sobota, 11 maja 2013

Po prostu życie- cz.II

Lilka wypiła ostatni łyk kawy, delikatnie postawiła filiżankę na  spodeczku, po czym ponownie ją
uniosła do góry, by przyjrzeć się jej dokładnie.Powierzchnia filiżanki była kobaltowa, brzeg i uszko
były złocone. Na bocznych zewnętrznych ściankach rozrzucone były malutkie, złote różyczki.
Spodeczek był bez wzoru, cały kobaltowy, z bardzo cieniutkim  złoceniem brzegu. Lilka dostała tę
filiżankę na swoje 18 urodziny. Nawet najmarniejsza kawa miała w tej filiżance wspaniały smak.
Lilka umyła filiżankę i spodek  dokładnie , potem delikatnie wytarła  i schowała do kredensu.
Spojrzała na zegarek - za pół godziny przyjdzie do niej córka znajomej na lekcję rosyjskiego.
Dziś Lilka chciała zaprezentować Basi poezję Achmatowej.
Oprócz  rosyjskiego tekstu przygotowała również tłumaczenia. Wielu polskich poetów tłumaczyło
poezję Achmatowej, nie mniej Lilka była zdania, że tylko tekst rosyjski oddawał całe jej piękno.
Coraz częściej łapała się na tym, że chętniej czyta literaturę piękną i poezję właśnie w oryginale,
po rosyjsku. I mimowolnie coraz częściej mówiła z typowym rosyjskim "zaśpiewem", czasami
 miała kłopoty z polską ortografią lub ze znalezieniem odpowiedniego polskiego słowa.
A przecież był czas, gdy myślała i  mówiła po polsku, gdy mało osób mogło zorientować się, że
jej naturalnym językiem był rosyjski.
Lilka znów powróciła myślą do minionych lat. Czas przed wyjazdem do Polski upływał jej na
popadaniu w skrajne nastroje - były dni, gdy niemal tańczyła z radości i takie, gdy tonęła w łzach.
Teoretycznie wiedziała o Polsce sporo - Wacław wprawdzie nazywał swój kraj najweselszym
barakiem w obozie socjalistycznym, ale w jego opowieściach Polska  roiła się jej jako niebywale
wolny kraj. O swojej rodzinie Wacław nie mówił zbyt dużo - wiedziała, że miał jeszcze rodzeństwo,
że matka jest "rygorystką i wciąż marudzi".
Uczył ją pospiesznie języka, by po przyjezdzie nie czuła się zbyt wyobcowana. I pewnie z nadmiaru
tej nauki, zapomniał zupełnie jej powiedzieć, że tak naprawdę to nie będą mieli gdzie mieszkać.
Bo wprawdzie rodzina Wacława mieszkała w wolno stojącym domu, ale był to domek maleńki,
ciągle jeszcze   "w budowie" - nie było łazienki, toalety, bieżącej wody, gazu, a całość marnie
ocieplona.
Gdy Lilka po raz pierwszy zobaczyła ów  "pałac", nie bardzo wiedziała co powiedzieć.
Wprawdzie nie miała z mamą i bratem własnego mieszkania, bo mieszkanie dzielili z kuzynami jej
ojca, ale było to mieszkanie z tzw. wygodami, czyli z bieżącą wodą, dużą łazienką, olbrzymią kuchnią.
Ten domek przypominał swą wielkością chatkę na kurzej łapce. Działka, na której go zbudowano
