Inka odebrała swój kod, który umożliwiał jej korzystanie z wielu rzeczy oraz branie
udziału w wielu spotkaniach pogłębiających samoświadomość.
Pobyt w Domu Dusz nie był pobytem tylko wypoczynkowym.
Oczywiście na samym początku nowi lokatorzy mieli trochę luzu. Musieli zrzucić
z siebie swe ziemskie przeżycia.
Bardzo podobały się Ince domki, w których dusze mogły spać, odpoczywać lub
medytować.Wyglądały jak wielkie, kolorowe bańki mydlane. Było ich bardzo,
bardzo dużo, tworzyły kolorowe szeregi. Stały na łąkach, w niedużych laskach,
niektóre tworzyły wysoką, kolorową budowlę. Bańko-chatka Rafała stała blisko
dużego drzewa i wydawać się mogło, że pomiędzy drzewem a chatką jest zbyt mało
miejsca na jeszcze jedno pomieszczenie, ale chatka Inki zmieściła się bez trudu.
Po prostu przylegała do chatki Rafała na nieco większej powierzchni i obie były
przez to nieco zniekształcone, co było nawet zaletą- mieli jedną ścianę prostą.
Umeblowanie było raczej symboliczne-leżanka, stolik, krzesełko, poduszka do
medytacji. Nie było drzwi, po przyłożeniu tabliczki z kodem do powierzchni
ściany można było wejść do środka- z daleka wyglądało to tak, jakby mieszkaniec
przenikał przez ścianę.
Rafał, a ten kombinezon to się zdejmuje do spania? -zapytała Inka. A to jak chcesz,
ale raczej wszyscy śpią w kombinezonach. Z czasem każdy przestaje czuć swe dawne
ciało i ma kłopot z ubieraniem się.
Inko, idz teraz nieco odpocząć, ja pójdę tymczasem do biblioteki. Muszę trochę poczytać.
Gdy wrócę to cię obudzę. I nie wpuszczaj nikogo do środka, bo nikogo nie znasz.
Zasadą naczelną jest by wpuszczać tylko tego czyj kod się zna.
Zobacz, tu w kombinezonie masz taką małą zapinaną kieszonkę- będziesz w niej miała
swoją tabliczkę z kodem i przypnę ci również mini plakietkę z moim numerem kodu.
Wiem, nie bardzo to rozumiesz- ale dusze też bywają różne. Są wśród nich również
wampiry energetyczne. Wystarczy z nimi zamienić kilka zdań, by powstał spory ubytek
energii. Pamiętaj, każdy kto do ciebie zapuka musi podać swój kod, a ty musisz wpierw
sprawdzić, czy masz ten numer na mini plakietce adresowej. No to idę- przyłóż tabliczkę
do ściany, żebym mógł wyjść.
Rafał wyszedł, a Inka pomału starała sobie uporządkować to wszystko czego ostatnio
doświadczyła.
Wróciła pamięcią do drogi w tunelu, potem do holograficznych widoków. Zastanawiała się
czy ostatni skok Rafała ze skały był przypadkowo czy celowo nieudany. Ale wiedziała, że
nie zdoła się zapytać go o to. Może sam mi to powie , pomyślała.
Zastanawiała się, dlaczego wciąż nie może sobie przypomnieć poprzednich pobytów w tym
miejscu.I nie mogła też zorientować się ile czasu upłynęło od chwili jej śmierci. Dzień, dwa
czy miesiąc? Miała wrażenie, że tu czas nie funkcjonuje, a następujące po sobie epizody
też nie pozwalały na zorientowanie się w upływie czasu.
Leżała i zastanawiała się jakie śmieszne i ładne są te chatki- wszystkie lśniły tęczowym
blaskiem i z zewnątrz wydawało się, że ścianki są przezroczyste. A tak naprawdę
ścianki nie były przezroczyste - zapewniały całkowitą izolację istocie będącej wewnątrz.
W środku , tak mówił Rafał, wszystkie były takie same- tak samo wyposażone, a ściany
były w delikatnym perłowym błękicie. Inka dopiero teraz zauważyła, że zupełnie nie
odczuwa głodu ani pragnienia- cała dotychczasowa fizjologia, związana z minionym
ludzkim wcieleniem zanikła.
Znów pomyślała o swoim przywołanym hologramie - w pamięci odtwarzała drogę
w sosnowym lesie i tę ulubioną chwilę, gdy dochodziła do szczytu wydmy a przed nią
roztaczał się widok na plażę i morze. I ukołysana tym widokiem Inka zasnęła.
Obudziła się sama, zupełnie nie wiedząc jak długo spała. Może chwilę, a może kilka
godzin?
Odruchowo poszukała zegarka- dopiero po chwili uzmysłowiła sobie, że tu żyje się bez
bez zegarka. Przy okazji uświadomiła sobie, że o swym niedawno zakończonym życiu
myśli bez emocji. Zaczęła się natomiast zastanawiać, czy spotka tu swoich bliskich,
którzy już dawno odeszli. Było kilka osób, za którymi naprawdę bardzo tęskniła po ich
odejściu.
