Czy wiecie, że najwięcej samolotów na świecie ma firma kurierska
FedEx? Jej własnością jest ok. 360 samolotów. Nawet największa z linii
amerykańskich nie posiada tylu.
Paczki wysyłane pocztą lotniczą wędrują do miejsca swego przeznaczenia
w sposób dla nas niewidoczny. W chwili gdy nadamy przesyłkę tracimy
ją z oczu.
Paczki zbierane są przeważnie do godz.18-tej. Następnie trafiają do lokal-
nych centrów sortowania, gdzie przechodzą wstępną selekcję.
Paczki, które mają do przebycia bardzo długą trasę trafiają stamtąd do
wielkich sortowni.
W Polsce, podobnie jak w całej Europie króluje na rynku kurierskim ame-
rykańska f-ma UPS, która rocznie przesyła cztery miliardy paczek, jest
dziewiątą na świecie linią lotniczą pod względem liczby własnych samo-
lotów (ok. 270) i zatrudnia nawet własnych meteorologów.
W Europie jedną z największych sortowni jest olbrzymi (7,5 ha) obiekt,
mieszczący się przy lotnisku między Kolonią a Bonn.
Sortownia ma dość nietypowe godziny pracy - największy ruch panuje tu
w środku nocy.Najwięcej samolotów z paczkami zaczyna nadlatywać około
godz.23,00, co 2 minuty pojawia się nowy samolot ( a jest ich 38).
Od tej chwili przez 4 godziny we wszystkich częściach sortowni 2000 lu-
dzi zaczyna ciężką, fizyczną pracę.
Po rozładowaniu paczek z samolotów, są one dzielone na 3 rodzaje: małe,
duże i nietypowe . Nietypowe mają wagę powyżej 45 kg lub są nietypowe
pod względem kształtu. Każdy rodzaj paczek ma odrębny taśmociag.
Każda paczka ma własny kod paskowy, informujący o dokładnym miejscu
przeznaczenia paczki.
Kolońska sortownia ma 30 kilometrów taśmociągów.
Paczki układane są na taśmociągach kodem ku górze, bowiem wszystkie
trafiają pod wielki czytnik kodów kreskowych, dzięki czemu komputer sor-
towni wie, gdzie się która paczka znajduje.
W godzinach szczytu sortownia obsługuje 110 tysięcy paczek na godzinę,
czyli 40 pudeł na sekundę. Jest to ogromna ilość , a ruchem paczek steruje
komputer. Cały czas pomiędzy pakami spacerują celnicy z psami obwąchu-
jącymi paczki.
Małe paczki z taśmociągów są kierowane na ciągi przechyłowych tac. Dzięki
kodom kreskowym komputer wie, która paczka leży na której tacy i gdy
dana taca znajdzie się nad specjalnym "lejkiem", gdzie powinny trafić
paczki z konkretnym kodem pocztowym, taca przechyla się i paczka trafia
do plastikowego worka.
Posortowane paczki trafiają na parterze na stanowiska ładowania konte-
nerów lotniczych. Kontenery są dopasowane kształtem i wielkością do
kadłuba samolotu. Zapełnianie ich paczkami przypomina grę tetris- żad-
nych pustych przestrzeni między paczkami.
Kontenery ważą z reguły ponad tonę, ale dzięki specjalnej podłodze jeden
człowiek może bez trudu przesunąć ten ciężar.
Praca w sortowni kończy się o trzeciej nad ranem, o tej też porze odlatują
ostatnie samoloty.
Sortownia pustoszeje, ludzie rozchodzą się do domów, pozostają jedynie
strażnicy.
Cały teren sortowni jest bardzo pilnie strzeżony.
Tę sortownię udało się zwiedzić Maxowi Suskiemu, który opisał swą wy-
cieczkę we wrześniowym numerze miesięcznika Focus.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
niedziela, 11 października 2009
środa, 7 października 2009
170. Hybryda - prius
Możecie się ze mnie pośmiać, ale ja lubię samochody, lubię jezdzić i wcale
mi nie przeszkadzają dalekie trasy. Nie mam jakiegoś "upatrzonego" mo-
delu, dla mnie ważne żeby mi się samochód nie psuł w drodze i miał regu-
lowaną wysokość kierownicy i mocowania pasów.
Pomiędzy 17 a 27 września na tegorocznym salonie samochodowym we
Frankfurcie nad Menem publiczność została "zasypana" samochodami na
prąd.
Zaprezentowano elektrycznego smarta, elektrycznego mini coopera,
elektryczne renault megane a nawet elektryczne wcielenie trabanta.
Wg prognoz (chyba bardzo optymistycznych) w 2020 roku auta z napę-
dem elektrycznym będą stanowić 10% światowego rynku.
Dwanaście lat temu koncern Toyoty, chcąc przezwyciężyć słabość samo-
chodów elektrycznych zaczął produkować samochód o napędzie hybry-
dowym. A słabości samochód elektryczny ma kilka: ograniczony za-
sięg na akumulatorze, zbyt długi czas ładowania, wysoka cena zakupu,
brak wiarygodnej infrastruktury.
Samochód hybrydowy ma pod maską kunsztowne połączenie silnika
spalinowego, elektrycznego, generatora i wydajnych baterii a całość
ma za zadanie nie wypuszczanie trujących spalin oraz CO2 podczas
parkowania i stania w korku.Poza tym bije rekordy niskiego zużycia pa-
liwa. Obecnie w Japonii jezdzi już trzecia generacja samochodów hybry-
dowych. Do tej pory łącznie sprzedano 1,8 mln pojazdów z napędem hy-
brydowym, marek Toyota i Lexus.
Gdy 12 lat temu pojawił się na rynku pierwszy hybrydowy samochód,
konkurenci Toyoty zacierali ręce - samochód był brzydki, drogi, ciężki
i ogromnie skomplikowany i wcale nie był wozem oszczędnym.
Druga jego generacja z 2003 roku, o bardzo poprawionej obłej sylwetce
i bardzo poprawionych osiągach nadal nie budziła entuzjazmu.
Ale odkąd ograniczenie emisji CO2 stało się prawdziwą światową obsesją,
prius zaczął być oznaką ekologicznej cnoty. Na dostawę tego auta czeka
się od ośmiu do dziewięciu miesięcy. Japoński producent już teraz zapo-
wiada mniejszy model Auris także o napędzie hybrydowym.
Koszty opracowania i produkcji priusa były naprawdę wysokie, auto za-
częło na siebie zarabiać dopiero po 8 latach.
Wprawdzie koncern Toyoty odczuwa boleśnie skutki światowego kryzysu,
ale jednocześnie jest w korzystniejszej sytuacji niż inni producenci. Bo jak
dotąd to jest tylko prius ... a potem długo, długo nic.
A wiadomo, że zasoby ropy w pewnej chwili zaczną się zmniejszać i trzeba
będzie znalezć inne rozwiązanie napędu samochodów.
mi nie przeszkadzają dalekie trasy. Nie mam jakiegoś "upatrzonego" mo-
delu, dla mnie ważne żeby mi się samochód nie psuł w drodze i miał regu-
lowaną wysokość kierownicy i mocowania pasów.