 była wciąż jeszcze placem budowy. Centralne miejsce zajmowała góra piachu, obok niej stały cegły,
taczki, leżał żwir.
Powitanie też było nieco przygnębiające, choć teściowie powitali młodych chlebem, solą i kieliszkiem
wódki.
 Młodsza siostra Wacława podeszła do Lilki, dygnęła przed nią i powiedziała:  "chyba cię
polubię choć jesteś Rosjanką". Matka Wacława przypatrywała się Lilce uważnie, lustrując każdy
szczegół  jej wyglądu, wreszcie powiedziała : "ładna z ciebie dziewczyna, nawet ładniejsza niż
na zdjęciu, ale jak my będziemy rozmawiać? Ty nie mówisz po polsku a my po rusku."
Lilka zapewniła gorąco swą teściową, że prawie wszystko rozumie, tylko czasem  mylą się jej
słowa, które brzmią bardzo podobnie w obu językach.
Sytuacja zaczęła wyglądać mało ciekawie gdy nadeszła pora  wieczornego spoczynku.
Domek miał wszystkiego 2 pokoje i kuchnię. Łazienka była "w  budowie" podobnie jak piętro.
Na tę pierwszą noc młodzi zostali umieszczeni w pokoju dzieci,  a dzieci miały spać u stryja.
Lilka, gdy już zostali sami, nie mogła się opanować i wybuchnęła płaczem. Płakała z twarzą
wtuloną w poduszkę by nikt tego płaczu nie słyszał. Wacek długo jej tłumaczył, że był pewien, że
przez czas jego nieobecności rodzice ukończyli pięterko, że on ma już obiecaną pracę w firmie,
która zapewni im  mieszkanie, że to tylko przejściowa sytuacja, że wszystko się wyprostuje,
że do czasu własnego mieszkania wynajmą gdzieś jakiś pokój.
Lilka zasnęła umęczona dopiero na ranem, a po głowie kołatała się jej jedna myśl - wrócić do
matki i brata.
Rano Wacław zarządził przedzielenie pokoju ścianką z dykty. Pokój miał dwa okna na jednej ścianie,
więc w ten sposób powstały 2 mikroskopijne pokoje, jeden 10 -cio a drugi 11-to metrowy.
Nie mieli szafy ubraniowej ani bielizniarki, rzeczy tkwiły nierozpakowane w walizkach.
Lilce najbardziej dokuczał brak toalety w budynku, chodzenie w drugi koniec działki, gdzie stał
drewniany wychodek nie było miłe, zwłaszcza wieczorem. Wieczorna kolejka do mycia się
w kuchni też ją przyprawiała o ból głowy.
Cieniutka ścianka z dykty nie  gwarantowała żadnej intymności. Lilka doskonale słyszała wieczorne
szepty dzieci, potem ich oddechy gdy już spały.
Lilka przez pierwsze tygodnie siedziała w domu, starając się pomagać teściowej w pracach
domowych. Ale teściowa nie życzyła sobie żadnej pomocy - za to codziennie dokładnie lustrowała
sylwetkę Lilki, aż wreszcie któregoś dnia zapytała:  "a kiedy masz termin porodu?".
Lilka zaniemówiła, a po chwili zaczęła tłumaczyć teściowej, że nie wie kiedy będą mieli dziecko bo
na razie to nie planują dziecka.
"Aaa, no to po co wyszłaś za Wacka? Do Polski się zachciało kacapce przyjechać? Bo tu lepiej?"
c.d.n


