego tak"
bo szanuję cudze decyzje, a nie dlatego, że jestem "bezduszna". Jeśli
ktoś ma ochotę mi powiedzieć coś więcej- zawsze wysłucham.
A teraz mogę publicznie przyznać się do jeszcze jednej rzeczy- nie
chcę i nigdy nie chciałam mieć działki rekreacyjnej bo :
-jestem okropnym leniem i nie mam ochoty harować na 2 domy,
-jestem antytalentem ogrodniczym i czasem mam wrażenie, że samo
moje spojrzenie zniechęca rośliny do życia,
-nie lubię jezdzić ciągle w jedno i to samo miejsce "na okrągło",
-pobyt wśród much, os, gzów komarów i innych insektów przyprawia
mnie niemal o histerię, a jedno ugryzienie komara paprze mi się
minimum 6 miesięcy, raz paprało się 10 miesięcy,
-mało bawi mnie przyjeżdżanie na działkę i stwierdzenie na miejscu,
że co tylko nadawało się do zabrania to zniknęło, a to co nie nadawało
się- zostało zniszczone.
No to się wywnętrzyłam - czysty ekshibicjonizm.
Miłego działkowania moim znajomym życzę, w tym roku też na mnie
nie liczcie
anabell
czwartek, 23 kwietnia 2009
Kultowe gadżety
Pogoda wiosenna, cieplutko, słoneczko świeci a mnie dopadło lenistwo.
Nawet poważnej lektury nie chce mi się czytać, więc pomyślam ,że
należy mi się widocznie trochę rozrywki, którą się z Wami podzielę.
Wiecie co jest filmowym gadżetem nr 1? Samochód oczywiście!
10 samochodów awansowało do miana kultowych.
Nr 1 -samochód prawdziwego mężczyzny, czyli aston martin modele
od DB5 do DBSV 12. Oczywiście tym prawdziwym mężczyzną był
James Bond. Pierwszy aston matrtin Bonda był wyposażony w kulo-
odporne szyby i wysuwany stalowy ekran, zasłonę dymną, karabiny
maszynowe, siedzenie z katapultą dla pasażera, zmieniające się
tablice rejestracyjne a z czasem dodano: narty, rakiety, laser,system
samoniszczący, system maskowania , faks, lodówkę, defibrylator
oraz zestaw narzędzi medycznych.
Nr 2 -samochód nieuchwytnych złodziei , czyli mini cooper wyprodu-
kowany w 1963 r. przez British Motor Corporation. W filmie te trzy
małe samochody uciekają ze skradzionym w Turynie złotem.
Gdyby scenariusz przyjąć za rzeczywistość każde z tych malutkich aut
musiałoby wieżć aż około tony kruszcu. W filmie mini pokonywał
schody, wjeżdżał do kanalizacji, mknął po dachach.
Nr3 -taran maniaka - była to ciężarówka peterbit 281. Pamiętacie
ten film o upiornej czerwonej cysternie wypełnionej łatwopalną cieczą,
która jedzie pełnym gazem za nowym czerwonym plymouth valiantem?
Kierowcy nie było widać, co stwarzało złudzenie,że koszmarny tir sam
zabija. Do każdego ujęcia ekipa dodawała ciężarówce bardziej upiorny
wygląd. Film "Pojedynek na szosie"
Nr 4 - samochód wolnego człowieka, czyli biały dodge challenger R/T
z rejestracją OA 5599, stan Kolorado. Kojarzycie?- to film, który stał
się kultowym filmem hippisów. Sama go obejrzałam ze 4 razy. To
"Znikający Punkt". W zdjęciach wykorzystano aż 5 aut.
Nr 5 - samochód zabójca - zabójczo czerwony plymouth z 1958 roku
przez którego właściciel traci rozum i ginie. To był film "Christine."
Nr 6 - pojazd superbohatera -czyli batmobil będący połączeniem
hammera, lamborghini i amerykańskich myśliwców, wyposażony w
dwa browningi, mogący okrywać się kuloodpornym pancerzem,
rozpoznający właściciela, miotający małe bomby, a w ostatniej wersji
miał nawet 2 armaty. Oczywiście, był to pojazd Batmana.
