piątek, 1 lutego 2013

Dziwne lustro, cz.VI

Jaga posłała mu błagalne, a może wręcz rozpaczliwe  spojrzenie. Bogdan objął ją i korzystając z jej
milczenia dodał: "nie jestem dobry w uwodzeniu kobiet, resztę tego, co z nami będzie, zostawiam
w twoich rękach. Wszystko co będzie dalej musi być twoim świadomym wyborem, a nie kwestią
przypadku, jak twoje małżeństwo. A teraz powiedz mi o czym chciałaś ze mną porozmawiać".
Jaga wyjaśniła, że chce porozmawiać o tym, co i jak ma zacząć załatwiać, bo chce się z Albertem
rozejść. Jedynym spoiwem  są dzieci, ale ona wcale nie jest przekonana, że to wystarczające na dalsze
lata. Choć niewątpliwie chłopcy bardzo ojca kochają i z całą pewnością rozwód będzie dla nich
wstrząsem.
Najbliższą godzinę Bogdan wyjaśniał jej różne problemy związane z rozwodem, dopytywał się czy będzie miała jakieś oparcie w rodzinie i nie kreślił jakiegoś różowego scenariusza - bo każdy rozwód  nie ma szans
by odbyć się  "w białych  rękawiczkach" gdy są dzieci,  mąż nie  zdradza, nie ma w domu awantur ani
przemocy.
Tego dnia wieczorem Albert pokazał jej list, który nadesłała jego matka  - zapraszała ją i dzieci do siebie
na cały miesiąc. Ale Jaga w żadnym wypadku nie chciała rezygnować z pracy, a tegoroczny urlop juz
wykorzystała.Postanowili, że odwiozą dzieci do jego matki i albo zgodzi się ona, by zostały u niej same, albo
zabiorą je z powrotem do domu. W trzy pózniej zawiezli dzieci do babci - Jaga musiała wysłuchać
tyrady na temat, jakie to okropne są teraz matki, że powinna  zrezygnować z pracy i siedzieć w domu
z dziećmi. W końcu teściowa zgodziła się, by dzieci zostały.
Następnego dnia Albert zatelefonował do niej z pracy, że jeszcze tego samego dnia wyjeżdża na 10 dni
służbowo  w drugi koniec  Polski. Jaga zwolniła się z pracy, by jeszcze szybko przygotować mu koszule na delegację - były uprane, ale nie zdążyła ich jeszcze uprasować. Pomogła mu się spakować, zrobiła na
drogę kanapki.
Gdy za Albertem zamknęły się drzwi odetchnęła głęboko i zabrała się za sprzątanie. Była to jej ulubiona
czynność - jednocześnie z porządkowaniem mieszkania porządkowała swe myśli.
A musiała naprawdę sporo uporządkować we własnej głowie.
Niemal dochodziła  północ, gdy zadzwoniła do Bogdana. Niewątpliwie zabrzmiało to nieco teatralnie, gdyż zamiast zwyczajowego "dobry wieczór" powiedziała  - "nic się nie stało, ale chcę być z Tobą, przemyślałam to.Jeśli możesz, przyjedz jutro po mnie wieczorem do ośrodka."
I Bogdan przyjechał po nią wieczorem do ośrodka - "przemeblował" sobie cały następny dzień pracy
biorąc delegację do sąsiedniej jednostki. Nim przyjechał po Jagę wpadł uporządkować domek
letniskowy, który  był wspólną własnością jego i siostry oraz zapełnił lodówkę. Okna wprawdzie były
niezbyt czyste, ale przecież nie mieli zamiaru przez nie wyglądać.
Jaga wsiadła do samochodu i nawet nie zapytała dokąd ją Bogdan wiezie - ona po prostu chciała być z nim.
Zdziwiła się, gdy w krótkim czasie stanęli przed jakimś domem. Nigdy tu nie byli. Bogdan wprowadził samochód  do garażu i wyjaśnił, że jest to wspólny domek jego i siostry.
Razem przygotowali coś do jedzenia - Jaga była głodna i zmęczona po całym dniu pracy. Zjedli kolację
w mało romantycznej, choć funkcjonalnej kuchni, potem przeszli do saloniku. Bogdan usadził Jagę na kanapie, przyniósł poduszkę i pled, położył jej nogi na swych kolanach i zaczął  delikatnie masować stopy.
Wiedział, że z całą pewnością Jaga dużo tego dnia stała w recepcji i masaż z pewnością sprawi jej
ulgę. Po kilkunastu minutach Jaga przyciągnęła do siebie Bogdana. W chwilę potem wylądowali w sypialni.
Cała ta noc i następny poranek były dla Jagi całkowitym zadziwieniem. Po raz pierwszy w życiu, pomimo
już  sześcioletniego stażu małżeńskiego, doznała rozkoszy. Nie  sądziła, że kontakt dwóch ciał może
dostarczyć tylu zachwycających doznań. Zasypiała i budziła się w ramionach Bogdana, który co jakiś czas scałowywał jej bezgłośnie płynące łzy. Nie dopytywał się, czemu  płacze,  domyślał się wszystkiego.
Niewiele tej nocy mówili - ona drżała pod jego dłonią, on dokładał wszelkich starań by odgadnąć co może
ja uszczęśliwić.
c.d.n