piątek, 10 maja 2013

Po prostu życie

Stojąc przy kuchennym oknie Lilka wolno sączyła kawę ze swej ulubionej filiżanki. Niemal bezmyślnie
patrzyła na budynek po drugiej stronie osiedlowej uliczki.
Mieszkała na tym osiedlu już wiele lat i znała niedzielne obyczaje swych sąsiadów z bloku vis a vis.
Każda zmiana sobotnio- niedzielnych rytuałów była najczęściej wywoływana jakimiś ważnymi
wydarzeniami - przyjściem na świat nowego członka rodziny lub odejściem któregoś ze
starszych.
Owo znikanie starszych osób zawsze uświadamiało Lilce, że czas mija nieubłaganie, zabierając
ze sobą ludzi. Czasami zastanawiała się co dzieje się z tymi, którzy odchodzą - czy śmierć otwiera przed
nimi jakieś nowe możliwości, jakieś pole działania, którego ci co pozostali,  nie są świadomi?
Lilka coraz częściej wspominała swoje dzieciństwo i lata młodości, a były to czasy odległe, bo urodziła
się jeszcze przed II wojną światową. Jej rodzinnym miastem był Lwów, ale nie za bardzo pamiętała
jak wyglądało miasto. Jej ojciec był Rosjaninem, matka Polką. W chwili wybuchu wojny Lilka miała
tylko 4 lata, a jej maleńki braciszek rok. Byli właśnie całą rodziną u krewnych ojca, na Ukrainie. Ojciec,
jako Rosjanin, dostał powołanie do wojska, jego kuzynka obiecała,że zaopiekuje się jego żoną i dziećmi.
 Mama Lilki chciała natychmiast wracać do Lwowa, ale było to niemożliwe. Gdy nadszedł 1941 rok
wraz z rodziną męża została przetransportowana za Ural. W trzy lata pózniej dowiedziała się, że jej mąż poległ śmiercią bohatera. Po wojnie mama Lilki usiłowała odnalezć swą rodzinę we Lwowie, ale dostała tylko wiadomość,  że wyjechali w nieznanym kierunku.Wiele lat pózniej dowiedziała się, że ten nieznany
kierunek to była najpewniej daleka  rosyjska  północ.
Lilka była  pewna, że jest rodowitą Rosjanką - gdy mama Lilki straciła nadzieję na powrót do  Lwowa, który już wtedy nie był przecież polskim miastem, dla dobra dzieci przestała im opowiadać o Lwowie,
Polsce i nieznanej rodzinie.
Lilka na rok przed ukończeniem studiów, podczas jakichś kolejnych "czynów społecznych" poznała
pewnego uroczego studenta - Polaka. Studiowali  w tym samym mieście, ale ona na filologii  rosyjskiej,
on na politechnicznym kierunku. To była miłość od pierwszego wejrzenia - Lilka do dziś pamięta ten
dzień, gdy dzwigała  naręcze  listew, a wtedy podszedł do niej blodyn z kręconymi włosami i powiedział-
"ja ci pomogę, to przecież za ciężkie dla ciebie". Był miły, ciepły, opiekuńczy, zupełnie inny niż większość
jej kolegów ze studiów. Nie chodził na studenckie popijawy i wiele czasu poświęcał Lilce.
Lilka zwierzyła się któregoś dnia mamie, że spotyka się z chłopakiem z Polski, że bardzo go lubi, że jest
taki inny, dobry, miły i że....chyba się w nim zakochała.
Serce  Elizy niespokojnie zabiło, bo wyczuła dużą determinacje w głosie Lilki, gdy opowiadała o swym
nowym koledze. Pomyślała ze strachem, że mogą być z tego powodu same kłopoty. Ale wiedziała jedno-
jeżeli to trwałe uczucie, ona nie stanie swej córce na drodze do szczęścia.
Jeszcze przed obroną swej pracy magisterskiej Wacław poprosił Elizę o rękę Lilki i otrzymał zgodę. Przy okazji Eliza opowiedziała mu wszystko na temat swej rodziny we Lwowie .  Rodzina Wacława pochodziła z Grodna, ale w Polsce zamieszkali na stałe około 1920 roku.
Ślub był skromny, Lilka wystąpiła w pożyczonej od koleżanki   sukience, Wacławowi Eliza pomogła doprowadzić do  porządku nieco sfatygowany garnitur. Wesele było w gronie rodzinnym a następnego dnia
w akademiku odbyły się  poprawiny. Koleżanki bardzo zazdrościły Lilce "obcokrajowca" i tego, że Lilka
najprawdopodobniej wyjedzie na stałe do Polski.
Oczywiście na ślubie nie było nikogo z rodziny Wacława. Pan Młody wysłał tylko do  swych rodziców
informację, że  " w ubiegłą sobotę ożeniłem się z piękną dziewczyną, która jest w połowie Polką a w połowie Rosjanką" i do listu dołączył zdjęcie zrobione u Urzędzie Stanu Cywilnego.
c.d.n.

