Na szczęście nie zawsze z powodu zazdrości cierpią oboje uczestnicy zdarzenia.
Czasem wszelkie konsekwencje ponosi zazdrośnik.
Ela poznała swą pierwszą miłość w liceum - od drugiej licealnej stanowili parę typu "papużki-nierozłączki". Tuż przed maturą przekroczyli ów mityczny próg- poznali co to seks. Nie było z tej okazji "ściemy" o
miłości , oboje byli siebie wzajemnie ciekawi, podeszli do tematu naukowo, krok po kroku, zadbali
nawet o antykoncepcję, o dobre warunki towarzyszące. Jednym słowem - pełna kultura.
I wtedy W. zaczął być bardzo zazdrosny o Elę. On był zachwycony, a ona nieco rozczarowana,
a pózniej znudzona ciągłym sam na sam.
Była atrakcyjną dziewczyną i kręciło się wokół niej wielu chłopaków. W. zrobił się zazdrosny, wszędzie
za Elą chodził, przesiadywał u niej w domu. A Ela cały czas mu tłumaczyła, że owszem, lubi go, ale po pierwsze to nie kocha a po drugie to nie ma zamiaru zamykać sobie życia pakując się w jakiś stały
związek. W. był głuchy i ślepy na wszystkie argumenty.
Po maturze oboje oboje wybrali się na studia politechniczne, ale na dwa różne wydziały. Na wydziale
Eli były zaledwie 3 dziewczyny, więc miały niesamowite powodzenie. W. szalał - potrafił cały dzień spędzić w pobliżu sali wykładowej , w której była Ela, byle tylko nie miała okazji umówić się z kimś innym.
W., ciagle nieobecny na zajęciach, oczywiście zawalił ten rok studiów, wpadł w "szpony" WKR-u i
musiał pójść do wojska i to na całe 3 lata.
Gdy wyszedł pierwsze kroki skierował do Eli - a Ela była już po ślubie i właśnie miała malutkie
dziecko.
W. już nie podjął studiów - w "odwecie" ożenił się z jedną z koleżanek Eli.
No cóż, gdyby nie ta zazdrość z pewnością ukończyłby studia, bo był naprawdę zdolnym
chłopakiem.
Kolejna ofiara własnej zazdrości zawsze mnie śmieszy - zapowiadało się wszystko b.kiepsko,
ale w sumie skończyło się niegroznie.
Jadwiga, jeszcze w czasie studiów poznała pewnego miłego chłopaka. Ona studiowała na
Politechnice, on na SGPiS. Gdy tylko Jadwiga skończyła studia pobrali się. Z konsumpcją
związku czekali przykładnie do ślubu - Jadwiga bała się, że może "wpaść", a nie chciała by cokolwiek
przeszkodziło jej w ukończeniu studiów. Tej wstrzemięzliwości nie mogła sobie potem wybaczyć .
Kiedyś, w chwili wielkiej szczerości powiedziała mi - "wiesz, gdybym wcześniej spróbowała, to nie wyszłabym z tego powodu za mąż, przynajmniej nie za niego". No cóż, czasem się wychodzi za mąż
z powodu wielkich złudzeń.
Mąż Jadwigi chyba orientował się, że życie intymne jakoś nie za bardzo im wychodzi i zaczął
podejrzewać, że oziębłość młodej żony to wynik tego, że jest ona zainteresowana kimś innym. Do głowy
mu nie przyszło by gdzie indziej poszukać przyczyny. Zaczął podejrzewać, że Jadwiga ma kochanka,
który ją całkowicie zaspakaja i dlatego ona nie garnie się do seksu z nim. Zrobił się nie do wytrzymania,
wypytywał ją co robiła w pracy danego dnia, z kim rozmawiała, sprawdzał nawet jej bieliznę, czy aby
nie ma na niej śladów zdrady. Mniej więcej w 4 miesiące po ślubie Jadwiga zaszła w ciążę.
To była blizniacza ciąża, która niezle dała jej do wiwatu.Po ustawowym macierzyńskim Jadwiga wróciła do pracy, dziećmi zajmowała się jej mama wraz z pomocą domową. Wróciła będąc już w następnej ciąży,
bo niedopieszczony mąż nadal odstawiał sceny zazdrości . Równo rok po blizniakach Jadwiga urodziła kolejne dziecko. I wiecie co - jej mąż się załamał - przeraził się, że teraz rodzina się już bardzo powiększy
i wcale nie będzie łatwo na wszystko zarobić. Zazdrość wyparowała gdzieś wraz z chęcią na seks.
Gdy ostatni raz go widziałam żalił się - "dlaczego ona mi to zrobiła?". Byłam bez litości bo zupełnie zimno odwarknęłam - "przecież wiesz skąd się biorą dzieci- sama się nie zapłodniła, prawda?".
W wiele lat pózniej rozeszli się - trójka dzieci to kiepski łącznik, gdy nie ma miłości.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
środa, 9 stycznia 2013
poniedziałek, 7 stycznia 2013
Zazdrość
Mam wrażenie, że nikt nie jest wolny od uczucia zazdrości.
Bo zazdrościć można na wielu płaszczyznach a do tego z różną intensywnością.
Przyznam się bez bicia - ze zwykłej zazdrości nauczyłam się haftu krzyżykowego a potem innych
technik hafciarskich - haftu wstążeczkowego i przestrzennego. Haft płaski już miałam opanowany
znacznie wcześniej, jeszcze w szkole.
Wpierw tylko podziwiałam różne obrazki haftowane przez moją bliską koleżankę, potem zaczęła
mnie zżerać zazdrość, że ja tak nie potrafię. I tak mnie to gryzło, że aż kupiłam kanwę, mulinę i zaczęłam krzyżyki wyszywać. Największą frajdę miałam wyszywając obrazki z reprodukcjami Klimta, Muchy
i Renoira. Wreszcie gdy mi zabrakło własnych ścian do wieszania tych obrazków i obdarowałam
już wszystkie chętne na nie osoby - odpuściłam.
Co ciekawe, zazdroszczę ludziom systematyczności, bo jestem bardzo niesystematyczną osobą -
zawsze pracowałam zrywami, ale nigdy nie "zawalałam" żadnych terminów. Po prostu wolałam wszystko
zrobić hurtem, nawet zarywając noce niż rozłożyć to wszystko na "kawałki". I to mi zostało - i choć
dobrze wiem, że lepiej byłoby codziennie coś z prac porządkowych w domu zrobić - odkładam wszystko
na potem. Brzydka wada, wiem.
Natomiast jakoś nie byłam nigdy zazdrosna na płaszczyznie uczuć damsko-męskich. Nie przeszkadzało mi,
że się mój ślubny czasem za dziewczynami ogląda, mogłam w każdej chwili się zrewanżować i on dobrze o tym wiedział.
Ale byłam świadkiem tego, jak nieuzasadniona zazdrość, wręcz patologiczne uczucie, zrujnowało dwóm moim koleżankom życie.
Asia była śliczną dziewczyną - wysilcie tylko nieco wyobraznię - bardzo zgrabna, średniego wzrostu
naturalna blondynka .Bardzo gęste włosy, które wyglądały jakby były cieniowane, ciemna oprawa
oczu, długie rzęsy (bez Max Factora) i duże, zielone oczy. Do tego zawsze ładnie i modnie ubrana.
Na jakiejś imprezie Asia poznała poznała pewnego chłopaka. Był kolegą któregoś z naszych biurowych kolegów. Od chwili, w której ujrzał Asię, przestał dla niego istnieć świat i inne dziewczyny.
Wczesnym rankiem czekał na Asię pod jej domem, by ją odprowadzić do pracy, po pracy już na nią
czekał pod biurem. Śmiałyśmy się, że dobrze się złożyło, że koło naszego budynku biurowego był
nieduży skwerek i kilka ławek, przynajmniej mógł czekać siedząc i patrząc na kwiatki. Potrafił tak
czekać na nią i ponad godzinę , bo często zdarzało się, że Asia musiała zostać nieco dłużej w biurze.
Była sekretarką szefa, a szefowi najlepiej się pracowało po godzinach.
Nie mógł do niej telefonować (to nie były czasy smsów i komórek), wejść do budynku też nie, bo
musiałby wziąć przepustkę do konkretnego działu, a bez zlecenia z danego działu biuro nie wystawiło by przepustki.
Prawdę mówiąc to ciągłe legitymowanie się było nieco meczące. Ale podobno wcześniej, gdy jeszcze tam nie pracowałam, na każdym piętrze stał strażnik i trzeba było pokazywać przepustkę i mówić do kogo
się idzie.
Asia była nieco zaskoczona tą adoracją, ale jednocześnie nawet jej się to podobało. Żadna z nas
nie miała aż takiego wielbiciela.
Mniej więcej po pół roku znajomości, "Namolny" (tak go nazywałyśmy za plecami Asi) oświadczył się . Podobno żyć bez Asi nie mógł. Rodzicom Asi Namolny się nie podobał - denerwowało ich, że cały
czas za nią łazi, nawet wtedy, gdy Asia szła z mamą na zakupy.
