Spokojnie, bez paniki, to nie nowa epidemia ani żadna choroba. Zielona
gorączka od dwóch lat panuje w Kalifornii, a jest to prawdziwe szaleństwo,
które opanowało umysły kalifornijskich przedsiębiorców. Wszyscy poszu-
kują nowych technologii pozyskiwania energii ze zródeł odnawialnych.
W grę wchodzą: zaawansowane biopaliwa, skomplikowane panele lub
elektrownie słoneczne, samochody nowej generacji z napędem elektrycz-
nym, ekologiczne materiały budowlane, wykorzystanie głębokich zródeł
geotermalnych, inteligentne sieci elektryczne.
Kalifornia zawsze przodowała w dziedzinie regulacji środowiskowych.
Nim jeszcze zainicjowała rewolucję informatyczną wprowadziła wymóg
instalowania katalizatorów we wszystkich autach.Poza tym nie brak tu
słońca i wiatru , a nowa administracja prezydenta Obamy wyłożyła
blisko 150 miliardów dolarów na pomoc w tworzeniu zielonych miejsc
pracy.
Wielu poważnych i znanych inwestorów dostrzega w tym największą eko-
nomiczną szansę XXI wieku, a wśród nich jest John Doerr, jeden z najsław-
niejszych inwestorów finansujących f-my internetowe, (Amazon i Google).
Podobnie myśli Steve Westly, który zainwestował 82 miliony w firmę Tesla
Motors. Ich ekologiczny samochód w wersji sportowej przyspiesza do 100
kilometrów w 3,7 sekundy, a jego akumulator ma zasięg 350 km. Cena -
"tylko" 150 tysięcy dolarów.
Całą Krzemową Dolinę opanowała zielona gorączka- zielona jak dolar, zielona
jak ekologia.
Firma Solazyme opanowała produkcję paliwa do diesla otrzymywanego
z mikroalg. Swoim projektem zainteresowała amerykański Departament
Obrony, który podpisał z firmą umowę na dostawę 75 tysięcy litrów
"Soladiesela". Okazuje się, że olej z alg nadaje się nie tylko na paliwo do
silników samochodowych, ale może być też wykorzystany do produkcji
kremów kosmetycznych lub celów kulinarnych.
Gubernator Arnold Schwarzeneger osobiście promuje plan wykorzystania
energii słonecznej, kosztujący 2 miliardy dolarów. Osoby poprawiające izo-
lację cieplną, instalujące ogniwa słoneczne lub nabywające samochody o
napędzie elektrycznym mają zapewnione ulgi podatkowe.
Amerykańskie pustynie zaczynają się pokrywać zwierciadłami, które kon-
centrują promieniowanie słoneczne na wieżowych absorberach, gdzie woda
nagrzewa się i zmienia w parę, napędzającą wielką turbinę.
Tak jak przed laty Krzemowa Dolina była miejscem narodzin informatyki,
tak teraz jest wielkim inkubatorem przedsiębiorczości i nowych pomysłów.
Nie wszystkim się uda, większość pewnie poniesie porażkę próbując "oczy-
ścić" branże: samochodową, energetyczną, materiałów budowlanych.
Ale wiele pomysłów i technologii się sprawdzi i przyciągną kapitał. I będzie
zielono - od dolarów.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
niedziela, 24 stycznia 2010
czwartek, 21 stycznia 2010
197. Nigdy nie jesteśmy sami
Jeżeli myślicie, że kiedykolwiek jesteśmy sami chociażby na chwilę, to się
bardzo mylicie. Bez przerwy każdy z nas ma przy sobie 100 milionów bak-
terii, więc jak tu mówić o samotności? Nasi niewidoczni towarzysze są z na-
mi stale, bez względu na stan naszego zdrowia.
Na każdym centymetrze kwadratowym naszej skóry zamieszkuje od kilku-
set po setki tysięcy bakterii, a ich ilość zależy w dużym stopniu od wilgot-
ności otoczenia.
Role bakterii są podzielone : jedne pomagają nam w trawieniu pożywienia,
inne wspierają nasz układ odpornościowy odpierając ataki bakterii chorobo-
twórczych.
Wiadomo, że pożyteczne bakterie są bliskimi krewniaczkami tych, które
są chorobotwórcze.
Uczeni postanowili zbadać, które bakterie są stałymi rezydentami ludz-
kiego ciała i ustalić, gdzie poszczególne ich rodzaje "mieszkają".
Grupa badaczy z Uniwersytetu Kolorado, pod kierunkiem biochemika
Roba Knighta postanowiła stworzyć coś na kształt atlasu bakterii stale z
nami przebywających.
Pierwsze wyniki badań opublikowano już w czasopiśmie "Science". Po
przebadaniu 27 regionów ludzkiego ciała okazało się, że każdy z nich ma
typowe dla siebie bakterie. Na dodatek okazało się , że każdy człowiek
ma swoje własne, indywidualne zbiorowisko bakterii, odmienne niż inni
ludzie. Bo rodzaj bakterii zależy również od trybu życia człowieka i śro-
dowiska, w jakim on przebywa.
Badania wykazały, że na dłoniach i rękach każdego człowieka koegzystuje
ze sobą b. wiele różnych bakterii.
Badaniem była objęta grupa ludzi całkowicie zdrowych. Przez trzy mie-
siące regularnie , tej samej grupie, pobierano próbki z tych samych
miejsc i okazało się, że mieszanka bakterii w organizmie danego człowieka
właściwie nie ulega zmianie. To prawie jak linie papilarne.
Oczywiście do ukończenia całego atlasu bakterii jest jeszcze daleko. Teraz
uczeni będą badać bakterie i ich rozmieszczenie u ludzi chorych.
Już teraz wiadomo, że wiele bakterii zamieszkujących ciało człowieka, zu-
pełnie nieszkodliwych gdy jest on zdrowy, w chwili osłabienia organizmu
staje się śmiertelnie niebezpiecznymi.
W trakcie badań okazało się również, że wiele z bakterii bytujących na
organizmie człowieka żyje na roślinach.
Wyobrazcie sobie, że na palcu wskazującym żyją cyjanobakterie, których
typowym miejscem bytowania są rośliny, a maczugowce , które u nas
zasiedlają skórę pach bytują na zgniłych fragmentach roślin.
Bakterie występujące w błonie śluzowej nosa u człowieka występują tylko
i wyłącznie w tym miejscu, ale niektóre ich rodzaje bytują też na ślimakach.
