poniedziałek, 7 stycznia 2013

Zazdrość

Mam wrażenie, że nikt nie jest wolny od uczucia zazdrości.
Bo zazdrościć można na wielu płaszczyznach a do tego z różną intensywnością.
Przyznam się bez bicia - ze zwykłej zazdrości nauczyłam się haftu krzyżykowego a potem innych
technik hafciarskich - haftu wstążeczkowego i przestrzennego. Haft płaski już  miałam opanowany
znacznie wcześniej, jeszcze w szkole.
Wpierw tylko  podziwiałam różne obrazki haftowane przez moją bliską koleżankę, potem zaczęła
mnie zżerać zazdrość, że ja  tak nie potrafię. I tak  mnie to gryzło, że aż kupiłam  kanwę, mulinę i zaczęłam krzyżyki wyszywać. Największą frajdę  miałam wyszywając obrazki z reprodukcjami Klimta, Muchy
i Renoira. Wreszcie gdy mi zabrakło własnych ścian do wieszania tych obrazków i obdarowałam
już wszystkie chętne na nie osoby - odpuściłam.
Co ciekawe, zazdroszczę  ludziom systematyczności, bo jestem bardzo niesystematyczną osobą -
zawsze pracowałam zrywami, ale nigdy nie "zawalałam" żadnych terminów. Po prostu  wolałam wszystko
zrobić hurtem, nawet zarywając noce niż rozłożyć  to wszystko na "kawałki". I to mi zostało - i choć
dobrze wiem, że lepiej byłoby codziennie coś z prac porządkowych w domu zrobić - odkładam wszystko
na potem. Brzydka wada, wiem.
Natomiast jakoś nie byłam nigdy zazdrosna na płaszczyznie uczuć damsko-męskich. Nie przeszkadzało mi,
że się mój ślubny czasem za  dziewczynami ogląda, mogłam w każdej chwili  się zrewanżować i on dobrze o tym wiedział.
Ale byłam świadkiem tego, jak nieuzasadniona zazdrość, wręcz patologiczne uczucie,  zrujnowało dwóm moim  koleżankom życie.

