Młodzi, pomimo perswazji postawili na swoim, wzięli ślub i zamieszkali u rodziców mojej matki, po praskiej
stronie Warszawy. Oczywiście niemal codziennie bywali na Mokotowie, u babci, najczęściej w porze obiadowej, jak ze złością w głosie zauważyła babcia.
Ale najbardziej bała się, że podczas tych przejazdów mogą się zaplątać w łapankę. Nie wiem jak było w innych miastach, ale w Warszawie Niemcy wciąż organizowali łapanki, a ci, co mieli nieszczęście wpaść w ręce Niemców byli wpierw sprawdzani na gestapo, a potem albo wysyłani do obozu zagłady albo na roboty do Niemiec. Przecież musiał ktoś pracować za tych, którzy aktualnie podbijali Europę i walczyli w Rosji.
Pewnego dnia przyszli do babci oboje roztrzęsieni, zdenerwowani, a moja matka płakała i lekko kulała.Okazało się, że tramwaj, którym jechali został ostrzelany (prawdopodobnie przez AK) i kilka osób zostało rannych. Oni uniknęli kul, bo jechali na tylnym pomoście drugiego wagonu - ojciec był palaczem a palaczom wolno było palić tylko na tylnym pomoście drugiego wagonu. Gdy tylko tramwaj przyhamował ojciec wyciągnął matkę z wagonu i zaczęli szybko oddalać się od miejsca zdarzenia. Babcia okropnie się zdenerwowała i zabroniła im przyjeżdżać.
Po dwóch lub 3 tygodniach mój ojciec wybrał się jednak na Mokotów i w trakcie przesiadki zaplątał się w łapankę. Na szczęście telefony działały i ojciec dał przez kogoś znać, że go "zgarnęli". Nie wiele myśląc dziadek ruszył na pomoc, a że był w pracy, to o wszystkim poinformował swego szefa, Niemca. Dyrektor firmy uruchomił jakieś swoje kanały i gdy dziadek przyszedł dowiedzieć się o swego syna, został całkiem kulturalnie potraktowany, około godziny rozmawiał z jakimś oficerem, w końcu przyprowadzono mego ojca, a Niemiec był zachwycony, że dziadek tak świetnie włada niemieckim i że jest urodzony w okolicy Poznania, więc są niemal ziomkami. I nie mógł się nadziwić, że dziadek nie podpisał jeszcze volks listy.
Gdyby to wszystko zdarzyło się pół roku pózniej to nie wiadomo jaki byłby koniec tej historii, bo dyrektor firmy, w której pracował dziadek zamknął firmę i postanowił wyjechać do Niemiec. Dziadek podejrzewał, że on chyba wybrał się nieco dalej niż do Niemiec.
W Warszawie coraz trudniej było żyć, pomału pogarszała się sytuacja mieszkańców a i Niemcom też zaczęło się wyrażnie pogarszać.
Nadszedł sierpień 1944 roku - wybuchło powstanie warszawskie. Mieszkańcy "naszej" kamienicy wcale nie wychodzili z domu - na Mokotowie trwały ostre walki i Niemcy nie wypuszczali nikogo, można było co najwyżej wyjść na podwórko, by śmiecie wyrzucić. W budynku każde mieszkanie miało własny zsyp, ale służby miejskie już od dość dawna nie działały.
Nikt nie wiedział co się dzieje, mój ociec utknął na Mokotowie, matka była na prawym brzegu Wisły, a do tego rozpoczęły się naloty. Pewnego dnia , około 100m od naszej kamienicy przesnuli się młodzi ludzie z powstańczymi opaskami, którzy chyba chcieli zlikwidować ten sztab niemiecki. Ich było ze trzech i szybko zostali odkryci przez Niemców, którzy ich ostrzelali.Pewnie ich zabili, bo nikt już potem nie chodził ulicami w pobliżu.
I wtedy Niemcy postanowili "oczyścić " z mieszkańców sąsiednie kamienice. Zaczęli wyrzucać mieszkańców z domów, a budynki wypalali w środku systematycznie miotaczami ognia. W pewnym momencie kamienica stała wśród morza płomieni, bo dookoła paliły się wnętrza budynków.
Z okresu całej okupacji niemieckiej dla wielu mieszkańców Warszawy najgorszy był okres powstania warszawskiego. Naloty były wcale nie mniejsze niż w 1939 roku a zginęło więcej ludzi, miasto zostało bardzo zniszczone, niektóre fragmenty miasta przestały istnieć.
c.d.n.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
sobota, 2 czerwca 2012
piątek, 1 czerwca 2012
247. A dalej...
...było mało zabawnie. Oczywiście młodzi uparli się na ślub, argumentując, że w takich czasach tylko miłość ma
znaczenie. Nie ważne było, że nawet w drodze do lub z kościoła można było wylądować na gestapo, nieważne, że nie było sukien ślubnych, że rodzina nie mogła przyjechać na tę uroczystość, że wesela też nie
można było urządzić , że nie mieli szansy na własne mieszkanie, że oboje nie zarabiali, że moja matka dopiero
co ukończyła gimnazjum, że nie miała żadnego zawodu, że ojciec właśnie skończył liceum i rozpoczął studia i też był bez zawodu. Dla nich to wszystko nie miało znaczenia. Byli głusi na wszystkie argumenty, bo, jak mówiła babcia, ":twój ojciec był za porządny". Zawsze mnie to śmieszyło, to jej oburzenie. Z babci często wychodziła po prostu "dulszczyzna". Ciekawe czy byłaby tego samego zdania gdyby szło o jej córkę, a nie syna.