Nr 7 - wehikuł czasu - to DeLoreanDMC-12, produkowany w Irlandii.
Widzieliśmy go w filmie "Powrót do przyszłości".
Nr 8 - samochodzik homo sovieticus, czyli WAZ 2101 żiguli, o którym
opwiada film "Kopiejka". Historia samochodu, który przez 36 lat
zmienił 13 właścicieli -od członka Biura Politycznego do oligarchy.
Nr 9 - myślący samochód, czyli lexus 2054 z filmu "Raport mniej-
szości". Wyposażony był w sensor rozpoznający DNA właściciela,
reagujący na głos, zmieniający kolor, samooczyszczający się, samo-
naprawiający, samotankujący i samoparkujący. Marzenie, nie
samochód, prawda?
Nr10 - niezniszczalna bryka psychopaty, czyli czarny chevrolet nova
z 1970r, z rejestracją JIZ-109. Grał w filmie Quentina Tarantino
"Grindhouse: Death Proof". Pomimo specjalnych wzmocnień, po
zabiciu czterech bohaterek samochód nie przetrwał.
anabell
wg "Russkij Rieportior"
poniedziałek, 20 kwietnia 2009
Zabobony maja się świetnie
Wydawać by się mogło, że w dobie komputerów, komórek, drapaczy
chmur, nie istnieją przesądy i zabobony. Nic podobnego, czasopismo
rosyjskie "Itogi" stwierdza, że w Rosji, podobnie jak w całej Europie
nadal funkcjonują. W Kaliningradzie istnieje nawet Muzeum Przesądów,
a jego dyrektor Michaił Siemionow twierdzi, że przesądów nie da się
wyjaśnić racjonalnie i trzeba je przyjąć takimi, jakie są. Za grupę
najbardziej przesądnych na świecie M. Siemionow uważa studentów.
W zeszłym roku w parku 850-lecia Moskwy stanął nawet pomnik
studenckich przesądów. Na granitowym postumencie stoją buty, leży
indeks i piątak. Obok pomnika znajduje się szczegółowa instrukcja,
jak należy używać tych przedmiotów w praktyce. Niezawodnym
sposobem jest potarcie własnym indeksem o indeks granitowy.
Kolejną grupą przesądnych są kibice. Po wygranym meczu kibice
starannie składają ubrania, w których byli na meczu i nie używają ich
aż do następnej wyprawy na stadion, albowiem zachowuje się w nich
duch zwycięstwa. Nie wolno również , w trakcie meczu, zamieniać się
miejscami z sąsiadem. Sami piłkarze też nie pozostają w tyle -uważaja,
że w autobusie, którym drużyna jedzie na mecz nie może znależć się
kobieta. Jeżeli będzie - porażka gwarantowana.
Kierowcy też mają swoje sposoby na zapewnienie szczęścia- prawo
jazdy oraz kupno nowego auta należy solidnie opić, dodatkowo koła
najlepiej polać szampanem. Kierowcy z długim stażem radzą nie
obchodzić samochodu z przodu, bo to zła wróżba, należy też do niej
fotografowanie własnego samochodu. Jeżeli w starym samochodzie
wspomnimy o zamiarze kupna nowego - wypadek murowany.
A korzystanie z myjni usytuowanej blisko domu jest równoznaczne
z wystawieniem samochodu na żer złodziei. Aby uniknąć na drodze
spotkania z drogówką nie wolno w samochodzie gwizdać lub prze-
liczać banknotów. Z kolei drogówka nigdy nie zatrzymuje do kontroli
samochodu wiozącego do ślubu nowożeńców ani konduktu pogrzebo-
wego - taka kontrola sprawia, że kontrolującego przez rok omijają
pieniądze.
Rosyjskich następców Hipokratesa też nie omijają przesądy. Schodząc
z dyżuru personel ani swoim następcom ani pacjentom nie życzy
dobrej nocy, bo wiadomo, że po życzeniach rozpętuje się piekło-
pacjentom się pogarsza a karetki wciąż przywożą nowych chorych.
Panuje jeszcze jeden przesąd - jeżeli zamienisz się z kimś na dyżur, to
pewne jest, że nawet nie zmrużysz oka.