Asia była śliczną dziewczyną - wysilcie tylko nieco wyobraznię - bardzo zgrabna, średniego wzrostu
naturalna blondynka .Bardzo gęste włosy, które wyglądały jakby były cieniowane, ciemna oprawa
oczu, długie rzęsy (bez Max Factora) i duże,  zielone oczy. Do tego zawsze ładnie i modnie ubrana.
Na jakiejś imprezie Asia poznała poznała pewnego chłopaka. Był kolegą któregoś z naszych biurowych kolegów. Od chwili, w której ujrzał Asię, przestał dla  niego istnieć świat i inne dziewczyny.
Wczesnym rankiem czekał na Asię pod jej domem, by ją odprowadzić do pracy,   po pracy już na nią
czekał pod biurem. Śmiałyśmy się, że dobrze się złożyło, że  koło naszego budynku biurowego był
nieduży skwerek i kilka ławek, przynajmniej mógł czekać  siedząc i patrząc na kwiatki. Potrafił tak
czekać  na nią i ponad godzinę , bo często zdarzało się, że Asia musiała zostać nieco dłużej w biurze.
Była sekretarką szefa, a szefowi najlepiej się pracowało po godzinach.
Nie mógł do niej telefonować (to nie były czasy smsów i komórek), wejść do budynku też nie, bo
musiałby wziąć przepustkę do konkretnego działu, a bez zlecenia  z danego działu  biuro nie wystawiło by  przepustki.
Prawdę  mówiąc to ciągłe legitymowanie się było nieco meczące. Ale podobno wcześniej, gdy jeszcze tam nie pracowałam,  na każdym piętrze stał strażnik i trzeba było pokazywać przepustkę i mówić do kogo
się idzie.
Asia była nieco zaskoczona tą adoracją, ale jednocześnie nawet jej się to podobało. Żadna z nas
nie miała aż takiego wielbiciela.
Mniej więcej po pół roku znajomości, "Namolny" (tak go  nazywałyśmy za plecami Asi)  oświadczył się . Podobno  żyć bez Asi nie mógł.  Rodzicom Asi  Namolny się nie podobał  - denerwowało ich,  że cały
czas za nią łazi, nawet  wtedy, gdy Asia szła z  mamą na zakupy.
Pewnego dnia Namolny przybył do rodziców Asi wraz ze swymi rodzicami i oficjalnie poprosił o jej rękę.
Jego prośbę poparła gorąco jego matka, mówiąc, że Namolny  gorąco kocha Asię i że nie wybraża
sobie by nie została jego żoną. Poza tym roztaczała przed przyszłą synową wielce  różowe perspektywy, jako że Namolny miał już nawet własne mieszkanie spółdzielcze w centrum stolicy, co było naprawdę
rzadkością. Teściowa  mieszkała niedaleko, więc  oferowała młodym wszelką pomoc, między
innymi mogli by się u niej stołować, a gdy zdecydują  się na dziecko to i dzieckiem by się zajęła.
Poza tym oni pokryją wszystkie wydatki związane  ze ślubem i weselem., Asi pozostałaby tylko kwestia sukni. Przez cały czas wizyty Namolny klęczał koło Asi wpatrując się w nią jak w tęczę i co jakiś czas
powtarzając : "tak cię kochammm"..., z akcentem na to "m".
Gdy Aśka  nam opowiadała to wszystko w bufecie, podczas tracenia cennego służbowego czasu na picie kawy, skręcało nas ze śmiechu . Uznałyśmy, że Namolny to po prostu świr. Zabawę miałyśmy przednią,
zwłaszcza, gdy Aśka powtarzała : "tak cię kochammm".
Śluby były dwa - w USC i w kościele. Asia wyglądała zjawiskowo, a Namolny odstawiał cyrk, nie pozwalając żadnemu z panów całować Asi w policzek. W końcu ochrzanił go jeden z wujków Asi i jakoś dalej poszło spokojnie  składanie  życzeń. Na weselu Namolny nie wypuszczał Asi z objęć.  Nikomu nie pozwalał z nią tańczyć, sam nie zatańczył z żadną inną kobietą, nawet z teściową.
Ale my, koleżanki  Asi, bawiłyśmy się świetnie.
Następnego dnia rano nowożeńcy wyjechali  na  "miodowy miesiąc". Rodzice  Namolnego wynajęli
dla nich  miejsce w jakimś pensjonacie w górach.
Po miesiącu Asia wróciła do pracy. To był cień dawnej,  ślicznej dziewczyny. Bledziutka, włosy
 nieuczesane, zero makijażu, oczy podkrążone.Przywitała się z nami półgębkiem i  złożyła u szefa
prośbę o bezpłatny urlop. Dostała bez problemu, gdy wyjaśniła jego powód.
Nam powiedziała tylko, że musi zniknąć na jakiś czas i że się rozwodzi. W pół godziny potem przyjechał po nią jej ojciec.
No cóż, nasza diagnoza, że Namolny to świr, była trafna. Aśka przeżyła koszmar - już w drodze  na "miodowy miesiąc" robił  Asi wymówki, że przyglądają się jej mężczyzni w pociągu. Dał konduktorowi
jakieś pieniądze, by  znalazł dla nich osobny przedział. Zamknął się w nim z Asią i zwyczajnie zmusił do
kontynuacji  nocy poślubnej, na co Asia wcale nie miała ochoty.  Na miejscu w pensjonacie wcale nie było
lepiej. Na posiłki przychodzili tylko wtedy, gdy na sali już nie było nikogo. W ogóle nie  wychodzili na spacery, bo Namolny nie chciał, by się  "obce chłopy" patrzyły na Aśkę. Gdy zbyt długo siedziała w łazience, bezceremonialnie do niej wchodził, zaglądał pod wannę, szukał po kątach "tego, który się na nią gapi".
Powyrzucał jej wszystkie kosmetyki, nawet krem do rąk. Gwałcił  ją wielokrotnie, ale to go uspakajało, więc Aśka, której już było wszystko jedno, przestała  protestować. Nie bardzo jak miała się od niego uwolnić, bo Namolny nie puszczał jej na krok od siebie.
Po dwóch tygodniach Aśka wpadła na pomysł,  że będzie udawała ból zęba i poprosi by ją Namolny zaprowadził do dentystki.
Namolny wpierw przeprowadził wywiad gdzie jest dentystka płci żeńskiej, potem zaprowadził Aśkę do gabinetu. Gdy sprawdził, że nikogo nie ma w szafkach z lekami ani pod fotelem, wyszedł z  gabinetu.
Aśka poprosiła, by dentystka włączyła wiertarkę i szeptem  opowiedziała dentystce jaką ma sytuację. Podała numer telefonu do swych rodziców, adres pensjonatu w którym mieszka z Namolnym, a dla niepoznaki dentystka wymieniła jej jedną  z plomb.
Za dwa dni przyjechali rodzice Aśki  wraz ze swoim kuzynem postury super wykidajły, wzięli go  tak na wszelki wypadek, gdyby Namolnemu zachciało się zatrzymać Aśkę siłą. Dzień wcześniej odwiedzili rodziców Namolnego, mówiąc im , jakie mają wiadomości od Asi.
Okazało się, że Namolny  był chory psychicznie, a w jego wypadku miłość nie złagodziła choroby lecz ją nasiliła. Jego rodzice skrzętnie ukryli ten fakt, mając  (nie wiadomo na jakiej podstawie) nadzieję, że ożenek uleczy jego  chorą psychikę.
Namolny trafił wkrótce na  długie leczenie, rozwód Asia dostała od  ręki i......unieważnienie  małżeństwa
kościelnego, bo były do tego podstawy.
Asia bardzo długo  wracała do normalności, zajęło to jej kilka lat. Ale nigdy nie wyszła za mąż.
c.d.n.

