niedziela, 23 września 2012

cz.IV

Zapadał zmierzch. Iza niespiesznie wracała do domu. Była zmęczona, musiała zostać dłużej w pracy.
To był ciężki dzień, w pracy odbywał się audyt. Musiała przygotować odpowiednie dokumenty,
złożyć nieco wyjaśnień, pochować na miejsce to wszystko, co już kontrolerzy sprawdzili,
przygotować następną porcję dokumentów na następny dzień. A poza tym było dużo spraw
bieżących, których nie można było odłożyć " na potem". Przekonała się kiedyś, że wystarczy
jeden dzień potraktowany "ulgowo"  by tworzyły się zaległości. Z tego też powodu toczyła
ciągłe wojny z oddziałami w  Krajach Bałtyckich, które nieregularnie nadsyłały dane, niezbędne
do rozliczeń.
W  domu w pierwszej kolejności wzięła prysznic ,potem otulona ciepłym szlafrokiem zrobiła
 sobie herbatę "zimową" z cynamonem i imbirem. Imbir rozgrzewał, a cynamon niwelował
całodniowe zmęczenie. Nie jadła jeszcze obiadu, ale gdy była bardzo zmęczona nie miała
ochoty na jedzenie.
Pomału, obejmując czule kubek, sączyła herbatę. Myślami wciąż była w pracy, zastanawiała
się czy wszystko na jutro ma przygotowane.
Dziś zrobiło jej się bardzo miło, gdy usłyszała z ust z jednej kontrolerek uwagę, że cała
dokumentacja jest prowadzona jasno i przejrzyście i do tego na czas przygotowana.
Z zamyślenia wyrwał ją dzwonek telefonu.  Pomału podeszła do biurka  z kubkiem w dłoni
i podniosła  słuchawkę, dość cicho mówiąc : "słucham"
W słuchawce męski, obcy głos  powiedział: "dobry wieczór, mówi Darek N., czy mogę
rozmawiać z Izą?
Iza pospiesznie odstawiła kubek z herbatą i niemal wyszeptała: "możesz, to ja, Iza".
Przysunęła sobie krzesło i usiadła. Z wrażenia  nieco jej mowę odjęło. Tyle czasu czekała
na ten telefon, potem straciła nadzieję, że zadzwoni, a teraz  nawet nie wie co ma powiedzieć.
Na szczęście Darek przejął inicjatywę. Przeprosił, że tak długo nie telefonował, ale wpierw
był na trzytygodniowym szkoleniu poza Polską, potem musiał pojechać do swego  syna,
z którym jego była żona ma dość  poważne  kłopoty wychowawcze. A po powrocie
niemal codziennie musiał pracować do póznego wieczora i dopiero teraz ma nieco więcej
wolnego czasu, więc dzwoni, by się dowiedzieć co u niej się dzieje i by wyegzekwować
 "ową wdzięczność za okazaną jej pomoc", zakończył ze śmiechem.
Prawdę mówiąc, Iza była gotowa  już choćby dziś lecieć na to spotkanie, ale opanowała się
i umówili się na najbliższą sobotę, w południe. I było to naprawdę dobre  rozwiazanie, bo
z rozmowy wynikało, że oboje są zapracowani.
Zrobiła sobie kanapki, drugi kubek herbaty i zaczęła intensywnie rozmyślać nad tym, co
powiedział Darek.Nic o nim nie wiedziała - poza tym, że mieszka w pokoju z kuchnią
i ma jedno łóżko, a raczej  rozkładaną sofę i że niezle się prezentuje w obcisłych
bokserkach w jakiś mały wzorek. No a teraz dowiedziała się, że  jest  "facetem po
przejściach" i ma dziecko płci męskiej.
Potem zaczęła się zamartwiać jak każda kobieta -  przecież nie mam co na siebie włożyć!
muszę coś zrobić z włosami, są okropne! muszę zrobić manicure! ojej, jak ja przeżyję
do soboty.
Z jednej strony cieszyła się, że Darek zadzwonił, z drugiej obawiała się tego spotkania.
Rozsądek jej podpowiadał, że  dobrze się stało, że ma  kilka dni na przygotowanie
się do tego, z drugiej strony te  kilka dni zdawały się wiecznością.
Bała się trochę tego spotkania a jednocześnie bardzo na nie czekała.
c.d.n.

sobota, 22 września 2012

III.

