Joanna była zmęczona. Siedzieli w dość kiepskiej kawiarence w konstancińskim Parku
Zdrojowym na miniaturowym tarasie. Dobrze, że chociaż kawa była dobra.
Wiesz Jo - bardzo zle spałem tej nocy, dręczyła mnie myśl, że chyba coś przegapiłem
przed swym wyjazdem z Polski. Przegapiłem nas. Wiem, nie byłem dobrym materiałem
na męża, czego dowodem było moje małżeństwo.
Ale to, co było z tobą, już nigdy się nie powtórzyło, choć jak się domyślasz nie tkwiłem
w celibacie. Słuchaj, ja się nie usprawiedliwiam, ale mając kontakty z zagranicą i widząc
na własne oczy jakie warunki pracy mają tam lekarze mojej specjalności, dążyłem do
wyjazdu. I to nawet nie z powodów finansowych, bo tu można było zarobić sporo. Czułem,
że najzwyczajniej w świecie marnuje się tu mój potencjał zawodowy. Myślę, że gdybym
cię spotkał rok wcześniej zastanowiłbym się 100 razy nad wyjazdem. Ale w chwili gdy
gdy się spotkaliśmy, wszystko było już "zapięte na ostatni guzik", a ja owładnięty myślą
o czekających mnie zmianach. I w to wszystko wpadłaś ty- śliczna, ponętna a jednocześnie
przybrana w maskę obojętności. Czułem, że nie jest tak jak mówisz, ale bliskość wyjazdu
powstrzymywała mnie przed rozwiązywaniem zagadki o imieniu Joanna.
Przypomnij sobie nasze rozmowy - na początku dotyczyły głównie twojej kontuzji, a potem
wszystkiego ale nie naszych uczuć- ani wzajemnych ani wobec innych.
Byłaś bardzo nietypowa, nigdy mnie o nic nie pytałaś, poprzestawałaś na tym co ja ci
powiedziałem. Znacznie więcej mogłem wyczytać z twojego ciała niż usłyszeć od ciebie.
Teraz też nie mówisz wszystkiego, dlatego zasypuję cię gradem pytań, dotykiem staram się
odczytać twoje emocje. Wiesz równie dobrze jak ja, że każda nasza myśl istnieje nie tylko
w mózgu, jest niemal w każdym kawałeczku naszego ciała. Jesteś teraz w fazie obronnej,
bronisz się sama przed sobą, nawet nie przede mną. I chyba jesteś zbyt przywiązana do
swego wizerunku z tamtego okresu. Zmieniła ci się powłoka, ale środek został ten sam.
Te lata, które nas dzieliły zmieniły nasz wygląd ale tylko w niewielkim stopniu nasze
podstawowe cechy i to co jest ukryte przed oczami ludzi.
Pamiętasz nasze ostatnie spotkanie?
Nie chciałaś się kochać ze mną, siedziałaś odizolowana ode mnie jakby szklanym kloszem.
Dałaś mi swój numer telefonu, ale nie adres, twierdząc, że prościej będzie mi dzwonić niż
pisać. Gdy zadzwoniłem ty już tam nie mieszkałaś, a pani, która odebrała mój telefon
twierdziła, że nie zna twego nowego numeru telefonu.
Kontaktowałem się z Michałem, pytając go o ciebie, ale on też nie miał z tobą kontaktu, bo
przestałaś się bawić w żeglarstwo. Nagle stałaś się tylko jakimś majakiem, wspomnieniem.
A samymi wspomnieniami trudno żyć.
Miałem trochę problemów z byłą żoną - miała wielką ochotę na to, żebyśmy się zeszli.
Pewnie miałem być mostkiem, po którym przedostałaby się do lepszego świata. Nie
rozumiała, że wszystko dawno się skończyło, dużo wcześniej, właściwie to w dniu ślubu.
Lepiej byłoby dla niej i dla mnie gdybym tylko uznał dziecko i płacił alimenty.
To ojciec mi wtedy kazał się żenić, by nie robić pannie wstydu, skoro zachowałem się nie
po męsku i nie zadbałem o to, by nie było konsekwencji.
Joanna siedziała jak skamieniała. Wiedziała, czuła to, że Witek nagle, po tylu latach się
otworzył. Wyciągnęła dłoń w kierunku Witka, a on ją zamknął delikatnie w swojej dłoni.
Była zaskoczona tym co powiedział. Bała się, że za chwilę rozbeczy się jak dziecko.
Czuła przemożną chęć przytulenia się do Witka, schowania się w jego ramionach.
Wiesz, chodzmy się przejść -powiedziała cicho.
Witek uregulował rachunek, pomógł Joannie wydostać się spoza stolika.
Gdy wyszli , Joanna wzięła Witka pod rękę i leciutko się do niego przytuliła.
Czy wiesz moja miła Jo, że pierwszy raz idziemy pod rękę? - zapytał Witek - ciekawe
co jeszcze będziemy robili pierwszy raz.
Joanna, przytulona do jego ramienia, wyszeptała - nie wiem, ale zapewne coś się znajdzie.
Kiedyś chodziliśmy objęci, a ty najczęściej wtedy albo jezdziłeś mi ręką po plecach i zawsze
palcem zahaczałeś o zapięcie stanika, albo trzymałeś mnie za pasek spodni tak, by kciuk
był w środku spodni.
Przez chwilę spacerowali w milczeniu, wreszcie Joanna zaczęła mówić.
Wituś, jeśli cię uraziłam mówiąc o tamtych, dawnych czasach to przepraszam. Może wtedy
zbyt krytycznie na ciebie patrzyłam Ale dobrze zdawałam sobie sprawę z tego, że raczej
mam marne szanse na to, żeby być razem.
Ty już byłeś po doktoracie, ja dopiero zaczęłam studia, byłam na utrzymaniu rodziców.
Miałeś żonę, dziecko i kochankę. Był zbyt duży tłok wokół ciebie, jak dla mnie.
Wprawdzie byłam wtedy bardzo młoda, ale wiedziałam dobrze, że nie mam żadnej karty przetargowej. Zrobiłam założenie, że łączy nas tylko seks i że ty tak to właśnie traktujesz.
Czekałam na każde nasze spotkanie, każda godzina bez ciebie to był czas stracony.
Ale cały czas tłumaczyłam sobie, że to nie miłość, że to tylko zwykłe pożądanie. Nie
uważałam się za atrakcyjną dziewczynę, bo w domu cały czas słyszałam, że jestem brzydka.
Na domiar złego przez tę kontuzję zawaliłam studia.
Gdy wyjechałeś musiałam czym prędzej zdobyć zawód żeby się usamodzielnić. To studium
było szybką metodą na usamodzielnienie się.
Nie miałam problemów ze znalezieniem pracy, pracowałam w przychodni dziecięcej.
Stwierdziłeś, że chyba się kochamy z mężem, bo jesteśmy razem. Z mojej strony nigdy nie
była to namiętność, raczej przyjazń, zaufanie. A potem stwierdziłam , że nie warto się
rozchodzić, bo te drugie związki w 60% są jeszcze mniej trwałe. Na dziecko zdecydowałam
się głównie dlatego, że czekała mnie operacja i nie było wiadomo, czy po niej będę mogła
mieć dziecko. Chwilami bardzo współczuję mojemu mężowi, że wpadł na pomysł by wziąć
ze mną ślub. Nie jestem dobrym materiałem na żonę i wiem o tym.
A on jest bardzo porządnym facetem, tylko nieco nudnym.
Jak widzisz, nie masz co żałować, że wyjechałeś beze mnie.
A teraz muszę wrócić do domu, chociaż wcale nie mam na to ochoty. Zorientuję się ile
jeszcze mojej nieobecności w domu zniesie mój mąż i wieczorem do ciebie zadzwonię i
jeśli będziesz chciał to się jeszcze zobaczymy.
c.d.n.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
piątek, 11 lipca 2014
czwartek, 10 lipca 2014
Spotkanie - cz.IV
Joanna wróciła do domu nieco rozbita psychicznie. Rozstroiło ją to spotkanie po tylu
latach. Niespodziewanie powróciły emocje z tamtego okresu i im uległa, choć bardzo
nadrabiała miną.
Teraz, stojąc pod prysznicem powracała myślą do tego spotkania. Faktycznie, było to
dziwne. Bardzo rzadko wspominała tamten romans, a jeśli już to na zasadzie "było
miło lecz się skończyło". A tym razem wspomnienie... i jego główny bohater nagle się
zmaterializował. Widziała, że Witek też był tym spotkaniem poruszony.
Świetnie wygląda, czas łagodnie się z nim obchodzi. Nic nie przytył, właściwie tylko
posiwiał. Nawet oczy ma tak samo intensywnie niebieskie, co w połączeniu z bardzo
ciemnymi kiedyś włosami dawało ciekawy efekt wizualny. Ładny był z niego facet,
dziewczyny za nim szalały, a on jakby nie zdawał sobie z tego sprawy. Mógłby być
foto modelem.
Twierdził, że jego małżeństwo to dzieło przypadku - dziewczynie się pomyliły dni i
dziecko było w drodze, więc się ożenił.
Gdy przypadek zetknął Joannę z Witkiem dziecko miało już ze 3 lata, a małżeństwo
jego chyliło się gwałtownie ku upadkowi, bo Witek miał już kochankę, którą była
jedna z przyjaciółek jego żony. Ot, dość banalna sytuacja. Podobno nasze przyjaciółki
stają się z czasem bardzo bliskimi przyjaciółkami naszych mężów- tę mądrość Joanna
wyczytała kiedyś w jakiejś gazecie, w kąciku porad dla złamanych serc.
Wcierając starannie balsam w skórę, zastanawiała się nad propozycją Witka. Nie bardzo
wyobrażała sobie stanie przed Witkiem w samych majtkach i staniku - z tamtej Joanny
sprzed lat niewiele zostało. Od lat już chodziła na plażę nie w kostiumie ale w cieniutkiej
plażowej sukience, podziwiając w duchu swe rówieśniczki a i starsze od siebie panie, które
bez oporu paradowały w skąpych kostiumach plażowych, eksponując swe mocno już
przekwitłe wdzięki. Chodziła co prawda na aerobik wodny, ale wszystkie panie miały dość
podobne kształty, wszystkie były wyposażone w jednoczęściowe kostiumy a poza tym
nigdy wcześniej się nie znały, więc nie było porównań w stylu "ależ ona utyła / zwiędła".
A jak widać Witek niezle pamiętał tamtą Joannę - szczupłą, czarnowłosą dziewczynę.
Zastanowiła się przez moment, jak on teraz prezentuje się bez ubrania - czy równie dobrze
jak w ciuchach? Nadal preferował sportowy styl ubierania się-golf, sweter, dżinsy.
Joanna uśmiechnęła się do swego odbicia w lustrze - dziś wyjątkowo była w spódnicy, ale
na następne spotkanie z Witkiem pójdzie jak zwykle...w dżinsach i adidasach, bluzce
z dużym dekoltem i kamizelce typu safari. Kamizelka świetnie tuszowała sylwetkę, bluzka
eksponowała całkiem jeszcze dobry dekolt. Ciekawe co sobie pomyśli?
Umówieni byli w Łazienkach przy Pałacu na Wodzie. Był to punkt do którego mieli dość
podobną odległość. Joanna zastanawiała się przez moment czy wziąć samochód, ale
doszła do wniosku, że znacznie praktyczniej będzie korzystać z komunikacji miejskiej,
bo parkowanie w okolicach centrum było tak osiągalne jak znalezienie samorodka złota
wielkości piłki tenisowej w opuszczonej od lat kopalni tegoż kruszcu.
Z tego wszystkiego przyjechała do parku zbyt wcześnie - usiadła na ławce nieco
oddalonej od Pałacu i obserwowała ludzi podchodzących pod pałacyk. W pewnej chwili
zauważyła, że Witek zmierza dość szybkim krokiem od strony wejścia przy Szwoleżerów.
On też zbyt wcześnie przyszedł. Ruszyła niespiesznie w stronę miejsca spotkania. Trzy
minuty pózniej znalazła się w objęciach Witka, który nie tylko ją bezceremonialnie objął
ale i wycałował.
Zauważył zmianę stroju Joanny, stwierdził, że świetnie wygląda w dżinsach, zajrzał
bezczelnie w dekolt i objąwszy ją w talii zaproponował by wycieczkę zacząć od wypicia
kawy. Od wieków Joanna nie chodziła w męskich objęciach i była tym gestem wielce
zaskoczona.
Zamówili kawę i Witek zaczął się dopytywać dokąd pójdą lub pojadą. Joanna wymyśliła,
że najlepiej będzie jechać różnymi autobusami i po drodze, gdy Witka coś bardziej
zainteresuje to wysiądą, obejrzą z bliska a potem znów pojadą gdzie indziej.
