poniedziałek, 20 sierpnia 2012

VI c.d.

Chyba wszyscy zauważyli, że gdy się jest dzieckiem to czas jakoś wolno płynie. Na każdym kroku małemu człowiekowi wytykają , że jest dzieckiem i w związku z tym wielu rzeczy nie może robić. Niemal każde marzenie dziecięce jest przez dorosłych "odkładane" na przyszłość. Jeśli dziecko zadawało  niewygodne lub trudne pytania to dowiadywało się, że dowie się wszystkiego gdy będzie starsze i....mądrzejsze.
Sonia, jak każde dziecko, była bardzo dociekliwa, zadawała mnóstwo pytań, które niekiedy bardzo bawiły
dorosłych.
Intrygowało ją, dlaczego Murzynom nie jaśnieje skóra od mycia, dlaczego ciotka, gdy liczy półgłosem swoje wydatki to nie mówi liczb po kolei, dlaczego ona nie może mieć grzywki i dlaczego musi mieć krótkie włosy, dlaczego ciągle nie ma rodziców, dlaczego nie wolno jej siadać na kamiennym schodku, skoro inne dzieci siedzą, kiedy wreszcie pójdzie do kina, kiedy znów  wyjadą nad morze?
I pewnego jesiennego dnia  wujek wziął Sonię do kina. Wyświetlali film rysunkowy Disneya "Królewna Śnieżka". Bardzo się Soni  film podobał, z wrażenia obgryzła pasek od sukienki. Uprosiła wujka, by jeszcze raz pójść na ten sam film, więc wujek niewiele myśląc kupił bilety na nieco pózniejszy seans. Tym razem już nie gryzła paska, bo starała się nucić filmowe piosenki.
Dostało się wujkowi za to w domu, bo spóznili się  na obiad. Niemal całe popołudnie  ciotka burczała na wujka, że rozpuszcza Sonię jak bicz dziadowski. A Sonia od razu zainteresowała się co to jest ten bicz dziadowski, jak wygląda i do czego służy, czym doprowadziła ciotkę do ostateczności -  ciotka stwierdziła, że ona już nie może z tym dzieckiem wytrzymać, szybko się ubrała i wyszła z domu.
Sonia  była przerażona i cichutko zapytała wujka : " a Ty ze mną wytrzymasz? już będę cicho, pójdę rysować literki".
Wujek uspokoił małą i poprosił, by zadawała cioci mniej pytań i obiecał, że zawsze, gdy będzie z Sonią  na
niedzielnym spacerze to wtedy odpowie  na wszystkie dręczące ją pytania.
Bo w niedzielę wujek zabierał Sonię na długie, dalekie spacery - czasem były to wyprawy poza miasto, do lasu, czasem  na podmiejskie  łąki i zbieranie w zbożu maków i bławatków, jesienią i zimą  prowadził Sonię do muzeów,   pokazywał zabytki, opowiadał historię miasta.
Sonia bardzo lubiła te wyprawy.Był to czas, gdy miasto powoli dzwigało się z ruin. Ruiny domów    budziły w Soni niewymowny strach i bardzo cieszyła się, gdy przybywało coraz więcej domów., Niedaleko domu, w którym Sonia mieszkała stała  zbombardowana willa. Sonia omijała ją szerokim łukiem, zwłaszcza, że zawsze stali tam jacyś zarośnięci i niezbyt czyści mężczyzni.
Ruiny tej willi  straszyły Sonię jeszcze wiele lat-nie wiadomo dlaczego nikt tego terenu nie kwapił się uprzątnąć. Wujek tłumaczył, że pewnie właściciele nie żyją a posesja jest za mała by miasto wybudowało na niej wielorodzinną kamienicę.
Nie wiadomo kiedy Sonia nauczyła się czytać - teraz sama czytała sobie Świerszczyka i swoje książki.
Usiłowała również czytać gazetę, tę którą czytał wujek, ale nie mogła tam znalezć nic ciekawego.
Troska ciotki o zdrowie Soni  przyniosła rezultaty - wyniki OB wróciły do normy, cienie wnękowe w płucach zniknęły i choć Sonia często chorowała na anginy itp. infekcje, skończyły się wizyty w przyszpitalnej
przychodni.
Soni nawet brakowało tych wizyt, bo bardzo polubiła swoją lekarkę i pielęgniarki. Teraz na kontrolne wizyty miała przychodzić co pół roku.
Nastała już niemal zima i Sonia wraz z wujkiem zaczęli robić kilometry łańcuchów choinkowych.Nie było to trudne zajęcie, a Sonia bardzo je lubiła. Wujek wycinał z kolorowego glansowanego papieru równe paseczki, a Sonia sklejała z nich kółka, które tworzyły ogniwka łańcucha. Oboje  bardzo lubili robienie ozdób choinkowych, co bardzo denerwowało ciotkę, bo przy okazji śmiecili trochę. Robili też słomkowe gwiazdki, a z wydmuszek, czerwonej krepiny i waty tworzyli  głowy Mikołajów.  Owijali orzechy włoskie cienką, złotą i srebrną cynfolią i nic sobie nie robili z gderania ciotki, że to strata czasu i dużo bałaganu.
c.d.n.

