Czy Juliusz Verne był polskim Izraelitą urodzonym w Płocku? Takie pytanie
padło w warszawskim tygodniku "Kłosy" w roku 1876, a było ono reakcją na
wiadomość podaną w niemieckich gazetach.
Istniejące dokumenty zaprzeczają jednak takiej wiadomości - wszystkie dane
genealogiczne pisarza dowodzą, że był Francuzem.
Plotki, że Juliusz Verne jest polskiego pochodzenia miały swe zródło z powodu
pewnego emigranta z Polski, Juliena de Verne, który jednak nie parał się
piórem.
Sam Verne rozniecał plotki na swój temat. Dziennikarzowi, który był zacieka-
wiony sprawą, opowiedział zmyśloną historię, że kiedyś był zakochany w pew-
nej pannie z Krakowa, a gdy się z sobą pokłócili, zrozpaczona panna rzuciła się
w wody Jeziora Genewskiego.
W książkach Verne'a, a napisał ponad 60 powieści, przewijają się ludzie różnych
narodowości: Francuzi,Anglicy, Węgrzy , Rosjanie, ale nigdzie nie są wymienieni
Polacy.
W swych opisach postaci pisarz bardzo często posługiwał się kursującymi
wówczas narodowymi stereotypami- i tak u Verne'a Niemiec zawsze chciał
zawładnąć światem, Francuz błyszczał dowcipem, był szarmancki i wybornie
znał się na kulinariach, Rosjanin kochał cara bardziej niż własnego ojca i walczył
z niedzwiedziami, Chińczyk był nieprzenikniony, a wszyscy przedstawiciele
ludów pierwotnych nałogowo pałaszowali ludzkie mięso.
Ale Verne coś wiedział o Polsce. W 1848roku, gdy jeszcze studiował, napisał
rozprawkę na temat "Czy Francja ma moralny obowiązek interweniować
w sprawach Polski". Padło w tej rozprawce nieco miłych słów pod adresem
Polaków a zwłaszcza Tadeusza Kościuszki, ale wiele faktów historycznych
poplątał. Odpowiedzi na postawione w tytule pytanie pytanie jednak nie udzielił.
Tworząc postać kapitana Nemo, Verne napisał do swego wydawcy,P.J.Hetzela,
że bohaterem jego najnowszej powieści będzie: " Polski arystokrata, którego
córki zostały zgwałcone, żona zabita uderzeniem siekiery, ojciec zmarł pod
knutem, Polak, którego wszyscy przyjaciele zginęli na Syberii i którego naro-
dowość znika z Europy pod rosyjską tyranią".
Panowie wymienili ze sobą aż 4 listy na ten temat, bo zdaniem wydawcy
taki bohater spowodowałby, że książki zle sprzedawałyby się w Rosji, mało
tego, mogłaby przyczynić się do konfliktu dyplomatycznego pomiędzy
Rosja a Francją.
Ostatecznie Verne odstąpił od tej postaci, czyniąc z kapitana Nemo bezpań-
stwowca, a jedynym śladem polskiego wątku był portret Kościuszki wśród
portretów innych bojowników o wolność, wiszący w kajucie kapitana.
Dziennikarz, Adam Węgłowski, pokusił się o sprawdzenie, który z Polaków
mógł być dla Verne'a pierwowzorem kapitana Nemo. Jego wybór padł na
Adama Piotra Mierosławskiego (1815-1851), młodszego brata znanego
w całej Europie powstańca i rewolucjonisty - Ludwika. Główną wskazówką
jest fakt, że to właśnie Adam był właścicielem wyspy Amsterdam, która
pojawia się w "Dzieciach kapitana Granta", tworzącą wraz z "20 000 mil
podmorskiej żeglugi" i "Tajemniczą wyspą" luzną trylogię. Adam Miero-
sławski znany był w Nantes, rodzinnym mieście pisarza. Był niezwykle
barwna postacią. Już jako piętnastolatek walczył w powstaniu listopado-
wym, był artylerzystą, bił się pod wodzą gen. Sowińskiego. Po klęsce
powstania uciekł z niewoli i z dala od rodziny tułał się po Europie. W 1832 r
udało mu się zamustrować na statek w Nantes. Szybko awansował, pły-
wał do Indii, zdobył patent kapitana żeglugi wielkiej, zdobył bogactwo
dzięki perłom, odkrył na nowo zapomniana wyspę Amsterdam i
Święty Paweł. Na wieść o Wiośnie Ludów sprzedał swą wyspę Amsterdam,
wrócił do Europy i stanął u boku walczącego brata.
Tworzył flotę republikańskiej Sycylii, walczył w Niemczech, podejmował w
Nantes próby zorganizowania pomocy powstańcom węgierskim. Mniej
więcej w tym samym czasie młody Verne pisał swą rozprawkę o Polsce.
Po Wiośnie Ludów Mierosławski powrócił na morze i zginął w tajemniczych
okolicznościach w 1851 roku.
Trudno dziś powiedzieć, czy to właśnie Adam Mierosławski był wzorem
kapitana Nemo. A może był to zlepek różnych postaci?
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
środa, 3 marca 2010
poniedziałek, 1 marca 2010
205. Zbyt bliskie kontakty III stopnia
Od trzech miesięcy mam stanowczo zbyt bliskie kontakty z rodzimą służbą
zdrowia. A wszystko za sprawą choroby mego męża, ale nie to jest tematem
głównym tej notki.
Od trzech miesięcy jestem codziennym gościem w szpitalu, wpierw w szpi-
talu kardiochirurgicznym, teraz w szpitalu klinicznym.
Obserwując "życie codzienne" w polskim szpitalu doszłam do smętnego
wniosku, że pani minister zdrowia ma rację - nie ma potrzeby dorzucania
pieniędzy do dziurawego worka, dopóki nie zaszyje się istniejącej dziury.
A owa dziura to : stosunek ludzi do wykonywanych obowiązków, notoryczny
brak nadzoru, totalny brak organizacji pracy.
Szpital, w którym ostatnio bywam codziennie, był przed wielu laty jednym
z lepszych szpitali. Sama spędziłam tu lata temu 3 tygodnie. Było czysto,
pacjenci czuli się bezpiecznie, pielęgniarki i salowe były "w zasięgu ręki".
Jedynym wówczas ( dla mnie) mankamentem był dość niemiły zwyczaj
budzenia pacjentów już o 5,30 rano, by zmierzyć im temperaturę.
