wtorek, 18 sierpnia 2009

Schodzę na Ziemię

Obiecałam, słowa dotrzymuję, temat Ufo i okolice odkładam ad acta.

Dotarło jakoś do mojej nadwątlonej świadomości, że jeszcze są wakacje.
Koniec sierpnia i nadchodzący wrzesień to jeszcze całkiem dobry czas
na wędrowanie. A ja chcę dzis zaprosić na wędrówkę śladami człowieka,
który wędrował po drogach i bezdrożach La Manchy.

Gdy przed kilku laty stu współczesnych pisarzy sporządziło listę powieści
wszechczasów, zdecydowanie wygrała powieść Miguela de Cervantesa.

W 2005 roku, w czterechsetną rocznicę pierwszego wydania powieści,
wyznaczono La Ruta de don Quijote - Drogę Don Kichota.
Nie jest okupowana przez turystów, a świat powieści Cervantesa nadal
wygląda tak jak przed setkami lat : małe senne miasteczka , prawdziwe
dziury zabite dechami a w nich kolorowe tłumy wieśniaków La Manchy.

La Mancha jest częścią Kastylii a jej początkiem jest wioska Esquivias.
To tu osiadł Miguel Cervantes z Madrytu, który poślubił Catalinę
de Palacios, pochodzacą właśnie z tej wioski.

Nazwa La Mancha wywodzi się z arabskiego "al-mansa" i oznacza kraj
bez wody. Hiszpanie jednak mówili "la -mancha", co po hiszpańsku
oznacza plamę.

W wiosce Esquivias, w domu, w którym mieszkał Cervantes, jest teraz
jego muzeum. Przywrócono domowi wystrój sprzed stuleci.
Gabinet Cervantesa udekorowano częściami starych zbroi, portretem
don Alonsa, (który był pierwowzorem Don Kichota), słynną misą
do golenia, czyli hełmem Mambrina.

Dziś stolicą La Manchy jest Toledo, które w czasach Cervantesa było
stolicą całego królestwa Kastylii.
Toledo liczy 82 tysiące mieszkańców, zaledwie 20 tysięcy wiecej niż
w czasach Cervantesa.

W okolicy Toledo odnajdziemy "bohaterów" najsłynniejszego epizodu
powieści- wiatraki. W oddalonej o 12 km od Toledo, wiosce Consuegra
stoi 12 wiatraków, a dwa z nich są uruchamiane z okazji fiesty.
Najstarszy z nich zbudowano w XVIII wieku.

W XVI wieku w Kastylii wiatraki były zupełną nowością,świeżo spro-
wadzoną z holenderskich prowincji, więc nic dziwnego, że Don
Kichot się przeraził i rzucił na owe potwory z mieczem.

Na południe od rzeki Tag, unijne autostrady się kończą, zaczyna się
Kastylia małych miasteczek, gdzie w dalszym ciągu działają małe,
prywatne gospodarstwa.

Zapewne wszyscy pamiętają, że każdy błedny rycerz wędrujący
tylko po to, by wszędzie czynić dobro, musiał posiadać "licencję
na czyny bohaterskie". Wg literaturoznawców Don Kichot otrzy-
mał swą licencję w zajezdzie w Puerto Lapice.
Wieś posiada jedną ulicę, która jest fragmentem jedynego w czasach
Cervantesa traktu z Walencji do Toledo i Madrytu. Wzdłuż ulicy stoją
piętrowe domki, ukryte za ogrodzeniem i furtą. Wieś liczy równo 1000
mieszkańców i ma trzy zajazdy ( w czasach Don Kichota były cztery).
Niemal wszystkie domki wyglądaja tak jak w czasach Cervantesa.

Kolejny punkt na drodze Don Kichota i to duża i bogata osada Alcazar
de San Juan, oddalona 20 km od Puerto Lapice. Przez długie lata
uchodziła za miejsce urodzenia Cervantesa.
Jednak w polowie XX wieku badacze odkryli, że miejscem urodzenia
pisarza było miasteczko Alcala de Henares w poblizu Madrytu.

