niedziela, 21 czerwca 2009

2009 - Rok rocznic

1989 rok był rokiem przełomowym nie tylko dla Polski.
Pytani o minione lata, głównie narzekamy. Nagle okazuje się, że wszyscy
oczekiwali jakiegoś cudu- będzie wolność, równość, braterstwo i forsa.
A tu okazało się, że to nowe życie w niczym nie przypomina programu
rozrywkowego- ani lekkie, ani łatwe, ani przyjemne.
Ale proponuję, by wychylić nos z własnego podwórka i popatrzeć np. na
Bułgarię. Dlaczego na Bułgarię? Bo często i chętnie tam jezdziliśmy.
10 listopada 1989 roku został odsunięty od władzy Todor Żiwkow. Był
to koniec 45-letnich komunistycznych rządów. Należy pamiętać, że
Bułgaria była najbardziej posłusznym wschodnioeuropejskim satelitą
Moskwy. W krótkim czasie wprowadzono demokratyczne reformy,
zniesiono surową cenzurę w mediach, opozycjoniści i "wrogowie ludu"
przestali znikać bez śladu. Wyłoniono w wolnych wyborach parlament,
przyjęto nową konstytucję , która ustanowiła system wielopartyjny i
zagwarantowała prawa wszystkich obywateli , zaczęła się szybka libe-
ralizacja gospodarki.
Rozwiązanie RWPG (Rada Wzajemnej Pomocy Gospodarczej)pozbawiło
Bułgarię łatwo dostępnych rynków zbytu, podtrzymujących dotych-
czasową gospodarkę planową.Gwałtownie wzrosło bezrobocie, a inflacja
w 1991 roku sięgnęła 473%, pochłaniając oszczędności obywateli i
wpędzając większość z nich w skrajną nędzę. System finansowy był
obciążony miliardowymi zagranicznymi długami zaciągniętymi przez
partie komunistyczną i był na krawędzi bankructwa.
W Bułgarii prawo gospodarcze albo wogóle nie istniało, albo było
mocno przestarzałe i powstała sytuacja sprzyjająca rozkwitowi zorga-
nizowanej przestępczości. Bezkarnie wymuszano okupy, przemycano
paliwa, papierosy, narkotyki, kradzione samochody, prano pieniądze,
wyprowadzano środki z państwowych firm i banków. W końcu lat 90.
czarny rynek dawał od 30 do 35 % PKB.
Rozkwit mafii w postkomunistycznej Bułgarii oparty był na "systemie
państwowej kontrabandy". W latach 60. bezpieka bułgarska założyła
KINTEX, firme handlową sprzedającą broń i sprzęt wojskowy do
Afryki i na Bliski Wschód. W końcu lat 70. jej oddział pod nazwą
Ukryty Przewóz zajmował się szmuglowaniem złota, papierosów i
innych towarów.Korzystając ze swego centralnego położenia na
Bałkanach, Bułgaria kontrolowała prawie 80% przerzutu narkotyków
między Azją a Europą, a wszystko pod kontrolą rządu Żiwkowa.
W owym pamiętnym dniu 10 listopada 1989 roku dygnitarze wysokiego
szczebla nie tyle zrezygnowali z władzy, co sami sprywatyzowali
państwo, którym uprzednio rządzili. Komunistyczna dyktatura zmieniła
się w kapitalistyczny monopol. Nowi rządzący wsparli rodzącą się mafię.
Od połowy lat 90. w Bułgarii prawie codziennie dochodziło do gangster-
skich porachunków. Na liście ofiar znalezli się nie tylko członkowie
mafii, ale i prezesi klubów piłkarskich, sportowcy, bankierzy, agenci
ubezpieczeniowi, urzędnicy celni a nawet były premier Andrej Łukanow.
Zabójstwa na zlecenie stały się "najskuteczniejszym i najtańszym sposo-
bem rozwiązywania poważnych problemów ekonomicznych" -taką
opinię zawierał raport Centrum Badań nad Demokracją z 2007 roku.
Bułgaria stała się znana jako "Sycylia Bałkanów".
W Sofii i Brukseli oczekiwano, że sytuacja ulegnie zmianie, po wejściu
Bułgarii do Unii Europpejskiej. Owszem, w pewnym sensie uległa zmia-
nie, bo mafia rozszerzyła z początkiem nowego stulecia swoją dotych-
czasową działalność na oszustwa podatkowe, spekulacje nieruchomo-
ściami, defraudację unijnych funduszy akcesyjnych i machinacje przy
zamówieniach publicznych. Pojawili się też nowi gracze, luzno związani
z przestępczością lat 90., którzy akceptowani przez władzę wykorzy-
stali zdobyty kapitał do zmonopolizowania takich branż jak telekomu-
nikacja i elektryczność, dostawy wody, wywóz śmieci.
Niemiecki dziennikarz śledczy, Jurgen Roth napisał w swej nowej
kontrowersyjnej książce "Nowe bułgarskie demony" :funkcjonariusze
państwa i przestępcy to ci sami ludzie".
A opozycyjny parlamentarzysta ,Jane Janewi, powiedział niedawno:
"Przez ostatnich 20 lat nie było w Bułgarii systemu sprawowania
władzy.To niby-państwo. Istnieje teraz niebezpieczeństwo, że
mafia całkowicie przejmie kontrolę nad krajem".
Czasem dobrze jest poczytać co przez te 20 lat działo się w byłych
Krajach Demokracji Ludowej - prawda?