Pewnego dnia Namolny przybył do rodziców Asi wraz ze swymi rodzicami i oficjalnie poprosił o jej rękę.
Jego prośbę poparła gorąco jego matka, mówiąc, że Namolny gorąco kocha Asię i że nie wybraża
sobie by nie została jego żoną. Poza tym roztaczała przed przyszłą synową wielce różowe perspektywy, jako że Namolny miał już nawet własne mieszkanie spółdzielcze w centrum stolicy, co było naprawdę
rzadkością. Teściowa mieszkała niedaleko, więc oferowała młodym wszelką pomoc, między
innymi mogli by się u niej stołować, a gdy zdecydują się na dziecko to i dzieckiem by się zajęła.
Poza tym oni pokryją wszystkie wydatki związane ze ślubem i weselem., Asi pozostałaby tylko kwestia sukni. Przez cały czas wizyty Namolny klęczał koło Asi wpatrując się w nią jak w tęczę i co jakiś czas
powtarzając : "tak cię kochammm"..., z akcentem na to "m".
Gdy Aśka nam opowiadała to wszystko w bufecie, podczas tracenia cennego służbowego czasu na picie kawy, skręcało nas ze śmiechu . Uznałyśmy, że Namolny to po prostu świr. Zabawę miałyśmy przednią,
zwłaszcza, gdy Aśka powtarzała : "tak cię kochammm".
Śluby były dwa - w USC i w kościele. Asia wyglądała zjawiskowo, a Namolny odstawiał cyrk, nie pozwalając żadnemu z panów całować Asi w policzek. W końcu ochrzanił go jeden z wujków Asi i jakoś dalej poszło spokojnie składanie życzeń. Na weselu Namolny nie wypuszczał Asi z objęć. Nikomu nie pozwalał z nią tańczyć, sam nie zatańczył z żadną inną kobietą, nawet z teściową.
Ale my, koleżanki Asi, bawiłyśmy się świetnie.
Następnego dnia rano nowożeńcy wyjechali na "miodowy miesiąc". Rodzice Namolnego wynajęli
dla nich miejsce w jakimś pensjonacie w górach.
Po miesiącu Asia wróciła do pracy. To był cień dawnej, ślicznej dziewczyny. Bledziutka, włosy
nieuczesane, zero makijażu, oczy podkrążone.Przywitała się z nami półgębkiem i złożyła u szefa
prośbę o bezpłatny urlop. Dostała bez problemu, gdy wyjaśniła jego powód.
Nam powiedziała tylko, że musi zniknąć na jakiś czas i że się rozwodzi. W pół godziny potem przyjechał po nią jej ojciec.
No cóż, nasza diagnoza, że Namolny to świr, była trafna. Aśka przeżyła koszmar - już w drodze na "miodowy miesiąc" robił Asi wymówki, że przyglądają się jej mężczyzni w pociągu. Dał konduktorowi
jakieś pieniądze, by znalazł dla nich osobny przedział. Zamknął się w nim z Asią i zwyczajnie zmusił do
kontynuacji nocy poślubnej, na co Asia wcale nie miała ochoty. Na miejscu w pensjonacie wcale nie było
lepiej. Na posiłki przychodzili tylko wtedy, gdy na sali już nie było nikogo. W ogóle nie wychodzili na spacery, bo Namolny nie chciał, by się "obce chłopy" patrzyły na Aśkę. Gdy zbyt długo siedziała w łazience, bezceremonialnie do niej wchodził, zaglądał pod wannę, szukał po kątach "tego, który się na nią gapi".
Powyrzucał jej wszystkie kosmetyki, nawet krem do rąk. Gwałcił ją wielokrotnie, ale to go uspakajało, więc Aśka, której już było wszystko jedno, przestała protestować. Nie bardzo jak miała się od niego uwolnić, bo Namolny nie puszczał jej na krok od siebie.
Po dwóch tygodniach Aśka wpadła na pomysł, że będzie udawała ból zęba i poprosi by ją Namolny zaprowadził do dentystki.
Namolny wpierw przeprowadził wywiad gdzie jest dentystka płci żeńskiej, potem zaprowadził Aśkę do gabinetu. Gdy sprawdził, że nikogo nie ma w szafkach z lekami ani pod fotelem, wyszedł z gabinetu.
Aśka poprosiła, by dentystka włączyła wiertarkę i szeptem opowiedziała dentystce jaką ma sytuację. Podała numer telefonu do swych rodziców, adres pensjonatu w którym mieszka z Namolnym, a dla niepoznaki dentystka wymieniła jej jedną z plomb.
Za dwa dni przyjechali rodzice Aśki wraz ze swoim kuzynem postury super wykidajły, wzięli go tak na wszelki wypadek, gdyby Namolnemu zachciało się zatrzymać Aśkę siłą. Dzień wcześniej odwiedzili rodziców Namolnego, mówiąc im , jakie mają wiadomości od Asi.
Okazało się, że Namolny był chory psychicznie, a w jego wypadku miłość nie złagodziła choroby lecz ją nasiliła. Jego rodzice skrzętnie ukryli ten fakt, mając (nie wiadomo na jakiej podstawie) nadzieję, że ożenek uleczy jego chorą psychikę.
Namolny trafił wkrótce na długie leczenie, rozwód Asia dostała od ręki i......unieważnienie małżeństwa
kościelnego, bo były do tego podstawy.
Asia bardzo długo wracała do normalności, zajęło to jej kilka lat. Ale nigdy nie wyszła za mąż.
c.d.n.
Bo zazdrościć można na wielu płaszczyznach a do tego z różną intensywnością.
Przyznam się bez bicia - ze zwykłej zazdrości nauczyłam się haftu krzyżykowego a potem innych
technik hafciarskich - haftu wstążeczkowego i przestrzennego. Haft płaski już miałam opanowany
znacznie wcześniej, jeszcze w szkole.
Wpierw tylko podziwiałam różne obrazki haftowane przez moją bliską koleżankę, potem zaczęła
mnie zżerać zazdrość, że ja tak nie potrafię. I tak mnie to gryzło, że aż kupiłam kanwę, mulinę i zaczęłam krzyżyki wyszywać. Największą frajdę miałam wyszywając obrazki z reprodukcjami Klimta, Muchy
i Renoira. Wreszcie gdy mi zabrakło własnych ścian do wieszania tych obrazków i obdarowałam
już wszystkie chętne na nie osoby - odpuściłam.
Co ciekawe, zazdroszczę ludziom systematyczności, bo jestem bardzo niesystematyczną osobą -
zawsze pracowałam zrywami, ale nigdy nie "zawalałam" żadnych terminów. Po prostu wolałam wszystko
zrobić hurtem, nawet zarywając noce niż rozłożyć to wszystko na "kawałki". I to mi zostało - i choć
dobrze wiem, że lepiej byłoby codziennie coś z prac porządkowych w domu zrobić - odkładam wszystko
na potem. Brzydka wada, wiem.
Natomiast jakoś nie byłam nigdy zazdrosna na płaszczyznie uczuć damsko-męskich. Nie przeszkadzało mi,
że się mój ślubny czasem za dziewczynami ogląda, mogłam w każdej chwili się zrewanżować i on dobrze o tym wiedział.
Ale byłam świadkiem tego, jak nieuzasadniona zazdrość, wręcz patologiczne uczucie, zrujnowało dwóm moim koleżankom życie.
Asia była śliczną dziewczyną - wysilcie tylko nieco wyobraznię - bardzo zgrabna, średniego wzrostu
naturalna blondynka .Bardzo gęste włosy, które wyglądały jakby były cieniowane, ciemna oprawa
oczu, długie rzęsy (bez Max Factora) i duże, zielone oczy. Do tego zawsze ładnie i modnie ubrana.
Na jakiejś imprezie Asia poznała poznała pewnego chłopaka. Był kolegą któregoś z naszych biurowych kolegów. Od chwili, w której ujrzał Asię, przestał dla niego istnieć świat i inne dziewczyny.
Wczesnym rankiem czekał na Asię pod jej domem, by ją odprowadzić do pracy, po pracy już na nią
czekał pod biurem. Śmiałyśmy się, że dobrze się złożyło, że koło naszego budynku biurowego był
nieduży skwerek i kilka ławek, przynajmniej mógł czekać siedząc i patrząc na kwiatki. Potrafił tak
czekać na nią i ponad godzinę , bo często zdarzało się, że Asia musiała zostać nieco dłużej w biurze.
Była sekretarką szefa, a szefowi najlepiej się pracowało po godzinach.
Nie mógł do niej telefonować (to nie były czasy smsów i komórek), wejść do budynku też nie, bo
musiałby wziąć przepustkę do konkretnego działu, a bez zlecenia z danego działu biuro nie wystawiło by przepustki.
Prawdę mówiąc to ciągłe legitymowanie się było nieco meczące. Ale podobno wcześniej, gdy jeszcze tam nie pracowałam, na każdym piętrze stał strażnik i trzeba było pokazywać przepustkę i mówić do kogo
się idzie.