Do religii też się wkradły przesądy - wiele osób przystępuje do ko-
munii głównie dlatego, że jakiś domorosły cudotwórca zapewniał, że
podniesie to poziom....hemoglobiny. No i w cerkwi należy zapalić jak
najgrubszą świecę, albowiem ma to uchronić od "złego oka".
Czasy idą trudne, a więc wybrałam kilka rad, jak zapewnić sobie
bogactwo i powodzenie w finansach. Reguły są proste:
*zmiotkę w domu zawsze stawiać drapakiem do góry,
*pieniądze brać lewą, a oddawać prawą ręką,
*nie robić zakupów w poniedziałek - bo to oznacza wydatki przez
cały tydzień,
*nie pożyczać pieniedzy od nikogo we wtorek, bo całe życie będziesz
tonąć w długach,
*nie przeliczać pieniędzy wieczorem, bo ich nigdy ci nie przybędzie,
*gdy usłyszysz kukanie kukułki koniecznie trzeba brzęknąć pieniędz-
mi, wtedy zawsze będa w portfelu,
*aby w domowym budżecie nigdy nie zabrakło pieniędzy, należy
zawsze trzymać w wazonie trzy czerwone gozdziki, najlepiej
zakupione w czwartek.
I pamiętajcie - czarny kot wszędzie może przebiec wam drogę.........
anabell
chmur, nie istnieją przesądy i zabobony. Nic podobnego, czasopismo
rosyjskie "Itogi" stwierdza, że w Rosji, podobnie jak w całej Europie
nadal funkcjonują. W Kaliningradzie istnieje nawet Muzeum Przesądów,
a jego dyrektor Michaił Siemionow twierdzi, że przesądów nie da się
wyjaśnić racjonalnie i trzeba je przyjąć takimi, jakie są. Za grupę
najbardziej przesądnych na świecie M. Siemionow uważa studentów.
W zeszłym roku w parku 850-lecia Moskwy stanął nawet pomnik
studenckich przesądów. Na granitowym postumencie stoją buty, leży
indeks i piątak. Obok pomnika znajduje się szczegółowa instrukcja,
jak należy używać tych przedmiotów w praktyce. Niezawodnym
sposobem jest potarcie własnym indeksem o indeks granitowy.
Kolejną grupą przesądnych są kibice. Po wygranym meczu kibice
starannie składają ubrania, w których byli na meczu i nie używają ich
aż do następnej wyprawy na stadion, albowiem zachowuje się w nich
duch zwycięstwa. Nie wolno również , w trakcie meczu, zamieniać się
miejscami z sąsiadem. Sami piłkarze też nie pozostają w tyle -uważaja,
że w autobusie, którym drużyna jedzie na mecz nie może znależć się
kobieta. Jeżeli będzie - porażka gwarantowana.
Kierowcy też mają swoje sposoby na zapewnienie szczęścia- prawo
jazdy oraz kupno nowego auta należy solidnie opić, dodatkowo koła
najlepiej polać szampanem. Kierowcy z długim stażem radzą nie
obchodzić samochodu z przodu, bo to zła wróżba, należy też do niej
fotografowanie własnego samochodu. Jeżeli w starym samochodzie
wspomnimy o zamiarze kupna nowego - wypadek murowany.
A korzystanie z myjni usytuowanej blisko domu jest równoznaczne
z wystawieniem samochodu na żer złodziei. Aby uniknąć na drodze
spotkania z drogówką nie wolno w samochodzie gwizdać lub prze-
liczać banknotów. Z kolei drogówka nigdy nie zatrzymuje do kontroli
samochodu wiozącego do ślubu nowożeńców ani konduktu pogrzebo-
wego - taka kontrola sprawia, że kontrolującego przez rok omijają
pieniądze.
Rosyjskich następców Hipokratesa też nie omijają przesądy. Schodząc
z dyżuru personel ani swoim następcom ani pacjentom nie życzy
dobrej nocy, bo wiadomo, że po życzeniach rozpętuje się piekło-
pacjentom się pogarsza a karetki wciąż przywożą nowych chorych.
