wtorek, 18 lutego 2014

Iga

Nie mogę z czystym sumieniem napisać, że miałam ciekawe życie, ale z całą
pewnością  nasłuchałam się wielu fajnych życiorysów. Chyba umiałam słuchać
a do tego zadawać dobre pytania.
W domu uczono mnie, że po to nam natura dała umysł, byśmy  czerpali wiedzę
z otaczającego nas świata i uczyli się na cudzych błędach zamiast na własnych.
Poza tym zawsze wytłumiano mój entuzjazm ( chyba byłam dość żywiołowym
bachorem) i kazano włączać myślenie ilekroć zauważano, że ruszam na żywioł.
Iga stanęła na mojej drodze życiowej w chwili, gdy po bardzo długim urlopie
wychowawczym usiłowałam wrócić do pracy zawodowej.
Ale nagle okazało się, że już jestem za stara, wszędzie podkreślano, że moje
40 lat już mnie nie kwalifikuje do pracy. Przyjmowali kobiety do 35 roku życia.
I zupełnie do nikogo nie trafiały argumenty, że mam dziecko odchowane, że nie
planuję drugiego, że nad grobem też jeszcze nie stoję.
W trakcie kolejnej rozmowy nieco poniosły mnie nerwy i powiedziałam
ewentualnemu szefowi, że zaczynam podejrzewać, że są chyba  ukrytą agencją
towarzyską a nie firmą handlową.
Po tych wszystkich doświadczeniach założyłam własną firmę - przecież musiałam
wyrobić limit lat pracy do emerytury!
I wtedy natknęłam się na Igę. Iga była w podobnym wieku, rozwódka z synem
nastolatkiem.
Była niewątpliwie przystojną kobietą - 180 cm wzrostu na płaskim, miała piękne
gęste, długie niemal do pasa włosy, ładną twarz, piękne  zielone oczy i tuszę
adekwatną do wzrostu - śmiałyśmy się, że to co było na mnie dobre na długość, jej
z trudem starczało na szerokość.
Iga twierdziła , że ją gubi zamiłowanie do fascynujących facetów. A fascynujący
faceci to byli głównie różnego rodzaju artyści - malarze, plastycy, muzycy.
A im który był bardziej zakręcony i życiowo "niedorozwinięty" tym Iga bardziej
była nim zafascynowana.
Pierwszą jej fascynacją był jej były mąż, artysta - malarz. Z kolei jego fascynacją
były góry , alkohol i przeróżni kumple-darmozjady.
Malował jedynie po wypiciu wina i to niestety dobrego jakościowo, a więc nie
taniego. Specjalizował się w wykonywaniu "na poczekaniu" portretów ceprów
szlifujących bruk Krupówek. I właśnie tam trafiła na niego Iga. Stała w jego
pobliżu i z zapartym tchem obserwowała jak z pustej kartki szkicownika wyłaniała
się czyjaś twarz. Pierwszego dnia postała tak około trzech godzin, w końcu ból
nóg ją z lekka otrzezwił.  I  właśnie  wtedy spojrzała również nieco uważniej na
niego - niesamowite, to był naprawdę przystojny facet. Oczwywiście miał długie
włosy jak każdy szanujący się artysta, bardzo wyraziste rysy twarzy- istny Janosik-
pomyślała Iga.
Następnego dnia znów przyszła na Krupówki i skromniutko stała z boku, patrząc
już nie tylko na rysunki, ale coraz częściej zerkając na niego.
Wreszcie zdobyła się na odwagę i zapytała, czy mógłby narysować jej portret.
Pan Artysta powiedział, że nie ma sprawy, on każdego narysuje, stawka taka sama
dla każdego.
Iga cały czas go zagadywała, komplementowała jego talent, w końcu rysunek
został ukończony, Iga zapłaciła, a Pan Artysta zainteresował się gdzie to Iga mieszka
i zaprononował, że "pod wieczór" przyjdzie po nią i oprowadzi po Zakopanem,
pokaże takie miejsca, gdzie normalnie turyści nie bywają.
Oczywiście Iga, cała w  skowronkach, zgodziła się natychmiast. Na kwaterze
nerwowo przerzuciła zawartość walizki, ze trzy razy zmieniała ciuchy i cały
czas czekała na jego przyjście. Wreszcie około 8 wieczorem pan artysta przyszedł.
Rzeczywiście prowadził ją tam, gdzie nie było turystów- np. do koszmarnego baru,
gdzie pili tylko miejscowi a powietrze było tak gęste od dymu i alkoholowych
wyziewów, że po 10 minutach Iga poprosiła, by mogli wyjść.
Pan Artysta był rodem  z Podhala, a na Krzeptówkach wynajmował od któregoś
gospodarza pół domu. Oczywiście nie powiedział wtedy Idze, że to tylko wynajęte
lokum, tylko powiedział, że teraz to on jej pokaże swoją  pracownię.
Z owego paskudnego baru na Bystrem do Krzeptówek był kawał drogi , a oni
wędrowali już po ciemku drogą pod Reglami. Iga sama sobie dziękowała, że
założyła wygodne tenisówki, bo ścieżka pod Reglami nie była wszak chodnikiem.
Gdy dotarli na Krzeptówki Iga była  zmordowana, choć wcale nie szli szybko,
bo Pan Artysta cały czas ją obejmował a co jakiś czas przystawał, przyglądał się
jej badawczo i twierdził, że musi ją namalować - nie jakiś szkic ołówkiem, ale
zrobi portret olejny. Popiersie, a może i akt? Iga słuchała tego a w brzuchu
latało jej stado motyli.
Widok "pracowni" nieco Igę zbulwersował - w oczy kłuł bałagan i  brud. Na stole
zgodnie stały nieumyte talerze z resztkami jedzenia obok pustych butelek po winie,
popielniczki pełne niedopałków, słoiczki z farbami, słoiki z zamoczonymi w czymś
pędzlami, pod ścianami stały różne obrazy, w tym wiele zaczętych a nieskończonych,
całości dopełniały: stary fotel, na którym leżała równie stara kapa,  dwie różnej
wielkości sztalugi, regał z surowego drewna z różnymi dziwnymi jak dla  Igi
rzeczami, lampa "jak w atelier fotograficznym", wersalka i kilka stołków. Drugie
pomieszczenie było połączeniem sypialni, łazienki i kuchni - takie trzy w jednym.
Sypialnię symbolizowało wielkie łoże i szafa ubraniowa, nieduża lodówka i 2 szafki
oraz zlewozmywak spełniały rolę kuchni.
Obok lodówki były drzwi, które prowadziły do "łazienki" - była to przybudówka
z prysznicem, umywalką i wc. Niestety korzystanie z niej zimą było zapewne
bohaterstwem, bo pomieszczenie nie było ogrzewane.
Zapewne do  dziś Iga nie wie, dlaczego natychmiast  stamtąd nie wyszła. Może
dlatego, że Pan Artysta  poczuł wenę, posadził Igę na starym fotelu i zabrał się do
rozrabiania farb? A może była po prostu już bardzo zmęczona?
Artysta  z kuchni przyniósł butelkę wina, wynalazł jakąś czystą szklankę dla Igi
i wypełnił ją po brzeg, sam popijał z butelki. Następnie zaczął Igę "ustawiać",
narzekał, że bluzka ma zbyt mały dekolt, w końcu przyniósł jakiś pled, ściągnął
z Igi bluzkę i biustonosz, owinął ją tym pledem tak, by ramiona były nagie, ułożył
ręce, głowę kazał przechylić i.....zaczął malować, ale nie  farbami olejnymi, chyba
akrylowymi. Co jakiś czas podchodził do Igi, poprawiał ułożenie rąk, głaskał
po nagich ramionach, zachwycał się  włosami, które w końcu kazał rozpuścić
luzno, a Iga przy  każdym jego dotyku czuła, że za chwilę te motyle z brzucha
przeniosą  się w  każdy zakamarek jej ciała.
Około północy wylądowali w sąsiednim pokoju  na wielkim łożu. Iga była nieco
oszołomiona nadzwyczajnym wigorem Pana Artysty, który nie wyglądał raczej
na Herkulesa. Z łóżka wygonił ich w końcu głód - Pan Artysta z żalem zauważył,
że nie ma nic w domu do jedzenia, więc trzeba iść gdzieś coś zjeść.
Zaproponował też, by Iga przeprowadziła się do niego na drugi tydzień swego
pobytu, tym bardziej, że jak dotąd opłaciła swą kwaterę tylko za pierwszy tydzień
pobytu.  Iga ogłupiona  nieco tym tempem "poszła na żywioł". Spodobała się
jej ta propozycja. Pan Artysta przyjechał nawet po nią taksówką, za którą
oczywiście zapłaciła Iga. Po drodze zakupiła nieco jedzenia i pojechali do Pana
Artysty. Zaczęty portret Igi nie mógł się doczekać ukończenia, bowiem każda
sesja kończyła się w wiadomy sposób.
c.d.n.