Pomiędzy 17 a 27 września na tegorocznym salonie samochodowym we
Frankfurcie nad Menem publiczność została "zasypana" samochodami na
prąd.
Zaprezentowano elektrycznego smarta, elektrycznego mini coopera,
elektryczne renault megane a nawet elektryczne wcielenie trabanta.
Wg prognoz (chyba bardzo optymistycznych) w 2020 roku auta z napę-
dem elektrycznym będą stanowić 10% światowego rynku.
Dwanaście lat temu koncern Toyoty, chcąc przezwyciężyć słabość samo-
chodów elektrycznych zaczął produkować samochód o napędzie hybry-
dowym. A słabości samochód elektryczny ma kilka: ograniczony za-
sięg na akumulatorze, zbyt długi czas ładowania, wysoka cena zakupu,
brak wiarygodnej infrastruktury.
Samochód hybrydowy ma pod maską kunsztowne połączenie silnika
spalinowego, elektrycznego, generatora i wydajnych baterii a całość
ma za zadanie nie wypuszczanie trujących spalin oraz CO2 podczas
parkowania i stania w korku.Poza tym bije rekordy niskiego zużycia pa-
liwa. Obecnie w Japonii jezdzi już trzecia generacja samochodów hybry-
dowych. Do tej pory łącznie sprzedano 1,8 mln pojazdów z napędem hy-
brydowym, marek Toyota i Lexus.
Gdy 12 lat temu pojawił się na rynku pierwszy hybrydowy samochód,
konkurenci Toyoty zacierali ręce - samochód był brzydki, drogi, ciężki
i ogromnie skomplikowany i wcale nie był wozem oszczędnym.
Druga jego generacja z 2003 roku, o bardzo poprawionej obłej sylwetce
i bardzo poprawionych osiągach nadal nie budziła entuzjazmu.
Ale odkąd ograniczenie emisji CO2 stało się prawdziwą światową obsesją,
prius zaczął być oznaką ekologicznej cnoty. Na dostawę tego auta czeka
się od ośmiu do dziewięciu miesięcy. Japoński producent już teraz zapo-
wiada mniejszy model Auris także o napędzie hybrydowym.
Koszty opracowania i produkcji priusa były naprawdę wysokie, auto za-
częło na siebie zarabiać dopiero po 8 latach.
Wprawdzie koncern Toyoty odczuwa boleśnie skutki światowego kryzysu,
ale jednocześnie jest w korzystniejszej sytuacji niż inni producenci. Bo jak
dotąd to jest tylko prius ... a potem długo, długo nic.
A wiadomo, że zasoby ropy w pewnej chwili zaczną się zmniejszać i trzeba
będzie znalezć inne rozwiązanie napędu samochodów.
wtorek, 29 września 2009
169. Sport to zdrowie?
Gdy byłam dzieckiem królowało powiedzenie "Sport to zdrowie, ruch to
życie". W ramach tego zdrowia udało mi się namówić rodzinę bym mogła
pójść do szkoły baletowej. W półtora roku pózniej odniosłam kontuzję,
której skutki odczuwam do dziś. Marzenia prysły, a ja powróciłam do
zwykłej szkoły.
Od tamtego czasu wiele się zmieniło, dziś nie przyjmą do szkoły baletowej
dziecka bez opinii lekarza ortopedy.
Czasy tak bardzo się zmieniły, że wyczynowy sport amatorski już nie
istnieje. Nie da się połączyć pracy zawodowej ze sportem, jeżeli chce się
zdobywać medale.
Podczas ostatnich Igrzysk Olimpijskich w Pekinie urazu doznał co dziesią-
ty sportowiec- łącznie 1055 osób. Najwięcej urazów doznali bokserzy-
no cóż, najczęściej pękają łuki brwiowe i każde mocne uderzenie może spo-
wodować uraz skóry.
Zaniepokojenie budzi coraz większa i częstsza ilość kontuzji podczas zawo-
dów najwyższej rangi.Przyczyn jest kilka - popularne sporty drużynowe,
takie jak piłka nożna, hokej czy też koszykówka, wymagają od zawodnika
coraz większej szybkości i jednocześnie stają się bardziej siłowe.
Kolejną przyczyną jest fakt, że często zawodnicy są przeciążeni treningami,
a przetrenowanie prowadzi do większej podatności na urazy i kontuzje.
Oprócz tego sportowcy stosują niedozwolone środki dopingujące, które
zakłócają naturalną równowagę organizmu tym samym narażając zawod-
nika na kontuzje.
Pierwsze miejsce wśród kontuzjogennych sportów zajmuje wielbiona
przez miliony kibiców piłka nożna. Angielscy specjaliści obliczyli, że 63,3
procent piłkarzy w Wielkiej Brytanii odniosło kontuzje w trakcie swej
kariery. Aż 75% wszystkich urazów dotyczy kończyn dolnych, z czego
55% przypada na golenie. Po meczu nogi piłkarzy nie wyglądają zachęca-
jąco - całe w siniakach, zadrapaniach, krwiakach a stopy prezentują się
równie marnie - zerwane paznokcie, wybroczyny, odciski.
Koszykówka - to jedna z najpopularniejszych dyscyplin w USA, jest też
uważana za bardzo niebezpieczny sport. Nawet osoby, które nie upra -
wiają koszykówki wyczynowo odnoszą poważne kontuzje.W ub. roku do
lekarzy zgłosiło się ponad pół miliona Amerykanów. Najczęściej zdarza-
ją się naciągnięcia i zerwania ścięgien (1/3 wszystkich urazów), uszko-
dzenia mięśni, zwichnięcia stawów oraz złamania rąk i nóg (20%). Jest
to sport kontaktowy, a zderzenia zawodników nastepują przy dużej
szybkości. Wielu koszykarzy do póznej starości odczuwa doznane kon-
tuzje. Słynny Michael Jordan zmuszony był przerwać swą karierę z
powodu kontuzji kolana i mimo kilku operacji już nie odzyskał pełnej
sprawności.
W hokeju - jak twierdzą zawodnicy- ani jeden mecz nie może się obejść
bez złamań, stłuczeń i zerwania mięśni. Głównym czynnikiem jest
prędkość, z jaką zawodnicy poruszają się po lodowisku, a najczęściej
jest to 50 km/godz. Z tą prędkością wpadają na bandy, bramki i
innych zawodników. Zdarzają się wówczas wstrząśnienia mózgu, uszko-
dzenia kręgów szyjnych, złamania i pęknięcia kości. Krążek hokejowy
tez może narobić niezłego zamieszania, zwłaszcza gdy dobry zawodnik
nada mu prędkość 200 km/godzinę. Najczęściej urazy w hokeju powsta-
ją wskutek kontaktu z kijem hokejowym, a w drugiej kolejności -
z ostrzami łyżew.
Narciarstwo ma wiele odmian- ale w rankingu najniebezpieczniejszych
konkurencji prym wiodą zjazd i slalom, za nimi plasują się skoki.
Narciarz zjeżdża po stoku z prędkością 140 km/godz, wszelkie nierów-
ności terenu amortyzując własnymi stawami i mięśniami, musi płynnie
pokonywać zakręty i omijać bramki z odpowiedniej strony. Najmniejszy
błąd może spowodować tragiczne skutki. Niestety było już kilka śmier-
telnych wypadków i wiele bardzo poważnych kontuzji.