Dziś mankamentów jest znacznie więcej. Nikt mnie nie przekona, że aby
utrzymać czystość w szpitalu należy zwiększyć na ten cel nakłady. Panie,
które tu sprzątają raczej nie mają bladego nawet pojęcia jak należy tę
nieskomplikowaną wszak czynność wykonywać. Sprzątnięcie sali i łazienki
zajmuje im góra 10 minut. A sala jest spora, jest tu również umywalka a
w łazience umywalka, brodzik i sedes. Ściany sali są wyposażone w listwy
zabezpieczające przed uszkodzeniem- listwy są dość grube, a na nich leży
całkiem gruba warstwa kurzu. W każdej sali jest również odbiornik tele-
wizyjny - też oblepiony kurzem. Wiem, czepiam się, kurz to zdrowie.
Wydaje mi się jednak, że nikt nie nadzoruje i nie sprawdza ich pracy, więc
robią tak, by się nie zmęczyć.
Panie pielęgniarki - no cóż, po wyczynach niektórych z nich, zapropono-
wałam lekarzowi opiekującemu się moim mężem, że może lepiej sama będę
robiła mu zastrzyki, bo skoro panie nie orientują się, w które miejsce należy
je robić, ja chętnie je wyręczę, bo po moich wyczynach pielęgniarskich nie miał
gigantycznych i bolesnych krwiaków. To są zastrzyki podskórne i nie wolno
ich wkłuwać w mięśnie.
W tzw. "gabinecie zabiegowym" brak plastra oraz nożyczek- plastra bo się
"nie doniósł", nożyczek - bo się gdzieś zapodziały.
I jeszcze coś- dla mnie to kuriozum: jeden z pacjentów ma ropną przetokę
w pachwinie (czeka na operację tej przetoki) i...zgadnijcie kto mu robi 2 razy
dziennie opatrunki? Żona, która siedzi od rana do wieczora. To jest pacjent
po amputacji kończyny i jest na wózku a sala nie jest przystosowana do po-
ruszania się po niej na wózku. To starsi ludzie, oboje po siedemdziesiątce.
Na oddziale jest cała zgraja lekarzy i to bardzo młodych. Śmigają po od-
dziale niczym Justyna Kowalczyk po trasie biegowej. Ciągle nie mogę odkryć
jak to się dzieje, że na jednej sali (sale są przeważnie 3 lub 4 osobowe) każdy
z pacjentów jest pod opieką innego lekarza. I od razu jasne, dlaczego tak wszy-
scy biegają- sal jest ze dwanaście. W moim odczuciu jest to marnowanie czasu
i energii na bieganie pomiędzy salami.
I wiecie, nic tu nie jest proste - pacjenci szpitalni nie mają pierwszeństwa
w badaniach. Czekają na CT, echo serca, założenie Holtera, USG. RTG -
czekają po kilka dni.
Mój mąż leży w sali z monitoringiem. Uśmieliśmy się dzisiaj, bo spojrzałam
na ekran monitora i z radością stwierdziłam, że wreszcie unormowało mu się
tętno. Dyżurna pielęgniarka zdmuchnęła moją radość niczym świeczkę -
widoczne na ekranie tętno nie było rzeczywistym tętnem mego męża, a tzw.
tętnem statystycznym - zapodziała się gdzieś głowica do mierzenia tętna,
monitor pokazuje tylko ciśnienie i tętno, które powinno być przy takim
ciśnieniu. Ręce opadają.
Marzę o chwili, gdy szpitale zostaną sprywatyzowane. Właściciel szpitala
z całą pewnością nie dopuści by coś w szpitalu zle działało, będzie nim po
prostu zarządzał tak, aby nie było strat materialnych, a pacjenci czuli się
bezpiecznie i byli zadowoleni.
Od kilku lat jestem pacjentem przychodni sprywatyzowanej i wierzcie mi-
nie wyczekuję godzinami w kolejce, recepty mogę załatwić przez telefon,
panie w recepcji są miłe i kompetentne. I nie muszę się wdzięczyć, by
zapisać się na wizytę lekarską , nawet w sezonie grypowym.
P.S.
Na diagnozę i dalsze leczenie męża czekamy już 3 tygodnie. A każdy dzień
zwłoki pozbawia go sił i pogłębia dolegliwości.
zdrowia. A wszystko za sprawą choroby mego męża, ale nie to jest tematem
głównym tej notki.
Od trzech miesięcy jestem codziennym gościem w szpitalu, wpierw w szpi-
talu kardiochirurgicznym, teraz w szpitalu klinicznym.
Obserwując "życie codzienne" w polskim szpitalu doszłam do smętnego
wniosku, że pani minister zdrowia ma rację - nie ma potrzeby dorzucania
pieniędzy do dziurawego worka, dopóki nie zaszyje się istniejącej dziury.
A owa dziura to : stosunek ludzi do wykonywanych obowiązków, notoryczny
brak nadzoru, totalny brak organizacji pracy.
Szpital, w którym ostatnio bywam codziennie, był przed wielu laty jednym
z lepszych szpitali. Sama spędziłam tu lata temu 3 tygodnie. Było czysto,
pacjenci czuli się bezpiecznie, pielęgniarki i salowe były "w zasięgu ręki".
Jedynym wówczas ( dla mnie) mankamentem był dość niemiły zwyczaj
budzenia pacjentów już o 5,30 rano, by zmierzyć im temperaturę.
Dziś mankamentów jest znacznie więcej. Nikt mnie nie przekona, że aby
utrzymać czystość w szpitalu należy zwiększyć na ten cel nakłady. Panie,
które tu sprzątają raczej nie mają bladego nawet pojęcia jak należy tę
nieskomplikowaną wszak czynność wykonywać. Sprzątnięcie sali i łazienki
zajmuje im góra 10 minut. A sala jest spora, jest tu również umywalka a
w łazience umywalka, brodzik i sedes. Ściany sali są wyposażone w listwy
zabezpieczające przed uszkodzeniem- listwy są dość grube, a na nich leży
całkiem gruba warstwa kurzu. W każdej sali jest również odbiornik tele-
wizyjny - też oblepiony kurzem. Wiem, czepiam się, kurz to zdrowie.
Wydaje mi się jednak, że nikt nie nadzoruje i nie sprawdza ich pracy, więc
robią tak, by się nie zmęczyć.
Panie pielęgniarki - no cóż, po wyczynach niektórych z nich, zapropono-
wałam lekarzowi opiekującemu się moim mężem, że może lepiej sama będę
robiła mu zastrzyki, bo skoro panie nie orientują się, w które miejsce należy
je robić, ja chętnie je wyręczę, bo po moich wyczynach pielęgniarskich nie miał
gigantycznych i bolesnych krwiaków. To są zastrzyki podskórne i nie wolno
ich wkłuwać w mięśnie.