Don Kichot ze swym wiernym Sancho , dotarli aż do Toboso, gdzie
błędny rycerz miał nadzieję dostapić zaszczytu ujrzenia damy swego
serca, Dulcynei.
Przed kościołem św. Antoniego stoi pomnik przedstawiający Don
Kichota klęczącego przed Dulcyneą.
Prototypem postaci Dulcynei była podobno Ana Martinez Zarco de
Morales, siostra niezbyt bogatego szlachcica z Toboso.
W listach Cervantesa można znalezć aluzje do romansu pisarza z ową
damą.
W Toboso rokrocznie w sierpniu odbywają się wybory królowej
Dulcynei. Wymagania nie są wygórowane- należy być pełnoletnią
dziewczyną z Toboso, na konkursie zaśpiewać piosenkę ludową,
zatańczyć jeden z tradycyjnych tańców w tradycyjnym stroju oraz
oczarować sobą członków jury.

Z Toboso szlak zawiedzie nas do miasteczka Argamasilla. Wg niektó-
rych badaczy właśnie to miasteczko, a nie Esquivias było miejscem
sportretowanym przez Cervantesa w powieści jako typowa wioska
La Manchy.
Stąd szlak zawiedzie nas na południe, by odwiedzić te miejsca, które
Don Kichot przemierzał jeszcze samotnie. To laguny Ruidery.
Płynie tu "zródełko miłości", odwiedzane przez kobiety, które jego
wodą omywaja twarze.
Tutaj, w lagunach Ruidery bohater Cervantesa wstąpił do świata
szlachetnych widm. W jaskini Montesinosa, w misterium z duchami,
dotarł do istoty swego obłedu, ukazał fundamentalne pojęcia ludz-
kiego ego : dobro i zło, miłość, sprawiedliwość.

Na starość Cervantes osiadł w Madrycie. Kościoła, w którym
pochowano pisarza już nie ma i nie wiadomo gdzie podziały się szczątki .
Na ścianie stojącej tu dziś światyni znajduje się tylko skromna tablica
informująca, że pochowani tu są Miguel Cervantes z żoną Cataliną
oraz mniszka Marcela de San Feliz, córka Lopego de Vegi.

sobota, 15 sierpnia 2009

UFO tu, UFO tam....

Zniecierpliwionych moim pisaniem o rzeczach dziwnych i nie do końca
udokumentowanych, pragnę pocieszyć, że to na razie jest ostatni post
z tej serii.

W 1908 roku, nad tajgą syberyjską eksplodował statek kosmiczny.
Nie żaden meteoryt, ale właśnie statek kosmiczny. Gdyby katastrofa
nastąpiła nad Europą, pochłonęłaby miliony ofiar a kraj wielkości Belgii
zniknąłby z powierzchni Ziemi.
W ułamku sekundy miliony drzew zamieniły się w popiół, zginęło tysiące
zwierząt i z pewnością pewna ilość koczowników, chłopów, pasterzy.
Naoczni świadkowie twierdzili, że obiekt miał kształt cylindryczny i był
jaśniejszy od świecącego wtedy słońca.
Badania przerowadzone przez naukowców udowodniły, że była to eks-
plozja statku kosmicznego o napędzie atomowym. Ośrodki meteo na
całym świecie odnotowały wstrząsy sejsmiczne, fala uderzeniowa
okrążyła Ziemię, stacja pomiarowa w Irkucku odnotowała zakłócenie
pola magnetycznego Ziemi, a w Moskwie i Londynie można było w
środku nocy robić zdjęcia lub czytać gazetę na ulicy.
Są również relacje świadków, którzy widzieli z dużej odległości chmurę
w kształcie grzyba, z której promieniował żar.
Zdjęcia z miejsca katastrofy tunguskiej do złudzenia przypominają foto-
grafie Hiroszimy i Nagasaki po zrzuceniu na nie bomb atomowych.

W 1967 roku uczeni z Instytutu Jądrowego w Dubnej potwierdzili tezę,
że katastrofa tunguska spowodowana została awarią statku kosmicz-
nego, ktorego materiałem napędowym mogła być antymateria.

W 1974 roku astronauta Edgar D.Mitchell, który był szóstym człowie-
kiem na Księżycu, powiedział w czasie konferencji prasowej: "Wszyscy
wiemy, że UFO naprawdę istnieje. Pytanie tylko, skąd przybywa".

