sobota, 18 sierpnia 2012

II c.d.

Podróż nie trwała długo, akurat tyle, by nieco się zdrzemnąć. Sonia wysiadła z autokaru nieco rozespana a gdy jechali do domu tramwajem obojętnie patrzyła w okno.
Miasto odbudowywało się  po zniszczeniach wojennych, wszędzie było dużo rusztowań, kręciło się na nich
wielu robotników.  Pomału ruiny znikały i zaczęły wyrastać nowe budynki.
Gdy Sonia weszła do mieszkania wydało jej się nieco obce. Podeszła do okna i aż jęknęła  - ulica była daleko w dole, za to wzrok jej sięgał  w stronę odległych domów. Gdy chciała zobaczyć co dzieje się pod domem, musiała przysunąć krzesło, stanąć na nim i wychylić się z okna, czyli zrobić to, czego nie wolno było robić.
Znacznie bardziej podobało się Soni w pensjonacie - tam  mieszkali na parterze i wszystko było na wyciągnięcie ręki - zawsze widziała tych, którzy przechodzili  ścieżką pod oknem, na trawniku kwitły kwiaty a listki najbliższego drzewa mozna było niemal dotknąć.
Sonia zajrzała natychmiast do swego kącika z zabawkami. Lalki siedziały rządkiem tak, jak je poukładała przed wyjazdem ciotka.Obok nich ze smętną miną siedział żółto-brunatny miś. Jedną łapkę miał obwiązaną
bandażem. Była to łapka,  z której Sonia  "pobierała krew na OB". Miś znacznie gorzej niż Sonia znosił owe zabiegi - materiał w tym miejscu był już mocno nadwyrężony.
Sonia rozwinęła bandaż, z powagą obejrzała uszkodzone miejsce i postanowiła następne zabiegi przeprowadzać cienką i ostrą igłą, a nie tępym drutem z  zaokrąglonym końcem.
Z własnych doświadczeń wiedziała, że gdy igła jest cienka i ostra to pobieranie krwi zupełnie nie boli. Krew miała pobieraną regularnie co dwa tygodnie i za każdym razem, gdy pielęgniarka szykowała jej rękę do pobrania krwi, Sonia z powagą mówiła -"proszę o cienką i ostrą igłę, żeby mnie nie bolało".
Pielęgniarki się uśmiechały, potem wyszukiwały w pojemniku właśnie taką igłę, pokazywały ją Soni, a potem mocowały w strzykawce. To były bardzo miłe panie, zawsze uśmiechnięte.
Pani doktor też była miła - zawsze z Sonią rozmawiała poważnie, tłumacząc jej dlaczego musi codziennie łykać duże ilości leków, dlaczego nie może biegać, musi zjadać to wszystko co jest na talerzu i koniecznie chodzić w  słoneczne dni w słomkowym kapeluszu z dużym rondem.
Sonia bez szemrania łykała wszystkie leki, nawet te w wielkich opłatkach, przy połykaniu których nieco się dławiła. Bardzo chciała wyzdrowieć i nie chciała być  w sanatorium. Znacznie milej było w domu, choć
ciotka wielce ją musztrowała i życie Soni składało się głównie z różnych zakazów.  Jedne wynikały ze stanu
zdrowia Soni, inne z wyobrażenia ciotki o tym, jak powinno się zachowywać dziecko.
Gdy po latach Sonia mówiła o swoim dzieciństwie określiła je tak :  "właściwie swobodnie to mogłam jedynie oddychać i przełykać ślinę, wszelkie inne procesy podlegały kontroli i regulacji, oczywiście z  uwagi
na moje dobro".
Najbliższe dni po powrocie były wielce pracowite - ciotka była zajęta praniem rzeczy i szykowaniem ich
na następny wyjazd. Lekarka kazała, by Sonia od czerwca do września była koniecznie "na świeżym
powietrzu", najlepiej z dala od miasta. I ciotka, która najchętniej siedziałaby jak rok długi we własnym
domu,  trzy miesiące letnie spędzała  poza nim.
c.d.n.