Wyrównaj z obu stron

czwartek, 18 czerwca 2009

Dlaczego znikają samoloty

Po ostatniej katastrofie airbusa AF447 wszyscy zaczynają się zastanawiać,
dlaczego samolot runął do wody- być może nigdy nie dowiemy się
przyczyny tego wypadku.
To nie pierwszy taki wypadek w dość długiej już historii lotnictwa.
Przepadło już wiele samolotów i do dziś nie wiemy dlaczego.
2 lipca 1937r, Amerykanka, Amelia Earhart, podjęła próbę lotu dookoła
świata - była pierwszą kobietą, podejmującą taką próbę. Niestety- był
to lot nieudany. Nie wiadomo co się stało, ale Earhart nigdy nie dotarła
nawet do wyspy Howland na Pacyfiku, na której miała zaplanowane
międzylądowanie. W 1940 r, na bezludnej wysepce leżącej na trasie
przelotu, znaleziono ludzkie kości, damski but i pustą skrzynkę po seks-
tancie. W 1998 roku przeprowadzone badanie tych szczątków wykazało,
że mogły to być szczątki Earhart.
Zapewne nieco starsi czytelnicy pamietają legendę swingu, Glenna
Millera. W czasie wojny Miller zgłosił się do lotnictwa. W dniu 15 grudnia
1944roku , Miller leciał z Anglii do Paryża. Nigdy do Francji nie doleciał,
szczątków samolotu nie odnaleziono. Prawdopodobnie z powodu gęstej
mgły trafił przez omyłkę w rejon nalotu dywanowego RAFu.
W tym samym roku, ale w lipcu, francuski pisarz Antoine de Saint-
Exupery wyleciał z Korsyki na misję zwiadowczą i nigdy z niej nie powrócił.
W 2004 roku znaleziono w Morzu Śródziemnym samolot, który po wydo-
byciu zidentyfikowano, jako samolot Exuperego. Jego szczątków nie
znaleziono. Niemiecki specjalista od archeologii podwodnej skojarzył miej-
sce, w którym odnaleziono wrak samolotu, z raportem pilota Luftwaffe,
Horsta Ripperta.
31 lipca 1944 roku ów pilot raportował,że w tym właśnie rejonie strącił
nieprzyjacielski samolot lockheed P38 "Lightning". Po latach Rippert
ze smutkiem skonstatował, że to on prawdopodobnie zestrzelił pisarza,
którego książki szczerze podziwiał.Stwierdził, że gdyby wówczas wiedział,
kto siedzi za sterami - nie strzelałby.
Podobno najczęściej samoloty giną w słynnym trójkącie bermudzkim.
Nie wszystkie zaginięcia są dobrze udokumentowane, ale to - tak.
5 grudnia 1945 roku o godzinie 14,10 pięć bombowców torpedowych
grumman TBF Avenger opuściło bazę Fort Lauderdale na Florydzie i
przepadło bez śladu. Nigdy nie znaleziono ani wraków samolotów, ani
szczątków załóg.Co sie stało, że zaginęło jednocześnie 5 samolotów do
dziś nie wiadomo.
W 1947 roku rozbił się samolot British South American Airways, mający
na pokładzie 11 pasażerów, lecący z Londynu do Santiago w Chile. Nagle
urwała się łączność z maszyną. Wraku nie odnaleziono, samolot uznano