Iza siedziała w domu, wpatrując się w tępo w aparat telefoniczny. Już trzeci dzień czekała  na telefon
od Darka. Rozstali się w miły sposób, choć Iza nie pozwoliła się odwiezć do domu i wezwała taksówkę.
Mówiąc Darkowi, że czuje się jego dłużniczką, zapytała czy jest coś, czym mogła by się mu zrewanżować
za pomoc w tej tak osobliwej dla niej sytuacji. I Darek poprosił o dwie rzeczy - o numer jej telefonu oraz
o wspólną wyprawę na koncert do Filharmonii lub na którąś z oper.
A teraz od trzech dni wracała z pracy do domu niemal biegiem i spędzała czas  czekając na telefon.Zupełnie jakbym miała 15 lat- ganiła siebie w myślach. Przez te trzy dni na nowo przeżywała  to wszystko, co ją spotkało. Rzeczywiście, wypiła kilka mieszanych drinków, bo twierdziła, że bez trudu rozpozna smakowo składniki. Gdy trzy razy pod rząd odgadła skład, poczuła, że nie bardzo może ruszyć się z miejsca. I wtedy ktoś podaj jej kolejną szklaneczkę. Upiła łyk i szybko odstawiła z powrotem, bo poczuła mdłości.
Z trudem dotarła do łazienki. Wyszła stamtąd zielona i poprosiła Majkę, by wezwała taksówkę, bo ona bardzo zle się czuje. Nie bardzo pamiętała co było dalej. Ocknęła się dopiero u Darka w domu.
Bardzo się martwiła, co sobie Darek o niej pomyśli. Poza tym była przerażona, że widział ją w majtkach i staniku, a więc widział  "te grube uda, niezgrabne nogi i małe piersi".
Wpatrywała się w telefon i rozmyślała ponuro: " nie zadzwoni, przecież mu się  na pewno nie spodobałam, miałam rozmazany tusz na rzęsach, byłam schlana jak ostatni pijak, do tego widział mnie niemal nagą i
z całą pewnością nie zrobiłam na nim dobrego wrażenia. Ale ładnie to ujął - nie kocha się z nieprzytomnymi
dziewczynami wbrew ich woli, chyba tak powiedział, albo coś w tym stylu.Ale może gdybym była sexi
to jednak by się skusił? Zresztą on jest całkiem fajny, ma zgrabny tyłeczek w tych obcisłych  bokserkach.
I wysoki, zgrabny jest. Ale nie wiem jakie ma oczy, szkoda, że się nie przyjrzałam"
Dni mijały jeden za drugim, codziennie Iza zaklinała telefon by wreszcie zadzwonił. Miała nawet zamiar
poprosić Majkę o jego telefon, ale w ostatniej chwili zrezygnowała z tego pomysłu, bo Darek nie mówił
nic Majce o tym, że ten kawałek nocy i nieco soboty Iza spędziła u niego. Iza była mu za to bardzo wdzięczna. Przynajmniej nie była sensacją w biurze.
Weekend Iza spędziła na sprzątaniu mieszkania,  praniu, porządkowaniu dokumentów w komputerze
i tłumaczeniu samej sobie, że należy przestać wyczekiwać na telefon, że Darek nie zadzwoni, że
o koncercie lub operze wspomniał przez grzeczność. Zresztą  taki fajny facet z całą pewnością nie
jest samotny  i "takich Iz"  ma na pęczki.
W niedzielne popołudnie zadzwoniła do "ostatniej deski ratunku", czyli kolegi, z którym się spotykała
raz na jakiś czas, głównie wtedy, gdy nie chciała iść sama do kina. Teraz też  "ostatnia deska ratunku"
 miał czas i wybrali się do kina. Idąc na to spotkanie myślała ponuro : "jesteśmy oboje jakby poza
nawiasem, on nie ma żadnej dziewczyny, ja nie mam faceta, a razem nam też  nie po drodze. Paranoja jakaś."
cd.n

