niedziela, 25 sierpnia 2013

Święta Celina

Pewnego marcowego dnia,  w którym słońce usiłowało za wszelką cenę roztopić niemal
metrowe pryzmy  śniegu odgarniętego na pobocze chodnika, szef wprowadził do naszego
pokoju nieznajomą dziewczynę.
Była niewysoka, proporcjonalnie zbudowana, nic z jej wyglądu nie rzucało się w oczy -
można powiedzieć, że właściwie była "nijaka".
"Przedstawiam  paniom nową pracownicę. I mam prośbę - oprowadzcie  panią po biurze,
bo ja muszę jechać zaraz do ministerstwa" - szef rzucił nam  wyraznie spłoszone spojrzenie
i czym prędzej wycofał się z pokoju, pchnąwszy dziewczynę lekko w naszą stronę.
Spojrzałyśmy na siebie z  koleżanką i każdej zaświtała ta sama myśl - "nowa" jest pewnie
jakąś znajomą szefa, bo nigdy jeszcze nikogo w ten sposób nie przyjmował do pracy.
"Jestem Marcela B. "- przedstawiła się nowa podchodząc bliżej.
"Mam pracować w dziale planowania, ale tam na razie nie ma wolnego biurka, więc pewnie
będę tymczasem siedzieć w czytelni, ale postaram się paniom nie przeszkadzać"- głos miała
łagodny, zupełnie jakby mówiła do malutkich dzieci.
"Z pewnością nie, bo nam niewiele rzeczy przeszkadza, a poza tym my do czytelni nie wchodzimy
a interesanci też raczej częściej sterczą pomiędzy półkami w bibliotece lub w naszym pokoju
niż w czytelni"- wyjaśniła  Kaśka. Potem rzuciła mi porozumiewawcze spojrzenie  i zaprosiła
Marcelinę B. na "wycieczkę po biurze".
Wróciły po niemal godzinie, bo Kaśka wpadła na pomysł, by oprowadzić Marcelinę po całym
przedsiębiorstwie - i po biurze i po Zakładzie Doświadczalnym.
Marcelina była wyraznie nieco skonsternowana, Kaśka rozbawiona.
Marcelina poszła natychmiast do kierowniczki Działu Planowania by porozmawiać
o  swych obowiązkach, więc miałyśmy chwilę na wymienienie uwag o "nowej".
Kaśka w każdym z odwiedzanych pokoi przedstawiała Marcelinę dodając wyjaśnienie, że
oprowadza nową z polecenia szefa. W naszym Biurze pracowało 176 osób, w tym
z 70% mężczyzn. I każdy jeden uznał za stosowne nie tylko uścisnąć dłoń Marceli ale i
złożyć na niej pocałunek. Dobrze  znałyśmy ten zwyczaj, który nas doprowadzał do złości -
po 3 latach tłumaczeń panowie pojęli, że Kaśka i ja nie lubimy całowania po rękach i
wreszcie przestali do nas lecieć "z wyciągniętą ręką i dziobem" gdy przychodzili do biblioteki.
Prawdę mówiąc czułam się nieswojo, gdy pan, który mógłby być niemal moim dziadkiem,
całował mnie w rękę. Nigdy nie mogłam pojąć po co to całowanie w rękę. Mało tego,
mnie nie odpowiadało również to podawanie sobie rąk - zupełnie nie wiem, dlaczego nie
starczało zwykłe, słowne "dzień dobry" lub "do widzenia", połączone z uśmiechem.
Z "Marceli" szybko  zrobiłyśmy Celinę, na co  ona chętnie przystała.
Byłyśmy jeszcze młode, potrafiłyśmy się śmiać niemal z niczego, one były singielkami, ja
miałam już  za sobą trzyletni staż małżeński, ale mi to zupełnie nie przeszkadzało w różnego
rodzaju wygłupach a nawet biurowych flirtach.  Zawsze rozśmieszały mnie wszystkie
komplementy dotyczące mego wyglądu, niemal zawsze każdemu polecałam wizytę u okulisty,
nie mniej miałam  tam kilku kolegów, z którymi można było porozmawiać naprawdę miło
i na ciekawe tematy.
Dzień pracy zaczynał się  u nas od....kawy, a ja musiałam również zjeść  śniadanie. Nigdy
 nie  byłam w stanie zjeść wcześnie rano śniadania. Ponieważ dojazd do pracy zajmował mi
co najmniej godzinę, więc po dojechaniu na miejsce umierałam z głodu.
Kaśka, która mieszkała niedaleko biura docierała tu już po śniadaniu, my z Celiną jadłyśmy
w pracy.
Zabawne, ale niemal każdy rozpoczynał w naszym Biurze dzień właśnie od wypicia kawy-
i nikomu nie przyszło do głowy by w ciągu pierwszej godziny załatwiać jakieś służbowe
sprawy. Podejrzewam, że gdyby któryś z interesantów wparował do naszego pokoju  przed
godziną 9 rano, zemdlałybyśmy z wrażenia. Byłoby to równoznaczne z trzęsieniem ziemi.
Zresztą w tym Biurze  królowała kawa - wypijaliśmy jej niemal hektolitry.
Gdy szef wpadał do nas służbowo, by omówić np. jakiś nowy system informacji, na biurko
obowiązkowo wjeżdżała kawa. Każdy z interesantów, któremu trzeba było wynalezć
potrzebne mu materiały, czas oczekiwania spędzał przy kawie.
c.d.n


poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Pięć dni z życia- dzień piąty

Miała być wyczekanym, ukochanym synkiem tatusia. W domu już była córka,
teraz miał się urodzić chłopak. Wszystkie sąsiadki zapewniały ,że "pana żona tym razem
z pewnością urodzi chłopca, tak pięknie wygląda w tej ciąży, zupełnie inaczej niż
w tamtej".
I co z tego, że jej matka ładnie wyglądała w ciąży- urodziła ją, kolejną córkę. A ponieważ
miała być chłopcem dostała imię  Zdzisława. Nie ma  Zdzisia, będzie Zdzisława.
Starsza siostra wołała na nią "Dziśka". Ojciec starał się by choć trochę była podobna do
chłopca w sensie mentalnym. Nie wolno jej było przesiadywać przed lustrem ani się stroić
a zamiast do liceum kazał by złożyła papiery to technikum łączności.
Zdzisia  bez trudu zdała egzamin wstępny i rozpoczęła naukę, która jej nie sprawiała
trudności. W swojej klasie miała tylko jedną  dziewczynę, reszta to było stado ogierów,
jak o nich mówiła.
Skończyła technikum i niemal automatycznie zdała na Politechnikę.
W domu nie za bardzo dotarło do jej ojca, że jest już pełnoletnia. Nadal musiała wracać
do domu przed godziną 22,00, meldować z kim i dokąd się wybiera.
W domu na okrągło były awantury, bo Zdzisia często przychodziła znacznie pózniej niż
ojciec sobie tego życzył. Zdzisia pomału miała tego dość i zaczęła bardzo intensywnie
myśleć nad tym, by jak najprędzej opuścić dom rodzinny. Studiowała, była naprawdę
dobrą studentką, w terminie zdawała egzaminy i do szczęścia było jej potrzeba tylko
trochę więcej swobody. Próbowała z ojcem  porozmawiać na ten temat, ale  do niego nic
nie docierało.
Wpierw wymyśliła, że znajdzie jakąś pracę , wynajmie pokój przy rodzinie i się wyprowadzi. Niestety, było to nierealne - jej ewentualne wynagrodzenie nie pokryłoby kosztów wynajęcia
pokoju, a przecież do tego trzeba jeszcze jeść, ubrać się i wydać nieco pieniędzy na książki.
Plan awaryjny zakładał, że wyjdzie jak najszybciej za mąż.
Rozejrzała się uważnie  po swoich kolegach na wydziale. Kilku nawet lubiła, z jednym kilka
razy się spotkała. Był miły, kulturalny, uczynny - ilekroć poprosiła robił  dla niej notatki a
nawet jakieś drobne projekty. Miał  chłopak pecha - padło na niego.
Jak powszechnie wiadomo, jeśli kobieta  wpadnie na jakiś pomysł, który wg niej jest wart
zachodu, zawsze go zrealizuje.
Zdzisia zaczęła przyprowadzać  "Uczynnego" do domu, a ten bardzo się rodzicom spodobał.
W krótkim czasie tak biedaka skołowała, że ten wpadł na pomysł, że powinni się pobrać, wtedy
będą mieli wreszcie dla siebie dużo czasu. Mieszkać mieli wpierw u jego matki, potem
ewentualnie wynająć gdzieś mieszkanie. Oboje należeli do spółdzielni mieszkaniowych, więc
była szansa, że z czasem dostaną własne mieszkanie.
Od pomysłu do realizacji droga była krótka i wszystko byłoby dobrze, gdyby nie finał nocy
poślubnej  - z przerażeniem odkryła wkrótce, że jest w ciąży. Tego akurat nie planowała - plan
przewidywał ślub, ale nie rozmnażanie!
                                                         ******
Epilog
Każdemu z bohaterów  nieco się skomplikowało  życie  przez jeden pomysł. Niektórym bardzo,
innym trochę.