Nadal nie wiemy skąd i po co przybywa UFO na naszą planetę. Między
listopadem 1976 a wiosną 1977 roku mieszkańcy Sterling i jego okolic,
(stan Colorado) tak często widywali UFO, że dla wielu z nich przestało
być interesujące.
Na niebie ciągle pojawiał się obiekt wielkości boiska piłkarskiego. Wylaty-
wała z niego niezliczona ilość mniejszych jednostek, które zbliżały się do
Ziemi i ponownie wracały do macierzystego statku. Świadkami tego
były tysiące ludzi oraz wskazania radaru.
Ale dla okolicznych farmerów zaczęła się prawdziwa gehenna. W ciągu
kilku tygodni znaleziono 72 sztuki zmasakrowanego bydła. Prawie
wszystkie ciała były pozbawione krwi i organów wewnętrznych i wid-
niały na nich okropne, zadane z chirurgiczną precyzją rany, ale nigdy
nie znaleziono śladów krwi. Nacięcia były cienkie i proste i wykonane
w wysokiej temperaturze, być może przekraczającej 1200 stopni.
Podobne okaleczenia zwierząt miały miejsca w 1989 roku w stanie
Idaho wokolicach Nouman, w Maple Valley w stanie Waszyngton,
w Red Cloud w stanie Nebraska.
W pazdzierniku 1992 roku plaga zabitych w dziwny i okrutny sposób
zwierząt nawiedziła stan Alabama. Wszędzie zwierzęta były w straszny
sposób okaleczane ( nie tylko bydło, konie i drobne zwierzęta również).
Podobne przypadki mnożyły się również w następnych latach.
Weterynarze stawiali jasne diagnozy - nie były to ślady po drapieżni-
kach, to były ślady po przeprowadzonych celowo operacjach.
Czy inne zwierzę, lub człowiek potrafiłoby usunąć krowie serce nie
uszkadzając przy tym osierdzia? I dlaczego wszystkie zwierzęta były
całkowicie pozbawione krwi?
We wszystkich tych miejscach, gdzie znajdowano okaleczone zwierzęta,
pozbawione różnych organów wewnętrznych widywano UFO, a nie-
kiedy i ich pasażerów. Byli niewysokiego wzrostu, z nieproporcjonalnie
dużymi głowami, skośnoocy, o bardzo czarnych oczach.

Doktor Henry Moneith, fizyk, po przejściu na emeryturę poświęcił się
badaniom zjawiska okaleczania zwierząt. Jezdził po stanach, gdzie
odnotowano te wydarzenia,, tropiąc ślady niesamowitych oprawców.
Rozmawiał i z Indianami.
Indianie Czirokezi znają owych przybyszów już od setek lat i nazy-
wają ich "gwiezdnymi ludzmi". Wg nich gwiezdni ludzie pracują nad
realizacją długotrwałego, naukowego projektu. Starannie wybierają
określone zwierzęta. Nie zabijają ich na chybił trafił. Przeznaczone do
doświadczeń egzemplarze są oznaczane i długo obserwowane.
Na koniec rozmowy z Moneithem Indianie apelowali, by "mieć zaufanie
do gwiezdnych ludzi".

Jeden z pracowników naukowych zadał sobie trud sprawdzenia, czy
okaleczne zwierzęta były oznaczone. Owszem były, ale znaki były
widoczne dopiero w świetle ultrafioletowym. Użyta do znakowania
substancja stała się zagadka dla naukowców- była mieszanką substancji
metalicznych i organicznych, która po około miesiącu traciła zdolność
świecenia.

Niestety nie tylko zwierzęta były obiektem badań obcych przybyszów.
Środkowoeuropejska sekcja Mutual UFO-Network, skupia naukowców
wielu dziedzin, którzy postanowili podejść do zjawiska UFO z należytą
powagą.
Uprowadzeni najczęściej potem tylko pamiętają, że widzieli dziwne
światło , a potem okazuje się, że w niewyjaśniony sposób stra-
cili, "zgubili" czas. Często towarzyszy temu uczucie braku orientacji
i zamęt w głowie. Na skórze są czasem widoczne czerwone ślady ,cienkie
cięcia, ukłucia igłą. Uprowadzeni miewają pózniej koszmarne sny o
świetlnych zjawiskach, latających obiektach, dziwnych istotach.
Ale dopiero w stanach hipnozy mogą zrekonstruować wydarzenia,
opisać wygląd swych prześladowców (niewysokie 1-1,5 m stworzenia,
o szarej skórze, czarnych oczach i czteropalczastych dłoniach) oraz
opowiedzieć jakim zabiegom byli poddawani.
Najczęściej mężczyznom pobierano nasienie, kobietom przeprowa-
dzano badania ginekologiczne i robiono punkcje jajników, wielu oso-
bom pobierano próbki tkanek mięśniowych z różnych części ciała.

