Przyznam się bez bicia - do pisania o Turcji natchnęła mnie wizyta na
blogu Caffe.
W Turcji byłam zaledwie dwa razy i to w odstępie kilkunastu lat. Każdy
z tych pobytów był inny - w czasie pierwszego pobytu zwiedzałam
Stambuł, drugim razem byłam nad morzem, w Alanyi.
Turcję odbieram jako bardzo przyjazny kraj. To kraj ludzi gościnnych,
łatwo i chętnie nawiązujacych znajomości. Ich gościnność jest dla nas
wręcz zaskakująca- czy ktoś z nas zaprasza osobę zupełnie nieznaną
do własnego domu i traktuje ją jak członka rodziny? W naszym pojęciu
są chwilami wścibscy -dopytują się o liczbę dzieci, wykonywany zawód,
wiek, zarobki. Gdy już zostanie się ich gościem w domu to nie można
liczyć ani na chwilę samotności. Towarzyszą ci od rana do wieczora,
podsuwają co chwilę coś do jedzenia, oprowadzają po wszystkich miej-
scach, które ich zdaniem powinieneś zobaczyć. I jeszcze wciskają Ci
prezenty, więc dobrze jest mieć ze sobą jakiś upominek, charakte-
rystyczny dla kraju swego pochodzenia. Trzeba też sobie zdawać
sprawę, że potem należy utrzymywać ze swymi gospodarzami kon-
takt listowny - nie muszą to być długie listy, wystarczą widokówki z
pozdrowieniami.
Życie w Stambule lub Ankarze bardzo różni się od tego na prowincji.
Na prowincji króluje tradycja. A prowincja turecka w wielu rejonach
kraju jest dla nas nieco przerażająca. Wioski, w których zatrzymał się
czas nie są wcale rzadkością. Całkowity brak kanalizacji, woda ze
studni, jeden telefon ( u sołtysa), przejazd rano i wieczorem mikrobu-
sem to jedyne połączenie z miastem, lekarzem i szkołami średnimi.
Rytm życia wyznacza wiara i tradycja.
W stosunkach pomiędzy obiema płciami nadal rozstrzygajacą rolę
odgrywaja nakazy islamskie. Tabu stanowi wszystko, co zmniejsza
dystans pomiędzy kobietą a mężczyzną.
Mężczyzna ma obowiązek wypełniać zasady społeczeństw patriarchal-
nych.
Oczywiście tego wszystkiego nie zobaczymy w Stambule ani w nadmor-
skich kurortach.
Ale te wszystkie zasady są mocno zakorzenione w świadomości Turków-
wiedzą doskonale, skąd płyną do nich pieniądze, więc wybaczają obcokra-
jowcom najczęściej niecelowe, wynikłe z ich niewiedzy, naruszanie tabu.
O pobycie nad morzem nie będę pisać - słońce, plaża, basen hotelowy
otoczony drzewami, które dawały cień, - wszystko to sprawiało radość,
a właściciel pensjonatu dbał, aby było nam przyjemnie.
Przychodził co wieczór i z nami rozmawiał, interesując się jak nam jest.
W następnym poście napiszę o tym, co warto zobaczyć w Stambule.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
piątek, 21 sierpnia 2009
czwartek, 20 sierpnia 2009
150. Władza na urlopie
Ponieważ to jest 150 mój post, pozwolę sobie w nim na ploty.
W sierpniu w europejskich metropoliach z lekka zamiera życie.
Autochtoni opuszczają gorące mury i przenosza się w plener.
W miejscowościach turystycznych wraz ze wzrostem temperatury
rosną gwałtownie ceny usług i towarów.
Wielcy tego świata też ulegają ogólnemu trendowi i usiłują choć kilka
dni spędzić z dala od obowiązków, w miarę mozliwości na łonie przyro-
dy i w otoczeniu rodziny.
Niektórym uda się wygospodarować nieco więcej wolnego czasu, ale
premier Szwecji, Fredrik Reinfeldt, ma w tym sezonie "przechlapane".
Szwecja przejęła aktualnie rotacyjną prezydencję Unii Europejskiej,
więc nie jest to czas na urlop.
Barack Obama wygospodaruje na urlop zaledwie tydzień, który spędzi
wraz z rodziną i przyjaciółmi na wyspie Martha's Vineyard u wschod-
nich wybrzeży Ameryki.
Angela Merkel wybrała wakacje niejako " przy okazji"- w końcu lipca
otwierała festiwal w Bayreith. Pochodziła po górach południowego
Tyrolu - to miejsce we Włoszech, gdzie króluje język niemiecki. Teraz
pani Merkel ma mnóstwo spraw na głowie i wielce pracowicie spędza
czas w Berlinie, szykując się do ogolnokrajowych wyborów, w których
ubiega się o II kadencję.
Prezydent Dmitrij Miedwiediew i premier Władimir Putin planują
spędzenie urlopu w oficjalnych rezydencjach rządowych.
Sierpień bywał w Rosji niespokojny ( w zeszłym roku Rosja ruszyła do
wojny z Gruzją), a obecnie pesymistyczne nastroje związane z gospo-
darką skłaniają do spędzania urlopu blisko domu.
Nicolas Sarkozy, po niedawnym zasłabnięciu podczas joggingu, dostał
polecenie od lekarzy, by na trzy tygodnie zwolnić tempo życia i czas
ten spędza w rezydencji swej teściowej.
Silvio Berlusconi ma co najmniej 18 osobistych nieruchomości, w któ-
rych mógłby spędzać urlop. Dla podreperowania swego nadwyrężo-
nego wizerunku moralnego wybrał posiadłość w Abruzji, spustoszonej
kwietniowym trzęsieniem ziemi.
Jose Manuel Barroso, szef Komisji Europejskiej, nie będzie miał spokoj-
nego lata, które planował spędzić w swym domu w Lizbonie.
W końcu sierpnia musi wrócić do Brukseli i już teraz poświęca czas na
pisanie wielkiego przemówienia.
Minister zdrowia Niemiec, Ulla Schmidt, spędzając urlop na Costa
Blanca, zażyczyła sobie, by służbowy, opancerzony mercedes klasy S,
wraz z szoferem, przyjechał po nią z Berlina (2,4 tys.km), by zabrać
ją do domu. Mercedes został niestety skradziony w Hiszpanii.
Pomysł pani minister nie tylko jej "odbił się czkawką" ale również
pokrzyżował plany rozpoczęcia kampanii Frankowi-Walterowi
Steinmeierowi, liderowi socjaldemokratów, który ma być konkuren-
tem Angeli Merkel we wrześniowych wyborach.
Zauważyliście chyba, że nie napisałam nic o naszych politykach - to
chyba jasne, nie zaliczają się po prostu do wielkich tego świata.
W sierpniu w europejskich metropoliach z lekka zamiera życie.
Autochtoni opuszczają gorące mury i przenosza się w plener.
W miejscowościach turystycznych wraz ze wzrostem temperatury
rosną gwałtownie ceny usług i towarów.
Wielcy tego świata też ulegają ogólnemu trendowi i usiłują choć kilka
dni spędzić z dala od obowiązków, w miarę mozliwości na łonie przyro-
dy i w otoczeniu rodziny.
Niektórym uda się wygospodarować nieco więcej wolnego czasu, ale
premier Szwecji, Fredrik Reinfeldt, ma w tym sezonie "przechlapane".
Szwecja przejęła aktualnie rotacyjną prezydencję Unii Europejskiej,
więc nie jest to czas na urlop.
Barack Obama wygospodaruje na urlop zaledwie tydzień, który spędzi
wraz z rodziną i przyjaciółmi na wyspie Martha's Vineyard u wschod-
nich wybrzeży Ameryki.