Saneczkarstwo - kojarzy się nam z dzieciństwem i zjeżdżaniem z górki.
Niestety, nie ma to nic wspólnego z naszymi wspomnieniami. Tor sanecz-
kowy to lodowa rynna, saneczki mają ostre jak brzytwa płozy, a pręd-
kość dochodzi do 150 km/godz. Możliwości poważnych kontuzji jest wiele;
można wylecieć z trasy, znależć się pod saneczkami a zderzenie z taflą lodu
grozi poważnym urazem.
Skończył się kilka dni temu ostatni z wielkich wyścigów kolarskich.
Dzisiejsze rowery mogą rozwijać prędkość do 100 km/godzinę. W jadącym
szybko i dość ciasno peletonie często dochodzi do kraks, które kończą się
poważnymi kontuzjami. Według statystyk jedna piąta wszystkich ciężkich
urazów wśród sportowców, przypada właśnie na kolarstwo.
Oczywiście w każdej dyscyplinie uprawianej wyczynowo można nabawić
się kontuzji. Nawet na treningu grożą sportowcom kontuzje i często cały
sezon przygotowań do jakiegoś ważnego występu "diabli biorą" i zamiast
udziału w zawodach jest wielomiesięczne leczenie kontuzji.
Nie wykluczam, że jestem nieco infantylna, ale ilekroć widzę zawodnika
doznającego kontuzji, sama mam łzy w oczach - doskonale rozumiem jego
ból i wielkie rozczarowanie.
Żałuję również, że w pogoni za rekordami sport przestał być zdrowiem.
życie". W ramach tego zdrowia udało mi się namówić rodzinę bym mogła
pójść do szkoły baletowej. W półtora roku pózniej odniosłam kontuzję,
której skutki odczuwam do dziś. Marzenia prysły, a ja powróciłam do
zwykłej szkoły.
Od tamtego czasu wiele się zmieniło, dziś nie przyjmą do szkoły baletowej
dziecka bez opinii lekarza ortopedy.
Czasy tak bardzo się zmieniły, że wyczynowy sport amatorski już nie
istnieje. Nie da się połączyć pracy zawodowej ze sportem, jeżeli chce się
zdobywać medale.
Podczas ostatnich Igrzysk Olimpijskich w Pekinie urazu doznał co dziesią-
ty sportowiec- łącznie 1055 osób. Najwięcej urazów doznali bokserzy-
no cóż, najczęściej pękają łuki brwiowe i każde mocne uderzenie może spo-
wodować uraz skóry.
Zaniepokojenie budzi coraz większa i częstsza ilość kontuzji podczas zawo-
dów najwyższej rangi.Przyczyn jest kilka - popularne sporty drużynowe,
takie jak piłka nożna, hokej czy też koszykówka, wymagają od zawodnika
coraz większej szybkości i jednocześnie stają się bardziej siłowe.
Kolejną przyczyną jest fakt, że często zawodnicy są przeciążeni treningami,
a przetrenowanie prowadzi do większej podatności na urazy i kontuzje.
Oprócz tego sportowcy stosują niedozwolone środki dopingujące, które
zakłócają naturalną równowagę organizmu tym samym narażając zawod-
nika na kontuzje.
Pierwsze miejsce wśród kontuzjogennych sportów zajmuje wielbiona
przez miliony kibiców piłka nożna. Angielscy specjaliści obliczyli, że 63,3
procent piłkarzy w Wielkiej Brytanii odniosło kontuzje w trakcie swej
kariery. Aż 75% wszystkich urazów dotyczy kończyn dolnych, z czego
55% przypada na golenie. Po meczu nogi piłkarzy nie wyglądają zachęca-
jąco - całe w siniakach, zadrapaniach, krwiakach a stopy prezentują się
równie marnie - zerwane paznokcie, wybroczyny, odciski.
Koszykówka - to jedna z najpopularniejszych dyscyplin w USA, jest też
uważana za bardzo niebezpieczny sport. Nawet osoby, które nie upra -
wiają koszykówki wyczynowo odnoszą poważne kontuzje.W ub. roku do
lekarzy zgłosiło się ponad pół miliona Amerykanów. Najczęściej zdarza-
ją się naciągnięcia i zerwania ścięgien (1/3 wszystkich urazów), uszko-
dzenia mięśni, zwichnięcia stawów oraz złamania rąk i nóg (20%). Jest
to sport kontaktowy, a zderzenia zawodników nastepują przy dużej
szybkości. Wielu koszykarzy do póznej starości odczuwa doznane kon-
tuzje. Słynny Michael Jordan zmuszony był przerwać swą karierę z
powodu kontuzji kolana i mimo kilku operacji już nie odzyskał pełnej
sprawności.
W hokeju - jak twierdzą zawodnicy- ani jeden mecz nie może się obejść
bez złamań, stłuczeń i zerwania mięśni. Głównym czynnikiem jest
prędkość, z jaką zawodnicy poruszają się po lodowisku, a najczęściej
jest to 50 km/godz. Z tą prędkością wpadają na bandy, bramki i
innych zawodników. Zdarzają się wówczas wstrząśnienia mózgu, uszko-
dzenia kręgów szyjnych, złamania i pęknięcia kości. Krążek hokejowy
tez może narobić niezłego zamieszania, zwłaszcza gdy dobry zawodnik
nada mu prędkość 200 km/godzinę. Najczęściej urazy w hokeju powsta-
ją wskutek kontaktu z kijem hokejowym, a w drugiej kolejności -
z ostrzami łyżew.
Narciarstwo ma wiele odmian- ale w rankingu najniebezpieczniejszych
konkurencji prym wiodą zjazd i slalom, za nimi plasują się skoki.
Narciarz zjeżdża po stoku z prędkością 140 km/godz, wszelkie nierów-
ności terenu amortyzując własnymi stawami i mięśniami, musi płynnie
pokonywać zakręty i omijać bramki z odpowiedniej strony. Najmniejszy
błąd może spowodować tragiczne skutki. Niestety było już kilka śmier-
telnych wypadków i wiele bardzo poważnych kontuzji.
Saneczkarstwo - kojarzy się nam z dzieciństwem i zjeżdżaniem z górki.
Niestety, nie ma to nic wspólnego z naszymi wspomnieniami. Tor sanecz-
kowy to lodowa rynna, saneczki mają ostre jak brzytwa płozy, a pręd-
kość dochodzi do 150 km/godz. Możliwości poważnych kontuzji jest wiele;
można wylecieć z trasy, znależć się pod saneczkami a zderzenie z taflą lodu
grozi poważnym urazem.
Skończył się kilka dni temu ostatni z wielkich wyścigów kolarskich.
Dzisiejsze rowery mogą rozwijać prędkość do 100 km/godzinę. W jadącym
szybko i dość ciasno peletonie często dochodzi do kraks, które kończą się
poważnymi kontuzjami. Według statystyk jedna piąta wszystkich ciężkich
urazów wśród sportowców, przypada właśnie na kolarstwo.