Asia była nieco zaskoczona tą adoracją, ale jednocześnie nawet jej się to podobało. Żadna z nas
nie miała aż takiego wielbiciela.
Mniej więcej po pół roku znajomości, "Namolny" (tak go nazywałyśmy za plecami Asi) oświadczył się . Podobno żyć bez Asi nie mógł. Rodzicom Asi Namolny się nie podobał - denerwowało ich, że cały
czas za nią łazi, nawet wtedy, gdy Asia szła z mamą na zakupy.
Pewnego dnia Namolny przybył do rodziców Asi wraz ze swymi rodzicami i oficjalnie poprosił o jej rękę.
Jego prośbę poparła gorąco jego matka, mówiąc, że Namolny gorąco kocha Asię i że nie wybraża
sobie by nie została jego żoną. Poza tym roztaczała przed przyszłą synową wielce różowe perspektywy, jako że Namolny miał już nawet własne mieszkanie spółdzielcze w centrum stolicy, co było naprawdę
rzadkością. Teściowa mieszkała niedaleko, więc oferowała młodym wszelką pomoc, między
innymi mogli by się u niej stołować, a gdy zdecydują się na dziecko to i dzieckiem by się zajęła.
Poza tym oni pokryją wszystkie wydatki związane ze ślubem i weselem., Asi pozostałaby tylko kwestia sukni. Przez cały czas wizyty Namolny klęczał koło Asi wpatrując się w nią jak w tęczę i co jakiś czas
powtarzając : "tak cię kochammm"..., z akcentem na to "m".
Gdy Aśka nam opowiadała to wszystko w bufecie, podczas tracenia cennego służbowego czasu na picie kawy, skręcało nas ze śmiechu . Uznałyśmy, że Namolny to po prostu świr. Zabawę miałyśmy przednią,
zwłaszcza, gdy Aśka powtarzała : "tak cię kochammm".
Śluby były dwa - w USC i w kościele. Asia wyglądała zjawiskowo, a Namolny odstawiał cyrk, nie pozwalając żadnemu z panów całować Asi w policzek. W końcu ochrzanił go jeden z wujków Asi i jakoś dalej poszło spokojnie składanie życzeń. Na weselu Namolny nie wypuszczał Asi z objęć. Nikomu nie pozwalał z nią tańczyć, sam nie zatańczył z żadną inną kobietą, nawet z teściową.
Ale my, koleżanki Asi, bawiłyśmy się świetnie.
Następnego dnia rano nowożeńcy wyjechali na "miodowy miesiąc". Rodzice Namolnego wynajęli
dla nich miejsce w jakimś pensjonacie w górach.
Po miesiącu Asia wróciła do pracy. To był cień dawnej, ślicznej dziewczyny. Bledziutka, włosy
nieuczesane, zero makijażu, oczy podkrążone.Przywitała się z nami półgębkiem i złożyła u szefa
prośbę o bezpłatny urlop. Dostała bez problemu, gdy wyjaśniła jego powód.
Nam powiedziała tylko, że musi zniknąć na jakiś czas i że się rozwodzi. W pół godziny potem przyjechał po nią jej ojciec.
No cóż, nasza diagnoza, że Namolny to świr, była trafna. Aśka przeżyła koszmar - już w drodze na "miodowy miesiąc" robił Asi wymówki, że przyglądają się jej mężczyzni w pociągu. Dał konduktorowi
jakieś pieniądze, by znalazł dla nich osobny przedział. Zamknął się w nim z Asią i zwyczajnie zmusił do
kontynuacji nocy poślubnej, na co Asia wcale nie miała ochoty. Na miejscu w pensjonacie wcale nie było
lepiej. Na posiłki przychodzili tylko wtedy, gdy na sali już nie było nikogo. W ogóle nie wychodzili na spacery, bo Namolny nie chciał, by się "obce chłopy" patrzyły na Aśkę. Gdy zbyt długo siedziała w łazience, bezceremonialnie do niej wchodził, zaglądał pod wannę, szukał po kątach "tego, który się na nią gapi".
Powyrzucał jej wszystkie kosmetyki, nawet krem do rąk. Gwałcił ją wielokrotnie, ale to go uspakajało, więc Aśka, której już było wszystko jedno, przestała protestować. Nie bardzo jak miała się od niego uwolnić, bo Namolny nie puszczał jej na krok od siebie.
Po dwóch tygodniach Aśka wpadła na pomysł, że będzie udawała ból zęba i poprosi by ją Namolny zaprowadził do dentystki.
Namolny wpierw przeprowadził wywiad gdzie jest dentystka płci żeńskiej, potem zaprowadził Aśkę do gabinetu. Gdy sprawdził, że nikogo nie ma w szafkach z lekami ani pod fotelem, wyszedł z gabinetu.
Aśka poprosiła, by dentystka włączyła wiertarkę i szeptem opowiedziała dentystce jaką ma sytuację. Podała numer telefonu do swych rodziców, adres pensjonatu w którym mieszka z Namolnym, a dla niepoznaki dentystka wymieniła jej jedną z plomb.
Za dwa dni przyjechali rodzice Aśki wraz ze swoim kuzynem postury super wykidajły, wzięli go tak na wszelki wypadek, gdyby Namolnemu zachciało się zatrzymać Aśkę siłą. Dzień wcześniej odwiedzili rodziców Namolnego, mówiąc im , jakie mają wiadomości od Asi.
Okazało się, że Namolny był chory psychicznie, a w jego wypadku miłość nie złagodziła choroby lecz ją nasiliła. Jego rodzice skrzętnie ukryli ten fakt, mając (nie wiadomo na jakiej podstawie) nadzieję, że ożenek uleczy jego chorą psychikę.
Namolny trafił wkrótce na długie leczenie, rozwód Asia dostała od ręki i......unieważnienie małżeństwa
kościelnego, bo były do tego podstawy.
Asia bardzo długo wracała do normalności, zajęło to jej kilka lat. Ale nigdy nie wyszła za mąż.
c.d.n.
piątek, 4 stycznia 2013
cz.II
Pani Inka ( bo tak nazywała ją rodzina i znajomi) ułożyła się na mało wygodnym kolejowym łóżku, pogasiła wszystkie światełka i zaczęła snuć opowieść.
Dziadkowie i mama Inki pochodzili z okolic Wilna. Tuż przed wybuchem wojny, w pierwszych dniach sierpnia przyjechali do Warszawy na pogrzeb dalekiego kuzyna. Do Wilna już nie powrócili. Zamieszkali
u swych kuzynów. Wprawdzie dziadkowie zamartwiali się faktem, że pod Wilnem pozostało spore
gospodarstwo, ale jednocześnie szybko zrozumieli, że mieli do wyboru albo okupację niemiecką albo
wysiedlenie na krańce Rosji.
Choć była okupacja, mamie Inki podobało się w Warszawie. Mieszkali na prawym brzegu Wisły, już praktycznie za miastem, ale jednak znacznie bliżej miasta niż tam, na wileńszczyznie.
Skończyła się wojna i już było na 100% wiadomo, że nie wrócą na wileńszczyznę.
Usiłowali nawiązać kontakt z sąsiadami, ale nigdy żadnej odpowiedzi nie dostali. Nie wiedzieli co się
stało z ich gospodarstwem.
Mama Inki wyrosła na bardzo urodziwą dziewczynę i jej rodzice zaczęli się rozglądać za kandydatem na męża. Wg nich powinien to był być mężczyzna ustabilizowany życiowo, przynajmniej z 10 lat starszy, wykształcony. I choć mama Inki miała wielu kolegów, żaden jej rodzicom nie pasował, bo byli "za młodzi". Niedaleko domu, w którym mieszkali, wynajął pokój samotny mężczyzna. Był bardzo miły, cichy, nieco smutny. Miejscowe plotkary starały się dowiedzieć kim jest, gdzie pracuje, dlaczego jest samotny. Wieść gminna niosła, że pan Kazimierz jest wdowcem, bezdzietnym, a pracuje "na kolei", bo jest maszynistą kolejowym. Babcia Inki żywo zainteresowała się samotnym sąsiadem. Wiecie jak to jest - gdy kobieta na mężczyznę zagnie parol - z pewnością go omota. Babcia Inki zobaczyła w panu Kazimierzu materiał na zięcia. W dwa lata pózniej pan Kazimierz zauroczony mamą Inki oświadczył się - był starszy od obiektu swych uczuć niemal 20 lat. Mając 19 lat mama Inki wyszła za mąż, w niecały rok potem przyszła na świat Inka.
I choć czasy byłe ciężkie, dokuczała często bieda, całe swe dzieciństwo Inka wspominała z rozrzewnieniem. Była "oczkiem w głowie" swego ojca. Inka skończyła szkołę podstawową, potem poszła do liceum pielęgniarskiego i gdy już kończyła szkołę, ojciec umarł. Dla Inki był to wielki szok i cios, dla jej matki - znacznie mniejszy.