c.d. 3

U nas większe spędy rodzinne zdarzają się dość rzadko - najczęściej z okazji
ślubów lub...pogrzebów. Np. na moim ślubie trafiły mi się dwie ciotki, które
świadomie to widziałam po raz pierwszy w życiu.
Podobno gdy je widziałam poprzednim razem to miałam dwa lata. W ogóle moja
rodzina wielce rodzinna nie jest. Moi rodzice spotkali się na moim ślubie po
20 latach niewidzenia się.
Mniej więcej w rok po tym gdy ostatni raz widziałam Wiesię, dotarło do nas
zaproszenie na ślub. Przyznam się bez bicia  - zupełnie nie wiedziałam od kogo
to zaproszenie, bo żadne z nazwisk nic mi nie mówiło. Mąż się nieco ze mnie
pośmiał, ale gdy jest się członkiem rodziny, w której niemal wszyscy są po
rozwodach i mają kolejne żony i mężów, to wierzcie mi - niełatwo się połapać
kto  kim jest.
Ale  akurat zakupiłam sobie  nowe szatki wraz z kapeluszem, więc postanowiłam
pójść na ten ślub.
Celowo pojechałam nieco wcześniej,  mając nadzieję, że jeszcze przed wejściem
dowiem się na czyim ślubie jestem.
Pierwszą spotkaną osobą  była ciocia Maria, mama Wiesi. Zapytałam się co u cioci,
jak zdrówko  i co u Wiesi. Ciocia Maria spojrzała na mnie jak na rozdeptaną żabę-
jak to, nie wiesz? No nie wiem, z rok jej nie widziałam-odpowiedziałam.
Ciocia spojrzała na mnie z pogardą i wycedziła półgębkiem: "będę babcią za dwa
miesiące". Ledwie zdążyłam baknąć ,że to fajnie, ciocia Maria stwierdziła, że chyba
mam zle w głowie zupełnie jak jej głupia córka. Bo przecież Jerzy to pijak, ona
o tym dobrze wie, choć Wiesia to ukrywa.
Pomyślałam, że to pewnie jednak przez te ciemne mokasyny, ale już nic nie lapnęłam
na ten temat.
Za chwilę dołączyła do nas moja cioteczna  babka  i od niej dowiedziałam się, że
żeni się syn ciotecznej siostry mojej matki. Ciocia -babcia pokiwała głową  nad moją
ignorancją  dotyczącą powiązań rodzinnych i poszłyśmy do kościoła.
Ślub jak ślub - panna młoda miała mocno zabudowaną długą sukienkę , długie wąskie
rękawki miały małe bufki, a sukienka była odcinana pod biustem. Dziewczę było
dość ładne ale za bardzo anorektyczne, a mój kuzyn, którego pierwszy raz zobaczyłam,
prezentował się miernie.
Rzeczywiście w dwa miesiące pózniej urodził się mały Jaś, o czym powiadomił mnie
Jerzy- wpierw telefonicznie, a potem specjalnym drukiem -listem typu:
"Nasz mały synek Jaś urodził się w dniu..., ważył.....,długość....cm, o czym powiadamiają
szczęśliwi rodzice".
Na dole był odręczny dopisek Wiesi, żebym wpadła do nich, kiedy zechcę.
Zatelefonowałam do Wiesi, pogratulowałam synka, umówiłam się na najbliższą sobotę.
Zakupiłam  w komisie ładny sweterek i śpioszki, "suche pieluchy" i wytworną białą
kołderkę, poza tym odkupiłam od koleżanki specjalną poduszkę do karmienia dziecka.
Dla Wiesi dorzuciłam kwiatki i książkę angielskiego pediatry o wychowie dzieci- jak
zauważyłam była  ona traktowana przez młode matki niczym Biblia.
Mały Jaś był dorodnym  noworodkiem, choć mnie wydawał się okrutnie maleńki.
Cały czas grzeczniutko spał w swojej kołysce. Jerzy zrobił   dla mnie kawę, dla Wiesi
coś "mlekopędnego", sobie herbatę.
Kończył już swój doktorat, nanosił ostatnie poprawki. Pracował w Stołecznym Centrum
Rehabilitacyjnym pod Warszawą. Podobno nie pił, bo zakupił sobie samochód, o ile
"syrenę" można było uznać za samochód. Poza tym miał całkiem sporo prywatnych
pacjentów, więc samochód był mu potrzebny.
Wiesia  wyglądała na zadowoloną i szczęśliwą. Jerzy trenował przewijanie maleństwa,
prał pieluchy i je pracowicie prasował. Wszystko wyglądało bardzo optymistycznie.
Wiesia była zdania, że Jerzy został całkowicie wyleczony z choroby alkoholowej, a ja
byłam pewna, że po prostu jest zaleczony tylko i jeśli sobie choć raz odpuści - sprawa
powróci niczym bumerang.
W dwa lata pózniej młodsza siostra Wiesi wychodziła za mąż. Wiesia i Jerzy byli
świadkami. Mieli być  tylko na ślubie, ale Jerzy uparł się by wpadli na godzinę na
wesele.
Był stęskniony rozrywki, dziecko było u jego matki, mogli zostać choć trochę na weselu,
by potańczyć. Po długich namowach i prośbach Wiesia zgodziła się.
Starała się nie zostawiać Jerzego samego w towarzystwie, pilnując by mu ktoś nie nalał
jakiegoś procentowego napitku. Nie upilnowała- ktoś mu wcisnął pełny kieliszek w rękę
i nim do niego doszła- Jerzy wypił. Natychmiast stamtąd wyszli, a Jerzy całą drogę do
domu usiłował jej wytłumaczyć, że nic się nie stało, że wcale nie ma ochoty na  drugi
kieliszek. Wiesia omal nie wpadła samochodem do rowu ze zdenerwowania a Jerzy się
śmiał, że ona nie pijąc jest   bardziej pijana niż on po jednym kieliszku.
W miesiąc pózniej Jerzy był "w ciągu". Pił w domu, ukradkiem. Rano skacowany jechał
do pracy. Wracał, zamykał się w swoim pokoju i popijał. Nie pił dużo, ale systematycznie.
Wiesia szalała, bo żadne rozmowy nie skutkowały. Prosiła, tłumaczyła, groziła,
że odejdzie wraz z dzieckiem - do Jerzego nic nie docierało.
Ciocia Maria gorzko triumfowała- "przecież mówiłam ,  że to pijak!!!"
Nie zawsze jezdził do pracy samochodem - były dni gdy korzystał z komunikacji miejskiej.
Wracał wtedy niesamowicie pózno, Wiesia stała przy oknie, wypatrując jego powrotu.
Czasami wracał do domu na rauszu i wtedy ostentacyjnie wypijał przy niej tylko jeden
kieliszek wódki. Widzisz - mówił wtedy- wystarcza mi jeden kieliszek, nie  mam żadnego
problemu z odstawieniem picia.
W pół roku pózniej do drzwi Wiesi zapukali policjanci - patrol znalazł pobitego Jerzego
w pobliskim parku. Nim Wiesia dojechała do szpitala, do którego go odwieziono, Jerzy
już nie żył.
Jak na ironię był to szpital, w którym niegdyś pracował.
Wiesia była bliska samobójstwa i zapewne gdyby nie fakt, że był malutki Jaś, kto wie jak
potoczyłyby się sprawy.
W kilka lat pózniej Wiesia poznała sporo starszego od siebie Szweda.
Namówił ją by wzięli ślub i osiedlili się w Szwecji. Przeprowadził adopcję Jasia i bardzo
go kochał, w pełni zastępując mu ojca. Od chwili wyjazdu z Polski Wiesia tylko raz tu
była - przyjechała na pogrzeb swej matki.
Spotkałam się z nią wtedy - wyglądała na spokojną i nawet niezbyt  zmartwioną śmiercią
matki.
Jaś wyrósł na całkiem fajnego chłopaka, skończył studia, ożenił się... z Polką. Wiesia
w ubiegłym roku pochowała swego drugiego męża. Nie ma zamiaru wracać do Polski,
przyzwyczaiła się do życia w Goteborgu. Tam ma grono przyjaciół, pracę i syna.
Żegnając się ze mną powiedziała z lekkim uśmiechem - dopilnuj, by twoja córka miała na
swym ślubie wygodne buty i koniecznie dopasowane kolorem.
                                                     K O N I E C