Oczywiście w każdej dyscyplinie uprawianej wyczynowo można nabawić
się kontuzji. Nawet na treningu grożą sportowcom kontuzje i często cały
sezon przygotowań do jakiegoś ważnego występu "diabli biorą" i zamiast
udziału w zawodach jest wielomiesięczne leczenie kontuzji.
Nie wykluczam, że jestem nieco infantylna, ale ilekroć widzę zawodnika
doznającego kontuzji, sama mam łzy w oczach - doskonale rozumiem jego
ból i wielkie rozczarowanie.
Żałuję również, że w pogoni za rekordami sport przestał być zdrowiem.
sobota, 26 września 2009
168. Mix- trochę dziwne, trochę śmieszne
Pisałam jakiś czas temu o mrówkach-jakie mądre, dziwne i właściwie
nadzwyczajne.
A teraz wyczytałam, że spotykają je również rzeczy straszne. Nic do
śmiechu- prawie horror.
Biolodzy opisali w maju, że mrówki ogniste są niszczone przez pasożyt-
nicze muchy, których larwy zjadają mrówcze mózgi, zamieniając swe
żywicielki w błąkające się na oślep owadzie zombi.
W kilka tygodni pózniej biolodzy podali następną, równie przerażającą
mrówczą tragedię. Tym razem sprawcą mrówczego nieszczęścia jest
pasożytniczy grzyb Ophiocordyceps unilateralis. Zarażone nim mrówki
opuszczają swoje miejsce zamieszkania i po pewnym czasie dokonują ży-
wota wgryzione żuwaczkami w liść. Naukowcy zauważyli, że nie jest to
pierwszy lepszy liść- mrówka bowiem umiera tam, gdzie chce tego ów
grzyb. Nie wiadomo w jaki sposób grzyb przejmuje kontrolę nad owa-
dem. Zauważono, że wszystkie zainfekowane grzybem mrówki tuż
przed śmiercią wgryzły się w dolną część liścia, 98% z nich trafiło
w żyłę, liść znajdował się od strony północnej, ok. 25 cm nad ziemią,
temperatura w pobliżu wynosiła między 20 a 30 stopni C, wilgotność
94 - 95%. Wynika z tego, że grzyb tak manipulował zainfekowanym
owadem, by ten zaniósł go w miejsce, gdzie panują optymalne warunki
do rozmażania się tego grzyba.
Podobno przyroda zna wiele przypadków tak okrutnego pasożytnictwa.
Oczywiście biolodzy obserwują nie tylko mrówki. Od 20 lat grupa biolo-
gów obserwuje owce na szkockiej wyspie Hirta. Zauważyli, że z roku na
rok średnia wielkość owcy się zmniejsza. Długo zastanawiali się nad
przyczyną tego zjawiska i doszli do wniosku, że dzieje się tak bo są coraz
cieplejsze zimy , ktore pozwalają przeżyć i tym słabszym owcom.
Niegdyś, gdy były ostre zimy, wiosny doczekiwały tylko dorodne owce i
one przekazwały swe geny następnemu pokoleniu. Poza tym coraz mniej
owiec ma teraz ciemne futro, które było tak cenne w czasie ostrej zimy-
słońce nagrzewało je znacznie mocniej. Teraz znacznie więcej owiec ma
jasne futro.
Jak tak dalej pójdzie czarna owca będzie unikatem.
A poza tym wysychają i giną żaby w rejonach tropikalnych. Winę ponosi
i człowiek i ocieplenie klimatu. Człowiek pozbawia je naturalnych siedlisk
wycinając lasy i osuszając podmokłe tereny i dodatkowo trując je środ-
kami ochrony roślin.
Dodatkowo do znikania jadalnych gatunków żab przyczyniają się amato-
rzy żabich udek. Jadalne żaby zaczęły znikać z ekosystemów Europy,
Ameryki Północnej, Indii, Bangladeszu. To samo zaczyna się w Indonezji,
która jest czołowym eksporterem żabiego mięsa.
To co uniknęło wysuszenia, otrucia lub zjedzenia jest atakowane przez
chorobotwórczy grzyb, który doprowadził do wymarcia ponad 200
gatunków żab.
Ostatnią deską ratunku mogą być bakterie wytwarzające naturalny
antybiotyk przeciwgrzybiczy o nazwie violaceina.
Możliwe, że te bakterie będą dodawane do gleby i wód ekosystemów,
w których żyją płazy.
Ale wycinania lasów i osuszania gruntów bakterie nie powstrzymają.
nadzwyczajne.
A teraz wyczytałam, że spotykają je również rzeczy straszne. Nic do
śmiechu- prawie horror.
Biolodzy opisali w maju, że mrówki ogniste są niszczone przez pasożyt-
nicze muchy, których larwy zjadają mrówcze mózgi, zamieniając swe
żywicielki w błąkające się na oślep owadzie zombi.
W kilka tygodni pózniej biolodzy podali następną, równie przerażającą
mrówczą tragedię. Tym razem sprawcą mrówczego nieszczęścia jest
pasożytniczy grzyb Ophiocordyceps unilateralis. Zarażone nim mrówki
opuszczają swoje miejsce zamieszkania i po pewnym czasie dokonują ży-
wota wgryzione żuwaczkami w liść. Naukowcy zauważyli, że nie jest to
pierwszy lepszy liść- mrówka bowiem umiera tam, gdzie chce tego ów
grzyb. Nie wiadomo w jaki sposób grzyb przejmuje kontrolę nad owa-
dem. Zauważono, że wszystkie zainfekowane grzybem mrówki tuż
przed śmiercią wgryzły się w dolną część liścia, 98% z nich trafiło
w żyłę, liść znajdował się od strony północnej, ok. 25 cm nad ziemią,
temperatura w pobliżu wynosiła między 20 a 30 stopni C, wilgotność
94 - 95%. Wynika z tego, że grzyb tak manipulował zainfekowanym
owadem, by ten zaniósł go w miejsce, gdzie panują optymalne warunki
do rozmażania się tego grzyba.
Podobno przyroda zna wiele przypadków tak okrutnego pasożytnictwa.
Oczywiście biolodzy obserwują nie tylko mrówki. Od 20 lat grupa biolo-
gów obserwuje owce na szkockiej wyspie Hirta. Zauważyli, że z roku na
rok średnia wielkość owcy się zmniejsza. Długo zastanawiali się nad
przyczyną tego zjawiska i doszli do wniosku, że dzieje się tak bo są coraz
cieplejsze zimy , ktore pozwalają przeżyć i tym słabszym owcom.
Niegdyś, gdy były ostre zimy, wiosny doczekiwały tylko dorodne owce i
one przekazwały swe geny następnemu pokoleniu. Poza tym coraz mniej
owiec ma teraz ciemne futro, które było tak cenne w czasie ostrej zimy-
słońce nagrzewało je znacznie mocniej. Teraz znacznie więcej owiec ma
jasne futro.
Jak tak dalej pójdzie czarna owca będzie unikatem.
A poza tym wysychają i giną żaby w rejonach tropikalnych. Winę ponosi
i człowiek i ocieplenie klimatu. Człowiek pozbawia je naturalnych siedlisk
wycinając lasy i osuszając podmokłe tereny i dodatkowo trując je środ-
kami ochrony roślin.
