Opowieść Kaśki zrobiła na Michalinie wrażenie , ale nie bardzo we wszystko
uwierzyła.
Koloryzujesz chyba nieco - stwierdziła. Kaśka zaśmiała się tylko - a co, zazdrość
cię gryzie? Nie koloryzuję ani trochę - opowiedziałam ci wszystko dokładnie, bo
choć brałam w tym udział, sama w to nie mogę uwierzyć. Właściwie to mam
problem, nie wiem co z tym fantem zrobić.
Facet mi się podoba pod wieloma względami, ale chyba najmniej pod względem
urody - tylko oczy ma ciekawe, a raczej niesamowite. Reszta nie w moim typie-
chudy jak bezdomny pies, anorektyk czy co? Niewątpliwie należy do ginącego
gatunku facetów miłych, dobrze wychowanych, dobrze wykształconych, którzy
w kobiecie widzą chyba coś więcej niż obiekt dający im rozkosz.
I wiesz, on jest bardzo uporządkowany - w kuchni żadnych brudnych szklanek
ani talerzyków z resztkami jedzenia, czysta ścierka do naczyń, na zlewozmywaku
ma nawet płyn do mycia garów i gąbkowy zmywak. Wszędzie porządek, zero
kurzu, w łazience też czyściutko. Wiesz, dziewicą orleańską to ja nie jestem i
już widziałam w życiu różne mieszkania samotnych facetów, ale takiego
porządku to jeszcze nigdy. Ta noc była w gruncie rzeczy wspaniała, ale dlaczego
tylko taka? Nie wiem, co mam z tym zrobić!
Michalina przypatrzyła się jej uważnie i powiedziała - a może po prostu z nim o
tej nocy porozmawiasz? Bo ja naprawdę niewiele o nim wiem - poznałam go na
szkoleniu, potem spotkałam kilka razy, ale największą intymnością pomiędzy
nami był zakup zasłon do jego mieszkania.
Przeklęte szkolenie - powiedziała Kaśka. Na każdym szkoleniu zawsze się
pakowałam w jakiś romans i to z żonatymi. Nie siedziałam wieczorami sama
w swoim pokoju jak ty.
O tym, że Kaśka zawsze poznawała "kogoś ciekawego" na szkoleniu to Michalina
wiedziała już od dawna. Kaśka wciąż poszukiwała miłości- wychodziła z założenia,
że kto szuka, to w końcu znajdzie.
Kaśka nagle się rozpromieniła - wiesz, mam pomysł - zrobimy z Mirkiem wieczór
founde' -usmażymy furę naleśników, ja przyniosę swój garnek do topienia czekolady
i oczywiście czekoladę, wy przyniesiecie wino i spędzimy razem fajny wieczór.
Nooo... a potem każdej z nas przybędzie 3 cm w biodrach i będę musiała kupić nowe
ciuchy- skwitowała pomysł Michalina. Uwzględnię to w planach na następną sobotę.
I przyniosę coś mniej słodkiego niż czekolada, zrobię jakieś kolorowe koreczki, takie
na jednego gryza.
A ty porozmawiaj jednak z Mirkiem o tej waszej nocy. Ja naprawdę nic ci w głowie
nie rozjaśnię w tej materii.
Dobrze, chodząca cnoto - powiedziała Kaśka.
W domu Romek powitał ją radosnym zniecierpliwieniem - czekam na ciebie i czekam
a ty plotkujesz z Kaśką. Siedzę sam jak palec i nie mogę się ciebie doczekać. Bo ja
teraz nie pojadę z Janikowskim do Los Angelos. Tamci zaoferowali cztery miejsca
szkoleniowe - dwa w tym roku, dwa w następnym, o czym nam dyrekcja nie pisnęła
ani słowa. Rozmawiałem z Mitchelem i powiedział, że on przyśle fax, w którym
zawiadomi, że nasze szkolenie będzie nie teraz ale w przyszłym roku i będzie to wtedy
szkolenie roczne dla Janikowskiego i dla mnie - rozumiesz - rok dla nas dwóch zamiast
po pół roku dla czterech osób. A sformułuje to w taki sposób, że dyrekcja nie będzie
śmiała zaprotestować. W końcu to ich pieniądze a nie nasze. A Janikowski też będzie
wolał być tam rok, a nie pół roku. Poza tym to nikt z dyrekcji nie wpadnie na pomysł
by tam zadzwonić, bo z całą pewnością by się nie dogadali - ciężko rozmawiać przez
telefon na migi. No a ty zapisz się na konwersacje, przez rok się podciągniesz
z języka.
Michalina słuchała tego wszystkiego z niezbyt mądrą miną - nie miała pojęcia ani kto to
jest ten Mitchel ani co też jej zaradny małżonek owemu Mitchelowi nakręcił w głowie.
Ale ucieszyła się, bo perspektywa spędzenia pół roku bez Romka mało jej odpowiadała.
Kochanie, ale co ty naopowiadałeś temu Mitchelowi, że nagle zmienił zdanie?-zapytała
Michalina.
Romek spojrzał na nią z lekka wyższością i odpowiedział- to była prawdziwa, męska
rozmowa, więc ci nie mogę powtórzyć. Już tam się z nim bardzo dobrze dogadywałem,
więc teraz to wykorzystałem.
Naleśnikowo koreczkowy wieczór u Mirka przeunął się wprawdzie o tydzień, ale był
udany. Michalina obejrzała wprawnym okiem gospodyni Mirkowe gospodarstwo -
rzeczywiście wszędzie był porządek i czystość. Ponieważ przyjechali samochodem, to
butelka wina pozostała nietknięta - skoro jedno z nich miało nie pić, bo było kierowcą,
reszta towarzystwa też zrezygnowała z picia wina.
Mirek opowiedział o niektórych śmieszno-strasznych chwilach w laboratorium
chemicznym jeszcze na studiach, miedzy innymi o tym, jakie miał nieziemskie szczęście-
robili z kolegą jakieś doświadczenie i w pewnej chwili przypomnieli sobie, że w pakamerze
obok pracowni zostawili pudło z odczynnikami, a że było duże, poszli po nie obaj.
Ledwo zdążyli wyjść z sali trzasnęła retorta a odłamki drobin szkła okryły wszystko
dookoła. I pewnie skończyłoby się to dla nich dość tragicznie, bo obaj byli bez ochronnych
okularów. Bo to co robili nie było mieszanką wybuchową - retorta po prostu miała wadę
fabryczną.
Romek zrewanżował się opowieścią jak to na korytarzu pewna młoda osoba na jego widok
padła mu do stóp łamiąc sobie przy tym kostkę. Przy okazji przestrzegł Mirka, by nigdy
nie udzielał w takim wypadku pomocy, bo to się kończy małżeństwem.
A Kaśka opowiedziała, jak zle się kończy gdy facet chce zaimponować dziewczynie.
Młodsza siostra Kaśki była na wycieczce ze znajomymi- w pewnym momencie mieli do
pokonania niezbyt wysoką górkę -Asia była już zmęczona i zaczęła narzekać, że znów pod
górę, na co jej adorator chwycił ją na ręce i zaczął nieść. Ze dwadzieścia metrów przed
"szczytem" górki potknął się o kamień i padł na glebę przygniatając Asię do podłoża.
Niestety kostka Asi wylądowała na kamieniu i następne osiem tygodni życia dziewczyna
spędziła na oddziale ortopedycznym z nogą na wyciągu skarpetkowym. Nie założyli jej
gipsu, ale skarpetkę na nogę, a skarpetka była zaczepiona palcami na wyciągu.
Ordynator tego oddziału wypróbowywał na niej swą nowatorską metodę leczenia złamań
kości stawu skokowego. Zrosnąć się w końcu zrosło, ale adoratora Asia przegoniła.
Jak z tego widać nie zawsze pomaganie dziewczynie kończy się małżeństwem.
Gdy wracali do domu Michalina stwierdziła, że jeśli Romek jeszcze raz opowie o tym,
jak to ona padła mu do nóg, to bardzo tego pożałuje a do Stanów pojedzie sam.
c.d.n.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
niedziela, 9 marca 2014
sobota, 8 marca 2014
Przeklęte szkolenie -cz.XIII
Michalina wpadła w wir pracy. Musiała się jeszcze wiele uczyć i gdyby nie
szef, który naprawdę wiele jej w tych dwóch pierwszych miesiącach pomógł,
pewnie złożyłaby rezygnację. Poza szefem bardzo pomogła jej pani Janka,
najstarsza z jej podwładnych.
Pani Janka pracowała tam od lat, a drogę do awansu zamykał jej brak studiów.
I zapewne gdyby nie fakt, że pani Janka owdowiała gdy jej synek miał siedem
lat i od tego czasu wychowywała go sama, uzupełniłaby z czasem wykształcenie.
No ale los zadecydował inaczej, a pani Janka nie należała do osób mających
o wszystko żal do losu. Ważniejsze od studiów było zapewnienie dziecku dobrej
opieki. W drodze do pracy odprowadzała go do świetlicy, wracając z pracy
odbierała go stamtąd. Nie było mowy by znalezć czas na studia.
Nowa kierowniczka podobała się pani Jance o wiele bardziej niż dotychczasowy
jej przełożony, który odszedł na emeryturę. Bo Michalina zaraz drugiego dnia
zrobiła "babskie zebranko", na którym poprosiła swe pracownice o pomoc, bo
zdaje sobie sprawę, że one wiedzą o tej pracy wiele więcej niż ona.
Interesowała się również, czy każda z nich jest z zadowolona z dotychczasowego
podziału pracy, czy może ich zdaniem należałoby coś zmienić.
Wszystkie trzy panie, gdy tylko Michalina zniknęła w gabinecie szefa, orzekły
zgodnie, że raczej dobrze będzie się z "tą nową" pracować.
W domu Romek się leciutko podśmiewał, zwracając się do niej per "moja droga
kierowniczko", ale Michaliny wcale to nie bawiło. Po raz pierwszy od wielu
lat powiedziała mu kilka niemiłych słów. Dopiero wtedy do Romka dotarło, że
Michalina bardzo przeżywa zmianę pracy i zrobiło mu się nieco wstyd. I to na
tyle wstyd, że cichcem wyszedł z domu (gdy Michalina zamknęła się w kuchni
w towarzystwie garnków) i odwiedził pobliskie delikatesy i kwiaciarnię.
Gdy w dwie godziny pózniej Michalina wyszła z kuchni w pokoju na stole stał
kosz azalii, a pod nim jej ulubione słodycze - czekolada "Old Jamaica" i
wedlowska mleczna z orzechami laskowymi. A on sam przepraszał ją i zapewniał,
że jest debilem, bo jej sprawił przykrość. A wieczorem na swoim nocnym stoliku
znalazła kwiat orchidei w szklanej kuli.
Czasem dobrze jest opieprzyć własnego męża- pomyślała Michalina.
Gdy już nieco okrzepła w nowym miejscu, postanowiła zobaczyć się z Kaśką.
Tym razem spotkały się w barku Horteksu. Zamówiły po duuużej porcji lodów.
Kaśka jakoś mało kwapiła się do opowieści z frontu zwanego Mirek.
Nadal się spotykali, ale Kaśka była zaniepokojona sama sobą - podejrzewała, że
zakochała się w Mirku - ona, która dotychczas patrzyła bez żadnych złudzeń na
kontakty damsko-męskie. Przez blisko godzinę Michalina słuchała peanów na
cześć Mirka - czuły, troskliwy, delikatny, mądry, oczytany, chętny do chodzenia
po sklepach z damskimi ciuchami, umie doradzić, pojętny - już umie sam zrobić
naleśniki. No i co dalej? zapytała Michalina.