piątek, 4 stycznia 2013

cz.II


Pani Inka ( bo tak nazywała ją rodzina i znajomi) ułożyła się na mało wygodnym kolejowym łóżku, pogasiła wszystkie światełka i zaczęła snuć opowieść.
Dziadkowie i mama Inki pochodzili z okolic Wilna. Tuż przed wybuchem wojny, w pierwszych dniach sierpnia przyjechali do Warszawy na pogrzeb dalekiego kuzyna. Do Wilna już nie powrócili. Zamieszkali
u swych kuzynów. Wprawdzie dziadkowie zamartwiali się faktem,  że pod Wilnem pozostało spore
gospodarstwo, ale jednocześnie szybko zrozumieli, że mieli do wyboru albo okupację niemiecką albo
wysiedlenie na krańce Rosji.
Choć była okupacja,  mamie Inki podobało się w Warszawie. Mieszkali na prawym brzegu Wisły, już praktycznie za miastem, ale jednak znacznie bliżej  miasta niż tam, na  wileńszczyznie.
Skończyła się wojna i już było na 100% wiadomo, że nie wrócą na wileńszczyznę.
Usiłowali nawiązać kontakt z sąsiadami, ale nigdy żadnej odpowiedzi nie dostali. Nie wiedzieli co się
stało z ich gospodarstwem.
Mama Inki wyrosła na bardzo urodziwą dziewczynę i jej rodzice zaczęli się rozglądać za kandydatem na męża. Wg nich powinien to był być mężczyzna ustabilizowany życiowo, przynajmniej z 10 lat starszy, wykształcony.  I choć mama Inki miała wielu kolegów, żaden jej rodzicom nie pasował, bo byli "za młodzi". Niedaleko domu,  w którym mieszkali, wynajął pokój samotny mężczyzna. Był bardzo miły, cichy, nieco smutny. Miejscowe  plotkary starały się dowiedzieć kim jest, gdzie pracuje,  dlaczego jest samotny. Wieść gminna  niosła, że pan Kazimierz jest wdowcem, bezdzietnym, a pracuje  "na kolei", bo jest maszynistą kolejowym. Babcia Inki żywo zainteresowała się samotnym sąsiadem. Wiecie jak to jest - gdy kobieta na mężczyznę zagnie parol - z pewnością go omota. Babcia Inki  zobaczyła w panu Kazimierzu materiał na zięcia. W dwa lata pózniej pan Kazimierz zauroczony  mamą Inki oświadczył się - był starszy od  obiektu swych uczuć niemal 20 lat. Mając 19 lat mama Inki wyszła za mąż, w niecały rok potem przyszła na  świat Inka.
I choć czasy byłe ciężkie, dokuczała często bieda, całe swe dzieciństwo Inka wspominała z rozrzewnieniem. Była "oczkiem w głowie" swego ojca. Inka skończyła szkołę podstawową, potem poszła do liceum pielęgniarskiego i gdy już kończyła szkołę, ojciec umarł. Dla Inki był to wielki szok i cios, dla jej matki  - znacznie mniejszy.
Prawdopodobnie  nie była zbyt zrozpaczona, to nie było tzw. małżeństwo z miłości. Pracowała w jednej z central handlu zagranicznego, często wyjeżdżała za granicę i prawdopodobnie  w trakcie  jednego z wyjazdów poznała pewnego Niemca.
Pewnego dnia przyprowadziła do domu mężczyznę, którego przedstawiła Ince. Chcieli wziąć ślub i przekonywali Inkę by razem z nimi zamieszkała w RFN.
Inka nie chciała o tym słyszeć. Tu miała przyjaciół, chłopaka, pracę, którą lubiła, poza tym zupełnie nie znała języka niemieckiego.
Ale jej matka zdecydowana była wyjść za mąż za tego Niemca i wyjechać z Polski. Tym razem mogła sama
decydować o swoim losie i nie miała zamiaru z tego rezygnować.
Przed wyjazdem matki Inka wzięła ślub ze swoim chłopakiem. Wprawdzie nie chcieli od razu mieć dzieci, ale równo w 9 miesięcy po ślubie urodził się im synek.
Życie płynęło spokojnie, Inka pracowała w szpitalu, jej mąż był inżynierem mechanikiem. Z czasem dorobili się własnego mieszkania, a mąż  Inki dostał talon na samochód. Inka nie przepadała za jeżdzeniem samochodem, zwłaszcza na dalsze trasy. Męczyła ją choroba lokomocyjna. Ale mąż i syn byli owym wynalazkiem zauroczeni.
 I nadszedł dzień, w którym  Inka przeklęła chwilę, w której kupili samochód. Było to kilka dni przed 1 listopada - mieli pojechać wszyscy razem na cmentarz w okolice Warszawy, by uporządkować rodzinne  groby.
Ale jedna z koleżanek ubłagała Inkę, by ta zamieniła się  z nią dyżurem, a wtedy Inka miałaby wolne
pierwszego i drugiego listopada. Inka chętnie przystała, bo nie lubiła podróżowania samochodem. Panowie mieli pojechać na cmentarz sami, wszystko uporządkować i wrócić pod wieczór.
Gdy na szpitalnym korytarzu Inka zobaczyła parę milicjantów, jakoś nie zwróciła na to uwagi. W chwilę pózniej przyszła przełożona pielęgniarek i poprosiła ją do swego gabinetu.
Gdy Inka tam weszła i zobaczyła milicjantów od razu wiedziała, że coś się złego stało.
Wypadek spowodował kierowca ciężarówki. Na miejscu zginął mąż Inki, syn jeszcze  żył, ale nikt nie dawał
żadnej szansy na  przeżycie. W trzy dni pózniej i on odszedł.
Inka odchodziła od  zmysłów, za wszystko winiła siebie i swą niechęć do jeżdżenia samochodem. Myślała,
że gdyby była w tym samochodzie to albo nie byłoby wypadku albo zginęłaby razem z nimi, co wydawało
się jej bardzo dobrym rozwiązaniem.
W tym wielkim nieszczęściu bardzo pomogli Ince ludzie, którzy z nią pracowali oraz pacjenci, którymi się opiekowała.
Latem następnego roku przywieziono na oddział pacjenta  z wypadku samochodowego. Pacjent stracił w nim żonę, z którą razem  jechał. Zupełnie nie pamiętał co się stało, nie wiedział, że żona nie żyje. Pamiętał
tylko, że jechali do domu  po odwiedzinach dzieci, które były na obozie  na Mazurach.
Na oddziale spędził wiele tygodni, a Inka była tą osobą, która najwięcej się nim zajmowała, pocieszała, gdy dowiedział się o śmierci żony, interesowała się jego dziećmi, które tymczasem przebywały w Domu Dziecka.
Gdy wreszcie "doszedł" nieco do siebie,  pomogła mu zabrać do domu dzieci, uczyła wręcz jak ma sobie
dawać z nimi radę.  Po dwóch latach postanowili razem zamieszkać, a Inka zastąpiła jego dzieciom zmarłą matkę.
Swą opowieść Inka zakończyła słowami : "mam wrażenie, że wszystko, co nas w życiu spotyka ma jakiś ukryty dla nas sens. Straciłam ukochanego męża i syna, ale w jakiś sposób pomogłam dzięki temu  osieroconym dzieciom i ich ojcu, który jest moim najlepszym przyjacielem".
Pani Inka wysiadła  jedną stację przede mną. Pożegnałyśmy się bardzo serdecznie. Nigdy więcej nie
jechałam tą trasą pociągiem i nigdy więcej jej  nie spotkałam.



