Życie składa się z przypadków, a my ciągle po nich stąpamy. Przypadki bywają różne - czasem zabawne, czasem takie sobie. Gdy tych różnych przypadków jest wiele, wszyscy uważają, że taka osoba ma ciekawe życie.
O Pyzie zawsze mówiono, że ma ciekawe życie. Pierwszy, zapamiętany przez Pyzę przypadek to jej
podróż z mamą zatłoczonym tramwajem. Pyza była przerażona, bo tłok był nielichy, Pyza stała na swych
dziecięcych nóżkach wtłoczona pomiędzy nogi dorosłych. W pewnej chwili, usłyszała: "Pyza, szybciutko, wysiadamy". Usiłowała się wydostać spomiędzy tych stłoczonych nóg, ale się nie udało. Tramwaj ruszył, a Pyza się rozdarła przejmująco - maaaama!!! No cóż, mama wysiadła, Pyza została. Wrzeszcząc wniebogłosy dojechała do następnego przystanku, gdzie jakaś obca pani wzięła ją za rękę , pomogła zejść po wysokim stopniu i stanęła z nią na przystanku, usiłując małą uspokoić. Ale Pyza wpadła w rezonans i darła się nadal. Wokół kobiety z wrzeszczącym dzieckiem zebrał się tłumek ciekawskich, a kobieta opowiadała im, co się stało. Po jakimś czasie nadjechał tramwaj, a z niego wysiadła zła jak osa mama Pyzy.
Mama podziękowała kobiecie za interwencję, odeszła z Pyzą kawałek od przystanku i przywaliła jej kilka klapsów, wypowiadając pedagogiczną formułkę - "żebyś pamiętała, że trzeba się mamy trzymać mocno".
Pyza zapamiętała -od tej pory, ilekroć wychodziła z mamą kurczowo trzymała się jej sukienki lub spódnicy, nie chcąc ani na chwilę oderwać rączki. Ale takie chwile nie były częste, mama zostawiała Pyzę najchętniej
w domu, samą. No może nie całkiem samą, bo w towarzystwie zimnego kakao i bułki. Gdy Pyza już podrosła i przestała być Pyzą, nienawidziła kakao i kajzerek z żółtym serem. I okropnie bała się jazdy tramwajem.
c.d.n.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
niedziela, 17 czerwca 2012
środa, 6 czerwca 2012
250. Epilog
W tym ostatnim odcinku powinnam uzupełnić pewne wątki.
Moja matka - tuż przed powstaniem warszawskim straciła swoją matkę, która w wieku 42 lat zmarła na udar krwotoczny. Brat matki jeszcze w 1939 roku wraz z wojskiem polskim wylądował w Anglii, służył w RAFie, był w obsłudze naziemnej, wrócił po wojnie do Polski z żoną Angielką i synkiem. Życie w powojennej, zrujnowanej Warszawie nie posłużyło im, jego żona wróciła z powrotem do Anglii.Ojciec matki wpadł w ręce Niemców podczas łapanki, jeszcze przed 1944r i został wywieziony do niemieckiego obozu, gdzie zapadł na gruzlicę. Zmarł niedługo po powrocie do Polski.
Wojenna miłość moich rodziców była krótka, rozstali się gdy miałam 2 lata. Wychowywałam się u rodziców ojca, z matką miałam kontakt sporadyczny, o jej rodzinie nic nie wiem, choć miałam kontakty z jej bratem.
W maju 2009 roku napisałam opowiadanie "Klara", poświęcone mojej matce, znajdziecie je na tym blogu.
Mój ojciec - wraz z kuzynem trafili do niemieckiego obozu pod Berlinem. Po zdobyciu Berlina i wyzwoleniu obozu mój ojciec wrócił do Warszawy, kuzyn zaś stamtąd wyruszył do Belgii, tam zaopiekowała się nim jakaś pani, pomogła ukończyć studia, potem wyekspediowała go do USA. Umarł w Polsce, gdzie mieszkał ostatnie kilka lat życia. Mój ojciec po wojnie wyprowadził się z Warszawy na stałe.
Siostra mego ojca- też wyprowadziła się z Warszawy , zamieszkała na Wybrzeżu. Jeden z jej synów to mój
ukochany brat cioteczny, a jego żonę kocham jak siostrę.
Bratowa babci - podobno przez cały czas pobytu w Warszawie żyła myślą, jak to poskarży się wreszcie swemu mężowi jakie straszne życie miała w Warszawie. Nie dana jej była ta przyjemność, bo brat babci zmarł jeszcze w czasie wojny w wyniku sepsy po pęknięciu wrzodu żołądka.. I pomyśleć, że był doskonałym chirurgiem, wiedział, że ma wrzód, który należało wcześniej wyciąć, ale nie miał do nikogo zaufania, że dobrze to zrobi. Może nic dziwnego, że miał ten wrzód - wojna, żona Żydówka, a on był tajnym komendantem AK w swoim regionie. Bratowa Babci zmarła niepocieszona w latach pięćdziesiątych, ich dwaj synowie wyemigrowali, jeden osiadł w Kanadzie, drugi w USA.
Kuzynka dziadka i jej synowie - dzięki babcinej pomocy przetrwali jakoś wojnę. Ich ojciec został w Anglii, synowie przez "zieloną granicę" przedostali się do niego, ich matka dołączyła do nich legalnie w latach 50-tych. Chłopcy ukończyli tam studia, starszy wyjechał do Kanady, ściągnął tam już wiekowych rodziców. Był naczelnym architektem Ottawy, zachował polskie nazwisko, nie ukrywał swego polskiego rodowodu. Zmarł kilka lat temu w w wieku 85 lat. Długo nie mogłam rozgryzć stopnia naszego pokrewieństwa i szukając go, poodkrywałyśmy wiele ciekawych rzeczy.
Przez cały czas stanu wojennego przysyłał nam (nie proszony o to) pewexowskie paczki, wyjaśniając, że czuje się zobowiązany, bo im pomagała moja babcia. I o tym, że im pomagała dowiedziałam się właśnie od niego, nie od babci.
Dom, w którym się wychowywałam stoi nadal, ale mnie jakoś tam nie ciągnie . Wreszcie jest odnowiony, rany po kulach wreszcie poznikały. A był to bardzo ładny dom, obłożony płytami z piaskowca.
Dziś już od dawna nie żyją moi dziadkowie, ich rodzeństwo, moi rodzice, brat mojej matki, siostra mego ojca i jej mąż.
Coraz więcej świeczek do zapalania, coraz więcej wspomnień. Chciałabym by pamięć o tych, których
kochałam, przetrwała jak najdłużej, by moja córka przekazała ją swym dzieciom.