Panuje jeszcze jeden przesąd - jeżeli zamienisz się z kimś na dyżur, to
pewne jest, że nawet nie zmrużysz oka.
Do religii też się wkradły przesądy - wiele osób przystępuje do ko-
munii głównie dlatego, że jakiś domorosły cudotwórca zapewniał, że
podniesie to poziom....hemoglobiny. No i w cerkwi należy zapalić jak
najgrubszą świecę, albowiem ma to uchronić od "złego oka".
Czasy idą trudne, a więc wybrałam kilka rad, jak zapewnić sobie
bogactwo i powodzenie w finansach. Reguły są proste:
*zmiotkę w domu zawsze stawiać drapakiem do góry,
*pieniądze brać lewą, a oddawać prawą ręką,
*nie robić zakupów w poniedziałek - bo to oznacza wydatki przez
cały tydzień,
*nie pożyczać pieniedzy od nikogo we wtorek, bo całe życie będziesz
tonąć w długach,
*nie przeliczać pieniędzy wieczorem, bo ich nigdy ci nie przybędzie,
*gdy usłyszysz kukanie kukułki koniecznie trzeba brzęknąć pieniędz-
mi, wtedy zawsze będa w portfelu,
*aby w domowym budżecie nigdy nie zabrakło pieniędzy, należy
zawsze trzymać w wazonie trzy czerwone gozdziki, najlepiej
zakupione w czwartek.
I pamiętajcie - czarny kot wszędzie może przebiec wam drogę.........
anabell
sobota, 18 kwietnia 2009
Po co ja się tak wysilałam?
Otwieram ostatni nr miesięcznika Focus i - szczęka mi opada. Okazuje
się, że cały mój trud wychowywania dziecka był zupełnie niepotrzebny-
powinnam była spokojnie leżeć do góry brzuchem, a ono i tak byłoby
takie, jakie jest teraz.
Genetycy przekonują, że wpływ rodziców na wychowanie dzieci jest
znikomy. To geny mają wpływ na to, jakie będzie nasze dziecko, gdy
dorośnie.
Prawa genetyki mówią, że za 50% cech behawioralnych człowieka
odpowiadają geny, za kolejne 50% środowisko swoiste, natomiast wpływ
rodziny jest zerowy, w najlepszym wypadku wynosi 10%, które
"wyrywa " genom.
Po prostu dzieci wychowują się same, uczestnicząc w rówieśniczych
rozgrywkach, a jedyne co mogą rodzice uczynić dla rozwoju swoich
dzieci, to wnieść do ich bagażu genetycznego jak najlepszą pulę genów
i dbać, by przeżyły w dobrym zdrowiu.
Grupa rówieśnicza jest naturalnym środowiskiem dziecka. To do niej
dziecko stara się przystosować. Dzieci uczą sie wzajemnie od siebie jak
zdobywać status społeczny i jak walczyć o miejsce w grupie, aby zapro-
centowało to na dalszych etapach życia w innych grupach.
Cóż więc mogą zrobić rodzice, skoro o wychowaniu dzieci decydują geny
i rówieśnicy?
Po pierwsze rodzice nie powinni "reprodukować się" z byle kim. Nie brzmi
to miło, ale to bardzo istotne, z kim płodzi się dzieci, skoro "jakość"
dziecka zależy od genów.
Po drugie rodzice mogą i powinni sterować grupami rówieśniczymi, do
których przynależą ich dzieci i dlatego ważny jest wybór dobrego przed-
szkola i szkoły, oraz grupy, z którą się bawią. Chodzi o to, by grupy
rówieśnicze w tych miejscach składały się z dzieci ludzi ludzi o podobnym
(czy upragnionym przez nas) statusie, języku, kapitale kulturowym.
Po trzecie: musimy pamiętać, że częste zmiany zamieszkania szkodzą
dziecku, ponieważ za każdym razem musi ono budować swą pozycję
w grupie rówieśniczej, i może to się odbić na jego cechach.
Po czwarte - i najważniejsze-rodzice po prostu muszą się dobrze
opiekować dziećmi, zapewniając im jak najlepsze warunki bytowania,
by w zdrowiu dotrwały do czasu, aż bedą mieć własne dzieci.