Bakterie żyjące w jamie ustnej nie powodują chorób u swego żywiciela, ale
gdy trafią w miejsce skaleczenia u innej osoby, mogą spowodować zakażenie.
Są też bakterie, bez których nie moglibyśmy trawić pożywienia - zamiesz-
kują one nasze jelita, to escherichia coli. Pożyteczne, gdy żyją w naszych
jelitach, grozne, gdy zostanie nimi skażona woda pitna.
Jak widzicie trudno mówić o samotności gdy bez przerwy mamy tak
liczne, choć niewidoczne gołym okiem towarzystwo.
bardzo mylicie. Bez przerwy każdy z nas ma przy sobie 100 milionów bak-
terii, więc jak tu mówić o samotności? Nasi niewidoczni towarzysze są z na-
mi stale, bez względu na stan naszego zdrowia.
Na każdym centymetrze kwadratowym naszej skóry zamieszkuje od kilku-
set po setki tysięcy bakterii, a ich ilość zależy w dużym stopniu od wilgot-
ności otoczenia.
Role bakterii są podzielone : jedne pomagają nam w trawieniu pożywienia,
inne wspierają nasz układ odpornościowy odpierając ataki bakterii chorobo-
twórczych.
Wiadomo, że pożyteczne bakterie są bliskimi krewniaczkami tych, które
są chorobotwórcze.
Uczeni postanowili zbadać, które bakterie są stałymi rezydentami ludz-
kiego ciała i ustalić, gdzie poszczególne ich rodzaje "mieszkają".
Grupa badaczy z Uniwersytetu Kolorado, pod kierunkiem biochemika
Roba Knighta postanowiła stworzyć coś na kształt atlasu bakterii stale z
nami przebywających.
Pierwsze wyniki badań opublikowano już w czasopiśmie "Science". Po
przebadaniu 27 regionów ludzkiego ciała okazało się, że każdy z nich ma
typowe dla siebie bakterie. Na dodatek okazało się , że każdy człowiek
ma swoje własne, indywidualne zbiorowisko bakterii, odmienne niż inni
ludzie. Bo rodzaj bakterii zależy również od trybu życia człowieka i śro-
dowiska, w jakim on przebywa.
Badania wykazały, że na dłoniach i rękach każdego człowieka koegzystuje
ze sobą b. wiele różnych bakterii.
Badaniem była objęta grupa ludzi całkowicie zdrowych. Przez trzy mie-
siące regularnie , tej samej grupie, pobierano próbki z tych samych
miejsc i okazało się, że mieszanka bakterii w organizmie danego człowieka
właściwie nie ulega zmianie. To prawie jak linie papilarne.
Oczywiście do ukończenia całego atlasu bakterii jest jeszcze daleko. Teraz
uczeni będą badać bakterie i ich rozmieszczenie u ludzi chorych.
Już teraz wiadomo, że wiele bakterii zamieszkujących ciało człowieka, zu-
pełnie nieszkodliwych gdy jest on zdrowy, w chwili osłabienia organizmu
staje się śmiertelnie niebezpiecznymi.
W trakcie badań okazało się również, że wiele z bakterii bytujących na
organizmie człowieka żyje na roślinach.
Wyobrazcie sobie, że na palcu wskazującym żyją cyjanobakterie, których
typowym miejscem bytowania są rośliny, a maczugowce , które u nas
zasiedlają skórę pach bytują na zgniłych fragmentach roślin.
Bakterie występujące w błonie śluzowej nosa u człowieka występują tylko
i wyłącznie w tym miejscu, ale niektóre ich rodzaje bytują też na ślimakach.
Bakterie żyjące w jamie ustnej nie powodują chorób u swego żywiciela, ale
gdy trafią w miejsce skaleczenia u innej osoby, mogą spowodować zakażenie.
Są też bakterie, bez których nie moglibyśmy trawić pożywienia - zamiesz-
kują one nasze jelita, to escherichia coli. Pożyteczne, gdy żyją w naszych
jelitach, grozne, gdy zostanie nimi skażona woda pitna.
Jak widzicie trudno mówić o samotności gdy bez przerwy mamy tak
liczne, choć niewidoczne gołym okiem towarzystwo.
wtorek, 12 stycznia 2010
196. Szczęście narodowe brutto
Daleko , daleko stąd , za siedmioma górami, za siedmioma lasami, we
wschodniej części Himalajów, znajduje się królestwo Bhutanu. Kraj jest
górzysty, ma około 670 tysięcy mieszkańców, zajmuje obszar 47 tysięcy
kilometrów kwadratowych.
Dane ekonomiczne nikomu nie zaimponują, bo Bhutan należy do państw o
najniższym poziomie rozwoju społeczno-gospodarczego.
Niewolnictwo w Bhutanie zniesiono dopiero w 1956 roku.
Stolicą kraju jest Thimphu. Jest to jedyna stolica na świecie pozbawiona
sygnalizacji świetlnej, a międzynarodowe lotnisko ma tylko jeden pas star-
towy. Telewizja, wraz z internetem dotarła do Bhutanu w 1999 roku.
Gospodarka tego malutkiego kraju, wciśniętego pomiędzy Indie a Chiny,
oparta jest na rolnictwie, sprzedaży Indiom energii z elektrowni wod-
nych i turystyce. Jest to kraj w dużym stopniu zależny od pomocy zew-
nętrznej. W 1949 roku Bhutan podpisał traktat z Indiami, na mocy któ-
rego Indie sprawują nad nim nadzór i są odpowiedzialne za jego obronę.
Produkt krajowy brutto wynosi zaledwie 5312 dolarów na mieszkańca i
daje to Bhutanowi miejsce w pierwszej dziesiątce krajów z bardzo niskim
PKB. Jednocześnie w 2007 roku Bhutan był drugą, najszybciej rozwija-
jącą się gospodarką świata. Bezpłatne szkolnictwo w języku angielskim,
dociera dziś do niemal wszystkich zakątków kraju. Jest to ważne, bo odse-
tek osób posiadających umiejętność czytania i pisania wynosi 59,5 %.