Moja matka - tuż przed powstaniem warszawskim straciła swoją matkę, która w wieku 42 lat zmarła na udar krwotoczny. Brat matki jeszcze w 1939 roku wraz z wojskiem polskim wylądował w Anglii, służył w RAFie, był w obsłudze naziemnej, wrócił po wojnie do Polski z żoną Angielką i synkiem. Życie w powojennej, zrujnowanej Warszawie nie posłużyło im, jego żona wróciła z powrotem do Anglii.Ojciec matki wpadł w ręce Niemców podczas łapanki, jeszcze przed 1944r i został wywieziony do niemieckiego obozu, gdzie zapadł na gruzlicę. Zmarł niedługo po powrocie do Polski.
Wojenna miłość moich rodziców była krótka, rozstali się gdy miałam 2 lata. Wychowywałam się u rodziców ojca, z matką miałam kontakt sporadyczny, o jej rodzinie nic nie wiem, choć miałam kontakty z jej bratem.
W maju 2009 roku napisałam opowiadanie "Klara", poświęcone mojej matce, znajdziecie je na tym blogu.
Mój ojciec - wraz z kuzynem trafili do niemieckiego obozu pod Berlinem. Po zdobyciu Berlina i wyzwoleniu obozu mój ojciec wrócił do Warszawy, kuzyn zaś stamtąd wyruszył do Belgii, tam zaopiekowała się nim jakaś pani, pomogła ukończyć studia, potem wyekspediowała go do USA. Umarł w Polsce, gdzie mieszkał ostatnie kilka lat życia. Mój ojciec po wojnie wyprowadził się z Warszawy na stałe.
Siostra mego ojca- też wyprowadziła się z Warszawy , zamieszkała na Wybrzeżu. Jeden z jej synów to mój
ukochany brat cioteczny, a jego żonę kocham jak siostrę.
Bratowa babci - podobno przez cały czas pobytu w Warszawie żyła myślą, jak to poskarży się wreszcie swemu mężowi jakie straszne życie miała w Warszawie. Nie dana jej była ta przyjemność, bo brat babci zmarł jeszcze w czasie wojny w wyniku sepsy po pęknięciu wrzodu żołądka.. I pomyśleć, że był doskonałym chirurgiem, wiedział, że ma wrzód, który należało wcześniej wyciąć, ale nie miał do nikogo zaufania, że dobrze to zrobi. Może nic dziwnego, że miał ten wrzód - wojna, żona Żydówka, a on był tajnym komendantem AK w swoim regionie. Bratowa Babci zmarła niepocieszona w latach pięćdziesiątych, ich dwaj synowie wyemigrowali, jeden osiadł w Kanadzie, drugi w USA.
Kuzynka dziadka i jej synowie - dzięki babcinej pomocy przetrwali jakoś wojnę. Ich ojciec został w Anglii, synowie przez "zieloną granicę" przedostali się do niego, ich matka dołączyła do nich legalnie w latach 50-tych. Chłopcy ukończyli tam studia, starszy wyjechał do Kanady, ściągnął tam już wiekowych rodziców. Był naczelnym architektem Ottawy, zachował polskie nazwisko, nie ukrywał swego polskiego rodowodu. Zmarł kilka lat temu w w wieku 85 lat. Długo nie mogłam rozgryzć stopnia naszego pokrewieństwa i szukając go, poodkrywałyśmy wiele ciekawych rzeczy.
Przez cały czas stanu wojennego przysyłał nam (nie proszony o to) pewexowskie paczki, wyjaśniając, że czuje się zobowiązany, bo im pomagała moja babcia. I o tym, że im pomagała dowiedziałam się właśnie od niego, nie od babci.
Dom, w którym się wychowywałam stoi nadal, ale mnie jakoś tam nie ciągnie . Wreszcie jest odnowiony, rany po kulach wreszcie poznikały. A był to bardzo ładny dom, obłożony płytami z piaskowca.
Dziś już od dawna nie żyją moi dziadkowie, ich rodzeństwo, moi rodzice, brat mojej matki, siostra mego ojca i jej mąż.
Coraz więcej świeczek do zapalania, coraz więcej wspomnień. Chciałabym by pamięć o tych, których
kochałam, przetrwała jak najdłużej, by moja córka przekazała ją swym dzieciom.
wtorek, 5 czerwca 2012
249.Zmierzamy ku końcowi opowieści
Moi bliscy trwali w czasie powstania warszawskiego w swego rodzaju zawieszeniu - Niemcy właściwie ich nie więzili, ale odradzali wychodzenie z domu - zresztą w krótkim czasie to już nie było po co wychodzić -
okoliczne domy zostały wysiedlone, część domów legła w gruzach, inne straszyły wypalonymi wnętrzami.
Wszyscy mieszkańcy byli wykończeni - niektórzy już nie mieli co jeść, więc wszyscy pomagali sobie wzajemnie.
Powstanie upadło (jak 99,9% innych powstań polskich), o czym mieszkańcy dowiedzieli się od Niemców. W dwa dni pózniej Niemcy wezwali mego dziadka i zakomunikowali mu, że w ciągu pół godziny wszyscy lokatorzy mają się stawić przed budynkiem, wolno zabrać 1 walizkę lub plecak rzeczy osobistych. Na pytanie "a co dalej będzie z nami" dziadek otrzymał odpowiedz : pojedziecie do Niemiec.
Po godzinie spod kamienicy ruszył ponury pochód mieszkańców. Jedna z lokatorek była z niemowlęciem, dla którego nie miała wózka i musiała je nieść, więc jej mąż niósł 2 walizki. Jeden z konwojentów z wrzaskiem wyrwał mu jedną, bo przecież wolno było mieć tylko jedną walizkę. Dopiero interwencja dziadka u dowodzącego konwojem oficera poskutkowała i pozwoli wziąć im tę odrzuconą walizkę.
Poprowadzono wszystkich na Okęcie. Po drodze mieli przekroczyć punkt kontroli obsadzony przez
Własowców. Okrucieństwo Niemców było podobno niczym w porównaniu z tym, co wyprawiali Własowcy.
I wtedy dziadek poprosił wręcz dowodzącego oficera, by on przeprowadził ich przez ten posterunek, by nie musieli przekraczać go sami. Ów Niemiec zgodził się, polecił, by wszyscy stanęli blisko siebie i szli zwartą grupą i przeprowadził ich poza ten posterunek.