czwartek, 31 stycznia 2013

Dziwne lustro,cz.V

Obecność Bogdana wywołała u Jagi mieszane uczucia - z jednej strony ucieszyła się, bo
nikogo znajomego tu nie było, z drugiej strony  zdziwiła  się nieco jego obecnością oraz
tym, że w ramach powitania przekazał jej pozdrowienia i list od Alberta.
Z obecności Bogdana najwięcej ucieszyły się dzieci - bo Bogdan dał się bez trudu namówić
na budowanie zamku -  już pierwszego dnia wybudowali wspólnie piękny zamek z czterema
wieżami, głęboką fosą i wysokimi murami dookoła.
Jaga za to usypała plażowy grajdoł, otoczyła go parawanem i wypoczywała zerkając co jakiś
czas w stronę brzegu, gdzie  Bogdan formował "zamek", chłopcy donosili  mokry piach i wodę,
a dokoła  nich gromadziło się coraz więcej dzieciaków.
Miała chwilę spokoju, więc wyciągnęła list od męża - Albert zawsze pisał piękne i czułe listy-
szkoda, że czułe słowa wychodziły tylko spod jego pióra. W kontaktach bezpośrednich nigdy
ich nie używał. Na końcu listu obiecywał, że być może wpadnie do nich w sobotę wieczorem,
na jeden dzień.
Pogoda była cały czas świetna, Bogdan z anielską cierpliwością codziennie poprawiał
piaskowy zamek,. popołudniami zabierał Jagę i dzieci  na spacery do lasu, czasami zapraszał
na lody albo grał z innymi wczasowiczami w siatkówkę , na próżno namawiając Jagę na
udział w grze.
Albert nie przyjechał do nich na niedzielę - Jaga się  nawet nie dziwiła - dobrze wiedziała, że
w sobotę wypadały imieniny dowódcy i chyba jeszcze ze trzech jego kolegów.
Cieszyła się, że nie ma jej w tym czasie w domu - przynajmniej nie musiała oglądać własnego
męża w stanie upojenia alkoholowego, ani też nie musiała iść na przyjęcie do dowódcy.
Czternaście dni pobytu nad morzem  minęło niepostrzeżenie. Bogdan pomógł Jadze zapakować
się do autobusu. On jeszcze zostawał dwa dni, zresztą wracał samochodem.
Gdy dojechała z dziećmi na miejsce, Albert nie oczekiwał  ich na dworcu autobusowym.
Chwilę postali i poczekali, ale  czas uciekał, Albert nie nadchodził, dzieci były głodne i
zmęczone, więc wzięła taksówkę i pojechała do domu.
W domu też nie było Alberta, a lodówka była pusta., w szafce był kawałek bułki i jakieś
stare herbatniki. Jaga wpadła do sąsiadki, pożyczyła jajka , trochę masła i kawałek chleba,
zrobiła dzieciom kolację, wykąpała je i ułożyła do łóżek.
Powoli narastała w niej złość. Po dziesiątej wieczorem przyszedł do domu Albert - był
nieco zawiany, przepraszał, że nie przyjechał po nią na dworzec, ale był z kolegami
w sąsiedniej miejscowości i nie miał czym dojechać, więc wracał ze wszystkimi,
służbowym  samochodem.
Jaga popatrzyła tylko na niego, pokiwała głową i poszła do pokoju dzieci, zabierając
ze wspólnego łóżka swą poduszkę i kołdrę.
W domu znów nastały ciche dni, Jaga powróciła do pracy.  I pozornie życie toczyło się
utartym torem. Ale Jaga cały czas wspominała ten urlop, z wdzięcznością myślała o tym, że
dzięki Bogdanowi mogła nieco odpocząć, bo to on głównie zajmował się na plaży dziećmi.
Pomału Bogdan zajmował w jej myślach coraz więcej miejsca, a Albert ....coraz częściej
zastanawiała się nad rozwodem.
Gdy spotkała się  z Bogdanem, poprosiła by pojechali nad sąsiednie jezioro, bo chce z nim
o czymś porozmawiać, a tam nikt im nie będzie przeszkadzał. Pomyślała, że wypyta Bogdana
dokładnie o wszystko co jest związane ze sprawą rozwodową , bo Bogdan był z wykształcenia
prawnikiem, a poza tym przecież już brał rozwód.