Nie wiadomo czy wszyscy porwani wracali potem do domów- może
byli traktowani tak, jak owe zwierzęta.
Niektórzy byli uprowadzani kilkakrotnie w ciągu swego życia.

Nasuwa się pytanie - po co istoty pozaziemskie gromadzą nasz i zwie-
rzęcy materiał genetyczny?
Czy chcą tworzyć nasze klony czy też może hybrydy, krzyżówki
ludzkiego i pozaziemskiego życia?

Jest to dla nas wizja z pewnością szokująca i przerażająca, ale zgodna
z tym, co głoszą święte księgi, dziedzictwo wielu ziemskich kultur,
zgodnie twierdzących, że człowiek jest sztucznym produktem
pozaziemskich eksperymentatorów.

Bogowie-astronauci powrócili i zupełnie nie wiadomo czy to dla
nas, mieszkańców Ziemi, jest powód do radości.

Zainteresowanym tematem polecam książkę
Waltera-Jorga Langbeina: "SYNDROM SFINKSA"

piątek, 14 sierpnia 2009

Dogonowie i ich nieziemscy goście

Ciągle jest jeszcze sierpień, miesiąc spadających gwiazd, więc jeszcze
trochę pociągnę "gwiezdny temat".

W zachodniej Afryce, w Mali, w pobliżu góry Hombori mieszkają
Dogonowie. Oni, oraz sąsiadujące z nimi plemiona stały się obiektem
badań francuskiego antropologa, doktora Marcela Griaule. Przybył do
nich po raz pierwszy w 1931 r, następnie 1 946, wraz ze swoja asys-
tentką, a w 1951 r. opublikowali wyniki swych badań w pracy nauko-
wej pt:"Sudański układ Syriusza". Opisali w niej pradawne wierzenia
Dogonów, plemion Bambara, Bozo i Minianka.

Badacze stwierdzili, że wszystkie te ludy obchodzą uroczyście święta ku
czci Syriusza i jego niewidocznego towarzysza. A Dogonowie wyjaśniali:
nie czcimy jasnej, widocznej gwiazdy.Czcimy jej niewidocznego przyja-
ciela, którego nazywamy Digitaria a jego święto jest co 5o lat.
Wyjaśnili ponadto, że Digitaria wykonuje jedno okrążenie w trakcie
ok. 50 lat. Ich zdaniem jest to bardzo mała gwiazda, ale niebywale
ciężka i to ona kieruje i wpływa na Syriusza, jest podstawą systemu.
Dogonowie narysowali nawet układ Syriusza.
Zapytani o to, skąd o tym wszystkim wiedzą bez wahania odpowie-
dzieli:"wiemy od blizniąt Nommo, ziemnowodnych istot, mających rybie
ciała, przybyłych z otchłani Kosmosu. W czasie ich lądowania był duży
hałas i ogień, który zgasł, gdy latająca łódz bogów Nommo dotknęła
ziemi".
Oni byli nauczycielami ludzi i jako tacy trafili do religii oraz mitów
Dogonów oraz innych plemion. Ich wizerunki bardzo przypominają
postaci astronautów.

A jak się to ma do tego, co mówi nauka: ten "niewidoczny przyjaciel",
Syriusz B, został zauważony przez astronomów dopiero w 1862 roku.
Czas obiegu Syriusza B wynosi dokładnie 50,04 lat i jest to biały
karzeł, a jego średnica wynosi tylko 41 000 km , ma masę równą
masie Słońca i przez to wywiera wpływ na Syriusza A.

Bliznięta Nommo mieli ponoć rybie ciała- egipska Bogini Izyda była
często przedstawiana jako istota z rybim ogonem. Więc nie jest wy-
kluczone, że ta zaskakująca wiedza Dogonów jest spuścizną staro-
żytnej nauki egipskiej . Gdy naukowcy dokładnie prześledzili
wiedzę malijskiego ludu aż do zródeł, okazało się, że jej początki
giną w pomroce dziejów kraju nad Nilem.