Angela Merkel wybrała wakacje niejako " przy okazji"- w końcu lipca
otwierała festiwal w Bayreith. Pochodziła po górach południowego
Tyrolu - to miejsce we Włoszech, gdzie króluje język niemiecki. Teraz
pani Merkel ma mnóstwo spraw na głowie i wielce pracowicie spędza
czas w Berlinie, szykując się do ogolnokrajowych wyborów, w których
ubiega się o II kadencję.
Prezydent Dmitrij Miedwiediew i premier Władimir Putin planują
spędzenie urlopu w oficjalnych rezydencjach rządowych.
Sierpień bywał w Rosji niespokojny ( w zeszłym roku Rosja ruszyła do
wojny z Gruzją), a obecnie pesymistyczne nastroje związane z gospo-
darką skłaniają do spędzania urlopu blisko domu.
Nicolas Sarkozy, po niedawnym zasłabnięciu podczas joggingu, dostał
polecenie od lekarzy, by na trzy tygodnie zwolnić tempo życia i czas
ten spędza w rezydencji swej teściowej.
Silvio Berlusconi ma co najmniej 18 osobistych nieruchomości, w któ-
rych mógłby spędzać urlop. Dla podreperowania swego nadwyrężo-
nego wizerunku moralnego wybrał posiadłość w Abruzji, spustoszonej
kwietniowym trzęsieniem ziemi.
Jose Manuel Barroso, szef Komisji Europejskiej, nie będzie miał spokoj-
nego lata, które planował spędzić w swym domu w Lizbonie.
W końcu sierpnia musi wrócić do Brukseli i już teraz poświęca czas na
pisanie wielkiego przemówienia.
Minister zdrowia Niemiec, Ulla Schmidt, spędzając urlop na Costa
Blanca, zażyczyła sobie, by służbowy, opancerzony mercedes klasy S,
wraz z szoferem, przyjechał po nią z Berlina (2,4 tys.km), by zabrać
ją do domu. Mercedes został niestety skradziony w Hiszpanii.
Pomysł pani minister nie tylko jej "odbił się czkawką" ale również
pokrzyżował plany rozpoczęcia kampanii Frankowi-Walterowi
Steinmeierowi, liderowi socjaldemokratów, który ma być konkuren-
tem Angeli Merkel we wrześniowych wyborach.
Zauważyliście chyba, że nie napisałam nic o naszych politykach - to
chyba jasne, nie zaliczają się po prostu do wielkich tego świata.
wtorek, 18 sierpnia 2009
Schodzę na Ziemię
Obiecałam, słowa dotrzymuję, temat Ufo i okolice odkładam ad acta.
Dotarło jakoś do mojej nadwątlonej świadomości, że jeszcze są wakacje.
Koniec sierpnia i nadchodzący wrzesień to jeszcze całkiem dobry czas
na wędrowanie. A ja chcę dzis zaprosić na wędrówkę śladami człowieka,
który wędrował po drogach i bezdrożach La Manchy.
Gdy przed kilku laty stu współczesnych pisarzy sporządziło listę powieści
wszechczasów, zdecydowanie wygrała powieść Miguela de Cervantesa.
W 2005 roku, w czterechsetną rocznicę pierwszego wydania powieści,
wyznaczono La Ruta de don Quijote - Drogę Don Kichota.
Nie jest okupowana przez turystów, a świat powieści Cervantesa nadal
wygląda tak jak przed setkami lat : małe senne miasteczka , prawdziwe
dziury zabite dechami a w nich kolorowe tłumy wieśniaków La Manchy.
La Mancha jest częścią Kastylii a jej początkiem jest wioska Esquivias.
To tu osiadł Miguel Cervantes z Madrytu, który poślubił Catalinę
de Palacios, pochodzacą właśnie z tej wioski.
Nazwa La Mancha wywodzi się z arabskiego "al-mansa" i oznacza kraj
bez wody. Hiszpanie jednak mówili "la -mancha", co po hiszpańsku
oznacza plamę.
W wiosce Esquivias, w domu, w którym mieszkał Cervantes, jest teraz
jego muzeum. Przywrócono domowi wystrój sprzed stuleci.
Gabinet Cervantesa udekorowano częściami starych zbroi, portretem
don Alonsa, (który był pierwowzorem Don Kichota), słynną misą
do golenia, czyli hełmem Mambrina.
Dziś stolicą La Manchy jest Toledo, które w czasach Cervantesa było
stolicą całego królestwa Kastylii.
Toledo liczy 82 tysiące mieszkańców, zaledwie 20 tysięcy wiecej niż
w czasach Cervantesa.
W okolicy Toledo odnajdziemy "bohaterów" najsłynniejszego epizodu
powieści- wiatraki. W oddalonej o 12 km od Toledo, wiosce Consuegra
stoi 12 wiatraków, a dwa z nich są uruchamiane z okazji fiesty.
Najstarszy z nich zbudowano w XVIII wieku.
W XVI wieku w Kastylii wiatraki były zupełną nowością,świeżo spro-
wadzoną z holenderskich prowincji, więc nic dziwnego, że Don
Kichot się przeraził i rzucił na owe potwory z mieczem.
Na południe od rzeki Tag, unijne autostrady się kończą, zaczyna się
Kastylia małych miasteczek, gdzie w dalszym ciągu działają małe,
prywatne gospodarstwa.
Zapewne wszyscy pamiętają, że każdy błedny rycerz wędrujący
tylko po to, by wszędzie czynić dobro, musiał posiadać "licencję
na czyny bohaterskie". Wg literaturoznawców Don Kichot otrzy-
mał swą licencję w zajezdzie w Puerto Lapice.
Wieś posiada jedną ulicę, która jest fragmentem jedynego w czasach
Cervantesa traktu z Walencji do Toledo i Madrytu. Wzdłuż ulicy stoją
piętrowe domki, ukryte za ogrodzeniem i furtą. Wieś liczy równo 1000
mieszkańców i ma trzy zajazdy ( w czasach Don Kichota były cztery).
Niemal wszystkie domki wyglądaja tak jak w czasach Cervantesa.
Kolejny punkt na drodze Don Kichota i to duża i bogata osada Alcazar
de San Juan, oddalona 20 km od Puerto Lapice. Przez długie lata
uchodziła za miejsce urodzenia Cervantesa.
Jednak w polowie XX wieku badacze odkryli, że miejscem urodzenia
pisarza było miasteczko Alcala de Henares w poblizu Madrytu.
Don Kichot ze swym wiernym Sancho , dotarli aż do Toboso, gdzie
błędny rycerz miał nadzieję dostapić zaszczytu ujrzenia damy swego
serca, Dulcynei.
Przed kościołem św. Antoniego stoi pomnik przedstawiający Don
Kichota klęczącego przed Dulcyneą.
Prototypem postaci Dulcynei była podobno Ana Martinez Zarco de
Morales, siostra niezbyt bogatego szlachcica z Toboso.
W listach Cervantesa można znalezć aluzje do romansu pisarza z ową
damą.
W Toboso rokrocznie w sierpniu odbywają się wybory królowej
Dulcynei. Wymagania nie są wygórowane- należy być pełnoletnią
dziewczyną z Toboso, na konkursie zaśpiewać piosenkę ludową,
zatańczyć jeden z tradycyjnych tańców w tradycyjnym stroju oraz
oczarować sobą członków jury.
Z Toboso szlak zawiedzie nas do miasteczka Argamasilla. Wg niektó-
rych badaczy właśnie to miasteczko, a nie Esquivias było miejscem
sportretowanym przez Cervantesa w powieści jako typowa wioska
La Manchy.
Stąd szlak zawiedzie nas na południe, by odwiedzić te miejsca, które
Don Kichot przemierzał jeszcze samotnie. To laguny Ruidery.
Płynie tu "zródełko miłości", odwiedzane przez kobiety, które jego
wodą omywaja twarze.