I pewnego pięknego dnia rodzice moi pobrali się w Bazylice na ul.Kawęczyńskiej. Cechą charakterystyczną tej budowli była niesamowita ilość schodów wiodąca do wejścia. Gdy odbierałam tam kiedyś odpis świadectwa swego chrztu, wędrując nimi pomyślałam, że można było się jeszcze zastanowić idąc nimi pod górę. Ale "moim" nic nie wpadło do głowy po drodze.
Tym sposobem babcina rodzina powiększyła się - oprócz bratowej i "przyszywanego" siostrzeńca do wykarmienia doszła moja matka. Od początku okupacji dziadkowie pomagali również kuzynce dziadka, której mąż, zawodowy oficer, pozostawił żonę i dwóch synów. Zostali praktycznie bez środków do życia, nie mając żadnych zapasów żywności, wyprzedając z domu co tylko się dało. Nie wiem jak dziadek dawał radę utrzymywać tę całą czeredę.
Na początku 1942 roku parter budynku, w którym mieszkali dziadkowie, zajęli Niemcy i rozlokowali tu
swój sztab. Wyobrażacie sobie tę sytuację? Na trzecim piętrze dziadkowie ukrywający Żydówkę, a na
parterze Niemcy. A do tego wszystkiego Niemcy, którzy wiedzieli, że dziadek perfekt zna niemiecki, co chwilę dziadka wzywali do siebie, by przekazywał mieszkańcom kamienicy różne zarządzenia. A czasami robili to w celach czysto towarzyskich, bo brakowało czwartego do brydża.
Jak wiecie w 1943 roku wybuchło powstanie w gettcie warszawskim. Trwało niecały miesiąc -rozpoczęło się chyba 19 kwietnia, 16 maja getto padło. Gdy paliło się getto, wiatr przywiewał na Mokotów zwęglone kawałki papieru i woń spalenizny. Myślę, że było oddalone od tego budynku o około 7 lub 8 kilometrów w linii
prostej.
I gdy getto już dopalało się, Niemcy stacjonujący w tym budynku, wydali dla mieszkańców przyjęcie. Chcieli by mieszkańcy razem z nimi czcili zwycięstwo nad powstańcami. Zwołano wszystkich do holu- a hol był w tym budynku bardzo duży, przestronny i ładny, bo ściany były marmurowe, rozstawiono stoły pozabierane mieszkańcom I piętra, na stołach znalazły się naprawdę wymyślne jak na tamten czas smakołyki. A dla umilenia chwili puszczano płyty z ariami z "Wesołej wdówki". Oczywiście dziadek musiał służyć za tłumacza.
Bratowa babci nie brała udziału w tym spędzie, ponieważ od chwili wejścia do mieszkania nie opuszczała go ani na krok.
c.d.n
znaczenie. Nie ważne było, że nawet w drodze do lub z kościoła można było wylądować na gestapo, nieważne, że nie było sukien ślubnych, że rodzina nie mogła przyjechać na tę uroczystość, że wesela też nie
można było urządzić , że nie mieli szansy na własne mieszkanie, że oboje nie zarabiali, że moja matka dopiero
co ukończyła gimnazjum, że nie miała żadnego zawodu, że ojciec właśnie skończył liceum i rozpoczął studia i też był bez zawodu. Dla nich to wszystko nie miało znaczenia. Byli głusi na wszystkie argumenty, bo, jak mówiła babcia, ":twój ojciec był za porządny". Zawsze mnie to śmieszyło, to jej oburzenie. Z babci często wychodziła po prostu "dulszczyzna". Ciekawe czy byłaby tego samego zdania gdyby szło o jej córkę, a nie syna.
I pewnego pięknego dnia rodzice moi pobrali się w Bazylice na ul.Kawęczyńskiej. Cechą charakterystyczną tej budowli była niesamowita ilość schodów wiodąca do wejścia. Gdy odbierałam tam kiedyś odpis świadectwa swego chrztu, wędrując nimi pomyślałam, że można było się jeszcze zastanowić idąc nimi pod górę. Ale "moim" nic nie wpadło do głowy po drodze.
Tym sposobem babcina rodzina powiększyła się - oprócz bratowej i "przyszywanego" siostrzeńca do wykarmienia doszła moja matka. Od początku okupacji dziadkowie pomagali również kuzynce dziadka, której mąż, zawodowy oficer, pozostawił żonę i dwóch synów. Zostali praktycznie bez środków do życia, nie mając żadnych zapasów żywności, wyprzedając z domu co tylko się dało. Nie wiem jak dziadek dawał radę utrzymywać tę całą czeredę.
Na początku 1942 roku parter budynku, w którym mieszkali dziadkowie, zajęli Niemcy i rozlokowali tu
swój sztab. Wyobrażacie sobie tę sytuację? Na trzecim piętrze dziadkowie ukrywający Żydówkę, a na
parterze Niemcy. A do tego wszystkiego Niemcy, którzy wiedzieli, że dziadek perfekt zna niemiecki, co chwilę dziadka wzywali do siebie, by przekazywał mieszkańcom kamienicy różne zarządzenia. A czasami robili to w celach czysto towarzyskich, bo brakowało czwartego do brydża.
Jak wiecie w 1943 roku wybuchło powstanie w gettcie warszawskim. Trwało niecały miesiąc -rozpoczęło się chyba 19 kwietnia, 16 maja getto padło. Gdy paliło się getto, wiatr przywiewał na Mokotów zwęglone kawałki papieru i woń spalenizny. Myślę, że było oddalone od tego budynku o około 7 lub 8 kilometrów w linii
prostej.
I gdy getto już dopalało się, Niemcy stacjonujący w tym budynku, wydali dla mieszkańców przyjęcie. Chcieli by mieszkańcy razem z nimi czcili zwycięstwo nad powstańcami. Zwołano wszystkich do holu- a hol był w tym budynku bardzo duży, przestronny i ładny, bo ściany były marmurowe, rozstawiono stoły pozabierane mieszkańcom I piętra, na stołach znalazły się naprawdę wymyślne jak na tamten czas smakołyki. A dla umilenia chwili puszczano płyty z ariami z "Wesołej wdówki". Oczywiście dziadek musiał służyć za tłumacza.