V c.d.

Druga połowa sierpnia nad  Bałtykiem ma już lekki posmak jesieni. W ogrodzie u Żeni uśmiechały się do Soni dojrzałe śliwki i jabłka. Wujek brał Sonię na ręce i mogła sama zrywać  niżej rosnące owoce.Śliwki miały "aksamitne sukienki"  i były bardzo słodkie.
Pewnego dnia  Żenia zarządziła otrząsanie śliwek. Wujek razem z  Żenią  szarpali śliwkowe drzewko na wszystkie strony i część śliwek spadła, a Sonia wyzbierała wszystkie starannie do dużego kosza. Potem Żenia je umyła, każdą ze śliwek rozkroiła i zadaniem Soni było usunięcie pestki i włożenie śliwki do słoika. Miała je układać ściśle w słoiku, do pełna. Gdy słoik już był pełny, Żenia wsypywała na wierzch łyżkę cukru i zakręcała słoik. Potem słoiki wędrowały do piecyka, w którym prażyły się kwadrans. W kuchni rozchodziła się słodka woń śliwek, za oknem kłębiły się osy, zwabione tym zapachem, ale dobrze chronione siatką okno nie wpuszczało intruzów. Żenia mówiła, że tak przygotowane śliwki są dobre zimą do knedli. Sonia nie miała nawet bladego pojęcia co to są knedle, bo ciotka nigdy  ich nie robiła.
I Żenia, gdy się zorientowała, że mała nie ma pojęcia jak smakują knedle, zabrała się za ich robienie.
Najważniejsze, że pozwoliła Soni ulepić kilka.  Były nieco koślawe, ale Sonia była z nich bardzo dumna.
I wszyscy zachwycali się ich smakiem, a Sonia pilnowała, żeby każdy dostał jednego knedla jej produkcji.
Ranki i wieczory były już chłodne, choć za dnia było jeszcze bardzo ciepło.Pomału dzień robił się krótszy, a ponieważ Soni nie wolno było przebywać na dworze po  zachodzie słońca, coraz więcej czasu spędzała w domu. Ale nie nudziła się - Żenia podarowała jej swoje pastele i mała ciagle miała co robić.
Żenia pokazała jej jak namalować śliwkę tak, żeby wyglądała jak prawdziwa, jak namalować kwiatek nasturcji, różne listki, kubek, lampę naftową. Zrobiły razem mały zielnik i Żenia podpisała każdy liść i kwiatek, by Sonia nauczyła się poznawać je potem na łące lub w ogrodzie.
A pewnego popołudnia poszli wszyscy razem na koncert organowy do Katedry Oliwskiej. I wcale a wcale
nie podobał się Soni ten wieczór . Jak dla niej to była za głośna  muzyka, przerażała ją  po prostu. Koncert był długi, a na domiar złego małej zachciało się siusiu. Hania wzięła małą za rękę i ruszyły na poszukiwanie toalety. Niestety poszukiwania spełzły na niczym i Hania postanowiła wyprowadzić mała pod tzw. "krzaczek". Na dworze lał deszcz, więc zawróciły. Hania zastanawiała się co zrobić i wtedy wzrok jej padł na stojący w pobliżu wejścia konfesjonał okryty jakąś płachtą. Wepchnęła Sonię do środka, kazała szybko sikać i......nikomu nic nie mówić. Potem, jakby nigdy nic wróciły do swojej ławki. Zasłuchane ciotki niczego nie zauważyły.
Sonia przez resztę dzieciństwa ukrywała ich wspólną tajemnicę - wypaplała ją swym koleżankom gdy już była  dorosłą kobietą.
Od czasu tego koncertu Sonia niezbyt chętnie chodziła do wszelkich  kościołów - a już koncertów organowych unikała jak ognia.
Lubiła muzykę, chętnie uczyła się sama piosenek śpiewanych w radiu, słuchała muzyki Chopina, ale nie dała się nigdy namówić na posłuchanie koncertu organowego.
Wszystko co dobre niestety się kończy- na początku września Sonia z ciocią i wujkiem wracali do swego
domu.
Pożegnanie na dworcu w Oliwie było pełne łez,  płakała Żenia, Hania i Sonia, nawet ciotka uroniła kilka łez.
c.d.n.