Dodatkowo do znikania jadalnych gatunków żab przyczyniają się amato-
rzy żabich udek. Jadalne żaby zaczęły znikać z ekosystemów Europy,
Ameryki Północnej, Indii, Bangladeszu. To samo zaczyna się w Indonezji,
która jest czołowym eksporterem żabiego mięsa.
To co uniknęło wysuszenia, otrucia lub zjedzenia jest atakowane przez
chorobotwórczy grzyb, który doprowadził do wymarcia ponad 200
gatunków żab.
Ostatnią deską ratunku mogą być bakterie wytwarzające naturalny
antybiotyk przeciwgrzybiczy o nazwie violaceina.
Możliwe, że te bakterie będą dodawane do gleby i wód ekosystemów,
w których żyją płazy.
Ale wycinania lasów i osuszania gruntów bakterie nie powstrzymają.
niedziela, 20 września 2009
167. Ponoć jednak będzie potop
Topią się lodowce. Grenlandzki lodowiec Jakobshavn coraz szybciej płynie.
Swą prędkość poruszania się zwiększył w ciągu 15 lat prawie dwukrotnie
i coraz więcej lodu zostawia w oceanie. Oceanografowie dziwią się dlaczego
tak szybko następują zmiany na lodowych krańcach naszej planety.
Międzynarodowy Zespół ds. Zmian Klimatycznych w 2007 roku ogłosił
raport, z którego wyniką, że do 2100 roku poziom oceanów podniesie się
o 19 - 59 cm, przyjmując powolne ich topnienie. Prognoza ta nie uwzględ-
nia "przyszłych gwałtownych zmian strumieni lodowych".
Podobno raport ten był już nieaktualny w chwili publikacji, a jego szacunki
zbyt optymistyczne.
W ciągu XX wieku poziom oceanów podniósł się średnio o 17 cm i proces
ten trwa nadal i postępuje coraz szybciej.
Grenlandia i Antarktyda magazynują tyle wody, że po jej uwolnieniu oce-
any podniosłyby się o około 70 metrów.
Grenlandia kurczy się dziś o 300 gigaton rocznie, a to wystarczy by, do-
prowadzić do podniesienia poziomu mórz o 0,83 mm.
Drugi biegun traci w ciągu roku ok. 200 gigaton lodu wskutek czego mo-
rza podnoszą się o 0,55mm. Ale tu lodowce topią się nie powierzchniowo,
lecz od spodu.
Klimatolodzy i oceanografowie wciąż poszukują metod przewidywania
zmian poziomu mórz.
Wydawaje się nam, że podniesienie się poziomu morza o jeden metr to
niewiele. Ale - ok.60 mln ludzi mieszka dziś na wysokości do 1 metra
nad poziomem morza, a ich liczba, do 2100 roku, wzrośnie do 130 mln.
Większość z nich zamieszkuje w deltach wielkich rzek na południu i na
i południowym wschodzie Azji.
Niektóre kraje znajdą się przynajmniej częściowo pod wodą,np. Bangla-
desz i archipelag Malediwów. Już dziś Malediwy są systematycznie
zalewane przez morze. Po wielkim tsunami w 2004 roku mieszkańcy
opuścili 20 wysp, a do 2030 roku archipelag może się całkowicie wylud-
nić.
Jedna trzecia obywateli Unii Europejskiej żyje w odległości nie większej
niż 50 km od brzegów morskich. Podniesienie się poziomu mórz o 1 m
dotknie bezpośrednio 13 mln Europejczyków z pięciu krajów.
W najgorszej sytuacji będą Holandia i Belgia- aż 85% ich strefy brzego-
wej znajduje się poniżej 5 metrów n.p.m, a to oznacza zagrożenie powo-
dziami sztormowymi. Podobne zjawiska zagrażają połowie wybrzeży
Niemiec i Rumunii. We Włoszech najbardziej zagrożona jest Wenecja,
którą mają chronić specjalne ruchome zapory.
W Wielkiej Brytanii istniejące zabezpieczenia nie ochronią części
wschodniego i południowego wybrzeża, w tym miast Hull i Portsmouth.
Całe atlantyckie wybrzeże Ameryki Płn., łącznie z Nowym Jorkiem,
Bostonem, Waszyngtonem i Zatoką Meksykańską, stanie się bardziej
narażone na huragany. To co dziś nazywamy powodziami stulecia
może zdarzać się co cztery lata.
Czas napisać prognozę dla Polski. Jeżeli Bałtykowi przybędzie tylko
jeden metr, woda wedrze się na 150- 200 metrów w głąb lądu.
Zostanie zalanych 880 hektarów powierzchni samego Gdańska, w tym
Stare Miasto, a fala sztormowa sięgnęłaby znacznie dalej. Zagrożone
są również: Sopot, Łeba, Mielno, Świnoujście, Szczecin oraz Żuławy
Wiślane. Możemy utracić 1700 km kwadratowych ziemi, a powodzie
mogą nas kosztować 22 mld dolarów.
Naukowcy przestrzegają, że powinniśmy się wszyscy zacząć przygoto-
wywać. Wprawdzie Ziemia przetrwała już poważniejsze zmiany w swej
przeszłości, ale wtedy nie było jeszcze na niej ludzi.
wg. New Scientist, 2008 r, Anil Ananthaswamy
Swą prędkość poruszania się zwiększył w ciągu 15 lat prawie dwukrotnie
i coraz więcej lodu zostawia w oceanie. Oceanografowie dziwią się dlaczego
tak szybko następują zmiany na lodowych krańcach naszej planety.
Międzynarodowy Zespół ds. Zmian Klimatycznych w 2007 roku ogłosił
raport, z którego wyniką, że do 2100 roku poziom oceanów podniesie się
o 19 - 59 cm, przyjmując powolne ich topnienie. Prognoza ta nie uwzględ-
nia "przyszłych gwałtownych zmian strumieni lodowych".
Podobno raport ten był już nieaktualny w chwili publikacji, a jego szacunki
zbyt optymistyczne.
W ciągu XX wieku poziom oceanów podniósł się średnio o 17 cm i proces
ten trwa nadal i postępuje coraz szybciej.
Grenlandia i Antarktyda magazynują tyle wody, że po jej uwolnieniu oce-
any podniosłyby się o około 70 metrów.
Grenlandia kurczy się dziś o 300 gigaton rocznie, a to wystarczy by, do-
prowadzić do podniesienia poziomu mórz o 0,83 mm.
Drugi biegun traci w ciągu roku ok. 200 gigaton lodu wskutek czego mo-
rza podnoszą się o 0,55mm. Ale tu lodowce topią się nie powierzchniowo,
lecz od spodu.
Klimatolodzy i oceanografowie wciąż poszukują metod przewidywania
zmian poziomu mórz.
Wydawaje się nam, że podniesienie się poziomu morza o jeden metr to
niewiele. Ale - ok.60 mln ludzi mieszka dziś na wysokości do 1 metra
nad poziomem morza, a ich liczba, do 2100 roku, wzrośnie do 130 mln.
Większość z nich zamieszkuje w deltach wielkich rzek na południu i na
i południowym wschodzie Azji.