Dota wymyśliła sobie, że rzuci szkołę. Przez kilka lat pracowała przy montażu na taśmie,
wreszcie kadrowa skierowała ją do szkoły wieczorowej, by zrobiła  maturę. A potem, niejako z rozpędu, zrobiła studia.
Życie ułożyło się jej całkiem niezle, a przez to, że wcześnie zaczęła pracować nauczyła się po
 prostu samodzielności.

Teresa swój pomysł na wcześniejszy powrót do domu okupiła ciężki rozstrojem nerwowym,
długim pobytem w szpitalu, przejściową amnezją, brakiem kontaktu z dziećmi, rozwodem.
Niestety brakiem zaufania do rodu męskiego również.

Bogdanowi pomysł na Kazię zmarnował życie. Kazia niestety naprawdę była chora i nie
nadawała się na  żonę i matkę. Bogdan wziął rozwód,  synek został jemu przyznany.  Nie
bez powodu lekarz powiedział, że Kazia nie może mieć dzieci - ich syn jest chory na tę
samą chorobę co jego matka. Było 50% szans,że nie odziedziczy, ale odziedziczył.

Ulka wyszła za Berta - to on jej zaproponował takie rozwiązanie, które miało być zemstą.
Mieli się rozejść po jakimś czasie. Nic z tego, są razem do dziś, mają dwójkę dorosłych już
dzieci.

Zdzisia urodziła swe niechciane dziecko. W kilka lat potem rozeszła się z "uczynnym", ale
pozostali  w przyjacielskich stosunkach.
"Uczynny" pozostał samotny do dziś.  Zdzisia "zaliczyła" już dwa małżeństwa, jedno od
drugiego bardziej nieudane. Tkwi w tym trzecim małżeństwie  cały czas dziwiąc się,  że
za takiego kogoś wyszła za mąż. Mnie coś innego dziwi - po co nadal jest z tym panem???

A teraz szczegóły "administracyjne" - wiem ,że czasem gdy się czyta jakieś opowiadanie żaden komentarz nie przychodzi do głowy. Nie musicie komentować, ale mam prośbę- zostawiajcie
znaczek    :) gdy się Wam podoba lub (: gdy nie za bardzo, oraz podpis. Wtedy wiem, że
nie piszę w próżnię:)))
Miłego dla  wszystkich:)