poniedziałek, 17 lutego 2014

c.d.2

Nim dotarł do domu Jerzy zdążyłam się dowiedzieć wielu rzeczy. Wiesia była zachwycona
stanem małżeńskim - było nie tylko "lepiej ale i znacznie częściej". Tym, którzy nie wiedzą
co mam na myśli przytaczam dowcip krążący wówczas po mieście: pytanie do świeżo
upieczonej mężatki- no i jak, lepiej teraz? Mężatka  odpowiada- lepiej to może nie, ale za
to częściej.
Wiesia rozpływała się w  zachwytach nad swoim mężem- tyle o nim mówiła, że aż się
zaczęłam zastanawiać- chce mnie o tym przekonać, czy może samą siebie? Po godzinie
takich peanów na cześć byłam pewna, że gdy Jerzy stanie w drzwiach zobaczę nad jego
głową delikatną poświatę a u ramion skrzydła anielskie.
Niestety , gdy wszedł Jerzy zobaczyłam tylko nieco zmęczonego faceta, bez śladu
aureoli czy też skrzydeł anielskich.
Przejrzał moje zdjęcia rentgenowskie, powiedział czego mogę oczekiwać po rehabilitacji
i jak zapewne będzie ona przebiegać, potem zadzwonił do swego przyjaciela i poprosił
by się mną zajął, gdy do niego w ciągu najbliższych dni trafię.
Jerzy był aktualnie w trakcie pisania doktoratu więc dużo czasu spędzał w szpitalu na
chirurgii urazowej. Odniosłam wrażenie, że ciągle nie mógł patrzeć na te wszystkie
skomplikowane urazy, z którymi się stykał. Jak sam mówił,  na izbie przyjęć często
była krwawa jatka i nawet doświadczeni lekarze tracili zimną krew.
Nie bardzo mogłam pojąć po co rehabilitant miał oglądać te otwarte złamania i obcięte
niemal kończyny, skoro miał się zajmować pacjentem w pózniejszym czasie, bo
rehabilitacja była przecież już ostatnim etapem leczenia.
My piłyśmy w trakcie tej rozmowy kawę a Jerzy - mleko....z wkładką. Przyniósł sobie
z kuchni niepełną szklankę mleka, dolał do niej wódkę i pomału sączył. Oczy zrobiły mi się
niewiarygodnie wielkie ze zdziwienia, a Jerzy spokojnie mnie poinformował, że tak właśnie
odstresowują się  jego koledzy- lekarze.
Bo to niezmiernie stresujący zawód - każdy chirurg, bez względu na swą specjalizację czuje
ciężar  odpowiedzialności za  życie pacjenta.
Bo nie ma łatwych i prostych operacji, każdy kontakt ze skalpelem jest ryzykiem- no bo
wszystko szkodzi - zawsze jest to ingerencja w środek organizmu. I zawsze jest szansa, że
będą komplikacje.
Szybko doszłam do wniosku, że już nawet samo słuchanie o tych wszystkich wypadkach
może człowieka doprowadzić do ciężkiego stresu. Dla przyzwoitości odsiedziałam jeszcze
z pół godziny i z ulgą się pożegnałam.
Dzięki Jerzemu trafiłam do ośrodka rehabilitacji dla sportowców. Ówczesny kierownik tej
placówki wprowadzał właśnie do  technik rehabilitacyjnych akupresurę na bazie
akupunktury. Okazałam się wdzięcznym obiektem do wypróbowywania tej metody, jako że
kość krzyżowa jest miejscem, do którego nie ma właściwie dostępu.
Przez dwa miesiące, 3 razy w tygodniu znęcał się  nade mną osobiście przyjaciel Jerzego.
Z dnia na dzień byłam coraz bardziej posiniaczona i obolała a dr. S. twierdził, że mogłabym
śmiało iść na obdukcję i skarżyć męża o znęcanie się nade mną.
Czasami rozmawialiśmy na temat Jerzego - dr.S. bardzo go chwalił, że to taki pracowity i
zdolny człowiek, że jego praca doktorska będzie zapewne b.ciekawa i nowatorska.
Słuchając tego jakoś tak nieopatrznie  "lapnęłam", że mnie się wydaje, że praca w szpitalu
zupełnie mu nie służy, bo jest chyba zbyt wrażliwym człowiekiem.
A co, zaczął pić? - zapytał dr.S. Stwierdziłam, że tak naprawdę to nie wiem,a to że raz
widziałam go niezle przypitego na weselu a raz jak pił mleko z "wkładką" nie musi wcale
oznaczać, że facet pije. Doktor S. wyglądał na zmartwionego - postanowił, że sprawdzi to,
bo to w końcu on podsunął Jerzemu temat pracy doktorskiej i załatwił tę pracę w szpitalu.
Rzeczywiście zadziałał -Jerzy nie mógł odtąd dowolnie długo przebywać na izbie przyjęć
w dniach dyżuru chirurgii urazowej. Mógł obserwować jedynie te przypadki, które były
potrzebne mu jako materiał do jego pracy doktorskiej.
Gdy zakończyły się moje zabiegi rehabilitacyjne, postanowiłam wpaść do Wiesi i Jerzego
z podziękowaniami. W dowód wdzięczności przytargałam ze sobą kwiaty i dwa bilety
do Opery, na Giselle. Wiedziałam, że Wiesia jest miłośniczką baletu, więc z pewnością
będzie zadowolona. Prawdę mówiąc nawet się nie zastanowiłam, czy sprawię tym frajdę
również Jerzemu.
Jerzego nie zastałam, ale tym razem, gdy znów Wiesia zaczęła piać z zachwytu nad swym
mężem, niezbyt grzecznie zapytałam co ją napadło.
Wiesia w odpowiedzi się rozryczała, bo po tym incydencie na weselu  matka wciąż
suszyła jej głowę by się rozeszła dopóki nie mają dzieci, bo Jerzy nie jest odpowiednim
materiałem na męża i ojca.
Okazało się, że ciotka dość często wpadała znienacka do swej córki i przyłapała zięcia
w stanie wskazującym na spożycie procentów.
Trochę mi się chciało śmiać, bo wyobraziłam sobie ciotkę na takiej inspekcji. Musiało
być wesoło, jako że ciotka była choleryczką z natury.
Opanowawszy się, zapytałam Wiesię, czy ona zdaje sobie sprawę, że za  jakiś czas Jerzy
będzie zdeklarowanym alkoholikiem, więc może powinna podjąć jakieś kroki - nie
miałam na myśli rozwodu ale np. namówienie go na wstąpienie do klubu AA.
Nie miał facet jeszcze całkiem zdegenerowanego mózgu, więc może warto spróbować.
Poza tym zwróciłam jej uwagę, że alkohol uszkadza materiał genetyczny nie tylko
kobiety, mężczyzny też, więc jeśli ona chce mieć dzieci to chyba on nie powinien pić.
Bo wy go nie lubicie, łkała Wiesia, a ja sobie nie wyobrażam życia bez niego, bez jego
pieszczot, dotyku, przytulań. Nieważne, możemy nie mieć dzieci, ale ja jestem od
niego seksualnie uzależniona! Nie zostanę bez niego!
No to go kretynko lecz - wrzasnęłam. Zaciągnij go na leczenie a potem pilnuj, by nie pił.
W przeciwnym razie nic z tego nie będzie, bo będzie pił coraz więcej. Teraz jest  cudny
w łóżku, ale za rok, dwa będzie co najwyżej spał jak zarżnięty. A ty będziesz umierać
ze strachu czekając na niego zapitego lub znów siedzieć w poczekalni gdy będą go
odtruwać.
Miałam dość - żal mi jej było, no ale na głupotę nie ma rady. Podałam jej szklankę zimnej
wody, rzuciłam "cześć" i...wyszłam.

niedziela, 16 lutego 2014

Kto jest w stanie zrozumieć kobietę???