Gdy tylko dojechali nad jezioro i usiedli w swym ulubionym miejscu , Bogdan poprosił,
by Jaga przez chwilę  nic nie  mówiła i pozwoliła wpierw jemu coś ważnego powiedzieć.
Jaga z przerażeniem pomyślała, że pewnie Bogdana przenoszą i serce w niej zamarło.
A Bogdan powiedział tylko kilka słów : "kocham cię, jestem tego pewny, chcę byś o tym
wiedziała".
cd.n.                 

poniedziałek, 28 stycznia 2013

Dziwne lustro, cz.IV

Jaga bardzo przeżyła swój pierwszy dzień w pracy. Czuła się jak dziecko, które po raz pierwszy
przydreptało do szkoły. Ale pod koniec  swego dnia pracy była zadowolona.
Wprawdzie głównie urzędowała na zapleczu recepcji, ale wcale jej to nie przeszkadzało.
Natomiast jej praca przeszkadzała Albertowi. Nie za bardzo wiadomo dlaczego, bo tak
naprawdę to  tylko dwie niedziele w miesiącu Jaga spędzała w  pracy, w sumie nie było jej w domu
tyko pięć i pół godziny. A jeśli była pogoda to Albert mógł przyjechać z dziećmi do ośrodka, gdzie
był duży plac zabaw dla dzieci a część jeziora miała wydzielony dla maluchów brodzik.
Jaga nie przyznała się mężowi, że pracę załatwił jej Bogdan. Ale gdy powiedziała, gdzie będzie
pracować Albert powiedział ; "o, a wiesz kto jest kierownikiem tego interesu? - szwagier tego
Bogdana, co Cię tak obtańcowywał". Jaga udała wielkie zdziwienie, choć już o tym wiedziała.
Wiedziała również, że Bogdan  jest rozwodnikiem, że ma syna, którego nigdy nie widuje, że
marzy już o wyjściu z wojska, bo mierzą go panujące tu stosunki. Bo wojsko było bardzo
specyficzną instytucją - nie tylko stopień był tu ważny - układy kumplowsko-pijackie  były znacznie
ważniejsze.
 Bogdanowi podobało się, że Jaga nie dała się wepchnąć do "kółka  rodzin wojskowych",
bo większość żon swych kolegów uważał za dość głupawe istoty.
Żonaty był krótko, raptem dwa lata. Jego małżeństwo też było "przymusowym ochotnictwem", a on
wcale nie był pewny, czy był na 100% ojcem tego dziecka. Wiedział, że ta dziewczyna w tym samym
czasie spotykała się i z innymi mężczyznami, no ale nie złapał jej z nikim w sytuacji "in flagranti".
Że nie był pierwszym to wiedział, ale w sumie dziewczyna była całkiem do rzeczy, więc się ożenił
gdy mu powiedziała, że jest w ciąży.
A po ślubie nawet prawie nie mieszkali razem, bo przez większą część ciąży ona przebywała w szpitalu
na oddziale patologii ciąży, a gdy już urodziła to zamieszkała w domu swoich rodziców, gdzie z pewnością było jej wygodniej niż w jego służbowym mieszkaniu. Gdy w końcu zamieszkali razem  szybko doszli do wniosku, że ten związek jest  jedną, wielką omyłką.
A małżeństwo Jagi też się chwiało w posadach - Albert coraz więcej czasu spędzał z kolegami
gęsto popijając. Gdy Jaga zwracała mu na to uwagę to mówił, że przecież nie chodzi na dziwki, a tylko siedzi z kolegami. Gdy mu tłumaczyła, że daje zły przykład dzieciom, twierdził, że gdy wraca to dzieci już
śpią, więc o niczym  nie wiedzą.
Sytuacja była patowa, najczęściej w domu były tzw. "ciche dni", a Jaga nie  za bardzo wiedziała co
ma dalej robić. Nie było awantur - to fakt, ale miłości też  nie.
Jaga kilka razy wspomniała o rozwodzie, bo nie chciała dłużej znosić tej sytuacji - za każdym razem
Albert padał na kolana, przepraszał, obiecywał poprawę, nawet kilka dni siedział w domu, ale
zawsze w końcu lądował z kolegami, bo była okazja - imieniny, urodziny, awans.
Mniej więcej raz w miesiącu Jaga spotykała się z Bogdanem na kawie, lub jechali samochodem do
sąsiedniej miejscowości  na obiad. Każde spotkanie  coraz bardziej zbliżało ją do Bogdana, który stał się
jej powiernikiem.
I ani się Jaga zorientowała jak minął rok jej pracy. Albert załatwił wczasy w wojskowym ośrodku, ale
w ostatniej chwili wstrzymano mu urlop i Jaga pojechała sama z dziećmi.
Gdy trzeciego dnia pobytu wychodziła z dziećmi na plażę, w holu spotkała....Bogdana.
Była zdziwiona ale i  zadowolona. Nikogo tu nie znała. Na dodatek Bogdan załatwił sobie pokój obok i
 miejsce przy tym samym  stoliku sześcioosobowym.
c.d.n.