Wstała z leżanki i usiadła przy stoliku. Blat był matowy, wyglądał jak zakurzony.
Odruchowo przetarła jego powierzchnię ręka i....blat okazał się być ekranem monitora.
Pośrodku ukazał się duży napis: "ładuję". Po chwili ukazał się dość długi tekst noszący
tytuł "Regulamin".
No nie, tu też regulaminy! To wcale nie jest zabawne.
Na ekranie pokazał się napis : "przeczytaj koniecznie, twoja adaptacja przebiegnie łatwiej
gdy to przeczytasz".
Ince zachciało się śmiać, bo pomyślała, że wiecej tu było takich niepokornych jak ona
dusz. W swym ziemskim wcieleniu prawie nigdy nie czytała regulaminów, zwłaszcza, że
większośc z nich omawiała sprawy znane i jasne, które dotyczyły niemal wszystkich
dziedzin życia i wg Inki każdy to znał.
Czytała Regulamin Domu Dusz i była wdzięczna losowi, że Rafał ją znał wcześniej i
na nią czekał (nie wiadomo dlaczego) i w jakiś sposób się nią opiekował.
W swym ziemskim wcieleniu nie była przyzwyczajona do męskiej opieki - to ona była
tą, do której ze swymi problemami przychodził mąż i dzieci. Ona wszystkim dyrygowała
oficjalnie siedząc w drugim rzędzie.
Przeczytała regulamin, który potwierdził radę Rafała, by nie otwierała drzwi nieznajomym.
Poza tym w regulaminie radzono, by nie dawać swego kodu osobie, której się dobrze nie
zna. W razie wątpliwości co do wiarygodności danej duszy, należało się zwrócić o pomoc
mailowo do recepcji.
Poza tym dowiedziała się, że korzystanie z biblioteki nie jest limitowane, jest ona czynna
bez przerw. Zapraszano również do wizyty w planetarium oraz w obserwatorium
astronomicznym.
Wymienione były również wykłady, w których udział był obowiązkowy, a zawiadomienia
o nich miały być dostarczane indywidualnie.
Gdy Inka kończyła czytanie regulaminu i powiadomień, usłyszała pukanie.
Upewniwszy się, że to Rafał, otworzyła "drzwi". Ucieszyła się ,że przyszedł, bo miała
do niego mnóstwo pytań.
c.d.n.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
wtorek, 10 lutego 2015
poniedziałek, 9 lutego 2015
Dom Dusz - cz.IV
Idąc z Rafałem Inka doszła do wniosku, że jest w bardzo dziwnym miejscu- w jej
odczuciu do spacerujących postaci nie było daleko, a oni wciąż szli i szli a tamci
wciąż byli od nich tak samo daleko. Podzieliła się tymi spostrzeżeniami z Rafałem.
Ścisnął mocniej jej rękę i powiedział - jesteś tu zaledwie chwilę, w tym samym czasie
trafiły tu tysiące dusz i zrobił się maleńki bałagan. Ale szybko wszystko wróci do
normy. Czasem zdarzają się zaburzenia w funkcjonowaniu wszystkiego, zwłaszcza
gdy któraś z komet przelatuje w pobliżu.
Dookoła nas pulsuje swym życiem Kosmos - wiecznie coś powstaje niemal z niczego,
a w tym samym czasie giną gwiazdy. Pomyśl, jest w przestrzeni kosmicznej niezliczona
ilość galaktyk, każda ma miliardy gwiazd, planet, księżyców i różnego kosmicznego
śmiecia. A pośrodku tego wszystkiego zawieszony jest Dom Dusz. Jest duży, ale i
tak swą wielkością nie dorównuje żadnej galaktyce. Ma policzalną ilość dusz, jest
duży jak na pojęcia ludzkie, ale jest odrobiną jak na stosunki kosmiczne.
Czy zwróciłaś uwagę na różnokolorowe błyski gdy szłaś tunelem? Te czerwone to były
światła ginących gwiazd.
W czasie tych opowieści Rafała wreszcie zbliżyli się do grupy spacerowiczów.
Inka poczuła na sobie niemal namacalne spojrzenia tych jednakowo ubranych i wielce
do siebie podobnych postaci. To było tak jakby każdy chciał odkryć, co się kryje pod
jej porcelanową maską. I zapewne niektórzy to odkryli, bo kilka osób pomachało do
Inki ręką. Inka już chciała im "odmachać", ale w tym momencie Rafał zapytał ją czy
kogokolwiek rozpoznaje- jeżeli nie rozpoznaje, to nie powinna odwzajemniać powitania.
Inka poczuła lekkie zniechęcenie - jak ona ma kogoś poznać, gdy wszyscy mają niemal
identyczne twarze?
Wytłumacz mi, Rafał, jakim cudem wy się tutaj rozpoznajecie? Zewnętrznie to tylko
jest rozróżnialna płeć- kobiety mają loki, mężczyzni proste włosy. Twarze wszystkie
są spod jednej matrycy, wszyscy mają niebieskie oczy. Wszyscy są jednakowej postury,
poruszają się tak samo. Jak ktoś mógł mnie rozpoznać w tym śmiesznym przebraniu?