niedziela, 19 sierpnia 2012

IV.c.d.

Podróż była niezmiernie nudna. Dlaczego to morze jest tak daleko? dopytywała się Sonia co jakiś czas.
Bo jest  - padała lakoniczna odpowiedz.
Sonia żałowała, że nie wzięła  ze sobą zeszytu i ołówka. Mogłaby przynajmniej "rysować literki". Bo Sonia umiała już pisać kilka wyrazów: swoje imię, imiona ciotki i wujka, dom, lalka, apteka i woda. Nikt się nie zastanawiał dlaczego opanowała akurat taki zestaw słów.
Poza tym Sonia lubiła rysować - najczęściej kwiaty, a raczej bukiety kwiatów przewiązane  kokardą.
Po wielu godzinach jazdy, zjedzeniu kanapek i krótkiej drzemce, Sonia dowiedziała się, że na nastepnej
stacji będą wysiadać.Stała w przedziale przy oknie  przestępując z nogi na nogę - nie mogła się już
doczekać końca podróży.Wreszcie pociąg zaczął zwalniać i wolno wtoczył się na stację.
"No to przyjechałyśmy, tu wysiadamy, tu jest Oliwa". Ciotka wysiadła pierwsza, potem wzięła Sonię na ręce i postawiła na peronie, następnie wyjęła z wagonu walizkę.
Sonia rozglądała się z niedowierzaniem - nigdzie nie mogła dostrzec morza. Był peron taki jak w mieście,
z którego przyjechały, sporo ludzi, ławki, ale morza nigdzie nie było. A gdzie to morze? zapytała niemal
z płaczem.
Ale ciotka nie odpowiedziała, zajęta wypatrywaniem swej przyjaciółki, która miała po nie przyjechać na
dworzec.
Po chwili podeszła do nich pulchna, uśmiechnięta blondynka, przywitała się z ciotką, a potem kucnęła
przy Soni i wzięła ją w objęcia. Biedne dziecko, pewnie zmęczona jesteś? Ja jestem Żenia, możesz mi
mówić "ciociu" lub tylko  "Żenia". Sonia od razu polubiła tę uśmiechniętą  Żenię i z pełną ufnością
wcisnęła jej swoją rączkę w dłoń.
Żenia  zaprowadziła obie do czekającej już taksówki i pojechały do domu.Gdy taksówka zatrzymała się
we wskazanym  miejscu i gdy już stanęły przed drewnianą furtką, ciotka i Sonia aż jęknęły z podziwu-
za furtką był bardzo kolorowy ogród a od furtki w głąb ogrodu prowadziła wyłożona kamykami ścieżka, wzdłuż której kwitły drobne różowe i czerwone begonie. Na końcu ścieżki stał rozległy, parterowy dom
otynkowany na biało,  dach był pokryty ciemnoczerwoną dachówką. Do środka  wiodły schodki, po
obu stronach schodów, wzdłuż całej długości ścian płonęły dorodne nasturcje.
Sonia była zachwycona. Za domem rosły drzewa i na tle ich ciemnozielonych liści domek aż lśnił swą bielą.
Ten właśnie domek, gdy Sonia była już niemal dorosłą osobą, był niejednokrotnie tematem jej obrazów.
Gdy Sonia nieco oprzytomniała z  pierwszego wrażenia i gdy już znalazła się w mieszkaniu, podeszła do Żeni, chwyciła ją za rękę i zapytała : a czy tu jest morze?
Jest, ale nie tu blisko, nie zamartwiaj się, pojedziemy nad morze - zapewniła ją Żenia.