Bratowa babci nie brała udziału w tym spędzie, ponieważ od chwili wejścia do mieszkania nie opuszczała go ani na krok.
c.d.n
wtorek, 29 maja 2012
246. Następne lata...
...aż do sierpnia 1939 mijały dość spokojnie. Małżeństwo Dziadków jakoś wróciło na normalne tory, dzieci podrosły, ciocia została studentką architektury, mój ojciec zdał na politechnikę. Jak wiecie, dziadkowie mieli już za sobą doświadczenia z pierwszej wojny światowej i podjęli starania by na wszelki wypadek być jednak przygotowanymi do ewentualnej wojny Zgromadzili nieco żywności, która mogła dłużej poleżeć, zapas węgla i pomału wycofali z banku pieniądze. Pomimo wszelkich "znaków na ziemi i niebie" nie mogli uwierzyć, że wojna jest tuż, tuż, że po tamtej, tak wyniszczającej wojnie ludzie niczego się nie nauczyli.
Gdy rozpoczęły się naloty na Warszawę,moja ciocia spakowała walizkę i.....wyjechała do Lwowa, bo przy każdym nalocie dostawała wręcz ataku histerii.
Zostawiła rodziców, brata i narzeczonego i pojechała szukać spokoju. Długo tego spokoju nie miała, nie przewidziała, że Lwów wkrótce nie będzie należał do Polski. Na szczęście udało się jej i reszcie rodziny stamtąd uciec przed przesiedleniem w głąb Rosji.
Gdy Warszawa skapitulowała i Niemcy wkroczyli do Warszawy, w krótkim czasie wyznaczyli dla siebie
dzielnicę niemiecką i ten kwartał ulic, gdzie stał dom, w którym mieszkali dziadkowie, został do niej zaliczony a lokatorzy musieli w krótkim czasie opuścić budynki.
Po szybkich poszukiwaniach znalezli mieszkanie na Mokotowie, ale i tam długo nie pomieszkali, bo Niemcom "rozszerzyła się" dzielnica, więc znów musieli szukać następnego mieszkania. Pozostali jednak na Mokotowie, znalezli kamienicę, która właśnie była świeżo wybudowana i było w niej jeszcze kilka wolnych mieszkań. Wprawdzie właściciel już wyjechał z Polski , ale formalności wynajmu załatwili u jego pełnomocnika.
Z czasem okazało się, że był to szczęśliwy wybór, bo budynek, jako jeden z nielicznych, przetrwał.
Zaczęło się dziwne życie pod okupacją niemiecką. Ponieważ firma , w której dziadek pracował była własnością Niemca, dziadek nadal miał pracę. Oczywiście studia mego taty przestały istnieć, więc nadmiar
wolnego czasu spędzał z przyjaciółmi.
Nigdy nie mogłam pojąć jak można było wtedy prowadzić niemal normalne życie - to właśnie wtedy mój ojciec poznał moją matkę, zakochał się i postanowili się koniecznie pobrać. Były to czasy gdy jeszcze
można było kąpać się w Wiśle i plażować nad brzegiem stołecznej rzeki.
Dziadkowie byli bardzo przeciwni temu związkowi, bo mama moja miała zaledwie 16 lat , trwała wojna, której końca jakoś nie było widać, na mieście były wciąż łapanki. Poza tym ukochany brat babci poprosił ją o niesamowicie niebezpieczną przysługę -żona jego była Żydówką . Dla niego jej narodowość zupełnie nie miała znaczenia - była piękną, bardzo dobrze wykształconą lekarką, przeszła na katolicyzm jeszcze w dzieciństwie, kochali się bardzo, wzięli ślub i mieli dwoje dzieci. W miejscowości, w której wówczas mieszkali ( brat babci był dyrektorem szpitala), Niemcy zaczęli organizować getto. Jeden z pacjentów, Niemiec, uprzedził wujka, że jego żona jest na liście osób, które będą przesiedlone do getta, więc niech lepiej ją gdzieś wyekspediuje. I wujek wysłał ją do Warszawy, do swej siostry. W tym samym czasie siostra babci przysłała do niej swojego pasierba, bo była w bardzo ciężkiej sytuacji życiowej - świeżo owdowiała i miała na głowie swego malutkiego synka, a była bez pracy i mieszkała kątem u swojej przyjaciółki.
Nic dziwnego, że dziadkowie nie pałali żądzą posiadania dodatkowo nieletniej synowej. Wiadomo było, że młodzi będę musieli być na utrzymaniu swych rodziców. Ale żadne rozsądne argumenty nie trafiały do głowy mego zakochanego taty.
c.d.n....
Gdy rozpoczęły się naloty na Warszawę,moja ciocia spakowała walizkę i.....wyjechała do Lwowa, bo przy każdym nalocie dostawała wręcz ataku histerii.
Zostawiła rodziców, brata i narzeczonego i pojechała szukać spokoju. Długo tego spokoju nie miała, nie przewidziała, że Lwów wkrótce nie będzie należał do Polski. Na szczęście udało się jej i reszcie rodziny stamtąd uciec przed przesiedleniem w głąb Rosji.
Gdy Warszawa skapitulowała i Niemcy wkroczyli do Warszawy, w krótkim czasie wyznaczyli dla siebie
dzielnicę niemiecką i ten kwartał ulic, gdzie stał dom, w którym mieszkali dziadkowie, został do niej zaliczony a lokatorzy musieli w krótkim czasie opuścić budynki.