W tzw. "gabinecie zabiegowym" brak plastra oraz nożyczek- plastra bo się
"nie doniósł", nożyczek - bo się gdzieś zapodziały.
I jeszcze coś- dla mnie to kuriozum: jeden z pacjentów ma ropną przetokę
w pachwinie (czeka na operację tej przetoki) i...zgadnijcie kto mu robi 2 razy
dziennie opatrunki? Żona, która siedzi od rana do wieczora. To jest pacjent
po amputacji kończyny i jest na wózku a sala nie jest przystosowana do po-
ruszania się po niej na wózku. To starsi ludzie, oboje po siedemdziesiątce.
Na oddziale jest cała zgraja lekarzy i to bardzo młodych. Śmigają po od-
dziale niczym Justyna Kowalczyk po trasie biegowej. Ciągle nie mogę odkryć
jak to się dzieje, że na jednej sali (sale są przeważnie 3 lub 4 osobowe) każdy
z pacjentów jest pod opieką innego lekarza. I od razu jasne, dlaczego tak wszy-
scy biegają- sal jest ze dwanaście. W moim odczuciu jest to marnowanie czasu
i energii na bieganie pomiędzy salami.
I wiecie, nic tu nie jest proste - pacjenci szpitalni nie mają pierwszeństwa
w badaniach. Czekają na CT, echo serca, założenie Holtera, USG. RTG -
czekają po kilka dni.
Mój mąż leży w sali z monitoringiem. Uśmieliśmy się dzisiaj, bo spojrzałam
na ekran monitora i z radością stwierdziłam, że wreszcie unormowało mu się
tętno. Dyżurna pielęgniarka zdmuchnęła moją radość niczym świeczkę -
widoczne na ekranie tętno nie było rzeczywistym tętnem mego męża, a tzw.
tętnem statystycznym - zapodziała się gdzieś głowica do mierzenia tętna,
monitor pokazuje tylko ciśnienie i tętno, które powinno być przy takim
ciśnieniu. Ręce opadają.
Marzę o chwili, gdy szpitale zostaną sprywatyzowane. Właściciel szpitala
z całą pewnością nie dopuści by coś w szpitalu zle działało, będzie nim po
prostu zarządzał tak, aby nie było strat materialnych, a pacjenci czuli się
bezpiecznie i byli zadowoleni.
Od kilku lat jestem pacjentem przychodni sprywatyzowanej i wierzcie mi-
nie wyczekuję godzinami w kolejce, recepty mogę załatwić przez telefon,
panie w recepcji są miłe i kompetentne. I nie muszę się wdzięczyć, by
zapisać się na wizytę lekarską , nawet w sezonie grypowym.
P.S.
Na diagnozę i dalsze leczenie męża czekamy już 3 tygodnie. A każdy dzień
zwłoki pozbawia go sił i pogłębia dolegliwości.
poniedziałek, 22 lutego 2010
204. Prywata
Chcę Wam ogromnie podziękować za wsparcie i wyrozumiałość. Trwam
w przedziwnym zawieszeniu,targana na przemian zwątpieniem i nadzieją.
A wszystko kręci się wokół stanu zdrowia mojego męża, który lekarze
określają jako stabilny, ale zagrażający życiu.
Wprawdzie operacja wszczepienia zastawki i bypassa powiodła się, ale
nastąpiły komplikacje w postaci niewydolności prawokomorowej serca.
Teraz oczekujemy na decyzję, co dalej. Niestety medycyna zachowawcza
już wyczerpała dostępne środki.Być może potrzebna będzie jeszcze jedna
operacja, w ciągu najbliższych dni zapadnie decyzja w tej sprawie.
Zaglądam na Wasze blogi, czasem coś komentuję, ale sama jakoś nie
mogę się zmobilizować, by napisać coś sensownego.I dlatego jeszcze raz
proszę o cierpliwość.
Wrócę tu, tylko muszę się pozbierać.
w przedziwnym zawieszeniu,targana na przemian zwątpieniem i nadzieją.
A wszystko kręci się wokół stanu zdrowia mojego męża, który lekarze
określają jako stabilny, ale zagrażający życiu.
Wprawdzie operacja wszczepienia zastawki i bypassa powiodła się, ale
nastąpiły komplikacje w postaci niewydolności prawokomorowej serca.
Teraz oczekujemy na decyzję, co dalej. Niestety medycyna zachowawcza
już wyczerpała dostępne środki.Być może potrzebna będzie jeszcze jedna
operacja, w ciągu najbliższych dni zapadnie decyzja w tej sprawie.
Zaglądam na Wasze blogi, czasem coś komentuję, ale sama jakoś nie
mogę się zmobilizować, by napisać coś sensownego.I dlatego jeszcze raz
proszę o cierpliwość.
Wrócę tu, tylko muszę się pozbierać.
czwartek, 11 lutego 2010
203. Znowu przerwa
Nie będzie mnie tutaj znowu, nie wiem jak długo. Podobno nadzieja
umiera ostatnia, więc dlaczego u mnie jest inaczej?
umiera ostatnia, więc dlaczego u mnie jest inaczej?
poniedziałek, 8 lutego 2010
202. Jak zmierzyć rozum?
Co krok natykam się na reklamę: "zmierz swój poziom IQ". Bardzo mnie to
śmieszy, bo znam osoby, które mają poziom IQ = 168 i..... nic z tego nie wy-
nika, w żaden sposób nie przekłada się to na ich osiągnięcia - studiów nie
ukończyli, pracy nie mają, pasożytują na własnych rodzicach, choć już nie-
długo będą obchodzić drugą osiemnastkę.
Pierwsze badania nad inteligencją rozpoczął angielski naukowiec Francis Gal-
ton, tworząc podstawy nauki zwanej eugeniką. W 1865 roku opublikował
artykuł pt. "Dziedziczny talent i charakter", w którym dowodził, że człowiek
dziedziczy talent i inne właściwości psychiczne, podobnie jak cechy fizyczne.
Galton bardzo poważnie traktował swą pracę naukową i założył w Londynie
pierwsze laboratorium antropometryczne. Badał w nim odczucia ludzkie oraz
mierzył różne części ciała. Zakładał, że ludzie obdarzeni wysoką inteligencją
powinni odznaczać się również wyższą wrażliwością.
Współpracownik Galtona, amerykański psycholog James McKeen Cattel,
w 1890 roku stworzył pierwsze testy oceniające inteligencję studentów.