piątek, 21 września 2012

cz.II

Co jest, co mnie przygniotło? zastanawiała się Iza, usiłując otworzyć oczy. Z trudem otworzyła jedno
oko i szybko je zamknęła, bo oko jej utknęło na plakacie wiszącym na wprost niej.
Ponowiła próbę otwarcia oczu i zobaczyła plakat w pełnej krasie. W tej chwili w jej zaspanej głowinie
rozległ się alarmowy dzwonek - gdzie ja jestem??? I co to leży na moim biuście???
Uniosła lekko głowę, w której wraz ze zmianą pozycji zaczęła się kręcic szaleńcza karuzela i rozległo
się dziwne dudnienie.
Pomimo tych dolegliwości rozejrzała się  dookoła. Leżała w obcym pokoju, w samej bieliznie, obok leżał jakiś obcy facet, którego ręka spoczywała bezwładnie na jej klatce piersiowej.
Cholera, gdzie ja jestem???- wycharczała głośno i  zrzuciła rękę, która ją przygniatała.
Meżczyzna, który leżał obok obudził się, spojrzał na nią z uśmiechem i powiedział:
-ooo, widzę,że już dochodzisz do siebie. Poleż, zrobię ci kawę z cytryną, szybciej się pozbierasz.
-Ale gdzie ja jestem?  I właściwie kim ty jesteś? Dlaczego ja tu jestem?- wyjęczała Iza, czując,
że pomału wpada w panikę. Oczami wyobrazni widziała siebie zgwałconą a na dodatek zarażoną nie wiadomo czym i w niechcianej ciąży.
Chłopak  wstał, założył podkoszulek i  wyszedł z pokoju.
-Zaraz  ci wszystko opowiem, tylko zrobie kawę, ja też muszę dojść do siebie, bo dużo to przez ciebie nie
spałem.
Iza padła bezwładnie  z powrotem na poduszkę, usiłując przypomnieć sobie miniony  wieczór.
W głowie miała całkowitą pustkę, każdy ruch powodował zawroty głowy i dziwne dudnienie, czuła niesmak okropny w ustach, wargi miała wyschnięte.
-Chyba jestem chora i to bardzo, pomyślała.I kto to jest , ja go chyba nie znam. I co ja z nim robię
w jednym łóżku? A może ktoś mi wrzucił  do drinka tabletkę gwałtu? - rozmyślała gorączkowo.
Do pokoju wrócił  "obcy facet"  niosąc 2 kubki parującej kawy, cytrynę i paczkę herbatników. Przysunął
do łóżka mały stolik i usiadł na brzegu łóżka.
-A ty zawsze tak się zalewasz? Po co próbowałaś wszystkich drinków po kolei? Takie mieszaniny mogą człowieka wyprawić na drugi świat. Padłaś jeszcze na imprezie, więc Majka zadzwoniła po mnie, żebym
cię odwiózł do domu, ale  nie znałem twego adresu, a ty nie kontaktowałaś, więc Cię przywiozłem do
siebie. Nie mam drugiego łóżka,  więc  wylądowałaś w moim. A tak w ogóle to jestem Darek, kuzyn
Majki. I, przysięgam, tylko spaliśmy w tym łóżku. Nie mam zwyczaju kochać się z nieprzytomnymi,
nieznajomymi dziewczynami. A teraz wypij kawę z cytryną, zjedz herbatnika i pośpij. Masz po prostu
gigantycznego kaca. Jak dojdziesz do siebie, to  cię odwiozę do domu. No, nie rycz tylko, bo to mnie
złości. Każdemu zdarza się takie "kuku", niektórym to nawet często.
Iza wypiła kilka łyków kawy z cytryną, uśmiechnęła się blado i......zasnęła.
Darek odczekał jeszcze kilkanaście minut i cichutko wyszedł z mieszkania. Przy łóżku zostawił kartkę
 z informacją, że wróci około 15-tej.
Pojechał do Majki, by dowiedzieć się czegoś  więcej o swoim niespodziewanym gościu.
c.d.n.

czwartek, 20 września 2012

Kilka dni z życia kobiety. Część I.