Pomimo bardzo wielu badań i poszukiwań, nie udało się znależć
rozsądnego wytłumaczenia, dlaczego to, co od tysiącleci stanowi
element świętych przekazów , odpowiada dokładnie współczesnemu
stanowi nauki.

Od niepamiętnych czasów naucza się w Mali , że Syriusz B nie jest
jedynym towarzyszem jasno świecącego Syriusza A. Istnieje również
czterokrotnie lżejsza Emme Ye, dorównująca wielkością Digitarii.
Czas jej obiegu wynosi także 5o lat, chociaż Emme Ye ma większą
orbitę. W kosmogonii Dogonów podkreśla się, że Emme Ye porusza się
w tym samym kierunku co Syriusz B. Wokół niej krąży jej towarzysz,
Gwiazda Kobiet. Trzecim towarzyszem Syriusza A jest Szewc, który
krąży po dalszej orbicie i porusza się przeciwnie do orbity Emme Ye.

I jeszcze jedno - sprawdziłam w encyklopedii-Syriusz jest 8,6 lat
świetlnych od Ziemi.

wtorek, 11 sierpnia 2009

Wspaniałe laboratorium - Ziemia

Dawno, dawno temu, na dnie jednego z mórz planety Ziemia, grupa
astronautów z innej planety zbudowała olbrzymią kopułę.

Mówi o tym I Księga Mojżeszowa, oraz pozabiblijne, pradawne
zapiski, które uznawane były przez dawnych izraelitów za święte.

Sklepienie owej kopuły było przezroczyste, grube jedynie na 3 palce,
bo było wykonane z wyjątkowo twardego i mocnego materiału,
hartowanego "siłą ognia".
Kolejnym krokiem było wypompowanie wody z kopuły by ukazał się
suchy ląd.
Następnie zajęto się uprawą osuszonego kawałka dna morza. A na skle-
pieniu kopuły zainstalowano system lamp.

Tak powstało laboratorium doświadczalne, miniatura świata, który
nietrudno było objąć wzrokiem i mieć pod stałą kontrolą.

I właśnie w tym laboratorium powstał pierwszy człowiek, nie w drodze
powolnej ewolucji , ale w wyniku działań genetycznych.
Astronauci- naukowcy manipulując genami istot człekokształtnych i
swoimi genami, stworzyli w końcu rozumną istotę, do nich podobną.

Na tym zakończył się czas działania podwodnego laboratorium. Nie
wszystkie powstałe w laboratorium istoty spełniały założone przez
astronautów kryteria. Postanowiono zatopić laboratorium wraz z
jego licznymi, nieudanymi zupełnie mieszkańcami, a jednocześnie
zachować przy życiu gatunek Homo Sapiens i część zwierząt.

Pouczono najstarszego z rodu jak zbudować bezpieczny, niezatapialny
statek, będący właściwie łodzią podwodną. Gdy ci, co mieli być ocaleni
znalezli się w tym statku, laboratorium na dnie morza zostało zalane.

Ludzie wyprodukowani w laboratorium zostali w ten sposób wypu-
szczeni na wolność, mogli rozpocząć zasiedlanie lądów, co było począt-
kiem drugiego etapu planu astronautów- Stwórców.

Nasi Stwórcy-astronauci stale ingerowali w życie ludzi. Wybierali
niewielkie, reprezentatywne grupy i izolowali je od reszty świata.

Kochani, to nie jest nowa Biblia, ale jej tłumaczenie z materiałów
żródłowych, dokonane przez niemieckiego teologa Waltera-Jorga
Langbeina. Od kilkunastu lat Langbein pracuje naukowo i przemierza
świat szukając potwierdzenia swej teorii, że istoty, uznane kiedyś
za Bogów, Stwórców ludzi, były przybyszami z Kosmosu.

Do mnie ta teoria przemawia. Rozumiem teorię ewolucji, ale zawsze
zastanawiał mnie fakt, że "obok siebie" żyją małpy człekokształtne,
które jakoś nie mogą już wznieść się na kolejny etap rozwoju , oraz
my, Homo Sapiens.
Dlaczego w tym przypadku zatrzymał się rozwój małp?
A my - skąd mamy te 2% genów, którymi różnimy się od małp?