Pociągiem? - zapytała z niepokojem Sonia. Nie, autobusem lub tramwajem a może nawet  taksówką-
wyjaśniła jej Żenia.
I tak zaczęły się bardzo wesołe wakacje  Soni. Bo oprócz Żeni mieszkała tu córka ciotki i wujka, która
studiowała na Politechnice Gdańskiej, w Sopocie zaś i Gdyni mieszkały dalekie kuzynki wujka.
Sonią zajmowała się głównie Hania,córka ciotki i Żenia.
Pierwszą "morską wyprawą" Soni było zwiedzanie portu małym, wycieczkowym stateczkiem. Podobało się Soni to pływanie po porcie, chodz pogoda nie była najlepsza i  musiała siedzieć w czapce na głowie i na
dodatek Hania owinęła ją szalem.
Pewnego dnia Hania zabrała małą do Gdyni, gdzie miała sklep jedna z kuzynek wujka. I od tej właśnie cioci o imieniu  Apolonia, Sonia dostała wózek dla lalek. Wózek był na wysokich kołach, miał składaną budkę, i był  tak duży, że skulona w kłębek Sonia mogła się w nim zmieścić. Brakowało tylko do niego dużej lalki.
Niestety były to czasy, gdy lalki były niemal rarytasem, zwłaszcza duże, wielkości noworodka. Wózek był,
lalki nie było , wiec aby nie pchać pustego wózka Hania zakupiła jakieś dwie duże ryby wędzone, które
owiązane paskudnym szarym papierem "robiły za lalkę".
A potem dojechał do Oliwy wujek i od tego dnia Sonia niemal codziennie była na plaży w Jelitkowie.
Bardzo lubiła tam jezdzić, choć  musiała cały czas  siedzieć w kapeluszu na głowie. Kapelusz miał b.szerokie rondo i dokładnie osłaniał dziecko przed  słońcem. Do zwykłego, dziecięcego słomkowego kapelusza ciotka po prostu doszyła rondo ze swojego słomkowego kapelusza. Może i nieco dziwnie to wyglądało, ale ciotka się śmiała,  że tym sposobem jest to meksykański kapelusz.
Wreszcie jednego dnia Sonia dostąpiła zaszczytu zobaczenia morza. Popłynęli z wujkiem statkiem do Jastarni. Z portu przeszli spacerem nad otwarte morze. Wpierw Sonia obejrzała latarnię morską i postała na tarasie Domu Zdrojowego, z którego był widok na morze. Potem poszli na plażę,  wujek wypożyczył kosz plażowy, w którym razem usiedli.
Sonia chłonęła widok  falującego morza całą sobą. Siedziała cichutko, mocno ściskając wujka za rękę. Nad
nimi śmigały mewy, daleko na horyzoncie przepływał statek. I chyba wtedy Sonia pokochała morze i Jastarnię.
Wujek zachwycony reakcją małej, chcąc przedłużyć jej tę frajdę, zafundował  obiad w Domu Zdrojowym. Siedzieli przy stoliku koło okna, a Sonia nadal wpatrywała się w morze. Bez słowa protestu jadła to co było na talerzu, chyba nawet nie bardzo wiedziała co je.
Gdy płynęli z powrotem bardzo dorośle powiedziała do wujka:  "morze jest piękniejsze od zatoki ,dziękuję, że mi je pokazałeś". A po chwili milczenia dodała: "ja jeszcze tu wrócę".
I rzeczywiście wróciła - początkowo wakacje spędzała w Gdyni, a od 10 roku życia aż do końca szkoły
w Jastarni lub Juracie.
c.d.n.