za zaginiony.
Dopiero w 2000 roku znaleziono szczątki maszyny i ludzi na wysokości
5,5 tysiąca metrów , w pobliżu wulkanu Tupungato w argentyńskich
Andach.
Czasami niektórzy mają szczęście- 24 grudnia 1971 roku samolot
lockheed L-188A, z 92 osobami na pokładzie został trafiony przez piorun
i spadł w lesie deszczowym.
Jedenaście dni pózniej Indianie znalezli jedyną, ocalałą osobę-
17 -letnią Niemkę. Zanim ratownikom udało się dotrzeć do wraku,
minęły kolejne dwa tygodnie.
Istny koszmar przeżyli pasażerowie lotu 571, lecący turbośmigłowcem
urugwajskim z Montewideo do Santiago de Chile, w dniu 13 .X. 1972 r.
Na pokładzie było 45 pasażerów, a wśród nich członkowie drużyny rugby
Old Club Christian,s oraz ich opiekunowie i krewni.
Ponad szczytami Andów samolot walczył z huraganowymi porywami
wiatru i lodowatymi opadami śniegu. Przegrywając tę walkę maszyna
rozbiła się na zboczu góry.
Przy zderzeniu zginęło od razu kilkanaście osób. Było to miejsce,gdzie
nigdy nie stanęła stopa ludzka. Samoloty chiliskiego ratownictwa po-
wietrznego nie mogły wzbić się na wystarczająca wysokość, by
zauważyć rozbity samolot, leżący w wysoko położonej kotlinie.
W tydzień po tym, gdy samolot znikł z radarów, przerwano poszukiwa-
nia.
Pomimo tego część pasażerów przeżyła kilka miesięcy w tej wysoko-
górskiej krainie. Żywili się mięsem martwych współtowarzyszy.
W końcu grupka odważniejszych rozbitków spuściła się po zboczach do
doliny, by wezwać pomoc.
Wszyscy, którzy uszli z życiem z katastrofy, zostali uratowani.
Przyznam się szczerze, że nie jestem pewna, czy chciałabym znależć się
wśród tych, którzy się uratowali.
W 2003 roku, w Ekwadorze, na górze Chimborazo, znaleziono wrak samo-
lotu linii Saeta, który zaginął 15 sierpnia 1976 roku z 59 pasażerami .
A pamiętacie podróżnika Steva Fossetta? To on poleciał balonem dookoła
świata. A 3 września 2007 roku wystartował jednosilnikowym samolotem
bellanca , by przelecieć nad pasmem górskim Sierra Nevada w południowo
zachodniej części USA. Wystartował i już nie powrócił. Po wielu miesią-
cach poszukiwań został uznany za zmarłego. W rok po tym tajemniczym
zaginięciu , w górzystym regionie na obrzeżach Sierra Nevada, jacyś
wędrowcy znależli rzeczy osobiste Fosseta, między innymi licencję pilota
i sweter. Wkrótce potem ekipa poszukiwawcza znalazła roztrzaskany
samolot, ludzkie kości, karty kredytowe i pogryzione przez zwierzęta
prawo jazdy.
W listopadzie 2008 roku badania laboratoryjne jednoznacznie wykazały,
że były to szczątki Fossetta.
No cóż, czasem niektórym samolotom nie sprzyja szczęście. Tylko jak
rozpoznać wcześniej, który lot będzie pechowy?