Tym niezwykłym krajem zaczął rządzić 2 czerwca 1974 roku Jigme Singye
Wangchuck. Miał wówczas zaledwie 18 lat i po nagłej śmierci swego ojca
został najmłodszym monarchą świata. Podczas swej mowy koronacyjnej
młody król powiedział: "Szczęście narodowe brutto jest znacznie waż-
niejsze niż produkt krajowy brutto". Od tego dnia model rozwoju Bhu-
tanu oparty jest na filozofii szczęścia narodowego brutto, czyli założeniu,
że sposób mierzenia postępu nie może się opierać wyłącznie na przepły-
wie pieniędzy. Rozwój społeczeństwa tylko wtedy jest pełny gdy postęp
materialny i duchowy wzajemnie się uzupełniają i umacniają. Bo każdy
krok danego spoleczeństwa powinien być oceniany nie tylko w katego-
riach wyników gospodarczych ale również pod względem tego, czy pro-
wadzi do szczęścia. Jest to droga środka, zgodna z zasadami buddyzmu.
Ale Jigme Singye Wangchuck nie tylko wymyslił dla Bhutanu tak
niezwykłą drogę rozwoju jak Szczęście Narodowe Brutto- dzięki jego
uporowi, a wbrew pierwotnym życzeniom swego narodu, Bhutan został
monarchią konstytucyjną.
W grudniu 2005 roku król ogłosił, że abdykuje na rzecz swego pierwo-
rodnego syna i że odbędą się wybory. Proces demokratyzacji kraju prze-
biegał dość długo, a 18 lipca 2008 roku przyjęto w Bhutanie pierwszą
ustawę zasadniczą.
Jeden z jej artykułów głosi, że:" "Państwo stara się promować warunki,
które pozwolą na osiągnięcie szczęścia narodowego brutto".
24 marca 2008 roku odbyły się wybory parlamentarne, startowały dwie
partie, a wygrała Partia Pokoju i Dobrobytu.
W tym samym roku, w listopadzie, 28-letni Jigme Khesar Namgyel
Wangchuck, syn Jigme Sindye Wangchucka, został piątym królem
Bhutanu, pierwszym monarchą konstytucyjnym kraju.
Wygłaszając swe credo w trakcie mowy koronacyjnej, młody król
z cała pewnością nie podejrzewał nawet, że dziś, w dobie kryzysu, wielu
ekonomistów i filozofów zacznie się zastanawiać czy PKB jest naprawdę
dobrą miarą poziomu życia społeczeństw i rzeczywistą miarą dobrobytu.
Jeżeli ktoś z Was chciałby poznać ten niezwykły kraj, to spieszę donieść,
że każdy turysta musi wnieść opłatę w wysokości 220 dolarów dziennie.
W zamian za to otrzyma nocleg, posiłki, bilety do muzeów, transport
wewnętrzny oraz przewodnika.
Bhutan dąży do utrzymania opłacalnej, aczkolwiek umiarkowanej liczby
turystów, gwarantującej uniknięcie katastrof ekologicznych jak te, które
wywołała masowa turystyka w sąsiadującym Nepalu.
wschodniej części Himalajów, znajduje się królestwo Bhutanu. Kraj jest
górzysty, ma około 670 tysięcy mieszkańców, zajmuje obszar 47 tysięcy
kilometrów kwadratowych.
Dane ekonomiczne nikomu nie zaimponują, bo Bhutan należy do państw o
najniższym poziomie rozwoju społeczno-gospodarczego.
Niewolnictwo w Bhutanie zniesiono dopiero w 1956 roku.
Stolicą kraju jest Thimphu. Jest to jedyna stolica na świecie pozbawiona
sygnalizacji świetlnej, a międzynarodowe lotnisko ma tylko jeden pas star-
towy. Telewizja, wraz z internetem dotarła do Bhutanu w 1999 roku.
Gospodarka tego malutkiego kraju, wciśniętego pomiędzy Indie a Chiny,
oparta jest na rolnictwie, sprzedaży Indiom energii z elektrowni wod-
nych i turystyce. Jest to kraj w dużym stopniu zależny od pomocy zew-
nętrznej. W 1949 roku Bhutan podpisał traktat z Indiami, na mocy któ-
rego Indie sprawują nad nim nadzór i są odpowiedzialne za jego obronę.
Produkt krajowy brutto wynosi zaledwie 5312 dolarów na mieszkańca i
daje to Bhutanowi miejsce w pierwszej dziesiątce krajów z bardzo niskim
PKB. Jednocześnie w 2007 roku Bhutan był drugą, najszybciej rozwija-
jącą się gospodarką świata. Bezpłatne szkolnictwo w języku angielskim,
dociera dziś do niemal wszystkich zakątków kraju. Jest to ważne, bo odse-
tek osób posiadających umiejętność czytania i pisania wynosi 59,5 %.
Tym niezwykłym krajem zaczął rządzić 2 czerwca 1974 roku Jigme Singye
Wangchuck. Miał wówczas zaledwie 18 lat i po nagłej śmierci swego ojca
został najmłodszym monarchą świata. Podczas swej mowy koronacyjnej
młody król powiedział: "Szczęście narodowe brutto jest znacznie waż-
niejsze niż produkt krajowy brutto". Od tego dnia model rozwoju Bhu-
tanu oparty jest na filozofii szczęścia narodowego brutto, czyli założeniu,
że sposób mierzenia postępu nie może się opierać wyłącznie na przepły-
wie pieniędzy. Rozwój społeczeństwa tylko wtedy jest pełny gdy postęp
materialny i duchowy wzajemnie się uzupełniają i umacniają. Bo każdy
krok danego spoleczeństwa powinien być oceniany nie tylko w katego-
riach wyników gospodarczych ale również pod względem tego, czy pro-
wadzi do szczęścia. Jest to droga środka, zgodna z zasadami buddyzmu.
Ale Jigme Singye Wangchuck nie tylko wymyslił dla Bhutanu tak
niezwykłą drogę rozwoju jak Szczęście Narodowe Brutto- dzięki jego
uporowi, a wbrew pierwotnym życzeniom swego narodu, Bhutan został
monarchią konstytucyjną.
W grudniu 2005 roku król ogłosił, że abdykuje na rzecz swego pierwo-
rodnego syna i że odbędą się wybory. Proces demokratyzacji kraju prze-
biegał dość długo, a 18 lipca 2008 roku przyjęto w Bhutanie pierwszą
ustawę zasadniczą.
Jeden z jej artykułów głosi, że:" "Państwo stara się promować warunki,
które pozwolą na osiągnięcie szczęścia narodowego brutto".
24 marca 2008 roku odbyły się wybory parlamentarne, startowały dwie
partie, a wygrała Partia Pokoju i Dobrobytu.