Iza stanęła przed lustrem. Z niechęcią patrzyła na swe odbicie - bardzo nie lubiła swego  wyglądu.
Z lustra spoglądała na nią blada twarz, okolona włosami o nieokreślonym kolorze.Teoretycznie
była zaliczana do blondynek, a tak naprawdę był to kolor bez nazwy. Do tego wszystkiego włosy
przypominały cienkie druty, było ich niewiele i  na drugi dzień po umyciu  zwisały smętnie. Kiedyś
koleżanki namówiły Izę na trwałą ondulację - był to zupełnie chybiony pomysł . Włosy wyglądały
dobrze tylko w dniu, w którym była u fryzjerki - po dwóch dniach przypominały watę.
A dziś Iza wybierała się  na imieniny koleżanki z pracy - wcale nie miała ochoty na tę imprezę, ale
koleżanka bardzo nalegała. Tłumaczyła Izie, że nie może przecież żyć jak mniszka - żadnych randek, spotkań, wypadów do kina czy też do pubu.
 Dziewczyno- mówiła Kasia- masz przecież dopiero 28 lat, nie możesz się zamykać w domu!
Ale Iza wiedziała swoje - jest brzydka, nieatrakcyjna, ma małe oczy, duży nos, kiepskie  włosy,
za krótką szyję, małe piersi, za grube uda i łydki,  za mało wciętą talię. Jak dotąd nikt się nie
palił, by się z nią spotykać, wszystkie koleżanki miały "adoratorów", niektóre już wyszły za mąż,
 a ona wciąż sama.
Nie lubiła spotkań w pubie - piwo nie było jej ulubionym napojem, w ogóle nie lubiła napojów
wyskokowych, czasem wypiła kieliszek lekkiego, białego wina. Na imprezy "integracyjne" też
nie chodziła  - pod koniec imprezy  niemal wszyscy byli pijani, a ona trzezwa, więc nie bardzo
mogła pojąc z czego się inni śmieją. Czasem miała wrażenie, że właśnie z niej,  z tego, że tkwi
na imprezie sama, podpiera ścianę lub pilnuje torebek tańczących koleżanek.
Zaczęła się pomału szykować do wyjścia. Postanowiła, że tym razem nie pójdzie w sukience,
a w spodniach i tunice.
Z pomocą pianki i żelu z woskiem jakoś ułożyła włosy, wytuszowała rzęsy, przyciemniła brwi,
nałożyła  cień na powieki, musnęła policzki opalizującym pudrem , usta pociągnęła dość jasną
szminką.
Skontrolowała swój wygląd w lustrze i pomyślała - no cóż, lepiej nie będzie. Jeszcze tylko
buty ( tym razem założyła niezbyt wysokie szpilki)) sprawdziła zawartość swej małej torebki
i wyruszyła w drogę.
c.d.n.

środa, 12 września 2012

XX

Dni dłużyły się ciotce  niemiłosiernie. Tęskniła za Sonią  ogromnie, nie mogła się na niczym skupić.
W pokoju Soni znalazła niedokończony szalik dla Jerzego. Postanowiła go skończyć i wysłać
chłopakowi do Wrocławia.
Listy od Soni przychodziły rzadko, każdy za to był z fotkami - Sonia z kangurem, Sonia pod
drzewem, na którym siedzi koala, Sonia z walabią, Sonia w otoczeniu Aborygenów, Sonia
w stroju  płetwonurka, Sonia z delfinem.
Ciotka usiłowała  wydedukować czy Sonia jest tam szczęśliwa czy też nie za bardzo, ale nie
było to łatwe.
W jednym z listów Sonia napisała, że pozostanie w Australii i tu skończy liceum, po którym
 pójdzie na studia. Chce studiować oceanografię. No tak- pomyślała ciotka- wodę ma
dookoła, więc to chyba nic dziwnego. Ale nie była przekonana  do tego pomysłu.
Sonia pisała coraz rzadziej, a ciotka  pomału wracała do równowagi.
Pogodziła się z myślą, że Sonia już nie wróci. Jerzy raz w miesiącu przesyłał pozdrowienia
i kilka zdań informujących, że ma nadal kontakt z Sonią, pisał też, że stara się zdawać
egzaminy w "zerowych terminach" i dzięki temu już zaczął przymierzać się do pracy magisterskiej.
Ani się ciotka obejrzała, a minął rok od wyjazdu Soni.
Listy przychodziły dość regularnie, niektóre były ostemplowane pieczątką, że list był uszkodzony,
więc został  zabezpieczony przez urząd pocztowy.  Nie było to  w tym okresie niczym
nadzwyczajnym, wiele listów z zagranicy dochodziło do adresatów w takim właśnie stanie.
Po prostu "władza" musiała wiedzieć o czym  ludzie piszą. A z listów Soni to się pewnie
niewiele dowiadywali, bo jej listy nie dotyczyły  nigdy spraw politycznych, nie opisywała
nawet zbyt dokładnie życia, jakie prowadzi. Ciotka miała wrażenie, że ktoś te listy czyta nim
Sonia je wyśle Może Tuśka, może Peter? Były to listy  mocno " wyważone", trochę jakby
bezosobowe.
W jednym z listów przysłała zdjęcie nowego domu - nie był domem okazałym, był parterowy,
nieco w stylu śródziemnomorskim, bo miał patio. Dookoła domu był spory ogród, który
Sonia nazwała miejscem dość niebezpiecznym, bo któregoś dnia  odwiedził go wąż.
Trzeba było wezwać specjalistę, który węża usunął. Wprawdzie nie był to wąż jadowity i jak
 wszystkie i nie rzucał się  na ludzi , ale zaskoczony mógł ugryzć, co mogło być bolesne.
Dni płynęły ciotce monotonnie i nawet fakt, że  została babcią nie zakłócił tej monotonii.
Córka mieszkała w drugim końcu Polski, widywały się rzadko, bo córka była zła na swą
matkę, że ta zaoopiekowała się Sonią.