Tutaj, w lagunach Ruidery bohater Cervantesa wstąpił do świata
szlachetnych widm. W jaskini Montesinosa, w misterium z duchami,
dotarł do istoty swego obłedu, ukazał fundamentalne pojęcia ludz-
kiego ego : dobro i zło, miłość, sprawiedliwość.
Na starość Cervantes osiadł w Madrycie. Kościoła, w którym
pochowano pisarza już nie ma i nie wiadomo gdzie podziały się szczątki .
Na ścianie stojącej tu dziś światyni znajduje się tylko skromna tablica
informująca, że pochowani tu są Miguel Cervantes z żoną Cataliną
oraz mniszka Marcela de San Feliz, córka Lopego de Vegi.
Dotarło jakoś do mojej nadwątlonej świadomości, że jeszcze są wakacje.
Koniec sierpnia i nadchodzący wrzesień to jeszcze całkiem dobry czas
na wędrowanie. A ja chcę dzis zaprosić na wędrówkę śladami człowieka,
który wędrował po drogach i bezdrożach La Manchy.
Gdy przed kilku laty stu współczesnych pisarzy sporządziło listę powieści
wszechczasów, zdecydowanie wygrała powieść Miguela de Cervantesa.
W 2005 roku, w czterechsetną rocznicę pierwszego wydania powieści,
wyznaczono La Ruta de don Quijote - Drogę Don Kichota.
Nie jest okupowana przez turystów, a świat powieści Cervantesa nadal
wygląda tak jak przed setkami lat : małe senne miasteczka , prawdziwe
dziury zabite dechami a w nich kolorowe tłumy wieśniaków La Manchy.
La Mancha jest częścią Kastylii a jej początkiem jest wioska Esquivias.
To tu osiadł Miguel Cervantes z Madrytu, który poślubił Catalinę
de Palacios, pochodzacą właśnie z tej wioski.
Nazwa La Mancha wywodzi się z arabskiego "al-mansa" i oznacza kraj
bez wody. Hiszpanie jednak mówili "la -mancha", co po hiszpańsku
oznacza plamę.
W wiosce Esquivias, w domu, w którym mieszkał Cervantes, jest teraz
jego muzeum. Przywrócono domowi wystrój sprzed stuleci.
Gabinet Cervantesa udekorowano częściami starych zbroi, portretem
don Alonsa, (który był pierwowzorem Don Kichota), słynną misą
do golenia, czyli hełmem Mambrina.
Dziś stolicą La Manchy jest Toledo, które w czasach Cervantesa było
stolicą całego królestwa Kastylii.
Toledo liczy 82 tysiące mieszkańców, zaledwie 20 tysięcy wiecej niż
w czasach Cervantesa.
W okolicy Toledo odnajdziemy "bohaterów" najsłynniejszego epizodu
powieści- wiatraki. W oddalonej o 12 km od Toledo, wiosce Consuegra
stoi 12 wiatraków, a dwa z nich są uruchamiane z okazji fiesty.
Najstarszy z nich zbudowano w XVIII wieku.
W XVI wieku w Kastylii wiatraki były zupełną nowością,świeżo spro-
wadzoną z holenderskich prowincji, więc nic dziwnego, że Don
Kichot się przeraził i rzucił na owe potwory z mieczem.
Na południe od rzeki Tag, unijne autostrady się kończą, zaczyna się
Kastylia małych miasteczek, gdzie w dalszym ciągu działają małe,
prywatne gospodarstwa.
Zapewne wszyscy pamiętają, że każdy błedny rycerz wędrujący
tylko po to, by wszędzie czynić dobro, musiał posiadać "licencję
na czyny bohaterskie". Wg literaturoznawców Don Kichot otrzy-
mał swą licencję w zajezdzie w Puerto Lapice.
Wieś posiada jedną ulicę, która jest fragmentem jedynego w czasach
Cervantesa traktu z Walencji do Toledo i Madrytu. Wzdłuż ulicy stoją
piętrowe domki, ukryte za ogrodzeniem i furtą. Wieś liczy równo 1000
mieszkańców i ma trzy zajazdy ( w czasach Don Kichota były cztery).
Niemal wszystkie domki wyglądaja tak jak w czasach Cervantesa.
Kolejny punkt na drodze Don Kichota i to duża i bogata osada Alcazar
de San Juan, oddalona 20 km od Puerto Lapice. Przez długie lata
uchodziła za miejsce urodzenia Cervantesa.
Jednak w polowie XX wieku badacze odkryli, że miejscem urodzenia
pisarza było miasteczko Alcala de Henares w poblizu Madrytu.
Don Kichot ze swym wiernym Sancho , dotarli aż do Toboso, gdzie
błędny rycerz miał nadzieję dostapić zaszczytu ujrzenia damy swego
serca, Dulcynei.
Przed kościołem św. Antoniego stoi pomnik przedstawiający Don
Kichota klęczącego przed Dulcyneą.
Prototypem postaci Dulcynei była podobno Ana Martinez Zarco de
Morales, siostra niezbyt bogatego szlachcica z Toboso.
W listach Cervantesa można znalezć aluzje do romansu pisarza z ową
damą.
W Toboso rokrocznie w sierpniu odbywają się wybory królowej
Dulcynei. Wymagania nie są wygórowane- należy być pełnoletnią
dziewczyną z Toboso, na konkursie zaśpiewać piosenkę ludową,
zatańczyć jeden z tradycyjnych tańców w tradycyjnym stroju oraz
oczarować sobą członków jury.
Z Toboso szlak zawiedzie nas do miasteczka Argamasilla. Wg niektó-
rych badaczy właśnie to miasteczko, a nie Esquivias było miejscem
sportretowanym przez Cervantesa w powieści jako typowa wioska
La Manchy.
Stąd szlak zawiedzie nas na południe, by odwiedzić te miejsca, które
Don Kichot przemierzał jeszcze samotnie. To laguny Ruidery.
Płynie tu "zródełko miłości", odwiedzane przez kobiety, które jego
wodą omywaja twarze.
Tutaj, w lagunach Ruidery bohater Cervantesa wstąpił do świata
szlachetnych widm. W jaskini Montesinosa, w misterium z duchami,
dotarł do istoty swego obłedu, ukazał fundamentalne pojęcia ludz-
kiego ego : dobro i zło, miłość, sprawiedliwość.
Na starość Cervantes osiadł w Madrycie. Kościoła, w którym
pochowano pisarza już nie ma i nie wiadomo gdzie podziały się szczątki .
Na ścianie stojącej tu dziś światyni znajduje się tylko skromna tablica
informująca, że pochowani tu są Miguel Cervantes z żoną Cataliną
oraz mniszka Marcela de San Feliz, córka Lopego de Vegi.
sobota, 15 sierpnia 2009
UFO tu, UFO tam....
Zniecierpliwionych moim pisaniem o rzeczach dziwnych i nie do końca
udokumentowanych, pragnę pocieszyć, że to na razie jest ostatni post
z tej serii.
W 1908 roku, nad tajgą syberyjską eksplodował statek kosmiczny.
Nie żaden meteoryt, ale właśnie statek kosmiczny. Gdyby katastrofa
nastąpiła nad Europą, pochłonęłaby miliony ofiar a kraj wielkości Belgii
zniknąłby z powierzchni Ziemi.
W ułamku sekundy miliony drzew zamieniły się w popiół, zginęło tysiące
zwierząt i z pewnością pewna ilość koczowników, chłopów, pasterzy.
Naoczni świadkowie twierdzili, że obiekt miał kształt cylindryczny i był
jaśniejszy od świecącego wtedy słońca.