Nie wiadomo skąd pochodzili nasi Stwórcy - może z Syriusza?
Dogonowie i inne plemiona zamieszkujące góry Hombori w Mali, są
przekonani, że przed tysiącami lat przybyły na Ziemię istoty
z Syriusza. A wiedza Dogonów o tej planecie jest zadziwiająca. Ale
to już temat na odrębny post.

sobota, 8 sierpnia 2009

Spójrz na niebo nocą.....

Lubię spoglądać nocą na niebo, zwłaszcza w sierpniu. To miesiąc "spada-
jących gwiazd". Oczywiście to nie spadają gwiazdy, ale meteoryty.

Czasami widać przemieszczającego się satelitę i światła bardzo wysoko
lecącego samolotu. A czasami można zobaczyć coś bardziej zadziwiającego.

Pewnego wieczoru, gdy spacerowałam z psem i oglądałam przy okazji
nocne niebo, zobaczyłam coś, co zwróciło moją uwagę - obiekt znacznie
jaśniejszy i większy od świecących gwiazd przesuwał się dość szybko-
szybciej od widzianego kilka dni wcześniej satelity. Pomyślałam, że to
może jednak samolot, tylko lecący nieco niżej i stąd mam wrażenie,
że porusza się szybciej i świeci jaśniej. I gdy się tak zastanawiałam,
ów obiekt w mgnieniu oka zmienił kurs , ostro poszybował w dół .....
i zniknął.To nie był samolot, bo nie miał świateł pozycyjnych, a więc
co? Gdyby to był satelita, który doznał awarii to widziałabym
jego lot aż po linię horyzontu. A on zniknął w połowie wysokości między
niebem a ziemią.

Rozmawiałam o tym z wieloma osobami i nikt nie potrafił mi podpowie-
dzieć co to było.
Ale nie tylko ja nie wiedziałam co było przedmiotem mojej obserwacji.

15 września 1991 roku wahadłowiec Discovery okrążał Ziemię z pręd-
kością 28 tys. km/godz. Około 20,30 czasu wschodniego, za Ziemią
pojawiło się lśniące "coś", wyraznie widoczne na horyzoncie. Raptownie
zmieniło kurs i odleciało z powrotem w przestrzeń kosmiczną. Tę trans-
misję oglądały setki tysięcy amerykańskich telewidzów, ale całe zja-
wisko trwało zaledwie kilka sekund, więc zauważyli je tylko bardzo
spostrzegawczy telewidzowie. Jeden z czołowych badaczy UFO zareje-
strował na wideo cały przekaz z Discovery i zauważył ów dziwny obiekt.
Nagranie przekazał do dokładnej analizy prof. fizyki i profesorowi,
który jest analitykiem obrazów komputerowych.
Wg ich opinii UFO pojawiło się w odległości 29 tys. km od promu kosmicz-
nego, poruszało się z prędkością ok.92 000 km/godz a potem oddaliło się
w przestrzeń kosmiczną z szybkością 300 000 km/godz.
NASA pominęła to wszystko milczeniem, a potem złożyła oświadczenie,
że to nie było żadne UFO, lecz lód na osłonie wahadłowca.

Radary wojskowe zarówno w Ameryce jak i w Rosji niejednokrotnie
wykrywały UFO. Astronauci i piloci myśliwców widywali UFO podczas
wykonywania swych misji.

Lord Peter John Hill-Newton, brytyjski zwierzchnik sił zbrojnych w la-
tach 1971-1973 tak się wyraził: "Stany Zjednoczone, NATO oraz
Rosja przez lata śledzili obcych w ramach operacji pod kryptonimem
Mondust. W kręgach dowództwa wojskowego wiedziano o obserwa-
cjach, a nawet lądowaniach UFO, ale trzymano to w tajemnicy! Mam
na ten temat konkretne informacje!"

Zastanawia mnie dlaczego i kto odwiedza naszą planetę?
Czyżby odpowiedz była w starohinduskiej księdze "Subhanparwan"?
..."w dawnych czasach bogowie mieli zwyczaj przybywać na Ziemię.
Przyjmowali ludzką postać, badali ludzi..."

Nie przyszło Wam do głowy, że może oni są wśród nas od dawna, a
my nie jesteśmy w stanie ich rozpoznać? Są może wszechobecni i
bacznie się nam przyglądają. Czy ocenią nas pozytywnie, czy może
dojdą do wniosku, że nie zasługujemy na opinię rozumnego gatunku.