Tak jakoś jest ten świat urządzony, że  w pewnej chwili spotykamy na swej drodze
osobnika płci przeciwnej.
I bardzo często  finałem takiego spotkania jest powstanie podstawowej komórki
społecznej, czyli małżeństwa.
Trudno powiedzieć czy zawsze podstawą związku jest miłość czy też tylko silny
pociąg fizyczny.
Po jakimś czasie pociąg fizyczny mija ,miłości nie było, przyjazni też nie więc co
zostaje? Najczęściej jedynym wyjściem jest po prostu rozwód.
Podobnie jest i wtedy, gdy uczucie było ulokowane w osobniku, który nie był
odpowiednim kandydatem ani na męża ani na ojca.
Wiesia, moja  bardzo, bardzo daleka kuzynka, tzw. "dziesiąta woda po kisielu",
studiując na AWF-ie, będąc chyba już na trzecim roku, zakochała się bez
pamięci w jednym ze swoich nieco starszych kolegów.
Wiesia po ukończeniu  studiów miała być "panią mgr od WF", a obiekt jej uczuć
mgr rehabilitacji.
Pobrali się jeszcze w trakcie studiów. Rodzice obojga zadziałali na staropolskiej
zasadzie "zastaw, ale postaw się" i wyprawili młodym weselisko, na którym
było z 200 osób. Stoły uginały się pod pełnymi jedzenia półmichami i wciąż
donoszonym alkoholem. Pan młody jeszcze przed ślubem wzmocnił się nieco
kielichem, żeby w stanie niewielkiego znieczulenia przetrzymać mszę trwającą
niemal godzinę. Biedna Wiesia, którą ślubne szpilki mocno uwierały w stopy,
kręciła się cały czas jakby parzyła ją w stopy podłoga.
Zaraz po zakończeniu uroczystości, poprosiła swą młodszą siostrę by dała jej swe
pantofle i w Wiesi albumie rodzinnym jest zdjęcie ślubne, na którym Wiesia jest
w białej bezie ( tzn. sukience) i ma na stopach ciemne mokasyny.
Matka Wiesi orzekła, że to zły omen, że małżeństwo legnie w gruzach. Bardzo mnie
to rozbawiło, bo co ma kolor butów do trwałości związku?
Wesele było typowe, goście co chwilę wydzierali się  "gorzko! gorzko!" i ostro
wszyscy ćwiczyli spełnianie toastów.
Gdy stamtąd wychodziłam jeszcze przed północą, Pan Młody (Jerzy mu było)
wyglądał żałośnie  - oczęta miał przekrwione i półprzytomne spojrzenie , ale nadal
dzielnie spełniał toasty. Wiesia na próżno prosiła by jednak mniej pił, lecz niewiele
już do jego świadomości docierało.
Trochę mnie to zastanowiło - nie było to pierwsze w mej karierze wesele, ale z reguły
każdy ze znanych mi świeżo upieczonych mężów starał się do końca być trzezwym.
Ale  jak mówią - nie mój cyrk, nie moje małpy.
Podobno nad ranem Jerzy zsiniał i stracił przytomność a wezwana karetka zabrała go
do szpitala - na odtrucie.
Poranek poślubny Wiesia spędziła na krzesełku w poczekalni  szpitalnej dzieląc się
swym niepokojem z teściową. Obie były zaskoczone tym wypadkiem.
Wiesia może nieco mniej, bo Jerzy często wypijał  "na odprężenie" dwa, trzy kieliszki
wina gdy wracał ze szpitala, gdzie miał wtedy praktykę.
Jerzy ukończył studia i swą pierwszą pracę dostał w szpitalu. Nie widywałam się zbyt
często z Wiesią, ona jeszcze studiowała, ja pracowałam i nie cierpiałam na nadmiar
wolnego czasu.
W dwa lata pózniej doznałam na nartach przykrej kontuzji - złamałam kość krzyżową.
Przypomniałam sobie, że przecież mam teraz  w rodzinie rehabilitanta i zadzwoniłam
do Wiesi, z pytaniem, czy mogę niecnie wykorzystać jej męża. Oczywiście mogłam,
tylko musiałam do nich przyjechać.
Kupiłam kawę, coś do kawy, czyli torcik wedlowski i pojechałam w drugi koniec
miasta. Jerzego jeszcze nie było w domu, więc zaczęły się babskie pogaduchy.
c.d.n.