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Mrówy, mrówki, mróweczki

Wakacje pukają do drzwi. Już niedługo opuścimy nasze betonowe
dżungle, wyjedziemy na tzw. "łono natury," na którym z całą pewnością
spotkamy sześcionożne, niepozorne, czarne zwierzątka , bez których
świat pogrążyłby się w chaosie, a Ziemia nie byłaby w stanie wykarmić
wszystkich żyjących organizmów.
Martwe rośliny, owady i małe zwierzęta zalegałyby masowo powierz-
chnię naszej planety. Mnożyłyby się na potęgę bezkręgowce-szkodniki
zżerając niezędne nam do życia rośliny. A tysiące roślin wyginęłoby
na zawsze, bo brak byłoby nosicieli ich pyłków kwiatowych.
Te bardzo ważne małe zwierzątka to....mrówki. Od lat fascynują filozo-
fów, pisarzy i naukowców. Ostatnio znalazły się w centrum zaintereso-
wania nowoczesnej biologii. Najbardziej badaczy interesuje to, jak te
ogromne społeczności żywych organizmów mogą funkcjonować jako
jeden wielki, niezwykle sprawny "superorganizm."
Pierwsze kolonie mrówek powstały na Ziemi około 150 milionów lat
temu. Od tego czasu zasiedliły wszystkie kontynenty poza Antarktydą,
zajmując każdą niszę ekologiczną, przyjmując funkcję myśliwych,
śmieciarzy, rolników, ewoluując w tysiące odmian o rozmaitych kształ-
tach i rozmiarach - od długości 1 mm do 5 cm.Te ostatnie posiadają
żądło do atakowania ofiar i na szczęście dla nas, żyją w Australii.
Naukowcy wyodrębnili około 14 tysięcy tych pożytecznych owadów.
Nie wykluczone, że drugie tyle czeka na odkrycie i opisanie.
Kolonie mrówek liczą sobie od kilkunastu do milionów osobników.
Składają się głównie z niepłodnych samic-robotnic, żołnierzy i opiekunek
oraz z jednej lub kilku samic zdolnych do rozrodu, zarządzających
całym mrowiskiem. Samce są hodowane tylko przez jakiś czas, jako
bezużyteczne trutnie, do czasu aż zapłodnią królową. Potem albo są
wyganiane, albo zabijane. Królowa jest zdolna do przechowywania
spermy nawet przez 10 lat, używając jej w miarę potrzeby do zapład-
niania milionów jajeczek.
W mrowiskach na całym świecie dzień i noc trwa aktywne życie :
działalność zwiadowcza, przetwarzanie pokarmu, walka z wrogami i
opieka nad młodymi. Współpraca jest tak ważna, że pojedyncza mrówka
zabrana z mrowiska bardzo szybko umiera.
Te skomplikowane działania społeczne są możliwe dzięki związkom
chemicznym - feromonom. Instynktem każdego owada steruje ponad
20 różnych związków chemicznych. Dzięki nim mrówki orientują się,
w którą stronę mają wyruszyć na poszukiwanie pokarmu po wyjściu
z mrowiska, która z mrówek właśnie umiera i trzeba ją usunąć z kolonii,
które mrówki potrzebują pożywienia, które są żołnierzami, a które
zajmują się przetwarzaniem odpadków kolonii. Także podejmowanie
przez całe kolonie skomplikowanych zbiorowych decyzji jest sterowane
przez feromony.
Niezwykłe zbiorowe zachowania mrówek, do których dochodzi dzięki
feromonom, przypominają do pewnego stopnia działania ludzkiego
mózgu. Pojedynczy neuron nie zdziała zbyt wiele. Ale kiedy współpra-
cują ze sobą w naszym mózgu miliardy neronów, reagując na odpo-
wiednią ilość chemicznych neuroprzekażników, to zaczyna się dziać
coś niezwykłego.
Naukowcy uważają, że pomiędzy funkcjonowaniem mrowiska i naszego
mózgu można dostrzec wiele podobieństw. Kiedy na podstawie danych
wzrokowych mózg wydaje nam komendę, w którą stronę mamy teraz
skierować gałki oczne, to w całą operację zaangażowana jest ogromna
ilość neuronów i neuroprzekazników.
Ale mrówki porozumiewają się ze sobą nie tylko związkami chemicznymi.
Porozumiewają się i za pomocą dzwięków, które wydają, pocierając
o siebie różne części ciała.
Efektywność pracy mrówek jest zdumiewająca. Przeciętna kolonia
mrówek południowo- amerykańskich potrafi przekopać i użyznić 40 ton
ziemi w czasie całego swego życia.
Są nie tylko "rolnikami", ale i hodowcami. Wiele kolonii hoduje mszyce,
narkotyzując je naturalnymi substancjami odurzającymi, by utrzymać
je w spokoju i traktuje je jako stałe zródło pokarmu, zjadając produko-
waną przez mszyce słodką substancję. Mrówki roznoszą również nasiona,
rozsiewając je w ziemi, zwłaszcza w Afryce i Australii.
Kolonie mrówek dostarczają naukowcom bezcennych danych na temat
tego, jak rozwija się życie w społeczeństwach.
I gdy wejdzie nam mrówka na koc, na którym właśnie leżymy,
popatrzmy na nią z sympatią i pomyślmy, że te maleństwa, miliony
lat przed człowiekiem wymyśliły architekturę, wybudowały
pierwsze farmy, nauczyły się porozumiewać dzwiękiem i feromonami,
a ich organizacja społeczna, choć dla nas wciąż tajemnicza, jest z całą
pewnością perfekcyjna.