niedziela, 27 stycznia 2013

Dziwne lustro cz.III

Po wieczorku tanecznym Jaga  wróciła do domu  z lekka rozmarzona. Tak dawno nie tańczyła!
Nawet nie zdawała sobie  dotychczas sprawy z tego, jak bardzo ugrzęzła w domowym kieracie.
A wszystko przez to, że tak wcześnie została żoną i matką. Do tego  dochodziły kłopoty dnia
codziennego, których w tamtym okresie nie brakowało. Nie dość, że ciągle  brakowało pieniędzy
to i niewiele można było kupić. Jaga nauczyła się szyć i sama szyła dla siebie sukienki i bluzki, oraz
ubranka dla dzieci.
Choć Albert bardzo protestował, postanowiła posłać dzieci do przedszkola, a samej podjąć pracę.
Nie było to wcale łatwe, bo Jaga po podstawówce poszła do szkoły zawodowej, w której
nauczyła się dziewiarstwa maszynowego.  Wbrew temu, co dziś się opowiada, że w tamtych
czasach każdy miał pracę, wcale tak nie było. Złożyła dokumenty w tzw. Biurze Pośrednictwa
Pracy i czekała na jakąś propozycję zatrudnienia. Ale w tym mieście żadna spółdzielnia
dziewiarska nie potrzebowała pracowników. W dwóch zakładach pracy potrzebowali pracowników
umysłowych, ale  warunkiem zatrudnienia było posiadanie matury lub dyplomu technika
ekonomisty.  Jaga dość regularnie odwiedzała "pośredniaka", ale wciąż  nie miała pracy.
Pewnego dnia, gdy wracała  zrezygnowana do domu, spotkała  Bogdana.
Prawdę mówiąc to nawet nie pamiętała jak on ma na imię - widzieli się tylko raz, na tym wieczorku tanecznym, przetańczyli wprawdzie cały wieczór razem, ale to Bogdan ją o wiele spraw wypytywał
i to głównie ona  opowiadała o sobie, on tylko uważnie słuchał.
Bogdan wyraznie się ucieszył  i zaprosił ją  na kawę do kawiarni  uważanej w tym mieście za
najlepszą i najdroższą.
I znów to głównie ona mówiła, bo  odpowiadała na  mnóstwo pytań, które jej zadawał. Miała
wrażenie,  że interesuje go każdy szczegół jej egzystencji - co lubi, co czyta, jakie filmy jej się
podobają, jakich kompozytorów lubi słuchać, gdzie lubi jezdzic na urlop, jakie kolory lubi.
Przy okazji Jaga zwierzyła się, że nie może znalezc pracy, a Bogdan spisał  na kartce jej dane
i obiecał, że coś postara się dla niej załatwić, z tym, że może to będzie tylko półetat a nie cały.
Czas mijał niepostrzeżenie i Jaga niemal biegiem musiała pędzić do przedszkola po dzieci.
Po dwóch tygodniach  dzwięk telefonu oderwał ją od poezji życia, czyli obierania kartofli.
To telefonował Bogdan. Załatwił jej pracę - pół etatu w biurze  ośrodka wczasowego.
Prosił by następnego dnia udała się tam i podał  nazwisko osoby, do której powinna się
zgłosić.
Nazajutrz Jaga założyła białą bluzkę i popielatą spódniczkę, w czym wyglądała wielce
nobliwie, wzięła swe dokumenty i pojechała na  sam skraj miasta, nad jezioro, nad którym
był ten ośrodek.
Rozmowa z kierownikiem ośrodka była dość krótka, zaproponował jej pół etatu w recepcji,
zawsze na jednej, przedpołudniowej zmianie, formalności w "pośredniaku" kadrowa miała
załatwić sama, wynagrodzenie może nie było olśniewające, ale gdy ukończy za jakiś czas
szkolenie, to z pewnością dostanie podwyżkę. Na razie nie będzie samodzielnym pracownikiem,
będzie pomagać innym. W ten sposób nauczy się swych nowych obowiązków, potem
przejdzie szkolenie, które będzie już tylko formalnością.
Pracę miała rozpocząć za 4 dni. Mankamentem był fakt, że musiała pracować również i w niedziele,
ale wtedy  inny dzień tygodnia miała wolny.
Uradowana i oszołomiona tym wszystkim wyszła z budynku  - przed budynkiem stał Bogdan,
który zza pleców wyciągnął malutki bukiecik bratków. Zaraz zaczął się dopytywać co i jak załatwiła.
Pojechali do pobliskiej kawiarni - tym razem Jaga postanowiła dowiedzieć się czegoś o Bogdanie.