Badano w nich takie parametry jak: siła mięśni, szybkość ruchów, wrażliwość
na ból, ostrośc widzenia i słuchu, czas reakcji, zdolność zapamiętywania oraz
pojemność płuc. Trudno mi pojąć co wspólnego miała inteligencja z siłą mięś-
ni lub pojemnością płuc. W każdym razie pod wpływem pracy Cattela, w całej
Europie zaczęły powstawać laboratoria testujące inteligencję.
Cattel, po powrocie do USA został pierwszym w tym kraju profesorem psy-
chologii oraz przewodniczącym Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicz-
nego.
Galto i Cattel zgodnie uważali, że inteligencja jest cechą wrodzoną a wpływ
środowiska na jej poziom jest niewielki, dlatego też należy wspierać małżeń-
stwa zdrowych i sprawnych intelektuialnie ludzi, zaś "niedorozwiniętych"
sterylizować.
Teoria obu panów została wkrótce dość ostro skrytykowana przez francus-
kiego psychologa, Alfreda Bineta. Ponadto twierdził, że chcąc ocenić inteli-
gencję, należy przede wszystkim testować pamięć, wyobraznię, uwagę,
bystrość, podatność na sugestię oraz poczucie estetyki.
Gdy we Francji wprowadzono powszechny obowiązek szkolny, ministerstwo
oświaty zwróciło się do Bineta z prośbą o opracowanie metody testowania
dzieci, by ustalić, czy są one gotowe do rozpoczęcia nauki.
W 1905 roku Binet wraz z Theodorem Simonem stworzyli serię testów
oceniających inteligencję dzieci. I wtedy w teście Bineta-Simona po raz
pierwszy pojawiło się pojęcie ilorazu inteligencji (IQ), który pozwolił znacz-
nie dokładniej niż dotychczas klasyfikować dzieci według poziomu rozwoju
umysłowego. Na podstawie tego testu profesor Uniwersytetu Stanforda,
Lewis Terman, stworzył nowy test na inteligencję, znany jako test Stanfor-
da-Bineta, który stosowany jest do dzisiaj.
Dziś , na podstawie wieloletnich badań wiadomo, że na poziom inteligencji
wpływają nie tylko geny ale i środowisko, a iloraz inteligencji jest bezpo-
średnio związany z poziomem wykształcenia rodziców oraz społeczno-ekono-
micznym statusem rodziny. Dzieci niewykształconych i biednych rodziców
mają przeważnie niższy iloraz inteligencji. Poziom inteligencji jest również
powiązany z liczbą dzieci w rodzinie oraz kolejnością, w jakiej przyszły na
świat. Im mniej dzieci w danej rodzinie, tym wyższy jest ich poziom inte-
ligencji, starsze rodzeństwo ma średnio wyższy iloraz niż młodsze.
Mieszkańcy dużych miast mają wyższe IQ niż ludzie żyjący na wsi.
Obecnie przyjmuje się, że wpływ czynników dziedzicznych na iloraz inteli-
gencji stanowi 40 - 50 procent, co oznacza, że w 50 - 60 procentach jest
ona kształtowana przez środowisko.
Ale nim będziemy się zachwycać wysokim poziomem IQ, pamiętajmy, że
aby osiągnąć prawdziwy sukces ważne są także inne cechy osobowości :
wytrwałość i wysoka motywacja.
śmieszy, bo znam osoby, które mają poziom IQ = 168 i..... nic z tego nie wy-
nika, w żaden sposób nie przekłada się to na ich osiągnięcia - studiów nie
ukończyli, pracy nie mają, pasożytują na własnych rodzicach, choć już nie-
długo będą obchodzić drugą osiemnastkę.
Pierwsze badania nad inteligencją rozpoczął angielski naukowiec Francis Gal-
ton, tworząc podstawy nauki zwanej eugeniką. W 1865 roku opublikował
artykuł pt. "Dziedziczny talent i charakter", w którym dowodził, że człowiek
dziedziczy talent i inne właściwości psychiczne, podobnie jak cechy fizyczne.
Galton bardzo poważnie traktował swą pracę naukową i założył w Londynie
pierwsze laboratorium antropometryczne. Badał w nim odczucia ludzkie oraz
mierzył różne części ciała. Zakładał, że ludzie obdarzeni wysoką inteligencją
powinni odznaczać się również wyższą wrażliwością.
Współpracownik Galtona, amerykański psycholog James McKeen Cattel,
w 1890 roku stworzył pierwsze testy oceniające inteligencję studentów.
Badano w nich takie parametry jak: siła mięśni, szybkość ruchów, wrażliwość
na ból, ostrośc widzenia i słuchu, czas reakcji, zdolność zapamiętywania oraz
pojemność płuc. Trudno mi pojąć co wspólnego miała inteligencja z siłą mięś-
ni lub pojemnością płuc. W każdym razie pod wpływem pracy Cattela, w całej
Europie zaczęły powstawać laboratoria testujące inteligencję.
Cattel, po powrocie do USA został pierwszym w tym kraju profesorem psy-
chologii oraz przewodniczącym Amerykańskiego Towarzystwa Psychologicz-
nego.
Galto i Cattel zgodnie uważali, że inteligencja jest cechą wrodzoną a wpływ
środowiska na jej poziom jest niewielki, dlatego też należy wspierać małżeń-
stwa zdrowych i sprawnych intelektuialnie ludzi, zaś "niedorozwiniętych"
sterylizować.
Teoria obu panów została wkrótce dość ostro skrytykowana przez francus-
kiego psychologa, Alfreda Bineta. Ponadto twierdził, że chcąc ocenić inteli-
gencję, należy przede wszystkim testować pamięć, wyobraznię, uwagę,
bystrość, podatność na sugestię oraz poczucie estetyki.
Gdy we Francji wprowadzono powszechny obowiązek szkolny, ministerstwo
oświaty zwróciło się do Bineta z prośbą o opracowanie metody testowania
dzieci, by ustalić, czy są one gotowe do rozpoczęcia nauki.
W 1905 roku Binet wraz z Theodorem Simonem stworzyli serię testów
oceniających inteligencję dzieci. I wtedy w teście Bineta-Simona po raz
pierwszy pojawiło się pojęcie ilorazu inteligencji (IQ), który pozwolił znacz-
nie dokładniej niż dotychczas klasyfikować dzieci według poziomu rozwoju
umysłowego. Na podstawie tego testu profesor Uniwersytetu Stanforda,
Lewis Terman, stworzył nowy test na inteligencję, znany jako test Stanfor-
da-Bineta, który stosowany jest do dzisiaj.