Na Okęciu nastąpiła selekcja- od grupy zostali odłączeni wszyscy młodzi ludzie, między innymi mój ojciec i siostrzeniec babci. Grupa rozstała się niemal z żalem ze swoim niemieckim "opiekunem", a on pocieszył dziadka, że ci oddzieleni młodzi udzie jadą do Niemiec, a nie do któregoś z obozów.
Pociecha była dość iluzoryczna, bo przecież i tam były obozy. Reszta grupy miała być przewieziona do Pruszkowa i stamtąd też wysłana do Niemiec.
Bałagan na tym Okęciu był niesamowity, bo cała lewobrzeżna Warszawa była w tym samym czasie wysiedlana. Dziadek szukając nieco luzniejszego miejsca dotarł wraz z babcią i bratową babci na koniec peronu i odkrył, że nikt tu aktualnie nie pilnuje ich, więc jakoś zeskoczyli z tego wysokiego peronu i wolnym krokiem, choć bardzo mieli ochotę biec, oddalili się od stacji.
Unikając głównej drogi, po wielu godzinach wyczerpującego marszu dotarli do podwarszawskiej miejscowości - Milanówek.
Tutaj udało im się zamieszkać u miejscowego piekarza. Oczywiście nie ma obaw, nie za darmo - piekarz nie tylko zażyczył sobie całkiem niezłej sumy za wynajęcie pokoju ale i zażądał by podjęli pracę w piekarni. Wynagrodzeniem było pieczywo. Bratowa babci zgłosiła się do tamtejszego proboszcza, który ją umieścił u jakichś sióstr zakonnych. Wszyscy troje przemieszkali tam do zakończenia wojny.
W dwa miesiące po "wyzwoleniu", czyli po tym jak Rosjanie zajęli ruiny miasta, dziadek wybrał się sam do Warszawy. Okazało się, że kamienica, w której mieszkali przed wysiedleniem nadal stoi. Wprawdzie okna w całym budynku były zamurowane do 3/4 swej wysokości, a budynek miał wiele śladów po pociskach, ale dom stał. Nie został również wypalony w środku. Wprawdzie na każdym piętrze wszystkie mieszkania miały powybijane ściany tak, by można swobodnie przechodzić od jednego mieszkania do drugiego, ale ściany nośne nie zostały uszkodzone.
Oczywiście wszystkie mieszkania zostały ogołocone z tego, co się komu mogło przydać. Nawet nasz fortepian się komuś przydał i nikomu nie przeszkadzało, że był w mieszkaniu na trzecim piętrze, w budynku bez windy. Najsmutniejsze, że to nie okradali mieszkań Niemcy czy Rosjanie- ci pierwsi uciekali, ci drudzy z cała zawziętością ich gonili i wierchuszka nie pozwalała wtedy na branie łupów. A więc kradli nasi rodacy.
Dziadek sam zabrał się za odbudowywanie naszego mieszkania, co oczywiście okupił własnym zdrowiem.
W kwietniu do Warszawy przyjechała też babcia.
To co napisałam nie jest dokładną kroniką rodzinną - to zaledwie drobny fragment z życia tych, którzy już odeszli.
c.d.n.
okoliczne domy zostały wysiedlone, część domów legła w gruzach, inne straszyły wypalonymi wnętrzami.
Wszyscy mieszkańcy byli wykończeni - niektórzy już nie mieli co jeść, więc wszyscy pomagali sobie wzajemnie.
Powstanie upadło (jak 99,9% innych powstań polskich), o czym mieszkańcy dowiedzieli się od Niemców. W dwa dni pózniej Niemcy wezwali mego dziadka i zakomunikowali mu, że w ciągu pół godziny wszyscy lokatorzy mają się stawić przed budynkiem, wolno zabrać 1 walizkę lub plecak rzeczy osobistych. Na pytanie "a co dalej będzie z nami" dziadek otrzymał odpowiedz : pojedziecie do Niemiec.
Po godzinie spod kamienicy ruszył ponury pochód mieszkańców. Jedna z lokatorek była z niemowlęciem, dla którego nie miała wózka i musiała je nieść, więc jej mąż niósł 2 walizki. Jeden z konwojentów z wrzaskiem wyrwał mu jedną, bo przecież wolno było mieć tylko jedną walizkę. Dopiero interwencja dziadka u dowodzącego konwojem oficera poskutkowała i pozwoli wziąć im tę odrzuconą walizkę.
Poprowadzono wszystkich na Okęcie. Po drodze mieli przekroczyć punkt kontroli obsadzony przez
Własowców. Okrucieństwo Niemców było podobno niczym w porównaniu z tym, co wyprawiali Własowcy.
I wtedy dziadek poprosił wręcz dowodzącego oficera, by on przeprowadził ich przez ten posterunek, by nie musieli przekraczać go sami. Ów Niemiec zgodził się, polecił, by wszyscy stanęli blisko siebie i szli zwartą grupą i przeprowadził ich poza ten posterunek.
Na Okęciu nastąpiła selekcja- od grupy zostali odłączeni wszyscy młodzi ludzie, między innymi mój ojciec i siostrzeniec babci. Grupa rozstała się niemal z żalem ze swoim niemieckim "opiekunem", a on pocieszył dziadka, że ci oddzieleni młodzi udzie jadą do Niemiec, a nie do któregoś z obozów.
Pociecha była dość iluzoryczna, bo przecież i tam były obozy. Reszta grupy miała być przewieziona do Pruszkowa i stamtąd też wysłana do Niemiec.
Bałagan na tym Okęciu był niesamowity, bo cała lewobrzeżna Warszawa była w tym samym czasie wysiedlana. Dziadek szukając nieco luzniejszego miejsca dotarł wraz z babcią i bratową babci na koniec peronu i odkrył, że nikt tu aktualnie nie pilnuje ich, więc jakoś zeskoczyli z tego wysokiego peronu i wolnym krokiem, choć bardzo mieli ochotę biec, oddalili się od stacji.
Unikając głównej drogi, po wielu godzinach wyczerpującego marszu dotarli do podwarszawskiej miejscowości - Milanówek.
Tutaj udało im się zamieszkać u miejscowego piekarza. Oczywiście nie ma obaw, nie za darmo - piekarz nie tylko zażyczył sobie całkiem niezłej sumy za wynajęcie pokoju ale i zażądał by podjęli pracę w piekarni. Wynagrodzeniem było pieczywo. Bratowa babci zgłosiła się do tamtejszego proboszcza, który ją umieścił u jakichś sióstr zakonnych. Wszyscy troje przemieszkali tam do zakończenia wojny.