Badania przerowadzone przez naukowców udowodniły, że była to eks-
plozja statku kosmicznego o napędzie atomowym. Ośrodki meteo na
całym świecie odnotowały wstrząsy sejsmiczne, fala uderzeniowa
okrążyła Ziemię, stacja pomiarowa w Irkucku odnotowała zakłócenie
pola magnetycznego Ziemi, a w Moskwie i Londynie można było w
środku nocy robić zdjęcia lub czytać gazetę na ulicy.
Są również relacje świadków, którzy widzieli z dużej odległości chmurę
w kształcie grzyba, z której promieniował żar.
Zdjęcia z miejsca katastrofy tunguskiej do złudzenia przypominają foto-
grafie Hiroszimy i Nagasaki po zrzuceniu na nie bomb atomowych.
W 1967 roku uczeni z Instytutu Jądrowego w Dubnej potwierdzili tezę,
że katastrofa tunguska spowodowana została awarią statku kosmicz-
nego, ktorego materiałem napędowym mogła być antymateria.
W 1974 roku astronauta Edgar D.Mitchell, który był szóstym człowie-
kiem na Księżycu, powiedział w czasie konferencji prasowej: "Wszyscy
wiemy, że UFO naprawdę istnieje. Pytanie tylko, skąd przybywa".
Nadal nie wiemy skąd i po co przybywa UFO na naszą planetę. Między
listopadem 1976 a wiosną 1977 roku mieszkańcy Sterling i jego okolic,
(stan Colorado) tak często widywali UFO, że dla wielu z nich przestało
być interesujące.
Na niebie ciągle pojawiał się obiekt wielkości boiska piłkarskiego. Wylaty-
wała z niego niezliczona ilość mniejszych jednostek, które zbliżały się do
Ziemi i ponownie wracały do macierzystego statku. Świadkami tego
były tysiące ludzi oraz wskazania radaru.
Ale dla okolicznych farmerów zaczęła się prawdziwa gehenna. W ciągu
kilku tygodni znaleziono 72 sztuki zmasakrowanego bydła. Prawie
wszystkie ciała były pozbawione krwi i organów wewnętrznych i wid-
niały na nich okropne, zadane z chirurgiczną precyzją rany, ale nigdy
nie znaleziono śladów krwi. Nacięcia były cienkie i proste i wykonane
w wysokiej temperaturze, być może przekraczającej 1200 stopni.
Podobne okaleczenia zwierząt miały miejsca w 1989 roku w stanie
Idaho wokolicach Nouman, w Maple Valley w stanie Waszyngton,
w Red Cloud w stanie Nebraska.
W pazdzierniku 1992 roku plaga zabitych w dziwny i okrutny sposób
zwierząt nawiedziła stan Alabama. Wszędzie zwierzęta były w straszny
sposób okaleczane ( nie tylko bydło, konie i drobne zwierzęta również).
Podobne przypadki mnożyły się również w następnych latach.
Weterynarze stawiali jasne diagnozy - nie były to ślady po drapieżni-
kach, to były ślady po przeprowadzonych celowo operacjach.
Czy inne zwierzę, lub człowiek potrafiłoby usunąć krowie serce nie
uszkadzając przy tym osierdzia? I dlaczego wszystkie zwierzęta były
całkowicie pozbawione krwi?
We wszystkich tych miejscach, gdzie znajdowano okaleczone zwierzęta,
pozbawione różnych organów wewnętrznych widywano UFO, a nie-
kiedy i ich pasażerów. Byli niewysokiego wzrostu, z nieproporcjonalnie
dużymi głowami, skośnoocy, o bardzo czarnych oczach.
Doktor Henry Moneith, fizyk, po przejściu na emeryturę poświęcił się
badaniom zjawiska okaleczania zwierząt. Jezdził po stanach, gdzie
odnotowano te wydarzenia,, tropiąc ślady niesamowitych oprawców.
Rozmawiał i z Indianami.
Indianie Czirokezi znają owych przybyszów już od setek lat i nazy-
wają ich "gwiezdnymi ludzmi". Wg nich gwiezdni ludzie pracują nad
realizacją długotrwałego, naukowego projektu. Starannie wybierają
określone zwierzęta. Nie zabijają ich na chybił trafił. Przeznaczone do
doświadczeń egzemplarze są oznaczane i długo obserwowane.
Na koniec rozmowy z Moneithem Indianie apelowali, by "mieć zaufanie
do gwiezdnych ludzi".
Jeden z pracowników naukowych zadał sobie trud sprawdzenia, czy
okaleczne zwierzęta były oznaczone. Owszem były, ale znaki były
widoczne dopiero w świetle ultrafioletowym. Użyta do znakowania
substancja stała się zagadka dla naukowców- była mieszanką substancji
metalicznych i organicznych, która po około miesiącu traciła zdolność
świecenia.
Niestety nie tylko zwierzęta były obiektem badań obcych przybyszów.
Środkowoeuropejska sekcja Mutual UFO-Network, skupia naukowców
wielu dziedzin, którzy postanowili podejść do zjawiska UFO z należytą
powagą.
Uprowadzeni najczęściej potem tylko pamiętają, że widzieli dziwne
światło , a potem okazuje się, że w niewyjaśniony sposób stra-
cili, "zgubili" czas. Często towarzyszy temu uczucie braku orientacji
i zamęt w głowie. Na skórze są czasem widoczne czerwone ślady ,cienkie
cięcia, ukłucia igłą. Uprowadzeni miewają pózniej koszmarne sny o
świetlnych zjawiskach, latających obiektach, dziwnych istotach.
Ale dopiero w stanach hipnozy mogą zrekonstruować wydarzenia,
opisać wygląd swych prześladowców (niewysokie 1-1,5 m stworzenia,
o szarej skórze, czarnych oczach i czteropalczastych dłoniach) oraz
opowiedzieć jakim zabiegom byli poddawani.
Najczęściej mężczyznom pobierano nasienie, kobietom przeprowa-
dzano badania ginekologiczne i robiono punkcje jajników, wielu oso-
bom pobierano próbki tkanek mięśniowych z różnych części ciała.
Nie wiadomo czy wszyscy porwani wracali potem do domów- może
byli traktowani tak, jak owe zwierzęta.
Niektórzy byli uprowadzani kilkakrotnie w ciągu swego życia.
Nasuwa się pytanie - po co istoty pozaziemskie gromadzą nasz i zwie-
rzęcy materiał genetyczny?
Czy chcą tworzyć nasze klony czy też może hybrydy, krzyżówki
ludzkiego i pozaziemskiego życia?
Jest to dla nas wizja z pewnością szokująca i przerażająca, ale zgodna
z tym, co głoszą święte księgi, dziedzictwo wielu ziemskich kultur,
zgodnie twierdzących, że człowiek jest sztucznym produktem
pozaziemskich eksperymentatorów.
Bogowie-astronauci powrócili i zupełnie nie wiadomo czy to dla
nas, mieszkańców Ziemi, jest powód do radości.
Zainteresowanym tematem polecam książkę
Waltera-Jorga Langbeina: "SYNDROM SFINKSA"
udokumentowanych, pragnę pocieszyć, że to na razie jest ostatni post
z tej serii.
W 1908 roku, nad tajgą syberyjską eksplodował statek kosmiczny.
Nie żaden meteoryt, ale właśnie statek kosmiczny. Gdyby katastrofa
nastąpiła nad Europą, pochłonęłaby miliony ofiar a kraj wielkości Belgii
zniknąłby z powierzchni Ziemi.
W ułamku sekundy miliony drzew zamieniły się w popiół, zginęło tysiące
zwierząt i z pewnością pewna ilość koczowników, chłopów, pasterzy.
Naoczni świadkowie twierdzili, że obiekt miał kształt cylindryczny i był
jaśniejszy od świecącego wtedy słońca.