Od wyjazdu Soni minęły już niemal 3 lata. Jerzy obronił pracę magisterską, pracował pod
Warszawą, tam też mieszkał w wynajętym "pokoju przy rodzinie" ,  za który płacił jego
zakład pracy. Czasami odwiedzał ciotkę i wujka Soni.
Wspólnie zastanawiali się jak naprawdę  jest tam  Soni. Jerzy otrzymywał listy częściej
niż ciotka. 
Ciotkę zżerała nieco ciekawość,o czym to Sonia pisuje do Jerzego, ale nie śmiała
zapytać o to Jerzego. Chcąc zachęcić go do zwierzeń w tej materii, czytała mu  listy, które
dostała od Soni. Ale Jerzy nie zrewanżował się podaniem treści listów, które otrzymywał.
Dziwiła się , że młodzi nadal korespondują, podpytywała go co robi po pracy, czy ma
wielu kolegów,  czy w pracy  jest dużo kobiet itp. A Jerzy na wszystko odpowiadał, ale
nic a nic nie rozjaśniało się w głowie ciotki.

Pewnego sierpniowego popopłudnia,  gdy ciotka zmęczona  upałem i codzienną krzątaniną
położyła się na sofie, zadzwonił telefon. Bardzo niechętnie podniosła się z sofy i poczłapała
w stronę biurka, na którym stał aparat.
"Taaak, słucham" - wysapała w słuchawkę.
"Ciociu, dzień dobry, to ja, Sonia. Czy mogę teraz przyjść do domu?"
Biednej ciotce  aż głos odebrało - zupełnie nie mogła pojąc o co chodzi. Przecież Sonia daleko
to jak tu przyjdzie?
"Sonia, to ty? O co ci chodzi? Nic nie rozumiem"
"ciociu, za chwilę będę" - ciotka usłyszała tylko trzask odkładanej słuchawki. Stała przy biurku
trzymając słuchawkę przy uchu, wreszcie ją pomału odłożyła na widełki.
Pewnie zwariowałam,  albo mi się coś przyśniło - pomyślała.
W pół godziny pózniej zadzwięczał dzwonek do drzwi. Była pewna, że to mąż zapomniał znów
klucza - coraz częściej czegoś zapominał.
Otworzyła drzwi i ......na progu stała Sonia razem z Jerzym. Zdumienie i radość ciotki niemal nie
miały granic. Pewnie gdyby była mniej zmęczona to zaczęłaby radośnie podskakiwać.
Gdy wreszcie  wypuściła Sonię ze swych objęć, spojrzała groznie na Jerzego.
"Ty niedobry człowieku, dlaczego mi nie powiedziałeś?  Upiekłabym coś dobrego."
Usiedli razem przy stole, ciotka szybciutko zaparzyła kawę,wyciągnęła jakieś "dyżurne"
herbatniki i kazała Soni  wszystko po kolei opowiadać - dlaczego przyjechała, czy na stałe, jak
jej  tam naprawdę było w Australii.
"Ciociu , przyjechałam , bo chcę wziąć ślub z Jerzym. Matka nie chciała o tym  słyszeć, ale
w domu rządzi Peter i on  ją jakoś przekonał. Ja mam teraz obywatelstwo australijskie, jestem
pełnoletnia i mama niewiele może teraz mi zakazać. Zresztą od roku mieszkam oddzielnie.
Przywiozłam wszystkie  dokumenty , łącznie z tłumaczeniem na język polski. Jutro składamy
dokumenty, za miesiąc wezmiemy ślub. A potem Jerzy będzie mógł do mnie przyjechać.
Peter  powiedział, że w razie potrzeby  pożyczy Jerzemu pieniędzy, by mógł spłacić dług
z umowy patronackiej z zakładem pracy. Wiesz, Peter jest naprawdę fajnym facetem".
W trzydzieści cztery dni pózniej odbył się ślub cywilny. Ciotka spłakała się na nim bardzo.
W dwa tygodnie po ślubie Sonia odleciała do Australii. Załatwianie wszelkich formalności
wyjazdowych dla Jerzego, rozliczeń z zakładem pracy i tym podobnych spraw trwało
niemal  pół roku.