Byłam raz u niego na noc. I jak, zadowolona jesteś?- zapytała Michalina. Kaśka
dość długo milczała. Nooo... obudz się - Michalina szturchnęła ją łokciem.
No bo nie wiem jak to powiedzieć - było właściwie bardzo fajnie, choć bardzo
nietypowo- trzygodzinna superancka gra wstępna. Tak bym to określiła- tyle tylko,
że nie było typowego zakończenia. Ale byłam usatysfakcjonowana, w pełni.
Nie rozmawialiśmy potem o tym co zaszło. I wiesz, to pierwszy facet, który nie
zadawał głupich pytań w rodzaju czy "było dobrze". Nie wiem skąd, ale dobrze
wiedział co i w jakim stopniu mi sprawia przyjemność. Może po cichu studiował
zaocznie seksuologię? Wiesz, jego oczy z bliska są jasno-srebrzyste i chyba jakieś
magiczne - czułam jak jego spojrzenie przenika mnie na wylot, ale w taki miły
sposób. Zastanawiam się czy powtórzyć ten eksperyment. W sobotę idziemy na
dansing - proponowałam Stodołę, ale on nie lubi klubów studenckich. Za dużo
brudu i potu, jak określił. Może potem pojadę do niego. Wiesz, on jest okropnie
chudy, choć nie wątły. Ale dotyk ma fajny....Kaśka umilkła wyraznie rozmarzona.
Michalina zupełnie nie poznawała Kaśki -gdzie się podziała ta Kaśka patrząca na
facetów tak, jak oni z reguły patrzą na kobiety, czyli przez pryzmat pożądania?
c.d.n.
szef, który naprawdę wiele jej w tych dwóch pierwszych miesiącach pomógł,
pewnie złożyłaby rezygnację. Poza szefem bardzo pomogła jej pani Janka,
najstarsza z jej podwładnych.
Pani Janka pracowała tam od lat, a drogę do awansu zamykał jej brak studiów.
I zapewne gdyby nie fakt, że pani Janka owdowiała gdy jej synek miał siedem
lat i od tego czasu wychowywała go sama, uzupełniłaby z czasem wykształcenie.
No ale los zadecydował inaczej, a pani Janka nie należała do osób mających
o wszystko żal do losu. Ważniejsze od studiów było zapewnienie dziecku dobrej
opieki. W drodze do pracy odprowadzała go do świetlicy, wracając z pracy
odbierała go stamtąd. Nie było mowy by znalezć czas na studia.
Nowa kierowniczka podobała się pani Jance o wiele bardziej niż dotychczasowy
jej przełożony, który odszedł na emeryturę. Bo Michalina zaraz drugiego dnia
zrobiła "babskie zebranko", na którym poprosiła swe pracownice o pomoc, bo
zdaje sobie sprawę, że one wiedzą o tej pracy wiele więcej niż ona.
Interesowała się również, czy każda z nich jest z zadowolona z dotychczasowego
podziału pracy, czy może ich zdaniem należałoby coś zmienić.
Wszystkie trzy panie, gdy tylko Michalina zniknęła w gabinecie szefa, orzekły
zgodnie, że raczej dobrze będzie się z "tą nową" pracować.
W domu Romek się leciutko podśmiewał, zwracając się do niej per "moja droga
kierowniczko", ale Michaliny wcale to nie bawiło. Po raz pierwszy od wielu
lat powiedziała mu kilka niemiłych słów. Dopiero wtedy do Romka dotarło, że
Michalina bardzo przeżywa zmianę pracy i zrobiło mu się nieco wstyd. I to na
tyle wstyd, że cichcem wyszedł z domu (gdy Michalina zamknęła się w kuchni
w towarzystwie garnków) i odwiedził pobliskie delikatesy i kwiaciarnię.
Gdy w dwie godziny pózniej Michalina wyszła z kuchni w pokoju na stole stał
kosz azalii, a pod nim jej ulubione słodycze - czekolada "Old Jamaica" i
wedlowska mleczna z orzechami laskowymi. A on sam przepraszał ją i zapewniał,
że jest debilem, bo jej sprawił przykrość. A wieczorem na swoim nocnym stoliku
znalazła kwiat orchidei w szklanej kuli.
Czasem dobrze jest opieprzyć własnego męża- pomyślała Michalina.
Gdy już nieco okrzepła w nowym miejscu, postanowiła zobaczyć się z Kaśką.
Tym razem spotkały się w barku Horteksu. Zamówiły po duuużej porcji lodów.
Kaśka jakoś mało kwapiła się do opowieści z frontu zwanego Mirek.
Nadal się spotykali, ale Kaśka była zaniepokojona sama sobą - podejrzewała, że
zakochała się w Mirku - ona, która dotychczas patrzyła bez żadnych złudzeń na
kontakty damsko-męskie. Przez blisko godzinę Michalina słuchała peanów na
cześć Mirka - czuły, troskliwy, delikatny, mądry, oczytany, chętny do chodzenia
po sklepach z damskimi ciuchami, umie doradzić, pojętny - już umie sam zrobić
naleśniki. No i co dalej? zapytała Michalina.
Byłam raz u niego na noc. I jak, zadowolona jesteś?- zapytała Michalina. Kaśka
dość długo milczała. Nooo... obudz się - Michalina szturchnęła ją łokciem.
No bo nie wiem jak to powiedzieć - było właściwie bardzo fajnie, choć bardzo
nietypowo- trzygodzinna superancka gra wstępna. Tak bym to określiła- tyle tylko,
że nie było typowego zakończenia. Ale byłam usatysfakcjonowana, w pełni.
Nie rozmawialiśmy potem o tym co zaszło. I wiesz, to pierwszy facet, który nie
zadawał głupich pytań w rodzaju czy "było dobrze". Nie wiem skąd, ale dobrze
wiedział co i w jakim stopniu mi sprawia przyjemność. Może po cichu studiował
zaocznie seksuologię? Wiesz, jego oczy z bliska są jasno-srebrzyste i chyba jakieś
magiczne - czułam jak jego spojrzenie przenika mnie na wylot, ale w taki miły
sposób. Zastanawiam się czy powtórzyć ten eksperyment. W sobotę idziemy na
dansing - proponowałam Stodołę, ale on nie lubi klubów studenckich. Za dużo
brudu i potu, jak określił. Może potem pojadę do niego. Wiesz, on jest okropnie
chudy, choć nie wątły. Ale dotyk ma fajny....Kaśka umilkła wyraznie rozmarzona.
Michalina zupełnie nie poznawała Kaśki -gdzie się podziała ta Kaśka patrząca na
facetów tak, jak oni z reguły patrzą na kobiety, czyli przez pryzmat pożądania?
c.d.n.
piątek, 7 marca 2014
Przeklęte szkolenie - cz.XII
Wielkanoc minęła Michalinie niczym sen - nie, nie złoty, ale zimowy.
Od Krakowa jechali w śnieżnej zadymce, trzy kwadranse stali w korku pod
Obidową, bo drogowcy musieli uruchomić piaskarki- w rowie już leżało
kilka samochodów, niektóre to już chyba od świtu, bo były niezle zasypane
śniegiem. Z trudem dowlekli się na Antałówkę - tu nikt nie oczyścił drogi
ani nie posypał piaskiem i solą. W pierwszej kolejności Romek pożyczył
łopatę i przystosował kawałek podwórka na miejsce parkingowe dla swego
samochodu. Śniegu przybywało, a Michalinie ubywało humoru- marzyła
o spacerach ale nie o śniegu.
Następnego dnia rano świat wyglądał jak z bajki -wszystko było pokryte
gruba warstwą śniegu, ustrojone białą pierzynką.Śnieg skrzył się w słońcu,
zupełnie jakby to była pełnia zimy a nie koniec pierwszej dekady kwietnia.
Nie wychodzili w góry, spacerowali po Bystrem, poszli nieco w głąb Doliny
Olczyskiej i zajrzeli do Doliny Strążyskiej.
Do Warszawy wracali w deszczu, ale za Krakowem już widać było wiosnę.
Nową pracę Michalina rozpoczęła 2 maja.
Pierwszomajowy wieczór spędziła na przymierzaniu różnych kreacji.
Najchętniej założyłaby spodnium, ale w końcu zdecydowała się na jasno
popielaty kostiumik. Pod żakiet założyła bladoróżową bluzkę o perłowym
połysku, torebka, buty i płaszcz były czarne.
Usiłowała zasięgnąć opinii własnego męża na temat stroju, ale on był
monotematyczny - "najładniej wyglądasz kochanie bez niczego lub w bikini".
Nieco stremowana pojawiła się punkt dziewiąta pod działem kadr. Szefowej
jeszcze nie było, ale personel był zorientowany w sprawie. Gdy Michalina
już podpisała wszystkie wymagane papierki, pracownica zadzwoniła do
jej szefa, mówiąc, że właśnie do niego idą.
Michalina nie należała do nieśmiałych istot, ale gdy tak maszerowała
ogromnie długim korytarzem, czuła się dziwnie niepewnie.
Szef szarmancko wstał na jej powitanie, podziękował pracownicy kadr za
doprowadzenie Michaliny, poprosił by zdjęła płaszcz, wskazał krzesło i
zapytał- "no to czego się napijemy? kawy czy herbaty?"
Sam zrobił dla nich obojga kawę i najbliższą godzinę spędzili na rozmowie
przy małym stoliku. Szef patrząc w papiery Michaliny zauważył, że ma córkę
w jej wieku. Potem bardzo długo opowiadał czego oczekuje od Michaliny,
jakie konkretnie będzie miała zadania, na koniec zapytał, czy nie obrazi się,
gdy on przekręci nieco jej imię i zrobi z niej Michasię. Bo to bardziej do niej
pasuje.
Potem zaprowadził ją do działu, w którym oczekiwały ją jej przyszłe podwładne.
Obydwa pokoje dzieliło raptem z 10 metrów, ale po drodze Michalinie aż
zaschło w gardle. Była straszliwie zdenerwowana. Szef to zauważył, tuż przed
drzwiami schwycił ją za łokieć, przytrzymał i powiedział- "dziecino, one cię nie
nie zjedzą, odetchnij głęboko, uśmiechnij się i wchodzimy".
Za te kilka ciepłych słów Michalina była mu wdzięczna do końca swej pracy
w tej firmie.
Gdy weszli do pokoju, w którym siedziały trzy panie, szef powiedział -
przedstawiam paniom nową kierowniczkę, panią Michasię W. Proszę byście
panią tu "urządziły", a ja przyjdę za dwie godziny i oprowadzę po działach,
z którymi współpracujecie.
Michalina przywitała się z paniami i "wyprostowała " swe imię. Okazało się, że
ona ma oddzielny pokój, do którego wchodziło się przez ich pokój.
Był większy, oprócz biurka stał tam mały stół "konferencyjny" wraz z krzesłami,
regały z niezbędnymi książkami, stolik z elektryczną maszyną do pisania i dwie
szafy, z których jedna służyła za garderobę.
Pokój personelu miał ściany obstawione szafami żaluzjowymi, a na parapecie
okiennym królował elektryczny dzbanek i doniczka z geranium.
Rzeczywiście za około 2 godziny przyszedł szef i wziął Michalinę "na obchód".
Wszędzie przedstawiał ją tekstem- to jest nowa kierowniczka działu współpracy
JSMC, pani Michasia W.