I jakim cudem ty mnie rozpoznałeś? może ja wcale nie jestem tą osobą, za którą mnie
bierzesz? I skąd wiedziałeś, że właśnie dziś tu trafię? Jestem w bardzo dziwnej
sytuacji - niczego nie rozumiem, niczego nie wiem, a bardzo tego nie lubię!
Wiem, wiem o tym -odkąd cię znam to taka byłaś. Niecierpliwa i lubiąca jasne sytuacje.
Inko, za kilka dni, gdy już przyblednie to wszystko, co łączyło cię z dopiero co
przerwanym życiem, zaczniesz pomału wszystko rozumieć. Teraz jeszcze wciąż twoją
uwagę zaprzątają ziemskie sprawy, chociaż o tym nie mówisz.
Każdy ma tak, nawet gdy wraca tu kolejny raz. Chodż dalej, popatrzymy trochę na
różne krajobrazy. Umówmy się, że to ty będziesz wybierała co będziemy oglądać.
No chodz, usiądziemy tam pod drzewami, ty pomyślisz co byś chciała zobaczyć i razem
popatrzymy.
Inka popatrzyła na Rafała jak na wariata - przecież to niemożliwe - usiąść pod drzewem
i zobaczyć to, co się chce.
Pod rozłożystym drzewem leżał wyschnięty pień drzewa i zapewne spełniał rolę ławki.
Usiedli, a Rafał ponaglił Inkę - nooo, pomyśl co będziemy oglądać. Ale nie mów, tylko
pomyśl.
Inka pomyślała, że chciałaby zobaczyć nadmorski las i drogę prowadzącą nad
morze, a potem posiedzieć na cieplutkim, ogrzanym słońcem piasku i patrzeć na fale
podpływające do brzegu.
I zupełnie niespodziewanie znalazła się w sosnowym, rozgrzanym słońcem lesie.
Do jej uszu dochodził szum morza. Szła szeroką leśną przecinką lekko w górę, na
wydmy. Zatrzymała się na wydmie i chłonęła ciemny błękit wody i złocistość piasku.
I chociaż był to środek dnia, plaża była cicha i pusta. Inka zeszła w dół, nad brzeg.
Siedziała i patrzyła na podpływające do brzegu fale, śledziła ich powrót do morza, na
wzory, które kreśliła woda odpływając z brzegu plaży.
Inka poczuła wielki spokój. Siedziała wpatrzona w morze. Na horyzoncie dostrzegła
maleńki jak zabawka jacht.
Ależ tu pięknie! - wyszeptała. Rafał, dziękuję ci, że mogłam to obejrzeć. Nie wiem jak
to zrobiłeś, zresztą to nieważne, ale to cudowne!
Rafał objął ją ramieniem- to nie moja zasługa, to zasługa tego miejsca. Mnie też się
podobała ta plaża i morze. Pokazałaś mi to, co w ziemskim życiu przynosiło ci
spokój i ukojenie i dziękuję ci za to. No a skoro lubisz morze, to popatrzmy jeszcze na
inne jego oblicze.
Tym razem Inka znalazła się na bardzo wysokim i stromym klifie. Siedziała nad
małą zatoką, ale na dole nie było piaszczystej plaży, a fale rozbijały się o skały.
Ciemno szmaragdowy kolor wody mówił o tym, że jest tu głęboko.
Inka spojrzała w lewo - na skraju skały ktoś stał, jakiś mężczyzna. Spogladał na wodę,
potem wyciągnął w górę wyprostowane , złączone ręce , odbił się od skały i....skoczył
w dół. Przerażona Inka lekko krzyknęła. Spojrzała na Rafała, który nadal siedział
wpatrzony w wodę. Inka szarpnęła go za ramię- Rafał niechętnie odwrócił głowę.
Jego oczy z niebieskich zrobiły się szmaragdowe - nie denerwuj się, tym razem udało
się, wypłynąłem. Nie ma hologramu tego ostatniego razu.
Rafał wstał i wyciągnął rękę do Inki - chodz, powinnaś chyba nieco odpocząć. Wbrew
pozorom dusze też muszą odpoczywać. Czy chcesz mieć miejsce odpoczynkowe blisko
mojego? Bo ja tak na wszelki wypadek ustawiłem swoją bańko-chatkę tak, żeby można
było do niej dostawić tylko jedną. Chodz, odbierzesz swój kod dostępu- nie mogłem
go odebrać za ciebie.
Inka znów nie mogła się w tym wszystkim połapać, ale ufnie podreptała za Rafałem.
c.d.n.
odczuciu do spacerujących postaci nie było daleko, a oni wciąż szli i szli a tamci
wciąż byli od nich tak samo daleko. Podzieliła się tymi spostrzeżeniami z Rafałem.