wtorek, 1 stycznia 2013

Podróże kształcą

Lubicie jezdzić pociągiem?  ja niestety nie. Preferuję podróż  samochodem z dwóch powodów-
lubię prowadzić a poza tym jazda mnie nie męczy, chyba , że jest gęsta mgła.
Dalekie trasy staram się pokonywać samolotem.
Ale czasem muszę się przewlec pociągiem. Musieliśmy ze ślubnym pojechać za granicę na ślub córki.
Tanich linii jeszcze nie było, więc nie bardzo nam się uśmiechało lecieć samolotem, a na dodatek
był to okres wakacyjny, połowa lipca i PKP wraz z   odpowiednikiem niemieckim uruchomiła
połączenia kolejowe ze zniżką dla...emerytów. W każdym razie podróż kuszteką była znacznie tańsza niz samolotem, więc wykupiliśmy kuszetki.
W "moim" przedziale oprócz mnie była tylko jedna pani, nota bene w podobnym, jak ja, wieku.
Byłam bardzo zdenerwowana, bo  w domu został mój pies, którym przez czas naszej nieobecności miała się
opiekować moja przyjaciółka - po prostu przeniosła się na 4 dni do naszego mieszkania.
Teoretycznie pies ją lubił i znał, ale nigdy  jeszcze nie zostawał sam z obcą osobą.
Jeszcze nim pociąg ruszył z  dworca  zadzwoniłam do domu, by się dowiedzieć jak się spisuje moje
zwierzątko. Współpasażerka patrzyła na mnie z uśmiechem, a gdy skończyłam wypytywanie zapytała: "no i jak, nie piszczy? A jakiego ma pani pieska?"
Okazało sie, że spotkały się w jednym przedziale dwie "jamniczary", bo ta pani też miała jamnika,
tyle tylko, że  jej był krótkowłosym standardem, a mój był szorstkowłosy, karłowy. Przez niemal dwie godziny opowiadałyśmy sobie o swoich psinach - oczywiście zachwytom nad jamnikami nie było niemal końca.Wymieniłyśmy również informacje po co każda z nas jedzie do Niemiec.
Pani Iwona jechała na tydzień do własnej, leciwej matki, która była w niemieckim  Domu Opieki dla osób starszych. Bo mama  pani Iwonki była  po raz drugi wdową. Po śmierci pierwszego męża poznała pewnego
Niemca, bardzo się pokochali, a ponieważ jej ukochany miał dobrą  pracę, to ona pojechała do niego i tam osiadła na stałe. Gdy umarł, nie chciała wrócić do Polski - mieszkała tam już tyle lat, że miała  grono
przyjaciół, własny dom i nie za bardzo wyobrażała sobie powrót na stare lata  do Polski.
Gdy już nie za bardzo sama sobie  dawała radę z domem sprzedała go, a za uzyskane pieniądze wykupiła
miejsce w dobrym Domu Opieki. Pani Iwona jezdziła do niej co dwa miesiące na kilka dni.
Bardzo nam się z  panią Iwoną miło  rozmawiało - nikt się do nas nie dosiadł , miałyśmy przedział dla
siebie.
Pani Iwona zapewniała mnie, że z całą pewnością mojej córce będzie się dobrze w Niemczech mieszkało, że  Niemcy bardzo cenią Polki jako żony.
Gdy już ułożyłyśmy się do snu , żadna z nas jakoś nie mogła zasnąć- może dlatego, że odwiedziła nas konduktorka,  prosząc byśmy koniecznie zamknęły przedział na klucz i łańcuszek i nikomu nie otwierały,
prosiła też byśmy schowały  swe torebki tak, by nie leżały na wierzchu. Jeśli przyjdzie kontrola paszportowa
i celna, to nie będą sami, ale  razem z nią, i wtedy dopiero możemy przedział otworzyć. Okazało się, że były
na trasie do granicy niemieckiej napady rabunkowe.
Trochę  mnie nurtowało, dlaczego  pani Iwona została w Polsce, a nie pojechała z matką. Gdy zmarł jej
ojciec była jeszcze w liceum, a w dwa lata pózniej jej matka wyjechała. Spodziewałam się krótkiego
wyjaśnienia, po prostu kilku zdań na ten temat. Nie sądziłam , że pani Iwona opowie mi niemal całe swe
życie.
c.d.n.