piątek, 17 sierpnia 2012

I. Pamiętam....

Sonieczka stała przy rabatce z kwiatami. Bardzo lubiła na nie patrzeć, bo każdy kwiatek był w innym
kolorze. Różowe w trzech odcieniach i białe a ich listeczki przypominały koperek.
Sonieczka delikatnie głaskała płatki ciemnoróżowego kwiatka. Bardzo była pochłonięta tym zajęciem, jej małe paluszki pieściły  płatki. Pomału zapominała, że miała natychmiast wracać, że na ganku pensjonatu czekała na nią ciotka, która pozwoliła Soni pójść na chwilę do ogrodu, by pożegnała się z dziećmi, które jeszcze tu zostawały. Ale zamiast z dziećmi , Sonia żegnała się z kwiatami. Wszystkie dziewczynki były od Soni sporo  starsze i Sonia nie bardzo umiała się z nimi bawić, więc nie widziała powodu by się z nimi żegnać.
Nie mogła im wybaczyć, że śmiały się z niej, gdy  w wezbranej powodzią rzece zobaczyła utopioną świnię - świnia była paskudnie wzdęta, płynęła na grzebiecie i jej nogi sterczały sztywno w górze. A razem ze świnią płynęły deski, jakaś buda, połamane stare krzesła, gałęzie i patyki.
Widok świni tak wystraszył Sonię, że zaczęła płakać-  nigdy w swym pięcioletnim życiu nie widziała czegoś tak okropnego. Poza tym rzeka nagle stała się niesamowicie szeroka i głęboka i  pędziła z szumem . W niczym nie przypominała tej małej rzeczki w której brodziła w  wodzie po kostki, lub nad którą siedziała na małym, drewnianym pomoście. Potrafiła tak siedzieć godzinami, osłonięta dużym, słomkowym kapeluszem.
Dziś  kończył się turnus i autokar odwoził wczasowiczów do miasta.
Nagle, tuż za plecami Soni, niespodziewanie stanęła ciotka, zła jak osa. Sonia aż drgnęła i szybko zaczęła ciotkę przepraszać, że nie wróciła natychmiast. Ale ciotka chwyciła ją za rękę i zaczęła z nią biec w kierunku budynku.
Przed gankiem stał już wypełniony ludzmi autokar. Ciotka wepchnęła małą do środka, kilka pań uśmiechnęło się do nich, a wujek odetchnął z ulgą - bał się, że może Sonia wyszła sama poza teren i gdzieś się zgubiła.

W drodze do domu Sonia myślała cały czas o tym jak tu spędzała ten ostatni miesiąc. Podobało jej się tutaj - był duży  ogród, w którym rosło wiele kwiatów, niedaleko było do rzeki i lasu. Do lasu i nad rzekę chodziła zawsze z ciocią i wujkiem.
Ciocia  siedziała w cieniu pod drzewem, a Sonia na pomoście z wujkiem, który moczył wędkę w  wodzie.
Nigdy nic nie złowił i ciocia podśmiewała się z niego.
Gdy tak siedzieli na pomoście  wujek opowiadał Soni historie ze swego dzieciństwa a czasem razem z Sonią wymyślali jakieś nowe historie.
W ogrodzie Sonia bawiła się z dziećmi, ale jako najmłodsza zawsze musiała odgrywać rolę dziecka i słuchać poleceń starszych dziewczynek.
Najbardziej nie lubiła gdy kazały  jej spać, czyli leżeć z zamkniętymi oczami. Już wolała gdy wysyłały ją do
pokoju (który w ich zabawie pełnił rolę sklepu) i kazały przynieść cukierki.
Sonia przynosiła "krówki- ciągutki", z których dziewczynki gotowały zupę. Przepis  był  prosty - do kubka
z wodą wrzucały 2 lub 3 cukierki i pracowicie je rozgniatały. Na szczęście dla Soni nie upierały się by ją tym 'karmić" - same tę mieszaninę zjadały.
Monotonny warkot autokaru uśpił część pasażerów, a wśród nich i Sonię.