Po szybkich poszukiwaniach znalezli mieszkanie na Mokotowie, ale i tam długo nie pomieszkali, bo Niemcom "rozszerzyła się" dzielnica, więc znów musieli szukać następnego mieszkania. Pozostali jednak na Mokotowie, znalezli kamienicę, która właśnie była świeżo wybudowana i było w niej jeszcze kilka wolnych mieszkań. Wprawdzie właściciel już wyjechał z Polski , ale formalności wynajmu załatwili u jego pełnomocnika.
Z czasem okazało się, że był to szczęśliwy wybór, bo budynek, jako jeden z nielicznych, przetrwał.
Zaczęło się dziwne życie pod okupacją niemiecką. Ponieważ firma , w której dziadek pracował była własnością Niemca, dziadek nadal miał pracę. Oczywiście studia mego taty przestały istnieć, więc nadmiar
wolnego czasu spędzał z przyjaciółmi.
Nigdy nie mogłam pojąć jak można było wtedy prowadzić niemal normalne życie - to właśnie wtedy mój ojciec poznał moją matkę, zakochał się i postanowili się koniecznie pobrać. Były to czasy gdy jeszcze
można było kąpać się w Wiśle i plażować nad brzegiem stołecznej rzeki.
Dziadkowie byli bardzo przeciwni temu związkowi, bo mama moja miała zaledwie 16 lat , trwała wojna, której końca jakoś nie było widać, na mieście były wciąż łapanki. Poza tym ukochany brat babci poprosił ją o niesamowicie niebezpieczną przysługę -żona jego była Żydówką . Dla niego jej narodowość zupełnie nie miała znaczenia - była piękną, bardzo dobrze wykształconą lekarką, przeszła na katolicyzm jeszcze w dzieciństwie, kochali się bardzo, wzięli ślub i mieli dwoje dzieci. W miejscowości, w której wówczas mieszkali ( brat babci był dyrektorem szpitala), Niemcy zaczęli organizować getto. Jeden z pacjentów, Niemiec, uprzedził wujka, że jego żona jest na liście osób, które będą przesiedlone do getta, więc niech lepiej ją gdzieś wyekspediuje. I wujek wysłał ją do Warszawy, do swej siostry. W tym samym czasie siostra babci przysłała do niej swojego pasierba, bo była w bardzo ciężkiej sytuacji życiowej - świeżo owdowiała i miała na głowie swego malutkiego synka, a była bez pracy i mieszkała kątem u swojej przyjaciółki.
Nic dziwnego, że dziadkowie nie pałali żądzą posiadania dodatkowo nieletniej synowej. Wiadomo było, że młodzi będę musieli być na utrzymaniu swych rodziców. Ale żadne rozsądne argumenty nie trafiały do głowy mego zakochanego taty.
c.d.n....
piątek, 25 maja 2012
245. A potem....
...potem wcale nie było lepiej. Babcia za nic w świecie nie chciała brać udziału w życiu szkoły- ani syna, ani córki. Ówczesne szkoły też korzystały z pomocy rodziców, gdy młodzież szła do teatru lub jechała na
wycieczkę. I do teatru chodził Dziadek, a wszystkie koleżanki cioci kłóciły się o to, która z nich będzie koło niego siedziała. Bardzo im się mój Dziadek podobał, poza tym zwracał się do nich per "panno XY", co bardzo się gimnazjalistkom podobało.
Gdy Babcia opowiadała mi o życiu pozaszkolnym swych dzieci, to prawdę mówiąc bardzo im zazdrościłam.
Oboje posiadali najnowszy wówczas sprzęt sportowy, zimą jezdzili na obozy narciarskie, latem na 2 miesiące razem z Babcią nad Bałtyk, najczęściej do Jastarni, czasami do Juraty.
A Babcia pomału popadała w depresję. Była w tak kiepskim stanie, że nawet nie chciała pojechać do Lwowa na pogrzeb własnej matki, mówiąc, że nie jest w stanie patrzeć na Lwów, wiedząc, że za chwilę będzie musiała go opuścić. Przestała chodzić z Dziadkiem na wszelkie spotkania towarzyskie (których było sporo), nie była w stanie zorganizować również nic we własnym domu. Odmawiała pójścia do teatru i opery, choć była miłośniczką muzyki.
Snuła się po domu sprawdzając czy kolejna służąca dobrze sprzątnęła mieszkanie, ścierała niewidoczny kurz
zaraz po tym, gdy był już wytarty przez służącą, doprowadzając tym dziewczyny do białej gorączki. Podejrzewam, że była w Warszawie osobą najczęściej zmieniającą pomoce domowe.
Zaczęła się pomału zmieniać w "kobietę w szlafroku" - całymi dniami snuła się nieubrana i nieuczesana, nie wychodziła z domu ani na zakupy ani nawet z ulubionym psem.
W pewnym momencie małżeństwo stanęło na krawędzi - naprawdę niewiele brakowało, by wszystko się rozpadło.
Pewnego dnia, ciocia wracając do domu zobaczyła na mieście własnego ojca z obcą kobietą, która trzymając
go pod rękę cały czas do niego ćwierkała, śmiała się i co chwilę przytulała twarz do jego ramienia.
Jak burza ciocia wpadła do domu, zmusiła babcię do ubrania się, wyciągnęła ją z domu do fryzjera i kosmetyczki, a potem na spacer po mieście. Oszołomiona babcia nawet nie protestowała, ale chyba taka kuracja wstrząsowa była jej potrzebna. Gdy wróciły do domu, ciocia dość brutalnie wytłumaczyła babci, że jeśli w dalszym ciągu będzie taką zaniedbaną "kobietą w szlafroku" to jej małżeństwo się skończy. Bo jakby na to nie patrzeć, dziadek jest przystojnym panem i z całą pewnością jakieś zaradne kobiety zakręcą się koło niego, skoro nigdzie nie chodzi z żoną.