W tym samym roku, w listopadzie, 28-letni Jigme Khesar Namgyel
Wangchuck, syn Jigme Sindye Wangchucka, został piątym królem
Bhutanu, pierwszym monarchą konstytucyjnym kraju.
Wygłaszając swe credo w trakcie mowy koronacyjnej, młody król
z cała pewnością nie podejrzewał nawet, że dziś, w dobie kryzysu, wielu
ekonomistów i filozofów zacznie się zastanawiać czy PKB jest naprawdę
dobrą miarą poziomu życia społeczeństw i rzeczywistą miarą dobrobytu.
Jeżeli ktoś z Was chciałby poznać ten niezwykły kraj, to spieszę donieść,
że każdy turysta musi wnieść opłatę w wysokości 220 dolarów dziennie.
W zamian za to otrzyma nocleg, posiłki, bilety do muzeów, transport
wewnętrzny oraz przewodnika.
Bhutan dąży do utrzymania opłacalnej, aczkolwiek umiarkowanej liczby
turystów, gwarantującej uniknięcie katastrof ekologicznych jak te, które
wywołała masowa turystyka w sąsiadującym Nepalu.
piątek, 8 stycznia 2010
195. Troche mnie to przeraża
W ubiegłym roku w Chinach ukazała się dość osobliwa książka. Jej 270
tysięczny nakład rozszedł się w ciągu kilku tygodni, została również opubli-
kowana w internecie. Napisało ją aż 5 autorów: bloger Wang Xiaodong,
ekspert wojskowy i komentator telewizyjny Song Xiaojun, prezenter tele-
wizyjny Song Qiang, dziennikarz Lu Yang i dramaturg Huang Jisu.
Autorzy są w zbliżonym wieku, dobiegają czterdziestki a są popularnymi wy-
razicielami chińskiego nacjonalizmu. Książka nosi tytuł "Nieszczęśliwe
Chiny".
Wg autorów Chiny mają wiele powodów by czuć się nieszczęśliwymi - bo
ich zdaniem Chińczycy najlepiej ze wszystkich w świecie nadają się do roli
światowego lidera, a przeszkadzają im w tym knowania innych państw.
Główną winę ponosi ich zdaniem Ameryka, ponieważ to amerykańskie me-
dia rozdmuchały sprawę dopuszczenia do sprzedaży skażonego melaniną
mleka oraz zabawek zawierających trujące chemikalia. Poza tym, zdaniem
autorów, wrogie jest nastawienie do Chin zachodnich organizacji obrony
praw człowieka, czego wyrazem były próby zatrzymania sztafety niosącej
ogień olimpijski. Dostało się też prezydentowi Francji, Sarkozy'emu, za
spotkanie z dalajlamą.
Ale autorzy nie tylko obce mocarstwa obarczają winą za "nieszczęśliwość
Chin". Prezenter telewizyjny, Song Qiang wzywa władze chińskie do
obrony interesów narodowych, by nie ustepowały Zachodowi. Ekspert woj-
skowy namawia władze, by nie oszczędzać na modernizacji armii i by jak
najprędzej rozwiązać problem Tajwanu i tym samym uwolnić się od inge-
rencji Stanów Zjednoczonych.
Bloger Wang Xiaodong apeluje do Chińczyków by poważnie potraktowali
termin przestrzeni życiowej , bo przeznaczeniem Chin jest bycie wielkim
krajem. Wg niego należy odrzucić wszelką poprawność polityczną zachod-
nich naukowców i zająć się poszukiwaniem Lebensraumu.
Nie wymienia wprawdzie gdzie należy skierować owe poszukiwania, ale inny
z autorów, Wang Xiaodong, opowiada o swej podróży na rosyjski Daleki
Wschód, a tekst kończy słowami: " Jakże oni marnują te ogromne bezludne
obszary, te bezkresne czarnoziemy.Jakie to niesprawiedliwe! A nam jest tak
ciasno".
W świadomości wielu Chińczyków czarnoziemy pokrywają całą Rosję, poza
tymi terenami, na których rośnie cenny las lub znajdują się złoża ropy i gazu.
Książka odniosła wielki sukces, a największą grupę czytelników stanowili
studenci i świeżo upieczeni absolwenci wyższych uczelni.
Odrodzenie się nacjonalizmu w Chinach zaczęło się w latach 90., a inicjato-
rem była Komunistyczna Partia Chin. W 1991 roku wprowadzono w szkołach i
na uczelniach program "wychowania patriotycznego". Opowiadano młodzieży
o wielkiej historii Chin, o krzywdach i poniżeniu jakich doznały Chiny od państw
zachodnich w XIX wieku, eksponując jednocześnie rolę partii w obronie
interesów narodu chińskiego.
Ogromnie się cieszę, że nie jesteśmy bezpośrednimi sąsiadami Chin. Nie
wiem z czym kojarzy im się Polska, może ze swoistym Eldorado, gdzie
można zbyć każdy chłam, byleby miał niską cenę.
Ale bardzo mnie niepokoi fakt, że "Nieszczęśliwe Chiny" zostały tak entu-
zjastycznie przyjęte przez młodych ludzi. My wciąż pamiętamy jak to było,
gdy jeden z narodów europejskich poszukiwał nowej przestrzeni życiowej i
jak, w gruncie rzeczy, łatwo takie hasło trafiło do głów ludzkich i jakie były
tego konsekwencje. A Chińczyków jest znacznie więcej niż było nazistów,
są znacznie bardziej zdyscyplinowani, i wcale nie jestem pewna, czy rosyj-
ski Daleki Wschód całkowicie pokryje ich zapotrzebowanie na przestrzeń
życiową. Pominę już fakt, że nie sądzę, by Rosja oddała swe tereny dobro-
wolnie lub je sprzedała.
Wszak i oni pretendują do roli największego państwa.
Zapewne zaczyna się robić ciekawie, ale jak dla mnie - niezbyt bezpiecznie.
tysięczny nakład rozszedł się w ciągu kilku tygodni, została również opubli-
kowana w internecie. Napisało ją aż 5 autorów: bloger Wang Xiaodong,
ekspert wojskowy i komentator telewizyjny Song Xiaojun, prezenter tele-
wizyjny Song Qiang, dziennikarz Lu Yang i dramaturg Huang Jisu.
Autorzy są w zbliżonym wieku, dobiegają czterdziestki a są popularnymi wy-
razicielami chińskiego nacjonalizmu. Książka nosi tytuł "Nieszczęśliwe
Chiny".