wtorek, 6 sierpnia 2013

Pięć dni z zycia - dzień czwarty

Ulka uważała się za szczęściarę.
Być może, że któraś inna osoba będąc na jej miejscu nie uważałaby się za szczęśliwą.
Od dwóch lat była po uszy zakochana, a od pół roku była oficjalną narzeczoną.
Obiekt ulczynych uczuć był co prawda jeszcze w  trakcie rozwodu, ale poprosił już
rodziców Ulki o jej rękę i został zaakceptowany, przedstawił Ulę swojej rodzinie i
Ula została miło przyjęta  przez leciwą  matkę  Jerzego, jego brata i bratową a nawet
przez jego córkę. Ostatnie Boże Narodzenie spędziła właśnie w domu Jerzego.
Była zachwycona, nawet fakt, że jego córka jest zaledwie 4 lata młodsza od niej,
nie wyprowadził jej z tego błogostanu. Po ślubie mieli zamieszkać z matką Jerzego,
bo starsza pani nie mogła właściwie już mieszkać sama. No i jeszcze taka drobnostka-
Jerzy był w wieku ojca Uli, któremu też to nie przeszkadzało.
No po prostu idylla! Zakochani spotykali się niemal codziennie, co powodowało,że
studia szły Uli nieco opornie. Nie za bardzo miała czas i ochotę na naukę.
Jerzy wciągnął ją do grona swych znajomych, gdzie robiła furorę - w końcu nie każdy
czterdziestolatek miał o dwadzieścia lat młodszą  narzeczoną!
W każdą sobotę bywali wraz z gronem znajomych na dancingach, w niedzielę zawsze
gdzieś wyjeżdżali poza miasto- najczęściej do znajomych działkowiczów.
Jerzy pilnował by Ula miała zawsze odpowiednią do sytuacji kreację, zaprowadził ją 
też do salonu fryzjerskiego, w którego części był też fryzjer damski. Co tydzień razem
tu przychodzili, poza tymi dniami, gdy Jerzy musiał wyjechać gdzieś służbowo.
A że wyjeżdżał głównie za granicę, z każdego wyjazdu przywoził Uli jakiś prezent.
Był marzec - Jerzy znów wyjechał, miał wrócić aż za dwa tygodnie. Ulka tęskniła i
chyba z tej tęsknoty wybrała się do "ich" salonu fryzjerskiego. Jej stała fryzjerka
jeszcze była zajęta, więc Ula musiała dość długo czekać. W pewnej chwili weszła
jedna ze znajomych pań, z grona stałych bywalców sobotnich spotkań.
 Zaczęły rozmawiać i w trakcie rozmowy Irma stwierdziła: "jak widzę znów  wróciłaś
do czarnych włosów; widziałam  cię w środę z daleka  w Adrii z Jerzym, ale chyba
zaraz wyszliście,  bo gdy wróciłam na salę to już was nie było".
Ulkę na moment zatkało jak po ciosie w splot słoneczny. Uśmiechnęła się jednak słodko i
powiedziała - "gdybym  cię widziała to byśmy zostali dłużej". Na szczęście fryzjerka
poprosiła ją do mycia włosów i w chwilę potem zajęła się jej włosami.
Ula siedziała zupełnie  oszołomiona - jej ukochany Jerzy był w Adrii z jakąś kobietą,
w środę, czyli w czasie, gdy ponoć był w delegacji. Zaczęła intensywnie analizować
ostatnie jego wyjazdy, powroty, zachowanie. Była tak pochłonięta myślami, że nie
rozumiała nawet pytań fryzjerki. Strasznie mnie głowa boli - odpowiedziała na pytanie
dotyczące uczesania. " A więc nie zrobimy dziś koka" - skonstatowała p. Wiesia.,
"zostawimy je rozpuszczone".
Ulce było wszystko jedno - chciała jak najprędzej stąd wyjść. Musiała to wszystko
gdzieś  spokojnie przemyśleć. Zadzwoniła tylko do rodziców,że wróci póżno, bo jedzie
do koleżanki. Ale pojechała nie do koleżanki a do...kolegi. Ulka nigdy nie miała
przyjaciółek ale miała serdecznego kolegę - byli naprawdę dobrymi przyjaciółmi.
Wiedzieli  o sobie nawzajem niemal wszystko, "a może nawet więcej", jak mawiał
Bert.
Po godzinie siedzenia w milczeniu i sączeniu jakiegos drinka, Ulka opowiedziała
wszystko Bertowi. Był nieco zdziwiony, bo wg niego Ula była bardzo atrakcyjną
dziewczyną, więc po co  była  Jerzemu randka z jakąś inną babą?
Ulka wróciła do domu niemal nad ranem, już uspokojona, z planem działania.
Nim Jerzy wrócił z delegacji zdołała się wiele rzeczy o nim dowiedzieć. Ludzie są
wszak gadatliwi i pociągnięci umiejętnie za język sporo mówią.
Gdy Jerzy zadzwonił,że już jest i zaraz po nią przyjedzie, łyknęła tabletkę meprobamatu.
Już nie czuła zdenerwowania. Przywitała się jak gdyby nic się nie wydarzyło - musiała
precyzyjnie zrealizować swój plan.
W kilka miesięcy pózniej wyszła za mąż- nie , nie za Jerzego, ale  poinformowała go
gdzie i o której bierze ślub.

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Pięć dni z życia - dzień trzeci