sobota, 15 lutego 2014

Baby są głupie- cz.II

Zojka dość długo czekała na telefon od Adama. Nie ona jedna zresztą - Adam był
wręcz "rozrywany"  przez dziewczyny. Poza tym był wielbiony przez ich mamusie.
Śmiałam się, że był wymarzonym przez mamuśki kandydatem na męża - był bardzo
grzeczny, gdy wpadał po dziewczynę to zawsze się pytał, czy może panienkę wziąć
np. do kina (cokolwiek to znaczyło  naprawdę), mało tego, dopytywał się również
czy mamuśka nie będzie  się gniewała, gdy on odprowadzi "skarb rodziny" dopiero
około północy, bo po kinie pójdą  potańczyć do klubu.
Dziewczyny za pierwszym razem miały bardzo zdziwione miny i były wręcz
zgorszone, ale Adam szybko im tłumaczył, że przecież tak naprawdę nie  stanowią
same o sobie, skoro mieszkają z rodzicami. A skoro jest jak jest, wypada "starych"
w pewnym sensie docenić i dać im złudzenie, że to oni rządzą.
Adam miał tych dziewczyn na pęczki.
Mamuśki były Adamem zachwycone i niemal każda z nich czekała kiedyż to ten
cud płci męskiej zechce zostać ich zięciem.
Chyba po trzech miesiącach nieustannego czekania Zojka doczekała się telefonu
od Adama. I dostąpiła zaszczytu spotkania się z nim. Mniej więcej po 2 godzinach
Adam zakończył spotkanie. Na nieśmiałe pytanie kiedy się spotkają odpowiedział
szczerze, że doprawdy nie wie kiedy, bo on tak naprawdę to teraz jest z tą dziewczyną,
z którą był u Zojki. Ale ponieważ Zojka bardzo mu się podoba, to będzie się starał
co jakiś czas się wyrwać i wtedy zadzwoni.
Przez następne dwa lata Zojka była stale "tą drugą", oczekując swej kolejki. I właśnie
w tym okresie poznałam Zojkę -pracowałyśmy w jednej firmie.
Była bardzo dobrym pracownikiem a poza tym była bardzo sympatyczna.
Dość szybko stałyśmy się dobrymi koleżankami. Pewnego dnia, gdy razem ze swym
mężem byłam u Zojki, poznałam Adama. On i mój mąż też przypadli sobie do gustu,
choć tak naprawdę różnili się niemal całkowicie.
Zojka wreszcie cierpliwością i chyba wielkim uczuciem  zdobyła Adama. Osobiście
podejrzewałam, że w grę wchodziło tu nie tylko uczucie ale i biznes. Rodzice Zojki
dali do zrozumienia, że gdy Zojka wyjdzie za mąż to w prezencie ślubnym dostanie
własnościowe mieszkanie w stolicy.
Zojka na swym ślubie wyglądała wręcz zjawiskowo- dzień był marcowy i chłodny-
Zojka była otulona długą, białą kaszmirową peleryną z kapturem - wszystkie brzegi
peleryny i kaptura były obszyte białym puszystym futrem z lisa.Istna królowa zimy.
Adam w garniturze w kolorze ciemnego grafitu też się ładnie prezentował.
Zamiast wesela zafundowali sobie wyjazd na Majorkę.
Jeżeli ktoś myśli, że ślub   wiele zmienił w stosunku Adama do  kobiet, to się myli.
Biedna Zojka była wiecznie "na czatach"- nie mylić z rozmowami w sieci, wtedy była
to nieznana konkurencja.
Z jednej strony było mi jej żal, ale z drugiej - widziały gały co brały.
Zojka była  spokojna tylko wtedy, gdy siedziała obok Adama i do tego trzymała go za rękę.
Spędzaliśmy w czwórkę sporo czasu-  nie stanowiłam dla Zojki żadnej konkurencji
a i Adam, po pierwszym kubełku zimnej wody (słownym), którym go potraktowałam,
przestał traktować mnie jak obiekt do podrywu.
Czasami widywałam Adama  z innymi kobietami, ale nie miałam najmniejszego zamiaru
mówić o tym Zojce.
Z chwilą gdy wreszcie  zdecydowałam się na macierzyństwo siłą rzeczy rzadziej się
spotykaliśmy z nimi. Nie mniej stosunki nadal były przyjacielskie, zostali nawet
chrzestnymi  naszej  córeczki.
Zojka zrobiła w międzyczasie studia i awansowała w pracy. Adam kilka razy prosił mnie
o alibi - wpadł na kilka minut , doręczył coś, co Zojka miała dla swej chrześnicy i poprosił
bym powiedziała, że się u mnie zasiedział. Przy drugiej takiej prośbie nie odmówiłam
sobie przyjemności uraczenia go kazaniem umaralniajacym.
Adam twierdził, że nadal mu się Zojka podoba, że nawet ją po swojemu kocha, a to,
że czasem pójdzie  na randkę z inną nie ma żadnego znaczenia dla trwania związku.
Wiesz - mówił całkiem szczerze - dla mnie jedna kobieta to za mało, zawsze miałem
po dwie lub trzy kobiety jednocześnie.
Ożeniłem się z Zojką, bo sobie mnie wychodziła, wyczekała, wręcz wyżebrała.
Ja jej nie opuszczę, bo to jej obiecałem.
Zagroziłam, że wszystko powiem Zojce, ale Adam popatrzył na mnie poważnie i
nieco zasmucony rzekł - nie powiesz, bo wiesz, że to by ją załamało. Jesteś po prostu
za mądra na to by jej oczy otwierać.
Wiedziałam, że on ma rację - on był dla niej powietrzem, bez którego nie można żyć.
Mijały lata, Zojce i Adamowi urodził się synek.
Moja córka miała już wtedy  chyba 4 lata.
Zojka nie chciała za nic w świecie przerywać pracy, więc zaraz po ustawowym urlopie
macierzyńskim i wypoczynkowym, wróciła do pracy. Dwie kolejne nianie zupełnie
się nie sprawdziły i Zojka uprosiła mnie, że skoro i tak siedzę na wychowawczym, to
może do chwili ukończenia pierwszego roku życia Juniora mogliby go zostawiać u mnie.
Zgodziłam się na próbę, na miesiąc. Po miesiącu miałam dość, tym bardziej, że moja
córka przeżywała ataki zazdrości. Zrobiła się nieznośna. W tej sytuacji Adam porzucił
dotychczasową pracę, zatrudnił się u znajomego prywaciarza i sam opiekował się
synkiem.
To określenie "sam" było chyba dość  płynne - przynajmniej dwa razy w tygodniu
lądował z małym u mnie, a w pozostałe dni pomagały mu inne panie.
Gdy Junior ukończył rok, Zojka dostała stanowisko w jednym z zagranicznych biur
pewnej centrali handlowej.
W ciągu miesiąca musiała wyjechać.Wyjechała razem z dzieckiem, a za miesiąc
miał do niej dołączyć Adam.
Ale jemu zupełnie się nie spieszyło. Romansował w najlepsze na lewo i prawo. Zojka
coraz to dzwoniła, dopytywała się, a Adam twierdził, że musi odpracować ten czas,
gdy opiekował się małym.
W kraju zaczęły się dziać coraz mniej wesołe rzeczy, a my tłumaczyliśmy wciąż
Adamowi, że powinien jednak jak najprędzej wyjechać, bo może być różnie.
Najgoręcej przekonywał go mój mąż, który właśnie wrócił z delegacji do ZSRR. Tam
wszyscy jego znajomi zamartwiali się, że lada dzień mogą do nas wkroczyć wojska
z bratnią pomocą.
I wreszcie Adam odleciał dosłownie trzy dni przed wprowadzeniem stanu wojennego.
Do Polski wrócili po czterech latach i wtedy Zojka  zdecydowała się na drugie dziecko.
Tym razem wzięła urlop wychowawczy. A nasi mężowie zaczęli razem prowadzić
firmę, jednocześnie nas tam zatrudniając.
Ani dzieci, ani pobyt za  granicą nie zmienił Adama. Nadal uganiał się za kobietami.
Ale pewnego dnia , Adam dostał zawału. Nie był to nawet  bardzo ciężki  stan, ale Adam
bardzo się wystraszył, zwłaszcza, że zdarzenie miało miejsce poza domem.
I choć z punktu widzenia medycyny wyzdrowiał, psychicznie się załamał.
Gdzieś się zapodział ten dawny bawidamek. Jego miejsca zajął wsłuchany w siebie,
 w  bicie własnego serca facet.
A Zojka zrobiła się szczęśliwa, że wreszcie Adam  cały czas "trzyma się domu".
                                                K O N I E C