Prawdopodobnie nie była zbyt zrozpaczona, to nie było tzw. małżeństwo z miłości. Pracowała w jednej z central handlu zagranicznego, często wyjeżdżała za granicę i prawdopodobnie w trakcie jednego z wyjazdów poznała pewnego Niemca.
Pewnego dnia przyprowadziła do domu mężczyznę, którego przedstawiła Ince. Chcieli wziąć ślub i przekonywali Inkę by razem z nimi zamieszkała w RFN.
Inka nie chciała o tym słyszeć. Tu miała przyjaciół, chłopaka, pracę, którą lubiła, poza tym zupełnie nie znała języka niemieckiego.
Ale jej matka zdecydowana była wyjść za mąż za tego Niemca i wyjechać z Polski. Tym razem mogła sama
decydować o swoim losie i nie miała zamiaru z tego rezygnować.
Przed wyjazdem matki Inka wzięła ślub ze swoim chłopakiem. Wprawdzie nie chcieli od razu mieć dzieci, ale równo w 9 miesięcy po ślubie urodził się im synek.
Życie płynęło spokojnie, Inka pracowała w szpitalu, jej mąż był inżynierem mechanikiem. Z czasem dorobili się własnego mieszkania, a mąż Inki dostał talon na samochód. Inka nie przepadała za jeżdzeniem samochodem, zwłaszcza na dalsze trasy. Męczyła ją choroba lokomocyjna. Ale mąż i syn byli owym wynalazkiem zauroczeni.
I nadszedł dzień, w którym Inka przeklęła chwilę, w której kupili samochód. Było to kilka dni przed 1 listopada - mieli pojechać wszyscy razem na cmentarz w okolice Warszawy, by uporządkować rodzinne groby.
Ale jedna z koleżanek ubłagała Inkę, by ta zamieniła się z nią dyżurem, a wtedy Inka miałaby wolne
pierwszego i drugiego listopada. Inka chętnie przystała, bo nie lubiła podróżowania samochodem. Panowie mieli pojechać na cmentarz sami, wszystko uporządkować i wrócić pod wieczór.
Gdy na szpitalnym korytarzu Inka zobaczyła parę milicjantów, jakoś nie zwróciła na to uwagi. W chwilę pózniej przyszła przełożona pielęgniarek i poprosiła ją do swego gabinetu.
Gdy Inka tam weszła i zobaczyła milicjantów od razu wiedziała, że coś się złego stało.
Wypadek spowodował kierowca ciężarówki. Na miejscu zginął mąż Inki, syn jeszcze żył, ale nikt nie dawał
żadnej szansy na przeżycie. W trzy dni pózniej i on odszedł.
Inka odchodziła od zmysłów, za wszystko winiła siebie i swą niechęć do jeżdżenia samochodem. Myślała,
że gdyby była w tym samochodzie to albo nie byłoby wypadku albo zginęłaby razem z nimi, co wydawało
się jej bardzo dobrym rozwiązaniem.
W tym wielkim nieszczęściu bardzo pomogli Ince ludzie, którzy z nią pracowali oraz pacjenci, którymi się opiekowała.
Latem następnego roku przywieziono na oddział pacjenta z wypadku samochodowego. Pacjent stracił w nim żonę, z którą razem jechał. Zupełnie nie pamiętał co się stało, nie wiedział, że żona nie żyje. Pamiętał
tylko, że jechali do domu po odwiedzinach dzieci, które były na obozie na Mazurach.
Na oddziale spędził wiele tygodni, a Inka była tą osobą, która najwięcej się nim zajmowała, pocieszała, gdy dowiedział się o śmierci żony, interesowała się jego dziećmi, które tymczasem przebywały w Domu Dziecka.
Gdy wreszcie "doszedł" nieco do siebie, pomogła mu zabrać do domu dzieci, uczyła wręcz jak ma sobie
dawać z nimi radę. Po dwóch latach postanowili razem zamieszkać, a Inka zastąpiła jego dzieciom zmarłą matkę.
Swą opowieść Inka zakończyła słowami : "mam wrażenie, że wszystko, co nas w życiu spotyka ma jakiś ukryty dla nas sens. Straciłam ukochanego męża i syna, ale w jakiś sposób pomogłam dzięki temu osieroconym dzieciom i ich ojcu, który jest moim najlepszym przyjacielem".
Pani Inka wysiadła jedną stację przede mną. Pożegnałyśmy się bardzo serdecznie. Nigdy więcej nie
jechałam tą trasą pociągiem i nigdy więcej jej nie spotkałam.
wtorek, 1 stycznia 2013
Podróże kształcą
Lubicie jezdzić pociągiem? ja niestety nie. Preferuję podróż samochodem z dwóch powodów-
lubię prowadzić a poza tym jazda mnie nie męczy, chyba , że jest gęsta mgła.
Dalekie trasy staram się pokonywać samolotem.
Ale czasem muszę się przewlec pociągiem. Musieliśmy ze ślubnym pojechać za granicę na ślub córki.
Tanich linii jeszcze nie było, więc nie bardzo nam się uśmiechało lecieć samolotem, a na dodatek
był to okres wakacyjny, połowa lipca i PKP wraz z odpowiednikiem niemieckim uruchomiła
połączenia kolejowe ze zniżką dla...emerytów. W każdym razie podróż kuszteką była znacznie tańsza niz samolotem, więc wykupiliśmy kuszetki.
W "moim" przedziale oprócz mnie była tylko jedna pani, nota bene w podobnym, jak ja, wieku.
Byłam bardzo zdenerwowana, bo w domu został mój pies, którym przez czas naszej nieobecności miała się
opiekować moja przyjaciółka - po prostu przeniosła się na 4 dni do naszego mieszkania.
Teoretycznie pies ją lubił i znał, ale nigdy jeszcze nie zostawał sam z obcą osobą.
Jeszcze nim pociąg ruszył z dworca zadzwoniłam do domu, by się dowiedzieć jak się spisuje moje
zwierzątko. Współpasażerka patrzyła na mnie z uśmiechem, a gdy skończyłam wypytywanie zapytała: "no i jak, nie piszczy? A jakiego ma pani pieska?"
Okazało sie, że spotkały się w jednym przedziale dwie "jamniczary", bo ta pani też miała jamnika,
tyle tylko, że jej był krótkowłosym standardem, a mój był szorstkowłosy, karłowy. Przez niemal dwie godziny opowiadałyśmy sobie o swoich psinach - oczywiście zachwytom nad jamnikami nie było niemal końca.Wymieniłyśmy również informacje po co każda z nas jedzie do Niemiec.
Pani Iwona jechała na tydzień do własnej, leciwej matki, która była w niemieckim Domu Opieki dla osób starszych. Bo mama pani Iwonki była po raz drugi wdową. Po śmierci pierwszego męża poznała pewnego
Niemca, bardzo się pokochali, a ponieważ jej ukochany miał dobrą pracę, to ona pojechała do niego i tam osiadła na stałe. Gdy umarł, nie chciała wrócić do Polski - mieszkała tam już tyle lat, że miała grono
przyjaciół, własny dom i nie za bardzo wyobrażała sobie powrót na stare lata do Polski.
Gdy już nie za bardzo sama sobie dawała radę z domem sprzedała go, a za uzyskane pieniądze wykupiła
miejsce w dobrym Domu Opieki. Pani Iwona jezdziła do niej co dwa miesiące na kilka dni.
Bardzo nam się z panią Iwoną miło rozmawiało - nikt się do nas nie dosiadł , miałyśmy przedział dla
siebie.
Pani Iwona zapewniała mnie, że z całą pewnością mojej córce będzie się dobrze w Niemczech mieszkało, że Niemcy bardzo cenią Polki jako żony.
Gdy już ułożyłyśmy się do snu , żadna z nas jakoś nie mogła zasnąć- może dlatego, że odwiedziła nas konduktorka, prosząc byśmy koniecznie zamknęły przedział na klucz i łańcuszek i nikomu nie otwierały,
prosiła też byśmy schowały swe torebki tak, by nie leżały na wierzchu. Jeśli przyjdzie kontrola paszportowa
i celna, to nie będą sami, ale razem z nią, i wtedy dopiero możemy przedział otworzyć. Okazało się, że były
na trasie do granicy niemieckiej napady rabunkowe.
Trochę mnie nurtowało, dlaczego pani Iwona została w Polsce, a nie pojechała z matką. Gdy zmarł jej
ojciec była jeszcze w liceum, a w dwa lata pózniej jej matka wyjechała. Spodziewałam się krótkiego
wyjaśnienia, po prostu kilku zdań na ten temat. Nie sądziłam , że pani Iwona opowie mi niemal całe swe
życie.
c.d.n.
lubię prowadzić a poza tym jazda mnie nie męczy, chyba , że jest gęsta mgła.
Dalekie trasy staram się pokonywać samolotem.
Ale czasem muszę się przewlec pociągiem. Musieliśmy ze ślubnym pojechać za granicę na ślub córki.