środa, 3 kwietnia 2013

Nudne życie cz.VIII

Wizyta Tosi u lekarza wykazała, że właściwie wszystko jest z nią w porządku, żadnych złych
rzeczy lekarz nie znalazł.
Tosia zwierzyła się  swemu miłemu lekarzowi, że chyba jest nienormalna, bo wcale a wcale nie  tęskni
za posiadaniem dziecka. Większość jej koleżanek już miała  dzieci, Tosia nawet  je odwiedzała, ale
widok maluchów wcale jej nie rozrzewniał ani nie budził chęci posiadania maleństwa. W trakcie tych
zwierzeń powiedziała , że niedawno jej kuzynka straciła 3-miesięcznego synka - był wcześniakiem i podobno miał jakąś nieuleczalną chorobę płuc. Tosia nie bardzo wiedziała co temu dziecko było,
raczej była skoncentrowana na tym, że  boi się między innymi takich przeżyć.
Ale lekarz bardzo się tym przypadkiem zainteresował, wypytał dokładnie o stopień pokrewieństwa i
dał Tosi oraz jej mężowi skierowanie do szpitala na wykonanie jakichś badań. 
Trochę Tosię rozbawiło to badanie, bo miało to być badanie chlorków potu **.Nie było nawet zbyt uciązliwe. Tyle tylko, że nie miała pojęcia co miało ono wykazać.
Na wyniki dość długo czekali, a gdy wreszcie doczekali się na nie, nie dano im ich do ręki, tylko
zapisano do profesora  na wizytę.
Tosia znów musiała wyjaśniać wszystko, co wiedziała na temat śmierci dziecka swej kuzynki, o stopniu
pokrewieństwa, wyliczyć wszystkie choroby własne, które sama przeszła, oraz pogrzebać w pamięci,
czy może zdarzały się i inne  przypadki  śmierci noworodków w jej  rodzinie.
Podobny wywiad przeprowadzono z Króliczkiem.
Wreszcie profesor, z bardzo zmartwioną miną poinformował oboje, że Tosia  jest nosicielem zmutowanego genu, który może sprawić, że ich przyszłe dziecko może mieć mukowiscydozę. Prawdopodobieństwo tego
wynosi 50%. Gdyby oboje byli nosicielami, to prawdopodobieństwo byłoby znacznie wyższe.
Opowiedział im wiele o tej chorobie a potem zaczął pocieszać, że przecież wcale nie musi tak być, to
przeciez tylko 50% ryzyka.
Tosia , popatrzyła  w oczy Króliczkowi i powiedziała: "no to się chyba dobrze składa, bo ja wcale nie pragnę  dziecka a mój mąż  też o nim nie marzy." Króliczek skwapliwie przytaknął i oboje pożegnali się
serdecznie z profesorem.
W miesiąc  pózniej, gdy już oboje dokładnie wszystko "obgadali", zaprosili  swoich rodziców na niedzielny
obiad, nie uprzedzając, że chcą im coś oznajmić.
Przy kawie, Króliczek  oznajmił spokojnym głosem, że oni podjęli decyzję,  że nigdy nie będą mieć dzieci
i w związku z tym, proszą, aby nikt nigdy nie zadawał głupich pytań z gatunku "a kiedy będzie dzidziuś?.
Nie będą mieli dzieci, bo oboje są nosicielami wadliwego genu, który spowoduje u dziecka nieuleczalną
chorobę. A oni nie chcą swego dziecka skazywać na to. Na wszelkie  dalsze pytania co to za choroba itp. odmówili odpowiedzi., mówiąc, że to nie ma nic do rzeczy.
I dodali, że brak dziecka nie jest dla nich jakimkolwiek problemem, bo im naprawdę dobrze jest tak, jak jest.
I chyba  zawsze było im dobrze. Króliczek do dziś patrzy w Tosię jak w tęczę i  nadal jego ręcę czule
ją tulą i obejmują i nadal namawiają.
Znam oboje od wielu, wielu lat i nigdy nie słyszałam by któreś z żalem mówiło o tym, że nie mają dzieci.
Zwiedzili razem całkiem spory kawał świata a od wielu lat wspomagają jeden z domów dziecka.