Niektóre kraje znajdą się przynajmniej częściowo pod wodą,np. Bangla-
desz i archipelag Malediwów. Już dziś Malediwy są systematycznie
zalewane przez morze. Po wielkim tsunami w 2004 roku mieszkańcy
opuścili 20 wysp, a do 2030 roku archipelag może się całkowicie wylud-
nić.
Jedna trzecia obywateli Unii Europejskiej żyje w odległości nie większej
niż 50 km od brzegów morskich. Podniesienie się poziomu mórz o 1 m
dotknie bezpośrednio 13 mln Europejczyków z pięciu krajów.
W najgorszej sytuacji będą Holandia i Belgia- aż 85% ich strefy brzego-
wej znajduje się poniżej 5 metrów n.p.m, a to oznacza zagrożenie powo-
dziami sztormowymi. Podobne zjawiska zagrażają połowie wybrzeży
Niemiec i Rumunii. We Włoszech najbardziej zagrożona jest Wenecja,
którą mają chronić specjalne ruchome zapory.
W Wielkiej Brytanii istniejące zabezpieczenia nie ochronią części
wschodniego i południowego wybrzeża, w tym miast Hull i Portsmouth.
Całe atlantyckie wybrzeże Ameryki Płn., łącznie z Nowym Jorkiem,
Bostonem, Waszyngtonem i Zatoką Meksykańską, stanie się bardziej
narażone na huragany. To co dziś nazywamy powodziami stulecia
może zdarzać się co cztery lata.
Czas napisać prognozę dla Polski. Jeżeli Bałtykowi przybędzie tylko
jeden metr, woda wedrze się na 150- 200 metrów w głąb lądu.
Zostanie zalanych 880 hektarów powierzchni samego Gdańska, w tym
Stare Miasto, a fala sztormowa sięgnęłaby znacznie dalej. Zagrożone
są również: Sopot, Łeba, Mielno, Świnoujście, Szczecin oraz Żuławy
Wiślane. Możemy utracić 1700 km kwadratowych ziemi, a powodzie
mogą nas kosztować 22 mld dolarów.
Naukowcy przestrzegają, że powinniśmy się wszyscy zacząć przygoto-
wywać. Wprawdzie Ziemia przetrwała już poważniejsze zmiany w swej
przeszłości, ale wtedy nie było jeszcze na niej ludzi.
wg. New Scientist, 2008 r, Anil Ananthaswamy
sobota, 19 września 2009
166. Kanada już nie pachnie żywicą
W kanadyjskiej prowincji Alberta jest kopalnia Muskeg River.
Kilkadziesiąt lat temu mieszkali tu Indianie; polowali na lisy,
kojoty i bizony, handlowali futrami , a dziwnym, lepkim pias-
kiem uszczelniali swe łodzie.
Okazało się, że ten dziwny, lepki piasek to jedno z najwięk-
szych na świecie złóż ropy naftowej.
Zdaniem goelogów, w trakcie powstawania Gór Skalistych
ogromne ilości ropy zostały odepchnięte na bok i tym spo-
sobem znalazły się w piaskach pod Albertą.
Lekkie cząsteczki ropy zostały rozłożone przez bakterie na
dwutlenek węgla i wodę, a pozostały bituminy, które są
cieżkimi frakcjami ropy.
Ten drogocenny brudny, lepki piach pokrywa warstwa ziemi
porośnięta lasem. Chcąc dotrzeć do warstwy roponośnego
piasku należy wpierw wykarczować stary, olbrzymi las,
następnie zdjąć warstwę ziemi o grubości 5- 15 metrów. Pod
nią znajduje się warstwa piasku roponosnego, o grubości
35 do 50 metrów, a zawartość bituminów w nim waha się
pomiędzy 7 a 15%. Z 400 ton tego dziwnego piachu można
otrzymać około 200 baryłek ropy.
Oczywiście wydobycie i przeróbka bituminów jest kosztow-
nym procesem. Koszt produkcji jednej baryłki ropy z piasków
roponośnych jest rzędu 30 - 35 $, co w porównaniu do kosz-
tów jednej baryłki ropy arabskiej 5 -10$ jest sumą wysoką.
Ale w sytuacji , gdy ceny ropy na rynkach światowych wciąż
idą w górę, to nawet ta "droga ropa" zaczyna się opłacać.
Dziś z kanadyjskich piasków uzyskuje się dziennie około mi-
liona baryłek, a do roku 2015 liczba ta ma się potroić.
Na niegościnne ziemie kanadyjskiej północy od kilku lat przy-
bywają do pracy dziesiątki tysięcy robotników z całej Kanady.
Zanim zasiądą w kabinie olbrzymiego Caterpillara muszą się
szkolić osiem miesięcy. Ale potem bez trudu można zarobić
około 65 tysięcy euro rocznie (100 tys.$ kanadyjskich).
Najbliżej roponośnych piasków jest małe miasto Fort Mc Mur-
ray, w którym w ciagu ostatnich 5 lat przybyło 20 tysięcy
mieszkańców. Miasto "pęka w szwach", ale ludzi jest wciąż za
mało.
Są to okolice prawie nie zaludnione, a najbliższe duże miasto,
Edmonton, znajduje się 4oo km od terenów roponośnych.
Prezes Shell Canada Limited zapowiada, że w niedługim cza-
sie będzie potrzeba tysięcy robotników i nie wyklucza możli-
wości sprowadzania ich z zagranicy.
Pracy jest dużo, bo cały proces otrzymywania ropy odbywa
się na miejscu.
Według szacunków z 2004 roku, przy globalnym zapotrzebo-
waniu na ropę w granicach 80 mln baryłek dziennie, same
piaski roponośne mogą zaopatrywać świat przez 6 lat. Tylko
Arabia Saudyjska dysponuje większymi zasobami, które
opłaca się wydobyć.
Kanada jest dziś jednym z największych graczy na rynku naf-
towym.
Nie trudno sobie wyobrazić co się stało z krajobrazem.
Mimo starań przedsiębiorstw naftowych to wciąż żałosny
widok.
Możemy śmiało wyrzucić z pamięci prastary las, przemykają-
ce się karibu, stada wilków polujących na płową zwierzynę,
Indian płynących rzeką Athabasca. To już nie wróci.
I nie ma też zapachu żywicy - króluje zapach benzyny.
Wiecej można się dowiedzieć na:
www.shell.ca/oilsands
www.oilsandsdiscovery.com
Kilkadziesiąt lat temu mieszkali tu Indianie; polowali na lisy,
kojoty i bizony, handlowali futrami , a dziwnym, lepkim pias-
kiem uszczelniali swe łodzie.
Okazało się, że ten dziwny, lepki piasek to jedno z najwięk-
szych na świecie złóż ropy naftowej.
Zdaniem goelogów, w trakcie powstawania Gór Skalistych
ogromne ilości ropy zostały odepchnięte na bok i tym spo-
sobem znalazły się w piaskach pod Albertą.
Lekkie cząsteczki ropy zostały rozłożone przez bakterie na
dwutlenek węgla i wodę, a pozostały bituminy, które są
cieżkimi frakcjami ropy.