Tanich linii jeszcze nie było, więc nie bardzo nam się uśmiechało lecieć samolotem, a na dodatek
był to okres wakacyjny, połowa lipca i PKP wraz z odpowiednikiem niemieckim uruchomiła
połączenia kolejowe ze zniżką dla...emerytów. W każdym razie podróż kuszteką była znacznie tańsza niz samolotem, więc wykupiliśmy kuszetki.
W "moim" przedziale oprócz mnie była tylko jedna pani, nota bene w podobnym, jak ja, wieku.
Byłam bardzo zdenerwowana, bo w domu został mój pies, którym przez czas naszej nieobecności miała się
opiekować moja przyjaciółka - po prostu przeniosła się na 4 dni do naszego mieszkania.
Teoretycznie pies ją lubił i znał, ale nigdy jeszcze nie zostawał sam z obcą osobą.
Jeszcze nim pociąg ruszył z dworca zadzwoniłam do domu, by się dowiedzieć jak się spisuje moje
zwierzątko. Współpasażerka patrzyła na mnie z uśmiechem, a gdy skończyłam wypytywanie zapytała: "no i jak, nie piszczy? A jakiego ma pani pieska?"
Okazało sie, że spotkały się w jednym przedziale dwie "jamniczary", bo ta pani też miała jamnika,
tyle tylko, że jej był krótkowłosym standardem, a mój był szorstkowłosy, karłowy. Przez niemal dwie godziny opowiadałyśmy sobie o swoich psinach - oczywiście zachwytom nad jamnikami nie było niemal końca.Wymieniłyśmy również informacje po co każda z nas jedzie do Niemiec.
Pani Iwona jechała na tydzień do własnej, leciwej matki, która była w niemieckim Domu Opieki dla osób starszych. Bo mama pani Iwonki była po raz drugi wdową. Po śmierci pierwszego męża poznała pewnego
Niemca, bardzo się pokochali, a ponieważ jej ukochany miał dobrą pracę, to ona pojechała do niego i tam osiadła na stałe. Gdy umarł, nie chciała wrócić do Polski - mieszkała tam już tyle lat, że miała grono
przyjaciół, własny dom i nie za bardzo wyobrażała sobie powrót na stare lata do Polski.
Gdy już nie za bardzo sama sobie dawała radę z domem sprzedała go, a za uzyskane pieniądze wykupiła
miejsce w dobrym Domu Opieki. Pani Iwona jezdziła do niej co dwa miesiące na kilka dni.
Bardzo nam się z panią Iwoną miło rozmawiało - nikt się do nas nie dosiadł , miałyśmy przedział dla
siebie.
Pani Iwona zapewniała mnie, że z całą pewnością mojej córce będzie się dobrze w Niemczech mieszkało, że Niemcy bardzo cenią Polki jako żony.
Gdy już ułożyłyśmy się do snu , żadna z nas jakoś nie mogła zasnąć- może dlatego, że odwiedziła nas konduktorka, prosząc byśmy koniecznie zamknęły przedział na klucz i łańcuszek i nikomu nie otwierały,
prosiła też byśmy schowały swe torebki tak, by nie leżały na wierzchu. Jeśli przyjdzie kontrola paszportowa
i celna, to nie będą sami, ale razem z nią, i wtedy dopiero możemy przedział otworzyć. Okazało się, że były
na trasie do granicy niemieckiej napady rabunkowe.
Trochę mnie nurtowało, dlaczego pani Iwona została w Polsce, a nie pojechała z matką. Gdy zmarł jej
ojciec była jeszcze w liceum, a w dwa lata pózniej jej matka wyjechała. Spodziewałam się krótkiego
wyjaśnienia, po prostu kilku zdań na ten temat. Nie sądziłam , że pani Iwona opowie mi niemal całe swe
życie.
c.d.n.
wtorek, 25 grudnia 2012
Trzynasty pokój
Za kilka dni koniec roku. To dni, w czasie których większość z nas robi podsumowanie minionych wydarzeń, liczy zyski i straty , snuje plany na przyszły rok.
To dni odwiedzania trzynastego pokoju.
Nie wiem czy każdy, ale ja mam swój trzynasty pokój. To miejsce, do którego tylko ja mam klucz.
Kiedyś bardzo rzadko tu zaglądałam, ale im więcej mam cyferek na metryce, tym częściej tu
bywam.
To osobliwy pokój, w którym jest niezwykły (jak na mnie) porządek. Na półkach stoją różnej
wielkości pudełka, każde opatrzone etykietką.
W trzynastym pokoju chowam do pudełek różne przeżycia - niektóre z nich są pochowane w kilku
pudełkach - wszak nie wszystko jest w życiu jednoznaczne.
Najczęściej otwieram pudełko z dość chyba osobliwym napisem - "OSWOIĆ". I zapewniam Was,
że nie dotyczy to oswajania zwierzątek. Tu wciąż leżą takie problemy jak starość, samotność,
choroba, umieranie, śmierć. I będą tu leżały tak długo, aż je wewnętrznie przepracuję, oswoję, aż
przestanę na myśl o tym wszystkim drętwieć.
Kiedyś było w tym pudełku znacznie więcej problemów - leżały tu również moje irracjonalne lęki.
W miarę dorastania , a potem starzenia się, zmieniły pudełko - są w pudełku "BYŁO-MINĘŁO".
Zastanawiam się nad mijającym rokiem - chyba stałam się minimalistką, bo zaliczam go do dobrych.
Nie ubył nikt z bliskiej ani z dalszej rodziny, co jest naprawdę pocieszające. Odszedł jeden z naszych
przyjaciół, kilka bliskich mi osób zmaga się nadal z chorobą, ale wierzę, że się z tego jednak wygrzebią.
Byłam na krótkich wakacjach z dziećmi i był to udany pobyt. Cieszę się ogromnie z sukcesu córki -
spełniają się jej plany zawodowe a dodatkowym bonusem będzie to, że przeprowadzi się bliżej granicy.
Badania kardiologiczne mego męża wykazały, że ustąpiła całkowicie niewydolność prawej komory.
On sam ocenia, że się coraz lepiej czuje, wspomnienia sprzed 3 lat odchodzą pomału do lamusa.
Co do mnie osobiście - no cóż jakoś się trzymam, choć jak mówiła Magdalena Samozwaniec:
" cóż z tego, że się dobrze trzymam, skoro się puścić nie mogę!!!":)))
Kiedyś , jak większość ludzi, snułam plany na Nowy Rok. Nic z tego nie najczęściej nie wychodziło.
Od kilku lat nie robię żadnych noworocznych postanowień , oszczędzam sobie tym samym mnóstwa
rozczarowań.
I gdy wybije północ, ogłaszając nadejście Nowego Roku, jedyne co powiem to:
"życzę wszystkim i sobie, byśmy się za rok spotkali w tym samym składzie". Tylko tyle, a może aż tyle?
To dni odwiedzania trzynastego pokoju.
Nie wiem czy każdy, ale ja mam swój trzynasty pokój. To miejsce, do którego tylko ja mam klucz.
Kiedyś bardzo rzadko tu zaglądałam, ale im więcej mam cyferek na metryce, tym częściej tu
bywam.
To osobliwy pokój, w którym jest niezwykły (jak na mnie) porządek. Na półkach stoją różnej
wielkości pudełka, każde opatrzone etykietką.
W trzynastym pokoju chowam do pudełek różne przeżycia - niektóre z nich są pochowane w kilku
pudełkach - wszak nie wszystko jest w życiu jednoznaczne.
Najczęściej otwieram pudełko z dość chyba osobliwym napisem - "OSWOIĆ". I zapewniam Was,
że nie dotyczy to oswajania zwierzątek. Tu wciąż leżą takie problemy jak starość, samotność,
choroba, umieranie, śmierć. I będą tu leżały tak długo, aż je wewnętrznie przepracuję, oswoję, aż
przestanę na myśl o tym wszystkim drętwieć.
Kiedyś było w tym pudełku znacznie więcej problemów - leżały tu również moje irracjonalne lęki.
W miarę dorastania , a potem starzenia się, zmieniły pudełko - są w pudełku "BYŁO-MINĘŁO".
Zastanawiam się nad mijającym rokiem - chyba stałam się minimalistką, bo zaliczam go do dobrych.
Nie ubył nikt z bliskiej ani z dalszej rodziny, co jest naprawdę pocieszające. Odszedł jeden z naszych
przyjaciół, kilka bliskich mi osób zmaga się nadal z chorobą, ale wierzę, że się z tego jednak wygrzebią.
Byłam na krótkich wakacjach z dziećmi i był to udany pobyt. Cieszę się ogromnie z sukcesu córki -
spełniają się jej plany zawodowe a dodatkowym bonusem będzie to, że przeprowadzi się bliżej granicy.
Badania kardiologiczne mego męża wykazały, że ustąpiła całkowicie niewydolność prawej komory.