III c.d.

Przygotowania do następnego wyjazdu trwały ok.tygodnia. Nie istniała jeszcze wtedy w Polsce instytucja o wdzięcznej nazwie ORBIS i nikt nie miał szans zarezerwowania sobie wcześniej miejsca siedzącego w pociągu. Każda daleka podróż była dla podróżującego prawdziwym wyzwaniem.
Na początku należało  udać się na dworzec kolejowy, by sprawdzić rozkład jazdy. W tych czasach były aż trzy klasy podróżowania - trzecia, w której było 8 miejsc w przedziale, a ławki były twarde, drewniane; w drugiej klasie były ławki nieco miększe, bo lekko wyściełane oraz klasa pierwsza, w której miejsca do siedzenia były tapicerowane, miękkie, poza tym było ich w przedziale zaledwie 6. Oczywiście istniały również wagony sypialne i kuszetki, ale ceny były horrendalne.
W okresie wzmożonych wyjazdów podróżowanie wcale nie było lekkie, łatwe lub przyjemne.
Gdyby ktoś powiedział  wtedy ciotce i wujkowi Soni, że   kiedyś będzie można zrobić rezerwację siedząc wygodnie w domu, a biletem będzie wydruk z komputera, uznaliby to za niesamowitą  bajkę dla naiwnych.
Na stację początkową pociąg był podstawiany przeważnie na 45 minut przed odjazdem. W chwili gdy  wjeżdżał wolniutko na stację, co bardziej wysportowani ryzykanci płci męskiej  wskakiwali do wagonów,
rezerwując  miejsca dla swych bliskich.
W chwili, gdy pociąg już się zatrzymał, tłum ludzi oblegający peron rzucał się ku drzwiom pociągu.
Wyglądało to przerażająco, tym bardziej, że szczęśliwcy, którym udało się  wskoczyć i zająć przedział zamykając go za sobą, teraz  przez okno wciągali do przedziału bagaże i nawet całkiem spore już dzieci. Krzyku, pisku i  łez było przy tym wiele, a ludzie mieli na twarzach wypisane szaleństwo.
Niektórzy pasażerowie obierali  inną taktykę - przychodzili na dworzec 2 godziny wcześniej,  szukali kolejarzy, którzy mieli  tym pociągiem jechać  i za drobną opłatą byli przez nich umieszczani w przedziale gdy pociąg stał jeszcze na bocznicy kolejowej.
Sonia bardzo nie lubiła podróży koleją. Przerażał ją tłum na peronie i szturm na wagony.  Sama podróż też była uciążliwa - siedzenie wiele godzin w jednym miejscu, w zamkniętym przedziale też nie było miłym
przeżyciem.
Ciotka bardzo dbała o to, by miejsca były tyłem do kierunku jazdy, bo  wtedy do przedziału wpadało mniej sadzy z kłębów  parowozowego dymu. Sonia, podobnie jak ciotka,  w czasie podróży musiała mieć na rękach cieniutkie rękawiczki, niezależnie od temperatury otoczenia.
Oczywiście nie wolno było Soni wychodzić na korytarz, który najczęściej był zapchany tymi, którym nie udało się znależć miejsca siedzącego w przedziałach, nie wolno było również  śpiewać, głośno mówić, co chwilę wstawać  ze swego miejsca.
Jedyną  dozwoloną czynnością  było wyglądanie przez okno,  a obowiązkiem zjedzenie przygotowanych
na drogę kanapek- oczywiście z jajkiem "na twardo". To było wielce zabawne, gdy nagle, wszyscy
pasażerowie w przedziale wyciągali swe zapasy przygotowane na drogę i z każdy miał jajka  "na twardo" i
żółty ser. Jedyna różnica  polegała na sposobie konsumpcji - jedni mieli kanapki, w których jajko było
pokrojone w plasterki, inni wyciągali całe jajka w skorupkach  i starannie je obierali, złoszcząc się gdy
skorupka nie chciała oderwać się od jajka. Ten moment podróży Sonia lubiła.
Przy tym wyjezdzie wujek pojechał na dworzec znacznie wcześniej, udało mu się skorumpować jakiegoś kolejarza i zarezerwować przedział. Gdy pociąg  wjechał na stację wujek stał w otwartym oknie i machał
do  ciotki i Soni, które biegiem  puściły się w strone właściwego okna. Ciotka podała mu walizkę, a  potem
wraz z Sonią cierpliwie czekały aż będzie można wejść do wagonu. Odnalazły przedział, zajęły swe miejsca,
pożegnały się z wujkiem, który tym razem zostawał w  domu i ciotka odetchnęła z ulgą, gdy pociąg
ruszył w drogę nad morze.
c.d.n.

sobota, 18 sierpnia 2012

II c.d.