Po trzech godzinach jeżdżenia i dreptania Joanna stwierdziła, że właściwie jest to dobra
pora na obiad. Byli akurat na Żoliborzu, więc ruszyli autobusem w przeciwny koniec
miasta, do Wilanowa. Przez cały czas "wycieczki" Witek podziwiał jak bardzo zmieniła
się Warszawa. Twierdził, że niektórych miejsc nie rozpoznał by na fotografii. Joanna teraz
dopiero uświadomiła sobie, że 39 lat to jednak szmat czasu, że rzeczywiście miasto bardzo
się zmieniło. Ale chyba najbardziej w ciągu ostatniego dziesięciolecia. Przy okazji Joanna
"odkryła", że niektórych nowych osiedli zupełnie nie zna, tworzyły one bowiem jakby
odrębne miasteczko w mieście.
Witek był bardzo zdziwiony faktem powstania olbrzymiego osiedla mieszkaniowego właśnie
w Wilanowie. Osiedle było już w dużej części zasiedlone, ale nadal trwała jego dalsza
rozbudowa. Zastanawiali się za ile lat to nowe osiedle "dojdzie" aż do Powsina.
Po obiedzie pojechali jeszcze na Ursynów, a stamtąd do Konstancina. Konstancin był
bliski sercu Joanny. Po przerwaniu studiów ekonomicznych trafiła do pomaturalnej szkoły
rehabilitacji. Lubiła pracować z maluszkami, choć czasami płakały przez calutki czas
zabiegu. Ale najczęściej szybko następowała poprawa i to dawało wielką radość.
Konstancin też się zmienił, w miejsce starych, przedwojennych willi nowi właściciele
budowali olbrzymie rezydencje , często wynajmując je pracownikom obcych ambasad.
Fakt, że Joanna skończyła studium rehabilitacji bardzo zdziwił Witka - gdy się żegnali
była jeszcze na studiach ekonomicznych.
Jego zdziwienie bardzo rozbawiło Joannę - tłumaczyła mu ; "a skąd miałeś wiedzieć?
Nie pisałeś, bo ci adresu swojego nie zostawiłam, a teraz nie pytałeś, bo to w końcu
mało ważne, od lat już przecież nie pracuję. Jestem emerytką.
Jo, co z tobą, ciągle nam przypominasz, że jesteśmy nadgryzieni zębem czasu, a tak
naprawdę ani ty, ani ja nie wyglądamy na staruszków. Spójrz, spokojnie wyglądasz ze
dwadzieścia lat młodziej niż to wskazuje metryka. Masz chyba jakieś kompleksy, a życie
zaczyna się dopiero po sześćdziesiątce. Gdy do mnie przyjedziesz to będziemy szaleć.
Niezależnie od tego, w jakim terminie przyjedziesz. Zimą u mnie też jest ciekawie, choć
jak pamiętam ty nie lubisz zimy.
Jo, nic nie wiem o twoim mężu - cały czas ten sam, czy może wymieniałaś modele na
lepsze? Jeśli nie wymieniałaś, to znaczy, że facet porządny i się kochacie. Wiesz,
chciałbym go poznać - sama powiedziałaś, że najciemniej jest pod latarnią. A tak
naprawdę chciałbym poznać faceta , którego wybrałaś na męża. Kiedy wyszłaś za mąż?
Jo, odpowiedz, proszę.
Joanna spojrzała na niego nieprzychylnym wzrokiem - a co cię to właściwie obchodzi?
Wyszłam za niego rok po twoim wyjezdzie.
Czy się kochamy - nie wiem, ale jakoś ze sobą wytrzymujemy, a tak dokładnie to on, nie
wiem jakim cudem, ze mną wytrzymuje.
Chcesz go poznać? dziwna zachcianka, ale pomyślę nad tym. Jesteś jeszcze niemal
tydzień w Warszawie, więc może do nas któregoś dnia wpadniesz.
Tylko będziesz musiał nieco panować nad swymi rękami, nie głaskać mnie co chwilę, nie
zaglądać mi w dekolt i nie gapić się w moje oczy niczym sroka w gnat. Przemyśl to, czy
dasz radę.
W tym momencie zadzwoniła komórka Witka. Spojrzał na ekran, stwierdził, że to jego
córka i przeprosił Joannę, że musi porozmawiać.
Rozmawiał z nią po polsku - na zakończenie powiedział - Martusiu, spotkałem swoją
dawną dziewczynę i jest szansa, że ci ją przedstawię, bo zaprosiłem ją do siebie. Niestety
nie przyjedzie teraz ze mną, przyjedzie za jakiś czas.
Skończył rozmowę, a Joanna zaczęła się śmiać - no to wystraszyłeś córkę, tatuś
przywiezie z wyprawy swoją dawną dziewczynę. Pomyśli, że szykujesz dla niej macochę!
Oj, oberwie ci się, dorosłe dzieci nie mają za grosz zrozumienia dla swych starych rodziców
którzy nawiązują przyjaznie z płcią przeciwną.
Eee, przecież wie, że jeśli dawna z Polski to nie jakaś młoda siksa lecąca na forsę.
c.d.n.
latach. Niespodziewanie powróciły emocje z tamtego okresu i im uległa, choć bardzo
nadrabiała miną.
Teraz, stojąc pod prysznicem powracała myślą do tego spotkania. Faktycznie, było to
dziwne. Bardzo rzadko wspominała tamten romans, a jeśli już to na zasadzie "było
miło lecz się skończyło". A tym razem wspomnienie... i jego główny bohater nagle się
zmaterializował. Widziała, że Witek też był tym spotkaniem poruszony.
Świetnie wygląda, czas łagodnie się z nim obchodzi. Nic nie przytył, właściwie tylko
posiwiał. Nawet oczy ma tak samo intensywnie niebieskie, co w połączeniu z bardzo
ciemnymi kiedyś włosami dawało ciekawy efekt wizualny. Ładny był z niego facet,
dziewczyny za nim szalały, a on jakby nie zdawał sobie z tego sprawy. Mógłby być
foto modelem.
Twierdził, że jego małżeństwo to dzieło przypadku - dziewczynie się pomyliły dni i
dziecko było w drodze, więc się ożenił.
Gdy przypadek zetknął Joannę z Witkiem dziecko miało już ze 3 lata, a małżeństwo
jego chyliło się gwałtownie ku upadkowi, bo Witek miał już kochankę, którą była
jedna z przyjaciółek jego żony. Ot, dość banalna sytuacja. Podobno nasze przyjaciółki
stają się z czasem bardzo bliskimi przyjaciółkami naszych mężów- tę mądrość Joanna
wyczytała kiedyś w jakiejś gazecie, w kąciku porad dla złamanych serc.
Wcierając starannie balsam w skórę, zastanawiała się nad propozycją Witka. Nie bardzo
wyobrażała sobie stanie przed Witkiem w samych majtkach i staniku - z tamtej Joanny
sprzed lat niewiele zostało. Od lat już chodziła na plażę nie w kostiumie ale w cieniutkiej
plażowej sukience, podziwiając w duchu swe rówieśniczki a i starsze od siebie panie, które
bez oporu paradowały w skąpych kostiumach plażowych, eksponując swe mocno już
przekwitłe wdzięki. Chodziła co prawda na aerobik wodny, ale wszystkie panie miały dość
podobne kształty, wszystkie były wyposażone w jednoczęściowe kostiumy a poza tym
nigdy wcześniej się nie znały, więc nie było porównań w stylu "ależ ona utyła / zwiędła".
A jak widać Witek niezle pamiętał tamtą Joannę - szczupłą, czarnowłosą dziewczynę.
Zastanowiła się przez moment, jak on teraz prezentuje się bez ubrania - czy równie dobrze
jak w ciuchach? Nadal preferował sportowy styl ubierania się-golf, sweter, dżinsy.
Joanna uśmiechnęła się do swego odbicia w lustrze - dziś wyjątkowo była w spódnicy, ale
na następne spotkanie z Witkiem pójdzie jak zwykle...w dżinsach i adidasach, bluzce
z dużym dekoltem i kamizelce typu safari. Kamizelka świetnie tuszowała sylwetkę, bluzka
eksponowała całkiem jeszcze dobry dekolt. Ciekawe co sobie pomyśli?
Umówieni byli w Łazienkach przy Pałacu na Wodzie. Był to punkt do którego mieli dość
podobną odległość. Joanna zastanawiała się przez moment czy wziąć samochód, ale
doszła do wniosku, że znacznie praktyczniej będzie korzystać z komunikacji miejskiej,
bo parkowanie w okolicach centrum było tak osiągalne jak znalezienie samorodka złota
wielkości piłki tenisowej w opuszczonej od lat kopalni tegoż kruszcu.
Z tego wszystkiego przyjechała do parku zbyt wcześnie - usiadła na ławce nieco
oddalonej od Pałacu i obserwowała ludzi podchodzących pod pałacyk. W pewnej chwili
zauważyła, że Witek zmierza dość szybkim krokiem od strony wejścia przy Szwoleżerów.
On też zbyt wcześnie przyszedł. Ruszyła niespiesznie w stronę miejsca spotkania. Trzy
minuty pózniej znalazła się w objęciach Witka, który nie tylko ją bezceremonialnie objął
ale i wycałował.
Zauważył zmianę stroju Joanny, stwierdził, że świetnie wygląda w dżinsach, zajrzał
bezczelnie w dekolt i objąwszy ją w talii zaproponował by wycieczkę zacząć od wypicia
kawy. Od wieków Joanna nie chodziła w męskich objęciach i była tym gestem wielce
zaskoczona.
Zamówili kawę i Witek zaczął się dopytywać dokąd pójdą lub pojadą. Joanna wymyśliła,
że najlepiej będzie jechać różnymi autobusami i po drodze, gdy Witka coś bardziej
zainteresuje to wysiądą, obejrzą z bliska a potem znów pojadą gdzie indziej.
Po trzech godzinach jeżdżenia i dreptania Joanna stwierdziła, że właściwie jest to dobra
pora na obiad. Byli akurat na Żoliborzu, więc ruszyli autobusem w przeciwny koniec
miasta, do Wilanowa. Przez cały czas "wycieczki" Witek podziwiał jak bardzo zmieniła
się Warszawa. Twierdził, że niektórych miejsc nie rozpoznał by na fotografii. Joanna teraz
dopiero uświadomiła sobie, że 39 lat to jednak szmat czasu, że rzeczywiście miasto bardzo
się zmieniło. Ale chyba najbardziej w ciągu ostatniego dziesięciolecia. Przy okazji Joanna
"odkryła", że niektórych nowych osiedli zupełnie nie zna, tworzyły one bowiem jakby
odrębne miasteczko w mieście.
Witek był bardzo zdziwiony faktem powstania olbrzymiego osiedla mieszkaniowego właśnie
w Wilanowie. Osiedle było już w dużej części zasiedlone, ale nadal trwała jego dalsza
rozbudowa. Zastanawiali się za ile lat to nowe osiedle "dojdzie" aż do Powsina.
Po obiedzie pojechali jeszcze na Ursynów, a stamtąd do Konstancina. Konstancin był
bliski sercu Joanny. Po przerwaniu studiów ekonomicznych trafiła do pomaturalnej szkoły
rehabilitacji. Lubiła pracować z maluszkami, choć czasami płakały przez calutki czas
zabiegu. Ale najczęściej szybko następowała poprawa i to dawało wielką radość.
Konstancin też się zmienił, w miejsce starych, przedwojennych willi nowi właściciele
budowali olbrzymie rezydencje , często wynajmując je pracownikom obcych ambasad.
Fakt, że Joanna skończyła studium rehabilitacji bardzo zdziwił Witka - gdy się żegnali
była jeszcze na studiach ekonomicznych.
Jego zdziwienie bardzo rozbawiło Joannę - tłumaczyła mu ; "a skąd miałeś wiedzieć?
Nie pisałeś, bo ci adresu swojego nie zostawiłam, a teraz nie pytałeś, bo to w końcu
mało ważne, od lat już przecież nie pracuję. Jestem emerytką.
Jo, co z tobą, ciągle nam przypominasz, że jesteśmy nadgryzieni zębem czasu, a tak
naprawdę ani ty, ani ja nie wyglądamy na staruszków. Spójrz, spokojnie wyglądasz ze
dwadzieścia lat młodziej niż to wskazuje metryka. Masz chyba jakieś kompleksy, a życie
zaczyna się dopiero po sześćdziesiątce. Gdy do mnie przyjedziesz to będziemy szaleć.
Niezależnie od tego, w jakim terminie przyjedziesz. Zimą u mnie też jest ciekawie, choć
jak pamiętam ty nie lubisz zimy.
Jo, nic nie wiem o twoim mężu - cały czas ten sam, czy może wymieniałaś modele na
lepsze? Jeśli nie wymieniałaś, to znaczy, że facet porządny i się kochacie. Wiesz,
chciałbym go poznać - sama powiedziałaś, że najciemniej jest pod latarnią. A tak
naprawdę chciałbym poznać faceta , którego wybrałaś na męża. Kiedy wyszłaś za mąż?
Jo, odpowiedz, proszę.
Joanna spojrzała na niego nieprzychylnym wzrokiem - a co cię to właściwie obchodzi?
Wyszłam za niego rok po twoim wyjezdzie.
Czy się kochamy - nie wiem, ale jakoś ze sobą wytrzymujemy, a tak dokładnie to on, nie
wiem jakim cudem, ze mną wytrzymuje.