On sam ocenia, że się coraz lepiej czuje, wspomnienia sprzed 3 lat odchodzą pomału do lamusa.
Co do mnie osobiście - no cóż jakoś się trzymam, choć jak mówiła Magdalena Samozwaniec:
" cóż z tego, że się dobrze trzymam, skoro się puścić nie mogę!!!":)))
Kiedyś , jak większość ludzi, snułam plany na Nowy Rok. Nic z tego nie najczęściej nie wychodziło.
Od kilku lat nie robię żadnych noworocznych postanowień , oszczędzam sobie tym samym mnóstwa
rozczarowań.
I gdy wybije północ, ogłaszając nadejście Nowego Roku, jedyne co powiem to:
"życzę wszystkim i sobie, byśmy się za rok spotkali w tym samym składzie". Tylko tyle, a może aż tyle?
niedziela, 23 grudnia 2012
Wspominkowo
Gdy się już przeżyje pół wieku, to siłą rzeczy zgromadzi się nieco wspomnień - należę
do osób, które dość niechętnie wracają do minionych lat - było, minęło, życie idzie
naprzód. Trzeba zbierać siły do następnych zmagań z tym, co niesie los,
rozpamiętywanie tego co było ulgi nie przyniesie - przynajmniej mnie.
Ale wczoraj zadzwoniła moja przyjaciółka (znamy się od 18-tego roku życia) i nieco
mnie rozstroiła. Na szczęście nigdy nie miałam tak paskudnych wieczorów wigilijnych
jak ona.
Najmilej wspominam chyba okres, gdy byłam mała - przez cały pazdziernik i listopad
robiłam z dziadkiem ozdoby choinkowe. I choć czasy były siermiężne, zawsze choinka
była bardzo strojna. Wszystkie ozdoby wędrowały do dużego pudła, które stało w szafie.
Ogromnie się zawsze martwiłam jak Mikołaj znajdzie te zabawki by je zawiesić na
choince, którą przecież sam przywiezie., sam jakimś cudem wtaszczy nocą na III piętro,
ubierze choinkę no i zabierze mój list do niego.
To był bardzo zdolny Mikołaj - w przeddzień wigilii, gdy budziłam się rano, obok mego
łóżka stała choinka - pachnąca, przystrojona bombkami i zabawkami, migająca
"włosem anielskim".
W wigilię Mikołaj po raz drugi przylatywał - dzwonił do drzwi, zostawiał na wycieraczce
worek z prezentami i nim zdążyłam otworzyć drzwi już go nie było.
Gdy już nieco podrosłam święta kojarzyły mi się ze zdenerwowaniem babci, jej zamartwianiem
się czy aby wszystko na święta uda się kupić, czy ciasto odpowiednio wyrośnie, staniem
w kilometrowych kolejkach po cytrusy i inne potrzebne produkty.
Choinkę już ubierałam sama z dziadkiem, a Mikołaj mógł mi się tylko przyśnić.
Gdy wyszłam za mąż zaczęły się dwie, a czasem nawet trzy wigilie jednego dnia, więc
z czasem zaczęliśmy na święta wyjeżdżać.
Obowiązkowo musieliśmy być na wigilii u babci, czasem u mojej matki i zawsze u mojej
ciotecznej babki, Steni.
Ciocia Stenia łączyła mnie z rodziną mojej matki, choć matka rzadko bywała na tych
rodzinnych wigiliach.
Stół był zawsze zastawiony "gęsto", podejrzewam, że potraw było nie dwanaście ale
raczej dwadzieścia cztery - zasiadaliśmy do stołu o godz. 14,00 i jeżeli nie musieliśmy
jeszcze "zaliczyć" drugiej wigilii, wychodziliśmy stamtąd już po dwudziestej drugiej,
pół żywi z przejedzenia . Fakt, wszystko było pyszne i takie nieco inne w smaku
niż w innych domach.
Pierwszą własną wigilię zrobiłam gdy już dostaliśmy swoje mieszkanie. Przepisy
wzięłam od cioci Steni, choć jej mąż pokładał się ze śmiechu, gdy skrzętnie robiłam
notatki.
Przygotowałam wszystko zgodnie z zapiskami, owszem niby było smaczne, ale jakoś
nie takie jak u cioci.
Dręczyło mnie to okrutnie i po świętach pojechałam do cioci pożalić się, że mi to
nie wyszło. Ciocia wpierw coś kręciła, wreszcie kazała mi przyrzec, że nikomu nic
nie powiem. Przyrzekłam i słowa dotrzymałam.
Okazało się, że barszcz lub grzybowa były robione na cielęcym rosole, z którego
był skrupulatnie usunięty tłuszcz. Wszystko było smażone lub duszone na maśle
klarowanym a nie na oleju.
A wszystkie ciasta były zamawiane w pobliskiej cukierni.
Pierwsza wigilia z naszą córką - miała wtedy 5 miesięcy - rano mała dostała wysokiej
temperatury i wysypki. Wezwany lekarz zdiagnozował "trzydniówkę".
Ale bombki na choince podobały się małej.
Moje ulubione wigilie - w Zakopanem. Od rana w górach, wracaliśmy pół żywi,
zmarznięci, głodni, wpadaliśmy do zaprzyjażnionej knajpki, szybka obiado-kolacja
i o ósmej już byłam w objęciach Morfeusza. Prowadziliśmy bardzo regularny tryb
życia - 12 godzin na nogach, 12 godzin snu.
Najdziwniejsza wigilia - zostałam z córką sama w domu, mąż był za granicą, do
domu dostarczono mi towar dla naszej firmy - wszędzie piętrzyły się kartonowe
pudła - w pokojach, przedpokoju, kuchni i nawet w łazience. Były brudne i cuchnęły.
Zadzwonił do mnie jeden z kolegów, a gdy powiedziałam jak u mnie wygląda, w ciągu
15 minut był u nas , zapakował do swego samochodu i zabrał do siebie.
Po raz pierwszy byłam na wigilii w dresie, bo nie mogłam dostać się do jakiejkolwiek szafy.
Najgorsza wigilia - trzy lata temu, gdy mąż był po operacji kardiologicznej i przez kilka
miesięcy "zawieszony" pomiędzy życiem i śmiercią. Na dodatek przyniósł ze szpitala grypę.
Wigilia i święta były wówczas dla mnie pojęciem tak odległym jak Proxima Centauri
od Ziemi.
A w tym roku - będzie fajnie - porobię to na co mam ochotę, a wieczorem porozmawiam
na Skype z córką i wnuczkami.
Wszystkim, którzy tu zaglądają życzę
wesołych, spokojnych Świąt
do osób, które dość niechętnie wracają do minionych lat - było, minęło, życie idzie
naprzód. Trzeba zbierać siły do następnych zmagań z tym, co niesie los,
rozpamiętywanie tego co było ulgi nie przyniesie - przynajmniej mnie.
Ale wczoraj zadzwoniła moja przyjaciółka (znamy się od 18-tego roku życia) i nieco
mnie rozstroiła. Na szczęście nigdy nie miałam tak paskudnych wieczorów wigilijnych
jak ona.
Najmilej wspominam chyba okres, gdy byłam mała - przez cały pazdziernik i listopad
robiłam z dziadkiem ozdoby choinkowe. I choć czasy były siermiężne, zawsze choinka
była bardzo strojna. Wszystkie ozdoby wędrowały do dużego pudła, które stało w szafie.
Ogromnie się zawsze martwiłam jak Mikołaj znajdzie te zabawki by je zawiesić na
choince, którą przecież sam przywiezie., sam jakimś cudem wtaszczy nocą na III piętro,
ubierze choinkę no i zabierze mój list do niego.
To był bardzo zdolny Mikołaj - w przeddzień wigilii, gdy budziłam się rano, obok mego
łóżka stała choinka - pachnąca, przystrojona bombkami i zabawkami, migająca
"włosem anielskim".
W wigilię Mikołaj po raz drugi przylatywał - dzwonił do drzwi, zostawiał na wycieraczce
worek z prezentami i nim zdążyłam otworzyć drzwi już go nie było.
Gdy już nieco podrosłam święta kojarzyły mi się ze zdenerwowaniem babci, jej zamartwianiem
się czy aby wszystko na święta uda się kupić, czy ciasto odpowiednio wyrośnie, staniem
w kilometrowych kolejkach po cytrusy i inne potrzebne produkty.
Choinkę już ubierałam sama z dziadkiem, a Mikołaj mógł mi się tylko przyśnić.
Gdy wyszłam za mąż zaczęły się dwie, a czasem nawet trzy wigilie jednego dnia, więc
z czasem zaczęliśmy na święta wyjeżdżać.
Obowiązkowo musieliśmy być na wigilii u babci, czasem u mojej matki i zawsze u mojej
ciotecznej babki, Steni.
Ciocia Stenia łączyła mnie z rodziną mojej matki, choć matka rzadko bywała na tych
rodzinnych wigiliach.