czwartek, 11 czerwca 2009

Niezwykły człowiek - Stefan Drzewiecki

24 grudnia 1844 roku, w Kunce na Podolu (dzisiejsza Ukraina) ,
w zamożnej rodzinie szlacheckiej, urodził się Stefan Drzewiecki.
Jego dziadek walczył pod dowództwem Kościuszki i Dąbrowskiego,
a ojciec brał udział w powstaniu 1831 roku.
Po ukończeniu szkoły parafialnej ojciec zawiózł go do liceum we
Francji, do Auteuil. Następnie Drzewiecki podjął studia w Paryżu,
w Ecole Centrale. Przerwał na krótko, chcąc wziąć udział w powstaniu
styczniowym, ale gdy dotarł, powstanie już dogasało krwawo tłumione.
Wrócił do Paryża , dokończył studia, zdobył tytuł inżyniera i zajął się
pracą wynalazczą.
W 1867 r.opatentował w Paryżu licznik kilometrów dla dorożek kon-
nych - pierwowzór dzisiejszych liczników samochodowych. Urządzenie
weszło do produkcji, ale produkcja została przerwana wskutek wybuchu
wojny francusko-pruskiej, a pózniej Komuny Paryskiej. Drzewiecki
przyłączył się do komunardów, a po upadku Komuny wyjechał w 1871 r
do Wiednia. Tu zainteresował się techniką kolejową i opracował :
aparat rejestrujący prędkość parowozu, paraboliczny regulator silników
parowych, cyrkiel do wykreślania przekrojów stożkowych oraz auto-
matyczne urządzenie do sprzęgania wagonów. Swoje wynalazki przed-
stawił na wiedeńskiej Wystawie Powszechnej, a cyrkiel i regulator
wyróżniono nagrodami. Koleje austriackie zakupiły część jego pomysłów.
Ponadto na wystawie zaprezentował również projekt dromografu, który
automatycznie kreślił kurs płynącego statku. To urządzenie zwróciło
uwagę brata cara Aleksandra II. Książę po rozmowie z Drzewieckim,
który władał wspaniałą francuszczyzną i miał znakomite maniery, zapro-
ponował Drzewieckiemu stanowisko doradcy Komitetu Techniki
Marynarki Rosyjskiej z uposażeniem 500 rubli miesięcznie, oraz wyko-
nanie dromografu, za który natychmiast, po przedstawieniu kosztorysu
zostaną wypłacone pieniądze. I tym sposobem Drzewiecki trafił do
Rosji.
Dromografy Drzewieckiego były instalowane na rosyjskich statkach
wojennych. Podczas wojny turecko-rosyjskiej Drzewiecki został na
własne życzenie szeregowym marynarzem i wziął udział w walce
z tureckim pancernikiem. Połowa załogi rosyjskiej zginęła, Drzewiecki
przeżył i dostał order za odwagę. Po tej przygodzie powziął decyzję o
skonstruowaniu łodzi podwodnej. W 1877 r. zaprojektował i zbudował
pierwszą łódz podwodną. Kadłub był z płyt stalowych, miała w swym
wnętrzu miejsce dla jednej osoby, która własnymi nogami naciskała
na przekładnię typu rowerowego i wprawiała pojazd w ruch. Na zew-
nątrz kadłuba wystawały gumowe rękawy, dzięki którym można było
zamocować minę pod wrogim okrętem. Drzewiecki osobiście przetes-
tował łódz, przepływając nią w porcie w Odessie pod statkiem wojen-
nym.W dwa lata pózniej budował już następną, tym razem cztero
osobową łódz,wyposażoną w dwie miny i peryskopy. W 1880 roku car
oglądał dzieło Drzewieckiego w akcji i po pokazie car wydał dyspo-
zycję budowy 50 takich okrętów podwodnych.
Drzewiecki był nieprawdopodobnie pracowitym człowiekiem i niemal
co roku pojawiała się opracowana przez niego nowość.
Pracował nad sterowaniem głębokością statków, przerabiał swe łodzie
na elektryczne gdy tylko Edison skonstruował ołowiane akumulatory,
w latach 1885-86 uzbroił je w torpedy White-heada i aparaty torpedowe
swego pomysłu. Usprawniał w łodzi pompy wodne, zbiornik sprężonego
powietrza, śrubę, system sterowania.
Jego wyrzutnie torpedowe używane były w marynarce rosyjskiej,
francuskiej, brytyjskiej, amerykańskiej, niemieckie i włoskiej.
W 1893 r opatentował silnik spalinowy bez koła zamachowego a w 5 lat
pózniej ulepszony model. W tym samym roku zdobył pierwszą nagrodę
ministerstwa marynarki rosyjskiej za projekt okrętu podwodnego o
wyporności 120 ton, o napędzie hybrydowym: na powierzchni napędza-
ny był silnikiem parowym, pod wodą- elektrycznością. W 1908 roku
Rosja zbudowała według projektu Drzewieckiego okręt podwodny
z napędem spalinowym o wyporności 350 ton.
Drzewiecki był również twórcą metody matematycznego obliczania
kształtu i wymiaru optymalnej śruby napędowej dla danej jednostki.
Przebywając w Rosji zafascynował się aeronautyką. W 1887 roku
opublikował w Petersburgu pracę pt. "Samoloty w przyrodzie". Był
pierwszym naukowcem, który uważał lot maszyny cięższej od
powietrza za możliwy, Jego zdaniem miał to być płatowiec poruszający
się w powietrzu z określoną prędkością i wytwarzający dzięki temu
siłę nośną.
We Francji opatentował w 1909 roku projekt płatowca "Canard"
wyposażonego w tylne śmigło i samoczynne urządzenia stabilizujące.
Następnie zajął się śmigłami i Francuzi rozpoczęli produkcję śmigieł
jego pomysłu. Jego teoria dotycząca napędów śmigłowych została
nagrodzona w 1920 r. przez Francuską Akademię Nauk w Paryżu.
Gdy Drzewiecki ukończył 86 lat, zainteresował się energią atomów
i teorią grawitacji.
W wieku 91 lat opublikował swą nową pracę "Studium wodnych
młynków turbinowych".
Pracował intensywnie do końca swego życia, był aktywny, zaintereso-
wany nowościami technicznymi.
Zmarł 23 kwietnia 1938 w Paryżu, gdzie został pochowany.
W Warszawie, Poznaniu i Wrocławiu są ulice nazwane jego nazwiskiem.
Wiem, że ten post to istny tasiemiec, ale zafascynował mnie życiorys
naszego rodaka, o którym naprawdę dotąd nie słyszałam i wstydzę
się tego.
anabell