Po odwiedzeniu 6 pokoi Michalina miała mętlik w głowie.
W końcu szef odprowadził ją do jej pokoju. Teraz jedna z pań zaproponowała
Michalinie, że pokażą jej inne, bardziej przydatne miejsca, czyli bufet , toalety i
pokój socjalny.
Jedna z pań była wyraznie starsza od Michaliny, dwie w podobnym wieku. Obie
były mężatkami i miały dość małe dzieci, w wieku przedszkolnym. Trzecia z pań
miała już dorosłego syna.
Michalina nieco przestawiła swoje biurko i stolik wraz maszyną. Wprawdzie teraz
nie mogła sięgnąć po jakąś potrzebną książkę bez wstawania, ale za to światło od
okna padało na biurko z lewej strony. A to, że będę musiała się ruszyć od biurka to
sama korzyść- pomyślała.
Ze zdziwieniem spojrzała na zegarek - nie wiadomo kiedy minęło 8 godzin w nowej
pracy.
Romek już był w domu, więc opowiedziała mu dokładnie jak ten dzień wyglądał.
Zachwycała się swym nowym szefem, aż w końcu Romek stwierdził, że jeszcze
chwila, a będzie zazdrosny, bo chyba się Michalina w nim zakochała.
Nie podobało mu się tylko to, że Michalina zaczynała pracę o 9 rano a kończyła
dopiero o 17,00-tej, a on zaczynał pracę o 7,30 i będzie wracał od niej wcześniej.
O jego wyjezdzie na razie nie rozmawiali - Michalina nadal twierdziła, że nie
powinien z niego rezygnować. Michalina już miała pewien plan, ale na razie było
za wcześnie by coś konkretnie omawiać. Nadal czekała na wiadomości od męża
swej koleżanki, ale o tym nic Romkowi nie mówiła.
c.d.n.
Od Krakowa jechali w śnieżnej zadymce, trzy kwadranse stali w korku pod
Obidową, bo drogowcy musieli uruchomić piaskarki- w rowie już leżało
kilka samochodów, niektóre to już chyba od świtu, bo były niezle zasypane
śniegiem. Z trudem dowlekli się na Antałówkę - tu nikt nie oczyścił drogi
ani nie posypał piaskiem i solą. W pierwszej kolejności Romek pożyczył
łopatę i przystosował kawałek podwórka na miejsce parkingowe dla swego
samochodu. Śniegu przybywało, a Michalinie ubywało humoru- marzyła
o spacerach ale nie o śniegu.
Następnego dnia rano świat wyglądał jak z bajki -wszystko było pokryte
gruba warstwą śniegu, ustrojone białą pierzynką.Śnieg skrzył się w słońcu,
zupełnie jakby to była pełnia zimy a nie koniec pierwszej dekady kwietnia.
Nie wychodzili w góry, spacerowali po Bystrem, poszli nieco w głąb Doliny
Olczyskiej i zajrzeli do Doliny Strążyskiej.
Do Warszawy wracali w deszczu, ale za Krakowem już widać było wiosnę.
Nową pracę Michalina rozpoczęła 2 maja.
Pierwszomajowy wieczór spędziła na przymierzaniu różnych kreacji.
Najchętniej założyłaby spodnium, ale w końcu zdecydowała się na jasno
popielaty kostiumik. Pod żakiet założyła bladoróżową bluzkę o perłowym
połysku, torebka, buty i płaszcz były czarne.
Usiłowała zasięgnąć opinii własnego męża na temat stroju, ale on był
monotematyczny - "najładniej wyglądasz kochanie bez niczego lub w bikini".
Nieco stremowana pojawiła się punkt dziewiąta pod działem kadr. Szefowej
jeszcze nie było, ale personel był zorientowany w sprawie. Gdy Michalina
już podpisała wszystkie wymagane papierki, pracownica zadzwoniła do
jej szefa, mówiąc, że właśnie do niego idą.
Michalina nie należała do nieśmiałych istot, ale gdy tak maszerowała
ogromnie długim korytarzem, czuła się dziwnie niepewnie.
Szef szarmancko wstał na jej powitanie, podziękował pracownicy kadr za
doprowadzenie Michaliny, poprosił by zdjęła płaszcz, wskazał krzesło i
zapytał- "no to czego się napijemy? kawy czy herbaty?"
Sam zrobił dla nich obojga kawę i najbliższą godzinę spędzili na rozmowie
przy małym stoliku. Szef patrząc w papiery Michaliny zauważył, że ma córkę
w jej wieku. Potem bardzo długo opowiadał czego oczekuje od Michaliny,
jakie konkretnie będzie miała zadania, na koniec zapytał, czy nie obrazi się,
gdy on przekręci nieco jej imię i zrobi z niej Michasię. Bo to bardziej do niej
pasuje.
Potem zaprowadził ją do działu, w którym oczekiwały ją jej przyszłe podwładne.
Obydwa pokoje dzieliło raptem z 10 metrów, ale po drodze Michalinie aż
zaschło w gardle. Była straszliwie zdenerwowana. Szef to zauważył, tuż przed
drzwiami schwycił ją za łokieć, przytrzymał i powiedział- "dziecino, one cię nie
nie zjedzą, odetchnij głęboko, uśmiechnij się i wchodzimy".
Za te kilka ciepłych słów Michalina była mu wdzięczna do końca swej pracy
w tej firmie.
Gdy weszli do pokoju, w którym siedziały trzy panie, szef powiedział -
przedstawiam paniom nową kierowniczkę, panią Michasię W. Proszę byście
panią tu "urządziły", a ja przyjdę za dwie godziny i oprowadzę po działach,
z którymi współpracujecie.
Michalina przywitała się z paniami i "wyprostowała " swe imię. Okazało się, że
ona ma oddzielny pokój, do którego wchodziło się przez ich pokój.
Był większy, oprócz biurka stał tam mały stół "konferencyjny" wraz z krzesłami,
regały z niezbędnymi książkami, stolik z elektryczną maszyną do pisania i dwie
szafy, z których jedna służyła za garderobę.
Pokój personelu miał ściany obstawione szafami żaluzjowymi, a na parapecie
okiennym królował elektryczny dzbanek i doniczka z geranium.
Rzeczywiście za około 2 godziny przyszedł szef i wziął Michalinę "na obchód".
Wszędzie przedstawiał ją tekstem- to jest nowa kierowniczka działu współpracy
JSMC, pani Michasia W.
Po odwiedzeniu 6 pokoi Michalina miała mętlik w głowie.
W końcu szef odprowadził ją do jej pokoju. Teraz jedna z pań zaproponowała
Michalinie, że pokażą jej inne, bardziej przydatne miejsca, czyli bufet , toalety i
pokój socjalny.
Jedna z pań była wyraznie starsza od Michaliny, dwie w podobnym wieku. Obie
były mężatkami i miały dość małe dzieci, w wieku przedszkolnym. Trzecia z pań
miała już dorosłego syna.
Michalina nieco przestawiła swoje biurko i stolik wraz maszyną. Wprawdzie teraz
nie mogła sięgnąć po jakąś potrzebną książkę bez wstawania, ale za to światło od
okna padało na biurko z lewej strony. A to, że będę musiała się ruszyć od biurka to
sama korzyść- pomyślała.
Ze zdziwieniem spojrzała na zegarek - nie wiadomo kiedy minęło 8 godzin w nowej
pracy.
Romek już był w domu, więc opowiedziała mu dokładnie jak ten dzień wyglądał.
Zachwycała się swym nowym szefem, aż w końcu Romek stwierdził, że jeszcze
chwila, a będzie zazdrosny, bo chyba się Michalina w nim zakochała.
Nie podobało mu się tylko to, że Michalina zaczynała pracę o 9 rano a kończyła
dopiero o 17,00-tej, a on zaczynał pracę o 7,30 i będzie wracał od niej wcześniej.
O jego wyjezdzie na razie nie rozmawiali - Michalina nadal twierdziła, że nie
powinien z niego rezygnować. Michalina już miała pewien plan, ale na razie było
za wcześnie by coś konkretnie omawiać. Nadal czekała na wiadomości od męża
swej koleżanki, ale o tym nic Romkowi nie mówiła.
c.d.n.
Przeklęte szkolenie- cz.XI
Michalina była nieco zdegustowana tą nowiną, ale mocno nadrabiała miną.
Właśnie miała zmienić pracę, więc z całą pewnością nikt nie będzie skakał
z radości jeśli ona w kilka miesięcy po podjęciu nowej pracy zamarzy sobie
o półrocznym bezpłatnym urlopie. Bardzo możliwe, że wcale nie dostałaby
takiego długiego urlopu, tylko musiałaby odejść z pracy. Na dzień dzisiejszy
było to wszystko "gdybaniem", bo na rozmowę o pracę wybierała się zaraz
po niedzieli, czyli we wtorek - poniedziałek wydawał się jej dniem wielce
niekorzystnym na załatwianie jakichkolwiek poważnych spraw.
Niedzielę przeznaczyła na tłumaczenie Romkowi, że ten wyjazd jest dla
niego ważny, korzystny, jest niebywałą okazją, a 6 miesięcy to w końcu nie jest
wieczność, że na pewno sporo się nauczy, że nawet się nie obejrzy a już
będzie z powrotem. No i angielski podciągnie w naturalny sposób, zwiedzi
kilka ciekawych miejsc, z całą pewnością pozna ciekawych ludzi, nawiąże
kontakty. A ona przecież jakoś to wszystko spokojnie przetrzyma, na szczęście
nie ma małego dziecka, poza tym ufa, że on nie zrobi żadnego głupstwa, bo
przecież twierdzi, że ją kocha.
Widać było, że mimo wszystko Romek nie jest przekonany do tego wyjazdu,
a wszystkie argumenty Michaliny zbywał krótkim "no niby tak".
W końcu Michalina przekonała męża, by na razie przestali zatruwać sobie życie
problemem jego wyjazdu - było do niego jeszcze kilka miesięcy. Na razie
zbliżała się Wielkanoc, więc postanowili "wyciec" na ten czas z Warszawy. Mieli
zrobioną rezerwację w uroczym domu wczasowym na Antałówce. Wyjeżdżali
już w piątek rano, wracali we wtorek. Pobyt miał być krótki, ale Michalina już
nie wyobrażała sobie, by na jakiekolwiek święta znów być w Warszawie i biegać
od jednych rodziców do drugich, by wysiadywać za suto zastawionymi stołami.
Zgodnie z planem we wtorek pojechała na rozmowę do PKN. Już samo nowe
miejsce pracy podobało się jej- samo centrum miasta, dobra komunikacja.
Podobał się jej również ewentualny nowy szef - bardzo kulturalny pan, na oko
około pięćdziesiątki, który mówił ładną polszczyzną, do tego bardzo rzeczowy.
Bez problemu doszli do porozumienia- zarówno w kwestii finansowej jak i zakresu
nowych obowiązków Michaliny.
Michalina przechodziła w trybie porozumienia stron, nie tracąc tym samym urlopu
w tym roku. Obiecała tylko, że z całą pewnością nie wezmie urlopu w okresie od
czerwca do końca sierpnia.
Następnego dnia Michalina złożyła w dotychczasowym miejscu pracy podanie o
rozwiązanie z nią umowy o pracę z dniem ostatnim tegoż miesiąca, w ramach
porozumienia stron. Szef podpisał, bo mu przypomniała, że wszak obiecał jej to
i wcale się nie przejęła jego obrażonymi minami i wyrzekaniem. Kadrowa była
nieco zaskoczona , ale gdy Michalina powiedziała jej (oczywiście w tajemnicy)
dokąd odchodzi i ile będzie zarabiać- ta jej pogratulowała.