Chcesz go poznać? dziwna zachcianka, ale pomyślę nad tym. Jesteś jeszcze niemal
tydzień w Warszawie, więc może do nas któregoś dnia wpadniesz.
Tylko będziesz musiał nieco panować nad swymi rękami, nie głaskać mnie co chwilę, nie
zaglądać mi w dekolt i nie gapić się w moje oczy niczym sroka w gnat. Przemyśl to, czy
dasz radę.
W tym momencie zadzwoniła komórka Witka. Spojrzał na ekran, stwierdził, że to jego
córka i przeprosił Joannę, że musi porozmawiać.
Rozmawiał z nią po polsku - na zakończenie powiedział - Martusiu, spotkałem swoją
dawną dziewczynę i jest szansa, że ci ją przedstawię, bo zaprosiłem ją do siebie. Niestety
nie przyjedzie teraz ze mną, przyjedzie za jakiś czas.
Skończył rozmowę, a Joanna zaczęła się śmiać - no to wystraszyłeś córkę, tatuś
przywiezie z wyprawy swoją dawną dziewczynę. Pomyśli, że szykujesz dla niej macochę!
Oj, oberwie ci się, dorosłe dzieci nie mają za grosz zrozumienia dla swych starych rodziców
którzy nawiązują przyjaznie z płcią przeciwną.
Eee, przecież wie, że jeśli dawna z Polski to nie jakaś młoda siksa lecąca na forsę.
c.d.n.
środa, 9 lipca 2014
Spotkanie - cz.III
Joanna spojrzała na Witka jak na wariata. Gdyby rozmowa toczyła się w tamtym okresie,
zapewne palnęłaby mu jakiś niewybredny tekst.
Ale teraz Joanna już umiała powstrzymywać swe emocje.
Wituś, czy ty sam siebie słyszysz? Przecież wtedy byłeś żonatym facetem. To ty byłeś
zaproszony przez Szwajcarów, nie ja. Zapomniałeś jak wtedy było? Wyjeżdżałeś pod
pretekstem stypendium, bo dogadałeś się z nimi, że to jest jedyna możliwa dla Ciebie
droga legalnego wyjazdu stąd.
Obiecałeś im nawet, że żony nie ściągniesz, bo się rozwodzicie.
Więc na jakiej zasadzie miałam z tobą wyjechać? Jako twoja sekretarka, asystentka czy
może dama do towarzystwa? Kto dał by mi paszport??? I wizę?
Wiem, byłam zakochana, sypiałam z tobą, no ale nie byłam taką kompletną idiotką, by
pewnych rzeczy nie kojarzyć.
Poza tym, nawet gdybyś nie wyjechał, szybko się rozwiódł z żoną i definitywnie rozstał
z ówczesną kochanką, to i tak nie bylibyśmy razem. Byłeś cudownym kochankiem oraz
świetnym kumplem, ale nie materiałem na stałego partnera. Nie marzyłam o sytuacji, że
pewnego dnia w naszym mieszkaniu znajdę kartkę z informacją typu: "kochanie, wpadł
do mnie Romek, jedziemy autostopem na Bora-Bora, wrócę to pogadamy, kocham cię- W."
Bo taki właśnie byłeś. Przypomnij sobie "nasz" wyjazd w góry. Nie martwiłeś się co
robię sama przez cały dzień - ty szalałeś na nartach do zmroku. Potem zabierałeś mnie
na obiado-kolację, którą jedliśmy z twoimi kumplami, no a potem rzeczywiście byliśmy
razem - do ósmej rano. Byłeś lekko obrażony, gdy po tygodniu wróciłam do Warszawy.
Ale nie miałam do ciebie pretensji, raczej do siebie, że nie wyjechałam po dwóch dniach.
Zapewniam Cię, że nie byłoby nam razem dobrze na dłuższą metę.
Na twarzy Witka malowało się zdumienie- kochałaś mnie? naprawdę? dlaczego mi tego
nie powiedziałaś? i dlaczego się zawsze śmiałaś, gdy mówiłem, że cię kocham?
Joanna spokojnie odpowiedziała - bo wiedziałam dokładnie jaki jesteś. Ty też mnie nie
kochałeś, byliśmy w sobie zadurzeni, pożądaliśmy siebie i byliśmy sobą oczarowani po
naszym pierwszym razie.
Wiesz, muszę ci się do czegoś przyznać - gdy przyszłam pierwszy raz do twego gabinetu
wiedziałam czym się to skończy, miałeś to wypisane na czole. Rozebrałeś mnie wtedy
w myślach, prawda? A potem wykazałeś się wielką cierpliwością czekając na moją
decyzję. Przez te kilka miesięcy czekania zdążyłeś poznać każdy milimetr mego ciała,
choć w nieco bolesny dla mnie sposób. Akupresura to dość bolesna terapia.
Jo, jesteś bardzo niebezpieczną kobietą, bo umiesz czytać w myślach. Faktycznie, wtedy
rozebrałem cię w myślach. Zresztą, jak zapewne pamiętasz, potem cię badałem i musiałaś
się rozebrać. I wiesz, wyobraznia mnie nie zawiodła- dokończył ze śmiechem.
Joanna spojrzała na zegarek - musiała jednak wracać do domu.
Witek dojrzał ten gest i zaczął prosić, by jeszcze trochę została.
Joanna znów zatelefonowała do męża i, ku zdumieniu Witka, powiedziała mu, że spotkała
swego dawnego fizjoterapeutę, który jest przejazdem w Warszawie i że chce jeszcze
z nim nieco porozmawiać, więc wróci do domu pózno, ale przed północą na pewno.
Jo, dlaczego powiedziałaś mężowi o mnie? Nie zrobi ci awantury?
Joanna wybuchnęła śmiechem - dam ci dwie odpowiedzi, wybierz tę która ci bardziej do
mnie pasuje - powiedziałam tak bo najciemniej jest zawsze pod latarnią, poza tym nie
uwierzyłby, że mogę tyle czasu ględzić z jakąś koleżanką.
Witek chciał koniecznie obejrzeć wyniki badań Joanny. Obejrzał dokładnie wszystkie
klisze, udało się nawet odczytać CD rezonansu.
No tak, tu nie ma co na szczęście wyciąć. Ale jak będziesz niegrzeczna to będzie.
Najlepiej, żebyś przyjechała do mnie do kliniki na dwa tygodnie. Doprowadzę cię
do stanu, który potem tylko trzeba będzie podtrzymywać, to znaczy dasz radę sobie
z tym sama. Ale będziesz musiała całe dwa tygodnie mieszkać w moim mieszkaniu.
Przyjechać możesz pociągiem, uprzedzisz mnie z miesiąc wcześniej o terminie.Tu masz
moje numery telefonów, tu Skype. Będę się tobą zajmował osobiście. I jedyne koszty
dla Ciebie to podróż i pomieszkanie ze mną w jednym mieszkaniu przez dwa tygodnie.
Może nawet pozwolę ci gotować, jeśli będziesz miała na to ochotę. No nie patrz się
na mnie tak dziwnie, mówię poważnie. Od znajomych nigdy nie biorę pieniędzy, tyle
tylko, że nie proponuję im mieszkania u mnie.Ty jesteś na innych prawach, rozumiesz?
Jo, pomyśl - myślisz o mnie i wchodzisz do kawiarni, w której ja siedzę. I to wszystko
po blisko czterdziestu latach braku kontaktu między nami! Jest w tym coś, coś....coś
mistycznego. No uśmiechnij się chociaż. Dostaniesz oddzielny pokój.Mieszkanie ma
trzy sypialnie i dwie łazienki, będziemy się mogli nawet w chowanego bawić.
Takiego obrotu sprawy Joanna się nie spodziewała. Gorączkowo myślała co powiedzieć.
Nie chciała tam jechać, nie chciała też takiego prezentu od Witka.
Powiedziała tylko, że tak ad hoc nie może podjąć żadnej decyzji, ale pomyśli o tym.
Witek pokazał Joannie swoją córkę i głośno się zastanawiał, do kogo ona jest podobna.
Do niego zupełnie nie, a do swej matki tylko trochę. Jo powiedziała, że skoro raz już
uznał ją za swą córkę, to dociekanie po latach jest bez sensu. Witek pokazał jeszcze
zdjęcie swej matki i Joanna dostrzegła, że córka Witka jest bardzo podobna do swej
babci. Kazała Witkowi wyświetlić obydwa zdjęcia obok siebie i pokazała ich wspólne
cechy.
Gdy tak oglądali zdjęcia, które miał na dysku, znalezli również ich wspólne zdjęcie,
czarno-białe właśnie z Zakopanego. Joanna była w białej puchatej pilotce, czarna
grzywka zakrywała jej czoło.Witek stał nieco z tyłu i ją obejmował. Był bez czapki a na
jego twarzy zastygł uśmiech zwycięzcy- posiadacza.
Jo - szepnął - spójrz jacy byliśmy młodzi i piękni. Piękni bo młodzi - dodała rzeczowo
Joanna.
Joanna była już zmęczona, mimo swej wrodzonej trzezwości doznała tego dnia wielu
wzruszeń. Wezwała taksówkę, do której Witek ją odprowadził .
Umówili się na następne spotkanie, które miało być spacerem po mieście.
c.d.n.
zapewne palnęłaby mu jakiś niewybredny tekst.
Ale teraz Joanna już umiała powstrzymywać swe emocje.
Wituś, czy ty sam siebie słyszysz? Przecież wtedy byłeś żonatym facetem. To ty byłeś
zaproszony przez Szwajcarów, nie ja. Zapomniałeś jak wtedy było? Wyjeżdżałeś pod
pretekstem stypendium, bo dogadałeś się z nimi, że to jest jedyna możliwa dla Ciebie
droga legalnego wyjazdu stąd.
Obiecałeś im nawet, że żony nie ściągniesz, bo się rozwodzicie.
Więc na jakiej zasadzie miałam z tobą wyjechać? Jako twoja sekretarka, asystentka czy
może dama do towarzystwa? Kto dał by mi paszport??? I wizę?
Wiem, byłam zakochana, sypiałam z tobą, no ale nie byłam taką kompletną idiotką, by
pewnych rzeczy nie kojarzyć.
Poza tym, nawet gdybyś nie wyjechał, szybko się rozwiódł z żoną i definitywnie rozstał
z ówczesną kochanką, to i tak nie bylibyśmy razem. Byłeś cudownym kochankiem oraz
świetnym kumplem, ale nie materiałem na stałego partnera. Nie marzyłam o sytuacji, że
pewnego dnia w naszym mieszkaniu znajdę kartkę z informacją typu: "kochanie, wpadł
do mnie Romek, jedziemy autostopem na Bora-Bora, wrócę to pogadamy, kocham cię- W."
Bo taki właśnie byłeś. Przypomnij sobie "nasz" wyjazd w góry. Nie martwiłeś się co
robię sama przez cały dzień - ty szalałeś na nartach do zmroku. Potem zabierałeś mnie
na obiado-kolację, którą jedliśmy z twoimi kumplami, no a potem rzeczywiście byliśmy
razem - do ósmej rano. Byłeś lekko obrażony, gdy po tygodniu wróciłam do Warszawy.
Ale nie miałam do ciebie pretensji, raczej do siebie, że nie wyjechałam po dwóch dniach.
Zapewniam Cię, że nie byłoby nam razem dobrze na dłuższą metę.
Na twarzy Witka malowało się zdumienie- kochałaś mnie? naprawdę? dlaczego mi tego
nie powiedziałaś? i dlaczego się zawsze śmiałaś, gdy mówiłem, że cię kocham?
Joanna spokojnie odpowiedziała - bo wiedziałam dokładnie jaki jesteś. Ty też mnie nie
kochałeś, byliśmy w sobie zadurzeni, pożądaliśmy siebie i byliśmy sobą oczarowani po
naszym pierwszym razie.
Wiesz, muszę ci się do czegoś przyznać - gdy przyszłam pierwszy raz do twego gabinetu
wiedziałam czym się to skończy, miałeś to wypisane na czole. Rozebrałeś mnie wtedy
w myślach, prawda? A potem wykazałeś się wielką cierpliwością czekając na moją
decyzję. Przez te kilka miesięcy czekania zdążyłeś poznać każdy milimetr mego ciała,
choć w nieco bolesny dla mnie sposób. Akupresura to dość bolesna terapia.
Jo, jesteś bardzo niebezpieczną kobietą, bo umiesz czytać w myślach. Faktycznie, wtedy
rozebrałem cię w myślach. Zresztą, jak zapewne pamiętasz, potem cię badałem i musiałaś
się rozebrać. I wiesz, wyobraznia mnie nie zawiodła- dokończył ze śmiechem.
Joanna spojrzała na zegarek - musiała jednak wracać do domu.
Witek dojrzał ten gest i zaczął prosić, by jeszcze trochę została.
Joanna znów zatelefonowała do męża i, ku zdumieniu Witka, powiedziała mu, że spotkała
swego dawnego fizjoterapeutę, który jest przejazdem w Warszawie i że chce jeszcze
z nim nieco porozmawiać, więc wróci do domu pózno, ale przed północą na pewno.
Jo, dlaczego powiedziałaś mężowi o mnie? Nie zrobi ci awantury?