wtorek, 25 grudnia 2012

Trzynasty pokój

Za kilka dni koniec roku. To dni, w czasie których większość z nas robi podsumowanie minionych  wydarzeń, liczy zyski i straty , snuje plany na przyszły rok.
To dni odwiedzania trzynastego pokoju.
Nie wiem czy każdy, ale ja mam swój trzynasty pokój. To miejsce, do którego tylko ja mam klucz.
Kiedyś bardzo rzadko tu zaglądałam, ale im więcej mam cyferek na metryce, tym częściej tu
bywam.
To osobliwy pokój, w którym jest niezwykły  (jak na mnie) porządek. Na półkach  stoją różnej
wielkości pudełka, każde opatrzone etykietką.
W trzynastym pokoju chowam do pudełek  różne przeżycia - niektóre z nich są pochowane w kilku
pudełkach - wszak nie wszystko jest w życiu jednoznaczne.
Najczęściej otwieram pudełko z dość chyba osobliwym napisem - "OSWOIĆ". I zapewniam  Was,
że nie dotyczy to oswajania zwierzątek. Tu wciąż leżą takie problemy jak  starość, samotność,
choroba, umieranie, śmierć. I będą tu leżały tak długo, aż je  wewnętrznie przepracuję, oswoję, aż
przestanę na myśl o tym wszystkim  drętwieć.
Kiedyś było w tym pudełku znacznie więcej problemów -  leżały tu również moje irracjonalne lęki.
W miarę dorastania , a potem starzenia się, zmieniły pudełko - są w pudełku "BYŁO-MINĘŁO".

Zastanawiam się nad mijającym rokiem  - chyba stałam się minimalistką, bo zaliczam go do dobrych.
Nie ubył nikt z bliskiej ani z dalszej rodziny, co jest naprawdę pocieszające. Odszedł jeden z naszych
przyjaciół, kilka bliskich mi osób zmaga się nadal z chorobą, ale wierzę, że się z tego jednak wygrzebią.
Byłam na krótkich wakacjach z dziećmi i był to udany pobyt. Cieszę się ogromnie z sukcesu córki -
spełniają się  jej plany  zawodowe a dodatkowym bonusem  będzie to, że przeprowadzi się bliżej granicy.
Badania kardiologiczne mego męża wykazały, że ustąpiła całkowicie niewydolność prawej komory.
On sam ocenia, że się coraz lepiej czuje, wspomnienia sprzed 3 lat odchodzą pomału do lamusa.
Co do mnie osobiście - no cóż jakoś się trzymam, choć jak mówiła Magdalena Samozwaniec:
" cóż z tego, że się dobrze trzymam, skoro się puścić nie mogę!!!":)))

Kiedyś , jak większość ludzi,  snułam plany na Nowy Rok. Nic z tego nie najczęściej nie wychodziło.
Od kilku lat nie robię żadnych noworocznych postanowień , oszczędzam sobie tym samym mnóstwa
rozczarowań.
I  gdy wybije północ, ogłaszając nadejście Nowego Roku, jedyne co powiem to:
"życzę wszystkim i sobie, byśmy się za rok spotkali w tym samym składzie". Tylko tyle, a może aż tyle?

niedziela, 23 grudnia 2012

Wspominkowo

Gdy się już przeżyje pół wieku, to siłą rzeczy zgromadzi się nieco wspomnień  - należę
do osób, które dość niechętnie wracają do minionych lat - było, minęło, życie  idzie
naprzód. Trzeba zbierać siły do następnych zmagań z tym, co niesie los,
rozpamiętywanie tego  co było ulgi nie przyniesie - przynajmniej mnie.
Ale wczoraj zadzwoniła moja przyjaciółka (znamy się od 18-tego roku życia) i nieco
mnie rozstroiła. Na szczęście nigdy nie miałam tak paskudnych wieczorów wigilijnych
jak ona.
Najmilej wspominam chyba okres, gdy byłam  mała - przez cały pazdziernik i listopad
robiłam z dziadkiem ozdoby choinkowe. I choć czasy były siermiężne, zawsze choinka
była bardzo strojna. Wszystkie ozdoby wędrowały do dużego pudła, które stało w szafie.
Ogromnie się zawsze martwiłam jak Mikołaj znajdzie te zabawki by je zawiesić na
choince, którą przecież sam przywiezie., sam jakimś cudem wtaszczy nocą na III piętro,
ubierze choinkę no i zabierze mój list do niego.
To był bardzo zdolny Mikołaj - w przeddzień  wigilii, gdy budziłam się rano, obok mego
łóżka stała choinka - pachnąca, przystrojona bombkami i zabawkami, migająca
"włosem anielskim".
W  wigilię Mikołaj po raz drugi przylatywał - dzwonił do drzwi, zostawiał na wycieraczce
worek z prezentami  i nim zdążyłam  otworzyć drzwi  już go nie było.
Gdy już nieco podrosłam święta kojarzyły mi się ze zdenerwowaniem babci, jej zamartwianiem
się czy aby wszystko na święta uda się kupić, czy ciasto odpowiednio  wyrośnie, staniem
w kilometrowych kolejkach po cytrusy  i inne potrzebne produkty.
Choinkę już ubierałam sama z dziadkiem, a Mikołaj  mógł mi się tylko przyśnić.