** wg mnie chodziło raczej o poziom sodu w pocie.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Nudne życie cz.VII

Rodzice Tosi planowali sporą fetę z okazji jej  ślubu, ale Tosia,  gdy policzyła ile to osób będzie
zaproszonych  z obu stron stwierdziła, że absolutnie jej taka wielka impreza nie odpowiada.
Początkowo chciała nawet zrezygnować ze  ślubu kościelnego, ale ze względu na rodzinę
Króliczka zgodziła się na ślub kościelny. Ale żadnego wesela - zorganizują obiad dla najbliższej
rodziny. Żadnych ciotek, kuzynek, pociotków i przyjaciół. Tylko rodzice, rodzeństwo i świadkowie.
Po wielkich bojach, obrażeni nieco rodzice Tosi  zgodzili się w końcu na takie rozwiązanie.
W końcu nie siedzieli na worach z pieniędzmi, a taka impreza przecież nigdy nie należała do tanich.
"Jeśli już musicie pozbyć się oszczędności to lepiej kupcie nam coś do mieszkania, albo odłóżcie to
na książeczkę PKO i dacie gdy będzie już moje mieszkanie"- przekonywała rodziców Tosia.
Cały ten okres aż do dnia ślubu był pełen ostrych spięć pomiędzy Tosią a jej rodzicami. Ona
chciała skromną, prostą sukienkę, najlepiej krótką, ale matka, która była fundatorką owej kreacji
uparła się, że  "sukienka musi być długa, z trenem i długim welonem. Masz dobrą figurę, jesteś
wysoka, musisz się pokazać" - przekonywała Tosię matka. "I będę wyglądać jak fragment góry
lodowej" - z przekąsem mówiła Tosia.
Miała nieco racji - była wysoka, nie za wiotka i ta ilość bieli na niej  była rzeczywiście nieco
porażająca.
Wreszcie nadszedł dzień ślubu. Rano był ślub cywilny, na który poszli tylko ze świadkami, potem był
rodzinny obiad w restauracji, póznym popołudniem - ślub kościelny.
Gdy już skończył się ten osobliwy  "maraton ślubny", młodzi  zostali odwiezieni do swego
mieszkania, a stamtąd na dworzec kolejowy.
Jednym z prezentów ślubnych był 2-tygodniowy pobyt w Jastarni. Pogoda była "jak trzeba", jedzenie
jak zawsze nad morzem dość paskudne, ale im to wszystko nie przeszkadzało.
Nie da się ukryć, że większość czasu poświęcali na wzajemne odkrywanie siebie i planowanie zmian
w mieszkaniu.
Do domu wrócili wychudzeni, opaleni i bardzo szczęśliwi.
Niemiłą niespodziankę przygotował dla nich pracodawca - Tosia musiała zmienić pracownię, bo
wg przepisów nie mogła pracować w jednej pracowni ze swym zwierzchnikiem.
Tak ją to zezłościło,  że postanowiła odejść z tego biura projektów.
Pracę załatwiła jej kuzynka Króliczka  - Tosia została intendentką w przedszkolu. Króliczek zaczął
nalegać, by Tosia koniecznie uzupełniła swe wykształcenie dopóki nie mają dzieci. Tosia  jakoś nie paliła
się do tego, ale  kierowniczka przedszkola również ją zaczęła namawiać, wspominając, że na zajmowanym  teraz stanowisku powinna mieć coś wiecej w papierach niż zawodówkę krawiecką.
Były to czasy, gdy to zakład pracy miał obowiązek dbania o to, by pracownicy uzupełniali swe wykształcenie. Mając skierowanie z miejsca pracy miało się zagwarantowane zwolnienia z pracy na
zajęcia oraz urlop na sesję egzaminacyjną.
Pierwszy rok studiów był dla Tosi prawdziwą mordęgą, Króliczek  wiecznie musiał jej coś tłumaczyć,
bo braki ze szkoły  miała Tosia niemiłosierne.Cały czas nie mogła pojąć na co komu matematyka  na
studiach humanistycznych. Z trudem przeczołgała się przez ten pierwszy rok - nowe obowiązki służbowe
i studia mocno ją zmęczyły. Króliczek pomagał w nauce, podtrzymywał na duchu, pocieszał, zajmował
się domem - byleby tylko Tosia nie rzuciła studiów.
Dni płynęły monotonnie,praca, nauka, dom - krótkie 2 miesiące wakacji i znów harówka.
Ale z czasem Tosi szło coraz lepiej, bo uwierzyła, że da radę skończyć te studia.
Praca w przedszkolu już jej nie stresowała, koleżanki były miłe,na uczelni poznała sporo miłych osób.
Denerwowała się tylko, gdyż za każdym razem, gdy spotykała się z rodzicami, matka zadawała to samo pytanie- "no a kiedy wreszcie ja zostanę babcią?". Tosia zgrzytała zębami i za każdym razem mówiła-
 gdy skończę to co zaczęłam i nabiorę ochoty na dziecko.
Wreszcie pięknego czerwcowego dnia Tosia obroniła tytuł magistra prawa administracyjnego. Kilka lat
studiów minęło, dyplom już był, spółdzielnia obiecywała , że mieszkanie będzie w pierwszym kwartale następnego roku, ale chęci na zostanie matką Tosia nadal nie miała. Króliczek też  nie palił się do
posiadania potomstwa. mówiąc, że w tej materii decydujący głos ma Tosia. To przecież ona będzie
w ciąży, na niej głównie spocznie opieka na dzieckiem.
Tosia była nawet zaniepokojona swą niechęcią do posiadania dziecka, wszak od małego wkładano jej
do głowy, że  powinna  skończyć szkołę, wyjść za mąż i urodzić dwoje dzieci.
Ponieważ akurat przypadał czas okresowej kontroli ginekologicznej, postanowiła o tym porozmawiać
ze swym przemiłym lekarzem.
c.d.n.


poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Nudne życie, cz.VI

Swoje przygotowania do ślubu Tosia zaczęła od.....wizyty u lekarza.
Wybrała poradnię Towarzystwa Planowania Rodziny, bo koleżanki bardzo pochlebnie wyrażały się
o personelu tej Poradni. Była nieco stremowana, skrępowana, ale pani w rejestracji widząc jej
zmieszanie wybrała dla niej lekarza, który słynął z delikatności i wysokiej kultury.
Gdy weszła do gabinetu zastała tam pana w średnim wieku i bardzo ładną, młodą pielęgniarkę.
Lekarz założył jej kartę zdrowia, przepytał dokładnie o wszystkie przebyte choroby, nawet o te
z okresu dzieciństwa, zbadał, przepytał ją ze stanu wiadomości na temat współżycia, wyjaśnił
kilka spraw, dał kilka porad typowo "technicznych", doradził odnośnie antykoncepcji, poza
tym przykazał, by przed podjęciem decyzji o dziecku oboje z mężem przebadali się dokładnie.
Tosia była zachwycona  wizytą, o wiele rzeczy się dopytała, tak by nie mieć żadnych wątpliwości.
Potem pielęgniarka wydała jej  w sąsiednim  gabinecie środki  polecone przez lekarza i
przeszkoliła w ich użyciu.
Tosia i Króliczek zastanawiali się co z mieszkaniem - Króliczek miał małe, dwupokojowe
mieszkanie z ciemną kuchnią, w samym centrum miasta, Tosia należała od roku do spółdzielni
mieszkaniowej, ale trudno było przewidzieć kiedy spółdzielnia wywiąże się z planów
budowlanych, tym bardziej, że była to tzw, spółdzielnia  typu lokatorskiego.
Króliczek twierdził, że choć jego mieszkanie jest maleńkie, to przecież mogą zamieszkać na razie
u niego, a Tosia będzie nadal wpłacać pieniądze do spółdzielni, będzie nadal zameldowana u
rodziców, a gdy dostanie mieszkanie to bez trudu zamienią  dwa mieszkania na jedno.
I zaproponował Tosi, by wreszcie obejrzała  jego mieszkanie, przecież musi wiedzieć gdzie i jak
będzie mieszkać. Tym razem , ku zaskoczeniu Króliczka, Tosia zgodziła się bez protestu.
Króliczek zaproponował w związku z tym najbliższą sobotę, bo twierdził, że ma lekki bałagan
w domu.
W sobotę po pracy (wtedy o wolnych sobotach to tylko słyszeliśmy) pojechali do mieszkania
Króliczka. W mieszkaniu wszystko lśniło i błyszczało.Na stole w większym pokoju stały
w wazonie kwiaty,  w malutkiej sypialni  pościel była wyraznie nowiutko kupiona, na jednej
z poszewek tkwiła nawet metka.
Mieszkanie było naprawdę malutkie, pomiędzy pokojem a kuchnią było duże okno, którego
jedna część była otwarta  i gdy Króliczek zrobił kawę, podał ją po prostu przez okno do
pokoju.
Okno "na świat" było nieco dziwne, bo były to drzwi balkonowe bez balkonu, a z lewej ich
strony, było nieduże okno, mniej więcej 1/3  wysokości drzwi balkonowych. Wyglądało
to nieco dziwnie i mało zabawnie.
Kuchnia była maciupka, podobnie  łazienka i przedpokój. W sypialni pod oknem stał tapczan,
regal i szafa. Pomiędzy  łazienką i sypialnią była szafa w ścianie.
Tosia czuła się dziwnie w  tym ciasnym mieszkaniu, była przyzwyczajona do większych pokoi.
Ale Króliczek robił wszystko, by odwrócić jej uwagę od mieszkania, a jego zwinne dłonie
bez przerwy ją dotykały, pieściły, tuliły, namawiały na więcej.
I wtedy Tosia opowiedziała Króliczkowi o swojej wizycie u lekarza i o tym, że nie ma zamiaru
mieć szybko dzieci,  podzieliła się z nim swą nowo nabytą wiedzą, którą postanowili przekuć
w czyn.
Do domu rodzinnego Tosia z trudem zdążyła dotrzeć przed północą.
c.d.n.