Powiem Wam w sekrecie - facetom też jedna decyzja może spaprać życie.
Bogdan był bardzo porządnym  chłopakiem- miły, uczynny, grzeczny,technikum
przeszedł  bez  jednej trójczyny. Nie był może zbyt atrakcyjny, czyli jak mówią
złośliwe kobiety - był "mazowieckiej urody".
Wyjaśnienie dla mniej wtajemniczonych - wzrost 175 cm, włosy pszeniczny blond,
oczy niebieskie, powodzenie u dziewczyn bliskie zeru.
Wszyscy byli pewni, że zaraz po maturze ruszy biegiem na studia i pewnie je jeszcze
ukończy przed czasem.
W trakcie studniówki Bogdan poznał dziewczynę, która była kuzynką jednego z kolegów
z klasy. Ponieważ było to technikum, było bardzo mało dziewcząt i istniała obawa, że
 tańce spełzną na niczym, więc dyrekcja  Technikum zezwoliła by chłopcy zaprosili na tę
studniówkę swoje sympatie lub siostry.
Kuzynka kolegi  wszystkim przypadła do gustu i miała ogromne powodzenie. Każdy
chciał z nią tańczyć - nie oszukujmy się- w tym wieku płeć męska to tylko wzrokowce.
W przeciwieństwie do wielu kolegów Bogdan  niezle tańczył, bo nauczył się tej
sztuki od.....swoich rodziców. Rodzice mieli takie nietypowe jak na owe czasy hobby-
 tańczyli w jakimś klubie.Szkoda, że tylko tego się nauczył.
Na tym szkolnym parkiecie królowała tego wieczoru para Bogdan i kuzynka kolegi,
która na imię miała Kazimiera.
Bogdan był wniebowzięty, bo po pierwsze dziewczyna była ładna, po drugie chciała z nim
tańczyć, a po trzecie w powolnych tańcach przytulała się do niego bardzo mocno i dokładnie,
co powodowało szybsze krążenie krwi - i nie tylko to.
Po balu studniówkowym Bogdan odprowadził Kazię do domu i zaproponował by się
zaczęli spotykać. I Kazia, ku zachwytowi Bogdana- zgodziła się.
Kazia była z tego samego rocznika co Bogdan, ale skończyła już naukę w zawodówce
i pracowała. Aktualnie była na zwolnieniu lekarskim, więc przychodziła po Bogdana pod
szkołę. Gdy jej kuzyn zorientował się, że Kazia i Bogdan "chodzą ze sobą",czymprędzej
postanowił powiedzieć Bogdanowi kilka słów o Kazi.
Powiedział, że Kazia jest chora psychicznie, już kilka razy była leczona w zakładzie
zamkniętym, że miewa stany pogorszenia, więc byłoby najlepiej gdyby Bogdan przestał
się z nią zadawać. Ale Bogdan nie uwierzył w ani jedno jego słowo - nie mieściło mu się
w głowie, że taka ładna i miła dziewczyna może być chora psychicznie. Przecież mówiła
całkiem do rzeczy, nie zgrzytała zębami  ani nie wyglądała dziwnie.
Poza tym wyraznie dawała do zrozumienia, że bardzo lubi Bogdana i że on się jej podoba.
I nie miała żadnych oporów gdy ją przytulał i całował.
Pewnej niedzieli wybrali się na wycieczkę  poza miasto. Bogdan zorganizował prawdziwy
piknik - wziął z domu koc, obrus, koszyk z kanapkami, termos z piciem i powiózł Kazię
swym skuterem na łono natury. W skrócie całą wyprawę można było ująć, że czas
spędzili na łonie natury, a Bogdan nawet na dwóch łonach- natury i Kazi.
Bardzo się obojgu spodobała ta zabawa i oboje coraz częściej wybierali się skuterem w
ustronne miejsca.
Bogdan dość niefrasobliwie podszedł do wygłoszonego przez Kazię zdania, że ona nie może
mieć dzieci - doszedł do wniosku, że ona po prostu jest .....bezpłodna.
Jakoś zdał maturę, choć niestety nie na samych piątkach i czwórkach - w nagrodę Kazia mu
doniosła, że chyba jest w ciąży.Nim wybrała się do lekarza było już za pózno na  aborcję.
Tym sposobem Bogdan nie poszedł na studia i został ożeniony.








niedziela, 4 sierpnia 2013

Pięć dni z życia - dzień drugi

Dzień drugi
Pogoda nad morzem była fatalna i Teresa miała serdecznie dość tych wakacji. Dzieciaki
nudziły się zgodnie ze słowami piosenki "w czasie deszczu dzieci się nudzą". Teresa już
zupełnie nie miała pomysłu na zagospodarowanie im czasu, zwłaszcza, że nadmorska
mieścina nie przewidziała w swej infrastrukturze całkowitego braku pogody.
Teresa wysłuchawszy kolejnej prognozy pogody przewidującej nadal deszcz i  zimno,
postanowiła wrócić do domu dwa dni wcześniej. Pomyślała, że te ostatnie dwa dni
urlopu wykorzysta w domu na porządki, pranie, zakupy. Żadna to wprawdzie atrakcja,
ale rzecz potrzebna.
Jak pomyślała tak i zrobiła. Bagaż i dzieciaki zapakowała do samochodu i wyruszyła do
domu. Podróż minęła szybko, był środek tygodnia i ruch na szosie  nie był duży.
Na miejsce dotarła około godziny trzynastej. Zaparkowała pod  domem, dzieciom dała
klucze od mieszkania, a sama zaczęła wyciągać walizki.
Obładowana niczym juczna mulica ruszyła  do domu. Gdy dotarła na "swoje" piętro
zobaczyła, że drzwi od jej mieszkania są otwarte, a dzieci są  gdzieś w głębi.
Postawiła  walizki, zamknęła drzwi  i ruszyła w stronę sypialni. Widok, który ujrzała
pozostał jej przed oczami na wiele, wiele lat. W uchylonych drzwiach sypialni stały
dzieci i wpatrywały się w jej wnętrze. A tam, na jej małżeńskim  łożu, jej mąż kopulował
z jakąś kobietą, która miała długie, bardzo ciemne włosy.
Teresa wydała z siebie jakiś nieartykułowany dzwięk, zagarnęła dzieci, zatrzasnęła drzwi
i tak jak stała wypadła z mieszkania - bez torebki, dokumentów, kluczy, pieniędzy.
Jej okrzyk sprawił , że wiarołomny mąż się ocknął i wyskoczył z pokoju. Za drzwiami
natknął się na zapłakane dzieciaki, walizki i torebkę żony.
Następnym razem zobaczył swą żonę dopiero na sprawie rozwodowej, w kilka lat pózniej.
Jedna myśl i jej realizacja  zmieniły całkowicie życie  Teresy i jej dzieci.