Gdy wyszłam za mąż zaczęły się dwie, a czasem nawet trzy wigilie jednego dnia, więc
z  czasem zaczęliśmy na święta wyjeżdżać.
Obowiązkowo musieliśmy być na wigilii u babci, czasem u mojej matki i zawsze  u mojej
ciotecznej babki, Steni.
Ciocia Stenia łączyła mnie z rodziną mojej matki, choć  matka rzadko bywała na tych
rodzinnych wigiliach.
Stół był zawsze zastawiony "gęsto", podejrzewam, że potraw było nie  dwanaście ale
raczej dwadzieścia cztery - zasiadaliśmy do stołu o godz. 14,00 i jeżeli nie musieliśmy
jeszcze "zaliczyć" drugiej wigilii, wychodziliśmy stamtąd już po dwudziestej drugiej,
pół żywi z przejedzenia . Fakt, wszystko było pyszne i takie  nieco inne w smaku
niż w innych domach.
Pierwszą własną wigilię zrobiłam gdy już dostaliśmy swoje mieszkanie. Przepisy
wzięłam od cioci Steni, choć jej mąż pokładał się ze śmiechu, gdy skrzętnie robiłam
notatki.
Przygotowałam wszystko zgodnie z zapiskami, owszem niby było smaczne, ale jakoś
nie takie jak u cioci.
Dręczyło mnie to okrutnie i po świętach pojechałam do cioci pożalić się, że mi to
nie wyszło. Ciocia wpierw coś kręciła, wreszcie kazała mi przyrzec, że nikomu nic
nie powiem. Przyrzekłam i słowa dotrzymałam.
Okazało się, że barszcz lub grzybowa były robione na cielęcym rosole, z którego
był skrupulatnie usunięty tłuszcz. Wszystko było smażone lub duszone na maśle
klarowanym a nie na  oleju.
A wszystkie ciasta były  zamawiane w pobliskiej cukierni.

Pierwsza wigilia z naszą córką - miała wtedy 5 miesięcy - rano  mała dostała  wysokiej
temperatury i wysypki. Wezwany lekarz zdiagnozował "trzydniówkę".
Ale bombki na choince podobały się małej.

Moje ulubione wigilie - w Zakopanem. Od rana w górach, wracaliśmy pół żywi,
zmarznięci, głodni, wpadaliśmy do zaprzyjażnionej knajpki, szybka obiado-kolacja
i o ósmej już byłam w  objęciach Morfeusza. Prowadziliśmy bardzo regularny tryb
życia - 12  godzin na nogach,  12 godzin snu.

Najdziwniejsza wigilia - zostałam z córką sama w domu, mąż był za granicą, do
domu dostarczono mi towar dla naszej firmy - wszędzie piętrzyły się  kartonowe
pudła - w pokojach, przedpokoju, kuchni i nawet w łazience. Były brudne i cuchnęły.
Zadzwonił do mnie jeden z kolegów, a gdy powiedziałam jak u mnie wygląda, w ciągu
15 minut był u nas , zapakował do swego samochodu i zabrał do siebie.
Po raz pierwszy byłam na wigilii w dresie, bo nie mogłam dostać się do jakiejkolwiek szafy.

Najgorsza wigilia  - trzy lata temu, gdy mąż był po operacji kardiologicznej i przez kilka
miesięcy "zawieszony" pomiędzy życiem i śmiercią. Na dodatek przyniósł ze szpitala grypę.
Wigilia i święta były  wówczas dla mnie pojęciem  tak odległym jak Proxima Centauri
od Ziemi.

A w tym roku - będzie fajnie - porobię to na co mam ochotę, a wieczorem porozmawiam
na Skype z córką i wnuczkami.