Wg autorów Chiny mają wiele powodów by czuć się nieszczęśliwymi - bo
ich zdaniem Chińczycy najlepiej ze wszystkich w świecie nadają się do roli
światowego lidera, a przeszkadzają im w tym knowania innych państw.
Główną winę ponosi ich zdaniem Ameryka, ponieważ to amerykańskie me-
dia rozdmuchały sprawę dopuszczenia do sprzedaży skażonego melaniną
mleka oraz zabawek zawierających trujące chemikalia. Poza tym, zdaniem
autorów, wrogie jest nastawienie do Chin zachodnich organizacji obrony
praw człowieka, czego wyrazem były próby zatrzymania sztafety niosącej
ogień olimpijski. Dostało się też prezydentowi Francji, Sarkozy'emu, za
spotkanie z dalajlamą.
Ale autorzy nie tylko obce mocarstwa obarczają winą za "nieszczęśliwość
Chin". Prezenter telewizyjny, Song Qiang wzywa władze chińskie do
obrony interesów narodowych, by nie ustepowały Zachodowi. Ekspert woj-
skowy namawia władze, by nie oszczędzać na modernizacji armii i by jak
najprędzej rozwiązać problem Tajwanu i tym samym uwolnić się od inge-
rencji Stanów Zjednoczonych.
Bloger Wang Xiaodong apeluje do Chińczyków by poważnie potraktowali
termin przestrzeni życiowej , bo przeznaczeniem Chin jest bycie wielkim
krajem. Wg niego należy odrzucić wszelką poprawność polityczną zachod-
nich naukowców i zająć się poszukiwaniem Lebensraumu.
Nie wymienia wprawdzie gdzie należy skierować owe poszukiwania, ale inny
z autorów, Wang Xiaodong, opowiada o swej podróży na rosyjski Daleki
Wschód, a tekst kończy słowami: " Jakże oni marnują te ogromne bezludne
obszary, te bezkresne czarnoziemy.Jakie to niesprawiedliwe! A nam jest tak
ciasno".
W świadomości wielu Chińczyków czarnoziemy pokrywają całą Rosję, poza
tymi terenami, na których rośnie cenny las lub znajdują się złoża ropy i gazu.
Książka odniosła wielki sukces, a największą grupę czytelników stanowili
studenci i świeżo upieczeni absolwenci wyższych uczelni.
Odrodzenie się nacjonalizmu w Chinach zaczęło się w latach 90., a inicjato-
rem była Komunistyczna Partia Chin. W 1991 roku wprowadzono w szkołach i
na uczelniach program "wychowania patriotycznego". Opowiadano młodzieży
o wielkiej historii Chin, o krzywdach i poniżeniu jakich doznały Chiny od państw
zachodnich w XIX wieku, eksponując jednocześnie rolę partii w obronie
interesów narodu chińskiego.
Ogromnie się cieszę, że nie jesteśmy bezpośrednimi sąsiadami Chin. Nie
wiem z czym kojarzy im się Polska, może ze swoistym Eldorado, gdzie
można zbyć każdy chłam, byleby miał niską cenę.
Ale bardzo mnie niepokoi fakt, że "Nieszczęśliwe Chiny" zostały tak entu-
zjastycznie przyjęte przez młodych ludzi. My wciąż pamiętamy jak to było,
gdy jeden z narodów europejskich poszukiwał nowej przestrzeni życiowej i
jak, w gruncie rzeczy, łatwo takie hasło trafiło do głów ludzkich i jakie były
tego konsekwencje. A Chińczyków jest znacznie więcej niż było nazistów,
są znacznie bardziej zdyscyplinowani, i wcale nie jestem pewna, czy rosyj-
ski Daleki Wschód całkowicie pokryje ich zapotrzebowanie na przestrzeń
życiową. Pominę już fakt, że nie sądzę, by Rosja oddała swe tereny dobro-
wolnie lub je sprzedała.
Wszak i oni pretendują do roli największego państwa.
Zapewne zaczyna się robić ciekawie, ale jak dla mnie - niezbyt bezpiecznie.
wtorek, 5 stycznia 2010
194. Co by tu jeszcze wymyślić?
W wielu laboratoriach na całym świecie naukowcy bez przerwy starają się
wymyślić nowe technologie. Niektóre prace są już bardzo zaawansowane,
a część budzi takie zainteresowanie wśród świata biznesu, rządów lub
uczelni, że badacze bez trudu znajdują sponsorów.
Nie wiadomo czy naprawdę nowe wynalazki przyniosą zyski, ale kto nie
ryzykuje ten nie zyskuje. Wśród tych nowatorskich pomysłów można
znależć: bezprzewodową elektryczność, kosmiczną windę, chirurgiczne
miniroboty, trójwymiarową telewizję, system ostrzegawczy dla kie-
rowców, nowe paliwo dla samolotów.
Dostarczanie energii elektrycznej metodą bezprzewodową ma szanse zaist-
nieć już 2011 roku. Amerykańska firma WiTricity opracowała system zasi-
lania bezprzewodowego oparty o.... transformatory, tak jak to ma miejsce
w ładowarce do komórki. W ładowarce trwa bezprzewodowe przekazywa-
nie energii na odległość 1 mm, ale naukowcom udało się zwiększyć tę odle-
głość do ponad 2 metrów.Dyrektor firmy zapewnia, że energia przekazy-
wana jest za pośrednictwem rezonansu pola oddziaływania magnetycz-
nego, nieszkodliwego dla żywych istot. Projekt został opracowany za drob-
na sumę 5 milionów dolarów.
Brytyjska telewizja satelitarna SKy TV ogłosiła, że jeszcze w tym roku
uruchomi kanał 3D. Ale wcale nie jest pewne, czy widzowie będą chcieli
zakładać specjalne okulary, by oglądać program w 3 wymiarach.
W 2009 roku, na targach Consumer Electronics, firma Panasonic zapre-
zentowała swój nowy system 3D.
Niestety u części osób oglądających taką telewizję wystąpiły mdłości.
Przyczyn nie podano i nie wiadomo co widzom zaszkodziło - treść czy
trójwymiarowość obrazu.
A Japończycy stworzyli projektor laserowy do wyświetlania obrazów trój-
wymiarowych w powietrzu. Jedyny obraz jaki udało im się wyświetlić to
były świecące punkty, z których udawało się ułożyć litery lub figury geo-
metryczne. Oczywiście niezbędne były odpowiednie okulary. Prace nad
stworzeniem prawdziwych obrazów trówymiarowych trwają.