c.d.n

sobota, 4 sierpnia 2012

Zła miłość

Dotychczas pisałam o tym co było, a teraz coś co się dzieje tu i teraz. Tu- to nie znaczy w Polsce, ale
w Europie. Te historię opowiedziała mi właśnie wczoraj moja M, która aktualnie mieszka za naszą
zachodnią granicą. M. jest rodowitą  Kolumbijką, znamy się już 36 lat i wciąż żałujemy, że ostatnio tak daleko od siebie mieszkamy, a kiedyś dzieliło nas tylko  jedno piętro.
Kilka lat temu M.poznała Henriettę, która również jest Kolumbijką. U naszych zachodnich sąsiadów jest sporo imigrantów przeróżnych narodowości.
Henrietta ma aktualnie ponad  40 lat, ma nieletnią córkę z poprzedniego związku, którą wychowuje samotnie. Związek z ojcem dziewczynki był tak nieudany, że Henrieta omijała wszystkich mężczyzn szerokim łukiem.
Ale pewnego dnia stanął na jej drodze Afgańczyk - był wysoki, przystojny, jego czarne oczy w kształcie migdałów  wpatrywały się intensywnie w Henriettę, a obrazu dopełniała gęsta siwa, a właściwie całkiem biała czupryna. Był miły, szarmancki, nie szczędził Henrietcie komplementów, zachwycał się małą.
Jakimś cudem wszystkie złe doświadczenia Henrietty zbladły bardzo a po 2 miesiącach uleciały gdzieś w Kosmos.
Ahmed już od wielu lat mieszkał w Europie, cała jego duża rodzina również. Ahmed pomieszkiwał często
u Henrietty i w krótkim czasie powiedział swej rodzinie o Henrietcie i o tym, że  chciałby, by została jego żoną.
Pewnego pięknego dnia zaprosił Henriettę do swej rodziny. Henriettę obejrzało i przepytało chyba z 15 osób, a głównie najstarszy brat Ahmeda i matka. Bratu Ahmeda spodobała się kandydatka na bratową i
 dał pozwolenie na ślub.
Pewnie nie wszyscy wiedzą, ale nawet długoletni pobyt w Europie w niczym nie zmienia obyczajów wielu imigrantów. W tej rodzinie wszyscy byli muzułmanami, poza tym skrupulatnie przestrzegali różnych praw tak, jakby nadal byli w Afganistanie.Przede wszystkim zażądali, by został spisany kontrakt ślubny, który miał duże znaczenie w razie rozwodu.W kontrakcie, który jest spisywany u notariusza, żona określa kwotę, którą w przypadku rozwodu (nie ważne z czyjej winy) będzie jej musiał wypłacić  mąż.
Henrietta potraktowała to jak żart i wpisała jako kwotę odszkodowania 1 euro. I nie na wiele się zdały
namowy notariusza, by jednak się zastanowiła i wpisała naprawdę sporą sumę, np. 500 tys. euro.
Henrietta była głucha na wszelkie perswazje.
Po ślubie okazało się, że Henrietta pomimo starań ze strony Ahmeda, nie może zajść w ciążę, a Ahmed koniecznie chciał mieć własne dziecko. Henrietta została zakwalifikowana do zabiegu in vitro. Ale zabieg udał się dopiero za trzecim  razem.**
Ponieważ Henrietta nie była już młodą matką, lekarz nalegał, by wykonać badania prenatalne, ale Ahmed nie wyraził zgody na nie.
Urodziła  synka, niestety z zespołem Downa. I dopiero wtedy okazało się, że w rodzinie Ahmeda jest aż dwoje dzieci z zespołem Downa o czym  nie raczył poinformować wcześniej ani Henrietty ani lekarzy.
Gdy malec miał ze dwa miesiące  Ahmed oświadczył Henrietcie, że chce adoptować jej córkę i składa w sądzie odpowiednie dokumenty, a ona powinna na to wyrazić zgodę, bo przecież teraz to oni są rodziną i on będzie ojcem małej.
 I choć wszyscy znajomi Henrietty odradzali jej to,  ona podpisała zgodę. Gdy maluszek miał roczek, Henrietta zachorowała. Po wielu badaniach okazało się, że ma raka tarczycy, a do tego część węzłów chłonnych była zaatakowana. Gdy tylko wróciła ze szpitala, Ahmed powiedział, że muszą znów podjąć
starania  o kolejne  dziecko. Wściekł się, gdy lekarz powiedział, że to niemożliwe, że trzeba minimum 6 miesięcy odczekać.
Zwołano naradę rodzinną, na której poinformowano Henriettę ,  że ona musi  nauczyć się języka  afgańskiego i czym prędzej przejść na islam. Jeśli tego nie zrobi  Ahmed się z nią rozejdzie. Oczywiście
dzieci też będą wychowane w tej religii.
Henriettcie jest już w tej chwili wszystko jedno. Bardzo zle się czuje, kolejne badania wykazały, że są przerzuty do kolejnych węzłów chłonnych. Lada dzień będzie operowana.
A ukochany mąż daje jej do zrozumienia, że teraz, gdy jest chora to przestała mu się podobać , bo w niczym
nie przypomina tej wesołej, ładnej kobiety, którą poznał 5 lat temu.
M. Bardzo się martwi o Henriettę i jej córeczkę.  Uważa, że Ahmed celowo adoptował pasierbicę - nie z miłości do dziecka, ale po to, by miał się kto opiekować jego synem z zespołem Downa.
Słuchałam tego, co opowiadała M. i włosy mi się jeżyły na głowie. A najgorsze, że naprawdę nie wiadomo jak pomóc Henrietcie, która nadal kocha Ahmeda szaleńczą, ślepą miłością.
Macie jakiś pomysł?  bo ja  nie.