Ścisnął mocniej jej rękę i powiedział - jesteś tu zaledwie chwilę, w tym samym czasie
trafiły tu tysiące dusz i zrobił się maleńki bałagan. Ale szybko wszystko wróci do
normy. Czasem zdarzają się zaburzenia w funkcjonowaniu wszystkiego, zwłaszcza
gdy któraś z komet przelatuje w pobliżu.
Dookoła nas pulsuje swym życiem Kosmos - wiecznie coś powstaje niemal z niczego,
a w tym samym czasie giną gwiazdy. Pomyśl, jest w przestrzeni kosmicznej niezliczona
ilość galaktyk, każda ma miliardy gwiazd, planet, księżyców i różnego kosmicznego
śmiecia. A pośrodku tego wszystkiego zawieszony jest Dom Dusz. Jest duży, ale i
tak swą wielkością nie dorównuje żadnej galaktyce. Ma policzalną ilość dusz, jest
duży jak na pojęcia ludzkie, ale jest odrobiną jak na stosunki kosmiczne.
Czy zwróciłaś uwagę na różnokolorowe błyski gdy szłaś tunelem? Te czerwone to były
światła ginących gwiazd.
W czasie tych opowieści Rafała wreszcie zbliżyli się do grupy spacerowiczów.
Inka poczuła na sobie niemal namacalne spojrzenia tych jednakowo ubranych i wielce
do siebie podobnych postaci. To było tak jakby każdy chciał odkryć, co się kryje pod
jej porcelanową maską. I zapewne niektórzy to odkryli, bo kilka osób pomachało do
Inki ręką. Inka już chciała im "odmachać", ale w tym momencie Rafał zapytał ją czy
kogokolwiek rozpoznaje- jeżeli nie rozpoznaje, to nie powinna odwzajemniać powitania.
Inka poczuła lekkie zniechęcenie - jak ona ma kogoś poznać, gdy wszyscy mają niemal
identyczne twarze?
Wytłumacz mi, Rafał, jakim cudem wy się tutaj rozpoznajecie? Zewnętrznie to tylko
jest rozróżnialna płeć- kobiety mają loki, mężczyzni proste włosy. Twarze wszystkie
są spod jednej matrycy, wszyscy mają niebieskie oczy. Wszyscy są jednakowej postury,
poruszają się tak samo. Jak ktoś mógł mnie rozpoznać w tym śmiesznym przebraniu?
I jakim cudem ty mnie rozpoznałeś? może ja wcale nie jestem tą osobą, za którą mnie
bierzesz? I skąd wiedziałeś, że właśnie dziś tu trafię? Jestem w bardzo dziwnej
sytuacji - niczego nie rozumiem, niczego nie wiem, a bardzo tego nie lubię!
Wiem, wiem o tym -odkąd cię znam to taka byłaś. Niecierpliwa i lubiąca jasne sytuacje.
Inko, za kilka dni, gdy już przyblednie to wszystko, co łączyło cię z dopiero co
przerwanym życiem, zaczniesz pomału wszystko rozumieć. Teraz jeszcze wciąż twoją
uwagę zaprzątają ziemskie sprawy, chociaż o tym nie mówisz.
Każdy ma tak, nawet gdy wraca tu kolejny raz. Chodż dalej, popatrzymy trochę na
różne krajobrazy. Umówmy się, że to ty będziesz wybierała co będziemy oglądać.
No chodz, usiądziemy tam pod drzewami, ty pomyślisz co byś chciała zobaczyć i razem
popatrzymy.
Inka popatrzyła na Rafała jak na wariata - przecież to niemożliwe - usiąść pod drzewem
i zobaczyć to, co się chce.
Pod rozłożystym drzewem leżał wyschnięty pień drzewa i zapewne spełniał rolę ławki.
Usiedli, a Rafał ponaglił Inkę - nooo, pomyśl co będziemy oglądać. Ale nie mów, tylko
pomyśl.
Inka pomyślała, że chciałaby zobaczyć nadmorski las i drogę prowadzącą nad
morze, a potem posiedzieć na cieplutkim, ogrzanym słońcem piasku i patrzeć na fale
podpływające do brzegu.
I zupełnie niespodziewanie znalazła się w sosnowym, rozgrzanym słońcem lesie.
Do jej uszu dochodził szum morza. Szła szeroką leśną przecinką lekko w górę, na
wydmy. Zatrzymała się na wydmie i chłonęła ciemny błękit wody i złocistość piasku.
I chociaż był to środek dnia, plaża była cicha i pusta. Inka zeszła w dół, nad brzeg.
Siedziała i patrzyła na podpływające do brzegu fale, śledziła ich powrót do morza, na
wzory, które kreśliła woda odpływając z brzegu plaży.
Inka poczuła wielki spokój. Siedziała wpatrzona w morze. Na horyzoncie dostrzegła
maleńki jak zabawka jacht.
Ależ tu pięknie! - wyszeptała. Rafał, dziękuję ci, że mogłam to obejrzeć. Nie wiem jak
to zrobiłeś, zresztą to nieważne, ale to cudowne!