Tego samego wieczoru porozmawiała z dziadkiem by więcej się interesował własną żoną, która z całą pewnością czuje się opuszczona i zaniedbana.
Dzięki determinacji cioci, małżeństwo jej rodziców zostało uratowane. Myślę, że jak na szesnastolatkę to postąpiła bardzo rozsądnie i odważnie.Całe to wydarzenie nie zmieniło oczywiście babci w duszę towarzystwa, ale przynajmniej zaczęła chodzić z dziadkiem na oficjalne przyjęcia oraz do teatru i opery.
C.d.n
wycieczkę. I do teatru chodził Dziadek, a wszystkie koleżanki cioci kłóciły się o to, która z nich będzie koło niego siedziała. Bardzo im się mój Dziadek podobał, poza tym zwracał się do nich per "panno XY", co bardzo się gimnazjalistkom podobało.
Gdy Babcia opowiadała mi o życiu pozaszkolnym swych dzieci, to prawdę mówiąc bardzo im zazdrościłam.
Oboje posiadali najnowszy wówczas sprzęt sportowy, zimą jezdzili na obozy narciarskie, latem na 2 miesiące razem z Babcią nad Bałtyk, najczęściej do Jastarni, czasami do Juraty.
A Babcia pomału popadała w depresję. Była w tak kiepskim stanie, że nawet nie chciała pojechać do Lwowa na pogrzeb własnej matki, mówiąc, że nie jest w stanie patrzeć na Lwów, wiedząc, że za chwilę będzie musiała go opuścić. Przestała chodzić z Dziadkiem na wszelkie spotkania towarzyskie (których było sporo), nie była w stanie zorganizować również nic we własnym domu. Odmawiała pójścia do teatru i opery, choć była miłośniczką muzyki.
Snuła się po domu sprawdzając czy kolejna służąca dobrze sprzątnęła mieszkanie, ścierała niewidoczny kurz
zaraz po tym, gdy był już wytarty przez służącą, doprowadzając tym dziewczyny do białej gorączki. Podejrzewam, że była w Warszawie osobą najczęściej zmieniającą pomoce domowe.
Zaczęła się pomału zmieniać w "kobietę w szlafroku" - całymi dniami snuła się nieubrana i nieuczesana, nie wychodziła z domu ani na zakupy ani nawet z ulubionym psem.
W pewnym momencie małżeństwo stanęło na krawędzi - naprawdę niewiele brakowało, by wszystko się rozpadło.
Pewnego dnia, ciocia wracając do domu zobaczyła na mieście własnego ojca z obcą kobietą, która trzymając
go pod rękę cały czas do niego ćwierkała, śmiała się i co chwilę przytulała twarz do jego ramienia.
Jak burza ciocia wpadła do domu, zmusiła babcię do ubrania się, wyciągnęła ją z domu do fryzjera i kosmetyczki, a potem na spacer po mieście. Oszołomiona babcia nawet nie protestowała, ale chyba taka kuracja wstrząsowa była jej potrzebna. Gdy wróciły do domu, ciocia dość brutalnie wytłumaczyła babci, że jeśli w dalszym ciągu będzie taką zaniedbaną "kobietą w szlafroku" to jej małżeństwo się skończy. Bo jakby na to nie patrzeć, dziadek jest przystojnym panem i z całą pewnością jakieś zaradne kobiety zakręcą się koło niego, skoro nigdzie nie chodzi z żoną.
Tego samego wieczoru porozmawiała z dziadkiem by więcej się interesował własną żoną, która z całą pewnością czuje się opuszczona i zaniedbana.
Dzięki determinacji cioci, małżeństwo jej rodziców zostało uratowane. Myślę, że jak na szesnastolatkę to postąpiła bardzo rozsądnie i odważnie.Całe to wydarzenie nie zmieniło oczywiście babci w duszę towarzystwa, ale przynajmniej zaczęła chodzić z dziadkiem na oficjalne przyjęcia oraz do teatru i opery.
C.d.n
czwartek, 24 maja 2012
244. c.d.-Awans
Zycie płynęło spokojnie, Dziadek zakupił działkę letniskową w Brzuchowicach pod Lwowem i od wiosny do jesieni, gdy dzieci jeszcze nie chodziły do szkoły, Babcia emigrowała na działkę. Wprawdzie okolica była ładna, ale ponoć nudno tam było straszliwie. Dziadek przyjeżdżał tam w niedzielę i cały dzień zajmował się
ogrodem. Uwielbiał siać, pielić, przesadzać, hodować, zbierać - Babcia natomiast nie lubiła "grzebać się w ziemi" jak mawiała i bardzo dobrze Ją rozumiem. Ja też za tym nie przepadam, widocznie te geny po Niej.
Poza tym, że było nudno to Babcia najzwyczajniej bała się sama mieszkać na tym letnisku. Wprawdzie sporo było i innych pań z dziećmi, no ale wieczorami to się zawsze bała.
Około roku 1929 Dziadek dostał b. ciekawą i intratną propozycję zmiany pracy -objęcie stanowiska dyrektora ekonomicznego dużej firmy , której właścicielem był Niemiec. Panowie znali się jeszcze z czasów wiedeńskich i ów przemysłowiec odszukał Dziadka. Ale ten awans wiązał się z przeniesieniem się do
Warszawy.
Póżną wiosną dziadkowie z dziećmi zjechali do Warszawy.Wcześniej Dziadek wynajął duże mieszkanie. Było naprawdę duże, 5 dużych pokoi (wysokich na 4 m), kuchnia i służbówka. Budynek miał nawet tzw. kuchenną klatkę schodową. Goście i domownicy wchodzili inną klatką schodową niż służąca i ewentualni dostawcy.