W Danii trwają prace nad tzw. "transportem dwufunkcyjnym", o nazwie
RUF. Byłby to pojazd prowadzony tak jak zwykły samochód a jednocześ-
nie mógłby być wagonikiem włączonym do systemu transportu publicz-
nego.
A w San Francisco ruszy program pilotażowy dla kierowców, mający
usprawnić ruch samochodowy. Kierowcom biorącym udział w tym pro-
gramie będą wysyłane na ich telefony komórkowe informacje ostrzegające
o korkach na ulicach.
Trwają badania nad nad udoskonalaniem konstrukcji samolotów, by były
one cichsze, zużywające mnie paliwa i mniej zanieczyszczające środo-
wisko. Wypróbowuje się jako paliwo gaz ziemny oraz biopaliwa.
Na początku ubiegłego roku linie Continental Airlines przeprowadziły
próbny lot, w którym samolot do paliwa lotniczego miał dodany wyciąg
z alg.
Na Uniwersytecie Nebraska doktorzy : Dmitry Oleynikow i Shane
Farritor, opracowali instrumenty chirurgiczne tak małe, że bez trudu
można je wprowadzić do ciała pacjenta i zdalnie nimi kierować. Oświe-
tlenie pola operacyjnego zapewniałby drugi taki minirobot.
Do pełni szczęścia, czyli zbudowania jeszcze bardziej zminiaturyzowa-
nych narzędzi brakuje uczonym dziesięć milionów dolarów.Do tej pory
udało im się zgromadzić milion dolarów.
Innym pomysłem jest wykonywanie cięć chirurgicznych z taką precyzją,
by można operować pojedyncze komórki a nawet cząsteczki.
Wizjonerzy liczą na to, że taka technika operacyjna byłaby wielce pomocna
w walce z rakiem.
Wiecie co, tak czytam o tych wszystkich badaniach i trochę mi smutno -
a gdzie w tym wszystkim nasi naukowcy? Czy w ogóle coś nowego opraco-
wują? Czy tylko biorą udział w cudzych pracach naukowych?
wymyślić nowe technologie. Niektóre prace są już bardzo zaawansowane,
a część budzi takie zainteresowanie wśród świata biznesu, rządów lub
uczelni, że badacze bez trudu znajdują sponsorów.
Nie wiadomo czy naprawdę nowe wynalazki przyniosą zyski, ale kto nie
ryzykuje ten nie zyskuje. Wśród tych nowatorskich pomysłów można
znależć: bezprzewodową elektryczność, kosmiczną windę, chirurgiczne
miniroboty, trójwymiarową telewizję, system ostrzegawczy dla kie-
rowców, nowe paliwo dla samolotów.
Dostarczanie energii elektrycznej metodą bezprzewodową ma szanse zaist-
nieć już 2011 roku. Amerykańska firma WiTricity opracowała system zasi-
lania bezprzewodowego oparty o.... transformatory, tak jak to ma miejsce
w ładowarce do komórki. W ładowarce trwa bezprzewodowe przekazywa-
nie energii na odległość 1 mm, ale naukowcom udało się zwiększyć tę odle-
głość do ponad 2 metrów.Dyrektor firmy zapewnia, że energia przekazy-
wana jest za pośrednictwem rezonansu pola oddziaływania magnetycz-
nego, nieszkodliwego dla żywych istot. Projekt został opracowany za drob-
na sumę 5 milionów dolarów.
Brytyjska telewizja satelitarna SKy TV ogłosiła, że jeszcze w tym roku
uruchomi kanał 3D. Ale wcale nie jest pewne, czy widzowie będą chcieli
zakładać specjalne okulary, by oglądać program w 3 wymiarach.
W 2009 roku, na targach Consumer Electronics, firma Panasonic zapre-
zentowała swój nowy system 3D.
Niestety u części osób oglądających taką telewizję wystąpiły mdłości.
Przyczyn nie podano i nie wiadomo co widzom zaszkodziło - treść czy
trójwymiarowość obrazu.
A Japończycy stworzyli projektor laserowy do wyświetlania obrazów trój-
wymiarowych w powietrzu. Jedyny obraz jaki udało im się wyświetlić to
były świecące punkty, z których udawało się ułożyć litery lub figury geo-
metryczne. Oczywiście niezbędne były odpowiednie okulary. Prace nad
stworzeniem prawdziwych obrazów trówymiarowych trwają.
W Danii trwają prace nad tzw. "transportem dwufunkcyjnym", o nazwie
RUF. Byłby to pojazd prowadzony tak jak zwykły samochód a jednocześ-
nie mógłby być wagonikiem włączonym do systemu transportu publicz-
nego.
A w San Francisco ruszy program pilotażowy dla kierowców, mający
usprawnić ruch samochodowy. Kierowcom biorącym udział w tym pro-
gramie będą wysyłane na ich telefony komórkowe informacje ostrzegające
o korkach na ulicach.
Trwają badania nad nad udoskonalaniem konstrukcji samolotów, by były
one cichsze, zużywające mnie paliwa i mniej zanieczyszczające środo-
wisko. Wypróbowuje się jako paliwo gaz ziemny oraz biopaliwa.
Na początku ubiegłego roku linie Continental Airlines przeprowadziły
próbny lot, w którym samolot do paliwa lotniczego miał dodany wyciąg
z alg.
Na Uniwersytecie Nebraska doktorzy : Dmitry Oleynikow i Shane
Farritor, opracowali instrumenty chirurgiczne tak małe, że bez trudu
można je wprowadzić do ciała pacjenta i zdalnie nimi kierować. Oświe-
tlenie pola operacyjnego zapewniałby drugi taki minirobot.
Do pełni szczęścia, czyli zbudowania jeszcze bardziej zminiaturyzowa-
nych narzędzi brakuje uczonym dziesięć milionów dolarów.Do tej pory
udało im się zgromadzić milion dolarów.
Innym pomysłem jest wykonywanie cięć chirurgicznych z taką precyzją,
by można operować pojedyncze komórki a nawet cząsteczki.
Wizjonerzy liczą na to, że taka technika operacyjna byłaby wielce pomocna
w walce z rakiem.
Wiecie co, tak czytam o tych wszystkich badaniach i trochę mi smutno -
a gdzie w tym wszystkim nasi naukowcy? Czy w ogóle coś nowego opraco-
wują? Czy tylko biorą udział w cudzych pracach naukowych?
piątek, 1 stycznia 2010
193. Tak mnie naszło
Udało się, mamy kolejny rok za sobą.