Baby są głupie

Być może, że jako kobieta nie powinnam tak mówić - ale ja nie uznaję solidarności
płci. Mam wrażenie, że winę za głupotę kobiet ponoszą najczęściej ich rodzice.
Po prostu za mało uwagi przykładają do tego, by nauczyć swe córki myślenia -
samodzielnego, trzezwego, logicznego.
Dziewczynki mają być: miłe, dobre, posłuszne, delikatne, mają wyrosnąć na dobre
żony i matki, to one mają być podstawą domowego ogniska.
Ale nikt nie uczy ich, by umiały same siebie docenić, by znały swą wartość.
A do tego wiele mamusiek ukrywało przed nimi czarne strony życia i wychodziły
z domu wykształcone "pierwsze naiwne".
O, zapomniałam jeszcze, że wychowanie seksualne też najczęściej szwankowało i
polegało ono głównie na wbijaniu do dziewczęcych  głów, że seks przedmałżeński
jest "be" a małżeński- ciężkim obowiązkiem.
Zojka była panienką z tzw. "dobrego domu". Rodzice- inteligencja pracująca, tatuś
nawet  po WAM. Mieszkali  w niewielkiej miejscowości na północy naszego pięknego
kraju.
Zojka była naprawdę  bardzo ładną dziewczynką, ale w domu bardzo przestrzegano, by
przypadkiem nie  uważała się za ładną. Jeśli zbyt długo stała przed lustrem natychmiast
babcia zwracała jej uwagę, że wpatrywanie się we własne odbicie jest niewskazane, bo
w lustrze diabeł mieszka.
Zojka obowiązkowo od 5 roku życia uczyła się gry na fortepianie, choć nie sprawiało
to jej ani krzty przyjemności. No ale panienka z dobrego domu powinna taką umiejętność
posiadać. Drugą umiejętnością, niezbędną wg jej mamy, było łyżwiarstwo figurowe.
Na szczęście dla Zojki miejscowe lodowisko było odkryte, a jej talent w tej dziedzinie
poniżej  średniej krajowej, więc po 2 latach obijania sobie kostek , kolan i pośladków
zrezygnowano z tej umiejętności.
Gdy Zojka ukończyła miejscowe liceum  postanowiono, że wyjedzie do stolicy i zacznie
pobierać nauki w Pomaturalnym Studium Stenotypii i Języków Obcych. Absolwenci tej
szkoły mieli pracę zapewnioną - znali dobrze pracę biurową i języki obce. To z tej szkoły
wywodziły się stewardesy LOTu i sekretarki dyrektorów poważanych instytucji.
Gdy już było wiadomo, że Zojka będzie do Studium przyjęta, jej ojciec zwrócił się do
swego znajomego, by pomógł w znalezieniu dla Zojki jakiegoś lokum w Warszawie.
Ów znajomy wynalazł dla niej pokój "przy rodzinie", z pełną używalnością kuchni i łazienki.
Były to czasy, gdy nie było w stolicy samodzielnych mieszkań do wynajęcia. Miasto wciąż
przeżywało niedobór mieszkań.
Właścicielem mieszkania był niemłody już wdowiec - pan Karol.
Zapewniał rodziców Zojki, że "da baczenie" na Zojkę i zawsze będzie jej służył radą.
W kilka lat pózniej miałam okazję poznać pana Karola - był naprawdę bardzo miłym
i kulturalnym człowiekiem. Lubił Zojkę i traktował ją jak własną córkę. Przypominał by
rano zjadała śniadanie, prosił by wieczorami raczej nie wędrowała sama  ulicami stolicy,
a gdy jechała raz na jakiś czas do domu, przekazywał dla jej mamy pozdrowienia i jakiś
drobiazg - bombonierkę pralinek lub  malutką wodę kwiatową.
Zojce podobała się nauka w Studium i życie w stolicy. Ale najbardziej podobało się jej
mieszkanie z dala od rodzinnego domu i......brak pianina w domu pana Karola. Poza tym
mogła swobodnie zapraszać do swego pokoju koleżanki i kolegów - pan Karol często
brał udział w tych "posiadach" i był bardzo lubiany przez młodzież. Nie gorszył się, gdy
na stole lądowały kolejne butelki wina, nie przeszkadzały mu też kłęby dymu - młodzi
ludzie kopcili zawzięcie.
Na którymś z kolejnych spotkań pojawił się "nowy" - przyprowadziła go jedna z koleżanek
Zojki. Adam miał w sobie "coś", czyli podejście do kobiet. Lubił kobiety, wiedział dobrze
co im sprawia przyjemność. Prawił komplementy, głęboko zaglądał w oczy, każda z nich
miała wrażenie,że jest dla niego tą jedną jedyną.