środa, 10 czerwca 2009

Fenicjanie

Pamiętacie ze szkoły coś niecoś o Fenicjanach? To ten lud, który ongiś
zamieszkiwał wschodnie wybrzeże Morza Śródziemnego, dzisiejsze
tereny Syrii, Libanu i Izraela.
Z całą pewnością Fenicjanie byli pierwowzorem przedsiębiorczości.
Nie byli wielkim narodem, nie mieli ogromnej armii a ich siła polegała
na sile intelektu i olbrzymiej mobilności.
To oni wprowadzili pierwsze pieniądze, w postaci metalowych tabli-
czek z pieczęcią. Opanowali i udoskonalili wytop brązu oraz szkła.
Około 1050 roku p.n.e. Fenicjanie stworzyli pierwsze pismo fonetyczne.
Pismo fenickie przejęły i zmodyfikowały okoliczne narody - Żydzi,
Grecy i Arabowie.
Język fenicki należał do grupy języków semickich i był spokrewniony
z hebrajskim, aramejskim, arabskim i maltańskim.
Najważniejszym bogiem ,wśród licznych bóstw, które czcili, był Baal,
bóg burzy i życiodajnego deszczu.
Położenie geograficzne Fenicji skazywało jej mieszkańców na koniecz-
ność pozyskiwania wielu niezbędnych dóbr drogą wymiany handlowej.
Fenicjanie nie tworzyli nigdy scentralizowanego państwa, lecz tylko
system autonomicznych miast- państw, oddzielonych od siebie dużymi
odległościami.
Fenicjanie zasłynęli jako niezrównani żeglarze oraz zdolni kupcy. Ich
statki, budowane z cedrowego drewna, szybko opanowały handel na
Morzu Śródziemnym. Docierali do najdalszych zakątków, gdzie
zakładali nowe kolonie.
Dopływali nawet do Wysp Brytyjskich zwanych wówczas Cynowymi,
a według Herodota, prawdopodobnie udało im się opłynąć Afrykę.
Pierwsze kolonie fenickie powstały na Cyprze już w IX wieku p.n.e,
na 30o lat, przed przybyciem tam Greków.
Kolejne kolonie pojawiły się na Sardynii, póżniej na Sycylii i Korsyce.
Na terenie dzisiejszej Hiszpanii i Portugalii fenickie pochodzenie mają
miasta: Alicante i Kadyks , Faro oraz Lizbona oraz wyspa Ibiza.
Liczne ślady pozostawili po sobie również w północnej Afryce -
Kartagina i Trypolis zawdzięczały swe powstanie Fenicjanom.
Ciągłe zakładanie kolonii osłabiło niestety Fenicję i stała się łatwym
łupem dla sąsiednich mocarstw. Najpierw znalazła się we władaniu
Babilonii, potem Persji, a w końcu IV wieku p.n.e. podbił ją Aleksander
Wielki.
Od tego czasu Fenicja na zawsze straciła niepodległość. W I wieku p.n.e
stała się częścią Cesarstwa Rzymskiego, a w VII wieku n.e. została
podbita przez Arabów.
Możnaby pomyśleć - ot, smutny koniec Fenicji, zniknęła. Nic bardziej
mylnego.
Ojczyzna Fenicjan dała im szansę na sukces demograficzny mierzony
liczbą genów przekazanych potomnym w odległych zakątkach Ziemi.
Z najnowszych badań genetycznych wynika, że w krajach śródziemno-
morskich co najmniej jeden uczeń każdej klasy jest potomkiem tego
starożytnego narodu.