W dwa miesiące po "wyzwoleniu", czyli po tym jak Rosjanie zajęli ruiny miasta, dziadek wybrał się sam do Warszawy. Okazało się, że kamienica, w której mieszkali przed wysiedleniem nadal stoi. Wprawdzie okna w całym budynku były zamurowane do 3/4 swej wysokości, a budynek miał wiele śladów po pociskach, ale dom stał. Nie został również wypalony w środku. Wprawdzie na każdym piętrze wszystkie mieszkania miały powybijane ściany tak, by można swobodnie przechodzić od jednego mieszkania do drugiego, ale ściany nośne nie zostały uszkodzone.
Oczywiście wszystkie mieszkania zostały ogołocone z tego, co się komu mogło przydać. Nawet nasz fortepian się komuś przydał i nikomu nie przeszkadzało, że był w mieszkaniu na trzecim piętrze, w budynku bez windy. Najsmutniejsze, że to nie okradali mieszkań Niemcy czy Rosjanie- ci pierwsi uciekali, ci drudzy z cała zawziętością ich gonili i wierchuszka nie pozwalała wtedy na branie łupów. A więc kradli nasi rodacy.
Dziadek sam zabrał się za odbudowywanie naszego mieszkania, co oczywiście okupił własnym zdrowiem.
W kwietniu do Warszawy przyjechała też babcia.
To co napisałam nie jest dokładną kroniką rodzinną - to zaledwie drobny fragment z życia tych, którzy już odeszli.
c.d.n.
sobota, 2 czerwca 2012
248. Zaczęło być gorzej
Młodzi, pomimo perswazji postawili na swoim, wzięli ślub i zamieszkali u rodziców mojej matki, po praskiej
stronie Warszawy. Oczywiście niemal codziennie bywali na Mokotowie, u babci, najczęściej w porze obiadowej, jak ze złością w głosie zauważyła babcia.
Ale najbardziej bała się, że podczas tych przejazdów mogą się zaplątać w łapankę. Nie wiem jak było w innych miastach, ale w Warszawie Niemcy wciąż organizowali łapanki, a ci, co mieli nieszczęście wpaść w ręce Niemców byli wpierw sprawdzani na gestapo, a potem albo wysyłani do obozu zagłady albo na roboty do Niemiec. Przecież musiał ktoś pracować za tych, którzy aktualnie podbijali Europę i walczyli w Rosji.
Pewnego dnia przyszli do babci oboje roztrzęsieni, zdenerwowani, a moja matka płakała i lekko kulała.Okazało się, że tramwaj, którym jechali został ostrzelany (prawdopodobnie przez AK) i kilka osób zostało rannych. Oni uniknęli kul, bo jechali na tylnym pomoście drugiego wagonu - ojciec był palaczem a palaczom wolno było palić tylko na tylnym pomoście drugiego wagonu. Gdy tylko tramwaj przyhamował ojciec wyciągnął matkę z wagonu i zaczęli szybko oddalać się od miejsca zdarzenia. Babcia okropnie się zdenerwowała i zabroniła im przyjeżdżać.
Po dwóch lub 3 tygodniach mój ojciec wybrał się jednak na Mokotów i w trakcie przesiadki zaplątał się w łapankę. Na szczęście telefony działały i ojciec dał przez kogoś znać, że go "zgarnęli". Nie wiele myśląc dziadek ruszył na pomoc, a że był w pracy, to o wszystkim poinformował swego szefa, Niemca. Dyrektor firmy uruchomił jakieś swoje kanały i gdy dziadek przyszedł dowiedzieć się o swego syna, został całkiem kulturalnie potraktowany, około godziny rozmawiał z jakimś oficerem, w końcu przyprowadzono mego ojca, a Niemiec był zachwycony, że dziadek tak świetnie włada niemieckim i że jest urodzony w okolicy Poznania, więc są niemal ziomkami. I nie mógł się nadziwić, że dziadek nie podpisał jeszcze volks listy.
Gdyby to wszystko zdarzyło się pół roku pózniej to nie wiadomo jaki byłby koniec tej historii, bo dyrektor firmy, w której pracował dziadek zamknął firmę i postanowił wyjechać do Niemiec. Dziadek podejrzewał, że on chyba wybrał się nieco dalej niż do Niemiec.
W Warszawie coraz trudniej było żyć, pomału pogarszała się sytuacja mieszkańców a i Niemcom też zaczęło się wyrażnie pogarszać.
Nadszedł sierpień 1944 roku - wybuchło powstanie warszawskie. Mieszkańcy "naszej" kamienicy wcale nie wychodzili z domu - na Mokotowie trwały ostre walki i Niemcy nie wypuszczali nikogo, można było co najwyżej wyjść na podwórko, by śmiecie wyrzucić. W budynku każde mieszkanie miało własny zsyp, ale służby miejskie już od dość dawna nie działały.
Nikt nie wiedział co się dzieje, mój ociec utknął na Mokotowie, matka była na prawym brzegu Wisły, a do tego rozpoczęły się naloty. Pewnego dnia , około 100m od naszej kamienicy przesnuli się młodzi ludzie z powstańczymi opaskami, którzy chyba chcieli zlikwidować ten sztab niemiecki. Ich było ze trzech i szybko zostali odkryci przez Niemców, którzy ich ostrzelali.Pewnie ich zabili, bo nikt już potem nie chodził ulicami w pobliżu.
I wtedy Niemcy postanowili "oczyścić " z mieszkańców sąsiednie kamienice. Zaczęli wyrzucać mieszkańców z domów, a budynki wypalali w środku systematycznie miotaczami ognia. W pewnym momencie kamienica stała wśród morza płomieni, bo dookoła paliły się wnętrza budynków.
Z okresu całej okupacji niemieckiej dla wielu mieszkańców Warszawy najgorszy był okres powstania warszawskiego. Naloty były wcale nie mniejsze niż w 1939 roku a zginęło więcej ludzi, miasto zostało bardzo zniszczone, niektóre fragmenty miasta przestały istnieć.
c.d.n.
stronie Warszawy. Oczywiście niemal codziennie bywali na Mokotowie, u babci, najczęściej w porze obiadowej, jak ze złością w głosie zauważyła babcia.
Ale najbardziej bała się, że podczas tych przejazdów mogą się zaplątać w łapankę. Nie wiem jak było w innych miastach, ale w Warszawie Niemcy wciąż organizowali łapanki, a ci, co mieli nieszczęście wpaść w ręce Niemców byli wpierw sprawdzani na gestapo, a potem albo wysyłani do obozu zagłady albo na roboty do Niemiec. Przecież musiał ktoś pracować za tych, którzy aktualnie podbijali Europę i walczyli w Rosji.