Badania przerowadzone przez naukowców udowodniły, że była to eks-
plozja statku kosmicznego o napędzie atomowym. Ośrodki meteo na
całym świecie odnotowały wstrząsy sejsmiczne, fala uderzeniowa
okrążyła Ziemię, stacja pomiarowa w Irkucku odnotowała zakłócenie
pola magnetycznego Ziemi, a w Moskwie i Londynie można było w
środku nocy robić zdjęcia lub czytać gazetę na ulicy.
Są również relacje świadków, którzy widzieli z dużej odległości chmurę
w kształcie grzyba, z której promieniował żar.
Zdjęcia z miejsca katastrofy tunguskiej do złudzenia przypominają foto-
grafie Hiroszimy i Nagasaki po zrzuceniu na nie bomb atomowych.
W 1967 roku uczeni z Instytutu Jądrowego w Dubnej potwierdzili tezę,
że katastrofa tunguska spowodowana została awarią statku kosmicz-
nego, ktorego materiałem napędowym mogła być antymateria.
W 1974 roku astronauta Edgar D.Mitchell, który był szóstym człowie-
kiem na Księżycu, powiedział w czasie konferencji prasowej: "Wszyscy
wiemy, że UFO naprawdę istnieje. Pytanie tylko, skąd przybywa".
Nadal nie wiemy skąd i po co przybywa UFO na naszą planetę. Między
listopadem 1976 a wiosną 1977 roku mieszkańcy Sterling i jego okolic,
(stan Colorado) tak często widywali UFO, że dla wielu z nich przestało
być interesujące.
Na niebie ciągle pojawiał się obiekt wielkości boiska piłkarskiego. Wylaty-
wała z niego niezliczona ilość mniejszych jednostek, które zbliżały się do
Ziemi i ponownie wracały do macierzystego statku. Świadkami tego
były tysiące ludzi oraz wskazania radaru.
Ale dla okolicznych farmerów zaczęła się prawdziwa gehenna. W ciągu
kilku tygodni znaleziono 72 sztuki zmasakrowanego bydła. Prawie
wszystkie ciała były pozbawione krwi i organów wewnętrznych i wid-
niały na nich okropne, zadane z chirurgiczną precyzją rany, ale nigdy
nie znaleziono śladów krwi. Nacięcia były cienkie i proste i wykonane
w wysokiej temperaturze, być może przekraczającej 1200 stopni.
Podobne okaleczenia zwierząt miały miejsca w 1989 roku w stanie
Idaho wokolicach Nouman, w Maple Valley w stanie Waszyngton,
w Red Cloud w stanie Nebraska.
W pazdzierniku 1992 roku plaga zabitych w dziwny i okrutny sposób
zwierząt nawiedziła stan Alabama. Wszędzie zwierzęta były w straszny
sposób okaleczane ( nie tylko bydło, konie i drobne zwierzęta również).
Podobne przypadki mnożyły się również w następnych latach.
Weterynarze stawiali jasne diagnozy - nie były to ślady po drapieżni-
kach, to były ślady po przeprowadzonych celowo operacjach.
Czy inne zwierzę, lub człowiek potrafiłoby usunąć krowie serce nie
uszkadzając przy tym osierdzia? I dlaczego wszystkie zwierzęta były
całkowicie pozbawione krwi?
We wszystkich tych miejscach, gdzie znajdowano okaleczone zwierzęta,
pozbawione różnych organów wewnętrznych widywano UFO, a nie-
kiedy i ich pasażerów. Byli niewysokiego wzrostu, z nieproporcjonalnie
dużymi głowami, skośnoocy, o bardzo czarnych oczach.
Doktor Henry Moneith, fizyk, po przejściu na emeryturę poświęcił się
badaniom zjawiska okaleczania zwierząt. Jezdził po stanach, gdzie
odnotowano te wydarzenia,, tropiąc ślady niesamowitych oprawców.
Rozmawiał i z Indianami.
Indianie Czirokezi znają owych przybyszów już od setek lat i nazy-
wają ich "gwiezdnymi ludzmi". Wg nich gwiezdni ludzie pracują nad
realizacją długotrwałego, naukowego projektu. Starannie wybierają
określone zwierzęta. Nie zabijają ich na chybił trafił. Przeznaczone do
doświadczeń egzemplarze są oznaczane i długo obserwowane.
Na koniec rozmowy z Moneithem Indianie apelowali, by "mieć zaufanie
do gwiezdnych ludzi".
Jeden z pracowników naukowych zadał sobie trud sprawdzenia, czy
okaleczne zwierzęta były oznaczone. Owszem były, ale znaki były
widoczne dopiero w świetle ultrafioletowym. Użyta do znakowania
substancja stała się zagadka dla naukowców- była mieszanką substancji
metalicznych i organicznych, która po około miesiącu traciła zdolność
świecenia.
Niestety nie tylko zwierzęta były obiektem badań obcych przybyszów.
Środkowoeuropejska sekcja Mutual UFO-Network, skupia naukowców
wielu dziedzin, którzy postanowili podejść do zjawiska UFO z należytą
powagą.
Uprowadzeni najczęściej potem tylko pamiętają, że widzieli dziwne
światło , a potem okazuje się, że w niewyjaśniony sposób stra-
cili, "zgubili" czas. Często towarzyszy temu uczucie braku orientacji
i zamęt w głowie. Na skórze są czasem widoczne czerwone ślady ,cienkie
cięcia, ukłucia igłą. Uprowadzeni miewają pózniej koszmarne sny o
świetlnych zjawiskach, latających obiektach, dziwnych istotach.
Ale dopiero w stanach hipnozy mogą zrekonstruować wydarzenia,
opisać wygląd swych prześladowców (niewysokie 1-1,5 m stworzenia,
o szarej skórze, czarnych oczach i czteropalczastych dłoniach) oraz
opowiedzieć jakim zabiegom byli poddawani.
Najczęściej mężczyznom pobierano nasienie, kobietom przeprowa-
dzano badania ginekologiczne i robiono punkcje jajników, wielu oso-
bom pobierano próbki tkanek mięśniowych z różnych części ciała.
Nie wiadomo czy wszyscy porwani wracali potem do domów- może
byli traktowani tak, jak owe zwierzęta.
Niektórzy byli uprowadzani kilkakrotnie w ciągu swego życia.
Nasuwa się pytanie - po co istoty pozaziemskie gromadzą nasz i zwie-
rzęcy materiał genetyczny?
Czy chcą tworzyć nasze klony czy też może hybrydy, krzyżówki
ludzkiego i pozaziemskiego życia?
Jest to dla nas wizja z pewnością szokująca i przerażająca, ale zgodna
z tym, co głoszą święte księgi, dziedzictwo wielu ziemskich kultur,
zgodnie twierdzących, że człowiek jest sztucznym produktem
pozaziemskich eksperymentatorów.
Bogowie-astronauci powrócili i zupełnie nie wiadomo czy to dla
nas, mieszkańców Ziemi, jest powód do radości.
Zainteresowanym tematem polecam książkę
Waltera-Jorga Langbeina: "SYNDROM SFINKSA"
piątek, 14 sierpnia 2009
Dogonowie i ich nieziemscy goście
Ciągle jest jeszcze sierpień, miesiąc spadających gwiazd, więc jeszcze
trochę pociągnę "gwiezdny temat".
W zachodniej Afryce, w Mali, w pobliżu góry Hombori mieszkają
Dogonowie. Oni, oraz sąsiadujące z nimi plemiona stały się obiektem
badań francuskiego antropologa, doktora Marcela Griaule. Przybył do
nich po raz pierwszy w 1931 r, następnie 1 946, wraz ze swoja asys-
tentką, a w 1951 r. opublikowali wyniki swych badań w pracy nauko-
wej pt:"Sudański układ Syriusza". Opisali w niej pradawne wierzenia
Dogonów, plemion Bambara, Bozo i Minianka.