niedziela, 7 czerwca 2009

Wyluzujcie, u nas jak w Wielkiej Brytanii

Wszyscy mamy dość ekscesów naszych parlamentarzystów. Co jakiś czas
okazuje się, że owi "wybrańcy narodu" nie są kryształowymi ludzmi.
A to używają służbowej karty płatniczej w celach pokrycia własnych
wydatków, a to zużywaja hektolitry paliwa na fikcyjne dojazdy, na obra-
dach śpią lub czytaja prasę. Chcę wszystkich pocieszyć? nasi nie są pod
tym względem wyjątkowi.
Na światło dzienne wychynęły rewelacje na temat chciwości, machlojek
i zwykłej nieuczciwości w brytyjskiej Izbie Gmin.
Opublikowane szczegóły z rozliczeń wydatków poselskich chwilami były
dziwne. Były minister rolnictwa z Partii Konserwatywnej zażądał dwóch
tysięcy funtów z pieniędzy podatników na utrzymywanie kanału wod-
nego w swojej posiadłości wiejskiej. Inny deputowany chciał 1645 funtów
na utworzenie " kaczej wysepki" na swoim stawie, by ptaki mogły tam
gniazdować i kryć się przed lisami.
"The Daily Telegraph" zdobyła zapis ponad 700 tysięcy rachunków z lat
2004 - 2008, pokazujących na co parlamentarzyści wydają państwowe
pieniądze.
Zgodnie z przepisami deputowani mają prawo do zwrotu kosztów utrzy-
mania lokum w drugim, dodatkowym miejscu zamieszkania.
Potrzebują oni rzekomo dwóch domów: jednego w pobliżu Westminsteru,
a zarazem drugiego, by mogli przebywać w swym okręgu wyborczym.
Brzmi to logicznie, ale jest to furtka do ogromnych nadużyć.
Np. dwaj deputowani z Partii Pracy odliczali sobie odsetki od dawno już
spłaconych kredytów hipotecznych. Deputowana Partii Pracy z Luton-
miasteczka na północ od Londynu - otrzymała 2500 funtów na remont
domu, który nie znajduje się ani w Londynie ani w Luton, ale w nad-
morskiej miejscowości Southampton, gdzie pracuje jej mąż. Pani deputo-
wana tłumaczyła, że wykonując tak ciężką pracę potrzebuje wsparcia
małżonka.
Okazuje się ponadto, że sporo deputowanych spekulowało na nieruch0-
mościach, wykorzystując dopłaty do utrzymywania drugiego lokum.
19 maja 1995r, po raz pierwszy od 1695 roku musiał podać się do dymisji
spiker Izby Gmin. Wydarzenie wręcz niebywałe, bo przez ostatnie 300
lat spiker był traktowany z honorami prawie królewskimi. Paradował
w historycznym stroju, miał do dyspozycji lokajów w perukach i okazałą
rezydencję w Westminsterze. Pełniący tę funkcję Michael Martin nie
tylko zarządzał ryczałtami dla parlamentarzystów ale i sam z nich
korzystał, otrzymując zwrot czterech tysięcy funtów za taksówki,
którymi jego żona jezdziła na zakupy.
Dymisja Martina nie załatwiła jednak sprawy. Ale przynajmniej do opinii
publicznej dotarły szokujące rewelacje dotyczące Partii Pracy, która
teoretycznie opowiadała się za socjalizmem, a praktycznie zgarniała co
się dało do własnej kieszeni.
Członkowie Izby Lordów wogóle nie są wybierani, lecz zasiadają tam
z urzędu lub nadania premiera.
Anglia jest krajem, w którym konstytucja w postaci skodyfikowanej na
piśmie nie istnieje i w rezultacie Brytyjczycy nie mają dokładnego
wyobrażenia o zasadach funkcjonowania własnego kraju. Coraz częściej
słychać głosy, że Izba Lordów też powinna być wybierana. Oczywiście
mówi się też o pełnej jawności , jeśli chodzi o posłów i ich wydatki.
I coraz częściej mówi się o konstytucji jako o pisanym akcie, określają-
cym jasno prawa przysługujące obywatelom.
Brzmi to bardzo rewolucyjnie, ale w Wielkiej Brytanii zmiany nie
następują zwykle szybko.
A my, skoro mamy konstytucję i skoro sami wybieramy wszystkich
posłów, nauczmy się korzystać z przysługujących nam praw oraz
spełniajmy wynikające z niej obowiązki.
A jak tam z Waszym udziałem w wyborach do PE? Byliście???