** In vitro było robione w Czechach, bo tam było najtaniej.  Ich, z różnych przyczyn nie obejmowało darmowe in vitro, więc szukali gdzie można ten zabieg przeprowadzić najtaniej.


wtorek, 31 lipca 2012

Zuzka - c.d.-ostatni

Zżerała mnie ciekawość, dlaczego właściwie Zuzka opowiedziała mi to wszystko. Nie byłyśmy nawet "na ty".  Dowiedziałam się tylko, że jestem jedyną osobą, której ona to wszystko opowiedziała, a  czuła wielką potrzebę zrzucenia z siebie trochę tego "ciężaru", zwłaszcza,  że postanowiła nie opowiadać swemu adoratorowi szczegółów ze swego życia.
Poznałam osobiście tego pana. Spędziliśmy razem z nimi sylwestrową noc, na prywatce u mnie. Po raz pierwszy zrobiłam eksperyment, zaprosiłam pary, które się nie znały. Impreza była udana i po raz pierwszy widziałam Zuzkę odprężoną, wyluzowaną, opowiadającą dowcipy, nawet słone.
Wiosną Zuzka wyszła za mąż, w miesiąc pózniej wyjechała z mężem do Afryki na 4 lata. Przed wyjazdem zasugerowała   moją kandydaturę na swoje stanowisko.
Przemordowałam się na tym stanowisku  2 lata i odeszłam. Zuzka była bardzo rozczarowana moim odejściem, tylko nie wiem dlaczego.
A z Zuzką nie spotkałam się już nigdy. Wiem, że w pół roku po powrocie z Afryki pochowała męża, który
nagle i niespodziewanie zmarł na serce. W kilka miesięcy pózniej odeszła również jej matka. W dwa lata pózniej za nimi podążyła i Zuzka. Zabiły ją nieleczone wrzody żołądka.


niedziela, 29 lipca 2012

Zuzka - c. d.