Wracając z pracy Michalina kupiła mały torcik, by uczcić wraz z Romkiem te
zmiany.
Następnego dnia zatelefonowała do Kaśki - w poprzednim tygodniu zupełnie nie
miała do tego ani głowy ani czasu.
Spotkały się po pracy, na skromnym "co nieco". Kaśka bardzo dbała o linię, więc
ograniczyła się do "bukietu z jarzyn", Michalina jak zawsze zamówiła polędwicę
wołową i surówkę.
Od czasu "rocznicy" Kaśka dość regularnie spotykała się z Mirkiem. Chodzili do
kina, byli też w teatrze, a raz Kaśka była u niego w domu. Obejrzała oczywiście
również plany nowego mieszkania, byli nawet obejrzeć dom z bliska oraz
obejrzeli pokazowe mieszkanie dwupokojowe.
Wizyta Kaśki w mieszkaniu Mirka sprowadziła się głównie do....nauki smażenia
naleśników. A wszystko przez to, że na którymś spotkaniu Mirek był głodny i
koniecznie chciał odwiedzić bar mleczny, bo był miłośnikiem naleśników z serem.
Już sama myśl o wejściu do baru mlecznego przerażała Kaśkę, więc powiedziała,
że jeśli tylko on ma w domu patelnię, to ona mu sama zrobi naleśniki i przy okazji
nauczy go ich przygotowania.
Po drodze zrobili niezbędne zakupy i Kaśka wcieliła się w rolę nauczycielki.
Mirek był pilnym i nawet pojętnym uczniem, wszystko zapisywał na kartce bardzo
dokładnie, nawet odmierzał precyzyjnie ilość wody, ( nie da się ukryć- miał w domu
kilka naczyń laboratoryjnych ) choć Kaśka tłumaczyła, że jej ilość może ulegać
zmianie, co oczywiście Mirek również odnotował. Naleśniki zdaniem Mirka były
świetne i Mirek wyraził chęć zostania uczniem Kaśki - jego zdaniem Kaśka umiała
w prosty sposób przekazać swą wiedzę.
I co było dalej? -zapytała Michalina. No nic, dostałam cmoka w obie ręce i buziaka
w policzek. Potem dostąpiłam zaszczytu obejrzenia fotografii rodzinnych- on taki
chudy to był od małego- istny patyczak. Poza tym wlepiał we mnie te swoje jasne
oczyska jakbym była obrazem w muzeum. A mnie normalnie niemal motyle latały
w brzuchu. Miałam chwilami wrażenie, że mnie w myślach rozbiera, ale nie ma
obawy, nic z tego w realu nie było. Dziwny facet, wierz mi. Ale faktycznie jest
miły, uprzejmy, kulturalny, ma rozległą wiedzę. I mam na niego ochotę.
No i co , będziesz go uczyć gotowania? Kaśka parsknęła śmiechem - no co ty, ja
niemal niczego nie umiem gotować. Raczej do Ciebie będziemy oboje przychodzić
na lekcje gotowania. Ale ten pomysł Michalinie zupełnie nie odpowiadał.
c.d.n.
Właśnie miała zmienić pracę, więc z całą pewnością nikt nie będzie skakał
z radości jeśli ona w kilka miesięcy po podjęciu nowej pracy zamarzy sobie
o półrocznym bezpłatnym urlopie. Bardzo możliwe, że wcale nie dostałaby
takiego długiego urlopu, tylko musiałaby odejść z pracy. Na dzień dzisiejszy
było to wszystko "gdybaniem", bo na rozmowę o pracę wybierała się zaraz
po niedzieli, czyli we wtorek - poniedziałek wydawał się jej dniem wielce
niekorzystnym na załatwianie jakichkolwiek poważnych spraw.
Niedzielę przeznaczyła na tłumaczenie Romkowi, że ten wyjazd jest dla
niego ważny, korzystny, jest niebywałą okazją, a 6 miesięcy to w końcu nie jest
wieczność, że na pewno sporo się nauczy, że nawet się nie obejrzy a już
będzie z powrotem. No i angielski podciągnie w naturalny sposób, zwiedzi
kilka ciekawych miejsc, z całą pewnością pozna ciekawych ludzi, nawiąże
kontakty. A ona przecież jakoś to wszystko spokojnie przetrzyma, na szczęście
nie ma małego dziecka, poza tym ufa, że on nie zrobi żadnego głupstwa, bo
przecież twierdzi, że ją kocha.
Widać było, że mimo wszystko Romek nie jest przekonany do tego wyjazdu,
a wszystkie argumenty Michaliny zbywał krótkim "no niby tak".
W końcu Michalina przekonała męża, by na razie przestali zatruwać sobie życie
problemem jego wyjazdu - było do niego jeszcze kilka miesięcy. Na razie
zbliżała się Wielkanoc, więc postanowili "wyciec" na ten czas z Warszawy. Mieli
zrobioną rezerwację w uroczym domu wczasowym na Antałówce. Wyjeżdżali
już w piątek rano, wracali we wtorek. Pobyt miał być krótki, ale Michalina już
nie wyobrażała sobie, by na jakiekolwiek święta znów być w Warszawie i biegać
od jednych rodziców do drugich, by wysiadywać za suto zastawionymi stołami.
Zgodnie z planem we wtorek pojechała na rozmowę do PKN. Już samo nowe
miejsce pracy podobało się jej- samo centrum miasta, dobra komunikacja.
Podobał się jej również ewentualny nowy szef - bardzo kulturalny pan, na oko
około pięćdziesiątki, który mówił ładną polszczyzną, do tego bardzo rzeczowy.
Bez problemu doszli do porozumienia- zarówno w kwestii finansowej jak i zakresu
nowych obowiązków Michaliny.
Michalina przechodziła w trybie porozumienia stron, nie tracąc tym samym urlopu
w tym roku. Obiecała tylko, że z całą pewnością nie wezmie urlopu w okresie od
czerwca do końca sierpnia.
Następnego dnia Michalina złożyła w dotychczasowym miejscu pracy podanie o
rozwiązanie z nią umowy o pracę z dniem ostatnim tegoż miesiąca, w ramach
porozumienia stron. Szef podpisał, bo mu przypomniała, że wszak obiecał jej to
i wcale się nie przejęła jego obrażonymi minami i wyrzekaniem. Kadrowa była
nieco zaskoczona , ale gdy Michalina powiedziała jej (oczywiście w tajemnicy)
dokąd odchodzi i ile będzie zarabiać- ta jej pogratulowała.
Wracając z pracy Michalina kupiła mały torcik, by uczcić wraz z Romkiem te
zmiany.
Następnego dnia zatelefonowała do Kaśki - w poprzednim tygodniu zupełnie nie
miała do tego ani głowy ani czasu.
Spotkały się po pracy, na skromnym "co nieco". Kaśka bardzo dbała o linię, więc
ograniczyła się do "bukietu z jarzyn", Michalina jak zawsze zamówiła polędwicę
wołową i surówkę.
Od czasu "rocznicy" Kaśka dość regularnie spotykała się z Mirkiem. Chodzili do
kina, byli też w teatrze, a raz Kaśka była u niego w domu. Obejrzała oczywiście
również plany nowego mieszkania, byli nawet obejrzeć dom z bliska oraz
obejrzeli pokazowe mieszkanie dwupokojowe.
Wizyta Kaśki w mieszkaniu Mirka sprowadziła się głównie do....nauki smażenia
naleśników. A wszystko przez to, że na którymś spotkaniu Mirek był głodny i
koniecznie chciał odwiedzić bar mleczny, bo był miłośnikiem naleśników z serem.
Już sama myśl o wejściu do baru mlecznego przerażała Kaśkę, więc powiedziała,
że jeśli tylko on ma w domu patelnię, to ona mu sama zrobi naleśniki i przy okazji
nauczy go ich przygotowania.
Po drodze zrobili niezbędne zakupy i Kaśka wcieliła się w rolę nauczycielki.
Mirek był pilnym i nawet pojętnym uczniem, wszystko zapisywał na kartce bardzo
dokładnie, nawet odmierzał precyzyjnie ilość wody, ( nie da się ukryć- miał w domu
kilka naczyń laboratoryjnych ) choć Kaśka tłumaczyła, że jej ilość może ulegać
zmianie, co oczywiście Mirek również odnotował. Naleśniki zdaniem Mirka były
świetne i Mirek wyraził chęć zostania uczniem Kaśki - jego zdaniem Kaśka umiała
w prosty sposób przekazać swą wiedzę.
I co było dalej? -zapytała Michalina. No nic, dostałam cmoka w obie ręce i buziaka
w policzek. Potem dostąpiłam zaszczytu obejrzenia fotografii rodzinnych- on taki
chudy to był od małego- istny patyczak. Poza tym wlepiał we mnie te swoje jasne
oczyska jakbym była obrazem w muzeum. A mnie normalnie niemal motyle latały
w brzuchu. Miałam chwilami wrażenie, że mnie w myślach rozbiera, ale nie ma
obawy, nic z tego w realu nie było. Dziwny facet, wierz mi. Ale faktycznie jest
miły, uprzejmy, kulturalny, ma rozległą wiedzę. I mam na niego ochotę.
No i co , będziesz go uczyć gotowania? Kaśka parsknęła śmiechem - no co ty, ja
niemal niczego nie umiem gotować. Raczej do Ciebie będziemy oboje przychodzić
na lekcje gotowania. Ale ten pomysł Michalinie zupełnie nie odpowiadał.
c.d.n.
środa, 5 marca 2014
Przeklęte szkolenie - cz.X
Przy kawie rozgorzała dyskusja z gatunku tych o wyższości świąt Bożego
Narodzenia nad świętami Wielkanocy. Zastanawiano się czy długo jeszcze będzie
istniała instytucja zwana małżeństwem, czy nie jest ono przeżytkiem, skoro tak
wiele z nich się rozpada, a ponadto oświadczenie o wzajemnej wierności, złożone
w obecności świadków nie daje żadnej gwarancji trwałości związku.
Michalina opowiedziała o swojej wizycie u rodziców w chwili gdy był tam
"ksiądz po kolędzie". Na pytanie księdza "a w której parafii brali państwo ślub?",
Michalina odrzekła zgodnie z prawdą, że w żadnej, mają ślub cywilny, na co
usłyszała- " no to nie jesteście małżeństwem tylko przyjaciółmi". Michalinę
z lekka zatrzęsło ze złości, ale słodziutkim głosem wypaliła- "no to ja życzę
księdzu by miał ksiądz w swojej parafii więcej takich przyjacielskich par, tak
zgodnie żyjących jak my".
Kaśka, jako specjalistka od żonatych facetów twierdziła, że małżeństwo jest bardzo
potrzebne facetom, bo dzięki żonom mają zawsze czyste i wyprasowane koszule,
mogą się czuć w domu jak w hotelu pięciogwiazdkowym a niedobory w kwestii
seksu realizować na boku.
Romek stwierdził, że w takim razie on ma hotel zaledwie 3 gwiazdkowy, bo sam
prasuje swoje koszule i spodnie, mało tego, spodnie żony też prasuje. A czasem
to nawet sam robi zakupy i odgrzeje to, co Michalina ugotowała. I z odkurzaczem
też jest zaprzyjazniony. Ale na jakiekolwiek niedobory w kwestii seksu nie cierpi.