Ten drogocenny brudny, lepki piach pokrywa warstwa ziemi
porośnięta lasem. Chcąc dotrzeć do warstwy roponośnego
piasku należy wpierw wykarczować stary, olbrzymi las,
następnie zdjąć warstwę ziemi o grubości 5- 15 metrów. Pod
nią znajduje się warstwa piasku roponosnego, o grubości
35 do 50 metrów, a zawartość bituminów w nim waha się
pomiędzy 7 a 15%. Z 400 ton tego dziwnego piachu można
otrzymać około 200 baryłek ropy.
Oczywiście wydobycie i przeróbka bituminów jest kosztow-
nym procesem. Koszt produkcji jednej baryłki ropy z piasków
roponośnych jest rzędu 30 - 35 $, co w porównaniu do kosz-
tów jednej baryłki ropy arabskiej 5 -10$ jest sumą wysoką.
Ale w sytuacji , gdy ceny ropy na rynkach światowych wciąż
idą w górę, to nawet ta "droga ropa" zaczyna się opłacać.
Dziś z kanadyjskich piasków uzyskuje się dziennie około mi-
liona baryłek, a do roku 2015 liczba ta ma się potroić.
Na niegościnne ziemie kanadyjskiej północy od kilku lat przy-
bywają do pracy dziesiątki tysięcy robotników z całej Kanady.
Zanim zasiądą w kabinie olbrzymiego Caterpillara muszą się
szkolić osiem miesięcy. Ale potem bez trudu można zarobić
około 65 tysięcy euro rocznie (100 tys.$ kanadyjskich).
Najbliżej roponośnych piasków jest małe miasto Fort Mc Mur-
ray, w którym w ciagu ostatnich 5 lat przybyło 20 tysięcy
mieszkańców. Miasto "pęka w szwach", ale ludzi jest wciąż za
mało.
Są to okolice prawie nie zaludnione, a najbliższe duże miasto,
Edmonton, znajduje się 4oo km od terenów roponośnych.
Prezes Shell Canada Limited zapowiada, że w niedługim cza-
sie będzie potrzeba tysięcy robotników i nie wyklucza możli-
wości sprowadzania ich z zagranicy.
Pracy jest dużo, bo cały proces otrzymywania ropy odbywa
się na miejscu.
Według szacunków z 2004 roku, przy globalnym zapotrzebo-
waniu na ropę w granicach 80 mln baryłek dziennie, same
piaski roponośne mogą zaopatrywać świat przez 6 lat. Tylko
Arabia Saudyjska dysponuje większymi zasobami, które
opłaca się wydobyć.
Kanada jest dziś jednym z największych graczy na rynku naf-
towym.
Nie trudno sobie wyobrazić co się stało z krajobrazem.
Mimo starań przedsiębiorstw naftowych to wciąż żałosny
widok.
Możemy śmiało wyrzucić z pamięci prastary las, przemykają-
ce się karibu, stada wilków polujących na płową zwierzynę,
Indian płynących rzeką Athabasca. To już nie wróci.
I nie ma też zapachu żywicy - króluje zapach benzyny.
Wiecej można się dowiedzieć na:
www.shell.ca/oilsands
www.oilsandsdiscovery.com
poniedziałek, 14 września 2009
164. Kraj sprzedam......
Co zrobić, gdy masz multum piachu i ropę naftową a brak ci terenów
rolniczych, ceny żywności szybują w górę a ty masz do wykarmienia
dziesiątki tysięcy ludzi, którzy są zatrudnieni przy wydobyciu ropy?
Można dotować żywność, ale nawet tak zamożny kraj jak Arabia Sau-
dyjska zaczyna mieć problemy finansowe.
Potrzeba matką wynalazku, więc znaleziono inne, znacznie tańsze roz-
wiązanie: zakupiono tereny rolnicze od innych państw za naprawdę
niewielkie pieniądze.
Sprzedaż ziemi cudzoziemcom to drażliwy proceder i rządy państw,
które go uprawiają, starają się utrzymać transakcje w tajemnicy.
Proceder międzynarodowego handlu ziemią nie jest nowy, ale nigdy
nie odbywał się na taką skalę, bo w grę wchodzą miliony hektarów.
Rekordzistą w latach 2007-2009 zostały Chiny, zakupując 2,8 mln
hektarów gruntów, w następujących krajach: Kuba, Kamerun, Kongo,
Zambia, Laos, Filipiny, Mozambik , Zimbabwe.
Drugie miejsce zajmuje Korea Południowa z zakupem 2,1 mln ha,
w Rosji, Sudanie i na Madagaskarze.
Zjednoczone Emiraty Arabskie zakupiły dla swych potrzeb 750 tys.
hektarów ziemi w Egipcie, Etiopii, Pakistanie, i Sudanie.
Arabia Saudyjska zakupiła 550 tys. ha w Etiopii, Egipcie, Sudanie,
Tanzanii, Indonezji.
Katar zakupił 500 tys. ha na Filipinach, Kambodży i w Kenii.
Ale to nie wszystkie państwa, które wykupiły tereny rolnicze poza
granicami swego terytorium. Na takie zakupy zdecydowały się :
Japonia, Indie, Niemcy, Wlk.Brytania, Libia, RPA, Dżibuti, Szwecja,
Egipt, Bahrajn, USA, Dania, Wietnam, Kuwejt, Jordania.
Politycy, którzy godzą się na te wyprzedaże, zapewniają, że ich kraje
są ogromne a handel odbywa się bez uszczerbku dla rodzimego
rolnictwa I pewnie byłoby tak, gdyby większość obszaru tych państw
nie zajmowały pustynie, góry lub bagna. W Sudanie pozbyto się w ten
sposób 1/5 użytków rolnych, a drobni rolnicy zostaną pradopodobnie
wyparci ze swych ziem.
Niedawne zamieszki w Peru, na Madagaskarze i Zambii pokazały,że
nikt nie troszczy się o to,co się z drobnymi rolnikami stanie.
Rolnictwo przemysłowe w Europie i Ameryce drastycznie zredukowało
liczbę rolników, więc w Afryce może być podobnie.
Jeśli nawet owi afrykańscy rolnicy pozostaną w branży, to będą tylko
tanią siłą roboczą.
Rzecznik prezydenta Kenii jasno sprecyzował sytuację państw wyprze-
dających ziemię- nie mamy surowców, a chcemy by obcy kapitał u nas
inwestował, więc sprzedajemy ziemię.
Gdy w Pakistanie pojawiła się szansa na miliardowy kontrakt z Arabią
Saudyjską, "oczyszczono" teren wysiedlając 25 tyięcy wieśniaków.
W zamian zaproponowano im pracę na plantacjach, a Saudyjczyków
zapewniono, że do żadnych protestów nie dojdzie, bo do ochrony pól
zostanie skierowanych 10 tysięcy strażników.
Zmiana gospodarstw prowadzących dotychczas naturalne metody upra-
wiania ziemi i zastapienie ich wielkimi monokulturowymi plantacjami
może wywołać ekologiczną katastrofę, bo wyginie wiele gatunków flory
i fauny.