Badacze stwierdzili, że wszystkie te ludy obchodzą uroczyście święta ku
czci Syriusza i jego niewidocznego towarzysza. A Dogonowie wyjaśniali:
nie czcimy jasnej, widocznej gwiazdy.Czcimy jej niewidocznego przyja-
ciela, którego nazywamy Digitaria a jego święto jest co 5o lat.
Wyjaśnili ponadto, że Digitaria wykonuje jedno okrążenie w trakcie
ok. 50 lat. Ich zdaniem jest to bardzo mała gwiazda, ale niebywale
ciężka i to ona kieruje i wpływa na Syriusza, jest podstawą systemu.
Dogonowie narysowali nawet układ Syriusza.
Zapytani o to, skąd o tym wszystkim wiedzą bez wahania odpowie-
dzieli:"wiemy od blizniąt Nommo, ziemnowodnych istot, mających rybie
ciała, przybyłych z otchłani Kosmosu. W czasie ich lądowania był duży
hałas i ogień, który zgasł, gdy latająca łódz bogów Nommo dotknęła
ziemi".
Oni byli nauczycielami ludzi i jako tacy trafili do religii oraz mitów
Dogonów oraz innych plemion. Ich wizerunki bardzo przypominają
postaci astronautów.
A jak się to ma do tego, co mówi nauka: ten "niewidoczny przyjaciel",
Syriusz B, został zauważony przez astronomów dopiero w 1862 roku.
Czas obiegu Syriusza B wynosi dokładnie 50,04 lat i jest to biały
karzeł, a jego średnica wynosi tylko 41 000 km , ma masę równą
masie Słońca i przez to wywiera wpływ na Syriusza A.
Bliznięta Nommo mieli ponoć rybie ciała- egipska Bogini Izyda była
często przedstawiana jako istota z rybim ogonem. Więc nie jest wy-
kluczone, że ta zaskakująca wiedza Dogonów jest spuścizną staro-
żytnej nauki egipskiej . Gdy naukowcy dokładnie prześledzili
wiedzę malijskiego ludu aż do zródeł, okazało się, że jej początki
giną w pomroce dziejów kraju nad Nilem.
Pomimo bardzo wielu badań i poszukiwań, nie udało się znależć
rozsądnego wytłumaczenia, dlaczego to, co od tysiącleci stanowi
element świętych przekazów , odpowiada dokładnie współczesnemu
stanowi nauki.
Od niepamiętnych czasów naucza się w Mali , że Syriusz B nie jest
jedynym towarzyszem jasno świecącego Syriusza A. Istnieje również
czterokrotnie lżejsza Emme Ye, dorównująca wielkością Digitarii.
Czas jej obiegu wynosi także 5o lat, chociaż Emme Ye ma większą
orbitę. W kosmogonii Dogonów podkreśla się, że Emme Ye porusza się
w tym samym kierunku co Syriusz B. Wokół niej krąży jej towarzysz,
Gwiazda Kobiet. Trzecim towarzyszem Syriusza A jest Szewc, który
krąży po dalszej orbicie i porusza się przeciwnie do orbity Emme Ye.
I jeszcze jedno - sprawdziłam w encyklopedii-Syriusz jest 8,6 lat
świetlnych od Ziemi.
trochę pociągnę "gwiezdny temat".
W zachodniej Afryce, w Mali, w pobliżu góry Hombori mieszkają
Dogonowie. Oni, oraz sąsiadujące z nimi plemiona stały się obiektem
badań francuskiego antropologa, doktora Marcela Griaule. Przybył do
nich po raz pierwszy w 1931 r, następnie 1 946, wraz ze swoja asys-
tentką, a w 1951 r. opublikowali wyniki swych badań w pracy nauko-
wej pt:"Sudański układ Syriusza". Opisali w niej pradawne wierzenia
Dogonów, plemion Bambara, Bozo i Minianka.
Badacze stwierdzili, że wszystkie te ludy obchodzą uroczyście święta ku
czci Syriusza i jego niewidocznego towarzysza. A Dogonowie wyjaśniali:
nie czcimy jasnej, widocznej gwiazdy.Czcimy jej niewidocznego przyja-
ciela, którego nazywamy Digitaria a jego święto jest co 5o lat.
Wyjaśnili ponadto, że Digitaria wykonuje jedno okrążenie w trakcie
ok. 50 lat. Ich zdaniem jest to bardzo mała gwiazda, ale niebywale
ciężka i to ona kieruje i wpływa na Syriusza, jest podstawą systemu.
Dogonowie narysowali nawet układ Syriusza.
Zapytani o to, skąd o tym wszystkim wiedzą bez wahania odpowie-
dzieli:"wiemy od blizniąt Nommo, ziemnowodnych istot, mających rybie
ciała, przybyłych z otchłani Kosmosu. W czasie ich lądowania był duży
hałas i ogień, który zgasł, gdy latająca łódz bogów Nommo dotknęła
ziemi".
Oni byli nauczycielami ludzi i jako tacy trafili do religii oraz mitów
Dogonów oraz innych plemion. Ich wizerunki bardzo przypominają
postaci astronautów.
A jak się to ma do tego, co mówi nauka: ten "niewidoczny przyjaciel",
Syriusz B, został zauważony przez astronomów dopiero w 1862 roku.
Czas obiegu Syriusza B wynosi dokładnie 50,04 lat i jest to biały
karzeł, a jego średnica wynosi tylko 41 000 km , ma masę równą
masie Słońca i przez to wywiera wpływ na Syriusza A.
Bliznięta Nommo mieli ponoć rybie ciała- egipska Bogini Izyda była
często przedstawiana jako istota z rybim ogonem. Więc nie jest wy-
kluczone, że ta zaskakująca wiedza Dogonów jest spuścizną staro-
żytnej nauki egipskiej . Gdy naukowcy dokładnie prześledzili
wiedzę malijskiego ludu aż do zródeł, okazało się, że jej początki
giną w pomroce dziejów kraju nad Nilem.
Pomimo bardzo wielu badań i poszukiwań, nie udało się znależć
rozsądnego wytłumaczenia, dlaczego to, co od tysiącleci stanowi
element świętych przekazów , odpowiada dokładnie współczesnemu
stanowi nauki.
Od niepamiętnych czasów naucza się w Mali , że Syriusz B nie jest
jedynym towarzyszem jasno świecącego Syriusza A. Istnieje również
czterokrotnie lżejsza Emme Ye, dorównująca wielkością Digitarii.
Czas jej obiegu wynosi także 5o lat, chociaż Emme Ye ma większą
orbitę. W kosmogonii Dogonów podkreśla się, że Emme Ye porusza się
w tym samym kierunku co Syriusz B. Wokół niej krąży jej towarzysz,
Gwiazda Kobiet. Trzecim towarzyszem Syriusza A jest Szewc, który
krąży po dalszej orbicie i porusza się przeciwnie do orbity Emme Ye.
I jeszcze jedno - sprawdziłam w encyklopedii-Syriusz jest 8,6 lat
świetlnych od Ziemi.
wtorek, 11 sierpnia 2009
Wspaniałe laboratorium - Ziemia
Dawno, dawno temu, na dnie jednego z mórz planety Ziemia, grupa
astronautów z innej planety zbudowała olbrzymią kopułę.
Mówi o tym I Księga Mojżeszowa, oraz pozabiblijne, pradawne
zapiski, które uznawane były przez dawnych izraelitów za święte.
Sklepienie owej kopuły było przezroczyste, grube jedynie na 3 palce,
bo było wykonane z wyjątkowo twardego i mocnego materiału,
hartowanego "siłą ognia".
Kolejnym krokiem było wypompowanie wody z kopuły by ukazał się
suchy ląd.
Następnie zajęto się uprawą osuszonego kawałka dna morza. A na skle-
pieniu kopuły zainstalowano system lamp.