Podróż nie trwała długo, akurat tyle, by nieco się zdrzemnąć. Sonia wysiadła z autokaru nieco rozespana a gdy jechali do domu tramwajem obojętnie patrzyła w okno.
Miasto odbudowywało się  po zniszczeniach wojennych, wszędzie było dużo rusztowań, kręciło się na nich
wielu robotników.  Pomału ruiny znikały i zaczęły wyrastać nowe budynki.
Gdy Sonia weszła do mieszkania wydało jej się nieco obce. Podeszła do okna i aż jęknęła  - ulica była daleko w dole, za to wzrok jej sięgał  w stronę odległych domów. Gdy chciała zobaczyć co dzieje się pod domem, musiała przysunąć krzesło, stanąć na nim i wychylić się z okna, czyli zrobić to, czego nie wolno było robić.
Znacznie bardziej podobało się Soni w pensjonacie - tam  mieszkali na parterze i wszystko było na wyciągnięcie ręki - zawsze widziała tych, którzy przechodzili  ścieżką pod oknem, na trawniku kwitły kwiaty a listki najbliższego drzewa mozna było niemal dotknąć.
Sonia zajrzała natychmiast do swego kącika z zabawkami. Lalki siedziały rządkiem tak, jak je poukładała przed wyjazdem ciotka.Obok nich ze smętną miną siedział żółto-brunatny miś. Jedną łapkę miał obwiązaną
bandażem. Była to łapka,  z której Sonia  "pobierała krew na OB". Miś znacznie gorzej niż Sonia znosił owe zabiegi - materiał w tym miejscu był już mocno nadwyrężony.
Sonia rozwinęła bandaż, z powagą obejrzała uszkodzone miejsce i postanowiła następne zabiegi przeprowadzać cienką i ostrą igłą, a nie tępym drutem z  zaokrąglonym końcem.
Z własnych doświadczeń wiedziała, że gdy igła jest cienka i ostra to pobieranie krwi zupełnie nie boli. Krew miała pobieraną regularnie co dwa tygodnie i za każdym razem, gdy pielęgniarka szykowała jej rękę do pobrania krwi, Sonia z powagą mówiła -"proszę o cienką i ostrą igłę, żeby mnie nie bolało".
Pielęgniarki się uśmiechały, potem wyszukiwały w pojemniku właśnie taką igłę, pokazywały ją Soni, a potem mocowały w strzykawce. To były bardzo miłe panie, zawsze uśmiechnięte.
Pani doktor też była miła - zawsze z Sonią rozmawiała poważnie, tłumacząc jej dlaczego musi codziennie łykać duże ilości leków, dlaczego nie może biegać, musi zjadać to wszystko co jest na talerzu i koniecznie chodzić w  słoneczne dni w słomkowym kapeluszu z dużym rondem.
Sonia bez szemrania łykała wszystkie leki, nawet te w wielkich opłatkach, przy połykaniu których nieco się dławiła. Bardzo chciała wyzdrowieć i nie chciała być  w sanatorium. Znacznie milej było w domu, choć
ciotka wielce ją musztrowała i życie Soni składało się głównie z różnych zakazów.  Jedne wynikały ze stanu
zdrowia Soni, inne z wyobrażenia ciotki o tym, jak powinno się zachowywać dziecko.
Gdy po latach Sonia mówiła o swoim dzieciństwie określiła je tak :  "właściwie swobodnie to mogłam jedynie oddychać i przełykać ślinę, wszelkie inne procesy podlegały kontroli i regulacji, oczywiście z  uwagi
na moje dobro".
Najbliższe dni po powrocie były wielce pracowite - ciotka była zajęta praniem rzeczy i szykowaniem ich
na następny wyjazd. Lekarka kazała, by Sonia od czerwca do września była koniecznie "na świeżym
powietrzu", najlepiej z dala od miasta. I ciotka, która najchętniej siedziałaby jak rok długi we własnym
domu,  trzy miesiące letnie spędzała  poza nim.
c.d.n.