Tę sylwestrową noc spędziłam z psem na kolanach, ponieważ rodacy ćwiczyli
do 2 w nocy odpalanie wszystkiego co wybucha. Chwilami zastanawiałam się,
czy aby nie zaczął się jakiś konflikt pomiędzy naszym i sąsiednim osiedlem, bo
wybuchy były dość potężne i szyby w oknach niepokojąco dzwięczały.
Pies był na tyle miły, że pozwolił mi przeglądać blogi i chwilami mogłam nawet
pisać, ale tylko jedną ręka i nie za wiele.
I wtedy naszły mnie.... wspomnienia i pomyślałam, że napiszę troszeczkę o
tamtych zamierzchłych już czasach.
Do chwili oficjalnej pełnoletności wszystkie noce sylwestrowe spędzałam we
własnym domu, lub razem z rodziną u sąsiadów. Zawsze pilnowano, bym
trochę pospała, bo wieczór zaczynał się o 22-giej.
Była odświętna kolacja, a przed północą na stół "wjeżdżał" odświętny wypiek
w postaci mocno bakaliowego keksa, taca z bakaliami i cząstkami pomarań-
czy, paterka ciasteczek francuskich z grubym ,"kryształowym" cukrem i do-
mowe, musujące wino z owoców dzikiej róży. Z dzisiejszego punktu widzenia
to nie było nic nadzwyczajnego, ale to były czasy "głębokiego PRL", gdy zdo-
bycie rodzynek i cytrusów graniczyło z cudem. Nawet orzechy były niemal
rarytasem. I rzecz nie wynikała z braku pieniędzy a z braku towaru.
Każdy transport cytrusów był zapowiadany w oficjalnej prasie : już płynie sta-
tek z cytrusami, już dopłynął, cytrusy już w dojrzewalni, już za kilka dni trafią
do delikatesów. A potem to już pestka : trafić na dostawę i postać z godzinkę,
czasem dłużej, w kolejce.
Po północy towarzystwo zaczynało tańce, muzyka była z płyt, bo byliśmy
szczęśliwymi posiadaczami ustrojstwa zwanego adapter oraz niezłego zbioru
płyt. Sylwestrowy wieczór przeważnie kończył się około 2 w nocy.
Lubiłam te wieczory sylwestrowe, ale marzyłam o wieczorze sylwestrowym
spędzonym poza domem, najlepiej na balu w Operze. Zabawne, ale to marze-
nie nie spełniło się nigdy, po prostu z czasem samo wygasło.
Mój pierwszy oficjalny bal sylwestrowy pamiętam do dziś. A zaczęło się niezle-
już na początku grudnia wiedziałam, dokąd pójdziemy. Musiałam zdecydować
w jakiej sukience - długiej czy krótkiej. Pragmatyzm zwyciężył, sukienka była
krótka, z jedwabiu ręcznie malowanego, wielce nobliwa pomimo cieniuteńkich
jak sznurek ramiączek. Do dziś pamiętam jej kolor- ciemno stalowy z błękit-
nym wzorem, rozświetlonym błękitnym brokatem. Szal z tego samego ma-
teriału uzupełniał całość. Prawie codziennie wyciągałam ją z szafy, by choć po-
oglądać.
I wtedy zaczęły się schody -zachorowałam tuż przed wigilią, a sprowadzony
lekarz zalecił postawienie baniek.Nawet protestować nie mogłam, bo straci-
łam całkiem głos. Przepłakałam kilka godzin, ale 30 grudnia lekarz pozwolił mi
iść na sylwestra. No ale ja miałam na plecach przepiękne, okrągłe, fioletowe
sińce.
Wierzcie mi, byłam załamana - przed sobą miałam pierwszy w życiu dorosły
bal, ponadto bal był w ówczesnej Radzie Ministrów. Całe popołudnie straciłam
na próbach zatuszowania tych sińców, ale nic nie było w stanie ich przysłonić.
Mama pomogła mi tak upiąć szal by zasłonił te wszystkie "upiększenia" a jed-
nocześnie nie krępował ruchów.
Bal był naprawdę udany, choć było mi w tym szalu niezbyt wygodnie i nieco za
ciepło.
Były 3 sale taneczne, w każdej grał inny zespół, parkiety były przestronne,
stoliki stały w oddzielnych salach, jedzenie było naprawdę dobre. Bawiłam się
świetnie do czwartej rano.
W swej młodzieńczej naiwności myślałam, że każdy bal sylwestrowy spędzany
poza domem będzie równie udany. Życie dość szybko zweryfikowało moje po-
glądy w tej materii. Dość szybko przekonałam się, że większość organizatorów
jest nastawiona na maksymalny zysk przy minimalnym nakładzie kosztów.
Bardzo duże bale charakteryzowały się maksymalną ciasnotą na parkietach i
przy stolikach, wyjątkowo podłym menu, większość potraw pamiętała chyba
jeszcze zaduszki, przerwy pomiędzy tańcami były długie, a balowicze pili
po kątach własny alkohol i to w straszliwych ilościach. Po kilku takich "balach"
zrezygnowaliśmy z tych "przyjemności". Na krótko wróciliśmy do wieczorów
sylwestrowych w gronie przyjaciół, organizowanych co roku u kogoś innego.
Od kilkunastu lat zostajemy w ten wieczór w domu, a odkąd jest z nami pies,
gdy tylko zaczyna się noworoczna kanonada, ja siedzę z psem w łazience i tam
wypijamy noworoczny toast. Mój psi staruszek już nieco przygłuchł, więc tym
razem był luksus - mogłam być w pokoju, zamiast jak co roku, w łazience.
Ciekawa jestem czy jeszcze pamiętacie swoje pierwsze bale sylwestrowe.
A może o tym napiszecie, lepsze to niż remanent ubiegłorocznych strat i
zysków.
Tę sylwestrową noc spędziłam z psem na kolanach, ponieważ rodacy ćwiczyli
do 2 w nocy odpalanie wszystkiego co wybucha. Chwilami zastanawiałam się,
czy aby nie zaczął się jakiś konflikt pomiędzy naszym i sąsiednim osiedlem, bo
wybuchy były dość potężne i szyby w oknach niepokojąco dzwięczały.
Pies był na tyle miły, że pozwolił mi przeglądać blogi i chwilami mogłam nawet
pisać, ale tylko jedną ręka i nie za wiele.