Tak powstało laboratorium doświadczalne, miniatura świata, który
nietrudno było objąć wzrokiem i mieć pod stałą kontrolą.
I właśnie w tym laboratorium powstał pierwszy człowiek, nie w drodze
powolnej ewolucji , ale w wyniku działań genetycznych.
Astronauci- naukowcy manipulując genami istot człekokształtnych i
swoimi genami, stworzyli w końcu rozumną istotę, do nich podobną.
Na tym zakończył się czas działania podwodnego laboratorium. Nie
wszystkie powstałe w laboratorium istoty spełniały założone przez
astronautów kryteria. Postanowiono zatopić laboratorium wraz z
jego licznymi, nieudanymi zupełnie mieszkańcami, a jednocześnie
zachować przy życiu gatunek Homo Sapiens i część zwierząt.
Pouczono najstarszego z rodu jak zbudować bezpieczny, niezatapialny
statek, będący właściwie łodzią podwodną. Gdy ci, co mieli być ocaleni
znalezli się w tym statku, laboratorium na dnie morza zostało zalane.
Ludzie wyprodukowani w laboratorium zostali w ten sposób wypu-
szczeni na wolność, mogli rozpocząć zasiedlanie lądów, co było począt-
kiem drugiego etapu planu astronautów- Stwórców.
Nasi Stwórcy-astronauci stale ingerowali w życie ludzi. Wybierali
niewielkie, reprezentatywne grupy i izolowali je od reszty świata.
Kochani, to nie jest nowa Biblia, ale jej tłumaczenie z materiałów
żródłowych, dokonane przez niemieckiego teologa Waltera-Jorga
Langbeina. Od kilkunastu lat Langbein pracuje naukowo i przemierza
świat szukając potwierdzenia swej teorii, że istoty, uznane kiedyś
za Bogów, Stwórców ludzi, były przybyszami z Kosmosu.
Do mnie ta teoria przemawia. Rozumiem teorię ewolucji, ale zawsze
zastanawiał mnie fakt, że "obok siebie" żyją małpy człekokształtne,
które jakoś nie mogą już wznieść się na kolejny etap rozwoju , oraz
my, Homo Sapiens.
Dlaczego w tym przypadku zatrzymał się rozwój małp?
A my - skąd mamy te 2% genów, którymi różnimy się od małp?
Nie wiadomo skąd pochodzili nasi Stwórcy - może z Syriusza?
Dogonowie i inne plemiona zamieszkujące góry Hombori w Mali, są
przekonani, że przed tysiącami lat przybyły na Ziemię istoty
z Syriusza. A wiedza Dogonów o tej planecie jest zadziwiająca. Ale
to już temat na odrębny post.
astronautów z innej planety zbudowała olbrzymią kopułę.
Mówi o tym I Księga Mojżeszowa, oraz pozabiblijne, pradawne
zapiski, które uznawane były przez dawnych izraelitów za święte.
Sklepienie owej kopuły było przezroczyste, grube jedynie na 3 palce,
bo było wykonane z wyjątkowo twardego i mocnego materiału,
hartowanego "siłą ognia".
Kolejnym krokiem było wypompowanie wody z kopuły by ukazał się
suchy ląd.
Następnie zajęto się uprawą osuszonego kawałka dna morza. A na skle-
pieniu kopuły zainstalowano system lamp.
Tak powstało laboratorium doświadczalne, miniatura świata, który
nietrudno było objąć wzrokiem i mieć pod stałą kontrolą.
I właśnie w tym laboratorium powstał pierwszy człowiek, nie w drodze
powolnej ewolucji , ale w wyniku działań genetycznych.
Astronauci- naukowcy manipulując genami istot człekokształtnych i
swoimi genami, stworzyli w końcu rozumną istotę, do nich podobną.
Na tym zakończył się czas działania podwodnego laboratorium. Nie
wszystkie powstałe w laboratorium istoty spełniały założone przez
astronautów kryteria. Postanowiono zatopić laboratorium wraz z
jego licznymi, nieudanymi zupełnie mieszkańcami, a jednocześnie
zachować przy życiu gatunek Homo Sapiens i część zwierząt.
Pouczono najstarszego z rodu jak zbudować bezpieczny, niezatapialny
statek, będący właściwie łodzią podwodną. Gdy ci, co mieli być ocaleni
znalezli się w tym statku, laboratorium na dnie morza zostało zalane.
Ludzie wyprodukowani w laboratorium zostali w ten sposób wypu-
szczeni na wolność, mogli rozpocząć zasiedlanie lądów, co było począt-
kiem drugiego etapu planu astronautów- Stwórców.
Nasi Stwórcy-astronauci stale ingerowali w życie ludzi. Wybierali
niewielkie, reprezentatywne grupy i izolowali je od reszty świata.
Kochani, to nie jest nowa Biblia, ale jej tłumaczenie z materiałów
żródłowych, dokonane przez niemieckiego teologa Waltera-Jorga
Langbeina. Od kilkunastu lat Langbein pracuje naukowo i przemierza
świat szukając potwierdzenia swej teorii, że istoty, uznane kiedyś
za Bogów, Stwórców ludzi, były przybyszami z Kosmosu.
Do mnie ta teoria przemawia. Rozumiem teorię ewolucji, ale zawsze
zastanawiał mnie fakt, że "obok siebie" żyją małpy człekokształtne,
które jakoś nie mogą już wznieść się na kolejny etap rozwoju , oraz
my, Homo Sapiens.
Dlaczego w tym przypadku zatrzymał się rozwój małp?
A my - skąd mamy te 2% genów, którymi różnimy się od małp?
Nie wiadomo skąd pochodzili nasi Stwórcy - może z Syriusza?
Dogonowie i inne plemiona zamieszkujące góry Hombori w Mali, są
przekonani, że przed tysiącami lat przybyły na Ziemię istoty
z Syriusza. A wiedza Dogonów o tej planecie jest zadziwiająca. Ale
to już temat na odrębny post.
sobota, 8 sierpnia 2009
Spójrz na niebo nocą.....
Lubię spoglądać nocą na niebo, zwłaszcza w sierpniu. To miesiąc "spada-
jących gwiazd". Oczywiście to nie spadają gwiazdy, ale meteoryty.
Czasami widać przemieszczającego się satelitę i światła bardzo wysoko
lecącego samolotu. A czasami można zobaczyć coś bardziej zadziwiającego.
Pewnego wieczoru, gdy spacerowałam z psem i oglądałam przy okazji
nocne niebo, zobaczyłam coś, co zwróciło moją uwagę - obiekt znacznie
jaśniejszy i większy od świecących gwiazd przesuwał się dość szybko-
szybciej od widzianego kilka dni wcześniej satelity. Pomyślałam, że to
może jednak samolot, tylko lecący nieco niżej i stąd mam wrażenie,
że porusza się szybciej i świeci jaśniej. I gdy się tak zastanawiałam,
ów obiekt w mgnieniu oka zmienił kurs , ostro poszybował w dół .....
i zniknął.To nie był samolot, bo nie miał świateł pozycyjnych, a więc
co? Gdyby to był satelita, który doznał awarii to widziałabym
jego lot aż po linię horyzontu. A on zniknął w połowie wysokości między
niebem a ziemią.
Rozmawiałam o tym z wieloma osobami i nikt nie potrafił mi podpowie-
dzieć co to było.
Ale nie tylko ja nie wiedziałam co było przedmiotem mojej obserwacji.
15 września 1991 roku wahadłowiec Discovery okrążał Ziemię z pręd-
kością 28 tys. km/godz. Około 20,30 czasu wschodniego, za Ziemią
pojawiło się lśniące "coś", wyraznie widoczne na horyzoncie. Raptownie
zmieniło kurs i odleciało z powrotem w przestrzeń kosmiczną. Tę trans-
misję oglądały setki tysięcy amerykańskich telewidzów, ale całe zja-
wisko trwało zaledwie kilka sekund, więc zauważyli je tylko bardzo
spostrzegawczy telewidzowie. Jeden z czołowych badaczy UFO zareje-
strował na wideo cały przekaz z Discovery i zauważył ów dziwny obiekt.