To pierwsze lato w Warszawie zle wspominała i moja babcia i dzieci. Mieszkali blisko Łazienek, więc codziennie byli w tym parku, gorzej, bo Babcia prowadziła je zawsze w jedno i to samo miejsce - na malutką górkę usytuowaną tuż za Teatrem na Wodzie. Na szczycie stały 2 ławki i było malutkie oczko wodne, więc bez przerwy napominała,by nie powpadali do wody, a to były już dość duże dzieci - 9 i 12 lat.
Ta górka nadal jest w Łazienkach, w takim samym kształcie jak wtedy, a gdy byłam tam kiedyś z ciocią, to powiedziała -" niecierpię Łazienek, a na sam widok tej górki dostaję mdłości, spędziłam tu upiorne wakacje".
Dla Babci przyjazd do Warszawy był nawet gorszy niż samotne wakacje w Brzuchowicach.
Przyjechała do bardzo obcego miasta, w którym nikogo nie znała. Nie podobała się Jej Warszawa, brakowało lwowskich przestrzeni, ludzi uśmiechniętych i życzliwych nawet dla obcych. Do tego wszystkiego
jako "pani dyrektorowa" musiała brać udział w wielu spotkaniach towarzyskich, a za tym to już zupełnie nie
przepadała. Czuła się wiecznie zagubiona, a wyglądała tak:
Dziadek miał nadzieję, że gdy zacznie się rok szkolny Babcia nawiąże jakieś kontakty z mamami innych dzieci.
Niestety, Babcia nie umiała a i chyba nie chciała z nikim nawiązać kontaktu. Dobrze, że ja tych genów nie
odziedziczyłam, "poszłam" w dziadka.
c.d.n.
ogrodem. Uwielbiał siać, pielić, przesadzać, hodować, zbierać - Babcia natomiast nie lubiła "grzebać się w ziemi" jak mawiała i bardzo dobrze Ją rozumiem. Ja też za tym nie przepadam, widocznie te geny po Niej.
Poza tym, że było nudno to Babcia najzwyczajniej bała się sama mieszkać na tym letnisku. Wprawdzie sporo było i innych pań z dziećmi, no ale wieczorami to się zawsze bała.
Około roku 1929 Dziadek dostał b. ciekawą i intratną propozycję zmiany pracy -objęcie stanowiska dyrektora ekonomicznego dużej firmy , której właścicielem był Niemiec. Panowie znali się jeszcze z czasów wiedeńskich i ów przemysłowiec odszukał Dziadka. Ale ten awans wiązał się z przeniesieniem się do
Warszawy.
Póżną wiosną dziadkowie z dziećmi zjechali do Warszawy.Wcześniej Dziadek wynajął duże mieszkanie. Było naprawdę duże, 5 dużych pokoi (wysokich na 4 m), kuchnia i służbówka. Budynek miał nawet tzw. kuchenną klatkę schodową. Goście i domownicy wchodzili inną klatką schodową niż służąca i ewentualni dostawcy.
To pierwsze lato w Warszawie zle wspominała i moja babcia i dzieci. Mieszkali blisko Łazienek, więc codziennie byli w tym parku, gorzej, bo Babcia prowadziła je zawsze w jedno i to samo miejsce - na malutką górkę usytuowaną tuż za Teatrem na Wodzie. Na szczycie stały 2 ławki i było malutkie oczko wodne, więc bez przerwy napominała,by nie powpadali do wody, a to były już dość duże dzieci - 9 i 12 lat.
Ta górka nadal jest w Łazienkach, w takim samym kształcie jak wtedy, a gdy byłam tam kiedyś z ciocią, to powiedziała -" niecierpię Łazienek, a na sam widok tej górki dostaję mdłości, spędziłam tu upiorne wakacje".
Dla Babci przyjazd do Warszawy był nawet gorszy niż samotne wakacje w Brzuchowicach.
Przyjechała do bardzo obcego miasta, w którym nikogo nie znała. Nie podobała się Jej Warszawa, brakowało lwowskich przestrzeni, ludzi uśmiechniętych i życzliwych nawet dla obcych. Do tego wszystkiego
jako "pani dyrektorowa" musiała brać udział w wielu spotkaniach towarzyskich, a za tym to już zupełnie nie
przepadała. Czuła się wiecznie zagubiona, a wyglądała tak:
Dziadek miał nadzieję, że gdy zacznie się rok szkolny Babcia nawiąże jakieś kontakty z mamami innych dzieci.
Niestety, Babcia nie umiała a i chyba nie chciała z nikim nawiązać kontaktu. Dobrze, że ja tych genów nie
odziedziczyłam, "poszłam" w dziadka.
c.d.n.
środa, 23 maja 2012
243. A życie płynęło
Życie pomału wracało do normy, Polska wreszcie zaczęła istnieć na mapie i jadąc z Lwowa do Poznania nie trzeba było mieć paszportu. Ponieważ na ślubie nie było rodziców dziadka ( pamiętacie- to był rok 1916, więc była wojna) Dziadek z babcią i roczną córeczką pojechali z wizytą do rodziców dziadka. Rodzice i dwie siostry dziadka czekali niecierpliwie na ten przyjazd, by powitać (i oceniać zapewne) wybrankę dziadka.
Jak już pisałam, babcia nie należała do osób otwartych. łatwo nawiązujących kontakty.Nie mniej została przyjęta bardzo serdecznie, a mała H. była systematycznie rozpieszczana.
Zresztą jak nie kochać takiego pulpecika?
Babcia z siostrą mego ojca.
Niestety zmiana sposobu odżywiania odbiła się na zdrowiu dziecka, które załapało ostrą biegunkę. Wszyscy
byli pewni, że dziecko umrze ( co wtedy było dość częstym przypadkiem), ale jednak mała jakoś wydobrzała.