Rafał objął ją ramieniem- to nie moja zasługa, to zasługa tego miejsca. Mnie też się
podobała ta plaża i morze. Pokazałaś mi to, co w ziemskim życiu przynosiło ci
spokój i ukojenie i dziękuję ci za to. No a skoro lubisz morze, to popatrzmy jeszcze na
inne jego oblicze.
Tym razem Inka znalazła się na bardzo wysokim i stromym klifie. Siedziała nad
małą zatoką, ale na dole nie było piaszczystej plaży, a fale rozbijały się o skały.
Ciemno szmaragdowy kolor wody mówił o tym, że jest tu głęboko.
Inka spojrzała w lewo - na skraju skały ktoś stał, jakiś mężczyzna. Spogladał na wodę,
potem wyciągnął w górę wyprostowane , złączone ręce , odbił się od skały i....skoczył
w dół. Przerażona Inka lekko krzyknęła. Spojrzała na Rafała, który nadal siedział
wpatrzony w wodę. Inka szarpnęła go za ramię- Rafał niechętnie odwrócił głowę.
Jego oczy z niebieskich zrobiły się szmaragdowe - nie denerwuj się, tym razem udało
się, wypłynąłem. Nie ma hologramu tego ostatniego razu.
Rafał wstał i wyciągnął rękę do Inki - chodz, powinnaś chyba nieco odpocząć. Wbrew
pozorom dusze też muszą odpoczywać. Czy chcesz mieć miejsce odpoczynkowe blisko
mojego? Bo ja tak na wszelki wypadek ustawiłem swoją bańko-chatkę tak, żeby można
było do niej dostawić tylko jedną. Chodz, odbierzesz swój kod dostępu- nie mogłem
go odebrać za ciebie.
Inka znów nie mogła się w tym wszystkim połapać, ale ufnie podreptała za Rafałem.
c.d.n.
niedziela, 8 lutego 2015
Dom Dusz - cz. III
Ojej - westchnęła ciężko niewidzialna- jest straszny tłok do wejścia. Będziemy musiały
nieco poczekać. Dobrze, że są jeszcze wolne miejsca siedzące. Odpoczniesz trochę nim
przekroczysz próg Domu. Możesz nawet trochę podrzemać, oprzyj się o mnie, będzie
ci wygodniej.
Inka, gdy tylko usiadła, poczuła wielkie zmęczenie. Skorzystała z propozycji niewidzialnej
i oparła głowę na jej ramieniu.
Nie wiedziałam, że dusza może odczuwać fizyczne zmęczenie- pomyślała. W chwilę
potem już spała.
Obudził ją delikatny dotyk dłoni niewidzialnej i słowa- zbudz się, za chwilę twoja kolej.
Inka rozejrzała się, ale nadal niczego ani nikogo nie zobaczyła.
Nadal otaczała ją perłowo-biała przestrzeń, za którą co chwilę przetaczały się różnych
kolorów światła - żółte, różowe, ciemnoniebieskie, jasno zielone.
Inka N. - proszę podejść - usłyszała czyjś głos. W tej samej chwili niewidzialna puściła
jej rękę i lekko popchnęła ją do przodu. Inka popłynęła do przodu i nagle utknęła na
jakiejś barierce, której oczywiście nie zobaczyła.
Przed nią stała dziwna, świetlisto- biała postać. Inka nie była w stanie zorientować się
czy stojąca przed nią postać to kobieta czy mężczyzna.
Strój tej postaci był typu unisex- biały, dwuczęściowy kombinezon, bez żadnych ozdób.
Twarz, którą zobaczyła była bardzo jasna i skojarzyła się Ince z najlepszej jakości
cienką porcelaną. Okalały ją dość długie proste włosy , a na Inkę spoglądały mocno
niebieskie oczy. Inka uśmiechnęła się i porcelanowa twarz odwzajemniła uśmiech.
Jestem Albert - przedstawił się - tu jest twój worek z rzeczami. Wejdz do pokoju
obok, a gdy się przebierzesz naciśnij guzik na ścianie. Wtedy otworzą się drzwi, przez
które wyjdziesz na zewnątrz.
Inka wzięła worek i ruszyła w prawo, gdzie zobaczyła drzwi. Pokój, w którym się
znalazła też był biało -perłowy i całkiem pusty. Inka wyciągnęła z worka swoje nowe
ubranie. Z nogawek spodni sterczały stopy, z rękawów bluzy dłonie a z dekoltu szyja
i twarz okolona jasnymi , skręconymi w fale włosami.
Ale to sprytne - pomyślała Inka. Skoro nie mam ciała to mi je zrobili. Szybko nałożyła
swój nowy strój. Szkoda, że nie mam lustra - ciekawa jestem jak wyglądam.
W tej samej chwili na jednej ze ścian zobaczyła swe odbicie - jej twarz też wyglądała
jak z porcelany. No, niezłe, lepsze to niż zmarszczki, które miałam w sporej ilości.
Śmieszne, ale nigdy nie miałam takich blond loków .
Tu się chyba lubują w blond włosach, ten Albert też był blondynem.
A te rękawiczko-dłonie i stopo-skarpety też praktyczne.