sobota, 3 sierpnia 2013

Pięć dni z życia

Jestem dziwnie pewna, że każdy człowiek ma w swym życiorysie dni, które nadały
kierunek jego przyszłym dniom. I nie mam tu na myśli tak dramatycznych chwil jak
śmierć kliniczna lub sam fakt naszych narodzin.
Czasami, jeśli się nad tym nie zastanowimy to nawet nie wiemy, że takie dni  były w
naszym  życiu .
                                              ****
Dzień pierwszy.
Dorota siedziała przed lustrem wpatrując się uważnie we własne odbicie, Z dezaprobatą
spoglądała na swe włosy, które były mieszanką włosów rodziców- kolor nijaki, czyli
polski blond, cienkie i niezbyt gęste po tacie oraz proste jak druty po mamie.
Reszta twarzy też nie wzbudzała jej entuzjazmu  - małe oczy, zbyt blisko osadzone, kolor
też bliżej nieokreślony, ni to szare ni zielone, spory nos. Usta - no w zasadzie były niezłe,
cenione zwłaszcza przez pewnego młodzieńca.
Dota, bo tak ją wołały koleżanki, wstała i dokładnie obejrzała swą sylwetkę w lustrze.
Po ostatnim pobycie w szpitalu wyraznie schudła - sukienka wręcz na niej wisiała. Ale
była nawet z tego zadowolona, bo figura prezentowała się w lustrze  bardzo dobrze.
Szkoda tylko, że nogi w kostkach ani odrobinę nie zrobiły się cieńsze. Matka ma  takie
nogi, pomyślała z niechęcią.
Dorotko! śniadanie na stole- usłyszała głos ciotki. Podniosła się z krzesła i pomału
poczłapała do kuchni. Rana pooperacyjna jeszcze się nie zagoiła całkowicie, chodząc
miała wrażenie, że zawartość brzucha wyleci poprzez niezagojone miejsce na podłogę.
Podtrzymywała to miejsce jedną ręką - był to odruch  znacznie silniejszy od zdrowego
rozsądku i zapewnień lekarza, że nic nie wyleci, bo w środku wszystko zrośnięte, a ona
ma "zwykłe uczulenie" na nierozpuszczalne szwy i stąd rana się nie goi.
Z powodu niezagojonej rany nadal nie chodziła do szkoły, a była w klasie maturalnej.
Na samą myśl o maturze Dota dostawała dreszczy. Nie lubiła szkoły, nauka nie była jej
ulubionym zajęciem, a zwłaszcza przedmioty ścisłe. Miała ogromne braki ze szkoły
podstawowej, które zamiast znikać,  pogłębiały się. Ale w domu nikt nie wpadł na myśl
by coś z tym fantem zrobić. Zresztą nie wiadomo kto miał o tym pomyśleć  - rodzice
byli rozwiedzeni i bardzo zajęci sobą. Ojciec miał już drugą rodzinę i mieszkał w innym
mieście, matka mieszkała z pewnym panem, z którym usiłowała ułożyć sobie życie, a Dota
 wylądowała u dalekiej kuzynki swej matki. Ciotka również była po rozwodzie i wcale nie
dążyła do następnego małżeństwa. Nie czuła się samotna odkąd zamieszkała u niej Dota.
W kuchni, obok szklanki herbaty i kanapek stało pudełko w kolorowym papierze ,
ozdobione wielką kokardą. Ciotka chwyciła Dotę w objęcia, wycałowała życząc
jej wszystkiego najlepszego z okazji urodzin i pokazując na pudełko dodała- a to ode mnie.
Dota pomału zaczęła otwierać pudełko. Przecięła sznurek, by nie rozwiązywać kokardy,
chciała ją zachować. Z natury była sentymentalną osóbką.