wtorek, 2 czerwca 2009

Mam mieszane uczucia.....

...czyli to co czujecie, gdy wasza teściowa ,waszym nowym samochodem
spada w przepaść. Ale tak naprawdę rzecz dotyczy zwrotu byłym właś-
cicielom ich byłych posiadłości, które po II wojnie światowej przejęło
państwo.Warto dodać, że obiekty te zostały bardzo starannie
wyremontowane, są konserwowane, są dla nas żywą lekcją historii.
Spadkobiercy rodziny Branickich żądają zwrotu Wilanowa, chociaż na
początku lat 90. zapewniali, że ich zdaniem taki obiekt powinien zostać
w rękach państwa. Lubomirscy rozpoczęli walkę o Wiślicz, Druccy-
Lubeccy o Bałtowo, Radziwłłowie o Jadwisin, Krasiccy o Lesko,
Krasińscy o Opinogórę, Czartoryscy o Gołuchów, Potoccy o Koniecpol,
Raczyńscy o stołeczną Akademię Sztuk Pięknych. Lista jest znacznie
dłuższa.
W żadnym innym państwie Europy nie występuje obecnie tak duże nasi-
lenie procesów reprywatyzacyjnych. Ponad 20 tysięcy nieruchomości
oddanych przez państwo według stanu pod klucz, kilka tysięcy postępo-
wań zmierzających już do pomyślnego dla właścicieli końca, kilkanaście
tysięcy kolejnych obiektów, co do których już zgłoszono żądania zwrotu,
około 400 mln zł wypłaconych odszkodowań- byli właściciele z innych
krajów Europy Środkowo-Wschodniej z pewnością obgryzają paznokcie
z zazdrości.
Na tle ubogiego ogółu mieszkańców naszego kraju, nagle setki tysięcy
ludzi stają się bardzo zamożne, bez jakiegokolwiek wkładu pracy
fizycznej bądz intelektualnej.
A ich wzbogacenie finansujemy my wszyscy-przecież te odszkodowania
płacone są z budżetu.
Co do obiektów zwracanych w naturze, niepokój budzi przyszły los odda-
wanych nieruchomości i los ich dotychczasowych użytkowników.
W wielu obiektach mieszczą się muzea i placówki naukowe, poza tym są
one udostępnione po przystępnej cenie dla zwiedzających. Nie będzie
również kontroli nad eksponatami.
Oczywiście nikt nie protestowałby, gdyby właściciele chcieli odzyskać
je w takim stanie, w jakim te obiekty były po wojnie. Ale "za komuny"
obiekty te zostały odbudowane dużym nakładem kosztów i starannie
konserwowane. Poza tym były wykorzystywane na cele społeczne,
kulturalne i naukowe. Część tych obiektów jeszcze przed wojną była
mocno zadłużona.
Państwo ma obowiązek, by w trosce o interes wszystkich obywateli,
zażądać od potomków ich byłych właścicieli zwrotu długów oraz
zwrotu nakładów poniesionych na odremontowanie i utrzymanie tych
obiektów.
Oczywiście potomkowie byłych właścicieli nie chcą nawet o tym słyszeć.
Większość właścicieli jest zdania, że państwo powinno im oddać za
darmo te wszystkie obiekty - a potem pomagać finansowo w ich utrzy-
maniu.
Jak na mój gust, to mają osobliwe poczucie humoru.
Odnoszę wrażenie, że nie jesteśmy jeszcze tak bogatym krajem, aby
zamożniejsi przedstawiciele naszego społeczeństwa dostawali od
państwa pokazne majątki oraz środki na ich utrzymanie.
Wakacje już blisko - może warto w tym roku trochę pozwiedzać,
póki jeszcze można : Wiślicz, Bałtów, Kozłówkę, Otwock Wielki,
Wilanów, Jadwisin, Lesko, Gołuchów, Koniecpol....

anabell