Stefan, który od 3 lat był z Niną, stwierdził, że na razie nie będą brali ślubu, bo
tak jak jest to im jest dobrze. Mieli dwa oddzielne mieszkania, w każdym z nich
były rzeczy obojga, zdarzały się okresy, gdy pomieszkiwali oddzielnie, zwłaszcza
gdy Stefan robił jakiś projekt, bo wtedy nie nadawał się do niczego - był
nieznośny, drażliwy, zły i nic poza projektem go nie obchodziło.
Kaśka oświadczyła, że sama nie wie czego mogłaby oczekiwać po małżeństwie -
przecież to naprawdę istna loteria - zero gwarancji, że będzie szczęśliwa.
Mirek tylko wszystkiego słuchał, czasami kiwał ze zrozumieniem głową ale nie
zabrał głosu. Zapytany wprost co on myśli o małżeństwie spokojnie odpowiedział-
Kasia ma rację, nie często trafia się milion w totku. Zwłaszcza, gdy się nie gra,
a ja na razie nie gram.
W dwa tygodnie po tym rocznicowym spotkaniu zadzwoniła do Michaliny Kaśka
by jej donieść, że umówiła się na spotkanie z Mirkiem. Obiecała, że po spotkaniu
wszystko Michalinie opowie. Aktualnie z nikim się nie spotykała, więc cierpiała
popołudniami na nadmiar wolnego czasu.
Michalina zabrała się ostro za szukanie nowej pracy.Wiązało się to z wieloma
spotkaniami z dawno niewidzianymi znajomymi - przez tydzień wracała do domu
pózno, zaczadzona kawiarnianą atmosferą pełną dymu i gwaru. Jeden z kolegów
namawiał ją by się nieco przekwalifikowała , odpuściła sobie pomysł pracy ściśle
związanej z jej dyplomem. Tłumaczył jej cierpliwie, że w każdym zakładzie, gdzie
jest sporo inżynierów płci męskiej, kobiety są dyskretnie dyskryminowane - zawsze
dostają gorsze tematy i każdy zrzuca na nie te nielubiane prace. Przecież to właśnie
denerwowało Michalinę, a tak jest wszędzie. W kilka dni po spotkaniu zadzwonił
do Michaliny i powiadomił, że właściwie to już jest dla niej etat w PKN. Firma jakby
nie była prestiżowa i akurat poszukiwali inżyniera elektrotechnika.
W następnym tygodniu Michalina miała się zgłosić w celu omówienia warunków.
Czym prędzej wybrała się do szefa z pytaniem jak tam z jej zmianą stanowiska i
podwyżką. Gdy szef zaczął coś pleść od rzeczy, Michalina powiedziała, że jeśli nic
z tego, to ona poszuka sobie pracy gdzie indziej, więc niech się szef nie zdziwi gdy
ona złoży podanie o rozwiązanie z nią umowy o pracę za porozumieniem stron.
Michalina była tak zajęta szukaniem pracy i związanymi z tym spotkaniami, że
dopiero w końcu tygodnia zauważyła, że Romek jest jakiś markotny i zamyślony.
W sobotni wieczór, gdy Romek siedział w fotelu z książką, której wcale nie
czytał, wpatrując się tępo w przeciwległą ścianę, zapytała co się dzieje.
Eeee, nic takiego, ale wszystko jest do d..y bo Janikowski i ja dostaliśmy stypendium,
w tej firmie, w Los Angelos, w której byliśmy. A najgorsze, że jest to aż na sześć
miesięcy. Gdyby było na rok to mógłbym Cię wziąć, załatwiliby Ci bez problemu
wizę, bo wtedy dostawałbym większe pieniądze. Oczywiście nie byłoby nam tam za
słodko finansowo, no ale bylibyśmy razem. Tak naprawdę to nie chcę być bez ciebie
tak długo, już te dwa tygodnie to było dla mnie za wiele. I teraz zastanawiam się co
mam zrobić - odpowiedz muszę dać za dwa tygodnie, wyjazd ma być we wrześniu.
Z jednej strony to niewątpliwie jest wyróżnienie i to jest dla mnie miłe. Poza tym
z pewnością byłoby dla mnie korzystne zawodowo. Ale reszta nie do przyjęcia.
Chyba zrezygnuję. Michalina zaprotestowała, to nie było dobre rozwiązanie. Nikt
nie daje ot tak stypendiów w Stanach, więc nie powinien rezygnować. I skoro to
tamta strona ich wytypowała, to znaczy, że się na nich poznali. No jasne, że pół
roku to kawał czasu. A w ciągu tych dwóch tygodni to przecież można się z nimi
porozumieć i dowiedziec "u zródła", dlaczego na rok to można wziąć żonę a na
sześć miesięcy to nie. I do ambasady też można wpaść i się dowiedzieć jak to
wygląda od ich strony.
Michalina przypomniała sobie, że mąż jednej z jej koleżanek pracował już od
kilku lat w rezydencji ambasadora USA i postanowiła do niej zadzwonić w niedzielę.
Jeśli ten facet nadal tam pracuje, to go we dwie wysterują czego ma się dowiedzieć.
Ale tę myśl schowała na razie dla siebie.
c.d.n.
Narodzenia nad świętami Wielkanocy. Zastanawiano się czy długo jeszcze będzie
istniała instytucja zwana małżeństwem, czy nie jest ono przeżytkiem, skoro tak
wiele z nich się rozpada, a ponadto oświadczenie o wzajemnej wierności, złożone
w obecności świadków nie daje żadnej gwarancji trwałości związku.
Michalina opowiedziała o swojej wizycie u rodziców w chwili gdy był tam
"ksiądz po kolędzie". Na pytanie księdza "a w której parafii brali państwo ślub?",
Michalina odrzekła zgodnie z prawdą, że w żadnej, mają ślub cywilny, na co
usłyszała- " no to nie jesteście małżeństwem tylko przyjaciółmi". Michalinę
z lekka zatrzęsło ze złości, ale słodziutkim głosem wypaliła- "no to ja życzę
księdzu by miał ksiądz w swojej parafii więcej takich przyjacielskich par, tak
zgodnie żyjących jak my".
Kaśka, jako specjalistka od żonatych facetów twierdziła, że małżeństwo jest bardzo
potrzebne facetom, bo dzięki żonom mają zawsze czyste i wyprasowane koszule,
mogą się czuć w domu jak w hotelu pięciogwiazdkowym a niedobory w kwestii
seksu realizować na boku.
Romek stwierdził, że w takim razie on ma hotel zaledwie 3 gwiazdkowy, bo sam
prasuje swoje koszule i spodnie, mało tego, spodnie żony też prasuje. A czasem
to nawet sam robi zakupy i odgrzeje to, co Michalina ugotowała. I z odkurzaczem
też jest zaprzyjazniony. Ale na jakiekolwiek niedobory w kwestii seksu nie cierpi.
Stefan, który od 3 lat był z Niną, stwierdził, że na razie nie będą brali ślubu, bo
tak jak jest to im jest dobrze. Mieli dwa oddzielne mieszkania, w każdym z nich
były rzeczy obojga, zdarzały się okresy, gdy pomieszkiwali oddzielnie, zwłaszcza
gdy Stefan robił jakiś projekt, bo wtedy nie nadawał się do niczego - był
nieznośny, drażliwy, zły i nic poza projektem go nie obchodziło.
Kaśka oświadczyła, że sama nie wie czego mogłaby oczekiwać po małżeństwie -
przecież to naprawdę istna loteria - zero gwarancji, że będzie szczęśliwa.
Mirek tylko wszystkiego słuchał, czasami kiwał ze zrozumieniem głową ale nie
zabrał głosu. Zapytany wprost co on myśli o małżeństwie spokojnie odpowiedział-
Kasia ma rację, nie często trafia się milion w totku. Zwłaszcza, gdy się nie gra,
a ja na razie nie gram.
W dwa tygodnie po tym rocznicowym spotkaniu zadzwoniła do Michaliny Kaśka
by jej donieść, że umówiła się na spotkanie z Mirkiem. Obiecała, że po spotkaniu
wszystko Michalinie opowie. Aktualnie z nikim się nie spotykała, więc cierpiała
popołudniami na nadmiar wolnego czasu.
Michalina zabrała się ostro za szukanie nowej pracy.Wiązało się to z wieloma
spotkaniami z dawno niewidzianymi znajomymi - przez tydzień wracała do domu
pózno, zaczadzona kawiarnianą atmosferą pełną dymu i gwaru. Jeden z kolegów
namawiał ją by się nieco przekwalifikowała , odpuściła sobie pomysł pracy ściśle
związanej z jej dyplomem. Tłumaczył jej cierpliwie, że w każdym zakładzie, gdzie
jest sporo inżynierów płci męskiej, kobiety są dyskretnie dyskryminowane - zawsze
dostają gorsze tematy i każdy zrzuca na nie te nielubiane prace. Przecież to właśnie
denerwowało Michalinę, a tak jest wszędzie. W kilka dni po spotkaniu zadzwonił
do Michaliny i powiadomił, że właściwie to już jest dla niej etat w PKN. Firma jakby
nie była prestiżowa i akurat poszukiwali inżyniera elektrotechnika.
W następnym tygodniu Michalina miała się zgłosić w celu omówienia warunków.
Czym prędzej wybrała się do szefa z pytaniem jak tam z jej zmianą stanowiska i
podwyżką. Gdy szef zaczął coś pleść od rzeczy, Michalina powiedziała, że jeśli nic
z tego, to ona poszuka sobie pracy gdzie indziej, więc niech się szef nie zdziwi gdy
ona złoży podanie o rozwiązanie z nią umowy o pracę za porozumieniem stron.
Michalina była tak zajęta szukaniem pracy i związanymi z tym spotkaniami, że
dopiero w końcu tygodnia zauważyła, że Romek jest jakiś markotny i zamyślony.
W sobotni wieczór, gdy Romek siedział w fotelu z książką, której wcale nie
czytał, wpatrując się tępo w przeciwległą ścianę, zapytała co się dzieje.
Eeee, nic takiego, ale wszystko jest do d..y bo Janikowski i ja dostaliśmy stypendium,
w tej firmie, w Los Angelos, w której byliśmy. A najgorsze, że jest to aż na sześć
miesięcy. Gdyby było na rok to mógłbym Cię wziąć, załatwiliby Ci bez problemu
wizę, bo wtedy dostawałbym większe pieniądze. Oczywiście nie byłoby nam tam za
słodko finansowo, no ale bylibyśmy razem. Tak naprawdę to nie chcę być bez ciebie
tak długo, już te dwa tygodnie to było dla mnie za wiele. I teraz zastanawiam się co
mam zrobić - odpowiedz muszę dać za dwa tygodnie, wyjazd ma być we wrześniu.
Z jednej strony to niewątpliwie jest wyróżnienie i to jest dla mnie miłe. Poza tym
z pewnością byłoby dla mnie korzystne zawodowo. Ale reszta nie do przyjęcia.
Chyba zrezygnuję. Michalina zaprotestowała, to nie było dobre rozwiązanie. Nikt
nie daje ot tak stypendiów w Stanach, więc nie powinien rezygnować. I skoro to
tamta strona ich wytypowała, to znaczy, że się na nich poznali. No jasne, że pół
roku to kawał czasu. A w ciągu tych dwóch tygodni to przecież można się z nimi
porozumieć i dowiedziec "u zródła", dlaczego na rok to można wziąć żonę a na
sześć miesięcy to nie. I do ambasady też można wpaść i się dowiedzieć jak to
wygląda od ich strony.