Ekolodzy niby dostrzegają te niebezpieczeństwa, ale nabrali wody w
usta, bo to oni przez całe lata tak intensywnie lansowali biopaliwa, że
w końcu przekonali do nich światowe koncerny. I dziś ci potentaci wy-
kupują setki tysięcy hektarów ziemi , by uprawiać na nich palmy ole-
jowe, krzewy jatrofy, lub rzepak. Powstają gigantyczne plantacje
roslin oleistych, dotąd nigdzie i nigdy nie spotykane. Jeden hektar
roslin przeznaczonych na biopaliwa przynosi 15-krotnie wiekszy zysk
niż uzyskane z tej samej powierzchni drewno , więc pod wycinkę idą
tereny zalesione.
Instytut Badań nad Międzynarodową Polityką Żywnościową(IFPRI),
monituruje światowy obrót gruntami i postuluje, by zagraniczni in-
westorzy podpisali kodeks etyczny, który określi zasady kupowania
ziemi i prowadzenia biznesu w taki sposób, by uwzględniał lokalne
warunki, prawa miejscowej ludności, jej tradycje i obyczaje.
Brzmi to pięknie, ale jak na razie nie ma z kim o tym rozmawiać.
Np. w Sudanie trwa wojna domowa, głoduje ponad 6 milionów ludzi,
prezydent jest oskarżony o zbrodnie przeciwko ludzkości, a przed
jego gabinetem wciąż ustawiają się kolejki chętnych do podpisywania
następnych umów o zakup ziemi.
Skoro na inwestycjach w kupowaną za bezcen ziemię można w ciągu
kilkudziesięciu lat osiągnąć nawet 400 % zysku, to czy jest z kim
rozmawiać o etyce, gdy myśl o zysku mąci umysł?
rolniczych, ceny żywności szybują w górę a ty masz do wykarmienia
dziesiątki tysięcy ludzi, którzy są zatrudnieni przy wydobyciu ropy?
Można dotować żywność, ale nawet tak zamożny kraj jak Arabia Sau-
dyjska zaczyna mieć problemy finansowe.
Potrzeba matką wynalazku, więc znaleziono inne, znacznie tańsze roz-
wiązanie: zakupiono tereny rolnicze od innych państw za naprawdę
niewielkie pieniądze.
Sprzedaż ziemi cudzoziemcom to drażliwy proceder i rządy państw,
które go uprawiają, starają się utrzymać transakcje w tajemnicy.
Proceder międzynarodowego handlu ziemią nie jest nowy, ale nigdy
nie odbywał się na taką skalę, bo w grę wchodzą miliony hektarów.
Rekordzistą w latach 2007-2009 zostały Chiny, zakupując 2,8 mln
hektarów gruntów, w następujących krajach: Kuba, Kamerun, Kongo,
Zambia, Laos, Filipiny, Mozambik , Zimbabwe.
Drugie miejsce zajmuje Korea Południowa z zakupem 2,1 mln ha,
w Rosji, Sudanie i na Madagaskarze.
Zjednoczone Emiraty Arabskie zakupiły dla swych potrzeb 750 tys.
hektarów ziemi w Egipcie, Etiopii, Pakistanie, i Sudanie.
Arabia Saudyjska zakupiła 550 tys. ha w Etiopii, Egipcie, Sudanie,
Tanzanii, Indonezji.
Katar zakupił 500 tys. ha na Filipinach, Kambodży i w Kenii.
Ale to nie wszystkie państwa, które wykupiły tereny rolnicze poza
granicami swego terytorium. Na takie zakupy zdecydowały się :
Japonia, Indie, Niemcy, Wlk.Brytania, Libia, RPA, Dżibuti, Szwecja,
Egipt, Bahrajn, USA, Dania, Wietnam, Kuwejt, Jordania.
Politycy, którzy godzą się na te wyprzedaże, zapewniają, że ich kraje
są ogromne a handel odbywa się bez uszczerbku dla rodzimego
rolnictwa I pewnie byłoby tak, gdyby większość obszaru tych państw
nie zajmowały pustynie, góry lub bagna. W Sudanie pozbyto się w ten
sposób 1/5 użytków rolnych, a drobni rolnicy zostaną pradopodobnie
wyparci ze swych ziem.
Niedawne zamieszki w Peru, na Madagaskarze i Zambii pokazały,że
nikt nie troszczy się o to,co się z drobnymi rolnikami stanie.
Rolnictwo przemysłowe w Europie i Ameryce drastycznie zredukowało
liczbę rolników, więc w Afryce może być podobnie.
Jeśli nawet owi afrykańscy rolnicy pozostaną w branży, to będą tylko
tanią siłą roboczą.
Rzecznik prezydenta Kenii jasno sprecyzował sytuację państw wyprze-
dających ziemię- nie mamy surowców, a chcemy by obcy kapitał u nas
inwestował, więc sprzedajemy ziemię.
Gdy w Pakistanie pojawiła się szansa na miliardowy kontrakt z Arabią
Saudyjską, "oczyszczono" teren wysiedlając 25 tyięcy wieśniaków.
W zamian zaproponowano im pracę na plantacjach, a Saudyjczyków
zapewniono, że do żadnych protestów nie dojdzie, bo do ochrony pól
zostanie skierowanych 10 tysięcy strażników.
Zmiana gospodarstw prowadzących dotychczas naturalne metody upra-
wiania ziemi i zastapienie ich wielkimi monokulturowymi plantacjami
może wywołać ekologiczną katastrofę, bo wyginie wiele gatunków flory
i fauny.
Ekolodzy niby dostrzegają te niebezpieczeństwa, ale nabrali wody w
usta, bo to oni przez całe lata tak intensywnie lansowali biopaliwa, że
w końcu przekonali do nich światowe koncerny. I dziś ci potentaci wy-
kupują setki tysięcy hektarów ziemi , by uprawiać na nich palmy ole-
jowe, krzewy jatrofy, lub rzepak. Powstają gigantyczne plantacje
roslin oleistych, dotąd nigdzie i nigdy nie spotykane. Jeden hektar
roslin przeznaczonych na biopaliwa przynosi 15-krotnie wiekszy zysk
niż uzyskane z tej samej powierzchni drewno , więc pod wycinkę idą
tereny zalesione.
Instytut Badań nad Międzynarodową Polityką Żywnościową(IFPRI),
monituruje światowy obrót gruntami i postuluje, by zagraniczni in-
westorzy podpisali kodeks etyczny, który określi zasady kupowania
ziemi i prowadzenia biznesu w taki sposób, by uwzględniał lokalne
warunki, prawa miejscowej ludności, jej tradycje i obyczaje.
Brzmi to pięknie, ale jak na razie nie ma z kim o tym rozmawiać.
Np. w Sudanie trwa wojna domowa, głoduje ponad 6 milionów ludzi,
prezydent jest oskarżony o zbrodnie przeciwko ludzkości, a przed
jego gabinetem wciąż ustawiają się kolejki chętnych do podpisywania
następnych umów o zakup ziemi.
Skoro na inwestycjach w kupowaną za bezcen ziemię można w ciągu
kilkudziesięciu lat osiągnąć nawet 400 % zysku, to czy jest z kim
rozmawiać o etyce, gdy myśl o zysku mąci umysł?
Subskrybuj:
Posty (Atom)