Pewnego dnia przyszli do babci oboje roztrzęsieni, zdenerwowani, a moja matka płakała i lekko kulała.Okazało się, że tramwaj, którym jechali został ostrzelany (prawdopodobnie przez AK) i kilka osób zostało rannych. Oni uniknęli kul, bo jechali na tylnym pomoście drugiego wagonu - ojciec był palaczem a palaczom wolno było palić tylko na tylnym pomoście drugiego wagonu. Gdy tylko tramwaj przyhamował ojciec wyciągnął matkę z wagonu i zaczęli szybko oddalać się od miejsca zdarzenia. Babcia okropnie się zdenerwowała i zabroniła im przyjeżdżać.
Po dwóch lub 3 tygodniach mój ojciec wybrał się jednak na Mokotów i w trakcie przesiadki zaplątał się w łapankę. Na szczęście telefony działały i ojciec dał przez kogoś znać, że go "zgarnęli". Nie wiele myśląc dziadek ruszył na pomoc, a że był w pracy, to o wszystkim poinformował swego szefa, Niemca. Dyrektor firmy uruchomił jakieś swoje kanały i gdy dziadek przyszedł dowiedzieć się o swego syna, został całkiem kulturalnie potraktowany, około godziny rozmawiał z jakimś oficerem, w końcu przyprowadzono mego ojca, a Niemiec był zachwycony, że dziadek tak świetnie włada niemieckim i że jest urodzony w okolicy Poznania, więc są niemal ziomkami. I nie mógł się nadziwić, że dziadek nie podpisał jeszcze volks listy.
Gdyby to wszystko zdarzyło się pół roku pózniej to nie wiadomo jaki byłby koniec tej historii, bo dyrektor firmy, w której pracował dziadek zamknął firmę i postanowił wyjechać do Niemiec. Dziadek podejrzewał, że on chyba wybrał się nieco dalej niż do Niemiec.
W Warszawie coraz trudniej było żyć, pomału pogarszała się sytuacja mieszkańców a i Niemcom też zaczęło się wyrażnie pogarszać.
Nadszedł sierpień 1944 roku - wybuchło powstanie warszawskie. Mieszkańcy "naszej" kamienicy wcale nie wychodzili z domu - na Mokotowie trwały ostre walki i Niemcy nie wypuszczali nikogo, można było co najwyżej wyjść na podwórko, by śmiecie wyrzucić. W budynku każde mieszkanie miało własny zsyp, ale służby miejskie już od dość dawna nie działały.
Nikt nie wiedział co się dzieje, mój ociec utknął na Mokotowie, matka była na prawym brzegu Wisły, a do tego rozpoczęły się naloty. Pewnego dnia , około 100m od naszej kamienicy przesnuli się młodzi ludzie z powstańczymi opaskami, którzy chyba chcieli zlikwidować ten sztab niemiecki. Ich było ze trzech i szybko zostali odkryci przez Niemców, którzy ich ostrzelali.Pewnie ich zabili, bo nikt już potem nie chodził ulicami w pobliżu.
I wtedy Niemcy postanowili "oczyścić " z mieszkańców sąsiednie kamienice. Zaczęli wyrzucać mieszkańców z domów, a budynki wypalali w środku systematycznie miotaczami ognia. W pewnym momencie kamienica stała wśród morza płomieni, bo dookoła paliły się wnętrza budynków.
Z okresu całej okupacji niemieckiej dla wielu mieszkańców Warszawy najgorszy był okres powstania warszawskiego. Naloty były wcale nie mniejsze niż w 1939 roku a zginęło więcej ludzi, miasto zostało bardzo zniszczone, niektóre fragmenty miasta przestały istnieć.
c.d.n.
piątek, 1 czerwca 2012
247. A dalej...
...było mało zabawnie. Oczywiście młodzi uparli się na ślub, argumentując, że w takich czasach tylko miłość ma
znaczenie. Nie ważne było, że nawet w drodze do lub z kościoła można było wylądować na gestapo, nieważne, że nie było sukien ślubnych, że rodzina nie mogła przyjechać na tę uroczystość, że wesela też nie
można było urządzić , że nie mieli szansy na własne mieszkanie, że oboje nie zarabiali, że moja matka dopiero
co ukończyła gimnazjum, że nie miała żadnego zawodu, że ojciec właśnie skończył liceum i rozpoczął studia i też był bez zawodu. Dla nich to wszystko nie miało znaczenia. Byli głusi na wszystkie argumenty, bo, jak mówiła babcia, ":twój ojciec był za porządny". Zawsze mnie to śmieszyło, to jej oburzenie. Z babci często wychodziła po prostu "dulszczyzna". Ciekawe czy byłaby tego samego zdania gdyby szło o jej córkę, a nie syna.
I pewnego pięknego dnia rodzice moi pobrali się w Bazylice na ul.Kawęczyńskiej. Cechą charakterystyczną tej budowli była niesamowita ilość schodów wiodąca do wejścia. Gdy odbierałam tam kiedyś odpis świadectwa swego chrztu, wędrując nimi pomyślałam, że można było się jeszcze zastanowić idąc nimi pod górę. Ale "moim" nic nie wpadło do głowy po drodze.
Tym sposobem babcina rodzina powiększyła się - oprócz bratowej i "przyszywanego" siostrzeńca do wykarmienia doszła moja matka. Od początku okupacji dziadkowie pomagali również kuzynce dziadka, której mąż, zawodowy oficer, pozostawił żonę i dwóch synów. Zostali praktycznie bez środków do życia, nie mając żadnych zapasów żywności, wyprzedając z domu co tylko się dało. Nie wiem jak dziadek dawał radę utrzymywać tę całą czeredę.
Na początku 1942 roku parter budynku, w którym mieszkali dziadkowie, zajęli Niemcy i rozlokowali tu
swój sztab. Wyobrażacie sobie tę sytuację? Na trzecim piętrze dziadkowie ukrywający Żydówkę, a na
parterze Niemcy. A do tego wszystkiego Niemcy, którzy wiedzieli, że dziadek perfekt zna niemiecki, co chwilę dziadka wzywali do siebie, by przekazywał mieszkańcom kamienicy różne zarządzenia. A czasami robili to w celach czysto towarzyskich, bo brakowało czwartego do brydża.
Jak wiecie w 1943 roku wybuchło powstanie w gettcie warszawskim. Trwało niecały miesiąc -rozpoczęło się chyba 19 kwietnia, 16 maja getto padło. Gdy paliło się getto, wiatr przywiewał na Mokotów zwęglone kawałki papieru i woń spalenizny. Myślę, że było oddalone od tego budynku o około 7 lub 8 kilometrów w linii
prostej.