Michalina przypomniała sobie, że mąż jednej z jej koleżanek pracował już od
kilku lat w rezydencji ambasadora USA i postanowiła do niej zadzwonić w niedzielę.
Jeśli ten facet nadal tam pracuje, to go we dwie wysterują czego ma się dowiedzieć.
Ale tę myśl schowała na razie dla siebie.
c.d.n.
wtorek, 4 marca 2014
Przeklęte szkolenie- cz.IX
Siedem lat - to dużo czy mało?- zastanawiała się Michalina. Na moment wróciła
pamięcią do chwili, gdy Romek się jej oświadczył. Nie miało to nic, ale to zupełnie
nic wspólnego z oświadczynami, o których czytała w różnych książkach.
Nie było kwiatów, pierścionka, klęczenia itp., nie była to żadna prośba o rękę -
było to stwierdzenie faktu - "musimy się pobrać, mam dość zasypiania bez ciebie,
ciągłego kombinowania by znalezć nieco wolnego czasu na spotkanie, szukania
miejsca na zapewnienie nam intymności" - a wszystko to było wypowiedziane
jednym tchem, w pewnej obskurnej kawiarni, pomiędzy jednym a drugim kęsem
szarlotki. Michalina była tak zaskoczona, że wydusiła z siebie tylko "co?".Wtedy
Romek dodał - no bo Cię kocham, o czym chyba wiesz. Michalina, upiwszy łyk
kawy uśmiechnęła się i powiedziała- pewnie jest tak jak mówisz, choć mówisz to
pierwszy raz. Dobrze wiedzieć.
Tak naprawdę to nie wiedziała co ma powiedzieć - chciało jej się śmiać,to chyba
głupi odruch jak na takie dictum. Bardzo lubiła Romka,spędzali ze sobą dużo czasu,
był jej pierwszym mężczyzną. Nie snuła żadnych planów odnośnie przyszłości, tak
naprawdę nie widziała siebie w roli mężatki.
Dopytywania się matki odnośnie relacji pomiędzy Romkiem a nią zbywała krótkim
tekstem - nie martw się, dziecka nieślubnego nie będzie.
Następnego dnia się nie widzieli, więc Michalina nieco ochłonęła po poprzednich
rewelacjach.
Gdy się spotkali, zaraz "na dzień dobry" Romek zapytał - no i jak, pobierzemy się?
Potem wręczył jej małe, czarne pudełeczko mówiąc - to jest pierścionek, który
dostałem od mojej prababci. Mam go dać dziewczynie, którą wybiorę na swą żonę.
Jest bardzo stary, bo moja prababcia dostała go od swojej mamy. Pudełeczko było
zrobione ze skóry, na brzegach widać było małe przetarcia.
Gdy Michalina je otworzyła to aż westchnęła z zachwytu- był to piękny, dość duży
opal w srebrnej oprawie. Romek włożył go na jej palec - pierścionek był nieco za
duży.
To nic, pójdziemy go zmniejszyć, powiedział Romek. Ale Michalina zaprotestowała-
nie, ja go po prostu będę nosiła na innym palcu , na środkowym.
Szkoda go ruszać, bo można uszkodzić kamień przy demontażu no i napis się
uszkodzi- na wewnętrznej stronie obrączki pierścionka był grawerunek - " jestem
tylko twój".
No to cudnie, stwierdził Romek. No to teraz porozmawiajmy o ślubie.
Rozmowy o ślubie, a właściwie rozmowy o ich małżeństwie przypominały twarde
negocjacje handlowe. Co do samego ślubu byli wyjątkowo zgodni - tylko cywilna
ceremonia, chociaż oboje dobrze wiedzieli, że obie rodziny będą niepocieszone,
a może nawet zgorszone.
Mieszkanie - babcia zrobiła mu darowiznę w postaci swego mieszkania.
W razie ożenku Romka, babcia miała się przeprowadzić do swej córki (matki Romka),
a Romek miał zrobić remont i tam z żoną zamieszkać. W tajemnicy przed matką,
konspirując z babcią, Romek już od pół roku remontował część mieszkania.
Babcia wprawdzie widziała tylko zdjęcia Michaliny, ale już ją lubiła- twierdziła, że
to dobra dziewczyna bo "z oczu jej dobrze patrzy,więc ją Romuś nie skrzywdz
czasem".
Gdy tylko Michalina zgodziła się na ślub, Romek zawiózł ją do swej babci. Starsza
paniprzyjęła ich bardzo serdecznie, prosiła by Michalina mówiła do niej per "babciu",
potem obdarowała Michalinę piękną, srebrną, ręcznie robioną bransoletką.
Tym gestem zadziwiła nawet Romka - nie wiedział nic o istnieniu tej zabytkowej
bransoletki.
A wzruszona Michalina była bliska łez i powiedziała, że przecież to mieszkanie jest
tak duże, że mogą tu mieszkać razem. Ale starsza pani powiedziała, że jej jest coraz
trudniej sprostać codziennym czynnościom, więc będzie lepiej, gdy jednak zamieszka
u córki.
Do ostatnich chwil swego życia babcia Romka była dla Michaliny ogromnie życzliwa i
Michalina bardzo boleśnie odczuła jej odejście w inny wymiar.
Ślub - chcieli zwyczajny, bez "zadęcia".Jedyną ekstrawagancją było miejsce -Pałac
Ślubów na Starówce. W ramach rekompensaty za brak hucznego wesela był kieliszek
szampana dla wszystkich, podany w przyległej sali, co i tak wypadło taniej niż
tradycyjne wesele.
Oni natychmiast po tej ceremonii zniknęli, a rodzice Michaliny i Romka wspólnie
świętowali ślub dzieci na obiedzie w restauracji.
Nie było podróży poślubnej ani miodowego miesiąca. Zamiast tego rozkoszowali się
zaciszem własnego mieszkania, pełną swobodą i bardzo intensywnie poznawali się
niemal od nowa.
Michalina zadzwoniła do Mirka i nie mówiąc nic o rocznicy ślubu, zaprosiła go do
restauracji na spotkanie przy zastawionym stole, gdzie będzie kilka znajomych osób.
Gdy się dopytywał co to za uroczystość, pokrętnie wyjaśniła, że to takie doroczne
spotkanie.
W wieczór poprzedzający rocznicę ślubu, Romek wręczył żonie trzy niewielkie ,
kartonowe pudełka. Były lekkie, opakowane w kolorową cieniutką bibułkę, największe
miało format A-4.
Potem rozsiadł się wygodnie w fotelu i powiedział - a teraz to rozpakuj, a potem
przymierz- muszę zobaczyć jak ci w tym do twarzy.
Michalina pomału rozpakowała najmniejsze pudełko - zawierało 7 par damskich fig,
każda para była w innym kolorze i miała wyhaftowaną nazwę dnia. Michalina zaczęła
się śmiać , że to rzeczy raczej nie do twarzy, a do...pupy. Ale Romek był twardy,
żądał przymierzania każdej pary po kolei. Potem Michalina rozpakowała największe
pudełko - była tam tak zwana pół halka, ciemno-czerwona z czarną koronką u dołu.
Oczywiście nie obyło się bez przymiarki a Michalina natychmiast zanurkowała
w szafie i wyciągnęła stamtąd spódniczkę, do której bezskutecznie poszukiwała takiej
właśnie halki.
W ostatnim pudełku znalazła cieniusieńkie jak mgiełka body, koronkowy biustonosz
typu "bardotka" i samonośne, koronkowe pończochy. Bardzo się zdziwiła, że Romek
wiedział jaki zakupić rozmiar i fason biustonosza. Romek wpierw się wygłupiał, że
chodził po sklepach z ustawionymi odpowiednio dłońmi, w końcu się przyznał, że po
prostu pospisywał metki przy jej bieliznie i w sklepie ekspedientka mu pomogła znalezć
odpowiednie rozmiary, a fason pokazał na manekinie.
Następnego popołudnia spotkali się w szóstkę w umówionym miejscu.
Michalina przedstawiła wszystkim Mirka . Gdy juz siedzieli przy stole, wyjaśniła
Mirkowi, że to jest siódma rocznica ich ślubu, że Kasia i Stefan byli świadkami na ich
ślubie i co roku spotykają się tego dnia ze świadkami i ich partnerami, by razem
świętować.
Kasia co chwilę zerkała na Mirka - ją chyba też intrygowały jego oczy. Romek obejrzał
Mirka dość dokładnie (Michalina znała to spojrzenie) i doszedł do wniosku, że nie ma
powodu do niepokoju. Panowie zaczęli od razu prowadzić poważne dyskusje, a panie
zajęły się swoimi tematami, oczywiście niepoważnymi. Kasia w zawoalowany sposób
przekazała koleżankom, że Mirek się jej podoba. Michalina szepnęła jej tylko, że facet
jest wolny i naprawdę miły, a przede wszystkim bardzo kulturalny.
Gdy już na stole wylądowała kawa i tort, panie wybrały się wspólnie do łazienki,
poprawić makijaż.
Gdy wróciły po wymianie uwag na temat Mirka, zauważyły, że panowie wpatrują się
w tort i mają dziwne miny.
Wreszcie Romek zapytał- kochanie, a czemu ten tort jest plastikowy? dziewczyn o mało
nie skręciło ze śmiechu - Kaśka swymi wypielęgnowanymi paznokciami podważyła
ozdobny wierzch tortu - pod spodem był normalny, jadalny tort, już pokrojony, bez
żadnych ozdób. I ci bardzo mądrzy panowie mieli teraz zupełnie głupie miny.
c.d.n
pamięcią do chwili, gdy Romek się jej oświadczył. Nie miało to nic, ale to zupełnie
nic wspólnego z oświadczynami, o których czytała w różnych książkach.
Nie było kwiatów, pierścionka, klęczenia itp., nie była to żadna prośba o rękę -
było to stwierdzenie faktu - "musimy się pobrać, mam dość zasypiania bez ciebie,
ciągłego kombinowania by znalezć nieco wolnego czasu na spotkanie, szukania
miejsca na zapewnienie nam intymności" - a wszystko to było wypowiedziane
jednym tchem, w pewnej obskurnej kawiarni, pomiędzy jednym a drugim kęsem
szarlotki. Michalina była tak zaskoczona, że wydusiła z siebie tylko "co?".Wtedy
Romek dodał - no bo Cię kocham, o czym chyba wiesz. Michalina, upiwszy łyk
kawy uśmiechnęła się i powiedziała- pewnie jest tak jak mówisz, choć mówisz to
pierwszy raz. Dobrze wiedzieć.
Tak naprawdę to nie wiedziała co ma powiedzieć - chciało jej się śmiać,to chyba
głupi odruch jak na takie dictum. Bardzo lubiła Romka,spędzali ze sobą dużo czasu,
był jej pierwszym mężczyzną. Nie snuła żadnych planów odnośnie przyszłości, tak
naprawdę nie widziała siebie w roli mężatki.
Dopytywania się matki odnośnie relacji pomiędzy Romkiem a nią zbywała krótkim
tekstem - nie martw się, dziecka nieślubnego nie będzie.
Następnego dnia się nie widzieli, więc Michalina nieco ochłonęła po poprzednich
rewelacjach.
Gdy się spotkali, zaraz "na dzień dobry" Romek zapytał - no i jak, pobierzemy się?
Potem wręczył jej małe, czarne pudełeczko mówiąc - to jest pierścionek, który
dostałem od mojej prababci. Mam go dać dziewczynie, którą wybiorę na swą żonę.
Jest bardzo stary, bo moja prababcia dostała go od swojej mamy. Pudełeczko było
zrobione ze skóry, na brzegach widać było małe przetarcia.