Głupota lub mądrość człowieka zależy wszak od tego, jak traktuje
naszą wspólną ojczyznę - Błekitną Planetę. Mamy do wyboru dwie
opcje: "uczyń Ziemię sobie poddaną" lub filozofię Indian, dla których
świat jest kompleksowym, delikatnym tworem, który został dany do
dyspozycji ludzi jedynie na pewien ograniczony czas.

Niewykluczone, że od tego jak zostaniemy sklasyfikowani, może zale-
żeć nasza przyszłość. Czy potraktują nas jak poważne, rozumne istoty,
czy jak materiał badawczy, obiekty do eksperymentów, z którymi
nie można nawiązać kontaktu?

A może Erich von Daniken ma rację? Może jesteśmy wytworem nauko-
wych eksperymentów, przeprowadzanych przez pozaziemskich
przybyszów w zamierzchłej przeszłości?

piątek, 7 sierpnia 2009

Rzeczy dziwne, ale prawdziwe

.....tyle jest rzeczy dziwnych na świecie- powiedziała mama Muminka.
I miała rację. Bo czy nie dziwną rzeczą jest hermafrodytyzm?

Osobniki wielu gatunków ryb są hermafrodytami, co oznacza, że każdy
z nich jest zdolny do odgrywania w rozmnażaniu płciowym zarówno
roli samca, jak i samicy, przy czym do reprodukcji nie zawsze jest mu
potrzebny przedstawiciel tego samego gatunku.

Dokładnie przebadano rodzinę ryb strzępielowatych i prażmowatych.
Okazuje się, że posiadają one jeden dwuczęściowy narząd płciowy:
jedna jego część produkuje jaja, druga plemniki. Części te mogą dojrzewać
w różnym czasie, ale gdy obie osiągają pełną dojrzałość, to każda z nich
jest całkowicie sprawna i gotowa do funkcjonowania.

Mały strzępiel żyjący w rafach wybrzeży Florydy, uprawia zapłodnienie
krzyżowe. W okresie tarła jeden osobnik przejmuje na siebie rolę samca,
zapładniając jaja innego osobnika, który tymczasowo jest samicą.
Następnie obie ryby zamieniają się rolami.

Inny gatunek strzępiela, granik, przechodzi w swym cyklu życiowym
dwie zmiany płci. Dojrzewa płciowo jako samiec, następnie wchodzi w
okres, w którym jest jednocześnie samcem i samicą, a resztę swego
życia spędza jako funkcjonalna samica.
Odwrotny proces ma miejsce u wielu wargaczowatych, u których
dorosłe samice stają się z upływem czasu samcami.

Istnieje również gatunek ryb zupełnie samowystarczalnych. Występują
one w płytkich wodach Florydy i Karaibów. Zazwyczaj rozmnażają się
składając jaja i polewając je własną spermą, ale niektóre osobniki
zdolne są zapładniać własne jaja wewnątrz swojego ciała.

Ryby obupłciowe czerpią także jedną wielką korzyść natury ewolu-
cyjnej. Kiedy spotkają się dwa osobniki tego samego gatunku, oba
mogą zostać zapłodnione.
A osobniki, ktore w młodym wieku są samicami, a potem, gdy urosną
stają się samcami, mają maksymalnie wiele okazji do rozmnożenia się
i przekazania swojej wyjątkowej cechy fizjologicznej następnym
pokoleniom.

Do napisania tego posta skłoniła mnie lektura pewnego artykułu ,
w którym donoszono o wynalezieniu syntetycznej ludzkiej spermy.
Na szczęście autor tego artykułu nie omdlewał z zachwytu nad owym
wynalazkiem i podszedł do tej sprawy rzetelnie. Tu muszę pocieszyć
zaniepokojonych tym wynalazkiem panów - jeszcze długo nie, a potem
pewnie wcale.

Swoja drogą , to trochę się rozmarzyłam czytając o zmianie płci u ryb.
Wyobrazcie sobie miłe panie - mężczyzna zmienia się po pewnym
czasie w kobietę. I wraz z tą zmianą musi doświadczyć wszystkich
"radości" fizjologicznych i socjologicznych bycia kobietą.
Ale by się działo!!!

poniedziałek, 3 sierpnia 2009

Prawie o seksie

Sezon ogórkowy w pełni, na blogach lekki zastój, więc postanowiłam
napisać coś o...... grypie A (H1N1).
A dlaczego to jest prawie o seksie? No coż, podobnie jak seks, wiedzie
delikwentów do łóżka.