Dziś , na podstawie wieloletnich badań wiadomo, że na poziom inteligencji
wpływają nie tylko geny ale i środowisko, a iloraz inteligencji jest bezpo-
średnio związany z poziomem wykształcenia rodziców oraz społeczno-ekono-
micznym statusem rodziny. Dzieci niewykształconych i biednych rodziców
mają przeważnie niższy iloraz inteligencji. Poziom inteligencji jest również
powiązany z liczbą dzieci w rodzinie oraz kolejnością, w jakiej przyszły na
świat. Im mniej dzieci w danej rodzinie, tym wyższy jest ich poziom inte-
ligencji, starsze rodzeństwo ma średnio wyższy iloraz niż młodsze.
Mieszkańcy dużych miast mają wyższe IQ niż ludzie żyjący na wsi.
Obecnie przyjmuje się, że wpływ czynników dziedzicznych na iloraz inteli-
gencji stanowi 40 - 50 procent, co oznacza, że w 50 - 60 procentach jest
ona kształtowana przez środowisko.
Ale nim będziemy się zachwycać wysokim poziomem IQ, pamiętajmy, że
aby osiągnąć prawdziwy sukces ważne są także inne cechy osobowości :
wytrwałość i wysoka motywacja.
sobota, 6 lutego 2010
201. Eau de Cologne
Pomyślałam, że z okazji weekendu należy się moim miłym czytaczom
odrobina rozrywki.
Pewien Włoch, Giovanni Maria Farina, właściciel perfumerii na Julichplatz
w Kolonii, bardzo tęsknił do swojej niedawno opuszczonej ojczyzny. Jak
wiecie z tęsknoty to jedni piszą wiersze, inni pamiętniki, a Giovanni
postanowił odtworzyć i utrwalić zapach włoskiego wiosennego poranka.
Połączył olejki limonki, cytryny, pomarańczy, bergamotki, grejpfruta,
mandarynki i cedru, oraz dodał do tego ziół, a wszystko to wymieszał ze
spirytusem. Wydarzenie to miało miejsce w 1709 roku, a Giovanni ten
pachnący płyn nazwał wodą kolońską.
Niektórzy twierdzą, że autorem receptury był wuj Giovanniego, Giano
Paolo Feminisa, który przekazał siostrzeńcowi przywiezioną z Włoch
recepturę wody, której podstawę zapachową tworzyły: lawenda, berga-
motka, rozmaryn oraz spirytus winogronowy.
Ale to właśnie Giovanni Farina, w 1709 roku rozpoczął produkcję tej
wody na skalę przemysłową. Eau de Cologne zaczęła robić karierę.
Najbardziej rozpowszechnieniu się wody kolońskiej przysłużyła się...
wojna siedmioletnia (1756 -1763). Był to największy konflikt zbrojny
nowych czasów, a udział w nim brały nie tylko państwa europejskie, ale
również Ameryka Północna,Indie, Filipiny. Przy tej okazji nastąpiła
globalana wymiana wartości kulturowych, również i nowinek w świecie
mody. Jak mówiono: wojna wojną, a herbata musi być o piątej.
Gdy w 1756 roku wkroczyły do Kolonii wojska francuskie, nie przema-
szerowały obojętnie obok perfumerii Fariny. Tym sposobem woda
kolońska trafiła do Paryża, gdzie natychmiast zrobiła furorę.
Francuscy arystokraci, których obyczaje higieniczne nie były najwyż-
szych lotów, oblewali się tą pachnącą woda od głów do stóp, by zabić woń
niemytego ciała.
Woda była droga i tym samym służyła tylko najbogatszym. Jej wielbicielką
była była metresa Ludwika XV, pani du Barry, Wolter natomiast uważał,
że w znaczny sposób służy ona natchnieniu.
Caryca Katarzyna II dostała wodę kolońska w prezencie od pruskiego króla
Fryderyka II i wielce polubiła jej aromat.
Wiele lat pózniej, radzieccy mężczyzni wymyślili koktajl o nazwie Aleksander
Trzeci. Do dwóch różnych wód kolońskich dodawali wodę sodową i sączyli go
przez kostkę cukru.
Aromat wody kolońskiej bardzo przypadł również do gustu cesarzowi Napo-
leonowi. Był zdania, że usprawnia ona pracę mózgu. Używał jej nie tylko jako
pachnidła, ale dodawał kilka jej kropel do cukru, wkraplał do kapieli,
używał również do płukania gardła. Będąc na zesłaniu, na Wyspie Św. Heleny,
gdy zapas jego wody już się wyczerpał,wymyślił własną recepturę: do 90%
spirytusu dodawał olejek z bergamotki. Nazywał to wodą toaletową.
W połowie XIX wieku wodę kolońską zaczęto dostarczać na dwór królowej
Anglii, Wiktorii, której też przypadła bardzo do gustu.
Wprawdzie w Anglii pojawiła się znacznie wcześniej, ale dyktator mody epoki
regencji, George Brummel, wyśmiewał się z tych, którzy "zagłuszali" odór nie-
mytego ciała wylewając na siebie całe flakony wody kolońskiej i w końcu nie
była tak popularna jak we Francji. Ale sam Brummel dodawał do kąpieli
wodę kolońską, trzy razy dziennie zmieniał koszule, a ich mankiety delikatnie
spryskiwał właśnie wodą kolońską.
Dzięki perfumerii Fariny Kolonia stała się znanym na całym świecie ośrod-
kiem perfumiarstwa.
Klasyczna Eau de Cologne nadal jest wytwarzana w firmie prowadzonej przez
potomków Fariny i podobnie jak w dawnych czasach jest wizytówką zamożnej
i eleganckiej klienteli.
I wierzcie mi- żadna obecna woda jej nie dorównuje.
odrobina rozrywki.
Pewien Włoch, Giovanni Maria Farina, właściciel perfumerii na Julichplatz
w Kolonii, bardzo tęsknił do swojej niedawno opuszczonej ojczyzny. Jak
wiecie z tęsknoty to jedni piszą wiersze, inni pamiętniki, a Giovanni
postanowił odtworzyć i utrwalić zapach włoskiego wiosennego poranka.
Połączył olejki limonki, cytryny, pomarańczy, bergamotki, grejpfruta,
mandarynki i cedru, oraz dodał do tego ziół, a wszystko to wymieszał ze
spirytusem. Wydarzenie to miało miejsce w 1709 roku, a Giovanni ten
pachnący płyn nazwał wodą kolońską.
Niektórzy twierdzą, że autorem receptury był wuj Giovanniego, Giano
Paolo Feminisa, który przekazał siostrzeńcowi przywiezioną z Włoch
recepturę wody, której podstawę zapachową tworzyły: lawenda, berga-
motka, rozmaryn oraz spirytus winogronowy.