Joanna wybuchnęła śmiechem - dam ci dwie odpowiedzi, wybierz tę która ci bardziej do
mnie pasuje - powiedziałam tak bo najciemniej jest zawsze pod latarnią, poza tym nie
uwierzyłby, że mogę tyle czasu ględzić z jakąś koleżanką.
Witek chciał koniecznie obejrzeć wyniki badań Joanny. Obejrzał dokładnie wszystkie
klisze, udało się nawet odczytać CD rezonansu.
No tak, tu nie ma co na szczęście wyciąć. Ale jak będziesz niegrzeczna to będzie.
Najlepiej, żebyś przyjechała do mnie do kliniki na dwa tygodnie. Doprowadzę cię
do stanu, który potem tylko trzeba będzie podtrzymywać, to znaczy dasz radę sobie
z tym sama. Ale będziesz musiała całe dwa tygodnie mieszkać w moim mieszkaniu.
Przyjechać możesz pociągiem, uprzedzisz mnie z miesiąc wcześniej o terminie.Tu masz
moje numery telefonów, tu Skype. Będę się tobą zajmował osobiście. I jedyne koszty
dla Ciebie to podróż i pomieszkanie ze mną w jednym mieszkaniu przez dwa tygodnie.
Może nawet pozwolę ci gotować, jeśli będziesz miała na to ochotę. No nie patrz się
na mnie tak dziwnie, mówię poważnie. Od znajomych nigdy nie biorę pieniędzy, tyle
tylko, że nie proponuję im mieszkania u mnie.Ty jesteś na innych prawach, rozumiesz?
Jo, pomyśl - myślisz o mnie i wchodzisz do kawiarni, w której ja siedzę. I to wszystko
po blisko czterdziestu latach braku kontaktu między nami! Jest w tym coś, coś....coś
mistycznego. No uśmiechnij się chociaż. Dostaniesz oddzielny pokój.Mieszkanie ma
trzy sypialnie i dwie łazienki, będziemy się mogli nawet w chowanego bawić.
Takiego obrotu sprawy Joanna się nie spodziewała. Gorączkowo myślała co powiedzieć.
Nie chciała tam jechać, nie chciała też takiego prezentu od Witka.
Powiedziała tylko, że tak ad hoc nie może podjąć żadnej decyzji, ale pomyśli o tym.
Witek pokazał Joannie swoją córkę i głośno się zastanawiał, do kogo ona jest podobna.
Do niego zupełnie nie, a do swej matki tylko trochę. Jo powiedziała, że skoro raz już
uznał ją za swą córkę, to dociekanie po latach jest bez sensu. Witek pokazał jeszcze
zdjęcie swej matki i Joanna dostrzegła, że córka Witka jest bardzo podobna do swej
babci. Kazała Witkowi wyświetlić obydwa zdjęcia obok siebie i pokazała ich wspólne
cechy.
Gdy tak oglądali zdjęcia, które miał na dysku, znalezli również ich wspólne zdjęcie,
czarno-białe właśnie z Zakopanego. Joanna była w białej puchatej pilotce, czarna
grzywka zakrywała jej czoło.Witek stał nieco z tyłu i ją obejmował. Był bez czapki a na
jego twarzy zastygł uśmiech zwycięzcy- posiadacza.
Jo - szepnął - spójrz jacy byliśmy młodzi i piękni. Piękni bo młodzi - dodała rzeczowo
Joanna.
Joanna była już zmęczona, mimo swej wrodzonej trzezwości doznała tego dnia wielu
wzruszeń. Wezwała taksówkę, do której Witek ją odprowadził .
Umówili się na następne spotkanie, które miało być spacerem po mieście.
c.d.n.
Spotkanie - cz.II
Oj, chyba mam halucynacje - przemknęło przez myśl Joannie. Ale halucynacja nie mijała,
nad nią stał Witek - te same intensywnie niebieskie oczy, ten sam nieco kpiący uśmiech,
a wszystko zwieńczone mocno siwymi włosami.
Nie czekając na zaproszenie Witek usiadł przy stoliku. Jak zawsze przewiercał ją wzrokiem.
Obserwuję Cię od chwili gdy tu weszłaś- powiedział. Zmieniłaś się, ale chodzisz tak samo.
Gdy zobaczyłem jak bawisz się pustą filiżanką nabrałem pewności, że to ty. Jo, nikt na
świecie nie wyczynia takich zabaw z pustą filiżanką. Zawsze mnie to trochę złościło, ale
teraz ten śmieszny nawyk pomógł mi cię rozpoznać. Zmieniłaś kolor włosów i tak bardzo
je skróciłaś! Po co je rozjaśniłaś?
Joanna zaczęła się śmiać.
Czy wiesz kiedy widzieliśmy się ostatnio?- zapytała. Niemal czterdzieści lat temu. Tak,
miałam wtedy czarne, dość długie włosy i kilkanaście kilo mniej ważyłam. A włosów
nie rozjaśniałam, wróciłam do naturalnego ich koloru, a w utrzymaniu go bez siwizny
pomaga mi farba do włosów. Ale skąd ty się tu wziąłeś? Jesteś "na chwilę" czy może
wróciłeś na stałe? A w ogóle to świetnie wyglądasz, nawet z tą siwizną.
Przyjechałem na dwa tygodnie, bo mam kilka spraw do załatwienia. Kupiłem właśnie
mieszkanie, jako lokatę. Może sprezentuję je wnuczce, też jako lokatę, bo ona chyba tu
nie będzie mieszkać. Słuchaj, to mieszkanie jest w tym budynku, chodz, pogadamy tam,
bo mamy naprawdę dużo do pogadania. Jest z pełnym wyposażeniem, bo tam nocuję,
zamiast w hotelu. Jo, no chodz, proszę! Bardzo proszę!
Joanna znów się zaśmiała - no proszę, chata , szkło i adapter, zupełnie jak przed laty.
Zerknęła na zegarek i powiedziała - muszę zadzwonić do męża i wytłumaczyć mu, co ma
sobie zrobić na obiad, który zje sam i uprzedzić, że wrócę pózno.
Witek z uśmiechem podsłuchiwał rozmowę Joanny z mężem. Gdy skończyła wyraził swe
zdziwienie faktem, że jest mężatką a nie nosi obrączki. I pierścionków też nie nosisz,
a zawsze nosiłaś przynajmniej trzy i ten ode mnie. Jo, mam nadzieję, że go nie wyrzuciłaś?
Nie , nie wyrzuciłam. Platyny z perłą nie wyrzuca się - nawet wtedy, gdy ofiarodawca jest przekonany, że pierścionek "jest tylko srebrny"- odparła ze śmiechem.
Joanna uregulowała należność za czekoladę i wyszli z barku. Mieszkanie Witka było
w przylegającym do kawiarni budynku, wejście miało od podwórza.
Gdy jechali windą na ostatnie piętro Joanna poczuła przysłowiowe motyle w brzuchu.
Zupełnie tak jak wtedy, gdy pierwszy raz mieli przekroczyć barierę w układzie lekarz-
pacjentka.
Mieszkanie było niewielkie, za to z okien roztaczał się widok na samo centrum miasta.
Z tej wysokości Pałac Kultury i nowe wieżowce prezentowały się znacznie lepiej niż
z poziomu chodnika. Joanna stała przy oknie w objęciach Witka -czuła dotyk jego rąk,
za którym przez wiele lat tak bardzo tęskniła.
Pamiętam każdy milimetr twego ciała- powiedział półgłosem Witek. Często mi się śniło,
że czekam na Ciebie na lotnisku, a ty nie przychodzisz.
Na którym lotnisku? - zainteresowała się Joanna- przecież wyjechałeś pociągiem bo
miałeś furę bagażu. Lepiej mi opowiedz jak sobie radziłeś na początku, zaraz po
przyjezdzie do Szwajcarii. Naprawdę na ciebie czekali?
Nie było cię na dworcu, gdy wyjeżdżałem - powiedział nagle Witek z pretensją w głosie.
Rozglądałem się, chciałem cię jeszcze raz choćby tylko zobaczyć.
Joanna miała ochotę wypalić "trzeba było nie wyjeżdżać", ale ugryzła się w język i
powiedziała - jasne, władca haremu wyjeżdżał i wszystkie nałożnice powinny były go
żegnać. Ale miałeś zachcianki! Żegnały cię same kobiety- twoja oficjalna żona razem
z dzieckiem i z twoją kochanką, twoja matka i jakoś nie widziałam siebie w tym gronie.
Od początku było wiadomo, że nasz związek był chwilowy i raczej bez perspektyw na
przyszłość, nawet gdybyś nie wyjeżdżał. Lepiej mi opowiedz jak sobie tam radziłeś.
Witek wypuścił Joannę z objęć , zrobił herbatę i gdy siedzieli na wielkiej kanapie, snuł
opowieść.
Miał szczęście - rzeczywiście obiecana praca już na niego czekała. Był znany, wszyscy
doceniali jego nowoczesne metody rehabilitacji i odnowy biologicznej.
Nikt nie wyrażał się pogardliwie o metodzie stosowanej przez niego akupresury. Było tak,
jakby napisana przez niego praca doktorska była biblią dla tamtejszych rehabilitantów.
Miał pracę którą lubił, bardzo dobrze wyposażone gabinety odnowy biologicznej a do
tego kilometry tras narciarskich do jeżdżenia na nartach, w dolinie ciekawe trasy do jazdy
konnej. Poza tym miał stały dostęp do najnowszej literatury medycznej, dobre zarobki,
ładne mieszkanie. Po dziesięciu latach przeprowadził się do Austrii, gdzie otworzył
własną klinikę , w której pacjent był leczony całościowo i konieczne w sposób naturalny.
Teraz już tylko służył radą swej córce, która od kilkunastu lat razem z nim prowadziła tę
klinikę.
Gdy wymienił nazwę miejscowości Joanna powiedziała - byłam tam sześć lat temu, tam
jest duże jezioro a nad nim jakiś klasztor, w którym mnisi warzą jakieś znane piwo, a sama miejscowość znana jest z tego, że jest tam mnóstwo prywatnych klinik "chirurgii estetycznej".
Widziałam kilka tych willi, wszystkie okolone bardzo wysokimi żywopłotami, na furtkach
tabliczki mówiące tylko czyja to klinika, bez wymieniania specjalności.
A co tam robiłaś? - zainteresował się Witek. Pływałam razem z dziećmi statkiem po
jeziorze, potem jedliśmy nad jeziorem obiad, a potem wróciliśmy do miasta - odpowiedziała.
Wiesz, teraz twoja kolej na opowieść o tym czasie, który minął - ja już się wyspowiadałem.
Jeszcze ci tylko dodam, że rozwiodłem się z żoną, drugi raz już się nie żeniłem, aktualnie
jestem sam, nawet jakoś nie mam ochoty na jakiś trwały związek. Stary już jestem.
No ale nadal świetnie wyglądasz , a przecież jesteś ode mnie całe siedem lat starszy-
zauważyła Joanna.
Witka wyraznie ucieszyło to zdanie - wyjaśnił Joannie, że nadal szaleje na nartach i jezdzi
konno. No, opowiedz wreszcie coś o sobie- nalegał- ile masz tych dzieci?
Joanna stwierdziła, że tak naprawdę to niewiele ma do opowiedzenia. Wyszła za mąż, ma
jedno dziecko i też jest już babcią a dziecko mieszka na stałe w Salzburgu. Ale podobno
mają się przeprowadzić do Niemiec.
No dobrze, ale co robisz, jak się czujesz?- dopytywał się Witek. Wyglądałaś w tej kawiarni
jakbyś roztrząsała kwestię "być albo nie być". Masz jakieś kłopoty?
Kłopoty? nie , nie mam, a w tej kawiarni myślałam o Tobie, o tym czasie gdy się poznaliśmy.
Bo wiesz, z tą kością krzyżową miałeś rację, boli mnie do dziś i mam jakieś tam małe
wypukliny. Byłam u profesora P., na szczęście nie chce tego operować, dał mi namiary
na jakiegoś rehabilitanta.
Witek słuchał z prawdziwym zainteresowaniem, wreszcie powiedział - znam go, mądry
lekarz, cudowne ręce, choć jeszcze całkiem młody, w porównaniu do mnie.
Jo, powiedz mi dlaczego nie chciałaś wtedy ze mną wyjechać? Mogło być nam całkiem
dobrze. Nauczyłabyś się jezdzić konno, kupilibyśmy ci żaglówkę, urlopy spędzalibyśmy
w domku nad jeziorem, np. w okolicach Strobl- Witek wyraznie się rozmarzył.
c.d.n.
nad nią stał Witek - te same intensywnie niebieskie oczy, ten sam nieco kpiący uśmiech,
a wszystko zwieńczone mocno siwymi włosami.
Nie czekając na zaproszenie Witek usiadł przy stoliku. Jak zawsze przewiercał ją wzrokiem.
Obserwuję Cię od chwili gdy tu weszłaś- powiedział. Zmieniłaś się, ale chodzisz tak samo.
Gdy zobaczyłem jak bawisz się pustą filiżanką nabrałem pewności, że to ty. Jo, nikt na
świecie nie wyczynia takich zabaw z pustą filiżanką. Zawsze mnie to trochę złościło, ale
teraz ten śmieszny nawyk pomógł mi cię rozpoznać. Zmieniłaś kolor włosów i tak bardzo
je skróciłaś! Po co je rozjaśniłaś?