piątek, 17 sierpnia 2012

I. Pamiętam....

Sonieczka stała przy rabatce z kwiatami. Bardzo lubiła na nie patrzeć, bo każdy kwiatek był w innym
kolorze. Różowe w trzech odcieniach i białe a ich listeczki przypominały koperek.
Sonieczka delikatnie głaskała płatki ciemnoróżowego kwiatka. Bardzo była pochłonięta tym zajęciem, jej małe paluszki pieściły  płatki. Pomału zapominała, że miała natychmiast wracać, że na ganku pensjonatu czekała na nią ciotka, która pozwoliła Soni pójść na chwilę do ogrodu, by pożegnała się z dziećmi, które jeszcze tu zostawały. Ale zamiast z dziećmi , Sonia żegnała się z kwiatami. Wszystkie dziewczynki były od Soni sporo  starsze i Sonia nie bardzo umiała się z nimi bawić, więc nie widziała powodu by się z nimi żegnać.
Nie mogła im wybaczyć, że śmiały się z niej, gdy  w wezbranej powodzią rzece zobaczyła utopioną świnię - świnia była paskudnie wzdęta, płynęła na grzebiecie i jej nogi sterczały sztywno w górze. A razem ze świnią płynęły deski, jakaś buda, połamane stare krzesła, gałęzie i patyki.
Widok świni tak wystraszył Sonię, że zaczęła płakać-  nigdy w swym pięcioletnim życiu nie widziała czegoś tak okropnego. Poza tym rzeka nagle stała się niesamowicie szeroka i głęboka i  pędziła z szumem . W niczym nie przypominała tej małej rzeczki w której brodziła w  wodzie po kostki, lub nad którą siedziała na małym, drewnianym pomoście. Potrafiła tak siedzieć godzinami, osłonięta dużym, słomkowym kapeluszem.
Dziś  kończył się turnus i autokar odwoził wczasowiczów do miasta.
Nagle, tuż za plecami Soni, niespodziewanie stanęła ciotka, zła jak osa. Sonia aż drgnęła i szybko zaczęła ciotkę przepraszać, że nie wróciła natychmiast. Ale ciotka chwyciła ją za rękę i zaczęła z nią biec w kierunku budynku.
Przed gankiem stał już wypełniony ludzmi autokar. Ciotka wepchnęła małą do środka, kilka pań uśmiechnęło się do nich, a wujek odetchnął z ulgą - bał się, że może Sonia wyszła sama poza teren i gdzieś się zgubiła.

W drodze do domu Sonia myślała cały czas o tym jak tu spędzała ten ostatni miesiąc. Podobało jej się tutaj - był duży  ogród, w którym rosło wiele kwiatów, niedaleko było do rzeki i lasu. Do lasu i nad rzekę chodziła zawsze z ciocią i wujkiem.
Ciocia  siedziała w cieniu pod drzewem, a Sonia na pomoście z wujkiem, który moczył wędkę w  wodzie.
Nigdy nic nie złowił i ciocia podśmiewała się z niego.
Gdy tak siedzieli na pomoście  wujek opowiadał Soni historie ze swego dzieciństwa a czasem razem z Sonią wymyślali jakieś nowe historie.
W ogrodzie Sonia bawiła się z dziećmi, ale jako najmłodsza zawsze musiała odgrywać rolę dziecka i słuchać poleceń starszych dziewczynek.
Najbardziej nie lubiła gdy kazały  jej spać, czyli leżeć z zamkniętymi oczami. Już wolała gdy wysyłały ją do
pokoju (który w ich zabawie pełnił rolę sklepu) i kazały przynieść cukierki.
Sonia przynosiła "krówki- ciągutki", z których dziewczynki gotowały zupę. Przepis  był  prosty - do kubka
z wodą wrzucały 2 lub 3 cukierki i pracowicie je rozgniatały. Na szczęście dla Soni nie upierały się by ją tym 'karmić" - same tę mieszaninę zjadały.
Monotonny warkot autokaru uśpił część pasażerów, a wśród nich i Sonię.