W pudełku była kartka, na niej życzenia z okazji osiemnastych urodzin. Pod spodem leżała
koperta,  a w niej książeczka PKO z kilkoma tysiącami złotych na koncie.
Książeczka była wystawiona  na Dotę, pieniądze można było z niej wybierać na hasło.
Pod kopertą leżało płaskie pudełko ze skórzanym wieczkiem, a w środku był srebrny
naszyjnik, bransoletka i pierścionek.  Dota była bardzo wzruszona i jednocześnie zachwycona.
Natychmiast wystroiła się w komplet biżuterii, poczłapała do najbliższego lustra by ponapawać
się własnym widokiem i dopiero potem zabrała się za śniadanie.
Dorotko, pomożesz mi ucierać ciasto?- zapytała ciotka. Z pewnością dziś pod wieczór
wpadnie twoja mama, więc trzeba coś upiec. Dota zerknęła na ciotkę i wyszeptała - mam
nadzieję, że sama, bez tego  swego amanta. Ciotka nic nie odpowiedziała, ale Dota wiedziała,
że ciotce też się ten pan nie podoba.
Ciasto wyszło pięknie, tym razem prodiż grzał równo, polewa czekoladowa rozłożyła się
 równomiernie, wisienki z domowych konfitur  ozdobiły wierzch i ciasto wyglądało niemal
jak prawdziwy tort. Tyle tylko, że nikt w tym domu nie lubił tortów.
Wieczorem przyszła matka Doty. Wyglądała na dość zmęczoną i skwaszoną. Wyściskała
córkę, wręczyła prezent, którym była najprawdziwsza "mała czarna",  a więc  sukienka dla
dorosłych kobiet. Razem zjadły kolację, a po niej ciasto imitujące tort.
Gdy na stole pozostało już tylko ciasto i bakalie, które uwielbiała Dota, matka zapaliła
papierosa i spoza zasłony dymu rozpoczęła swe expose z okazji urodzin.
Matka zapewniła Dotę, że bardzo ją kocha i wyraziła nadzieję,że oczywiście z wzajemnością.
Że wobec prawa Dota jest pełnoletnia co daje jej pewne przywileje, ale jednocześnie nakłada
obowiązek podejmowania przemyślanych decyzji dotyczących jej życia i że ona, matka, od tej
chwili przestaje nią kierować - niech Dota sama wybiera swą drogę życiową. Nikt jej nic
nie bedzie zabraniał ani zakazywał, jeśli jej decyzje będą zgodne z prawem i ogólnie przyjętymi
zasadami współżycia społecznego. Oczywiście  nadal może mieszkać u ciotki, lub przeprowadzić
się do niej. Ona i ojciec nadal będą łożyć na jej utrzymanie, dopóki będzie się uczyć...
W pokoju zaległa dziwna cisza - niemal było słychać krążenie  krwi w żyłach trzech kobiet.
Po chwili Dota  zapytała: czy ty to mówisz poważnie czy to jakaś podpucha?
Matka zapewniła ją, że mówi jak najbardziej poważnie- przecież właśnie Dota od dziś jest
pełnoletnia. A jeśli przez te 18 lat nie udało się jej włożyć do głowy córki życiowej mądrości-
to trudno, ale nic na to nie poradzi. Albo materia tak oporna, albo ona beztalencie pedagogiczne.
Gdy przed północą  matka się z nimi żegnała, Dota powiedziała - nie wrócę w tym roku już do
szkoły. I jeszcze nie jestem pewna, czy kiedykolwiek tam wrócę. Zacznę pracować.
Matka Doty wyszła bez słowa. Chyba nie takiej decyzji córki się spodziewała.
A Dota  dopiero w kilka lat pózniej zrozumiała, że ten dzień w dużym stopniu wpłynął na jej życie.