Stół był zawsze zastawiony "gęsto", podejrzewam, że potraw było nie dwanaście ale
raczej dwadzieścia cztery - zasiadaliśmy do stołu o godz. 14,00 i jeżeli nie musieliśmy
jeszcze "zaliczyć" drugiej wigilii, wychodziliśmy stamtąd już po dwudziestej drugiej,
pół żywi z przejedzenia . Fakt, wszystko było pyszne i takie nieco inne w smaku
niż w innych domach.
Pierwszą własną wigilię zrobiłam gdy już dostaliśmy swoje mieszkanie. Przepisy
wzięłam od cioci Steni, choć jej mąż pokładał się ze śmiechu, gdy skrzętnie robiłam
notatki.
Przygotowałam wszystko zgodnie z zapiskami, owszem niby było smaczne, ale jakoś
nie takie jak u cioci.
Dręczyło mnie to okrutnie i po świętach pojechałam do cioci pożalić się, że mi to
nie wyszło. Ciocia wpierw coś kręciła, wreszcie kazała mi przyrzec, że nikomu nic
nie powiem. Przyrzekłam i słowa dotrzymałam.
Okazało się, że barszcz lub grzybowa były robione na cielęcym rosole, z którego
był skrupulatnie usunięty tłuszcz. Wszystko było smażone lub duszone na maśle
klarowanym a nie na oleju.
A wszystkie ciasta były zamawiane w pobliskiej cukierni.
Pierwsza wigilia z naszą córką - miała wtedy 5 miesięcy - rano mała dostała wysokiej
temperatury i wysypki. Wezwany lekarz zdiagnozował "trzydniówkę".
Ale bombki na choince podobały się małej.
Moje ulubione wigilie - w Zakopanem. Od rana w górach, wracaliśmy pół żywi,
zmarznięci, głodni, wpadaliśmy do zaprzyjażnionej knajpki, szybka obiado-kolacja
i o ósmej już byłam w objęciach Morfeusza. Prowadziliśmy bardzo regularny tryb
życia - 12 godzin na nogach, 12 godzin snu.
Najdziwniejsza wigilia - zostałam z córką sama w domu, mąż był za granicą, do
domu dostarczono mi towar dla naszej firmy - wszędzie piętrzyły się kartonowe
pudła - w pokojach, przedpokoju, kuchni i nawet w łazience. Były brudne i cuchnęły.
Zadzwonił do mnie jeden z kolegów, a gdy powiedziałam jak u mnie wygląda, w ciągu
15 minut był u nas , zapakował do swego samochodu i zabrał do siebie.
Po raz pierwszy byłam na wigilii w dresie, bo nie mogłam dostać się do jakiejkolwiek szafy.
Najgorsza wigilia - trzy lata temu, gdy mąż był po operacji kardiologicznej i przez kilka
miesięcy "zawieszony" pomiędzy życiem i śmiercią. Na dodatek przyniósł ze szpitala grypę.
Wigilia i święta były wówczas dla mnie pojęciem tak odległym jak Proxima Centauri
od Ziemi.
A w tym roku - będzie fajnie - porobię to na co mam ochotę, a wieczorem porozmawiam
na Skype z córką i wnuczkami.
Wszystkim, którzy tu zaglądają życzę
wesołych, spokojnych Świąt
poniedziałek, 17 grudnia 2012
Dylemat
Zofia z trudem otworzyła oczy -jak zwykle od niemal 10 lat miała za sobą koszmarną noc.
Na ogół po przebudzeniu wstawała na chwilę, szła do toalety, potem łykała te leki, które
musiała brać przed śniadaniem i na chwilę jeszcze wracała do łóżka. Czasem udawało jej się
jeszcze podrzemać.
Ale dziś musiała się zebrać szybciej, bo jutro wypadała kolejna rocznica śmierci męża, a ona
postanowiła pojechać na cmentarz dziś, by uporządkować grób nim jutro zjawi się tam razem
z synem, synową i wnuczką.
Na szczęście na cmentarz miała tylko kilka przystanków autobusem, a grób był niedaleko od
wejścia, ale i tak taka wyprawa była dla niej bardzo męcząca.
Bolał ją kręgosłup, nogi odmawiały posłuszeństwa i dręczyły zawroty głowy. Sześć lat choroby
jej męża w widoczny sposób odbiły się na jej zdrowiu.
Gdy jeszcze żył, będąc świadkiem jego wielkich cierpień, modliła się, by wreszcie one ustały.
Sama też już była u kresu sił .
Zofia przeleciała we wspomnieniach te sześć lat - wpierw 5 operacji w ciągu pół roku,
codzienne wizyty w szpitalu, lęk przed tym co zastanie, jego widok wychudzonego, obolałego
ale usiłującego udawać, że wszystko jest dobrze. A potem, już w domu, ciagłe opatrunki,
odleżyny, bóle, które nie dawały mu spać. I te ostatnie 4 tygodnie znów w szpitalu - wiedziała,
że lada moment nastąpi koniec, ale gdy nastąpił była jednak zaskoczona.
Pogrzeb i wszystko co było z nim związane przeszło jakby obok - syn z synową wszystko
załatwiali - ona tylko pozawiadamiała telefonicznie wszystkich przyjaciół i znajomych.
Było jej obojętne jak ma wyglądać pogrzeb i związane z nim sprawy.
Zofii wydawało się, że gdy wszystko ucichnie, ona wreszcie choć jedną noc prześpi spokojnie,
bez zaglądania do sąsiedniego pokoju, nasłuchiwania czy mąż nie jęczy.
Ale sześć lat ciągłego stresu nie przeszło bez śladu. Każdego wieczoru stawał jej przed oczami
mąż, przypominały się wszystkie etapy jego choroby, a gdy zasnęła budziła się przerażona,
bo była pewna, że mąż się w drugim pokoju dusi i ją wzywa.
Nie było to wcale nic dziwnego, przecież byli razem 50 lat - całe swe dorosłe życie była u jego
boku. Razem studiowali, większość życia zawodowego pracowali w tej samej firmie.
Zofia niespiesznie zjadła śniadanie, przeczekała aż skończą się godziny porannego szczytu
komunikacyjnego i wybrała się na cmentarz.
Przed bramą stały kioski z kwiatami, wiankami, zniczami itp. przydatnymi na cmentarzu
rzeczami.
Zakupiła dużą, chryzantemową wiązankę, dwa duże znicze i dwa małe i pomaleńku poszła w
stronę grobu.
Gdy dochodziła do "swojej" alejki zobaczyła obok grobu męża jakąś kobietę. Przez chwilę
wydawało się jej, że tamta stoi przy sąsiednim grobie, ale podchodząc bliżej zobaczyła, że ta
kobieta myje płytę grobu jej męża. Skrapiała ją jakimś płynem ze spryskiwacza, następnie starannie
czyściła. Obok leżał wieniec z różowych gozdzików. Było ich mnóstwo, zielonego jodłowego
podkładu prawie nie było widać.
Zofia, zżerana ciekawością i zdziwieniem podeszła bliżej. Kobieta na nią zerknęła, usunęła wieniec
z sąsiedniego grobu i przeprosiła, że tak się rozłożyła na sąsiednim grobie.
Nic nie szkodzi- odpowiedziała Zofia. To piękny wieniec, te gozdziki mają niespotykany
kolor, jeszcze takich nie widziałam.
Kobieta uśmiechnęła się leciutko i odpowiedziała:
Takie same kupiłam dla mamy, oboje lubili te gozdziki. Tylko jedna kwiaciarnia ma w takim
kolorze. Musiałam je wcześniej zamówić.
Zofia poczuła, że ziemia się jej usuwa spod nóg. Nabrała jednak sporo powietrza, oparła się o
krzyż na sąsiednim grobie i zapytała:
A pani mamusia też tu blisko leży?
Nie, mama jest pochowana w Krakowie, tam mieszkam. Tu leży tylko mój ojciec, a ja
spełniam ostatnia wolę mojej mamy. Umarła w styczniu.Obiecałam jej, że będę dbała
o grób ojca, gdy ona odejdzie.
Zofii wszystko zawirowało przed oczami . Bała się, że za chwilę zemdleje. Z trudem wyrzuciła
z siebie słowa:
Pytam się, bo pani sprząta grób mojego męża, a do tego mówi pani, że jest to pani ojciec.
Zupełnie tego nie rozumiem.
Zofia przysiadła na płycie grobu męża. Kobieta uśmiechnęła się smutno.
Bo rzeczywiście był moim biologicznym ojcem, ale nie mężem mojej mamy. Jestem owocem
chwilowego zauroczenia . Mąż mojej mamy nie był moim ojcem, ożenił się z nią gdy już byłam
na świecie. Specjalnie przyjechałam dzień wcześniej na ten grób, zeby nikogo z rodziny
ojca nie spotkać.
Kobieta skończyła mycie płyty, ułożyła wieniec, pozbierała do torebki brudne ściereczki.
Potem podeszła do Zofii i zapytała czy może jej w czymś pomóc.
Zofia spojrzała na nią wrogo, wstała z płyty i zataczając się lekko odeszła stamtąd nie zostawiwszy kwiatów i zniczy.