Zuza była pogrążona w czarnej rozpaczy, Nieśmiały nieco mniej. Trochę się dziwił, że Zuzka tak bardzo
przeżyła śmierć Jeana. Ale nie da się ukryć, że Jean,  w pewien sposób kierował ich życiem. Mieszkając
z nim w jednym domu nie musieli się zbytnio martwić o wiele spraw. I nagle oboje musieli szybciutko dorosnąć.
Dom był dla nich dwojga stanowczo za duży, więc postanowili zamienić go na mniejszy, co wcale nie było takie proste. Wiecie jak to jest - gdy potrzebujesz małego domu wszyscy ci oferują wielkie domy. Trzeba było również sprzedać  "chatę myśliwską"  nad jeziorem. To akurat poszło szybko, była w dobrym stanie i miała naprawdę dobrą lokalizację.
Znalezli kupca na dom i postanowili, że na razie nie będą kupować domu, lecz wynajmą duże mieszkanie. Nieśmiały miałby bliżej do pracy a Zuzka na uczelnię. Likwidacja domu i rzeczy Jeana strasznie Zuzkę  wyczerpały psychicznie. Miała bez przerwy bóle  żołądka, nie mogła jeść i spać, bardzo wychudła.
Nieśmiały na siłę ją wyprawił do lekarza, który miał wielką ochotę zamknąć ją w szpitalu - podejrzewał wrzód żołądka. Diagnoza była słuszna, Zuzka dostała "furę" leków, w tym środki uspakajające  i  rozpiskę
dotyczącą odpowiedniej diety, ale odmówiła pójścia do szpitala.
Z trudem zaliczyła sesję na uczelni. Bez Jeana Kanada przestała się jej podobać. Coraz częściej myślała o powrocie do Polski. Nieśmiały też nie czuł się dobrze bez Jeana i  gdy Zuzka coś miauknęła o powrocie do
Polski, z  entuzjazmem się odniósł do tego pomysłu. Stali  niezle finansowo, a były to czasy, gdy za 100 $ amerykańskich można było w Polsce  bez trudu przeżyć miesiąc. Zuzka miała nadal swoje osobne konto ,
o którym Nieśmiały nic nie wiedział,  ale kwotę uzyskaną ze sprzedaży obu domów Nieśmiały wpłacił tylko na swoje konto, choć Jean prosił, by utworzył dla Zuzki oddzielne konto i połowę tej kwoty ze sprzedaży na nie wpłacił.
Nieśmiały twierdził, że przecież skoro są małżeństwem to pieniądze i tak są wspólne, ale nie upoważnił Zuzki do pobierania pieniędzy z tego konta, miała tylko kartę płatniczą.
I tym sposobem pewnego jesiennego dnia wylądowali w Polsce.
Początkowo zamieszkali w mieszkaniu Zuzki i jej mamy. Było nieco ciasno, choć mieszkanie było jeszcze z zasobów przedwojennych, więc i metraż był większy. Kiepsko im się mieszkało,  matka Zuzki wciąż krytykowała zięcia, więc b. szybko zakupili niewielki domek na Dolnym Mokotowie.
Zuzka znalazła pracę dla siebie, ale Nieśmiały nie palił się do podjęcia pracy. Uważał, że skoro jest tak korzystny przelicznik złotówki do  dolara, to ma niezłe zabezpieczenie finansowe i jeszcze z rok może się "poobijać". Gdy Zuzka wracała z pracy, często Niesmiałego nie było w domu. Wracał póżno wieczorem,
często w stanie "wskazujacym". Ponieważ były to czasy, w których każdy dorosły musiał być gdzieś zatrudniony, Nieśmiały zatrudnił się w jakimś prywatnym zakładzie rzemieślniczym. Na pytania Zuzki, gdzie był ,odpowiadał: "odczep się, pracowałem".
Razem spędzali niedziele, ale i to w pewnym momencie się skończyło. Nieśmiały kupił samochód i od tego
momentu zaczął znikać i w niedziele. Wychodził rano, mówiąc,   że jedzie do...Kościoła  (Zuzka nie praktykowała), po czym  znikał na resztę dnia. Zdarzało się,  że nie wracał również na noc.
Zuzka znosiła to dość długo, traktując jako karę za romans z Jeanem. Ale wreszcie nie wytrzymała i wniosła
do sądu pozew  rozwodowy.
Dzieci nie mieli, więc sprawa poszła gładko, a sąd orzekł jego winę. W ramach podziału majątku  sąd przyznał Zuzie dom, jemu samochód, kwotą na koncie musiał się Nieśmiały  z żoną podzielić. Dużo tego nie było, bo przecież kupowali dom, a Nieśmiały miał gest i mnóstwo kolegów, z którymi hulał.
 Na rozstanie powiedział Zuzce, że wie, że Jean bardzo ją kochał, tylko nie bardzo wie za co. Zuzka miała
ochotę powiedzieć ,  że i ona bardzo  kochała Jeana, że byli kochankami, ale pomyślała, że byłoby to zbrukaniem tamtej miłości.  Nieśmiały pobrał swoje dolary z konta i....wrócił do Kanady.
Zuza dość długo leczyła rany po tej całej kanadyjskiej przygodzie. Unikała mężczyzn, stała się odludkiem.
Kilka lat pózniej poznała pana C. , który bardzo przypominał jej...Jeana. Po roku znajomości, pan C.
zaproponował Zuzce trwały związek, czyli małżeństwo. Miała dać odpowiedz  za kilka dni.
c.d.n.

sobota, 28 lipca 2012

Zuzka- c.d.