Joanna zaczęła się śmiać.
Czy wiesz kiedy widzieliśmy się ostatnio?- zapytała. Niemal czterdzieści lat temu. Tak,
miałam wtedy czarne, dość długie włosy i kilkanaście kilo mniej ważyłam. A włosów
nie rozjaśniałam, wróciłam do naturalnego ich koloru, a w utrzymaniu go bez siwizny
pomaga mi farba do włosów. Ale skąd ty się tu wziąłeś? Jesteś "na chwilę" czy może
wróciłeś na stałe? A w ogóle to świetnie wyglądasz, nawet z tą siwizną.
Przyjechałem na dwa tygodnie, bo mam kilka spraw do załatwienia. Kupiłem właśnie
mieszkanie, jako lokatę. Może sprezentuję je wnuczce, też jako lokatę, bo ona chyba tu
nie będzie mieszkać. Słuchaj, to mieszkanie jest w tym budynku, chodz, pogadamy tam,
bo mamy naprawdę dużo do pogadania. Jest z pełnym wyposażeniem, bo tam nocuję,
zamiast w hotelu. Jo, no chodz, proszę! Bardzo proszę!
Joanna znów się zaśmiała - no proszę, chata , szkło i adapter, zupełnie jak przed laty.
Zerknęła na zegarek i powiedziała - muszę zadzwonić do męża i wytłumaczyć mu, co ma
sobie zrobić na obiad, który zje sam i uprzedzić, że wrócę pózno.
Witek z uśmiechem podsłuchiwał rozmowę Joanny z mężem. Gdy skończyła wyraził swe
zdziwienie faktem, że jest mężatką a nie nosi obrączki. I pierścionków też nie nosisz,
a zawsze nosiłaś przynajmniej trzy i ten ode mnie. Jo, mam nadzieję, że go nie wyrzuciłaś?
Nie , nie wyrzuciłam. Platyny z perłą nie wyrzuca się - nawet wtedy, gdy ofiarodawca jest przekonany, że pierścionek "jest tylko srebrny"- odparła ze śmiechem.
Joanna uregulowała należność za czekoladę i wyszli z barku. Mieszkanie Witka było
w przylegającym do kawiarni budynku, wejście miało od podwórza.
Gdy jechali windą na ostatnie piętro Joanna poczuła przysłowiowe motyle w brzuchu.
Zupełnie tak jak wtedy, gdy pierwszy raz mieli przekroczyć barierę w układzie lekarz-
pacjentka.
Mieszkanie było niewielkie, za to z okien roztaczał się widok na samo centrum miasta.
Z tej wysokości Pałac Kultury i nowe wieżowce prezentowały się znacznie lepiej niż
z poziomu chodnika. Joanna stała przy oknie w objęciach Witka -czuła dotyk jego rąk,
za którym przez wiele lat tak bardzo tęskniła.
Pamiętam każdy milimetr twego ciała- powiedział półgłosem Witek. Często mi się śniło,
że czekam na Ciebie na lotnisku, a ty nie przychodzisz.
Na którym lotnisku? - zainteresowała się Joanna- przecież wyjechałeś pociągiem bo
miałeś furę bagażu. Lepiej mi opowiedz jak sobie radziłeś na początku, zaraz po
przyjezdzie do Szwajcarii. Naprawdę na ciebie czekali?
Nie było cię na dworcu, gdy wyjeżdżałem - powiedział nagle Witek z pretensją w głosie.
Rozglądałem się, chciałem cię jeszcze raz choćby tylko zobaczyć.
Joanna miała ochotę wypalić "trzeba było nie wyjeżdżać", ale ugryzła się w język i
powiedziała - jasne, władca haremu wyjeżdżał i wszystkie nałożnice powinny były go
żegnać. Ale miałeś zachcianki! Żegnały cię same kobiety- twoja oficjalna żona razem
z dzieckiem i z twoją kochanką, twoja matka i jakoś nie widziałam siebie w tym gronie.
Od początku było wiadomo, że nasz związek był chwilowy i raczej bez perspektyw na
przyszłość, nawet gdybyś nie wyjeżdżał. Lepiej mi opowiedz jak sobie tam radziłeś.
Witek wypuścił Joannę z objęć , zrobił herbatę i gdy siedzieli na wielkiej kanapie, snuł
opowieść.
Miał szczęście - rzeczywiście obiecana praca już na niego czekała. Był znany, wszyscy
doceniali jego nowoczesne metody rehabilitacji i odnowy biologicznej.
Nikt nie wyrażał się pogardliwie o metodzie stosowanej przez niego akupresury. Było tak,
jakby napisana przez niego praca doktorska była biblią dla tamtejszych rehabilitantów.
Miał pracę którą lubił, bardzo dobrze wyposażone gabinety odnowy biologicznej a do
tego kilometry tras narciarskich do jeżdżenia na nartach, w dolinie ciekawe trasy do jazdy
konnej. Poza tym miał stały dostęp do najnowszej literatury medycznej, dobre zarobki,
ładne mieszkanie. Po dziesięciu latach przeprowadził się do Austrii, gdzie otworzył
własną klinikę , w której pacjent był leczony całościowo i konieczne w sposób naturalny.
Teraz już tylko służył radą swej córce, która od kilkunastu lat razem z nim prowadziła tę
klinikę.
Gdy wymienił nazwę miejscowości Joanna powiedziała - byłam tam sześć lat temu, tam
jest duże jezioro a nad nim jakiś klasztor, w którym mnisi warzą jakieś znane piwo, a sama miejscowość znana jest z tego, że jest tam mnóstwo prywatnych klinik "chirurgii estetycznej".
Widziałam kilka tych willi, wszystkie okolone bardzo wysokimi żywopłotami, na furtkach
tabliczki mówiące tylko czyja to klinika, bez wymieniania specjalności.
A co tam robiłaś? - zainteresował się Witek. Pływałam razem z dziećmi statkiem po
jeziorze, potem jedliśmy nad jeziorem obiad, a potem wróciliśmy do miasta - odpowiedziała.
Wiesz, teraz twoja kolej na opowieść o tym czasie, który minął - ja już się wyspowiadałem.
Jeszcze ci tylko dodam, że rozwiodłem się z żoną, drugi raz już się nie żeniłem, aktualnie
jestem sam, nawet jakoś nie mam ochoty na jakiś trwały związek. Stary już jestem.
No ale nadal świetnie wyglądasz , a przecież jesteś ode mnie całe siedem lat starszy-
zauważyła Joanna.
Witka wyraznie ucieszyło to zdanie - wyjaśnił Joannie, że nadal szaleje na nartach i jezdzi
konno. No, opowiedz wreszcie coś o sobie- nalegał- ile masz tych dzieci?
Joanna stwierdziła, że tak naprawdę to niewiele ma do opowiedzenia. Wyszła za mąż, ma
jedno dziecko i też jest już babcią a dziecko mieszka na stałe w Salzburgu. Ale podobno
mają się przeprowadzić do Niemiec.
No dobrze, ale co robisz, jak się czujesz?- dopytywał się Witek. Wyglądałaś w tej kawiarni
jakbyś roztrząsała kwestię "być albo nie być". Masz jakieś kłopoty?
Kłopoty? nie , nie mam, a w tej kawiarni myślałam o Tobie, o tym czasie gdy się poznaliśmy.
Bo wiesz, z tą kością krzyżową miałeś rację, boli mnie do dziś i mam jakieś tam małe
wypukliny. Byłam u profesora P., na szczęście nie chce tego operować, dał mi namiary
na jakiegoś rehabilitanta.
Witek słuchał z prawdziwym zainteresowaniem, wreszcie powiedział - znam go, mądry
lekarz, cudowne ręce, choć jeszcze całkiem młody, w porównaniu do mnie.
Jo, powiedz mi dlaczego nie chciałaś wtedy ze mną wyjechać? Mogło być nam całkiem
dobrze. Nauczyłabyś się jezdzić konno, kupilibyśmy ci żaglówkę, urlopy spędzalibyśmy
w domku nad jeziorem, np. w okolicach Strobl- Witek wyraznie się rozmarzył.
c.d.n.
wtorek, 8 lipca 2014
Spotkanie
Neurochirurg wpatrywał się bez słowa w wyniki badań. Joanna czuła się zupełnie jak na
egzaminie - lekarz co chwilę zerkał na nią, odrywając na moment wzrok od wyników.
No tak, za chwilę mi powie, że przypadek beznadziejny i mam pokochać ból - pomyślała.
A może to rak - przemknęło jej przez myśl. Spokój, spokój! - nakazała sama sobie.
Lekarz jeszcze raz spojrzał na monitor a potem powiedział bardzo spokojnym głosem:
nie będziemy tego operować. Ścięgienko nie jest zablokowane, są tylko dwie niezbyt
duże wypukliny w odcinku lędzwiowym. Jeśli będzie pani o siebie dbać, czyli niczego
nie dzwigać, ćwiczyć w basenie i pływać, chodzić w odpowiednim obuwiu i do tego
nieco zrzuci pani wagę, to obędzie się bez operacji. Spać musi pani na boku, w pozycji
embrionalnej. Dam pani skierowanie do rehabilitanta, który wie jak prowadzić takie
przypadki. I proszę przestać się wszystkim zamartwiać - połowa dolegliwości bólowych
ma swój początek w stresie. Zestresowany człowiek zle śpi, zle się porusza, ma złą
postawę. Może to zabrzmi dziwnie, ale już starożytni wiedzieli, że ból odcinka lędzwiowego
jest związany bardzo często ze stresem - tyle tylko że wtedy nazywali to troskami.
Profesor wyjął z komputera płytkę CD z wynikami rezonansu, poskładał wszystkie
klisze ze starymi wynikami Rtg, wszystko starannie zapakował do dużej koperty i
z uśmiechem podał Joannie.
A teraz niemal wszystko zależy od pani. Spotkamy się zatem za sześć lub osiem miesięcy.
O, a tu jest telefon do rehabilitanta, uprzedzę go, że pani będzie do niego dzwonić.
Profesor wstał zza biurka, uścisnął Joannie rękę na pożegnanie i podprowadził do
drzwi otwierając je - proszę, kto następny? - zapytał czekających pacjentów.
Joanna była szczęśliwa, że nie będzie operacji. Profesor był co prawda bardzo dobrym
neurochirurgiem i wszystkie poprowadzone przez niego operacje kończyły się wynikiem
pozytywnym, no ale nigdy nikt nie może zagwarantować, że po stu super udanych
operacjach ta sto pierwsza też będzie udana. Poza tym operacja może być udana a sam
proces rekonwalescencji może przebiegać zle.
Idąc ulicą roztrząsała ponownie każdy gest profesora, każde jego spojrzenie na ekran.
Chyba wiedział, co mówi - skonstatowała na koniec.
Postanowiła zajrzeć jeszcze do kilku sklepów z konfekcją - tak naprawdę nie zamierzała
cokolwiek kupić, no ale pooglądać przecież nie zaszkodzi. Poza tym niedaleko był nieduży
sklep, o którym jej mąż mawiał, że to sklep dla odkrywców nowych lądów - według niego
za leżące tu błyskotki, paciorki, naszyjniki i przeróżne ozdoby można by nabyć jakąś
jeszcze nieodkrytą wyspę od jej mieszkańców.
Dreptanie po sklepach zmęczyło Joannę, postanowiła wstąpić do barku kawowego by dać
odpocząć swemu kręgosłupowi.
Znalazła miejsce przy małym, dwuosobowym stoliku, zamówiła gorącą czekoladę.
Myślami wróciła znów do swych dolegliwości. Wbrew temu, co mówił lekarz, nie były
wynikiem zmartwień a bardzo dawnego urazu, którego doznała na nartach.
Było to naprawdę bardzo dawno i opiekujący się wtedy nią lekarz prorokował, że do końca
życia będzie miała z tego powodu bóle.
Zdaniem profesora po tamtym urazie nie było już śladu, co zapewne było wynikiem
bardzo dobrze prowadzonej rehabilitacji.
Joanna uśmiechnęła się do swych wspomnień - fakt, rehabilitacja była prowadzona bardzo
intensywnie i przez naprawdę dobrego fachowca.
Szkoda, że Witek wyjechał - szkoda, z uwagi na ten kręgosłup ale gdyby nie wyjechał
pewnie bardzo skomplikowało by się jej życie - pomyślała trzezwo.
Wróciła pamięcią do chwili, gdy pierwszy raz zobaczyła Witka - był to dzień, gdy do
szpitala przywiozła swą matkę na ewentualne zdjęcie gipsu. Siedziały na korytarzu i
czekały na przyjście ortopedy- obie były zdenerwowane - Joanna, bo akurat miała sesję i
każda godzina była "na wagę złota" a matka po prostu bardzo bała się zdejmowania gipsu.