I można by powiedzieć, że żyli długo i szczęśliwie. Ale nad Sonią naprawdę wisiało jakieś
fatum.
Niewątpliwie było to bardzo udane małżeństwo - kochali się naprawdę mocno, Jerzy
bez trudu dostał pracę, Sonia ukończyła studia, zamieszkali niedaleko Tuśki i Petera.
Siedem lat wspólnego życia  minęło niczym jedna, wielka , szczęśliwa chwila.
W trzy dni po tym, gdy Sonia dowiedziała się, że będzie matką, Jerzy zginął w wypadku
awionetki, którą leciał razem z kolegą.
Sonia, dzięki pomocy Tusi i Petera jakoś doszła do siebie. Trzymała ją przy życiu myśl, że nosi
w sobie  cząstkę Jerzego.
We właściwym terminie na świat przyszedł śmieszniutki, chudziutki i długi niemowlak płci
męskiej.Na pierwsze imię dostał Jerzy, na drugie - Piotr.
Gdy synek miał  8 lat, poznała człowieka, któremu udało się obudzić miłość w jej zbolałym
sercu.
Do Polski przyjechała gdy jej syn zaczął studiować.Pół roku wraz z mężem spędzali
w Polsce, pół roku w  Australii.  W Australii spędzali tamtejszą zimę, w Polsce- polskie lato.
                                                     koniec.