niedziela, 31 marca 2013

Nudne życie, cz.V

Wreszcie nadszedł dla Tosi koniec nauki w szkole. Tak prawdę mówiąc to sama nie wiedziała co ma
dalej robić.
Szkoła wprawdzie  mogła pomóc w otrzymaniu pracy w  wyuczonym zawodzie, ale Tosia nie
miała ochoty zostać krawcową do końca życia.
Ojciec Tosi postanowił, że do chwili ukończenia 21 roku życia Tosia może jeszcze nie pracować, więc
niech idzie na kurs maszynopisania lub na kurs kreślarski.
Tosia wybrała kurs kreślarski i zaczęła swe zmagania z kalką i tuszem. Po 3 miesiącach całkiem niezle kreśliła, a po ukończeniu kursu bez trudu dostała etat kreślarki w biurze projektów.
To było bardzo duże biuro projektów, było wiele pracowni, a w każdej sporo projektantów i
kreślarek. Zarobki wprawdzie nie powalały swą wysokością, ale w końcu była to jej pierwsza praca,
wszystkie kreślarki zarabiały  bardzo podobnie. Nie była też za bardzo zapracowana, zawsze znalazła
czas na zjedzenie  drugiego śniadania w biurowym bufecie i pogawędkę z koleżankami na korytarzu.
Po pracy  spotykała się z koleżankami niemal codziennie, czasami dołączali do nich koledzy.
Tosia była właściwie zachwycona  tym trybem życia, jej rodzice nieco mniej , bo nie mieli już nad nią
kontroli. Dziewczę wychodziło z domu rano, wracało póznym wieczorem.
Rodzice zaczęli zastanawiać się nad wydaniem córki za mąż. Ojciec był zdania, że najlepiej by było
znalezć kandydata wśród znajomych . I najlepiej by to był już ustatkowany młodzieniec, najlepiej
z 7 do 10 lat starszy od niej, już pracujący, inżynier,  prawnik lub lekarz.
Zaczął się bardzo śmieszny okres w życiu rodziny - niemal w każdą niedzielę albo do nich
przychodzili na kawę i ciasto znajomi rodziców ze swymi dorosłymi dziećmi, albo oni wędrowali
do kogoś w ramach rewizyty.  Po każdym takim spotkaniu rodzice głośno omawiali walory
ewentualnych kandydatów. Tosia była zdegustowana, bo wcale się jej  do ślubu nie spieszyło,
poza tym jakoś nikt jej jak dotąd nie przyprawił o szybsze bicie serca.
Pewnego wrześniowego dnia do pracowni, w której pracowała Tosia przyjęto nowego pracownika.
Był świeżo po magisterce, trafił do pracowni projektującej budynki szpitalne. Jego rysunki miały
trafiać do Tosi.
 "Nowy" był bardzo miły, miał czarne oczy, czarne włosy i był przerazliwie chudy. Miał ładne ręce, szczupłe palce pianisty i pomimo swych 180 cm wzrostu robił wrażenie bardzo kruchego. Dziewczyny od razu
dały mu przezwisko "Króliczek".
Jego chudość podkreślał dodatkowo czarny sweter i czarne, wąziutkie spodnie.
Ilekroć przynosił Tosi któryś ze swych  rysunków za każdym razem  przepraszał, że jej przeszkadza, dopytywał się, gdzie może ten rysunek zostawić, ile czasu to zajmie, prosił by jeśli coś nie będzie dla niej
jasne powiedziała mu o tym.
Był miłym wyjątkiem na tle innych projektantów, którzy mieli dość niemiły zwyczaj traktowania kreślarek
jak coś pośredniego pomiędzy kreślarką, sekretarką a służącą.  Gdy któraś nie mogła się zorientować w rysunku każdy się na kreślarkę wydzierał.
Poza tym wydawało im się, że do obowiązków kreślarki należy dbanie o ich wygody w pracy.
Nowemu Tosia wyraznie wpadła w oko - ciągle się do niej uśmiechał, zjawiał się w bufecie w tym czasie
co i ona, starał się usiąść z nią przy jednym stoliku a po kilku tygodniach "podchodów" zaproponował spotkanie po pracy.
W krótkim czasie wzrosła częstotliwość tych spotkań, zaczęli się dość regularnie spotykać i nawet
tego nie ukrywali.
Króliczek - to była dobra ksywka - delikatny, drobny, dotykiem swych szczupłych palców przyprawiał Tosię o drżenie.Poza tym Króliczki są chutliwe i wcale tego nie ukrywał. Ale Tosia nie dała się namówić
"na chatę", choć Króliczek obiecywał, że uszanuje jej wolę w tym względzie.
Pewnego dnia, po pracy, zupełnie  niespodzianie, zabrała go do siebie do domu, by go przedstawić
rodzicom. Zaskoczenie było obustronne , ale  Tosia wykombinowała sobie, że gdy obie strony nie będą
z góry na takie spotkanie przygotowane to będzie ciekawiej, poza tym bardziej naturalnie.
Króliczek, choć  bardzo zaskoczony, stanął na wysokości zadania. Został przez rodziców Tosi
dokładnie "przepytany na okoliczność", na koniec oświadczył, że darzy Tosię uczuciem  i chciałby się
 z nią ożenić, jeśli tylko ona go pokocha. Tosię zatkało  z  wrażenia, a przecież to miało nie ją zatkać
a rodziców i jego.
W następnym tygodniu, w niedzielę pojechali do  rodziców Króliczka - rodzina Króliczka też nie  została
wcześniej poinformowana o tym, z kim Króliczek przyjedzie. Jego rodzice i młodsze rodzeństwo
bystro przyglądali się Tosi, zaskoczeni wyraznie faktem, że Króliczek  przywiózł ze sobą dziewczynę, a na dodatek jest to jego przyszła żona. Tosia cały czas czuła się nieszczególnie, bo mama Króliczka  wciąż
przewiercała ją wzrokiem. Gdy się już  żegnali , Tosi nagle "odbiło", podeszła do swej  przyszłej teściowej
i coś jej szepnęła do ucha, po czym natychmiast wyszła.
Króliczek umierał z ciekawości, ale Tosia dopiero w Warszawie przyznała się co powiedziała jego matce.
A powiedziała : "nie jestem w ciąży, proszę  się nie martwić".
Tym sposobem narzeczeństwo Tosi i Króliczka stało się faktem i  rodzice Tosi rozpoczęli przygotowania
do wydania córki za mąż. Postanowiono, że ślub będzie w czasie wakacji, w sierpniu.
c.d.n.