Gdy Michalina je otworzyła to aż westchnęła z zachwytu- był to piękny, dość duży
opal w srebrnej oprawie. Romek włożył go na jej palec - pierścionek był nieco za
duży.
To nic, pójdziemy go zmniejszyć, powiedział Romek. Ale Michalina zaprotestowała-
nie, ja go po prostu będę nosiła na innym palcu , na środkowym.
Szkoda go ruszać, bo można uszkodzić kamień przy demontażu no i napis się
uszkodzi- na wewnętrznej stronie obrączki pierścionka był grawerunek - " jestem
tylko twój".
No to cudnie, stwierdził Romek. No to teraz porozmawiajmy o ślubie.
Rozmowy o ślubie, a właściwie rozmowy o ich małżeństwie przypominały twarde
negocjacje handlowe. Co do samego ślubu byli wyjątkowo zgodni - tylko cywilna
ceremonia, chociaż oboje dobrze wiedzieli, że obie rodziny będą niepocieszone,
a może nawet zgorszone.
Mieszkanie - babcia zrobiła mu darowiznę w postaci swego mieszkania.
W razie ożenku Romka, babcia miała się przeprowadzić do swej córki (matki Romka),
a Romek miał zrobić remont i tam z żoną zamieszkać. W tajemnicy przed matką,
konspirując z babcią, Romek już od pół roku remontował część mieszkania.
Babcia wprawdzie widziała tylko zdjęcia Michaliny, ale już ją lubiła- twierdziła, że
to dobra dziewczyna bo "z oczu jej dobrze patrzy,więc ją Romuś nie skrzywdz
czasem".
Gdy tylko Michalina zgodziła się na ślub, Romek zawiózł ją do swej babci. Starsza
paniprzyjęła ich bardzo serdecznie, prosiła by Michalina mówiła do niej per "babciu",
potem obdarowała Michalinę piękną, srebrną, ręcznie robioną bransoletką.
Tym gestem zadziwiła nawet Romka - nie wiedział nic o istnieniu tej zabytkowej
bransoletki.
A wzruszona Michalina była bliska łez i powiedziała, że przecież to mieszkanie jest
tak duże, że mogą tu mieszkać razem. Ale starsza pani powiedziała, że jej jest coraz
trudniej sprostać codziennym czynnościom, więc będzie lepiej, gdy jednak zamieszka
u córki.
Do ostatnich chwil swego życia babcia Romka była dla Michaliny ogromnie życzliwa i
Michalina bardzo boleśnie odczuła jej odejście w inny wymiar.
Ślub - chcieli zwyczajny, bez "zadęcia".Jedyną ekstrawagancją było miejsce -Pałac
Ślubów na Starówce. W ramach rekompensaty za brak hucznego wesela był kieliszek
szampana dla wszystkich, podany w przyległej sali, co i tak wypadło taniej niż
tradycyjne wesele.
Oni natychmiast po tej ceremonii zniknęli, a rodzice Michaliny i Romka wspólnie
świętowali ślub dzieci na obiedzie w restauracji.
Nie było podróży poślubnej ani miodowego miesiąca. Zamiast tego rozkoszowali się
zaciszem własnego mieszkania, pełną swobodą i bardzo intensywnie poznawali się
niemal od nowa.
Michalina zadzwoniła do Mirka i nie mówiąc nic o rocznicy ślubu, zaprosiła go do
restauracji na spotkanie przy zastawionym stole, gdzie będzie kilka znajomych osób.
Gdy się dopytywał co to za uroczystość, pokrętnie wyjaśniła, że to takie doroczne
spotkanie.
W wieczór poprzedzający rocznicę ślubu, Romek wręczył żonie trzy niewielkie ,
kartonowe pudełka. Były lekkie, opakowane w kolorową cieniutką bibułkę, największe
miało format A-4.
Potem rozsiadł się wygodnie w fotelu i powiedział - a teraz to rozpakuj, a potem
przymierz- muszę zobaczyć jak ci w tym do twarzy.
Michalina pomału rozpakowała najmniejsze pudełko - zawierało 7 par damskich fig,
każda para była w innym kolorze i miała wyhaftowaną nazwę dnia. Michalina zaczęła
się śmiać , że to rzeczy raczej nie do twarzy, a do...pupy. Ale Romek był twardy,
żądał przymierzania każdej pary po kolei. Potem Michalina rozpakowała największe
pudełko - była tam tak zwana pół halka, ciemno-czerwona z czarną koronką u dołu.
Oczywiście nie obyło się bez przymiarki a Michalina natychmiast zanurkowała
w szafie i wyciągnęła stamtąd spódniczkę, do której bezskutecznie poszukiwała takiej
właśnie halki.
W ostatnim pudełku znalazła cieniusieńkie jak mgiełka body, koronkowy biustonosz
typu "bardotka" i samonośne, koronkowe pończochy. Bardzo się zdziwiła, że Romek
wiedział jaki zakupić rozmiar i fason biustonosza. Romek wpierw się wygłupiał, że
chodził po sklepach z ustawionymi odpowiednio dłońmi, w końcu się przyznał, że po
prostu pospisywał metki przy jej bieliznie i w sklepie ekspedientka mu pomogła znalezć
odpowiednie rozmiary, a fason pokazał na manekinie.
Następnego popołudnia spotkali się w szóstkę w umówionym miejscu.
Michalina przedstawiła wszystkim Mirka . Gdy juz siedzieli przy stole, wyjaśniła
Mirkowi, że to jest siódma rocznica ich ślubu, że Kasia i Stefan byli świadkami na ich
ślubie i co roku spotykają się tego dnia ze świadkami i ich partnerami, by razem
świętować.
Kasia co chwilę zerkała na Mirka - ją chyba też intrygowały jego oczy. Romek obejrzał
Mirka dość dokładnie (Michalina znała to spojrzenie) i doszedł do wniosku, że nie ma
powodu do niepokoju. Panowie zaczęli od razu prowadzić poważne dyskusje, a panie
zajęły się swoimi tematami, oczywiście niepoważnymi. Kasia w zawoalowany sposób
przekazała koleżankom, że Mirek się jej podoba. Michalina szepnęła jej tylko, że facet
jest wolny i naprawdę miły, a przede wszystkim bardzo kulturalny.
Gdy już na stole wylądowała kawa i tort, panie wybrały się wspólnie do łazienki,
poprawić makijaż.
Gdy wróciły po wymianie uwag na temat Mirka, zauważyły, że panowie wpatrują się
w tort i mają dziwne miny.
Wreszcie Romek zapytał- kochanie, a czemu ten tort jest plastikowy? dziewczyn o mało
nie skręciło ze śmiechu - Kaśka swymi wypielęgnowanymi paznokciami podważyła
ozdobny wierzch tortu - pod spodem był normalny, jadalny tort, już pokrojony, bez
żadnych ozdób. I ci bardzo mądrzy panowie mieli teraz zupełnie głupie miny.
c.d.n
poniedziałek, 3 marca 2014
Przeklęte szkolenie- cz.VIII
Reakcja Mirka nieco zaskoczyła Michalinę, ale nie mogła się w tej chwili zastanawiać
nad jego zachowaniem. Ograniczyła się do powiedzenia, że nim jej to powie, to niech
się dobrze zastanowi czy ona jest właściwą adresatką jego sekretów.
Dopili kawę, pooglądali jeszcze przez moment plan mieszkania i Michalina dała się
łaskawie odwiezć do domu.
Zaczęła się zastanawiać co też Mirek miał na myśli . Analizowała jego zachowania na
każdym spotkaniu, zaczęła się zastanawiać, czy może on jest po prostu gejem.
Michalina znała dwóch chłopaków o takiej orientacji, ale jednak Mirek był inny.
Ci dwaj, których znała Michalina ani przez moment nie podrywali dziewczyn. Byli
uprzejmi, ale nie padały z ich ust żadne komplementy pod adresem płci pięknej.
Jeden z nich był kolegą Michaliny ze studiów, drugi jego przyjacielem. Ten, który był
razem z Michaliną na studiach jakoś bardzo odbijał od reszty chłopaków - zawsze
bardzo starannie ubrany, nie palił, nie przeklinał, bardzo ładnie formułował swe
wypowiedzi, więc szybko zyskał ksywkę "paniczyk". Ale był koleżeński, nie tylko
pożyczał swe notatki ale nawet je kserował. W indeksie królowały same dobre oceny,
przez całe studia trafiły się zaledwie trzy oceny dostateczne i wszystkie zaliczenia
były w pierwszym terminie.
Tak "na oko" Mirek był zupełnie inny, dostrzegał urodę dziewczyn,a jego zachowanie
wobec nich było prawie flirtem.
Mąż Michaliny miał przylecieć w poniedziałek. Umawiali się, że ona przyjedzie po
niego na lotnisko, choć znalezienie miejsca na parkingu graniczyło z cudem.
Michalina postanowiła wziąć jeden dzień wolny, by wcześniej przyjechać na lotnisko.
Zaplanowała na ten dzień porządny obiad - wołowe zrazy zawijane, z bogatym
życiem wewnętrznym. Danie o tyle absorbujące, że zrazy już z nadzieniem, musiały
się jeszcze wyleżeć dobę w marynacie.
W piątek zadzwonili do niej z biura Romka, że coś było pokręcone w rezerwacjach i
zamiast w poniedziałek Romek wróci we wtorek, łamanym lotem przez Amsterdam.
Nie było to duże opóznienie a poza tym przylatywał póznym popołudniem, więc mogła
nie brać urlopu.
We wtorek siedziała w pracy jak na szpilkach, zerwała się na godzinę przed końcem
dnia pracy i poszła do fryzjerki. Na lotnisku dwa razy objechała wszystkie możliwe
miejsca do parkowania i w połowie trzeciego nawrotu wypatrzyła, że ktoś z całkiem
dobrego miejsca odjeżdża. Szczęśliwa zaparkowała i poszła do hali przylotów.
Samolot wylądował i nawet dość szybko zaczęli wychodzić pasażerowie -wypatrywała
Romka i wypatrywała, a jego wciąż nie było. Zdenerwowana podeszła do informacji -
w chwili gdy zaczęła formułować pytanie, podszedł do niej Romek. Był wyraznie bardzo
zmęczony i zły - zmęczony bo trzy razy zmieniał przewoznika a zły bo zaginęła jego
walizka. Przy każdej przesiadce spędzał czas"w tranzycie", więc bagażu nawet nie
oglądał.
Dobrze, że wszystkie ważne notatki miał w małej, podręcznej torbie.
Chyba był bardzo zmęczony, bo spokojnie zajął miejsce obok niej, nie usiłując wyręczyć
jej w prowadzeniu samochodu.
Michalina pocieszała męża, że walizka z pewnością się odnajdzie, nic dziwnego, że się
zagubiła. Ale Romek był niepocieszony - przez całą drogę marzył o chwili, gdy wręczy
żonie prezent, który dla niej kupił i o tym, co będzie potem. I choć Michalina bardzo
prosiła, by powiedział co to za prezent- nie zdradził sekretu. Pod względem zawodowym
była to udana delegacja, pod względem turystycznym- raczej nie za bardzo.
Nie da się ukryć, że diety były szalenie niskie a Los Angeles to raczej miasto dla bogaczy.
I tylko dzięki temu, że Romek wziął dodatkowo własne dolary, mógł kupić dla Michaliny
prezent.
Nie zwiedzali Hollywoodu, nie pojechali oglądać domów filmowych sław.