Podeszła do ściany, na której był umieszczony guzik - z daleka nie był zbyt widoczny,
ale gdy Inka do niego podeszła zalśnił żywą zielenią.
Popatrzyła na niego z niedowierzaniem, bo nigdzie nie dostrzegła drzwi.
Z lekkim wahaniem nacisnęła guzik a ściana rozsunęła się szeroko. Inka zrobiła kilka
kroków do przodu. Posłyszała za sobą szelest i obejrzała się, sądząc, że zobaczy
zamykające się za nią drzwi i budynek, z którego wyszła.
Ale nie było z tyłu żadnego budynku. Za nią rozpościerał się dość rzadki lasek, w którym
przeważały brzozy.
Inka wzruszyła tylko ramionami i z westchnieniem poszła naprzód. To wszystko było
bardzo dziwne.
Przed nią rozpościerał się duży trawnik albo łąka. W oddali zobaczyła sporo postaci
ubranych tak jak ona. Postanowiła pójść w ich stronę. Skoro już tu kiedyś była to
może spotka kogoś znajomego. Ale zaraz sama siebie skarciła za naiwność - jak ma
kogokolwiek rozpoznać, skoro wszyscy są jednakowo ubrani a ich twarze to maski?
Jej też pewnie nikt nie rozpozna. A już z pewnością nikt, kogo znała za życia na Ziemi.
Wypróbuję przy okazji moje stopo - skarpety, pomyślała. Szła rozglądając się dookoła.
Uniosła głowę i spojrzała w górę - nad nią, zupełnie jak na Ziemi rozpościerało się
błękitne niebo, bez chmur, obłoczków i...słońca. Ale gdy patrzyła przed siebie była
pewna, że wszystko jest oświetlone słońcem.
Nie było za ciepło ani zbyt zimno, temperatura była bardzo przyjemna. Ponieważ nie
widziała żadnych ścieżek ani dróżek, szła przez trawnik, na którym rosły różne kwiaty.
Bała się, że zdepcze trawę, ale gdy po paru krokach obejrzała się za siebie to zobaczyła,
że ani jedno zdzbło trawy nie jest przydeptane.
No tak, ta trawa taka sama prawdziwa jak moja twarz, ręce i stopy. Przykucnęła i
zaczęła się bacznie przyglądać trawie - a może jednak to trawa kosmiczna - w końcu
jest tyle nieznanych nam, ziemianom, planet i może ta trawa jest właśnie z innej
planety?
Zaczekaj na mnie - dobiegł ją czyjś głos. Podniosła się i zobaczyła, że w jej kierunku
podąża jakaś biała postać - oczywiście z długimi blond włosami i bladą porcelanową
twarzą. To jakiś "on"- pomyślała - bo ma proste włosy, jak Albert.
Tajemniczy "on" podszedł do niej i objął ją w powitalnym uścisku.
Inkę aż dreszcz przeszedł , bo odniosła wrażenie, że już kiedyś ktoś tak ją obejmował.
Wiedziałem, że dziś dotrzesz do Domu i zgłosiłem się do pomocy przy przyjmowaniu
nowych. Wiem, że mnie nie pamiętasz, chociaż spędziliśmy tu razem bardzo wiele
szczęśliwych chwil. Ale niedługo wszystko sobie przypomnisz.
A teraz chodz, oprowadzę cię, bo dziś tu wszystko jest dla ciebie nowe.
Inko, tak się cieszę, że tu jesteś. Inka wpatrywała się w niego z wielką uwagą ale
zupełnie nie mogła sobie go przypomnieć. A jak ty masz na imię?- zapytała.
Rafał -odpowiedział -i to imię mam już od trzech wcieleń.
Wtedy też byłem Rafałem. Daj rękę, pójdziemy na spacer. Oprowadzę cię i odpowiem
na wszystkie pytania, oczywiście w miarę swej wiedzy.
Wziął Inkę za rękę i poszedł z nią w kierunku spacerujących białych postaci.
c.d.n.
nieco poczekać. Dobrze, że są jeszcze wolne miejsca siedzące. Odpoczniesz trochę nim
przekroczysz próg Domu. Możesz nawet trochę podrzemać, oprzyj się o mnie, będzie
ci wygodniej.
Inka, gdy tylko usiadła, poczuła wielkie zmęczenie. Skorzystała z propozycji niewidzialnej
i oparła głowę na jej ramieniu.
Nie wiedziałam, że dusza może odczuwać fizyczne zmęczenie- pomyślała. W chwilę
potem już spała.
Obudził ją delikatny dotyk dłoni niewidzialnej i słowa- zbudz się, za chwilę twoja kolej.
Inka rozejrzała się, ale nadal niczego ani nikogo nie zobaczyła.
Nadal otaczała ją perłowo-biała przestrzeń, za którą co chwilę przetaczały się różnych
kolorów światła - żółte, różowe, ciemnoniebieskie, jasno zielone.
Inka N. - proszę podejść - usłyszała czyjś głos. W tej samej chwili niewidzialna puściła
jej rękę i lekko popchnęła ją do przodu. Inka popłynęła do przodu i nagle utknęła na
jakiejś barierce, której oczywiście nie zobaczyła.