I gdy getto już dopalało się, Niemcy stacjonujący w tym budynku, wydali dla mieszkańców przyjęcie. Chcieli by mieszkańcy razem z nimi czcili zwycięstwo nad powstańcami. Zwołano wszystkich do holu- a hol był w tym budynku bardzo duży, przestronny i ładny, bo ściany były marmurowe, rozstawiono stoły pozabierane mieszkańcom I piętra, na stołach znalazły się naprawdę wymyślne jak na tamten czas smakołyki. A dla umilenia chwili puszczano płyty z ariami z "Wesołej wdówki". Oczywiście dziadek musiał służyć za tłumacza.
Bratowa babci nie brała udziału w tym spędzie, ponieważ od chwili wejścia do mieszkania nie opuszczała go ani na krok.
c.d.n
znaczenie. Nie ważne było, że nawet w drodze do lub z kościoła można było wylądować na gestapo, nieważne, że nie było sukien ślubnych, że rodzina nie mogła przyjechać na tę uroczystość, że wesela też nie
można było urządzić , że nie mieli szansy na własne mieszkanie, że oboje nie zarabiali, że moja matka dopiero
co ukończyła gimnazjum, że nie miała żadnego zawodu, że ojciec właśnie skończył liceum i rozpoczął studia i też był bez zawodu. Dla nich to wszystko nie miało znaczenia. Byli głusi na wszystkie argumenty, bo, jak mówiła babcia, ":twój ojciec był za porządny". Zawsze mnie to śmieszyło, to jej oburzenie. Z babci często wychodziła po prostu "dulszczyzna". Ciekawe czy byłaby tego samego zdania gdyby szło o jej córkę, a nie syna.
I pewnego pięknego dnia rodzice moi pobrali się w Bazylice na ul.Kawęczyńskiej. Cechą charakterystyczną tej budowli była niesamowita ilość schodów wiodąca do wejścia. Gdy odbierałam tam kiedyś odpis świadectwa swego chrztu, wędrując nimi pomyślałam, że można było się jeszcze zastanowić idąc nimi pod górę. Ale "moim" nic nie wpadło do głowy po drodze.
Tym sposobem babcina rodzina powiększyła się - oprócz bratowej i "przyszywanego" siostrzeńca do wykarmienia doszła moja matka. Od początku okupacji dziadkowie pomagali również kuzynce dziadka, której mąż, zawodowy oficer, pozostawił żonę i dwóch synów. Zostali praktycznie bez środków do życia, nie mając żadnych zapasów żywności, wyprzedając z domu co tylko się dało. Nie wiem jak dziadek dawał radę utrzymywać tę całą czeredę.
Na początku 1942 roku parter budynku, w którym mieszkali dziadkowie, zajęli Niemcy i rozlokowali tu
swój sztab. Wyobrażacie sobie tę sytuację? Na trzecim piętrze dziadkowie ukrywający Żydówkę, a na
parterze Niemcy. A do tego wszystkiego Niemcy, którzy wiedzieli, że dziadek perfekt zna niemiecki, co chwilę dziadka wzywali do siebie, by przekazywał mieszkańcom kamienicy różne zarządzenia. A czasami robili to w celach czysto towarzyskich, bo brakowało czwartego do brydża.
Jak wiecie w 1943 roku wybuchło powstanie w gettcie warszawskim. Trwało niecały miesiąc -rozpoczęło się chyba 19 kwietnia, 16 maja getto padło. Gdy paliło się getto, wiatr przywiewał na Mokotów zwęglone kawałki papieru i woń spalenizny. Myślę, że było oddalone od tego budynku o około 7 lub 8 kilometrów w linii
prostej.
I gdy getto już dopalało się, Niemcy stacjonujący w tym budynku, wydali dla mieszkańców przyjęcie. Chcieli by mieszkańcy razem z nimi czcili zwycięstwo nad powstańcami. Zwołano wszystkich do holu- a hol był w tym budynku bardzo duży, przestronny i ładny, bo ściany były marmurowe, rozstawiono stoły pozabierane mieszkańcom I piętra, na stołach znalazły się naprawdę wymyślne jak na tamten czas smakołyki. A dla umilenia chwili puszczano płyty z ariami z "Wesołej wdówki". Oczywiście dziadek musiał służyć za tłumacza.
Bratowa babci nie brała udziału w tym spędzie, ponieważ od chwili wejścia do mieszkania nie opuszczała go ani na krok.
c.d.n
wtorek, 29 maja 2012
246. Następne lata...
...aż do sierpnia 1939 mijały dość spokojnie. Małżeństwo Dziadków jakoś wróciło na normalne tory, dzieci podrosły, ciocia została studentką architektury, mój ojciec zdał na politechnikę. Jak wiecie, dziadkowie mieli już za sobą doświadczenia z pierwszej wojny światowej i podjęli starania by na wszelki wypadek być jednak przygotowanymi do ewentualnej wojny Zgromadzili nieco żywności, która mogła dłużej poleżeć, zapas węgla i pomału wycofali z banku pieniądze. Pomimo wszelkich "znaków na ziemi i niebie" nie mogli uwierzyć, że wojna jest tuż, tuż, że po tamtej, tak wyniszczającej wojnie ludzie niczego się nie nauczyli.
Gdy rozpoczęły się naloty na Warszawę,moja ciocia spakowała walizkę i.....wyjechała do Lwowa, bo przy każdym nalocie dostawała wręcz ataku histerii.
Zostawiła rodziców, brata i narzeczonego i pojechała szukać spokoju. Długo tego spokoju nie miała, nie przewidziała, że Lwów wkrótce nie będzie należał do Polski. Na szczęście udało się jej i reszcie rodziny stamtąd uciec przed przesiedleniem w głąb Rosji.
Gdy Warszawa skapitulowała i Niemcy wkroczyli do Warszawy, w krótkim czasie wyznaczyli dla siebie
dzielnicę niemiecką i ten kwartał ulic, gdzie stał dom, w którym mieszkali dziadkowie, został do niej zaliczony a lokatorzy musieli w krótkim czasie opuścić budynki.
Po szybkich poszukiwaniach znalezli mieszkanie na Mokotowie, ale i tam długo nie pomieszkali, bo Niemcom "rozszerzyła się" dzielnica, więc znów musieli szukać następnego mieszkania. Pozostali jednak na Mokotowie, znalezli kamienicę, która właśnie była świeżo wybudowana i było w niej jeszcze kilka wolnych mieszkań. Wprawdzie właściciel już wyjechał z Polski , ale formalności wynajmu załatwili u jego pełnomocnika.