Mieszkali w dzielnicy przemysłowej, blisko firmy, do której przyjechali. Czuli się tam jak
nędzarze - po prostu na nic ich nie było stać. Byli kilka razy goszczeni przez Polaków,
którzy tam od lat pracowali. Rodacy dobrze wiedzieli, że diety Polaków są tragicznie niskie.
Ale członkowie delegacji mieli jednak satysfakcję - poziom wiedzy fachowej polskich
inżynierów zadziwiał Amerykanów.
Zbliżała się 7 rocznica ślubu - jak co roku spotykali się z tej okazji ze swoimi świadkami
i ich partnerami. Ponieważ Michalina chciała tę okazję czcić, a nie sterczeć przy garach
przed i po spotkaniu, zawsze wybierali się na uroczysty obiad do restauracji. Zawczasu
rezerwowali miejsca, uzgadniali z grubsza menu.
W tym roku świadkowa Michaliny, jej wieloletnia przyjaciółka Kaśka , nie chciała się
pojawić, bo zerwała przecież ze swym ukochanym i nie miałaby z kim przyjść.
Prawdę mówiąc, to Michalinę nawet ucieszyła wiadomość o zerwaniu, bowiem podmiot
uczuć Kaśki był......żonaty, dzieciaty i wcale nie miał zamiaru się rozwodzić, by związać
się z Kaśką , z którą romansował "na boku" . Michalina cały ten czas przekonywała
Kaśkę, że facet jest po prostu świnią - i w stosunku do żony i do Kaśki. Ale Kaśka była
wielce zakochana i twierdziła, że facet od pierwszego dnia uprzedzał ją, że rozwodu,
a tym bardziej skandalu nie chce, a ona to zaakceptowała. A to, że cały czas wymagał
od niej wierności Kaśka tłumaczyła tym, że on bardzo ją kocha. Trzy miesiące wcześniej
facet powiedział Kaśce, że chyba muszą przestać się spotykać, bo żona jest w trzeciej
ciąży, zle się czuje i on musi jej pomagać w domu.
W ramach pocieszania się Kaśka zaczęła się spotykać z kolejnym żonatym facetem, ale
ten miał znacznie mniej wolnego czasu i mniejsze możliwości lokalowe na konsumpcję
tego pobocznego związku.
Romek nie przepadał za Kaśką, choć nie wiedział nic o jej życiu prywatnym. Kiedyś
powiedział Michalinie, że Kaśka to babka, która wyraznie ma skłonności do podrywania
już zajętych facetów.
Michalina zwróciła wtedy uwagę Romkowi,że przecież w tym gronie nie było "wolnych"
facetów.
Sytuacja Kaśki przywiodła Michalinę do pomysłu, by na tę rocznicę ślubu zaprosić Mirka-
on samotny, Kaśka też, więc niech się poznają. A może przypadną sobie do gustu?
Przedstawiła projekt mężowi, który tylko wzruszył ramionami i stwierdził, że nie ma nic
przeciwko temu. Może Kasia zajmie się tym samotnym chłopakiem i przestanie uwodzić
żonatych?. Miałabyś pierwszy sukces jako swatka - powiedział ze śmiechem.
W międzyczasie odnalazła się walizka Romka. Była nieco porysowana, miała urwaną
rączkę, ale zawartość była nienaruszona.
Prezent dla Michaliny wylądował w biurku Romka - miała go dostać w wigilię rocznicy
ślubu. I choć bardzo się przymilała- Romek był nieugięty. Wytrzymasz, wytrzymasz
jeszcze te kilka dni, tłumaczył jej z łobuzerskim uśmiechem.
c.d.n.
nad jego zachowaniem. Ograniczyła się do powiedzenia, że nim jej to powie, to niech
się dobrze zastanowi czy ona jest właściwą adresatką jego sekretów.
Dopili kawę, pooglądali jeszcze przez moment plan mieszkania i Michalina dała się
łaskawie odwiezć do domu.
Zaczęła się zastanawiać co też Mirek miał na myśli . Analizowała jego zachowania na
każdym spotkaniu, zaczęła się zastanawiać, czy może on jest po prostu gejem.
Michalina znała dwóch chłopaków o takiej orientacji, ale jednak Mirek był inny.
Ci dwaj, których znała Michalina ani przez moment nie podrywali dziewczyn. Byli
uprzejmi, ale nie padały z ich ust żadne komplementy pod adresem płci pięknej.
Jeden z nich był kolegą Michaliny ze studiów, drugi jego przyjacielem. Ten, który był
razem z Michaliną na studiach jakoś bardzo odbijał od reszty chłopaków - zawsze
bardzo starannie ubrany, nie palił, nie przeklinał, bardzo ładnie formułował swe
wypowiedzi, więc szybko zyskał ksywkę "paniczyk". Ale był koleżeński, nie tylko
pożyczał swe notatki ale nawet je kserował. W indeksie królowały same dobre oceny,
przez całe studia trafiły się zaledwie trzy oceny dostateczne i wszystkie zaliczenia
były w pierwszym terminie.
Tak "na oko" Mirek był zupełnie inny, dostrzegał urodę dziewczyn,a jego zachowanie
wobec nich było prawie flirtem.
Mąż Michaliny miał przylecieć w poniedziałek. Umawiali się, że ona przyjedzie po
niego na lotnisko, choć znalezienie miejsca na parkingu graniczyło z cudem.
Michalina postanowiła wziąć jeden dzień wolny, by wcześniej przyjechać na lotnisko.
Zaplanowała na ten dzień porządny obiad - wołowe zrazy zawijane, z bogatym
życiem wewnętrznym. Danie o tyle absorbujące, że zrazy już z nadzieniem, musiały
się jeszcze wyleżeć dobę w marynacie.
W piątek zadzwonili do niej z biura Romka, że coś było pokręcone w rezerwacjach i
zamiast w poniedziałek Romek wróci we wtorek, łamanym lotem przez Amsterdam.
Nie było to duże opóznienie a poza tym przylatywał póznym popołudniem, więc mogła
nie brać urlopu.
We wtorek siedziała w pracy jak na szpilkach, zerwała się na godzinę przed końcem
dnia pracy i poszła do fryzjerki. Na lotnisku dwa razy objechała wszystkie możliwe
miejsca do parkowania i w połowie trzeciego nawrotu wypatrzyła, że ktoś z całkiem
dobrego miejsca odjeżdża. Szczęśliwa zaparkowała i poszła do hali przylotów.
Samolot wylądował i nawet dość szybko zaczęli wychodzić pasażerowie -wypatrywała
Romka i wypatrywała, a jego wciąż nie było. Zdenerwowana podeszła do informacji -
w chwili gdy zaczęła formułować pytanie, podszedł do niej Romek. Był wyraznie bardzo
zmęczony i zły - zmęczony bo trzy razy zmieniał przewoznika a zły bo zaginęła jego
walizka. Przy każdej przesiadce spędzał czas"w tranzycie", więc bagażu nawet nie
oglądał.
Dobrze, że wszystkie ważne notatki miał w małej, podręcznej torbie.
Chyba był bardzo zmęczony, bo spokojnie zajął miejsce obok niej, nie usiłując wyręczyć
jej w prowadzeniu samochodu.
Michalina pocieszała męża, że walizka z pewnością się odnajdzie, nic dziwnego, że się
zagubiła. Ale Romek był niepocieszony - przez całą drogę marzył o chwili, gdy wręczy
żonie prezent, który dla niej kupił i o tym, co będzie potem. I choć Michalina bardzo
prosiła, by powiedział co to za prezent- nie zdradził sekretu. Pod względem zawodowym
była to udana delegacja, pod względem turystycznym- raczej nie za bardzo.
Nie da się ukryć, że diety były szalenie niskie a Los Angeles to raczej miasto dla bogaczy.
I tylko dzięki temu, że Romek wziął dodatkowo własne dolary, mógł kupić dla Michaliny
prezent.
Nie zwiedzali Hollywoodu, nie pojechali oglądać domów filmowych sław.
Mieszkali w dzielnicy przemysłowej, blisko firmy, do której przyjechali. Czuli się tam jak
nędzarze - po prostu na nic ich nie było stać. Byli kilka razy goszczeni przez Polaków,
którzy tam od lat pracowali. Rodacy dobrze wiedzieli, że diety Polaków są tragicznie niskie.
Ale członkowie delegacji mieli jednak satysfakcję - poziom wiedzy fachowej polskich
inżynierów zadziwiał Amerykanów.
Zbliżała się 7 rocznica ślubu - jak co roku spotykali się z tej okazji ze swoimi świadkami
i ich partnerami. Ponieważ Michalina chciała tę okazję czcić, a nie sterczeć przy garach
przed i po spotkaniu, zawsze wybierali się na uroczysty obiad do restauracji. Zawczasu
rezerwowali miejsca, uzgadniali z grubsza menu.
W tym roku świadkowa Michaliny, jej wieloletnia przyjaciółka Kaśka , nie chciała się
pojawić, bo zerwała przecież ze swym ukochanym i nie miałaby z kim przyjść.
Prawdę mówiąc, to Michalinę nawet ucieszyła wiadomość o zerwaniu, bowiem podmiot
uczuć Kaśki był......żonaty, dzieciaty i wcale nie miał zamiaru się rozwodzić, by związać
się z Kaśką , z którą romansował "na boku" . Michalina cały ten czas przekonywała
Kaśkę, że facet jest po prostu świnią - i w stosunku do żony i do Kaśki. Ale Kaśka była
wielce zakochana i twierdziła, że facet od pierwszego dnia uprzedzał ją, że rozwodu,
a tym bardziej skandalu nie chce, a ona to zaakceptowała. A to, że cały czas wymagał
od niej wierności Kaśka tłumaczyła tym, że on bardzo ją kocha. Trzy miesiące wcześniej
facet powiedział Kaśce, że chyba muszą przestać się spotykać, bo żona jest w trzeciej
ciąży, zle się czuje i on musi jej pomagać w domu.
W ramach pocieszania się Kaśka zaczęła się spotykać z kolejnym żonatym facetem, ale
ten miał znacznie mniej wolnego czasu i mniejsze możliwości lokalowe na konsumpcję
tego pobocznego związku.
Romek nie przepadał za Kaśką, choć nie wiedział nic o jej życiu prywatnym. Kiedyś
powiedział Michalinie, że Kaśka to babka, która wyraznie ma skłonności do podrywania
już zajętych facetów.
Michalina zwróciła wtedy uwagę Romkowi,że przecież w tym gronie nie było "wolnych"
facetów.
Sytuacja Kaśki przywiodła Michalinę do pomysłu, by na tę rocznicę ślubu zaprosić Mirka-
on samotny, Kaśka też, więc niech się poznają. A może przypadną sobie do gustu?
Przedstawiła projekt mężowi, który tylko wzruszył ramionami i stwierdził, że nie ma nic
przeciwko temu. Może Kasia zajmie się tym samotnym chłopakiem i przestanie uwodzić
żonatych?. Miałabyś pierwszy sukces jako swatka - powiedział ze śmiechem.
W międzyczasie odnalazła się walizka Romka. Była nieco porysowana, miała urwaną
rączkę, ale zawartość była nienaruszona.
Prezent dla Michaliny wylądował w biurku Romka - miała go dostać w wigilię rocznicy
ślubu. I choć bardzo się przymilała- Romek był nieugięty. Wytrzymasz, wytrzymasz
jeszcze te kilka dni, tłumaczył jej z łobuzerskim uśmiechem.
c.d.n.
Subskrybuj:
Posty (Atom)