Ale to właśnie Giovanni Farina, w 1709 roku rozpoczął produkcję tej
wody na skalę przemysłową. Eau de Cologne zaczęła robić karierę.
Najbardziej rozpowszechnieniu się wody kolońskiej przysłużyła się...
wojna siedmioletnia (1756 -1763). Był to największy konflikt zbrojny
nowych czasów, a udział w nim brały nie tylko państwa europejskie, ale
również Ameryka Północna,Indie, Filipiny. Przy tej okazji nastąpiła
globalana wymiana wartości kulturowych, również i nowinek w świecie
mody. Jak mówiono: wojna wojną, a herbata musi być o piątej.
Gdy w 1756 roku wkroczyły do Kolonii wojska francuskie, nie przema-
szerowały obojętnie obok perfumerii Fariny. Tym sposobem woda
kolońska trafiła do Paryża, gdzie natychmiast zrobiła furorę.
Francuscy arystokraci, których obyczaje higieniczne nie były najwyż-
szych lotów, oblewali się tą pachnącą woda od głów do stóp, by zabić woń
niemytego ciała.
Woda była droga i tym samym służyła tylko najbogatszym. Jej wielbicielką
była była metresa Ludwika XV, pani du Barry, Wolter natomiast uważał,
że w znaczny sposób służy ona natchnieniu.
Caryca Katarzyna II dostała wodę kolońska w prezencie od pruskiego króla
Fryderyka II i wielce polubiła jej aromat.
Wiele lat pózniej, radzieccy mężczyzni wymyślili koktajl o nazwie Aleksander
Trzeci. Do dwóch różnych wód kolońskich dodawali wodę sodową i sączyli go
przez kostkę cukru.
Aromat wody kolońskiej bardzo przypadł również do gustu cesarzowi Napo-
leonowi. Był zdania, że usprawnia ona pracę mózgu. Używał jej nie tylko jako
pachnidła, ale dodawał kilka jej kropel do cukru, wkraplał do kapieli,
używał również do płukania gardła. Będąc na zesłaniu, na Wyspie Św. Heleny,
gdy zapas jego wody już się wyczerpał,wymyślił własną recepturę: do 90%
spirytusu dodawał olejek z bergamotki. Nazywał to wodą toaletową.
W połowie XIX wieku wodę kolońską zaczęto dostarczać na dwór królowej
Anglii, Wiktorii, której też przypadła bardzo do gustu.
Wprawdzie w Anglii pojawiła się znacznie wcześniej, ale dyktator mody epoki
regencji, George Brummel, wyśmiewał się z tych, którzy "zagłuszali" odór nie-
mytego ciała wylewając na siebie całe flakony wody kolońskiej i w końcu nie
była tak popularna jak we Francji. Ale sam Brummel dodawał do kąpieli
wodę kolońską, trzy razy dziennie zmieniał koszule, a ich mankiety delikatnie
spryskiwał właśnie wodą kolońską.
Dzięki perfumerii Fariny Kolonia stała się znanym na całym świecie ośrod-
kiem perfumiarstwa.
Klasyczna Eau de Cologne nadal jest wytwarzana w firmie prowadzonej przez
potomków Fariny i podobnie jak w dawnych czasach jest wizytówką zamożnej
i eleganckiej klienteli.
I wierzcie mi- żadna obecna woda jej nie dorównuje.
niedziela, 31 stycznia 2010
200. Kobieta zmienną jest
To, co opiszę, zdarzyło się i jeszcze trwa, naprawdę. Oczywiście bohaterowie
mają pozmieniane imiona. Do napisania tej notki zdopingował mnie fakt, że
kolejny raz dorośli ludzie zachowują się nieodpowiedzialnie, krzywdząc
własne dzieci.
Gdy poznałam Olgę miała około 25 lat, była naturalną blondynką, niesamo-
wicie szczupłą, wręcz chudą. Cicha, uprzejma, delikatna, zdążyła już zaliczyć
nieudane małżeństwo, co skrzętnie ukrywała przed wszystkimi.
Mieszkała z matką, która też miała za sobą nieudany związek, nigdy nie
rozwiązany w sposób formalny. Po prostu pewnego dnia ojciec Olgi "wyszedł
z domu i nie wrócił", zostawiając żonę i maleńką córeczkę. Mama Olgi mu-
siała podjąć pracę, dzieckiem zajęła się Babcia.
Olga miała ochotę wyjść za mąż, założyć rodzinę, koniecznie mieć dzieci i, co
było bardzo istotne- wyzwolić się od matki, która była w stanie każdego za-
głaskać na śmierć. To ostatnie pragnienie Olga skrywała głęboko, bo czuła
się głupio, że nie chce mieszkać dłużej z matką.
Olga miała jakiś dziwny talent przyciągania do siebie facetów "pokrzywio-
nych" psychicznie, a w najlepszym razie zwyczajnych naciągaczy lub żona-
tych, którzy mieli się lada moment rozejść, ale jakoś się nie rozchodzili ze
swymi żonami i tkwili w rozkroku, jedną nogą przy Oldze, drugą w domu.
Lata mijały, Olga czuła upływ czasu, koleżanki wychodziły za mąż, rodziły
dzieci, a Olga wciąż była z jakimiś "nie takimi" facetami.
Z Maćkiem poznali ją znajomi. Maciek dobiegał czterdziestki, był kawalerem,
kilka miesięcy wcześniej zerwał z pewną dziewczyna, bo ona nie podobała się
ani jego mamusi ani siostrze i bratu. Maciek przyzwyczajony był, że mama
w domu rządziła i najlepiej wiedziała co dla dorosłego synka jest najlepsze.
Podobnie kierowała życiem swego męża i młodszego syna, tylko córka nie
dała sobie robić wody z mózgu, mając zawsze własne zdanie.
Po kilku miesiącach znajomości Olga i Maciek postanowili wziąć ślub. Olga,
jeszcze chudsza niż zawsze, wyglądała w ślubnej bieli "jak aniołek", tak
orzekły liczne przyjaciółki jej mamy.
Po ślubie Maciek ze zdumieniem stwierdził,że Olga nie potrafi nic w domu
zrobić, zagotowanie wody na herbatę było jedyną umiejętnością kulinarną
jaką wyniosła z domu. Oczywiście zaraz poinformował o tym swoją mamę,
która zaczęła innym okiem spoglądać na synową.