Nagranie przekazał do dokładnej analizy prof. fizyki i profesorowi,
który jest analitykiem obrazów komputerowych.
Wg ich opinii UFO pojawiło się w odległości 29 tys. km od promu kosmicz-
nego, poruszało się z prędkością ok.92 000 km/godz a potem oddaliło się
w przestrzeń kosmiczną z szybkością 300 000 km/godz.
NASA pominęła to wszystko milczeniem, a potem złożyła oświadczenie,
że to nie było żadne UFO, lecz lód na osłonie wahadłowca.
Radary wojskowe zarówno w Ameryce jak i w Rosji niejednokrotnie
wykrywały UFO. Astronauci i piloci myśliwców widywali UFO podczas
wykonywania swych misji.
Lord Peter John Hill-Newton, brytyjski zwierzchnik sił zbrojnych w la-
tach 1971-1973 tak się wyraził: "Stany Zjednoczone, NATO oraz
Rosja przez lata śledzili obcych w ramach operacji pod kryptonimem
Mondust. W kręgach dowództwa wojskowego wiedziano o obserwa-
cjach, a nawet lądowaniach UFO, ale trzymano to w tajemnicy! Mam
na ten temat konkretne informacje!"
Zastanawia mnie dlaczego i kto odwiedza naszą planetę?
Czyżby odpowiedz była w starohinduskiej księdze "Subhanparwan"?
..."w dawnych czasach bogowie mieli zwyczaj przybywać na Ziemię.
Przyjmowali ludzką postać, badali ludzi..."
Nie przyszło Wam do głowy, że może oni są wśród nas od dawna, a
my nie jesteśmy w stanie ich rozpoznać? Są może wszechobecni i
bacznie się nam przyglądają. Czy ocenią nas pozytywnie, czy może
dojdą do wniosku, że nie zasługujemy na opinię rozumnego gatunku.
Głupota lub mądrość człowieka zależy wszak od tego, jak traktuje
naszą wspólną ojczyznę - Błekitną Planetę. Mamy do wyboru dwie
opcje: "uczyń Ziemię sobie poddaną" lub filozofię Indian, dla których
świat jest kompleksowym, delikatnym tworem, który został dany do
dyspozycji ludzi jedynie na pewien ograniczony czas.
Niewykluczone, że od tego jak zostaniemy sklasyfikowani, może zale-
żeć nasza przyszłość. Czy potraktują nas jak poważne, rozumne istoty,
czy jak materiał badawczy, obiekty do eksperymentów, z którymi
nie można nawiązać kontaktu?
A może Erich von Daniken ma rację? Może jesteśmy wytworem nauko-
wych eksperymentów, przeprowadzanych przez pozaziemskich
przybyszów w zamierzchłej przeszłości?
jących gwiazd". Oczywiście to nie spadają gwiazdy, ale meteoryty.
Czasami widać przemieszczającego się satelitę i światła bardzo wysoko
lecącego samolotu. A czasami można zobaczyć coś bardziej zadziwiającego.
Pewnego wieczoru, gdy spacerowałam z psem i oglądałam przy okazji
nocne niebo, zobaczyłam coś, co zwróciło moją uwagę - obiekt znacznie
jaśniejszy i większy od świecących gwiazd przesuwał się dość szybko-
szybciej od widzianego kilka dni wcześniej satelity. Pomyślałam, że to
może jednak samolot, tylko lecący nieco niżej i stąd mam wrażenie,
że porusza się szybciej i świeci jaśniej. I gdy się tak zastanawiałam,
ów obiekt w mgnieniu oka zmienił kurs , ostro poszybował w dół .....
i zniknął.To nie był samolot, bo nie miał świateł pozycyjnych, a więc
co? Gdyby to był satelita, który doznał awarii to widziałabym
jego lot aż po linię horyzontu. A on zniknął w połowie wysokości między
niebem a ziemią.
Rozmawiałam o tym z wieloma osobami i nikt nie potrafił mi podpowie-
dzieć co to było.
Ale nie tylko ja nie wiedziałam co było przedmiotem mojej obserwacji.
15 września 1991 roku wahadłowiec Discovery okrążał Ziemię z pręd-
kością 28 tys. km/godz. Około 20,30 czasu wschodniego, za Ziemią
pojawiło się lśniące "coś", wyraznie widoczne na horyzoncie. Raptownie
zmieniło kurs i odleciało z powrotem w przestrzeń kosmiczną. Tę trans-
misję oglądały setki tysięcy amerykańskich telewidzów, ale całe zja-
wisko trwało zaledwie kilka sekund, więc zauważyli je tylko bardzo
spostrzegawczy telewidzowie. Jeden z czołowych badaczy UFO zareje-
strował na wideo cały przekaz z Discovery i zauważył ów dziwny obiekt.
Nagranie przekazał do dokładnej analizy prof. fizyki i profesorowi,
który jest analitykiem obrazów komputerowych.
Wg ich opinii UFO pojawiło się w odległości 29 tys. km od promu kosmicz-
nego, poruszało się z prędkością ok.92 000 km/godz a potem oddaliło się
w przestrzeń kosmiczną z szybkością 300 000 km/godz.
NASA pominęła to wszystko milczeniem, a potem złożyła oświadczenie,
że to nie było żadne UFO, lecz lód na osłonie wahadłowca.
Radary wojskowe zarówno w Ameryce jak i w Rosji niejednokrotnie
wykrywały UFO. Astronauci i piloci myśliwców widywali UFO podczas
wykonywania swych misji.
Lord Peter John Hill-Newton, brytyjski zwierzchnik sił zbrojnych w la-
tach 1971-1973 tak się wyraził: "Stany Zjednoczone, NATO oraz
Rosja przez lata śledzili obcych w ramach operacji pod kryptonimem
Mondust. W kręgach dowództwa wojskowego wiedziano o obserwa-
cjach, a nawet lądowaniach UFO, ale trzymano to w tajemnicy! Mam
na ten temat konkretne informacje!"
Zastanawia mnie dlaczego i kto odwiedza naszą planetę?
Czyżby odpowiedz była w starohinduskiej księdze "Subhanparwan"?
..."w dawnych czasach bogowie mieli zwyczaj przybywać na Ziemię.
Przyjmowali ludzką postać, badali ludzi..."
Nie przyszło Wam do głowy, że może oni są wśród nas od dawna, a
my nie jesteśmy w stanie ich rozpoznać? Są może wszechobecni i
bacznie się nam przyglądają. Czy ocenią nas pozytywnie, czy może
dojdą do wniosku, że nie zasługujemy na opinię rozumnego gatunku.
Głupota lub mądrość człowieka zależy wszak od tego, jak traktuje
naszą wspólną ojczyznę - Błekitną Planetę. Mamy do wyboru dwie
opcje: "uczyń Ziemię sobie poddaną" lub filozofię Indian, dla których
świat jest kompleksowym, delikatnym tworem, który został dany do
dyspozycji ludzi jedynie na pewien ograniczony czas.
Niewykluczone, że od tego jak zostaniemy sklasyfikowani, może zale-
żeć nasza przyszłość. Czy potraktują nas jak poważne, rozumne istoty,
czy jak materiał badawczy, obiekty do eksperymentów, z którymi
nie można nawiązać kontaktu?
A może Erich von Daniken ma rację? Może jesteśmy wytworem nauko-
wych eksperymentów, przeprowadzanych przez pozaziemskich
przybyszów w zamierzchłej przeszłości?
Subskrybuj:
Posty (Atom)