piątek, 25 stycznia 2013

Dziwne lustro, cz.II

Pięćdziesięciolecie ślubu minęło gładko. Zaprosili wszystkich do restauracji, by Jaga nie pałętała się
w tak uroczystym dniu  wśród garnków. Na uroczystość zaprosili tylko swe dzieci i wnuczęta, co
w sumie dało, razem z nimi, trzynaście osób.
Jaga zakupiła na tę okazję specjalną kreację i nowe pantofle, ale w ostatniej chwili włożyła stare,
wygodne pantofle i inną niż planowała sukienkę - "starą", którą pewnie miała z raz na sobie.
Od kilkunastu lat już nie musiała tak bardzo oszczędzać i często poprawiała sobie samopoczucie
kupując jakiś nowy ciuszek. Co jakiś czas robiła w szafie remanent i część ubrań lądowała
w szafach jej dwóch koleżanek.
W dwa dni po tym uroczystym rodzinnym obiedzie, Jaga znów zobaczyła w lustrze siebie
sprzed lat.  Tym razem w lustrze stała blada zjawa w piżamie i szlafroku.
To był  zły czas w jej życiu  - całymi tygodniami leżała w szpitalu, przechodziła całe serie
niemiłych badań, łykała mnóstwo lekarstw, a wszyscy obawiali się, że to białaczka.
Domem i dwójką dzieci (bo wtedy było już  na świecie  drugie dziecko) zajmowała się teściowa,
która przyjechała na pomoc. Matka Jagi, choć mieszkała w tym samym mieście, nie włączyła się
do pomocy, mówiąc - "twoje dzieci, twój mąż, twoja sprawa, chciałaś wyjść za mąż, to sobie radz
sama". Te słowa Jaga  bardzo dobrze zapamiętała. Bolało, bo padły nim Jaga poprosiła matkę
o pomoc. I  zostawiły w niej bolesną ranę, która nigdy się nie zagoiła.
Oprócz kłopotów ze zdrowiem doszły kłopoty z Albertem. Codziennie wracał do domu na
rauszu, raz mniejszym, raz większym, jego bliscy  koledzy byli po prostu nałogowymi pijakami.
Wprawdzie Albert zawsze pilnował się, by za dużo nie wypić, ale nie mniej ciągle z nimi
chodził na popijawy.
Jaga pomału miała dość.Przy dwójce małych dzieci nie pracowała, służbowe  wojskowe mieszkanie
było maleńkie, na wszystko brakowało pieniędzy, żyli biorąc "na okrągło" tzw. chwilówki.
Jedną chwilówkę się spłacało i zaraz brało następną.Większe wydatki robili gdy raz do roku Albert
dostawał sorty mundurowe.
Praca w  wojsku ma tę specyfikę, że w każdej chwili  można dostać służbowe przeniesienie
w zupełnie inny zakątek kraju. I nie zawsze jest to wymarzone miejsce.