Wszystkim, którzy tu zaglądają życzę
wesołych, spokojnych Świąt

poniedziałek, 17 grudnia 2012

Dylemat

Zofia z trudem otworzyła oczy -jak zwykle od niemal 10 lat miała za sobą koszmarną noc.
Na ogół po przebudzeniu wstawała na chwilę, szła do  toalety, potem łykała te leki, które
musiała brać przed śniadaniem i na chwilę jeszcze wracała do łóżka. Czasem udawało jej się
jeszcze podrzemać.
Ale dziś  musiała się zebrać szybciej, bo jutro wypadała kolejna rocznica śmierci męża, a ona
postanowiła pojechać  na cmentarz dziś, by uporządkować grób nim jutro zjawi się tam razem
z synem, synową i wnuczką.
Na szczęście na cmentarz miała tylko kilka przystanków autobusem, a grób  był niedaleko od
wejścia, ale i tak taka wyprawa była dla niej bardzo męcząca.
Bolał ją kręgosłup, nogi odmawiały posłuszeństwa i dręczyły zawroty głowy. Sześć lat choroby
jej męża w widoczny sposób odbiły się na jej zdrowiu.
Gdy jeszcze żył, będąc świadkiem jego wielkich cierpień, modliła się, by wreszcie one ustały.
Sama też już była u kresu sił .
Zofia przeleciała we wspomnieniach te sześć  lat - wpierw 5 operacji w ciągu pół roku,
codzienne wizyty w szpitalu, lęk przed tym co zastanie, jego widok wychudzonego, obolałego
ale usiłującego udawać, że wszystko jest dobrze. A potem, już w domu, ciagłe opatrunki,
odleżyny, bóle, które nie dawały mu spać. I te ostatnie 4 tygodnie znów  w szpitalu - wiedziała,
że lada moment nastąpi koniec, ale gdy nastąpił była jednak zaskoczona.
Pogrzeb i wszystko co było z nim związane przeszło jakby obok - syn z synową wszystko
załatwiali - ona tylko pozawiadamiała telefonicznie wszystkich przyjaciół i znajomych.
Było jej obojętne jak ma wyglądać pogrzeb i związane z nim sprawy.
Zofii wydawało się, że gdy wszystko ucichnie, ona wreszcie choć jedną noc prześpi spokojnie,
bez zaglądania do sąsiedniego pokoju, nasłuchiwania czy mąż nie jęczy.
Ale  sześć lat ciągłego stresu nie przeszło bez śladu. Każdego wieczoru stawał jej przed oczami
mąż,  przypominały się wszystkie etapy jego choroby, a gdy zasnęła budziła się przerażona,
bo była pewna, że mąż  się w drugim pokoju dusi i ją wzywa.
Nie było to wcale nic dziwnego, przecież byli razem 50 lat - całe swe dorosłe życie była u jego
boku. Razem studiowali,  większość życia zawodowego pracowali w tej samej firmie.
Zofia niespiesznie zjadła śniadanie, przeczekała  aż skończą się godziny  porannego szczytu
komunikacyjnego i wybrała się na  cmentarz.
Przed bramą stały kioski z kwiatami, wiankami, zniczami itp. przydatnymi  na cmentarzu
rzeczami.
Zakupiła dużą, chryzantemową wiązankę, dwa duże znicze i dwa  małe i pomaleńku poszła w
stronę grobu.
Gdy dochodziła do "swojej" alejki zobaczyła obok grobu męża jakąś kobietę. Przez chwilę
wydawało  się jej, że tamta stoi przy sąsiednim grobie, ale podchodząc bliżej zobaczyła, że ta
kobieta myje płytę grobu jej męża. Skrapiała ją jakimś płynem  ze spryskiwacza, następnie starannie
czyściła. Obok leżał wieniec z różowych gozdzików. Było ich mnóstwo, zielonego jodłowego
podkładu prawie nie było widać.
Zofia, zżerana ciekawością i zdziwieniem podeszła bliżej. Kobieta na nią zerknęła, usunęła wieniec
z sąsiedniego grobu i przeprosiła, że tak się  rozłożyła na sąsiednim grobie.
Nic nie szkodzi- odpowiedziała Zofia.  To piękny wieniec, te gozdziki mają niespotykany
kolor, jeszcze takich nie widziałam.
Kobieta uśmiechnęła się leciutko i odpowiedziała:
Takie same kupiłam dla mamy,  oboje lubili  te gozdziki. Tylko jedna kwiaciarnia ma w takim
kolorze. Musiałam je  wcześniej zamówić. 
Zofia poczuła, że ziemia się jej usuwa spod nóg. Nabrała jednak sporo powietrza, oparła się o
krzyż na  sąsiednim grobie i zapytała:
A pani mamusia też tu blisko leży?
Nie, mama jest pochowana w Krakowie, tam mieszkam. Tu leży tylko mój ojciec, a ja
spełniam ostatnia wolę mojej mamy. Umarła w styczniu.Obiecałam jej, że będę dbała
o grób ojca, gdy ona odejdzie.
Zofii wszystko zawirowało przed oczami . Bała się, że za chwilę zemdleje. Z trudem wyrzuciła
z siebie słowa:
Pytam się, bo pani sprząta grób mojego męża, a do tego mówi pani,  że jest to  pani ojciec.
Zupełnie tego nie rozumiem.
Zofia przysiadła na płycie grobu męża. Kobieta uśmiechnęła się smutno.
Bo rzeczywiście był moim biologicznym ojcem, ale nie mężem mojej mamy. Jestem owocem
chwilowego zauroczenia . Mąż mojej mamy nie był moim ojcem, ożenił się  z nią gdy już byłam
na świecie.  Specjalnie przyjechałam dzień wcześniej na ten grób, zeby nikogo z rodziny
ojca  nie spotkać.
Kobieta skończyła mycie płyty, ułożyła wieniec, pozbierała do torebki brudne ściereczki.
Potem podeszła do Zofii i zapytała  czy może jej  w czymś pomóc.
Zofia   spojrzała na nią wrogo, wstała z płyty i zataczając się lekko odeszła stamtąd nie zostawiwszy  kwiatów i zniczy.
Do domu dotarła pół żywa. Zastanawiała się co ma teraz zrobić- powiedzieć wszystko synowi? On
ogromnie kochał ojca,  uważał go za człowieka cnót wszelkich, a tu taka historia.
Resztę dnia Zofia przepłakała, a nocą postanowiła, że nie pójdzie  następnego dnia na grób męża.
A synowi powie,  że się bardzo zle czuje- była to zresztą prawda - ta wiadomość o tym, że jej mąż
miał nieślubną córkę wytrąciła ją z równowagi.
Bolało ją to,  że tyle lat mąz tak skrupulatnie ukrywał przed nią fakt i owoc zdrady. Teraz dopiero
uświadomiła sobie, że był taki czas, gdy jej mąż był na 2 miesiące oddelegowany do oddziału w
Krakowie, a potem bardzo często jezdził tam  w delegacje.
Miała do niego ogromne zaufanie i przez myśl jej nawet nie przemknęło, że coś złego się w tym
Krakowie wydarzyło. Ona też jezdziła często w delegacje służbowe, w Krakowie też bywała
służbowo. To ,  że  tamta młoda kobieta przyjechała na grób Jerzego  wypełniając wolę swej
matki,  świadczyło o tym,   że do samego końca utrzymywali ze sobą kontakt.
Zofia  jest  teraz podwójnie udręczona  - z jednej strony ma piekielny żal do męża, że ją zdradził,
z drugiej - brak jej  Jerzego. I wciąż się zastanawia czy ma powiedzieć wszystko synowi.
Bo przecież to ani nie wróci Jerzemu życia ani nie ukoi jej bólu.