Do domu dotarła pół żywa. Zastanawiała się co ma teraz zrobić- powiedzieć wszystko synowi? On
ogromnie kochał ojca, uważał go za człowieka cnót wszelkich, a tu taka historia.
Resztę dnia Zofia przepłakała, a nocą postanowiła, że nie pójdzie następnego dnia na grób męża.
A synowi powie, że się bardzo zle czuje- była to zresztą prawda - ta wiadomość o tym, że jej mąż
miał nieślubną córkę wytrąciła ją z równowagi.
Bolało ją to, że tyle lat mąz tak skrupulatnie ukrywał przed nią fakt i owoc zdrady. Teraz dopiero
uświadomiła sobie, że był taki czas, gdy jej mąż był na 2 miesiące oddelegowany do oddziału w
Krakowie, a potem bardzo często jezdził tam w delegacje.
Miała do niego ogromne zaufanie i przez myśl jej nawet nie przemknęło, że coś złego się w tym
Krakowie wydarzyło. Ona też jezdziła często w delegacje służbowe, w Krakowie też bywała
służbowo. To , że tamta młoda kobieta przyjechała na grób Jerzego wypełniając wolę swej
matki, świadczyło o tym, że do samego końca utrzymywali ze sobą kontakt.
Zofia jest teraz podwójnie udręczona - z jednej strony ma piekielny żal do męża, że ją zdradził,
z drugiej - brak jej Jerzego. I wciąż się zastanawia czy ma powiedzieć wszystko synowi.
Bo przecież to ani nie wróci Jerzemu życia ani nie ukoi jej bólu.
Na ogół po przebudzeniu wstawała na chwilę, szła do toalety, potem łykała te leki, które
musiała brać przed śniadaniem i na chwilę jeszcze wracała do łóżka. Czasem udawało jej się
jeszcze podrzemać.
Ale dziś musiała się zebrać szybciej, bo jutro wypadała kolejna rocznica śmierci męża, a ona
postanowiła pojechać na cmentarz dziś, by uporządkować grób nim jutro zjawi się tam razem
z synem, synową i wnuczką.
Na szczęście na cmentarz miała tylko kilka przystanków autobusem, a grób był niedaleko od
wejścia, ale i tak taka wyprawa była dla niej bardzo męcząca.
Bolał ją kręgosłup, nogi odmawiały posłuszeństwa i dręczyły zawroty głowy. Sześć lat choroby
jej męża w widoczny sposób odbiły się na jej zdrowiu.
Gdy jeszcze żył, będąc świadkiem jego wielkich cierpień, modliła się, by wreszcie one ustały.
Sama też już była u kresu sił .
Zofia przeleciała we wspomnieniach te sześć lat - wpierw 5 operacji w ciągu pół roku,
codzienne wizyty w szpitalu, lęk przed tym co zastanie, jego widok wychudzonego, obolałego
ale usiłującego udawać, że wszystko jest dobrze. A potem, już w domu, ciagłe opatrunki,
odleżyny, bóle, które nie dawały mu spać. I te ostatnie 4 tygodnie znów w szpitalu - wiedziała,
że lada moment nastąpi koniec, ale gdy nastąpił była jednak zaskoczona.
Pogrzeb i wszystko co było z nim związane przeszło jakby obok - syn z synową wszystko
załatwiali - ona tylko pozawiadamiała telefonicznie wszystkich przyjaciół i znajomych.
Było jej obojętne jak ma wyglądać pogrzeb i związane z nim sprawy.
Zofii wydawało się, że gdy wszystko ucichnie, ona wreszcie choć jedną noc prześpi spokojnie,
bez zaglądania do sąsiedniego pokoju, nasłuchiwania czy mąż nie jęczy.
Ale sześć lat ciągłego stresu nie przeszło bez śladu. Każdego wieczoru stawał jej przed oczami
mąż, przypominały się wszystkie etapy jego choroby, a gdy zasnęła budziła się przerażona,
bo była pewna, że mąż się w drugim pokoju dusi i ją wzywa.
Nie było to wcale nic dziwnego, przecież byli razem 50 lat - całe swe dorosłe życie była u jego
boku. Razem studiowali, większość życia zawodowego pracowali w tej samej firmie.
Zofia niespiesznie zjadła śniadanie, przeczekała aż skończą się godziny porannego szczytu
komunikacyjnego i wybrała się na cmentarz.
Przed bramą stały kioski z kwiatami, wiankami, zniczami itp. przydatnymi na cmentarzu
rzeczami.
Zakupiła dużą, chryzantemową wiązankę, dwa duże znicze i dwa małe i pomaleńku poszła w
stronę grobu.
Gdy dochodziła do "swojej" alejki zobaczyła obok grobu męża jakąś kobietę. Przez chwilę
wydawało się jej, że tamta stoi przy sąsiednim grobie, ale podchodząc bliżej zobaczyła, że ta
kobieta myje płytę grobu jej męża. Skrapiała ją jakimś płynem ze spryskiwacza, następnie starannie
czyściła. Obok leżał wieniec z różowych gozdzików. Było ich mnóstwo, zielonego jodłowego
podkładu prawie nie było widać.
Zofia, zżerana ciekawością i zdziwieniem podeszła bliżej. Kobieta na nią zerknęła, usunęła wieniec
z sąsiedniego grobu i przeprosiła, że tak się rozłożyła na sąsiednim grobie.
Nic nie szkodzi- odpowiedziała Zofia. To piękny wieniec, te gozdziki mają niespotykany
kolor, jeszcze takich nie widziałam.
Kobieta uśmiechnęła się leciutko i odpowiedziała:
Takie same kupiłam dla mamy, oboje lubili te gozdziki. Tylko jedna kwiaciarnia ma w takim
kolorze. Musiałam je wcześniej zamówić.
Zofia poczuła, że ziemia się jej usuwa spod nóg. Nabrała jednak sporo powietrza, oparła się o
krzyż na sąsiednim grobie i zapytała:
A pani mamusia też tu blisko leży?
Nie, mama jest pochowana w Krakowie, tam mieszkam. Tu leży tylko mój ojciec, a ja
spełniam ostatnia wolę mojej mamy. Umarła w styczniu.Obiecałam jej, że będę dbała
o grób ojca, gdy ona odejdzie.
Zofii wszystko zawirowało przed oczami . Bała się, że za chwilę zemdleje. Z trudem wyrzuciła
z siebie słowa:
Pytam się, bo pani sprząta grób mojego męża, a do tego mówi pani, że jest to pani ojciec.
Zupełnie tego nie rozumiem.
Zofia przysiadła na płycie grobu męża. Kobieta uśmiechnęła się smutno.
Bo rzeczywiście był moim biologicznym ojcem, ale nie mężem mojej mamy. Jestem owocem
chwilowego zauroczenia . Mąż mojej mamy nie był moim ojcem, ożenił się z nią gdy już byłam
na świecie. Specjalnie przyjechałam dzień wcześniej na ten grób, zeby nikogo z rodziny
ojca nie spotkać.
Kobieta skończyła mycie płyty, ułożyła wieniec, pozbierała do torebki brudne ściereczki.
Potem podeszła do Zofii i zapytała czy może jej w czymś pomóc.
Zofia spojrzała na nią wrogo, wstała z płyty i zataczając się lekko odeszła stamtąd nie zostawiwszy kwiatów i zniczy.
Do domu dotarła pół żywa. Zastanawiała się co ma teraz zrobić- powiedzieć wszystko synowi? On
ogromnie kochał ojca, uważał go za człowieka cnót wszelkich, a tu taka historia.
Resztę dnia Zofia przepłakała, a nocą postanowiła, że nie pójdzie następnego dnia na grób męża.
A synowi powie, że się bardzo zle czuje- była to zresztą prawda - ta wiadomość o tym, że jej mąż
miał nieślubną córkę wytrąciła ją z równowagi.
Bolało ją to, że tyle lat mąz tak skrupulatnie ukrywał przed nią fakt i owoc zdrady. Teraz dopiero
uświadomiła sobie, że był taki czas, gdy jej mąż był na 2 miesiące oddelegowany do oddziału w
Krakowie, a potem bardzo często jezdził tam w delegacje.
Miała do niego ogromne zaufanie i przez myśl jej nawet nie przemknęło, że coś złego się w tym
Krakowie wydarzyło. Ona też jezdziła często w delegacje służbowe, w Krakowie też bywała
służbowo. To , że tamta młoda kobieta przyjechała na grób Jerzego wypełniając wolę swej
matki, świadczyło o tym, że do samego końca utrzymywali ze sobą kontakt.
Zofia jest teraz podwójnie udręczona - z jednej strony ma piekielny żal do męża, że ją zdradził,
z drugiej - brak jej Jerzego. I wciąż się zastanawia czy ma powiedzieć wszystko synowi.
Bo przecież to ani nie wróci Jerzemu życia ani nie ukoi jej bólu.
Subskrybuj:
Posty (Atom)