Albert dostał przeniesienie na północ Polski. Miasto było niemal wczasowiskiem, ładnie położone
ale był kłopot  z mieszkaniami. Albert miał już niezłą pozycję służbową w wojsku, mógł trochę
powybrzydzać, ale wiadomo - z pustego i Salomon nic nie naleje.
Przez kilka miesięcy Jaga mieszkała w stolicy sama z dziećmi, a Albert w nowym miejscu. Nie
był to czas tak swobodnej jak dziś komunikacji - telefon stacjonarny był niemal luksusem,
na zainstalowanie tego cudu techniki  ludzie czekali czasem wiele lat. W wojsku było z tym
nieco prościej. Życie rodzinne Jagi sprowadzało się do sporadycznych spotkań z mężem, gdy ten 
wpadał służbowo do stolicy i przy okazji do domu  i rozmów telefonicznych.
Wreszcie udało się Albertowi dostać odpowiednie mieszkanie - dwa pokoje z kuchnią w bloku
zamieszkiwanym przez rodziny wojskowe.
Jaga nie lubiła całego tego wojskowego towarzystwa. Nie wstąpiła do Koła Rodzin Wojskowych,
nie chodziła na imprezy organizowane przez tę instytucję, choc wielokrotnie zwracano jej uwagę,
że powinna brać czynny udział w życiu tej społeczności.
Ale pewnego razu dała się namówić na jakąś imprezę. Sąsiadka obiecała, że będzie wieczorem
czuwać nad  dziećmi i niech wreszcie choć raz Jaga idzie się zabawić. A Jaga bardzo lubiła
tańczyć, była jeszcze bardzo młoda, nie przekroczyła jeszcze trzydziestki i tym razem nawet
chętnie szła razem z Albertem na  te imprezę. Calutki wieczór przetańczyła z jednym partnerem.
Tańczył znakomicie, oboje prawili  sobie  na wzajem  komplementy na temat umiejętności
tanecznych. Bogdan był starszy od Alberta, nie był może tak przystojny jak Albert, ale,
w przeciwieństwie do niego, cały czas obsypywał Jagę  miłymi komplementami, nie pił, interesował
się tym, jak się tu Jadze żyje, czym się  ona interesuje, co czyta itp. Nie ukrywał, że ona bardzo
mu się podoba, ale robił to w delikatny, nie nachalny sposób. Jaga po raz pierwszy od wielu lat
poczuła się  kobietą - podziwianą i...pożądaną.
A Albert tylko raz ją poprosił do tańca, a że był już pod wpływem alkoholu, jego umiejętności
taneczne spadły niemal do zera i nawet nie dokończyli  jednego tańca. Albert pożeglował
w stronę swoich zapijaczonych kompanów, a Jaga zaczęła się zastanawiać co ona robi u boku
tego człowieka, który został jej mężem.
c.d.n.