Korytarzem co chwilę ktoś przechodził i Joanna pomyślała, że ten szpital ma chyba zbyt
wiele personelu, tyle tylko, że ten personel głównie spaceruje. Z gabinetu naprzeciwko
którego siedziała wyszedł mężczyzna- rzucił spojrzenie na Joannę i nie odrywając od niej
spojrzenia , zapytał- pani do mnie? Joanna pokręciła przecząco głową i powiedziała, że
czeka na przyjście dr.Ł.
Ooo, to potrwa, bo dr.Ł. właśnie operuje - odpowiedział i wycofał się z powrotem do
gabinetu. W chwilę potem znów wyszedł, znów zatopił w Joannie swe spojrzenie i gdzieś
powędrował.
Fajny facet, pomyślała Joanna. Nawet mu do twarzy w białym fartuchu. Doktor Ł. wrócił
za małe półgodziny, zadecydował o zdjęciu gipsu i obie poszły do zabiegowego.
Matka cały czas marudziła powtarzając, by pielęgniarka uważała i nie skaleczyła jej nogi
tą okropną piłą, potem narzekała, że noga wygląda strasznie po zdjęciu gipsu, potem
jęczała, że ta noga jej nie trzyma. Z trudem udało się Joannie doprowadzić matkę do
taksówki.
Sesja poszła dobrze i Joanna postanowiła, że w marcu pojedzie w góry, z grupą znajomych
żeglarzy, którzy w tym czasie mieli obóz kondycyjny w Zakopanem. Pomysł nie był zły,
ale oni uparli się, że skoro je z nimi posiłki, to powinna również jezdzic na nartach.
Nikt nie podejrzewał, że narty i Joanna to niezbyt dobrana para. Trzeciego dnia musieli
Joannę zbierać ze stoku - niby nic sobie nie połamała, ale nie mogła wstać.
Jakoś doczłapała do ośrodka. Pomyślała, że skoro ma całe ręce i nogi a boli ją tylko pupa,
to trzeba to rozchodzić. Trochę przy chodzeniu ją bolało, ale najgorzej było przy siedzeniu.
Do końca turnusu Joanna zamiast siedzieć klęczała.
Po powrocie do Warszawy wcale nie było lepiej - każde wejście do autobusu, wejście po
schodach i kontakt z krzesłem były męczarnią. Wreszcie zdecydowała się prześwietlić
bolące miejsce - na podstawie zdjęcia Rtg ortopeda stwierdził, że Joanna ma pękniętą
kość krzyżową z przemieszczeniem i najbliższe dwa lub nawet trzy miesiące powinna
leżeć - na desce owiniętej kocem. Dostała zwolnienie lekarskie, na którym spędziła niemal
3 miesiące. Rolę "deski" spełniała półka z szafy.
Joanna straciła semestr, zwolnienie się skończyło a ją ciągle bolało. Wreszcie któryś
z kolegów wymyślił, że zawiezie ją do swego znajomego speca od rehabilitacji -zapakował
Joannę wraz z wynikiem Rtg do samochodu i zawiózł do....przychodni dla sportowców.
Gdy Joanna weszła do gabinetu, za biurkiem zobaczyła....tego "fajnego faceta", który tak
się jej przyglądał gdy siedziała na korytarzu szpitalnym kilka miesięcy wcześniej.
Oboje wpatrywali się teraz w siebie intensywnie, wreszcie lekarz powiedział - ja chyba
panią skądś znam. Joanna wyjaśniła, że słowo "znam" nie jest adekwatne do sytuacji, bo
tylko widzieli się chwilę pół roku wcześniej.
Joanna pogrążona we wspomnieniach obracała pustą już filiżankę po czekoladzie,
jednocześnie obrzucając nic nie widzącym spojrzeniem przechodzących za oknem ludzi.
Nagle poczuła na swym ramieniu czyjś dotyk i usłyszała - to jednak ty, prawda???
Nad nią stał, niczym senna zjawa....Witek.
c.d.n.
egzaminie - lekarz co chwilę zerkał na nią, odrywając na moment wzrok od wyników.
No tak, za chwilę mi powie, że przypadek beznadziejny i mam pokochać ból - pomyślała.
A może to rak - przemknęło jej przez myśl. Spokój, spokój! - nakazała sama sobie.
Lekarz jeszcze raz spojrzał na monitor a potem powiedział bardzo spokojnym głosem:
nie będziemy tego operować. Ścięgienko nie jest zablokowane, są tylko dwie niezbyt
duże wypukliny w odcinku lędzwiowym. Jeśli będzie pani o siebie dbać, czyli niczego
nie dzwigać, ćwiczyć w basenie i pływać, chodzić w odpowiednim obuwiu i do tego
nieco zrzuci pani wagę, to obędzie się bez operacji. Spać musi pani na boku, w pozycji
embrionalnej. Dam pani skierowanie do rehabilitanta, który wie jak prowadzić takie
przypadki. I proszę przestać się wszystkim zamartwiać - połowa dolegliwości bólowych
ma swój początek w stresie. Zestresowany człowiek zle śpi, zle się porusza, ma złą
postawę. Może to zabrzmi dziwnie, ale już starożytni wiedzieli, że ból odcinka lędzwiowego
jest związany bardzo często ze stresem - tyle tylko że wtedy nazywali to troskami.
Profesor wyjął z komputera płytkę CD z wynikami rezonansu, poskładał wszystkie
klisze ze starymi wynikami Rtg, wszystko starannie zapakował do dużej koperty i
z uśmiechem podał Joannie.
A teraz niemal wszystko zależy od pani. Spotkamy się zatem za sześć lub osiem miesięcy.
O, a tu jest telefon do rehabilitanta, uprzedzę go, że pani będzie do niego dzwonić.
Profesor wstał zza biurka, uścisnął Joannie rękę na pożegnanie i podprowadził do
drzwi otwierając je - proszę, kto następny? - zapytał czekających pacjentów.
Joanna była szczęśliwa, że nie będzie operacji. Profesor był co prawda bardzo dobrym
neurochirurgiem i wszystkie poprowadzone przez niego operacje kończyły się wynikiem
pozytywnym, no ale nigdy nikt nie może zagwarantować, że po stu super udanych
operacjach ta sto pierwsza też będzie udana. Poza tym operacja może być udana a sam
proces rekonwalescencji może przebiegać zle.
Idąc ulicą roztrząsała ponownie każdy gest profesora, każde jego spojrzenie na ekran.
Chyba wiedział, co mówi - skonstatowała na koniec.
Postanowiła zajrzeć jeszcze do kilku sklepów z konfekcją - tak naprawdę nie zamierzała
cokolwiek kupić, no ale pooglądać przecież nie zaszkodzi. Poza tym niedaleko był nieduży
sklep, o którym jej mąż mawiał, że to sklep dla odkrywców nowych lądów - według niego
za leżące tu błyskotki, paciorki, naszyjniki i przeróżne ozdoby można by nabyć jakąś
jeszcze nieodkrytą wyspę od jej mieszkańców.
Dreptanie po sklepach zmęczyło Joannę, postanowiła wstąpić do barku kawowego by dać
odpocząć swemu kręgosłupowi.
Znalazła miejsce przy małym, dwuosobowym stoliku, zamówiła gorącą czekoladę.
Myślami wróciła znów do swych dolegliwości. Wbrew temu, co mówił lekarz, nie były
wynikiem zmartwień a bardzo dawnego urazu, którego doznała na nartach.
Było to naprawdę bardzo dawno i opiekujący się wtedy nią lekarz prorokował, że do końca
życia będzie miała z tego powodu bóle.
Zdaniem profesora po tamtym urazie nie było już śladu, co zapewne było wynikiem
bardzo dobrze prowadzonej rehabilitacji.
Joanna uśmiechnęła się do swych wspomnień - fakt, rehabilitacja była prowadzona bardzo
intensywnie i przez naprawdę dobrego fachowca.
Szkoda, że Witek wyjechał - szkoda, z uwagi na ten kręgosłup ale gdyby nie wyjechał
pewnie bardzo skomplikowało by się jej życie - pomyślała trzezwo.
Wróciła pamięcią do chwili, gdy pierwszy raz zobaczyła Witka - był to dzień, gdy do
szpitala przywiozła swą matkę na ewentualne zdjęcie gipsu. Siedziały na korytarzu i
czekały na przyjście ortopedy- obie były zdenerwowane - Joanna, bo akurat miała sesję i
każda godzina była "na wagę złota" a matka po prostu bardzo bała się zdejmowania gipsu.
Korytarzem co chwilę ktoś przechodził i Joanna pomyślała, że ten szpital ma chyba zbyt
wiele personelu, tyle tylko, że ten personel głównie spaceruje. Z gabinetu naprzeciwko
którego siedziała wyszedł mężczyzna- rzucił spojrzenie na Joannę i nie odrywając od niej
spojrzenia , zapytał- pani do mnie? Joanna pokręciła przecząco głową i powiedziała, że
czeka na przyjście dr.Ł.
Ooo, to potrwa, bo dr.Ł. właśnie operuje - odpowiedział i wycofał się z powrotem do
gabinetu. W chwilę potem znów wyszedł, znów zatopił w Joannie swe spojrzenie i gdzieś
powędrował.
Fajny facet, pomyślała Joanna. Nawet mu do twarzy w białym fartuchu. Doktor Ł. wrócił
za małe półgodziny, zadecydował o zdjęciu gipsu i obie poszły do zabiegowego.
Matka cały czas marudziła powtarzając, by pielęgniarka uważała i nie skaleczyła jej nogi
tą okropną piłą, potem narzekała, że noga wygląda strasznie po zdjęciu gipsu, potem
jęczała, że ta noga jej nie trzyma. Z trudem udało się Joannie doprowadzić matkę do
taksówki.
Sesja poszła dobrze i Joanna postanowiła, że w marcu pojedzie w góry, z grupą znajomych
żeglarzy, którzy w tym czasie mieli obóz kondycyjny w Zakopanem. Pomysł nie był zły,
ale oni uparli się, że skoro je z nimi posiłki, to powinna również jezdzic na nartach.
Nikt nie podejrzewał, że narty i Joanna to niezbyt dobrana para. Trzeciego dnia musieli
Joannę zbierać ze stoku - niby nic sobie nie połamała, ale nie mogła wstać.
Jakoś doczłapała do ośrodka. Pomyślała, że skoro ma całe ręce i nogi a boli ją tylko pupa,
to trzeba to rozchodzić. Trochę przy chodzeniu ją bolało, ale najgorzej było przy siedzeniu.
Do końca turnusu Joanna zamiast siedzieć klęczała.
Po powrocie do Warszawy wcale nie było lepiej - każde wejście do autobusu, wejście po
schodach i kontakt z krzesłem były męczarnią. Wreszcie zdecydowała się prześwietlić
bolące miejsce - na podstawie zdjęcia Rtg ortopeda stwierdził, że Joanna ma pękniętą
kość krzyżową z przemieszczeniem i najbliższe dwa lub nawet trzy miesiące powinna
leżeć - na desce owiniętej kocem. Dostała zwolnienie lekarskie, na którym spędziła niemal
3 miesiące. Rolę "deski" spełniała półka z szafy.
Joanna straciła semestr, zwolnienie się skończyło a ją ciągle bolało. Wreszcie któryś
z kolegów wymyślił, że zawiezie ją do swego znajomego speca od rehabilitacji -zapakował
Joannę wraz z wynikiem Rtg do samochodu i zawiózł do....przychodni dla sportowców.
Gdy Joanna weszła do gabinetu, za biurkiem zobaczyła....tego "fajnego faceta", który tak
się jej przyglądał gdy siedziała na korytarzu szpitalnym kilka miesięcy wcześniej.
Oboje wpatrywali się teraz w siebie intensywnie, wreszcie lekarz powiedział - ja chyba
panią skądś znam. Joanna wyjaśniła, że słowo "znam" nie jest adekwatne do sytuacji, bo
tylko widzieli się chwilę pół roku wcześniej.
Joanna pogrążona we wspomnieniach obracała pustą już filiżankę po czekoladzie,
jednocześnie obrzucając nic nie widzącym spojrzeniem przechodzących za oknem ludzi.
Nagle poczuła na swym ramieniu czyjś dotyk i usłyszała - to jednak ty, prawda???
Nad nią stał, niczym senna zjawa....Witek.
c.d.n.
środa, 2 lipca 2014
Wspominkowo, "wakacjowo"
Wakacje - cudne słowo, zwłaszcza gdy się chodziło do szkoły. Rok szkolny zdawał się
nie mieć końca, ale wreszcie nadchodził czerwiec i wraz z nim wakacje.
Mnie ten czas zawsze kojarzy się z wyjazdem nad Bałtyk. Wyobrazcie sobie, że przez
cały okres nauki w szkole tylko dwa razy spędzałam wakacje nie nad morzem.
Najczęściej miesiąc byłam w Gdyni a miesiąc na Półwyspie Helskim, w Jastarni.
Jastarnia z czasów mojego dzieciństwa a obecnie to dwie różne miejscowości.
Wolałam tamtą, niż dzisiejszą Jastarnię. Nie była tak zabudowana, było dużo przestrzeni.