c.d.n

sobota, 4 sierpnia 2012

Zła miłość

Dotychczas pisałam o tym co było, a teraz coś co się dzieje tu i teraz. Tu- to nie znaczy w Polsce, ale
w Europie. Te historię opowiedziała mi właśnie wczoraj moja M, która aktualnie mieszka za naszą
zachodnią granicą. M. jest rodowitą  Kolumbijką, znamy się już 36 lat i wciąż żałujemy, że ostatnio tak daleko od siebie mieszkamy, a kiedyś dzieliło nas tylko  jedno piętro.
Kilka lat temu M.poznała Henriettę, która również jest Kolumbijką. U naszych zachodnich sąsiadów jest sporo imigrantów przeróżnych narodowości.
Henrietta ma aktualnie ponad  40 lat, ma nieletnią córkę z poprzedniego związku, którą wychowuje samotnie. Związek z ojcem dziewczynki był tak nieudany, że Henrieta omijała wszystkich mężczyzn szerokim łukiem.
Ale pewnego dnia stanął na jej drodze Afgańczyk - był wysoki, przystojny, jego czarne oczy w kształcie migdałów  wpatrywały się intensywnie w Henriettę, a obrazu dopełniała gęsta siwa, a właściwie całkiem biała czupryna. Był miły, szarmancki, nie szczędził Henrietcie komplementów, zachwycał się małą.
Jakimś cudem wszystkie złe doświadczenia Henrietty zbladły bardzo a po 2 miesiącach uleciały gdzieś w Kosmos.
Ahmed już od wielu lat mieszkał w Europie, cała jego duża rodzina również. Ahmed pomieszkiwał często
u Henrietty i w krótkim czasie powiedział swej rodzinie o Henrietcie i o tym, że  chciałby, by została jego żoną.
Pewnego pięknego dnia zaprosił Henriettę do swej rodziny. Henriettę obejrzało i przepytało chyba z 15 osób, a głównie najstarszy brat Ahmeda i matka. Bratu Ahmeda spodobała się kandydatka na bratową i
 dał pozwolenie na ślub.
Pewnie nie wszyscy wiedzą, ale nawet długoletni pobyt w Europie w niczym nie zmienia obyczajów wielu imigrantów. W tej rodzinie wszyscy byli muzułmanami, poza tym skrupulatnie przestrzegali różnych praw tak, jakby nadal byli w Afganistanie.Przede wszystkim zażądali, by został spisany kontrakt ślubny, który miał duże znaczenie w razie rozwodu.W kontrakcie, który jest spisywany u notariusza, żona określa kwotę, którą w przypadku rozwodu (nie ważne z czyjej winy) będzie jej musiał wypłacić  mąż.
Henrietta potraktowała to jak żart i wpisała jako kwotę odszkodowania 1 euro. I nie na wiele się zdały
namowy notariusza, by jednak się zastanowiła i wpisała naprawdę sporą sumę, np. 500 tys. euro.
Henrietta była głucha na wszelkie perswazje.
Po ślubie okazało się, że Henrietta pomimo starań ze strony Ahmeda, nie może zajść w ciążę, a Ahmed koniecznie chciał mieć własne dziecko. Henrietta została zakwalifikowana do zabiegu in vitro. Ale zabieg udał się dopiero za trzecim  razem.**
Ponieważ Henrietta nie była już młodą matką, lekarz nalegał, by wykonać badania prenatalne, ale Ahmed nie wyraził zgody na nie.
Urodziła  synka, niestety z zespołem Downa. I dopiero wtedy okazało się, że w rodzinie Ahmeda jest aż dwoje dzieci z zespołem Downa o czym  nie raczył poinformować wcześniej ani Henrietty ani lekarzy.
Gdy malec miał ze dwa miesiące  Ahmed oświadczył Henrietcie, że chce adoptować jej córkę i składa w sądzie odpowiednie dokumenty, a ona powinna na to wyrazić zgodę, bo przecież teraz to oni są rodziną i on będzie ojcem małej.
 I choć wszyscy znajomi Henrietty odradzali jej to,  ona podpisała zgodę. Gdy maluszek miał roczek, Henrietta zachorowała. Po wielu badaniach okazało się, że ma raka tarczycy, a do tego część węzłów chłonnych była zaatakowana. Gdy tylko wróciła ze szpitala, Ahmed powiedział, że muszą znów podjąć
starania  o kolejne  dziecko. Wściekł się, gdy lekarz powiedział, że to niemożliwe, że trzeba minimum 6 miesięcy odczekać.
Zwołano naradę rodzinną, na której poinformowano Henriettę ,  że ona musi  nauczyć się języka  afgańskiego i czym prędzej przejść na islam. Jeśli tego nie zrobi  Ahmed się z nią rozejdzie. Oczywiście
dzieci też będą wychowane w tej religii.
Henriettcie jest już w tej chwili wszystko jedno. Bardzo zle się czuje, kolejne badania wykazały, że są przerzuty do kolejnych węzłów chłonnych. Lada dzień będzie operowana.
A ukochany mąż daje jej do zrozumienia, że teraz, gdy jest chora to przestała mu się podobać , bo w niczym
nie przypomina tej wesołej, ładnej kobiety, którą poznał 5 lat temu.
M. Bardzo się martwi o Henriettę i jej córeczkę.  Uważa, że Ahmed celowo adoptował pasierbicę - nie z miłości do dziecka, ale po to, by miał się kto opiekować jego synem z zespołem Downa.
Słuchałam tego, co opowiadała M. i włosy mi się jeżyły na głowie. A najgorsze, że naprawdę nie wiadomo jak pomóc Henrietcie, która nadal kocha Ahmeda szaleńczą, ślepą miłością.
Macie jakiś pomysł?  bo ja  nie.

** In vitro było robione w Czechach, bo tam było najtaniej.  Ich, z różnych przyczyn nie obejmowało darmowe in vitro, więc szukali gdzie można ten zabieg przeprowadzić najtaniej.