Przed nią stała dziwna, świetlisto- biała postać. Inka nie była w stanie zorientować się
czy stojąca przed nią postać to kobieta czy mężczyzna.
Strój tej postaci był typu unisex- biały, dwuczęściowy kombinezon, bez żadnych ozdób.
Twarz, którą zobaczyła była bardzo jasna i skojarzyła się Ince z najlepszej jakości
cienką porcelaną. Okalały ją dość długie proste włosy , a na Inkę spoglądały mocno
niebieskie oczy. Inka uśmiechnęła się i porcelanowa twarz odwzajemniła uśmiech.
Jestem Albert - przedstawił się - tu jest twój worek z rzeczami. Wejdz do pokoju
obok, a gdy się przebierzesz naciśnij guzik na ścianie. Wtedy otworzą się drzwi, przez
które wyjdziesz na zewnątrz.
Inka wzięła worek i ruszyła w prawo, gdzie zobaczyła drzwi. Pokój, w którym się
znalazła też był biało -perłowy i całkiem pusty. Inka wyciągnęła z worka swoje nowe
ubranie. Z nogawek spodni sterczały stopy, z rękawów bluzy dłonie a z dekoltu szyja
i twarz okolona jasnymi , skręconymi w fale włosami.
Ale to sprytne - pomyślała Inka. Skoro nie mam ciała to mi je zrobili. Szybko nałożyła
swój nowy strój. Szkoda, że nie mam lustra - ciekawa jestem jak wyglądam.
W tej samej chwili na jednej ze ścian zobaczyła swe odbicie - jej twarz też wyglądała
jak z porcelany. No, niezłe, lepsze to niż zmarszczki, które miałam w sporej ilości.
Śmieszne, ale nigdy nie miałam takich blond loków .
Tu się chyba lubują w blond włosach, ten Albert też był blondynem.
A te rękawiczko-dłonie i stopo-skarpety też praktyczne.
Podeszła do ściany, na której był umieszczony guzik - z daleka nie był zbyt widoczny,
ale gdy Inka do niego podeszła zalśnił żywą zielenią.
Popatrzyła na niego z niedowierzaniem, bo nigdzie nie dostrzegła drzwi.
Z lekkim wahaniem nacisnęła guzik a ściana rozsunęła się szeroko. Inka zrobiła kilka
kroków do przodu. Posłyszała za sobą szelest i obejrzała się, sądząc, że zobaczy
zamykające się za nią drzwi i budynek, z którego wyszła.
Ale nie było z tyłu żadnego budynku. Za nią rozpościerał się dość rzadki lasek, w którym
przeważały brzozy.
Inka wzruszyła tylko ramionami i z westchnieniem poszła naprzód. To wszystko było
bardzo dziwne.
Przed nią rozpościerał się duży trawnik albo łąka. W oddali zobaczyła sporo postaci
ubranych tak jak ona. Postanowiła pójść w ich stronę. Skoro już tu kiedyś była to
może spotka kogoś znajomego. Ale zaraz sama siebie skarciła za naiwność - jak ma
kogokolwiek rozpoznać, skoro wszyscy są jednakowo ubrani a ich twarze to maski?
Jej też pewnie nikt nie rozpozna. A już z pewnością nikt, kogo znała za życia na Ziemi.
Wypróbuję przy okazji moje stopo - skarpety, pomyślała. Szła rozglądając się dookoła.
Uniosła głowę i spojrzała w górę - nad nią, zupełnie jak na Ziemi rozpościerało się
błękitne niebo, bez chmur, obłoczków i...słońca. Ale gdy patrzyła przed siebie była
pewna, że wszystko jest oświetlone słońcem.
Nie było za ciepło ani zbyt zimno, temperatura była bardzo przyjemna. Ponieważ nie
widziała żadnych ścieżek ani dróżek, szła przez trawnik, na którym rosły różne kwiaty.
Bała się, że zdepcze trawę, ale gdy po paru krokach obejrzała się za siebie to zobaczyła,
że ani jedno zdzbło trawy nie jest przydeptane.
No tak, ta trawa taka sama prawdziwa jak moja twarz, ręce i stopy. Przykucnęła i
zaczęła się bacznie przyglądać trawie - a może jednak to trawa kosmiczna - w końcu
jest tyle nieznanych nam, ziemianom, planet i może ta trawa jest właśnie z innej
planety?
Zaczekaj na mnie - dobiegł ją czyjś głos. Podniosła się i zobaczyła, że w jej kierunku
podąża jakaś biała postać - oczywiście z długimi blond włosami i bladą porcelanową
twarzą. To jakiś "on"- pomyślała - bo ma proste włosy, jak Albert.
Tajemniczy "on" podszedł do niej i objął ją w powitalnym uścisku.
Inkę aż dreszcz przeszedł , bo odniosła wrażenie, że już kiedyś ktoś tak ją obejmował.