W drodze do domu Zuzka intensywnie myślała co teraz będzie.
Najtrudniej było jej zrozumieć samą siebie, bo tak naprawdę to nie czuła wcale żalu do Jeana. Za to na myśl przychodziły jej fragmenty nocy, aż dreszcze  przechodziły jej po plecach. Najchętniej zostałaby w chacie z Jeanem  na dłużej,  może wręcz na zawsze?
Całą drogę oboje milczeli, tylko kilka  mil przed ich miastem Jean pocałował ją w rękę i powiedział:  "nie zamartwiaj się na zapas, jakoś to będzie, kiedyś dokonasz wyboru, a ja to uszanuję".
Przez następne dni wszystko pozornie wróciło do stanu poprzedniego -Zuzka pracowała, sprzątała, gotowała i ....poszła do ginekologa.  Wiedziała już, że są dostępne nowe środki antykoncepcyjne i postanowiła,  że przez najbliższe dwa lata nie chce żadnego dziecka. Po dokładnych badaniach lekarz
stwierdził,  że Zuzka ma małe szanse  na ciążę, ale z kobietami nigdy nic nie wiadomo i jeśli naprawdę
nie chce mieć dzieci, to niech bierze tabletki.
Zuzka cały czas zastanawiała się nad swoją sytuacją - zdała sobie sprawę, że nie potrafi dokonać wyboru -
ale czy można kochać dwóch facetów na raz?  Nieśmiały był jej przyjacielem, ale był mało opiekuńczy,
mocno zajęty sobą. Wprawdzie to samo ich bawiło i złościło, mieli oczym rozmawiać, ale.... nie umiał
być tak czuły, uważny, jego dotyk nie działał na Zuzkę tak jak dotyk Jeana. Wybrać Jeana? No dobrze, ale on jest tyle lat starszy, za 20 lat ona będzie jeszcze młodą kobietą, a on staruszkiem. I co? zostawić  Nieśmiałego? A może zostawić obu i wrócić do Polski? Ale na to Zuza wcale nie miała ochoty.
Wróciłaby do Polski ale z Nieśmiałym, a on przecież jeszcze tu studiował. I z czego by w Polsce żyli? Poza
tym Nieśmiały zaciągnął kredyt na studia - Jean obiecał, że mu spłaci ten kredyt, jeśli skończy studia.
Tu Zuzka pracowała u Jeana, dostawała pensję. Same problemy - nic tylko siąść  i płakać.
Udręczona tymi problemami i chęcią znalezienia się znów w ramionach Jeana, postanowiła z nim o tym
wszystkim porozmawiać.
Przy najbliższym wspólnym służbowym  wyjezdzie poruszyła ten problem. Powiedziała o wszystkich
swoich rozterkach, obawach, o tym, że być może nie będzie mogła zostać matką,  że kocha ich obu, że nie może wybrać, nie potrafi  a...nawet nie chce wybierać teraz.
Jean  słuchał, słuchał i .....skręcił do najbliższego motelu. Razem z Zuzką przekroczyli teraz "Horyzont
Zdarzeń".
Ustaliła z Jeanem, że na razie zostanie wszystko tak jak jest, a gdy Nieśmiały skończy studia to się wtedy ona zastanowi co dalej.
Jeśli komuś się zdaje, że się Zuzce rozjaśniło przez najbliższe 3 lata w głowie, to się bardzo myli. Nieśmiały
skończył studia i Jean spłacił jego kredyt. Nieśmiały poszedł do pracy i teraz Zuzka miała iść na studia.
Jean bardzo na to nalegał i Zuzka  zaczęła studia. Interesy Jeana szły dobrze, a Zuza pomimo studiowania , pomagała mu w biurze. Odpadły jej natomiast obowiązki domowe, raz w tygodniu przychodziła do domu sprzątaczka.
I gdy wszystko już się  w pewien sposób poukładało, Jean  zachorował. Początkowo wydawało się,
że kuracja się powiodła, nawet przez pewien czas cieszył się pełnią życia. Ale on wiedział, że jego dni są policzone i powiedział o tym Zuzce. Założył Zuzce konto bankowe, umieścił na nim pewną sumę, sporządził testament. Ostatnie miesiące życia Jeana Zuzka nie bardzo wie jak przeżyła. Był dla niej nie tylko czułym kochankiem, w jakimś sensie  kochała go jak ojca, którego nigdy nie miała.
c.d.n.

piątek, 27 lipca 2012

Zuzka -c.d.