środa, 23 stycznia 2013

Dziwne lustro

Wiele lat temu  Jaga kupiła  to lustro. Było bez ramy, bardzo wąskie i  długie.
Przez wiele lat wisiało spokojnie w przedpokoju. Miało tę zaletę, że można było w nim obejrzeć
całą swą sylwetkę, łącznie ze stopami.
Przez wiele lat było takim zwyczajnym lustrem, w którym przeglądał się każdy, kto akurat był
w przedpokoju.
Czasem, stając przed lustrem Jaga  myślała - dziwne, cały czas mam wrażenie, że ktoś oprócz mnie spogląda z tego lustra.
Ale nigdy nikomu o tym dziwnym odczuciu nie mówiła.
Kilka lat temu, w przeddzień  50 rocznicy ślubu, gdy ubrała już płaszcz i miała wyjść z domu, rzuciła
spojrzenie w lustro i znieruchomiała  - z lustra patrzyła na nią młodziutka blondynka, z włosami
upiętymi kok, ubrana w długą, prostą, białą sukienkę. Jaga przetarła oczy, a postać w lustrze posłała
jej smutny uśmiech.
W lustrze stała najwyrazniej Jaga, tyle tylko, że 50 lat młodsza. Jaga przysiadła na skrzyni z butami
i popłynęła myślami do tamtych dni.
Gdy poznała swego męża miała 18 lat. Przyprowadził go na jakąś zabawę taneczną brat jej koleżanki.
Jaga nie była nim wcale zainteresowana, zajęta była akurat zupełnie kimś innym. A ten "nowy"
przewiercał ją niemal na wylot swymi czarnymi oczami i właściwie nie spuszczał z niej wzroku.
Był wysoki, czarnooki i czarnowłosy i niesamowicie chudy. Był tak chudy, że w czasie tańca Jaga
miała wrażenie, że tańczy  ze szkieletem. Do tego  wszystkiego taniec nie był jego domeną.
Okazało się, że był od niej niemal 5 lat starszy , a do tego został zawodowym żołnierzem. Po prostu
zorientował się, że nie da rady utrzymać się sam na studiach. Matka- wdowa wychowująca jeszcze drugie dziecko nie mogła mu  w żadem sposób pomóc, a pozostając w wojsku miał zapewnione mieszkanie,
 studia i jakiś żołd. "Nowy" po zabawie odprowadził ją do domu i nie przejął się wcale tym, że Jaga
powiedziała, że się pewnie więcej nie zobaczą, bo ona  "na poważnie"  z kimś chodzi.
I być może  byłoby tak, gdyby "stały" chłopak  nie zrobił jej awantury, że ona nie chce jechać z nim
na jakiś obóz. Jaga tłumaczyła mu, że wprawdzie jest pełnoletnia, ale nadal mieszka z rodzicami, nie
ma własnych pieniędzy bo jeszcze nie pracuje i rodzice jej na taką eskapadę nie pozwolą. Ale
wszystkie te argumenty nie trafiały chłopakowi do przekonania i był okropnie obrażony. Żeby go
ukarać, Jaga umówiła się z "nowym", wykorzystując do tego brata swej koleżanki. Dobrze wiedziała,
że tym sposobem Julek o wszystkim się dowie i   go to zaboli.
Nowy miał  trochę niewydarzone  jak na tamte czasy imię - Albert. Było to imię  jego dziadka.
Jaga zaczęła się spotykać z Albertem i uznała, że to bardzo mądry chłopak, zdolny, na wielu
rzeczach się zna i znacznie lepiej jej się z nim rozmawia niż z Julkiem.
Po kilku miesiącach Jaga była już zakochana. I to on został jej pierwszym mężczyzną. W dniu
swych 19 urodzin zorientowała się, że jest w ciąży. Była zdumiona -jak to?dwa razy się kochali
i ciąża?  Albert zadecydował, że szybko biorą ślub i nikt się  nie zorientuje, że coś jest nie tak.
Tak szczerze mówiąc, to Jaga wcale nie była z tego powodu szczęśliwa -  co innego latać na
randki a co innego wychodzić za mąż. Nie mieli mieszkania - on mieszkał w koszarach, mieszkanie
jej rodziców było małe  i mieszkała z nimi babcia. Jego pensja  była  jeszcze naprawdę nieduża,
nie stać ich było na wynajęcie mieszkania. W wojsku miał wprawdzie obiecane mieszkanie, ale
wątpliwe było, by mogło to nastąpić jeszcze przed urodzeniem się dziecka.
Ślub brała w pożyczonej sukience, zle się czuła z powodu ciąży a dobił ją jeszcze przyjazd
teściowej, która nie ukrywała niezadowolenia, że syn się  żeni i teraz juz nie będzie  pomagał
jej finansowo. Wesela nie było, był tylko obiad  dla świadków i najbliższej rodziny.Po ślubie
pojechali na tydzień do jednego z wojskowych ośrodków wypoczynkowych.

Jaga wstała pomału ze skrzyni, zerknęła w lustro - była w nim tylko obecna  Jaga w swym
szarozielonym płaszczu. Westchnęła i wyszła z domu.
c.d.n.



środa, 9 stycznia 2013

Zazdrość - c.d.