sobota, 27 lipca 2013

Dziwne

Ocknął się w jasno oświetlonej sali. Zupełnie nie mógł pojąć gdzie jest. Czuł, że unosi
się w powietrzu, pod sufitem. Przeraził się, że zaraz spadnie z hukiem na podłogę.
Zupełnie zdesperowany zerknął w dół  -zobaczył kilka osób w zielonych fartuchach,
skupionych nad jakimś stołem. Nie mógł zbyt dokładnie  zobaczyć nad czym się
pochylają i co robią, bo  widok zasłaniała mu duża lampa.
Bał się poruszyć, by jednak nie zlecieć na dół, ale gdy tylko pomyślał,że byłoby dobrze
przesunąć się nieco w bok i trochę niżej- natychmiast tak się stało.
O rany, przecież to sala operacyjna - pomyślał wielce zdumiony. Co ja tu robię? Skąd
się tu wziąłem? I kto tam leży na stole? Ojej, ile ma rurek podłączonych!
Zawisł tuż nad pochylonymi nad leżącym człowiekiem  lekarzami.
Spojrzał na twarz leżącego na stole i  czym prędzej odleciał z powrotem pod sufit.
Na stole leżał  ktoś o jego twarzy. Był bardzo blady, w ustach tkwiła jakaś rura,  z boku
szyi było krwawe rozcięcie i jeden z lekarzy coś z tego rozcięcia wyciągał, a może coś
w nie wkładał. Na klatce piersiowej było mnóstwo małych elektrod, podłączonych do
jakiegoś urządzenia, które wydawało cichutkie piski a na ekranie ukazywały się różne
wykresy.
Na widok krwi zrobiło mu się słabo, był pewien, że zaraz zleci lekarzom na głowy.
W tym momencie przy stole zrobił się ruch i jemu, leżącemu na stole, lekarze przyłożyli
elektrody do klatki piersiowej, rozległ się trzask  a leżące na stole ciało podskoczyło lekko
do góry.
Po chwili powtórzono tę czynność, a on poczuł, że spada w dół, wprost na to leżące na stole
ciało. Poczuł ból i jęknął.
Wrócił   -  powiedział anastezjolog. Kończcie, drugi raz może się nie udać.
Lekarze gorączkowo wzięli się do pracy.  Po jakimś  czasie poczuł, że znów jest w górze.
I znów lekarze podłączyli defibrylator, ale serce tym razem definitywnie odmówiło
współpracy.
Tkwił pod sufitem, zupełnie nie wiedząc co ma ze sobą zrobić.
Z obojętnością spoglądał na swe niedawne ciało, które teraz doprowadzano "do porządku"-
zaszyto rozcięcia, odłączono wszystkie rurki,  ciało owinięto dwoma prześcieradłami,
opatrzono kartką z imieniem i nazwiskiem oraz godziną zgonu. Towarzyszył sam sobie aż
do kostnicy.
Wiedział już, że nie żyje, ale nadal nie wiedział co było przyczyną jego śmierci i co ma
teraz ze sobą zrobić.
Przycupnął w rogu sufitu i zapadł chyba w drzemkę.
Obudziło go potrząsanie za ramię. Otworzył oczy, ale nikogo nie  zobaczył, choć czuł
dotknięcie.
Co jest?- pomyślał z lekka spanikowany.
 No rusz się -usłyszał tuż obok siebie głos  - czekają na  ciebie.
Kto, gdzie czekają? W niebie?
No chyba z Księżyca spadłeś - odpowiedział niewidoczny głos. W jakim niebie?
W resetowni  na ciebie czekają. Daj rękę, poprowadzę cię.
Nie pożegnałem się z nikim, pewnie im przykro z tego powodu -poskarżył się cichutko.
Tak zawsze jest, gdy się odchodzi nagle, nie ty jeden jesteś w takiej sytuacji. No chodz,
lecimy bo już pózno.
Po dość długim locie, gdy już Ziemia wyglądała jak mała niebieska piłka, wlecieli w
gęstą mgłę.
W tej mgle nagle otwarły się przed nimi drzwi z grubego, mlecznego szkła.
W środku było chyba  pełno takich jak on - ludzi? dusz?energii? Nikogo wprawdzie nie
widział, ale czuł, że korytarz jest pełen.
Idz  za innymi - powiedział do niego ten, który go tu sprowadził. I nie bój się, to nie boli.
Przed zresetowaniem będziesz miał kilka chwil radości i różnych wzruszeń.  No to cześć!
Szedł wolno przed siebie wzdłuż mlecznych ścian, aż  wszedł do jakiejś sali. Była to
bardzo duża sala.
Wzdłuż ścian  stały fotele, przy każdym z nich stał jakiś mleczny cień. Poczuł, że ktoś go
chwyta za ramię i sadza na fotelu.
Na głowę założono mu kask , w którego wnętrzu było mnóstwo maleńkich elektrod.
Siedział kompletnie zdezorientowany , czując mrowienie pod kaskiem.
A teraz uważaj - przypatrz się dobrze. Zobaczysz całe swoje życie, od ostatniego dnia życia
do pierwszego.
Zapamiętaj dobrze to wszystko, co zle zrobiłeś, byś nie popełniał więcej takich błędów.
I przed jego oczami zaczął się przesuwać film - dzień po dniu, tak jak każdy z nich przeżył.
Na zmianę śmiał się i płakał, a często było mu zwyczajnie wstyd, że robił takie rzeczy, które
innym sprawiały kłopot lub ból. Gdy projekcja dobiegła końca poczuł, że kask mu zdjęto,
a on już nie czuje by miał ręce, nogi, tułów. I nic nie pamiętał.
Czuł się tak szczęśliwy jak w chwili, gdy przyszedł na świat.
W kilka godzin pózniej zagniezdził się w miękkim , cichym i bezpiecznym miejscu,
by po dziewięciu  miesiącach ponownie wrócić na  świat.