Z czasem okazało się, że był to szczęśliwy wybór, bo budynek, jako jeden z nielicznych, przetrwał.
Zaczęło się dziwne życie pod okupacją niemiecką. Ponieważ firma , w której dziadek pracował była własnością Niemca, dziadek nadal miał pracę. Oczywiście studia mego taty przestały istnieć, więc nadmiar
wolnego czasu spędzał z przyjaciółmi.
Nigdy nie mogłam pojąć jak można było wtedy prowadzić niemal normalne życie - to właśnie wtedy mój ojciec poznał moją matkę, zakochał się i postanowili się koniecznie pobrać. Były to czasy gdy jeszcze
można było kąpać się w Wiśle i plażować nad brzegiem stołecznej rzeki.
Dziadkowie byli bardzo przeciwni temu związkowi, bo mama moja miała zaledwie 16 lat , trwała wojna, której końca jakoś nie było widać, na mieście były wciąż łapanki. Poza tym ukochany brat babci poprosił ją o niesamowicie niebezpieczną przysługę -żona jego była Żydówką . Dla niego jej narodowość zupełnie nie miała znaczenia - była piękną, bardzo dobrze wykształconą lekarką, przeszła na katolicyzm jeszcze w dzieciństwie, kochali się bardzo, wzięli ślub i mieli dwoje dzieci. W miejscowości, w której wówczas mieszkali ( brat babci był dyrektorem szpitala), Niemcy zaczęli organizować getto. Jeden z pacjentów, Niemiec, uprzedził wujka, że jego żona jest na liście osób, które będą przesiedlone do getta, więc niech lepiej ją gdzieś wyekspediuje. I wujek wysłał ją do Warszawy, do swej siostry. W tym samym czasie siostra babci przysłała do niej swojego pasierba, bo była w bardzo ciężkiej sytuacji życiowej - świeżo owdowiała i miała na głowie swego malutkiego synka, a była bez pracy i mieszkała kątem u swojej przyjaciółki.
Nic dziwnego, że dziadkowie nie pałali żądzą posiadania dodatkowo nieletniej synowej. Wiadomo było, że młodzi będę musieli być na utrzymaniu swych rodziców. Ale żadne rozsądne argumenty nie trafiały do głowy mego zakochanego taty.
c.d.n....
Gdy rozpoczęły się naloty na Warszawę,moja ciocia spakowała walizkę i.....wyjechała do Lwowa, bo przy każdym nalocie dostawała wręcz ataku histerii.
Zostawiła rodziców, brata i narzeczonego i pojechała szukać spokoju. Długo tego spokoju nie miała, nie przewidziała, że Lwów wkrótce nie będzie należał do Polski. Na szczęście udało się jej i reszcie rodziny stamtąd uciec przed przesiedleniem w głąb Rosji.
Gdy Warszawa skapitulowała i Niemcy wkroczyli do Warszawy, w krótkim czasie wyznaczyli dla siebie
dzielnicę niemiecką i ten kwartał ulic, gdzie stał dom, w którym mieszkali dziadkowie, został do niej zaliczony a lokatorzy musieli w krótkim czasie opuścić budynki.
Po szybkich poszukiwaniach znalezli mieszkanie na Mokotowie, ale i tam długo nie pomieszkali, bo Niemcom "rozszerzyła się" dzielnica, więc znów musieli szukać następnego mieszkania. Pozostali jednak na Mokotowie, znalezli kamienicę, która właśnie była świeżo wybudowana i było w niej jeszcze kilka wolnych mieszkań. Wprawdzie właściciel już wyjechał z Polski , ale formalności wynajmu załatwili u jego pełnomocnika.
Z czasem okazało się, że był to szczęśliwy wybór, bo budynek, jako jeden z nielicznych, przetrwał.
Zaczęło się dziwne życie pod okupacją niemiecką. Ponieważ firma , w której dziadek pracował była własnością Niemca, dziadek nadal miał pracę. Oczywiście studia mego taty przestały istnieć, więc nadmiar
wolnego czasu spędzał z przyjaciółmi.
Nigdy nie mogłam pojąć jak można było wtedy prowadzić niemal normalne życie - to właśnie wtedy mój ojciec poznał moją matkę, zakochał się i postanowili się koniecznie pobrać. Były to czasy gdy jeszcze
można było kąpać się w Wiśle i plażować nad brzegiem stołecznej rzeki.
Dziadkowie byli bardzo przeciwni temu związkowi, bo mama moja miała zaledwie 16 lat , trwała wojna, której końca jakoś nie było widać, na mieście były wciąż łapanki. Poza tym ukochany brat babci poprosił ją o niesamowicie niebezpieczną przysługę -żona jego była Żydówką . Dla niego jej narodowość zupełnie nie miała znaczenia - była piękną, bardzo dobrze wykształconą lekarką, przeszła na katolicyzm jeszcze w dzieciństwie, kochali się bardzo, wzięli ślub i mieli dwoje dzieci. W miejscowości, w której wówczas mieszkali ( brat babci był dyrektorem szpitala), Niemcy zaczęli organizować getto. Jeden z pacjentów, Niemiec, uprzedził wujka, że jego żona jest na liście osób, które będą przesiedlone do getta, więc niech lepiej ją gdzieś wyekspediuje. I wujek wysłał ją do Warszawy, do swej siostry. W tym samym czasie siostra babci przysłała do niej swojego pasierba, bo była w bardzo ciężkiej sytuacji życiowej - świeżo owdowiała i miała na głowie swego malutkiego synka, a była bez pracy i mieszkała kątem u swojej przyjaciółki.
Nic dziwnego, że dziadkowie nie pałali żądzą posiadania dodatkowo nieletniej synowej. Wiadomo było, że młodzi będę musieli być na utrzymaniu swych rodziców. Ale żadne rozsądne argumenty nie trafiały do głowy mego zakochanego taty.
c.d.n....
piątek, 25 maja 2012
245. A potem....
...potem wcale nie było lepiej. Babcia za nic w świecie nie chciała brać udziału w życiu szkoły- ani syna, ani córki. Ówczesne szkoły też korzystały z pomocy rodziców, gdy młodzież szła do teatru lub jechała na
wycieczkę. I do teatru chodził Dziadek, a wszystkie koleżanki cioci kłóciły się o to, która z nich będzie koło niego siedziała. Bardzo im się mój Dziadek podobał, poza tym zwracał się do nich per "panno XY", co bardzo się gimnazjalistkom podobało.