niedziela, 17 lutego 2013

Nudne życie, cz.IV

Odzieżówka wielce rozczarowała Tosię. Nic jej się tam nie podobało. Ani nauka teorii ani zajęcia praktyczne. Idąc do tej szkoły myślała, że będzie mogła projektować jakieś ubrania, ale to była
po prostu nauka szycia. Jakoś nie pomyślała o tym, że gdy pozna taniki kroju i szycia to bedzie
mogła wtedy, na własny użytek, coś ciekawego zaprojektować i uszyć.
W domu Tosia nic nie opowiadała o szkole, zresztą tak naprawdę nikogo to nie interesowało.
Mama Tosi powielała sposób  wychowania wg takiego wzoru, jaki wyniosła z własnego domu.
A podstawą było wpojenie  dziecku szacunku dla  ojca i matki oraz dziadków, nauczenie
dobrych manier. W przypadku dziewczynek należało je przygotować do roli dobrej gospodyni.
Ponadto królowało przekonanie, że nie należy dziecka chwalić, bo to wypaczy mu charakter.
Uważano też, że  zawsze trzeba podkreślać, że to co dziecko nawet dobrze zrobiło mogło
przecież wykonać lepiej. I tym sposobem rosły zastępy dziewcząt, które miały zaniżone
poczucie własnej wartości. Ale w ramach domowego przygotowania dziewcząt do życia nie
mieściło się uświadomienie dziewczyny o czekających ją zmianach hormonalnych ani o tym,
że istnieje coś takiego  jak życie płciowe.
Mama nie pozwalała Tosi na spotykanie się z kolegami, za każdym razem powtarzając, że
jeszcze jest na to za młoda, a zresztą chłopcy chcą od dziewcząt "tylko jednego".
Tosia długo nie wiedziała o co chodzi, bo na pytanie "czego chcą chłopcy od dziewcząt" nie
otrzymała konkretnej  odpowiedzi, lecz wymijającą - dowiesz się w swoim czasie.
Nie wiadomo, kiedy ten czas miał dla Tosi nadejść - pierwsza miesiączka była dla niej
pełnym zaskoczeniem- była pewna, że jest ciężko chora i lada moment umrze.
Na domiar złego moment ten nastąpił  w szkole i Tosia wystraszona niemiłosiernie pobiegła
do gabinetu lekarskiego. Na szczęście był to czas, gdy w każdej szkole był gabinet lekarski,
w którym cały dzień urzędowała  pielęgniarka. To  ona uspokoiła Tosię, wytłumaczyła jej
co i jak, poszła poza tym do wychowawczyni i zwolniła Tosię ze szkoły.
W domu dziewczyna nie mogła się doczekać powrotu mamy z pracy. I choć dowiedziała
się skąd to krwawienie i dlaczego, bardzo bała się, że  matka będzie się na nią gniewać.
Na szczęście matka się nie pogniewała, potwierdziła słowa pielęgniarki, zapisała coś
w swoim specjalnym notesiku, a potem poinformowała Tosię, że od teraz  tym bardziej
musi unikać spotkań z kolegami, a jeśli już się spotka, to nie wolno jej się z nimi
całować.
Tosię bardzo to zaniepokoiło, bo pomimo zakazów spotykała się czasem z jednym
chłopakiem, który bardzo się jej podobał i już kilka razy całowali się w kinie i w parku,
gdy nie było nikogo w pobliżu.
W drugiej klasie swej zawodówki Tosia wreszcie dowiedziała się, czego to chłopcy zawsze
chcą od dziewcząt- oczywiście uświadomiły ją koleżanki, naśmiewając się, że taka "zielona"
z niej dziewczyna. Niektóre z dziewczyn twierdziły, że one już poznały smak seksu.
Niektóre marzyły by wyjść za mąż , oczywiście z miłości, inne patrzyły na nie z pogardą
i wymownie stukały się  palcem po czole. Tosia  jeszcze nie myślała o zamążpójściu, na
razie z trudem przebijała się poprzez niewiele interesującą  ją naukę.
c.d.n.