wtorek, 11 września 2012

XIX

Ani dobra kawa ani domowe ciasto nie poprawiły nastroju wujostwu i Jerzemu.
Wszyscy zastanawiali się jak sobie Sonia da radę w podróży, czy będzie jej tam dobrze, czy
wróci po wakacjach czy też  zostanie.
Jerzy szykował dla Soni niespodziankę, ale  gdy napisała mu, że wyjeżdża, nie napisał o tym
ani słowa. Nie chciał by miała  przed wyjazdem jeden problem więcej do rozwiązania.
Kilka dni wcześniej podpisał umowę patronacką z biurem konstrukcyjnym mającym swą
siedzibę dwadzieścia kilka kilometrów od Warszawy. Gdy tylko skończy studia i obroni pracę
magisterską ma zapewnioną pracę w tym biurze przez kilka lat  oraz otrzyma mieszkanie
zakładowe w Warszawie, a  do czasu otrzymania tego mieszkania zakład pracy zapewni mu
lokum w wynajętym mieszkaniu.
Gdyby nie jego uczucia do Soni, byłoby mu wszystko jedno gdzie podjąłby pracę - w jego
specjalności pracy nie brakowało.
Ciotka widziała, że młodego człowieka coś gnębi, ale nie bardzo wiedziała jak zacząć na
ten temat rozmowę.
Przypomniała sobie, że Jerzy uciekał z bratem z wileńszczyzny, gdy wkroczyli tam sowieci
i zapytała się czy mógłby o tym opowiedzieć. Okazało się, że obaj chłopcy byli wtedy
zupełnie małymi dziećmi, starszy brat Jerzego miał wówczas 12 lat, a on zaledwie 4 lata.
Mieszkali wtedy na peryferiach Wilna i gdy sowieci zaczęli wysiedlać Polaków, matka
odprowadziła chłopców do znajomej  leśniczówki, mówiąc, że za kilka dni po nich wróci.
Oczywiście nigdy po nich nie wróciła. Została wywieziona niemal w pierwszej kolejności.
Została potraktowana jako wrogi element - wszyscy wiedzieli, że jej mąż był w wojsku.
Wywiezli ją, babcię staruszkę i jej młodszą siostrę.
Chłopcy ocaleli przypadkiem - leśniczyna kazała im zawsze być na skraju młodnika oddalonego
ok. 100 m od domu i nie pokazywać się na podwórku za dnia. A gdyby zobaczyli
kogoś obcego mieli wejść głębiej w młodnik, tam się schować i przeczekać.
Któregoś dnia, gdy już mieli iść do domu, Witek, brat Jerzego usłyszał warkot motoru.
Czym prędzej pociągnął małego w głąb młodnika. Przesiedzieli w nim do rana dygocąc
z zimna.  Rano Witek poszedł na zwiady - dom był pusty, wszystko pootwierane, rzeczy
splądrowane. Witek zszedł do piwniczki, która była wykopana pod komórką na
narzędzia i drewno. Było tam trochę zapasów żywności, 1 koc, kożuch. Z  duszą na ramieniu
wrócil do domu, znalazł jakąś płachtę, do której zapakował cały dobytek i pobiegł do młodnika
po Jerzego. Ruszyli głębiej w las. Las był ich domem niemal rok. Witek kierował się
na zachód. Kilka razy spotkali ludzi,  partyzantów. Bo tam istniała partyzantka, choć może mało
kto o tym wiedział.
Dzięki pomocy "leśnych ludzi" dzieciaki trafiły do Polski, do dalekiej rodziny ojca. Gdy tylko
dotarli na miejsce, Witek zawrócił  z powrotem - miał nadzieję, że może po drodze, w lesie,
 wśród "leśnych", spotka ojca. I nigdy więcej Jerzy nie widział już ani matki ani brata, ani ojca.
Po latach spotkał kogoś, kto mu powiedział, że brata złapali sowieci i wywiezli, a ojciec podobno
zginął w czasie  walki, ale nikt nie wiedział gdzie i kiedy.
Ciotka słuchając tej opowieści spłakała się serdecznie, a wujek  mruczał pod nosem: "draństwo,
czyste draństwo".
Gdy Jerzy wyjeżdżał z powrotem, został zaopatrzony w różne  rarytasy z domowej spiżarni,
a ciotka prosiła go, by pisał do niej gdy tylko znajdzie wolną chwilę. Obiecała też,  że gdy tylko
Sonia przyśle  jakieś wieści, ona mu wszystko napisze.
W trzy dni póżniej zatelefonowała do ciotki jakaś obca pani, przedstawiła się jako znajoma
Petera i Tuśki i powiedziała, że Sonia szczęśliwie dotarła na miejsce i z pewnością wkrótce
dotrze list.
Od tego dnia ciotka dwa razy dziennie zaglądała do skrzynki na listy. Było jej w domu
smutno i pusto bez Soni, brakowało jej nawet bałaganu, który Sonia ciągle robiła.
I wreszcie dotarł list z Australii, a w nim zdjęcie Soni, Tuśki, małej Ani i Petera. Wszyscy
uśmiechali się radośnie.
Sonia króciutko opisała podróż, która przebiegła bez żadnych złych przygód. Napisała, że
podoba się jej w Australii, ale musi chodzić codziennie na lekcje angielskiego dla imigrantów,
poza tym Tuśka i Peter mówią do niej w domu tylko po angielsku, by prędzej nauczyła się
języka.  Narazie mieszka w pokoju z Anią, ale mała jest pogodnym dzieckiem i nie płacze
w nocy. Jeżeli Sonia zdecyduje się zostać na stałe, poszukają większego domku.
Tuśka pracuje przez pół dnia i wtedy Anią zajmuje się młoda niania, a czasami teściowa Tuśki.
Sonia narzekała trochę na upały, ale wszystko inne było wg niej niemal wspaniałe.
W następnym tygodniu miała  rozpocząć naukę jazdy samochodem, co bardzo ją
ekscytowało. Poznała też dwie rówieśnice, ale ma trudności by się  z nimi dogadać i że
od rozmowy z nimi już ją ręce bolą, bo głównie rozmawiają na migi. Do Jerzego też już
napisała. Na końcu  napisała,  że tęskni za ciotką  i wujkiem , za Jerzym też.
c.d.n.