piątek, 7 grudnia 2012

Banalne

Marzena   siedziała na tapczanie i oglądała zdjęcia, które wypadły z szafy, gdy wyciągała z niej swą torbę podróżną. Na zdjęciach był jej mąż w otoczeniu  kilku osób. Z całą pewnościa były to zdjęcia z wycieczek
które pilotował jej mąż. Niemal z każdej wycieczki przywoził masę zdjęć. Marzena  już  miała je odłożyć 
na półkę, ale gdy pochyliła się, by resztę zdjęć podnieść z podłogi, jej wzrok zatrzymał się na jednym zdjęciu- była na nim naga kobieta   w pozie z obrazu  "narodziny Wenus".
Marzena zaczęła teraz przeglądać pozostałe zdjęcia - na jednych zdjęciach były  powiększone fragmenty ciała tej kobiety , na  innych ona  w różnych pozach niczym  ze "świerszczyka" dla panów. Ostatnie zdjęcie przykuło  wzrok  Marzeny - kobieta siedziała na ich małżeńskim łóżku w jej lizesce ( którą kiedyś  Marzena sama zrobiła szydełkiem) i z figlarnym uśmiechem pokazywała jedną pierś.
Marzena przesegragowała  zdjęcia, odłożyła na bok wszystkie zdjęcia nagiej kobiety, resztę schowała do
szafy. Czuła, że za chwilę wybuchnie płaczem - ze złości i żalu. Zapaliła nerwowo papierosa, podeszła do okna i szeroko je otworzyła. Chłodne powietrze przyniosło ulgę. I teraz Marzenie wszystko zaczęło się układać w logiczną całość.
Kilka miesięcy temu, pomiędzy jednym wyjazdem a drugim, mąż  zrobił jej dziką awanturę i kazał jej
iść natychmiast do lekarza, bo ona "przyniosła do domu"  z basenu, na który regularnie chodziła, jakąś infekcję. Marzena wprawdzie go przekonywała , że  nic jej nie dolega, ale ten z uporem maniaka
wysyłał ją do ginekologa. Następnego dnia poszła do lekarza, który dał jej skierowanie na badania i kazał
przyjść z wynikami. Badania nie wykazały żadnej infekcji, ale w międzyczasie ukochany mąż wyjechał w kolejną  podróż, więc Marzena nie mogła o tym z nim porozmawiać.
A było o czym porozmawiać, bo lekarz objaśnił jej, że skoro mąż zarzuca jej przyniesienie do domu jakiejś  infekcji, to prawdopodobnie  sam ma dolegliwości i zrzucając na nią winę  usiłuje zamaskować fakt, że
gdzieś podłapał którąś z chorób przenoszonych drogą płciową. Lekarz doradził również Marzenie by ona zażądała od męża wyników jego badań i nie podejmowała życia  płciowego dopóki nie zobaczy jego
wyników badań, że są prawidłowe.
Ale nie miała okazji o tym z mężem porozmawiać, bo ten pojechał jako pilot wycieczki i rezydent do Włoch i miał wrócić dopiero w końcu września.
Marzena miała 36 lat, wyglądała świetnie, była naprawdę bardzo ładna i zgrabna i wielu mężczyzn pożerało ją wzrokiem. Od dwunastu lat była żoną Zygmunta , dzieci nie mieli, bo on wcale ich nie chciał.
W tej nowej sytuacji  Marzena była nawet zadowolona, że nie mają  dziecka. Własnego mieszkania też
nie mieli, to w którym mieszkali było mieszkaniem jej siostry, a oni mieli tu tylko meldunek tymczasowy.
Marzena zaczęła pakować rzeczy swego męża  w pudła. Gdy już wszystko spakowała (a było tych pudeł kilkanaście) wezwała taksówkę  bagażową, poprosiła dozorcę by pomógł jej w zniesieniu tego do
taksówki i cały majdan wywiozła do swej teściowej.Teściowa mało nie dostała  zawału i z początku nie
chciała Marzenie w jej opowieść uwierzyć. Wtedy Marzena wyciągnęła z torebki zdjęcia. Teściowa
rozpłakała się, a Marzena powiedziała,  że wystąpi o rozwód.
Po powrocie do  domu zawezwała  ślusarza, który wymienił zamki w drzwiach zewnętrznych. Następnego
dnia udała się do adwokata.
W trzy dni potem jej siostra, będąc właścicielką mieszkania wymeldowała Zygmunta, podając jako jego miejsce zamieszkania adres  rodziców Zygmunta, u których był on zresztą zameldowany na stałe.
Gdy Zygmunt wrócił z Włoch, już wiedział, że czeka go rozwód.
Małżeństwo zostało rozwiązane po jednym posiedzeniu sądu.
Rok pózniej Marzena poznała bardzo miłego chłopaka - chłopaka, bo był on 10 lat od niej młodszy.
Po roku znajomości  Przemek poprosił ją o rękę. Marzena  nie bardzo wierzyła w związek z tak młodym człowiekiem, ale jednak wzięli ślub. Zresztą była już wtedy w ciąży, a Przemek bardzo chciał i jej i tego
dziecka. Dziś  ich córka ma 18 lat, różnicy wieku pomiędzy małżonkami nie widać, a Przemek jest
wielce troskliwym mężem i świetnym ojcem.