Przedpołudnia spędzaliśmy zawsze na plaży od strony otwartego morza, po obiedzie
wędrowało się plażować nad Zatokę. Woda w zatoce była wręcz ciepła, płycizna
zapraszała do kąpieli, poza tym zawsze braliśmy kajaki, dzięki czemu dość wcześnie
nauczyłam się niezle wiosłować. Gdy już byliśmy wymoczeni i zmęczeni przenosiliśmy
się do portu. Port był mały, jego część dla statków rybackich była większa niż ta dla
pasażerów. Po drugiej stronie zatoki był port Marynarki Wojennej z ośrodkiem
szkoleniowym.
Przed II wojną światową w porcie, blisko mola pasażerskiego była kawiarnia, za moich
czasów niestety już nie. Ale i tak bardzo lubiłam codzienne wizyty w porcie - lubiłam
oglądać kutry rybackie wybierające się na połów, oraz te, które były aktualnie naprawiane.
Poza tym niezle można było obserwować całkiem liczną flotę Marynarki Wojennej -
ciągle jakieś jednostki pływające podpływały do kei, przepływały szalupy, w których
przy wiosłach siedzieli świeżo powołani do marynarki chłopcy.
Z tamtego czasu pamiętam ekskluzywną restaurację bardzo blisko morza, zwaną
Domem Zdrojowym. Jej właścicielem był ORBIS.
Stołowaliśmy się tam i choć ceny były ponoć horrendalne wcale nie było łatwo o miejsce. Wieczorami odbywały się tam dancingi i były aż dwa parkiety - jeden w środku sali, drugi
na zewnątrz, z widokiem na morze. Niestety nikt nie wpuszczał tam dzieci, zupełnie nie
wiem czemu:))))
Niewątpliwą atrakcją były nieduże, rybackie wędzarnie ryb, w których można było
kupić jeszcze ciepłe ryby. Tak prawdę mówiąc to tylko latem jadałam wędzone ryby - te
kupowane w Warszawie niczym nie przypominały tych kupionych w Jastarni.
Kolejną atrakcją były spacery przez las do Juraty. Po drodze oglądaliśmy bunkry z czasów
wojny, ale nie pozwalano nam wspinać się na nie. W Juracie było molo od strony zatoki.
Czasem udawało się nam namówić dorosłych by wracać z Juraty brzegiem zatoki, choć
były miejsca, w których ścieżka ginęła i trzeba było kawałek drogi pokonać brodząc
w wodzie, co jakoś nie budziło entuzjazmu dorosłych.
Dość wcześnie moja rodzina doszła do wniosku, że mogę wyjechać do Jastarni z dwoma
młodszymi kuzynami, jako ich opiekunka. Miałam wtedy 16 lat, chłopcy 8 i 6.
Do dziś nie wiem co rodzinie odbiło - miałam być z nimi sama przez cały lipiec, na
sierpień miała przyjechać babcia.
Chyba nie zdawałam sobie zbytnio sprawy jakie to męczące, skoro wyraziłam zgodę.
Odpadło mi beztroskie wylegiwanie się w grajdole, różne plażowe rozrywki jak gra
w siatkówkę i przemierzanie plaży brzegiem morza, pływanie kajakiem.
Na domiar złego......zakochałam się. W jednym z dwójki plażowiczów płci męskiej,
którzy w ostatnim tygodniu lipca wykopali sobie grajdoł tuż obok mojego.
Chłopak dziwnym trafem spełniał wszystkie warunki zewnętrzne mojego ideału urody
męskiej. Był wysoki, ładnie zbudowany, miał czarne, falujące włosy i...zielone oczy.
Do tego wyglądał świetnie nie tylko w samych kąpielówkach, równie atrakcyjnie
prezentował się w dżinsach i zamszowej kurtce z frędzlami wzdłuż rękawów.
Tak mi się ten chłopak podobał, że dałam się "poderwać". Jak się potem okazało,
obaj byli przekonani, że jestem już osobą tak mniej więcej około dwudziestki. Nic
dziwnego, wszystko "miałam na miejscu" i paradowałam w dość skąpym bikini.
Przez cały tydzień widywaliśmy się tylko na plaży. Przystojniak miał na imię Jerzy,
jego kolega chyba Staszek. Jerzy pomagał mi nieco w opiece nad moimi kuzynami
gdy wchodziłam z nimi do wody - teraz dzieciaki mogły się kąpać jednocześnie, bo
Staszek na prośbę Jerzego pilnował naszych rzeczy w grajdole no i łatwiej mi było
zapewnić opiekę obu dzieciakom podczas kąpieli.
Przyjazd babci wywołał małe trzęsienie ziemi - zmieniliśmy lokum, skończyło się
plażowanie od 8 rano do 16-tej i dopiero o tej porze jedzenie obiadu. I ja i chłopcy
czuliśmy się z tego powodu zle- musieliśmy w upał iść na obiad, a potem wrócić
do domu i nie wiadomo po co odpoczywać.
Ale jednocześnie dzięki jej przyjazdowi mogłam się spotykać popołudniami z Jerzym.
Dopiero wtedy dowiedziałam się skąd pochodził, co robił, ile miał lat. Był ode mnie
całe 6 lat starszy i ogromnie zaskoczony faktem, że niedawno ukończyłam 16 lat.
Okazało się, że mamy dość podobne zainteresowania, lubimy tę samą muzykę,
oboje marzymy o Karaibach lub innych ciepłych zakątkach globu, no i bardzo lubimy
tańczyć.
Siadywaliśmy na wydmie nad plażą i gapiąc się na morze snuliśmy marzenia. Potem
często wędrowaliśmy leśnym deptakiem w stronę Juraty. Jerzy dobrze sobie zdawał
sprawę z tego, że jestem nieletnia - jego czułości nie wychodziły poza muśnięcie
ustami mojej ręki na powitanie lub pożegnanie.
Po dwóch tygodniach Jerzy wyjechał z Jastarni. Od tej pory zaczęły namiętnie kursować
pomiędzy nami listy. Mieliśmy się spotkać w następnym roku ale jakoś nic z tego nie
wyszło. Gdy on przyjechał do Warszawy ja akurat byłam poza Warszawą. A w dwa
lata pózniej dostałam list od jego....świeżo poślubionej żony.
Pisała do mnie prosząc o interwencję - pobrali się bo zaszła w ciążę, ale on jej cały czas
mówił, że jej nie kocha, bo....kocha mnie. Więc wyobraziła sobie, że skoro on mnie
kocha, to ja mam szansę wpłynąć na niego by on z nią pozostał a nie groził rozwodem.
Było to dziwne jak dla mnie rozumowanie, ale odpisałam dziewczynie wyjaśniając że
nic mi nie jest wiadomo, że on mnie kocha, że tak naprawdę nic mnie z nim trwałego nie
łączy, że nawet nigdy nie pocałowaliśmy się ani nigdy nie pisał mi, że spotyka się
z jakąś dziewczyną, ale dobrze- napiszę do niego list. Po kilku miesiącach dostałam od
niej kolejny list - Jerzy uciekł w bliżej nieznanym kierunku.
Dość szybko dowiedziałam się dokąd uciekł, bo Jerzy napisał do mnie. Rzucił wszystko
i uciekł w Bieszczady. Jeszcze przez kilka lat dostawałam od niego listy z pewnej
zakazanej dziury w Bieszczadach.I wcale nie zraziła go wiadomość, że wyszłam za mąż.
Podejrzewam, że listy nadal przychodziły nawet wtedy, gdy już się wyprowadziłam z domu rodzinnego.
nie mieć końca, ale wreszcie nadchodził czerwiec i wraz z nim wakacje.
Mnie ten czas zawsze kojarzy się z wyjazdem nad Bałtyk. Wyobrazcie sobie, że przez
cały okres nauki w szkole tylko dwa razy spędzałam wakacje nie nad morzem.
Najczęściej miesiąc byłam w Gdyni a miesiąc na Półwyspie Helskim, w Jastarni.
Jastarnia z czasów mojego dzieciństwa a obecnie to dwie różne miejscowości.
Wolałam tamtą, niż dzisiejszą Jastarnię. Nie była tak zabudowana, było dużo przestrzeni.
Przedpołudnia spędzaliśmy zawsze na plaży od strony otwartego morza, po obiedzie
wędrowało się plażować nad Zatokę. Woda w zatoce była wręcz ciepła, płycizna
zapraszała do kąpieli, poza tym zawsze braliśmy kajaki, dzięki czemu dość wcześnie
nauczyłam się niezle wiosłować. Gdy już byliśmy wymoczeni i zmęczeni przenosiliśmy
się do portu. Port był mały, jego część dla statków rybackich była większa niż ta dla
pasażerów. Po drugiej stronie zatoki był port Marynarki Wojennej z ośrodkiem
szkoleniowym.
Przed II wojną światową w porcie, blisko mola pasażerskiego była kawiarnia, za moich
czasów niestety już nie. Ale i tak bardzo lubiłam codzienne wizyty w porcie - lubiłam
oglądać kutry rybackie wybierające się na połów, oraz te, które były aktualnie naprawiane.
Poza tym niezle można było obserwować całkiem liczną flotę Marynarki Wojennej -
ciągle jakieś jednostki pływające podpływały do kei, przepływały szalupy, w których
przy wiosłach siedzieli świeżo powołani do marynarki chłopcy.
Z tamtego czasu pamiętam ekskluzywną restaurację bardzo blisko morza, zwaną
Domem Zdrojowym. Jej właścicielem był ORBIS.
Stołowaliśmy się tam i choć ceny były ponoć horrendalne wcale nie było łatwo o miejsce. Wieczorami odbywały się tam dancingi i były aż dwa parkiety - jeden w środku sali, drugi
na zewnątrz, z widokiem na morze. Niestety nikt nie wpuszczał tam dzieci, zupełnie nie
wiem czemu:))))
Niewątpliwą atrakcją były nieduże, rybackie wędzarnie ryb, w których można było
kupić jeszcze ciepłe ryby. Tak prawdę mówiąc to tylko latem jadałam wędzone ryby - te
kupowane w Warszawie niczym nie przypominały tych kupionych w Jastarni.
Kolejną atrakcją były spacery przez las do Juraty. Po drodze oglądaliśmy bunkry z czasów
wojny, ale nie pozwalano nam wspinać się na nie. W Juracie było molo od strony zatoki.
Czasem udawało się nam namówić dorosłych by wracać z Juraty brzegiem zatoki, choć
były miejsca, w których ścieżka ginęła i trzeba było kawałek drogi pokonać brodząc
w wodzie, co jakoś nie budziło entuzjazmu dorosłych.
Dość wcześnie moja rodzina doszła do wniosku, że mogę wyjechać do Jastarni z dwoma
młodszymi kuzynami, jako ich opiekunka. Miałam wtedy 16 lat, chłopcy 8 i 6.
Do dziś nie wiem co rodzinie odbiło - miałam być z nimi sama przez cały lipiec, na
sierpień miała przyjechać babcia.
Chyba nie zdawałam sobie zbytnio sprawy jakie to męczące, skoro wyraziłam zgodę.
Odpadło mi beztroskie wylegiwanie się w grajdole, różne plażowe rozrywki jak gra
w siatkówkę i przemierzanie plaży brzegiem morza, pływanie kajakiem.
Na domiar złego......zakochałam się. W jednym z dwójki plażowiczów płci męskiej,
którzy w ostatnim tygodniu lipca wykopali sobie grajdoł tuż obok mojego.
Chłopak dziwnym trafem spełniał wszystkie warunki zewnętrzne mojego ideału urody
męskiej. Był wysoki, ładnie zbudowany, miał czarne, falujące włosy i...zielone oczy.
Do tego wyglądał świetnie nie tylko w samych kąpielówkach, równie atrakcyjnie
prezentował się w dżinsach i zamszowej kurtce z frędzlami wzdłuż rękawów.
Tak mi się ten chłopak podobał, że dałam się "poderwać". Jak się potem okazało,
obaj byli przekonani, że jestem już osobą tak mniej więcej około dwudziestki. Nic
dziwnego, wszystko "miałam na miejscu" i paradowałam w dość skąpym bikini.
Przez cały tydzień widywaliśmy się tylko na plaży. Przystojniak miał na imię Jerzy,
jego kolega chyba Staszek. Jerzy pomagał mi nieco w opiece nad moimi kuzynami
gdy wchodziłam z nimi do wody - teraz dzieciaki mogły się kąpać jednocześnie, bo
Staszek na prośbę Jerzego pilnował naszych rzeczy w grajdole no i łatwiej mi było
zapewnić opiekę obu dzieciakom podczas kąpieli.
Przyjazd babci wywołał małe trzęsienie ziemi - zmieniliśmy lokum, skończyło się
plażowanie od 8 rano do 16-tej i dopiero o tej porze jedzenie obiadu. I ja i chłopcy
czuliśmy się z tego powodu zle- musieliśmy w upał iść na obiad, a potem wrócić
do domu i nie wiadomo po co odpoczywać.
Ale jednocześnie dzięki jej przyjazdowi mogłam się spotykać popołudniami z Jerzym.
Dopiero wtedy dowiedziałam się skąd pochodził, co robił, ile miał lat. Był ode mnie
całe 6 lat starszy i ogromnie zaskoczony faktem, że niedawno ukończyłam 16 lat.