Tymczasem mama Olgi gotowała dla "młodych" obiady i przynosiła im do
domu. Robiła to w tym czasie, gdy oboje byli w pracy. Przy okazji sprząta-
ła, a Olga czuła coraz większe rozdrażnienie, bo nie po to wyszła za mąż by
dalej być pod czułym okiem matki. Drażniło ją, że Maciek codziennie tele-
fonuje do swojej matki i opowiada jej o tym, co w ich domu się dzieje, a
Maciek wściekał się, że matka Olgi gotuje im obiady. Do tego wszystkiego
Olga wciąż nie była w ciąży, a zegar biologiczny tykał i tykał.
Wreszcie okazało się , że Olga jest w wymarzonej ciąży, nastąpiło w domu
"zawieszenie broni" aż do rozwiązania. Na świat przyszła córka, co było
dla obojga lekkim rozczarowaniem, chcieli bowiem chłopca. Gdy Olga
z małą wróciły do domu zaczął się przysłowiowy Meksyk. Olga nie ogar-
niała niczego, jej mama spędzała u nich cały dzień, opuszczała ich dom
około godziny 23. Obydwie nie pozwalały się Maćkowi dotykać do małej-
bo uszkodzi, bo zarazi, bo mała się jego boi. Mała spędzała całe noce na rę-
kach Olgi, wrzeszcząc, gdy tylko ją Olga odkładała do lóżeczka. Maciek był
zły, niewyspany i co kilka dni wynosił się z domu do swojej mamy, by się
wyspać. Wtedy do akcji wkraczała mama Olgi zajmując się i w nocy dziec-
kiem Po ustawowym urlopie macierzyńskim Olga wróciła do pracy, jej
mama zajęła się dzieckiem i prowadzeniem domu.
Maciek czuł się we własnym domu intruzem, coraz częściej się z Olgą
kłócili - ona mu zarzucała, że nic w domu nie robi, on jej to samo. Ich ma-
my też się ze sobą kłóciły, bo mama Maćka wciąż krytykowała metody
pielęgnacyjne matki Olgi - wg niej dziecko było przegrzane, zbyt mało
wychodziło na spacer, za dużo noszone na rękach. Byłam w tym czasie u
"młodych" z wizytą, by zobaczyć małą. Dziecko jak dziecko, wszystko na
miejscu, ale mieszkanie wyglądało jakby tajfun przez nie przeleciał, bo
tego dnia nie było tam "wszystkorobiącej" mamy Olgi.
Okazało się, że Olga znów jest w ciąży. Bardzo nie chciała drugiego dziecka,
ale Maciek bardzo chciał, by było drugie dziecko. Olga zle znosiła tę ciążę,
ciągle była na zwolnieniu lekarskim. Tym razem urodził się chłopczyk,
ale Olga nadal nie była szczęśliwa.
Pewnego pięknego dnia Olga spakowała wszystkie rzeczy swoje i dzieci,
wezwała taksówkę, która "uwiozła w siną dal" jej matkę z dziećmi. Ona,
w swój samochód zapakowała wszystkie rzeczy i gdy Maciek wrócił po
pracy do domu, wręczyła mu pozew rozwodowy, powiedziała ozięble,że
się wyprowadza i wyniosła się, trzaskając drzwiami.
Maciek o mało co nie dostał zawału. Zupełnie nie miał pojęcia co Oldze
"odbiło". Szukał jej i dzieci w mieszkaniu jej matki, ale tam nikogo nie
było. Spotkali się na sali sądowej. Okazało się, że Olga ma kontrakt
zagraniczny, więc dzieci i matka przebywają razem z nią. Gdy wróciła za
6 miesięcy do Polski, nie pozwoliła Mackowi na widzenia dzieci, więc
wyegzekwował swe prawo sądownie. Ilekroć chce zobaczyć dzieci, musi
sprawę przeprowadzać sądownie i przychodzić z policjantem. Olga bardzo
usilnie pracuje nad dziećmi, by uważały, że tatuś jest "be" i nie dawały
się wziąć na ręce. Sprawa rozwodowa wciąż jest w toku, a Olga, która
zarabia 3 razy więcej niż Maciek, stale domaga się podwyższenia alimentów
na dzieci. Mała już chodzi do przedszkola, w którym opowiada, że jej "tatuś
jest okropny, zucił mame", a Olga się tylko śmieje, gdy przedszkolanka jej
o tym opowiada.
Rozmawiałam z Olgą, bo żal mi dzieci, Olgi i Maćka. I wiecie co-ręce opadają.
Bo Olga ma żal do Maćka, że On nie potrafił spełnić jej marzeń, nigdy nie
wiedział co ona aktualnie pragnie, a przecież mówił , że ją kocha. No skoro
kochał, to powinien wiedzieć. Leciutko opadła mi szczęka, ale zapytałam:
"a czy choć raz mówiłaś mu co konkretnie chcesz, co lubisz, a czego nie, czego
po nim oczekujesz?". Olga popatrzyła na mnie jak na głupią -"mężczyzna,
który kocha sam to powinien wiedzieć".
No właśnie, jestem chyba głupia- ona nie powiedziała, a on nie spytał, a
dzieci..... a kogo one obchodzą!
mają pozmieniane imiona. Do napisania tej notki zdopingował mnie fakt, że
kolejny raz dorośli ludzie zachowują się nieodpowiedzialnie, krzywdząc
własne dzieci.
Gdy poznałam Olgę miała około 25 lat, była naturalną blondynką, niesamo-
wicie szczupłą, wręcz chudą. Cicha, uprzejma, delikatna, zdążyła już zaliczyć
nieudane małżeństwo, co skrzętnie ukrywała przed wszystkimi.
Mieszkała z matką, która też miała za sobą nieudany związek, nigdy nie
rozwiązany w sposób formalny. Po prostu pewnego dnia ojciec Olgi "wyszedł
z domu i nie wrócił", zostawiając żonę i maleńką córeczkę. Mama Olgi mu-
siała podjąć pracę, dzieckiem zajęła się Babcia.
Olga miała ochotę wyjść za mąż, założyć rodzinę, koniecznie mieć dzieci i, co
było bardzo istotne- wyzwolić się od matki, która była w stanie każdego za-
głaskać na śmierć. To ostatnie pragnienie Olga skrywała głęboko, bo czuła
się głupio, że nie chce mieszkać dłużej z matką.
Olga miała jakiś dziwny talent przyciągania do siebie facetów "pokrzywio-
nych" psychicznie, a w najlepszym razie zwyczajnych naciągaczy lub żona-
tych, którzy mieli się lada moment rozejść, ale jakoś się nie rozchodzili ze
swymi żonami i tkwili w rozkroku, jedną nogą przy Oldze, drugą w domu.