No, odetchnęłam. Dobrze, że posłałam swoje dziecko do szkoły, w której
panował zdrowy snobizm -wiedzieć więcej niż inni. No i dobrze, że bawiła
się z dziećmi rodziców z kręgu naszych przyjaciół. Oczywiście dbałam
o nią, o stan jej zdrowia, prawidłowe odżywianie, rozwój fizyczny.
Cały czas myślałam, że ja ją wychowuję, a ona wychowywała się sama.
Tylko czemu to było dla mnie takie absorbujące?
Ciekawa jestem co Wy o tym myślicie?
anabell
P.S.
Zainteresowanych tematem odsyłam do książki wyd. J.Santorski&Co
Judith Rich Harris " Geny czy wychowanie.Co wyrośnie z naszych
dzieci i dlaczego"
się, że cały mój trud wychowywania dziecka był zupełnie niepotrzebny-
powinnam była spokojnie leżeć do góry brzuchem, a ono i tak byłoby
takie, jakie jest teraz.
Genetycy przekonują, że wpływ rodziców na wychowanie dzieci jest
znikomy. To geny mają wpływ na to, jakie będzie nasze dziecko, gdy
dorośnie.
Prawa genetyki mówią, że za 50% cech behawioralnych człowieka
odpowiadają geny, za kolejne 50% środowisko swoiste, natomiast wpływ
rodziny jest zerowy, w najlepszym wypadku wynosi 10%, które
"wyrywa " genom.
Po prostu dzieci wychowują się same, uczestnicząc w rówieśniczych
rozgrywkach, a jedyne co mogą rodzice uczynić dla rozwoju swoich
dzieci, to wnieść do ich bagażu genetycznego jak najlepszą pulę genów
i dbać, by przeżyły w dobrym zdrowiu.
Grupa rówieśnicza jest naturalnym środowiskiem dziecka. To do niej
dziecko stara się przystosować. Dzieci uczą sie wzajemnie od siebie jak
zdobywać status społeczny i jak walczyć o miejsce w grupie, aby zapro-
centowało to na dalszych etapach życia w innych grupach.
Cóż więc mogą zrobić rodzice, skoro o wychowaniu dzieci decydują geny
i rówieśnicy?
Po pierwsze rodzice nie powinni "reprodukować się" z byle kim. Nie brzmi
to miło, ale to bardzo istotne, z kim płodzi się dzieci, skoro "jakość"
dziecka zależy od genów.
Po drugie rodzice mogą i powinni sterować grupami rówieśniczymi, do
których przynależą ich dzieci i dlatego ważny jest wybór dobrego przed-
szkola i szkoły, oraz grupy, z którą się bawią. Chodzi o to, by grupy
rówieśnicze w tych miejscach składały się z dzieci ludzi ludzi o podobnym
(czy upragnionym przez nas) statusie, języku, kapitale kulturowym.
Po trzecie: musimy pamiętać, że częste zmiany zamieszkania szkodzą
dziecku, ponieważ za każdym razem musi ono budować swą pozycję
w grupie rówieśniczej, i może to się odbić na jego cechach.
Po czwarte - i najważniejsze-rodzice po prostu muszą się dobrze
opiekować dziećmi, zapewniając im jak najlepsze warunki bytowania,
by w zdrowiu dotrwały do czasu, aż bedą mieć własne dzieci.
No, odetchnęłam. Dobrze, że posłałam swoje dziecko do szkoły, w której
panował zdrowy snobizm -wiedzieć więcej niż inni. No i dobrze, że bawiła
się z dziećmi rodziców z kręgu naszych przyjaciół. Oczywiście dbałam
o nią, o stan jej zdrowia, prawidłowe odżywianie, rozwój fizyczny.
Cały czas myślałam, że ja ją wychowuję, a ona wychowywała się sama.
Tylko czemu to było dla mnie takie absorbujące?
Ciekawa jestem co Wy o tym myślicie?
anabell
P.S.
Zainteresowanych tematem odsyłam do książki wyd. J.Santorski&Co
Judith Rich Harris " Geny czy wychowanie.Co wyrośnie z naszych
dzieci i dlaczego"
Subskrybuj:
Posty (Atom)