Gdy lwowianie wracali już do domu, w ramach pożegnania teściowa tak się odezwała do babci : "wiesz,
bardzo się bałyśmy, że mała umrze, bo to byłby straszny kłopot ze znalezieniem takiej małej trumienki".
Po tych słowach moja babcia wykreśliła rodzinę dziadka z kręgu osób godnych przyjazni, miłości itp. Gdy mi to opowiadała to choć minęło od tamtego czasu z pół wieku, nadal nie mogła pojąć, że ich obawy sprowadzały się do ewentualnego kłopotu związanego z pochówkiem a nie z tego powodu, że śmierć dziecka byłaby dla rodziców nieszczęściem. Nigdy więcej tam nie pojechała, dziadek zawsze sam jezdził do swej rodziny.
A to jedna z sióstr dziadka
Ja jej nie pamiętam, wiem, że była starsza od dziadka. Ale zawsze z przyjemnością na nią spoglądam, była ładną kobietą.
Dni we Lwowie płynęły spokojnie, kolejnym nowym lokatorem został owczarek niemiecki,o wdzięcznym
imieniu Lord.
Z opowieści o Lordzie wynikało,że po pierwsze był baaaardzo mądrym psem a poza tym uwielbiał "swoje"
dzieci, które całymi dniami się z nim bawiły. Ulubioną zabawą było jeżdżenie na grzbiecie leżącego na podłodze Lorda, tłamszenie się z nim po podłodze, dokarmianie go tym, czego się nie chciało samemu zjeść,
zaglądanie mu do pyska i uszu. Lord znosił wszystko ze stoickim spokojem, a jeśli ktoś z domowników
usiłował przerwać te zabawy, z dezaprobatą mruczał ostrzegawczo.
c.d.n
Jak już pisałam, babcia nie należała do osób otwartych. łatwo nawiązujących kontakty.Nie mniej została przyjęta bardzo serdecznie, a mała H. była systematycznie rozpieszczana.
Zresztą jak nie kochać takiego pulpecika?
Babcia z siostrą mego ojca.
Niestety zmiana sposobu odżywiania odbiła się na zdrowiu dziecka, które załapało ostrą biegunkę. Wszyscy
byli pewni, że dziecko umrze ( co wtedy było dość częstym przypadkiem), ale jednak mała jakoś wydobrzała.
Gdy lwowianie wracali już do domu, w ramach pożegnania teściowa tak się odezwała do babci : "wiesz,
bardzo się bałyśmy, że mała umrze, bo to byłby straszny kłopot ze znalezieniem takiej małej trumienki".
Po tych słowach moja babcia wykreśliła rodzinę dziadka z kręgu osób godnych przyjazni, miłości itp. Gdy mi to opowiadała to choć minęło od tamtego czasu z pół wieku, nadal nie mogła pojąć, że ich obawy sprowadzały się do ewentualnego kłopotu związanego z pochówkiem a nie z tego powodu, że śmierć dziecka byłaby dla rodziców nieszczęściem. Nigdy więcej tam nie pojechała, dziadek zawsze sam jezdził do swej rodziny.
A to jedna z sióstr dziadka
Ja jej nie pamiętam, wiem, że była starsza od dziadka. Ale zawsze z przyjemnością na nią spoglądam, była ładną kobietą.
Dni we Lwowie płynęły spokojnie, kolejnym nowym lokatorem został owczarek niemiecki,o wdzięcznym
imieniu Lord.
Z opowieści o Lordzie wynikało,że po pierwsze był baaaardzo mądrym psem a poza tym uwielbiał "swoje"
dzieci, które całymi dniami się z nim bawiły. Ulubioną zabawą było jeżdżenie na grzbiecie leżącego na podłodze Lorda, tłamszenie się z nim po podłodze, dokarmianie go tym, czego się nie chciało samemu zjeść,
zaglądanie mu do pyska i uszu. Lord znosił wszystko ze stoickim spokojem, a jeśli ktoś z domowników
usiłował przerwać te zabawy, z dezaprobatą mruczał ostrzegawczo.
c.d.n
wtorek, 22 maja 2012
242. Kolejny odcinek, V.
A więc mamy rok 1917 - i tak już duża rodzina powiększyła się o dwie "nowe" postacie- męża mojej Babci i ich malutką córeczkę.Nowy, czyli mój Dziadek, z miejsca stał się ulubieńcem wszystkich domowników. I nic dziwnego- był naprawdę wspaniałym człowiekiem- otwarty, komunikatywny, o szerokich zainteresowaniach,
uzdolniony manualnie i muzycznie a do tego wielce tolerancyjny i wyrozumiały dla ludzkich słabości. I miał jeszcze jedną cechę - był naprawdę bardzo zakochany w swej żonie, która była osóbka wielce apodyktyczną i raczej zamkniętą w sobie.
Mój dziadek W. nie był lwowiakiem - urodził się pod Poznaniem (dziś jest to już jedna z dzielnic tego miasta), gdy miał 14 lat opuścił rodzinny dom i zamieszkał na stancji w Poznaniu. Po maturze wjechał do Wiednia na studia. Wiedeń był jego miastem ulubionym , które zawsze wspominał, którym się zachwycał. I tak rosłam słuchając z jednej strony, że nie ma piękniejszego miasta niż Lwów, a z drugiej, że nie ma piękniejszego miasta niż...Wiedeń. Uzdolnienia manualne dziadka przejawiały się głównie tym, że wszystko w domu umiał naprawić lub zrobić od nowa. Talent do muzyki - nigdy nie uczył się muzyki, był samoukiem, ale kupił sobie skrzypce i sam nauczył się na nich grać.