Lata mijały, Olga czuła upływ czasu, koleżanki wychodziły za mąż, rodziły
dzieci, a Olga wciąż była z jakimiś "nie takimi" facetami.
Z Maćkiem poznali ją znajomi. Maciek dobiegał czterdziestki, był kawalerem,
kilka miesięcy wcześniej zerwał z pewną dziewczyna, bo ona nie podobała się
ani jego mamusi ani siostrze i bratu. Maciek przyzwyczajony był, że mama
w domu rządziła i najlepiej wiedziała co dla dorosłego synka jest najlepsze.
Podobnie kierowała życiem swego męża i młodszego syna, tylko córka nie
dała sobie robić wody z mózgu, mając zawsze własne zdanie.
Po kilku miesiącach znajomości Olga i Maciek postanowili wziąć ślub. Olga,
jeszcze chudsza niż zawsze, wyglądała w ślubnej bieli "jak aniołek", tak
orzekły liczne przyjaciółki jej mamy.
Po ślubie Maciek ze zdumieniem stwierdził,że Olga nie potrafi nic w domu
zrobić, zagotowanie wody na herbatę było jedyną umiejętnością kulinarną
jaką wyniosła z domu. Oczywiście zaraz poinformował o tym swoją mamę,
która zaczęła innym okiem spoglądać na synową.
Tymczasem mama Olgi gotowała dla "młodych" obiady i przynosiła im do
domu. Robiła to w tym czasie, gdy oboje byli w pracy. Przy okazji sprząta-
ła, a Olga czuła coraz większe rozdrażnienie, bo nie po to wyszła za mąż by
dalej być pod czułym okiem matki. Drażniło ją, że Maciek codziennie tele-
fonuje do swojej matki i opowiada jej o tym, co w ich domu się dzieje, a
Maciek wściekał się, że matka Olgi gotuje im obiady. Do tego wszystkiego
Olga wciąż nie była w ciąży, a zegar biologiczny tykał i tykał.
Wreszcie okazało się , że Olga jest w wymarzonej ciąży, nastąpiło w domu
"zawieszenie broni" aż do rozwiązania. Na świat przyszła córka, co było
dla obojga lekkim rozczarowaniem, chcieli bowiem chłopca. Gdy Olga
z małą wróciły do domu zaczął się przysłowiowy Meksyk. Olga nie ogar-
niała niczego, jej mama spędzała u nich cały dzień, opuszczała ich dom
około godziny 23. Obydwie nie pozwalały się Maćkowi dotykać do małej-
bo uszkodzi, bo zarazi, bo mała się jego boi. Mała spędzała całe noce na rę-
kach Olgi, wrzeszcząc, gdy tylko ją Olga odkładała do lóżeczka. Maciek był
zły, niewyspany i co kilka dni wynosił się z domu do swojej mamy, by się
wyspać. Wtedy do akcji wkraczała mama Olgi zajmując się i w nocy dziec-
kiem Po ustawowym urlopie macierzyńskim Olga wróciła do pracy, jej
mama zajęła się dzieckiem i prowadzeniem domu.
Maciek czuł się we własnym domu intruzem, coraz częściej się z Olgą
kłócili - ona mu zarzucała, że nic w domu nie robi, on jej to samo. Ich ma-
my też się ze sobą kłóciły, bo mama Maćka wciąż krytykowała metody
pielęgnacyjne matki Olgi - wg niej dziecko było przegrzane, zbyt mało
wychodziło na spacer, za dużo noszone na rękach. Byłam w tym czasie u
"młodych" z wizytą, by zobaczyć małą. Dziecko jak dziecko, wszystko na
miejscu, ale mieszkanie wyglądało jakby tajfun przez nie przeleciał, bo
tego dnia nie było tam "wszystkorobiącej" mamy Olgi.
Okazało się, że Olga znów jest w ciąży. Bardzo nie chciała drugiego dziecka,
ale Maciek bardzo chciał, by było drugie dziecko. Olga zle znosiła tę ciążę,
ciągle była na zwolnieniu lekarskim. Tym razem urodził się chłopczyk,
ale Olga nadal nie była szczęśliwa.
Pewnego pięknego dnia Olga spakowała wszystkie rzeczy swoje i dzieci,
wezwała taksówkę, która "uwiozła w siną dal" jej matkę z dziećmi. Ona,
w swój samochód zapakowała wszystkie rzeczy i gdy Maciek wrócił po
pracy do domu, wręczyła mu pozew rozwodowy, powiedziała ozięble,że
się wyprowadza i wyniosła się, trzaskając drzwiami.
Maciek o mało co nie dostał zawału. Zupełnie nie miał pojęcia co Oldze
"odbiło". Szukał jej i dzieci w mieszkaniu jej matki, ale tam nikogo nie
było. Spotkali się na sali sądowej. Okazało się, że Olga ma kontrakt
zagraniczny, więc dzieci i matka przebywają razem z nią. Gdy wróciła za
6 miesięcy do Polski, nie pozwoliła Mackowi na widzenia dzieci, więc
wyegzekwował swe prawo sądownie. Ilekroć chce zobaczyć dzieci, musi
sprawę przeprowadzać sądownie i przychodzić z policjantem. Olga bardzo
usilnie pracuje nad dziećmi, by uważały, że tatuś jest "be" i nie dawały
się wziąć na ręce. Sprawa rozwodowa wciąż jest w toku, a Olga, która
zarabia 3 razy więcej niż Maciek, stale domaga się podwyższenia alimentów
na dzieci. Mała już chodzi do przedszkola, w którym opowiada, że jej "tatuś
jest okropny, zucił mame", a Olga się tylko śmieje, gdy przedszkolanka jej
o tym opowiada.
Rozmawiałam z Olgą, bo żal mi dzieci, Olgi i Maćka. I wiecie co-ręce opadają.
Bo Olga ma żal do Maćka, że On nie potrafił spełnić jej marzeń, nigdy nie
wiedział co ona aktualnie pragnie, a przecież mówił , że ją kocha. No skoro
kochał, to powinien wiedzieć. Leciutko opadła mi szczęka, ale zapytałam:
"a czy choć raz mówiłaś mu co konkretnie chcesz, co lubisz, a czego nie, czego
po nim oczekujesz?". Olga popatrzyła na mnie jak na głupią -"mężczyzna,
który kocha sam to powinien wiedzieć".
No właśnie, jestem chyba głupia- ona nie powiedziała, a on nie spytał, a
dzieci..... a kogo one obchodzą!
Subskrybuj:
Posty (Atom)