Poza tym Adam naprawdę był przystojnym facetem. Studiował na politechnice kierunek
związany z ciężkimi maszynami.
Już od pierwszego wieczoru Zojka nie mogła od niego oderwać oczu. Wpatrywała się
w niego niczym sroka w gnat, co oczywiście  bez trudu zauważył i Adam i pan Karol.
Gdy Zojka wyszła po coś do kuchni, Adam poszedł za nią, leciutko objął ją ramieniem
i zaglądając jej głęboko w oczy powiedział: "ależ ty jesteś ładna! chyba musimy się spotkać; zadzwonię do Ciebie, gdy będę miał czas, dobrze?"
Oczywiście Zojka zgodziła się i grzecznie czekała na telefon od Adama.
c.d.n.


niedziela, 9 lutego 2014

Pechowiec cz.II

W chwili gdy droga życiowa Pechowca przecięła moją ścieżkę, dziecko miało już
z 5 lat, a Pechowiec nadal usiłował jakoś wybrnąć z tej kwadratury koła.
Pechowcowa już pracowała, ale b. często bywała na zwolnieniu lekarskim, przez co
często zmieniała miejsce pracy. Pechowiec porzucił pół etatu, by częściej bywać
w domu.
Nadal czekali  na spółdzielcze mieszkanie, dzieckiem zajmowała się kolejna niania, bo
wbrew rzewnym  wspomnieniom niektórych osób, miejsce w przedszkolu Pechowcom
nie przysługiwało. Nie dość, że Pechowcowa nie była samotną matką to razem mieli,
zdaniem władz, zbyt wysokie dochody. Przedszkola prywatne właściwie nie istniały, no
chyba że nielegalnie.
Najwięcej mnie złościło,że Pechowiec wciąż zadawał mi pytanie co on ma z tym fantem,
czyli ze swą sytuacją rodzinną zrobić. Odżegnywałam się od odpowiedzi, bo jako
dziecię z rozbitej rodziny byłam przeciwniczką rozwodów. Z drugiej strony widziałam,
że Pechowiec "stracił serce" do swej żony, trwał w tym związku z uwagi na dziecko.
Ale Pechowiec zatruwał mi tak skutecznie życie, że w końcu na zadane pytanie
odpowiedziałam pytaniem:  " a możesz mi wyjaśnić dlaczego się z nią ożeniłeś? bo wg
mnie, tak na zdrowy rozum to nie kamuflowała swych wad- od początku wiedziałeś, że to
wielce zabawowa dziewczyna. Wytłumacz mi, jak taki inteligentny  facet mógł się tak
wrobić?" Pechowiec z godzinę milczał, wreszcie wysapał - "masz rację, jestem kretynem.
Ale, jak każdy młody facet byłem zainteresowany głównie seksem, a tego to ona mi
nigdy nie odmawiała- nie  miała złych nastrojów, które by wykluczały seks, była chętna
o każdej porze dnia i nocy. Bo przeważająca większość młodych  facetów przynajmniej
raz na pół godziny myśli o seksie".
A teraz? - zapytałam niezbyt delikatnie. " Teraz to chyba będę musiał iść do seksuologa,
chyba grozi mi impotencja. Jakoś mi to nie w głowie".
Porozbierałam zagadnienie na części  pierwsze, tłumacząc, że to wszystko normalne ale
Pechowiec  jednak postanowił iść do specjalisty.
Za tydzień zatelefonował do mnie, mówiąc, że on naprawdę jest kretynem, a ja miałam
rację i że niepotrzebnie wydał 100zł na wizytę, bo lekarz powiedział mu to samo co ja.
W międzyczasie Pechowiec wychodził ze skóry, żeby przyspieszyć termin otrzymania
mieszkania. Zwróciłam mu  uwagę, że w chwili otrzymania mieszkania będzie musiał swą
żonę też tam zameldować i jeśli potem wniesie  sprawę o rozwód, trzeba będzie mieszkanie
dzielić.
Pechowiec trzy dni myślał, ja nic się nie wypowiadałam o rozwodzie, ale matka Pechowca
namówiła go, by jednak się rozwiódł i koniecznie walczył o przyznanie mu dziecka.
W końcu rozwodził się z alkoholiczką, więc dla normalnie  myślących ludzi sprawa była
wygrana.  Ale sądy rodzinne w Polsce zawsze działały w dość zastanawiający sposób -
pomimo zeznań wielu świadków, łącznie z opinią lekarza, dziecko przyznano matce.
Decyzję sąd uzasadnił płcią dziecka oraz  faktem , że matka pozwanej zobowiązała się do
sprawowania opieki nad  dzieckiem oraz do monitorowania poczynań swej córki.
Team Pechowca był zadziwiony wyrokiem niepomiernie, on sam początkowo załamany.