Co kilka dni media informują nas o nowych przypadkach zachorowań
w Polsce .Epidemiolodzy Światowej Organizacji Zdrowia straszą, że
apokalipsa nastąpi jesienią, gdy nastąpi trzecia fala grypy A(H1N1).

Nie wiem czy ktoś jeszcze pamięta, jak wiosną 1976 roku padła nazwa
"świńska grypa". Donosiły o niej amerykńskie gazety. Nowa grypa
szerzyła się wśród żołnierzy wojennej bazy Fort Dix w New Jersey,
a trzech z nich zmarło.
Szef Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorób (CDC) oznajmił wtedy,
że nad krajem zawisło śmiertelne niebezpieczeństwo. Panikę podchwy-
ciły media i po kilku dniach podjęto decyzję o powszechnych szczepie-
niach nową szczepionką, zawierającą szczep H1N1.

Gdy wyprodukowano 50 milionów szczepionek, światło dzienne ujrzały
dwa fakty. Primo - całe zagrożenie nową chorobą było propagandowym
trikiem CDC. Secundo : nowa szczepionka miała szkodliwe skutki
uboczne, w wyniku których zmarło 30 osób a kilka tysięcy Amerykanów
stało się inwalidami - po szczepieniu wystapiły u nich silne neurozy
i paraliż.

Państwo wypłaciło 100 mln dolarów odszkodowań, ale CDC zachowało
olimpijski spokój - dochody firm farmaceutycznych znacznie przewyż-
szyły sumę wszystkich odszkodowań.

Największe zyski odnotowuje szwajcarska firma Roche Holding AG,
która wyprodukowała lek o nazwie TAMIFLU, blokujący namnażanie
się wirusa grypy. Koncern przekazuje kapsułki TAMIFLU do WHO.
Gdy w maju tego roku napłynęły pierwsze meldunki o zachorowaniach
w Meksyku, koncern przekazał WHO 5 milionów opakowań bezpłatnie.
Ale nie zachwycajcie się bezinteresownością f-my Roche - dzięki reko-
mendacji WHO, firma otrzymała zamówienia na lek od rządów różnych
krajów na 35 milionów opakowań, a poza tym 85 krajów świata ma
stworzyć strategiczne rezerwy TAMIFLU, aby zapewnić dostęp do
preparatu 25 -50% ludności Ziemi. Koncern gotów jest zapewnić
preparat krajom rozwijającym się za niską cenę lub na kilkuletni kredyt.

Rola WHO jest niestety w tym wszystkim dwuznaczna. Daje firmom
farmaceutycznym najefektywniejszą reklamę ale i pomaga tuszować
niedoróby tych firm w przypadkach gdy ich wyroby powodują złe
skutki uboczne. W Japonii 54 nastolatków po stosowaniu TAMIFLU
popełniło samobóstwo. Śledztwo prowadzone pod kuratelą WHO
wyciszyło skandal.

Wokół leków i szczepionek przeciwko świńskiej grypie powstaje cała
masa teorii spiskowych.
Pracowniczka CDC opublikowała pracę, w której twierdzi, że kombina-
cji ósmego segmentu genomu wirusa H1G1 nigdy nie stwierdzono ani
wśród świńskich ani wśród ludzkich wirusów, co świadczy o jego labora-
toryjnym pochodzeniu.

Do szczepionkowego wyścigu stanęło kilka dużych firm - w Kanadzie,
Szwajcarii, Francji, Japonii.

A tymczasem posłuchajmy rad epidemiologów:
1). Gdy kichasz lub kaszlesz nie dziel się z innymi swoimi płynami ustro-
jowymi, zakrywaj nos i usta chusteczką jednorazową.
2). Pozbywaj się zużytych chusteczek szybko i w sposób bezpieczny dla
innych.
3). Często myj ręce ciepłą wodą z mydłem, zwłaszcza po powrocie do
domu.
4). Często czyść klamki, przy użyciu zwykłych środków czystości.
5). Dopilnuj, aby twoje dzieci stosowały te same zasady higieny.
6). Jeżeli masz wysoką gorączkę i objawy grypy takie, jakie miałeś
dotychczas, nie lekceważ, idz do lekarza, to może być grypa A(H1N1).