I wtedy naszły mnie.... wspomnienia i pomyślałam, że napiszę troszeczkę o
tamtych zamierzchłych już czasach.
Do chwili oficjalnej pełnoletności wszystkie noce sylwestrowe spędzałam we
własnym domu, lub razem z rodziną u sąsiadów. Zawsze pilnowano, bym
trochę pospała, bo wieczór zaczynał się o 22-giej.
Była odświętna kolacja, a przed północą na stół "wjeżdżał" odświętny wypiek
w postaci mocno bakaliowego keksa, taca z bakaliami i cząstkami pomarań-
czy, paterka ciasteczek francuskich z grubym ,"kryształowym" cukrem i do-
mowe, musujące wino z owoców dzikiej róży. Z dzisiejszego punktu widzenia
to nie było nic nadzwyczajnego, ale to były czasy "głębokiego PRL", gdy zdo-
bycie rodzynek i cytrusów graniczyło z cudem. Nawet orzechy były niemal
rarytasem. I rzecz nie wynikała z braku pieniędzy a z braku towaru.
Każdy transport cytrusów był zapowiadany w oficjalnej prasie : już płynie sta-
tek z cytrusami, już dopłynął, cytrusy już w dojrzewalni, już za kilka dni trafią
do delikatesów. A potem to już pestka : trafić na dostawę i postać z godzinkę,
czasem dłużej, w kolejce.
Po północy towarzystwo zaczynało tańce, muzyka była z płyt, bo byliśmy
szczęśliwymi posiadaczami ustrojstwa zwanego adapter oraz niezłego zbioru
płyt. Sylwestrowy wieczór przeważnie kończył się około 2 w nocy.
Lubiłam te wieczory sylwestrowe, ale marzyłam o wieczorze sylwestrowym
spędzonym poza domem, najlepiej na balu w Operze. Zabawne, ale to marze-
nie nie spełniło się nigdy, po prostu z czasem samo wygasło.
Mój pierwszy oficjalny bal sylwestrowy pamiętam do dziś. A zaczęło się niezle-
już na początku grudnia wiedziałam, dokąd pójdziemy. Musiałam zdecydować
w jakiej sukience - długiej czy krótkiej. Pragmatyzm zwyciężył, sukienka była
krótka, z jedwabiu ręcznie malowanego, wielce nobliwa pomimo cieniuteńkich
jak sznurek ramiączek. Do dziś pamiętam jej kolor- ciemno stalowy z błękit-
nym wzorem, rozświetlonym błękitnym brokatem. Szal z tego samego ma-
teriału uzupełniał całość. Prawie codziennie wyciągałam ją z szafy, by choć po-
oglądać.
I wtedy zaczęły się schody -zachorowałam tuż przed wigilią, a sprowadzony
lekarz zalecił postawienie baniek.Nawet protestować nie mogłam, bo straci-
łam całkiem głos. Przepłakałam kilka godzin, ale 30 grudnia lekarz pozwolił mi
iść na sylwestra. No ale ja miałam na plecach przepiękne, okrągłe, fioletowe
sińce.
Wierzcie mi, byłam załamana - przed sobą miałam pierwszy w życiu dorosły
bal, ponadto bal był w ówczesnej Radzie Ministrów. Całe popołudnie straciłam
na próbach zatuszowania tych sińców, ale nic nie było w stanie ich przysłonić.
Mama pomogła mi tak upiąć szal by zasłonił te wszystkie "upiększenia" a jed-
nocześnie nie krępował ruchów.
Bal był naprawdę udany, choć było mi w tym szalu niezbyt wygodnie i nieco za
ciepło.
Były 3 sale taneczne, w każdej grał inny zespół, parkiety były przestronne,
stoliki stały w oddzielnych salach, jedzenie było naprawdę dobre. Bawiłam się
świetnie do czwartej rano.
W swej młodzieńczej naiwności myślałam, że każdy bal sylwestrowy spędzany
poza domem będzie równie udany. Życie dość szybko zweryfikowało moje po-
glądy w tej materii. Dość szybko przekonałam się, że większość organizatorów
jest nastawiona na maksymalny zysk przy minimalnym nakładzie kosztów.
Bardzo duże bale charakteryzowały się maksymalną ciasnotą na parkietach i
przy stolikach, wyjątkowo podłym menu, większość potraw pamiętała chyba
jeszcze zaduszki, przerwy pomiędzy tańcami były długie, a balowicze pili
po kątach własny alkohol i to w straszliwych ilościach. Po kilku takich "balach"
zrezygnowaliśmy z tych "przyjemności". Na krótko wróciliśmy do wieczorów
sylwestrowych w gronie przyjaciół, organizowanych co roku u kogoś innego.
Od kilkunastu lat zostajemy w ten wieczór w domu, a odkąd jest z nami pies,
gdy tylko zaczyna się noworoczna kanonada, ja siedzę z psem w łazience i tam
wypijamy noworoczny toast. Mój psi staruszek już nieco przygłuchł, więc tym
razem był luksus - mogłam być w pokoju, zamiast jak co roku, w łazience.
Ciekawa jestem czy jeszcze pamiętacie swoje pierwsze bale sylwestrowe.
A może o tym napiszecie, lepsze to niż remanent ubiegłorocznych strat i
zysków.
czwartek, 31 grudnia 2009
192. Już za chwileczkę, już za momencik......
Wiem, wiem, troszkę przesadzam bo ten Nowy Rok spadnie nam na kark
mniej-więcej za dwanaście i pół godziny.
A ja wszystkim stałym i okazjonalnym moim gościom życzę by w Nowym
Roku uśmiech nie schodził z twarzy, by wszystkie projekty i podjęte
postanowienia doczekały się szczęśliwego zakończenia , zdrowie nie robiło
głupich psikusów, a bliscy - byli naprawdę bliskimi.
Kochani, wszystkiego o czym marzycie -niech się spełni!!!
mniej-więcej za dwanaście i pół godziny.
A ja wszystkim stałym i okazjonalnym moim gościom życzę by w Nowym
Roku uśmiech nie schodził z twarzy, by wszystkie projekty i podjęte
postanowienia doczekały się szczęśliwego zakończenia , zdrowie nie robiło
głupich psikusów, a bliscy - byli naprawdę bliskimi.
Kochani, wszystkiego o czym marzycie -niech się spełni!!!
Subskrybuj:
Posty (Atom)