A więc mamy już rok 1917. Na świecie jest już moja ciocia, za kilka miesięcy wybuchnie Rewolucja Pażdziernikowa, w mieście głód, a dziadek W., z 2 przyjaciółmi robią "interes życia" - jeden z nich miał
kontakty w którejś z fabryk porcelany- za tzw. "psie pieniądze" panowie zakupili wagon porcelany użytkowej,
zastawy obiadowe i śniadaniowe. Ot, wymyślili sobie, że przecież gdy tylko skończy się wojna będzie popyt
na te artykuły.Wagon z zakupioną porcelaną, która doskonale zniosła podróż (sprawdzili) stał na jednej
z bocznic dworca kolejowego we Lwowie. Panowie już widzieli w wyobrazni jak wszystko "na pniu" sprzedadzą, babcia nawet wybaczyła dziadkowi, że zainwestował pieniądze w tę porcelanę, wszyscy już
czuli, że wojna ma się ku końcowi, gdy nagle i niespodziewanie nad dworzec kolejowy nadleciał niemiecki
samolot i zrzucił kilka bomb na stojące tam wagony - na te stojące na dworcu i na bocznicy. Takiego traktowania porcelana nie zniosła - cały transport diabli wzięli.
Nalot bombowy wzbudził w pewien sposób entuzjazm mego pradziadka - był spełnieniem jego rozważań o tym, jak byłoby dobrze, gdyby ludzie wynalezli maszyny cięższe od powietrza, a jednak unoszące się nad ziemią. Był zachwycony widokiem samolotu, nie mniej oburzony, że siał zniszczenie.
W trzy lata pózniej na świat przyszedł mój ojciec. Niewiele brakowało,by pierwszy dzień jego życia był również i ostatnim. Dziadek przyprowadził do pokoju, gdzie leżała babcia z noworodkiem, swą trzy i pół roczną córę,by zobaczyła jakiego ma wspaniałego braciszka. Mała trzymała w rękach dużego, wypchanego trocinami misia, spojrzała na niemowlę ze złością, wyszeptała- "paskudny" - i cisnęła w dziecko swym dużym, ciężkim misiem, po czym wybiegła z pokoju. I taki kontakt pomiędzy rodzeństwem utrzymał się do końca życia. Nie kochali się, nie rozumieli , choć różnica wieku była tak niewielka.
c.d.n.
uzdolniony manualnie i muzycznie a do tego wielce tolerancyjny i wyrozumiały dla ludzkich słabości. I miał jeszcze jedną cechę - był naprawdę bardzo zakochany w swej żonie, która była osóbka wielce apodyktyczną i raczej zamkniętą w sobie.
Mój dziadek W. nie był lwowiakiem - urodził się pod Poznaniem (dziś jest to już jedna z dzielnic tego miasta), gdy miał 14 lat opuścił rodzinny dom i zamieszkał na stancji w Poznaniu. Po maturze wjechał do Wiednia na studia. Wiedeń był jego miastem ulubionym , które zawsze wspominał, którym się zachwycał. I tak rosłam słuchając z jednej strony, że nie ma piękniejszego miasta niż Lwów, a z drugiej, że nie ma piękniejszego miasta niż...Wiedeń. Uzdolnienia manualne dziadka przejawiały się głównie tym, że wszystko w domu umiał naprawić lub zrobić od nowa. Talent do muzyki - nigdy nie uczył się muzyki, był samoukiem, ale kupił sobie skrzypce i sam nauczył się na nich grać.
A więc mamy już rok 1917. Na świecie jest już moja ciocia, za kilka miesięcy wybuchnie Rewolucja Pażdziernikowa, w mieście głód, a dziadek W., z 2 przyjaciółmi robią "interes życia" - jeden z nich miał
kontakty w którejś z fabryk porcelany- za tzw. "psie pieniądze" panowie zakupili wagon porcelany użytkowej,
zastawy obiadowe i śniadaniowe. Ot, wymyślili sobie, że przecież gdy tylko skończy się wojna będzie popyt
na te artykuły.Wagon z zakupioną porcelaną, która doskonale zniosła podróż (sprawdzili) stał na jednej
z bocznic dworca kolejowego we Lwowie. Panowie już widzieli w wyobrazni jak wszystko "na pniu" sprzedadzą, babcia nawet wybaczyła dziadkowi, że zainwestował pieniądze w tę porcelanę, wszyscy już
czuli, że wojna ma się ku końcowi, gdy nagle i niespodziewanie nad dworzec kolejowy nadleciał niemiecki
samolot i zrzucił kilka bomb na stojące tam wagony - na te stojące na dworcu i na bocznicy. Takiego traktowania porcelana nie zniosła - cały transport diabli wzięli.
Nalot bombowy wzbudził w pewien sposób entuzjazm mego pradziadka - był spełnieniem jego rozważań o tym, jak byłoby dobrze, gdyby ludzie wynalezli maszyny cięższe od powietrza, a jednak unoszące się nad ziemią. Był zachwycony widokiem samolotu, nie mniej oburzony, że siał zniszczenie.
W trzy lata pózniej na świat przyszedł mój ojciec. Niewiele brakowało,by pierwszy dzień jego życia był również i ostatnim. Dziadek przyprowadził do pokoju, gdzie leżała babcia z noworodkiem, swą trzy i pół roczną córę,by zobaczyła jakiego ma wspaniałego braciszka. Mała trzymała w rękach dużego, wypchanego trocinami misia, spojrzała na niemowlę ze złością, wyszeptała- "paskudny" - i cisnęła w dziecko swym dużym, ciężkim misiem, po czym wybiegła z pokoju. I taki kontakt pomiędzy rodzeństwem utrzymał się do końca życia. Nie kochali się, nie rozumieli , choć różnica wieku była tak niewielka.
c.d.n.
Subskrybuj:
Posty (Atom)