niedziela, 9 września 2012

XVIII

Niespodziewana wizyta Tuśki dobiegła końca. Jakimś cudem Sonia miała otrzymać paszport  za
trzy tygodnie. Tuśka wykupiła dla niej bilet otwarty ( w obie strony), ważny aż rok. Założyła
Soni konto dolarowe by nie leciała w drogę bez pieniędzy i  miała  czym opłacić ewentualny
nadbagaż.
Zrobiła listę rzeczy i dokumentów, które Sonia miała ze sobą zabrać.Do samego końca
swego pobytu codziennie przychodziła do siostry i całymi godzinami "konferowały".
Ciotka wciąż zastanawiała się, kim naprawdę jest mąż Tuśki. Czy naprawdę jest  tylko
świetnym chirurgiem znanym w wielu krajach? I czy będzie dobry dla Soni? I czy Soni będzie
się podobało w Australii? Czy będzie chciała tam zostać? I czy jeszcze kiedykolwiek zobaczy
Sonię?
Tuśka starała się z całych sił uspokoić siostrę, tłumacząc, że nie jest wcale ważne  kim był
Peter.  Z pewnością nie zbrodniarzem wojennym. I z całą pewnością był lekarzem, bardzo
dobrym chirurgiem, o którego zabiegały najlepsze kliniki. Dla Tuśki był istotny fakt, że
Peter bardzo o nią dbał, był czuły, troskliwy i że zgodził się, by sprowadziła do siebie
Sonię i tak wiele pomógł w załatwianiu tych spraw. A dlaczego nie  zostali w Anglii? Pewnie w
Australii oferowali mu  lepsze warunki.
Żeby było dziwniej, Tuśka nie życzyła sobie by rodzina odwiozła ich na lotnisko. Tłumaczyła, że
razem z nimi leci znajomy lekarz, że ona tak bardzo nie lubi pożegnań, że woli pożegnać się
w domu, bo pożegnania doprowadzają ją do łez, a wtedy rozmazuje się jej tusz na rzęsach.
Ciotce wydawało się to wszystko dziwne, ale Sonia i wujek nie widzieli w tym nic dziwnego.
Sonia miała inne zmartwienia -    musiała o wszystkim napisać do Jerzego. Już dwa razy
zaczynała i dwa razy list lądował w koszu, podarty na drobne kawałki.
Ekscytowała ją myśl o  pobycie w Australii, ale nawet nie  umiała sobie wyobrazić jak tam będzie.
Bała się również długiej podróży samolotem  z 12- godzinną przerwą w Niemczech.
Wreszcie , w dwa dni po wyjezdzie gości, przelała wszystkie swe nadzieje i obawy na papier.
Na zakończenie napisała Jerzemu, że gdy wyjedzie, to przestanie rościć pretensje do jego
wierności wobec niej, bo przecież nie wiadomo, czy ona tu wróci.
Pisząc list wylała wiele łez i po raz pierwszy  był to list napisany mało starannie, miejscami
litery były rozmazane i nieco krzywe.
Rzeczywiście po trzech tygodniach Sonia dostała paszport, który natychmiast złożyła
w ambasadzie. Potem zarezerwowały miejsce w samolocie. Pierwszy etap podróży
wiódł do Niemiec, tam miała nocleg.
Następnym  samolotem leciała do Australii, z przerwą techniczną w Singapurze. Sonia
przez te wszystkie dni żyła jak we śnie, niekoniecznie miłym.
Dostała list od Jerzego, który zapewniał, że na nią poczeka, bo trudno przecież z góry
przewidzieć jak potoczą się sprawy. W odpowiedzi Sonia napisała kiedy wyjeżdża i
obiecała, że będzie  b.często pisać i że zawsze napisze mu prawdę co myśli i co czuje.
I nadszedł dzień wyjazdu.  Sonia czuła dziwną gulę w gardle, bolała ją głowa, bo
z wrażenia prawie wcale nie spała. Była tak zdenerwowana, że nawet  nie mogła jeść.
Z trudem przełknęła kromkę chleba i wypiła kilka łyków herbaty. Wujek sprowadził
z postoju taksówkę i wyruszyli na lotnisko.
Gdy weszli do hali , niedaleko drzwi zobaczyli Jerzego. Wyglądał nieco mizernie po
całonocnej podróży. Sonia rzuciła mu się na szyję z głośnym szlochem.
Ciotka zdębiała, a wujek  powiedział z leciutkim uśmiechem:  "Soniu, on nigdzie nie
jedzie, nie płacz". Sonia szybko się uspokoiła, wytarła oczy i nos i podeszli do odprawy.
Jerzy powiedział pani obsługującej to stanowisko, że pasażerka  leci po raz pierwszy
sama za granicę a do tego jest niepełnoletnia, więc czy może dostać jakąś opiekę.
I Sonia dostała białą, sporych rozmiarów zawieszkę z kieszonką, w środku była  jej
karta pokładowa, na zawieszce dużymi literami wypisane imię i nazwisko Soni, a
zawieszka zawisła Soni na szyi. Potem zatelefonowała gdzieś i za chwilę przyszła
pracownica z obsługi  naziemnej, poleciła Soni by się pożegnała z bliskimi, bo za  5
minut zaprowadzi ją do stewardesy, która pomoże jej we Frankfurcie i przekaże ją
następnej stewardesie.
Siłą rzeczy pożegnanie było krótkie, a wujostwo odetchnęli z ulgą, wiedząc, że
Sonia będzie miała opiekę w drodze. Byli bardzo wdzięczni Jerzemu, że tak przytomnie
sprawę załatwił.
Poczekali na lotnisku aż do chwili gdy samolot wzbił się w powietrze. Potem wujostwo
zaprosili Jerzego do domu, na dobrą kawę i domowe ciasto.
c.d.n.