Nie wiem jak to jest, ale każdy "kawaler z odzysku" ma spore wzięcie u pań. Bardzo mnie to
dziwi, bo wg mnie zawsze wina leży po obu stronach i rozwód jest dowodem, że obie strony
mogą mieć potem kłopoty w kolejnym życiu we dwoje.
Pechowiec zaczął być podrywany przez niektóre panie. To było średnio zabawne, bo każdą
ze swych  "wielbicielek" przedstawiał memu mężowi i mnie.
U swej byłej żony bywał raz w tygodniu i zabierał dziecko na różne spacery. Była żona jakoś
wcale nie zmieniła swych upodobań do nadużywania procentów, choć nie siedziała  sama
w domu z dzieckiem.
Pechowiec, zapewne z wdzięczności, że ma obok siebie ludzi, którzy zawsze go wysłuchają,
bywał u nas niemal codziennie. Byłam w tym czasie w stanie odmiennym, a samochód
mieliśmy otrzymać dopiero za jakiś czas, więc Pechowiec robił za taksówkę. Dostąpił nawet
zaszczytu zawiezienia mnie do szpitala i  przyjechania po mnie. Przynajmniej wracałam
dzięki  temu w pozycji leżącej, co był niezłe, bo urodziłam w niedzielę a wracałam już
w czwartek, zaraz po zdjęciu szwów.
W dwa lata pózniej pechowiec poznał bardzo miłą i fajną dziewczynę. I......ożenił się.
Miałam nadzieję, że będzie to trwały związek, ale myliłam się. Pechowiec wymyślił sobie,
że w świetle przeróżnych dziwacznych przepisów PRL-u najlepiej będzie, gdy wezmą
rozwód. Nie wiem jakich użył argumentów, ale w chwili gdy Pechowcowa nr 2 była w zaawansowanej ciąży, wnieśli zgodnie sprawę o rozwód.
Mnie tłumaczył, że tym sposobem będą mogli utrzymać dwa mieszkania , ona bez trudu
dostanie wtedy miejsce w przedszkolu  dla dziecka i jeszcze jakieś ulgi.
Popukałam go w czółko (coraz wyższe), wzruszyłam ramionami i poprosiłam by swoje
sprawy omawiał raczej z  żoną niż ze mną.
Ale Pechowca trudno było się pozbyć. A może łączyło nas zbyt wiele spraw? Np. wakacje - Pechowiec brał dwójkę swych dzieci  i razem jezdzilismy na wakacje - wynajmowaliśmy
cały dom, na plaży ja się mogłam spokojnie wylegiwać, Pechowcowa nr 2 była w tym
czasie w sanatorium, a Pechowiec cudownie zabawiał trójkę  dzieciaków. Dzieciaki go
uwielbiały, moja mówiła do niego oczywiście wujku, jego dzieci  nam "wujkowały i
ciotkowały".
W drugim miesiącu wakacji jego miejsce zajmowała Pechowcowa nr 2.
Mój mąż uczestniczył  w tym wszystkim raptem 2 tygodnie, bo drugie dwa tygodnie
zostawiał sobie na zimowy wyjazd.
Ale dawałyśmy sobie radę , obie byłyśmy zmotoryzowane i samodzielne z natury.
Nie pytałam nigdy Pechowcowej nr2, dlaczego zgodziła się na taki niewydarzony układ.
A że nie był to najlepszy układ pod słońcem okazało się mniej więcej po trzech latach.
Pechowiec poznał kolejną panią- tym razem rozwódkę z dwójką dzieci.
I powstał baaardzo dziwny układ  - Pechowiec miał już dość luzne układy ze swą żoną nr 2,
która dość niespodziewanie podjęła decyzję wyjazdu do Anglii, ale bez dziecka.
Nie ma problemu, orzekł Pechowiec i wziął dziecko do siebie. Dość szybko ożenił się
z panią  rozwódką, tak więc była kolejna pani Pechowcowa, nr 3 i jej dwójka dzieci.
Teraz mieszkanie okazało się nieco za małe, więc je sprzedał i zakupił dom pod Warszawą.
Dom, w którym wiecznie było pełno ludzi, bo : pomieszkiwało tam dziecię Pechowca
z jego pierwszego małżeństwa, (bo jej matka zapiła się na śmierć w międzyczasie),
dziecko z drugiego związku, dwójka dzieci trzeciej pani Pechowcowej, a w drodze było
kolejne dziecko - wspólne Pechowca i Pechowcowej nr 3.
Na wszystkie święta przybywało jeszcze dodatkowo kilka osób: była żona nr 2, były mąż
żony nr 3, rodzice Pechowca i babcia najstarszego dziecka Pechowca.
Z czasem dołączyła jeszcze druga żona byłego męża pani Pechowcowej nr 3 oraz
przyjaciel  pani Pechowcowej nr 2.
Tylko raz dałam się nabrać na takie wspólne święta- po godzinie nie bardzo wiedziałam
jak mam na imię -  w sumie było siedmioro dzieci w wieku różnym, kupa dorosłych i
dwa psy.
Czterdziesto metrowy salon ledwo wszystkich mieścił i z ulgą stamtąd wyszliśmy po
kilku godzinach.
Rozluzniłam kontakty z Pechowcem. Dzwonił do mnie tylko w sprawach podbramkowych
- gdy zmarł jego ojciec, potem matka.
Po15 latach ciszy w eterze znów zadzwonił - "ratuj, Pechowcowa nr 3 się  znarowiła".
Wcale się jej nie dziwię, cały dom, wszystkie dzieci i ich kłopoty były  wciąż na
jej głowie.
A Pechowiec? Właśnie poznał 20 lat młodszą panią i...tokuje.
Baby są jednak głupie, ot co.