Gdy Babcia opowiadała mi o życiu pozaszkolnym swych dzieci, to prawdę mówiąc bardzo im zazdrościłam.
Oboje posiadali najnowszy wówczas sprzęt sportowy, zimą jezdzili na obozy narciarskie, latem na 2 miesiące razem z Babcią nad Bałtyk, najczęściej do Jastarni, czasami do Juraty.
A Babcia pomału popadała w depresję. Była w tak kiepskim stanie, że nawet nie chciała pojechać do Lwowa na pogrzeb własnej matki, mówiąc, że nie jest w stanie patrzeć na Lwów, wiedząc, że za chwilę będzie musiała go opuścić. Przestała chodzić z Dziadkiem na wszelkie spotkania towarzyskie (których było sporo), nie była w stanie zorganizować również nic we własnym domu. Odmawiała pójścia do teatru i opery, choć była miłośniczką muzyki.
Snuła się po domu sprawdzając czy kolejna służąca dobrze sprzątnęła mieszkanie, ścierała niewidoczny kurz
zaraz po tym, gdy był już wytarty przez służącą, doprowadzając tym dziewczyny do białej gorączki. Podejrzewam, że była w Warszawie osobą najczęściej zmieniającą pomoce domowe.
Zaczęła się pomału zmieniać w "kobietę w szlafroku" - całymi dniami snuła się nieubrana i nieuczesana, nie wychodziła z domu ani na zakupy ani nawet z ulubionym psem.
W pewnym momencie małżeństwo stanęło na krawędzi - naprawdę niewiele brakowało, by wszystko się rozpadło.
Pewnego dnia, ciocia wracając do domu zobaczyła na mieście własnego ojca z obcą kobietą, która trzymając
go pod rękę cały czas do niego ćwierkała, śmiała się i co chwilę przytulała twarz do jego ramienia.
Jak burza ciocia wpadła do domu, zmusiła babcię do ubrania się, wyciągnęła ją z domu do fryzjera i kosmetyczki, a potem na spacer po mieście. Oszołomiona babcia nawet nie protestowała, ale chyba taka kuracja wstrząsowa była jej potrzebna. Gdy wróciły do domu, ciocia dość brutalnie wytłumaczyła babci, że jeśli w dalszym ciągu będzie taką zaniedbaną "kobietą w szlafroku" to jej małżeństwo się skończy. Bo jakby na to nie patrzeć, dziadek jest przystojnym panem i z całą pewnością jakieś zaradne kobiety zakręcą się koło niego, skoro nigdzie nie chodzi z żoną.
Tego samego wieczoru porozmawiała z dziadkiem by więcej się interesował własną żoną, która z całą pewnością czuje się opuszczona i zaniedbana.
Dzięki determinacji cioci, małżeństwo jej rodziców zostało uratowane. Myślę, że jak na szesnastolatkę to postąpiła bardzo rozsądnie i odważnie.Całe to wydarzenie nie zmieniło oczywiście babci w duszę towarzystwa, ale przynajmniej zaczęła chodzić z dziadkiem na oficjalne przyjęcia oraz do teatru i opery.
C.d.n
wycieczkę. I do teatru chodził Dziadek, a wszystkie koleżanki cioci kłóciły się o to, która z nich będzie koło niego siedziała. Bardzo im się mój Dziadek podobał, poza tym zwracał się do nich per "panno XY", co bardzo się gimnazjalistkom podobało.
Gdy Babcia opowiadała mi o życiu pozaszkolnym swych dzieci, to prawdę mówiąc bardzo im zazdrościłam.
Oboje posiadali najnowszy wówczas sprzęt sportowy, zimą jezdzili na obozy narciarskie, latem na 2 miesiące razem z Babcią nad Bałtyk, najczęściej do Jastarni, czasami do Juraty.
A Babcia pomału popadała w depresję. Była w tak kiepskim stanie, że nawet nie chciała pojechać do Lwowa na pogrzeb własnej matki, mówiąc, że nie jest w stanie patrzeć na Lwów, wiedząc, że za chwilę będzie musiała go opuścić. Przestała chodzić z Dziadkiem na wszelkie spotkania towarzyskie (których było sporo), nie była w stanie zorganizować również nic we własnym domu. Odmawiała pójścia do teatru i opery, choć była miłośniczką muzyki.
Snuła się po domu sprawdzając czy kolejna służąca dobrze sprzątnęła mieszkanie, ścierała niewidoczny kurz
zaraz po tym, gdy był już wytarty przez służącą, doprowadzając tym dziewczyny do białej gorączki. Podejrzewam, że była w Warszawie osobą najczęściej zmieniającą pomoce domowe.
Zaczęła się pomału zmieniać w "kobietę w szlafroku" - całymi dniami snuła się nieubrana i nieuczesana, nie wychodziła z domu ani na zakupy ani nawet z ulubionym psem.
W pewnym momencie małżeństwo stanęło na krawędzi - naprawdę niewiele brakowało, by wszystko się rozpadło.
Pewnego dnia, ciocia wracając do domu zobaczyła na mieście własnego ojca z obcą kobietą, która trzymając
go pod rękę cały czas do niego ćwierkała, śmiała się i co chwilę przytulała twarz do jego ramienia.
Jak burza ciocia wpadła do domu, zmusiła babcię do ubrania się, wyciągnęła ją z domu do fryzjera i kosmetyczki, a potem na spacer po mieście. Oszołomiona babcia nawet nie protestowała, ale chyba taka kuracja wstrząsowa była jej potrzebna. Gdy wróciły do domu, ciocia dość brutalnie wytłumaczyła babci, że jeśli w dalszym ciągu będzie taką zaniedbaną "kobietą w szlafroku" to jej małżeństwo się skończy. Bo jakby na to nie patrzeć, dziadek jest przystojnym panem i z całą pewnością jakieś zaradne kobiety zakręcą się koło niego, skoro nigdzie nie chodzi z żoną.
Tego samego wieczoru porozmawiała z dziadkiem by więcej się interesował własną żoną, która z całą pewnością czuje się opuszczona i zaniedbana.
Dzięki determinacji cioci, małżeństwo jej rodziców zostało uratowane. Myślę, że jak na szesnastolatkę to postąpiła bardzo rozsądnie i odważnie.Całe to wydarzenie nie zmieniło oczywiście babci w duszę towarzystwa, ale przynajmniej zaczęła chodzić z dziadkiem na oficjalne przyjęcia oraz do teatru i opery.
C.d.n
Subskrybuj:
Posty (Atom)