Na szczęście nie zawsze z powodu zazdrości  cierpią oboje uczestnicy zdarzenia.
Czasem wszelkie konsekwencje ponosi zazdrośnik.
Ela poznała swą pierwszą miłość w liceum - od drugiej licealnej stanowili  parę typu "papużki-nierozłączki". Tuż przed maturą przekroczyli ów mityczny próg- poznali co to seks. Nie było z tej okazji   "ściemy" o
miłości , oboje byli siebie wzajemnie ciekawi, podeszli do tematu naukowo, krok po kroku, zadbali
nawet o antykoncepcję, o dobre warunki towarzyszące. Jednym słowem - pełna kultura.
I wtedy W. zaczął być bardzo zazdrosny o Elę.  On był zachwycony, a ona nieco rozczarowana,
a pózniej znudzona ciągłym sam na sam.
Była atrakcyjną dziewczyną i kręciło się wokół niej wielu chłopaków. W. zrobił się zazdrosny, wszędzie
za Elą chodził, przesiadywał u niej w domu. A Ela cały czas mu tłumaczyła, że owszem, lubi go, ale po pierwsze to nie kocha a po drugie to nie ma zamiaru zamykać  sobie życia pakując się w jakiś stały
związek. W. był głuchy i ślepy na wszystkie argumenty.
Po maturze oboje oboje wybrali się  na studia politechniczne, ale na dwa różne wydziały. Na wydziale
Eli były zaledwie 3 dziewczyny, więc miały  niesamowite powodzenie. W. szalał - potrafił cały dzień spędzić w pobliżu sali wykładowej , w której była Ela, byle tylko  nie miała okazji umówić się z kimś innym.
W., ciagle nieobecny na zajęciach, oczywiście  zawalił ten rok studiów, wpadł w "szpony"  WKR-u i
musiał pójść do wojska  i to na całe 3 lata.
Gdy wyszedł pierwsze kroki skierował do Eli  - a Ela była już po  ślubie i właśnie miała malutkie
dziecko.
W.  już nie podjął studiów - w "odwecie" ożenił się z jedną z koleżanek Eli.
No cóż, gdyby nie  ta zazdrość z pewnością ukończyłby studia, bo był naprawdę zdolnym
chłopakiem.

Kolejna ofiara własnej zazdrości zawsze mnie śmieszy - zapowiadało się wszystko b.kiepsko,
ale w sumie skończyło się niegroznie.
Jadwiga, jeszcze w czasie studiów poznała pewnego miłego chłopaka. Ona studiowała  na
Politechnice, on na SGPiS. Gdy tylko Jadwiga skończyła studia pobrali się. Z konsumpcją
związku czekali przykładnie do ślubu - Jadwiga bała się, że może "wpaść", a nie chciała by cokolwiek
przeszkodziło jej w ukończeniu studiów. Tej wstrzemięzliwości nie mogła sobie potem wybaczyć .
Kiedyś, w chwili wielkiej szczerości powiedziała mi - "wiesz, gdybym wcześniej spróbowała, to nie wyszłabym z tego powodu za mąż, przynajmniej nie za niego". No cóż, czasem się wychodzi za mąż
z powodu wielkich złudzeń.
Mąż Jadwigi chyba orientował się, że życie intymne jakoś nie za bardzo im wychodzi i zaczął
podejrzewać, że oziębłość młodej żony to wynik tego, że jest ona zainteresowana kimś innym. Do głowy
mu nie przyszło by gdzie indziej poszukać przyczyny. Zaczął podejrzewać, że Jadwiga ma kochanka,
który ją całkowicie zaspakaja i dlatego  ona nie garnie się do seksu z nim. Zrobił się nie do wytrzymania,
wypytywał ją co robiła w pracy danego dnia, z kim rozmawiała,  sprawdzał nawet jej bieliznę, czy aby
nie ma na niej śladów zdrady. Mniej więcej w 4 miesiące po ślubie Jadwiga zaszła w ciążę.
To była blizniacza ciąża, która niezle dała jej do wiwatu.Po ustawowym macierzyńskim Jadwiga wróciła do pracy, dziećmi zajmowała się jej mama wraz z pomocą domową. Wróciła będąc już  w następnej ciąży,
bo niedopieszczony mąż nadal odstawiał sceny zazdrości .  Równo rok po blizniakach Jadwiga urodziła kolejne dziecko. I wiecie co  - jej mąż się załamał - przeraził się, że teraz rodzina się już bardzo powiększy
i wcale nie będzie łatwo na wszystko zarobić. Zazdrość wyparowała gdzieś wraz z chęcią na seks.
Gdy ostatni raz go widziałam żalił się - "dlaczego ona mi to zrobiła?". Byłam bez litości bo zupełnie zimno odwarknęłam - "przecież wiesz skąd się biorą dzieci- sama się nie zapłodniła, prawda?".
W wiele lat pózniej  rozeszli się - trójka dzieci to kiepski łącznik, gdy nie ma miłości.