Okazało się, że mamy dość podobne zainteresowania, lubimy tę samą muzykę,
oboje marzymy o Karaibach lub innych ciepłych zakątkach globu, no i bardzo lubimy
tańczyć.
Siadywaliśmy na wydmie nad plażą i gapiąc się na morze snuliśmy marzenia. Potem
często wędrowaliśmy leśnym deptakiem w stronę Juraty. Jerzy dobrze sobie zdawał
sprawę z tego, że jestem nieletnia - jego czułości nie wychodziły poza muśnięcie
ustami mojej ręki na powitanie lub pożegnanie.
Po dwóch tygodniach Jerzy wyjechał z Jastarni. Od tej pory zaczęły namiętnie kursować
pomiędzy nami listy. Mieliśmy się spotkać w następnym roku ale jakoś nic z tego nie
wyszło. Gdy on przyjechał do Warszawy ja akurat byłam poza Warszawą. A w dwa
lata pózniej dostałam list od jego....świeżo poślubionej żony.
Pisała do mnie prosząc o interwencję - pobrali się bo zaszła w ciążę, ale on jej cały czas
mówił, że jej nie kocha, bo....kocha mnie. Więc wyobraziła sobie, że skoro on mnie
kocha, to ja mam szansę wpłynąć na niego by on z nią pozostał a nie groził rozwodem.
Było to dziwne jak dla mnie rozumowanie, ale odpisałam dziewczynie wyjaśniając że
nic mi nie jest wiadomo, że on mnie kocha, że tak naprawdę nic mnie z nim trwałego nie
łączy, że nawet nigdy nie pocałowaliśmy się ani nigdy nie pisał mi, że spotyka się
z jakąś dziewczyną, ale dobrze- napiszę do niego list. Po kilku miesiącach dostałam od
niej kolejny list - Jerzy uciekł w bliżej nieznanym kierunku.
Dość szybko dowiedziałam się dokąd uciekł, bo Jerzy napisał do mnie. Rzucił wszystko
i uciekł w Bieszczady. Jeszcze przez kilka lat dostawałam od niego listy z pewnej
zakazanej dziury w Bieszczadach.I wcale nie zraziła go wiadomość, że wyszłam za mąż.
Podejrzewam, że listy nadal przychodziły nawet wtedy, gdy już się wyprowadziłam z domu rodzinnego.
środa, 25 czerwca 2014
Dla dobra dziecka
"Dla dobra dziecka" ludzie robią różne, czasem zupełnie dla mnie niepojęte rzeczy.
Fakt, że wiele spraw ocenia się z własnego punktu widzenia, na który składa się
wiele elementów jak : nasz wiek, to co wynieśliśmy z domu, poziom wykształcenia a
nawet miejsce zamieszkania.
Mam w rodzinie kuzynkę, którą, dla jej dobra, rodzina pozbawiła rodziców.
Otóż cioteczna siostra mojej matki wdała się w romans z żonatym człowiekiem.
Żonatym a do tego, w moim odczuciu, mało odpowiedzialnym facetem.
Po pół roku okazało się, że dziewczyna jest w ciąży. Sprawa wydała się na tyle wcześnie,
że można było jeszcze ciążę usunąć gdyby nie fakt, że rodzice mojej kuzynki mieszkali
w niewielkim miasteczku, w którym, na domiar złego mieszkali od dawna i byli dość
znanymi osobami, no a wiadomo, że w takiej niewielkiej społeczności sprawa z całą
pewnością byłaby przedmiotem przeróżnych plotek.
To było miasteczko, w którym każdy wiedział o swoim sąsiedzie więcej, niż o samym
sobie.
Gdy tylko ciotka mojej matki zorientowała się, że coś zbyt długo Marysia nie zgłaszała
zapotrzebowania na podkładki, natychmiast wzięła dziewczynę na spytki i pojechała
z nią niemal w drugi koniec Polski do ginekologa na badanie. No cóż, niestety Marysia
była w ciąży.
Po powrocie zwołano ściśle tajną naradę rodzinną i postanowiono, że Marysia, tak jak było
postanowione, rozpocznie studia w jednym z miast wojewódzkich, w którym mieszkała
rodzina jej ojca. Będzie studiować aż do chwili rozwiązania,a po porodzie dziecko trafi do
adopcji - a zaadoptuje je starsza siostra Marysi, która wciąż mieszkała u rodziców. Tym
sposobem dziecko pozostanie w rodzinie, a Marysia, która jest tak nieodpowiedzialną
osobą, że nie można jej powierzyć tak ważnego zadania jak wychowanie dziecka, spokojnie
skończy studia i ułoży sobie potem życie z kimś innym.
Może nie mam racji, ale dla mnie to był diabelski plan - zamiast pomóc córce w
maksymalny sposób, oni jej zabrali dziecko.
A poza tym to była ich wina, że Marysia nie była odpowiednio przygotowana do życia.
Oczywiście gdy Marysia już powiła niemowlę płci żeńskiej, przeprowadzono wszystkie
formalności i mała Kasia wylądowała w mieszkaniu dziadków i swej cioci. Były to czasy, gdy
adopcje przebiegały sprawniej, zwłaszcza, że Marysia od razu zrzekła się praw do dziecka,
a jedna z kuzynek, prawniczka , przepilotowała całą sprawę.
Marysi zabroniono poinformowania ojca dziecka o fakcie, że został ojcem. Ukryto też
przed nim miejsce pobytu Marysi. A Kasia nie mówiła nigdy jako małe dziecko tych tak
miło brzmiących słów : mama i tata.
Mniej więcej w połowie szkoły podstawowej Kasia zaczęła się interesować, dlaczego ona
nie ma mamy i taty.
Pytania te zasiały mały zamęt - wytłumaczono tylko Kasi, że jej mamusia nie mogła jej
wychowywać, więc ciocia wzięła ją na wychowanie.
Poza tym, że rodzina pozbawiła Kasię rodziców, spisywała się "na medal" - Kasia była
kochana, pieszczona,dbano o nią w sposób wielce prawidłowy.
Ale w liceum, Kasia znów zaczęła dociekać kim byli jej rodzice - tym razem dowiedziała
się, kim była i jest jej matka, ale oni nie wiedzą kim był jej ojciec.
Tę sprawę musi jej wyjawić matka.
Wyobrażacie sobie chyba, co Kasia przeżywała - z jednej strony cieszyła się, że pozna
matkę, z drugiej strony czuła do niej szalony żal, że matka ją w jakiś sposób porzuciła.
Kasia poznała swą matkę już jako osoba pełnoletnia - to było dla niej i dla Marysi bardzo
trudne spotkanie.
Kasia przekonała się wtedy, że nie istnieją więzy krwi, że znacznie silniejszy od nich jest
fakt przebywania z kimś pod jednym dachem.
Nieużywane dotąd słowo "mama" jakoś nie przechodziło Kasi przez gardło, więc zwracała
się do Marysi po imieniu. Marysia , tym razem nie posłuchała dobrych rad swej rodziny i
dokładnie opowiedziała Kasi jak to było z jej adopcją. Pokazała również Kasi zdjęcie jej
ojca - Kasia była do niego bardziej podobna niż do Marysi.
Obie zgodnie postanowiły, że nie przedstawią mu Kasi - przecież on nawet nie wiedział, że
Marysia urodziła jego dziecko.
Kasia przez resztę życia Marysi utrzymywała z nią kontakt jedynie listowny - Marysia
nie była na jej ślubie, nie widziała nigdy swych wnuków "w naturze".
Nigdy nie przepadałam za tamtym "kawałkiem" rodziny - kontakt miałam dość ograniczony,
była to bowiem rodzina mojej matki, a małżeństwo moich rodziców zakończyło się
rozwodem gdy byłam małym dzieckiem.
Jak widać ludzie w bardzo różny sposób dbają o dobro dzieci - ale jedno ich łączy -
narzucenie dzieciom własnego pomysłu na ich życie.
Fakt, że wiele spraw ocenia się z własnego punktu widzenia, na który składa się
wiele elementów jak : nasz wiek, to co wynieśliśmy z domu, poziom wykształcenia a
nawet miejsce zamieszkania.
Mam w rodzinie kuzynkę, którą, dla jej dobra, rodzina pozbawiła rodziców.
Otóż cioteczna siostra mojej matki wdała się w romans z żonatym człowiekiem.
Żonatym a do tego, w moim odczuciu, mało odpowiedzialnym facetem.
Po pół roku okazało się, że dziewczyna jest w ciąży. Sprawa wydała się na tyle wcześnie,
że można było jeszcze ciążę usunąć gdyby nie fakt, że rodzice mojej kuzynki mieszkali
w niewielkim miasteczku, w którym, na domiar złego mieszkali od dawna i byli dość
znanymi osobami, no a wiadomo, że w takiej niewielkiej społeczności sprawa z całą
pewnością byłaby przedmiotem przeróżnych plotek.
To było miasteczko, w którym każdy wiedział o swoim sąsiedzie więcej, niż o samym
sobie.
Gdy tylko ciotka mojej matki zorientowała się, że coś zbyt długo Marysia nie zgłaszała
zapotrzebowania na podkładki, natychmiast wzięła dziewczynę na spytki i pojechała
z nią niemal w drugi koniec Polski do ginekologa na badanie. No cóż, niestety Marysia
była w ciąży.
Po powrocie zwołano ściśle tajną naradę rodzinną i postanowiono, że Marysia, tak jak było
postanowione, rozpocznie studia w jednym z miast wojewódzkich, w którym mieszkała
rodzina jej ojca. Będzie studiować aż do chwili rozwiązania,a po porodzie dziecko trafi do
adopcji - a zaadoptuje je starsza siostra Marysi, która wciąż mieszkała u rodziców. Tym
sposobem dziecko pozostanie w rodzinie, a Marysia, która jest tak nieodpowiedzialną
osobą, że nie można jej powierzyć tak ważnego zadania jak wychowanie dziecka, spokojnie
skończy studia i ułoży sobie potem życie z kimś innym.
Może nie mam racji, ale dla mnie to był diabelski plan - zamiast pomóc córce w
maksymalny sposób, oni jej zabrali dziecko.
A poza tym to była ich wina, że Marysia nie była odpowiednio przygotowana do życia.
Oczywiście gdy Marysia już powiła niemowlę płci żeńskiej, przeprowadzono wszystkie
formalności i mała Kasia wylądowała w mieszkaniu dziadków i swej cioci. Były to czasy, gdy
adopcje przebiegały sprawniej, zwłaszcza, że Marysia od razu zrzekła się praw do dziecka,
a jedna z kuzynek, prawniczka , przepilotowała całą sprawę.
Marysi zabroniono poinformowania ojca dziecka o fakcie, że został ojcem. Ukryto też
przed nim miejsce pobytu Marysi. A Kasia nie mówiła nigdy jako małe dziecko tych tak
miło brzmiących słów : mama i tata.
Mniej więcej w połowie szkoły podstawowej Kasia zaczęła się interesować, dlaczego ona
nie ma mamy i taty.
Pytania te zasiały mały zamęt - wytłumaczono tylko Kasi, że jej mamusia nie mogła jej
wychowywać, więc ciocia wzięła ją na wychowanie.
Poza tym, że rodzina pozbawiła Kasię rodziców, spisywała się "na medal" - Kasia była
kochana, pieszczona,dbano o nią w sposób wielce prawidłowy.
Ale w liceum, Kasia znów zaczęła dociekać kim byli jej rodzice - tym razem dowiedziała
się, kim była i jest jej matka, ale oni nie wiedzą kim był jej ojciec.
Tę sprawę musi jej wyjawić matka.
Wyobrażacie sobie chyba, co Kasia przeżywała - z jednej strony cieszyła się, że pozna
matkę, z drugiej strony czuła do niej szalony żal, że matka ją w jakiś sposób porzuciła.
Kasia poznała swą matkę już jako osoba pełnoletnia - to było dla niej i dla Marysi bardzo
trudne spotkanie.
Kasia przekonała się wtedy, że nie istnieją więzy krwi, że znacznie silniejszy od nich jest
fakt przebywania z kimś pod jednym dachem.
Nieużywane dotąd słowo "mama" jakoś nie przechodziło Kasi przez gardło, więc zwracała
się do Marysi po imieniu. Marysia , tym razem nie posłuchała dobrych rad swej rodziny i
dokładnie opowiedziała Kasi jak to było z jej adopcją. Pokazała również Kasi zdjęcie jej
ojca - Kasia była do niego bardziej podobna niż do Marysi.
Obie zgodnie postanowiły, że nie przedstawią mu Kasi - przecież on nawet nie wiedział, że
Marysia urodziła jego dziecko.
Kasia przez resztę życia Marysi utrzymywała z nią kontakt jedynie listowny - Marysia
nie była na jej ślubie, nie widziała nigdy swych wnuków "w naturze".
Nigdy nie przepadałam za tamtym "kawałkiem" rodziny - kontakt miałam dość ograniczony,
była to bowiem rodzina mojej matki, a małżeństwo moich rodziców zakończyło się
rozwodem gdy byłam małym dzieckiem.
Jak widać ludzie w bardzo różny sposób dbają o dobro dzieci - ale jedno ich łączy -
narzucenie dzieciom własnego pomysłu na ich życie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)