Zuzka z tego wieczoru zapamiętała tylko piekielne zmęczenie i moment, gdy teść wraz z Nieśmiałym
wyciągali ją półprzytomną z samochodu i taszczyli po schodach. Obaj nie mogli uwierzyć, że można
tak się  spić trzema dużymi kieliszkami wina, cały czas jedząc. Podśmiewali się z niej jeszcze z tydzień.
Zuzka postanowiła, że przyzwyczai jednak organizm do wina i codziennie do obiadu wypijała kieliszek wina.
Teść był zachwycony, Nieśmiały  wcale. On, w przeciwieństwie do swego ojca, nigdy nie pił wina do obiadu.
Dni mijały szybko, Zuzka prowadziła dom, "sekretarzowała" w biurze teścia, coraz lepiej posługiwała się
francuskim, szlifowała angielski, trochę tęskniła za  Polską, głównie z powodu braku koleżanek.
Pomału coraz mniej rzeczy ją dziwiło, np. zwyczaj wrzucania do pralki wraz  z ubraniami  tenisówek. Już sama pralka automatyczna wydawała jej się ósmym cudem świata, bo dotąd znała tylko polską Franię.
Ani się Zuzka obejrzała a już minął rok, odkąd znalazła się w Kanadzie. Coraz lepiej poznawała okolicę, często jezdziła z teściem "w trasę", zawsze były to jednodniowe wyjazdy.
Na wiosnę jeden ze znajomych teścia sprzedawał chatę myśliwską nad jeziorem , oddalonym dość znacznie od ich miejscowości. Oglądali z zachwytem zdjęcia tej chaty - była zbudowana z grubych  bali, blisko
brzegu jeziora, był też pomost do łowienia ryb. Teść był zachwycony, ale postanowił wpierw pojechać na miejsce, by wszystko zobaczyć w naturze. Mieli pojechać w trójkę, ale w ostatniej chwili Nieśmiały przypomniał sobie, że musi jeszcze zrobić jakąś zaległą pracę na uczelnię i w żaden sposób nie zdąży, jeśli z nimi pojedzie.
Zuzka przygotowała wszystko do drogi, wzięła świecę, wyszperała na strychu starą lampę naftową (oczywiście nafty nie mieli), przygotowała zapasy jedzenia i pojechali. Na miejsce dotarli popołudniem - trochę błądzili, w końcu znalezli chatę.  Oboje byli zachwyceni - było cichutko, dookoła ani żywej duszy, woda była czyściutka. Tak naprawdę to Zuzka była nieco przerażona - najbliższy sąsiad był o 3 km dalej, las wyglądał na dość dziki i cały czas  bała się, że lada moment zobaczy niedzwiedzia.
Tak bardzo się bała, że za nic nie chciała posiedzieć  przy ognisku nad brzegiem jeziora, pomknęła szybko do chaty i pomimo nawoływań teścia nie chciała przyjść.Była zmęczona, nieco wystraszona tą dziczą,
a jednocześnie zachwycona.
 Rozpaliła w kominku ogień, skuliła się  na kanapie i wpatrywała w ogień.
Obudziły ją delikatne pieszczoty i pocałunki  - leżała obok teścia, który ją obejmował i pieścił. A ona - nie protestowała, poddawała się bezwolnie, sama siebie nie rozumiejąc.
Przez głowę przemknęło jej, że sprawia  jej to właściwie przyjemność, znacznie większą niż pieszczoty Nieśmiałego, bo Nieśmiały nie miał zbyt dużej inwencji w tej materii. No cóż, była to kwestia doświadczenia. A Jean to doświadczenie miał i robił wszystko, by rozbudzić zmysły Zuzki, by zyskać jej
przyzwolenie. To była bardzo długa i "pracowita" noc, w czasie której nie padło ani jedno słowo.
Rankiem obudziło Zuzkę spojrzenie Jeana. Wpatrywał się w nią z lekkim uśmiechem, a gdy otworzyła usta, położył na nich palec i szepnął - "wpierw pomyśl co naprawdę chcesz powiedzieć". Zuza chyba jednak nie wiedziała co chce  powiedzieć i przez następne kilka godzin nic nie mówiła. W głowie miała zamęt
całkowity. Wstyd, niepewność, złość na siebie a jednocześnie jakieś ciepłe uczucie dla Jeana mieszały się,
tworząc ciężki orzech do zgryzienia.
Jean szybko przygotował śniadanie, które zjedli w łóżku.
"I co dalej? co teraz będzie? co ja powiem Nieśmiałemu?' - zapytała płaczliwym głosem., odstawiając pusty kubek na tacę.
"Nic nie powiesz, chyba nie jesteś idiotką, po co masz mu mówić, złamałabyś mu serce, on Cię kocha.
Ja też  cię kocham, chyba to zrozumiałaś?- odpowiedział Jean wpatrując się w jej oczy.
c.d.n.