Wiedziałem, że dziś dotrzesz do Domu i zgłosiłem się do pomocy przy przyjmowaniu
nowych. Wiem, że mnie nie pamiętasz, chociaż spędziliśmy tu razem bardzo wiele
szczęśliwych chwil. Ale niedługo wszystko sobie przypomnisz.
A teraz chodz, oprowadzę cię, bo dziś tu wszystko jest dla ciebie nowe.
Inko, tak się cieszę, że tu jesteś. Inka wpatrywała się w niego z wielką uwagą ale
zupełnie nie mogła sobie go przypomnieć. A jak ty masz na imię?- zapytała.
Rafał -odpowiedział -i to imię mam już od trzech wcieleń.
Wtedy też byłem Rafałem. Daj rękę, pójdziemy na spacer. Oprowadzę cię i odpowiem
na wszystkie pytania, oczywiście w miarę swej wiedzy.
Wziął Inkę za rękę i poszedł z nią w kierunku spacerujących białych postaci.
c.d.n.
Dom Dusz - cz.II
Inka zawstydziła się -faktycznie, zadawała głupie pytania. No ale w końcu nie często się
wszak umiera, więc się nie ma wprawy.
Ciemny tunel nieco zmienił barwę - już nie był taki czarny, teraz był szary i jakby węższy.
Ale nadal nie widziała w nim nikogo, chociaż miała wrażenie, że nie są w nim same.
Mam wrażenie, że mówię sama do siebie i sama sobie na pytania odpowiadam- pomyślała.
To dość dziwne doświadczenie i deprymujące.
Niewidzialna ścisnęła mocniej jej dłoń i powiedziała - przecież często prowadziłaś sama
z sobą dyskusje- zastanawiałaś się często co i jak zrobiłaś i co powinnaś była zrobić.
Więc teraz fakt, że rozmawiasz z kimś niewidzialnym nie powinien cię deprymować.
A teraz uważaj - musimy pokonać kilka zakrętów. Musimy iść pojedynczo, więc teraz
puszczę twoją rękę, a ty połóż ją na lince, którą jesteś obwiązana w pasie i nie zmieniaj
szybkości, z którą idziesz.
Przecież ja nie idę, ja płynę w powietrzu- zawołała Inka.
Ależ z ciebie drobiazgowa kobieta! Wszystko jedno czy idziesz czy lecisz- niewidzialna
była chyba zniecierpliwiona.
Tunel był coraz jaśniejszy, chociaż nadal szary. Jak latem, gdy zaczyna się szarówka.
Lato - pomyślała ze smutkiem, że pewnie już nigdy nie zobaczy lata, nie pojedzie nad
morze, nie powędruje brzegiem morza czując jak woda obmywa jej stopy. I nie będzie
oglądała zachodzącego słońca skrywającego swój blask w morzu.
Poczuła lekki lęk - leciała gdzieś w dal, ku nieznanemu i niewiadomemu. Za sobą zostawiła
to wszystko co już znała i kochała.
Pomyślała też o swoich bliskich i ogarnął ją smutek- ich też już nie zobaczy, nie przytuli.
Wiedziała, że bez trudu poradzą sobie bez niej - dzieci już były dorosłe i samodzielne,
miały własne rodziny. A mąż - też będzie musiał sam sobie poradzić. Może nawet się
po raz drugi ożeni? Nie czuła z tego powodu zazdrości - raczej martwiła się by zle nie
wybrał. Należał do dość rozsądnych mężczyzn, ale lubił być chwalony i doceniany.
Przestań się zamartwiać - niewidzialna wyraznie śledziła jej myśli. Wszystko się jakoś
ułoży, nikt nie jest niezastąpiony. Niewidzialna nagle stanęła w miejscu i Inka na nią
wpadła.
Ojej, przepraszam, zawołała Inka. Nic się nie stało, pocieszyła ją niewidzialna. To ja
nagle się zatrzymałam. Musimy zaczekać - tutaj tunel jest bardzo wąski i ruch odbywa
się wahadłowo.
Zupełnie jak w życiu - pomyślała Inka. Dobrze, że korków nie ma. Bywają, bywają -
niewidzialna wpadła w tok jej myśli. Teraz przed nami jest sporo innych podążających
do Domu Dusz. Jesień i wiosna to takie krytyczne pory roku - starzy i schorowani
najczęściej w tej porze roku umierają.
Czy w Domu też nikogo nie będę widzieć? Bo jakoś mnie nieco ta myśl przeraża - to
dziwne, bo czuję swe ciało niemal tak jak za życia, czuję też, że nie jesteśmy tu same,
a nikogo nie widzę, nawet własnej ręki.
Niewidzialna objęła ją ramieniem - dostaniesz przy wejściu ciało - nieco inne niż miałaś,
to będzie ciało astralne. I przestaniesz odnosić wrażenie, że rozmawiasz sama ze sobą.
Musisz się na razie uzbroić w cierpliwość.
A jest tam morze? I lasy? Czy Dom Dusz jest na jakiejś planecie podobnej do Ziemi?
Niewidzialna zaczęła się śmiać - wiesz, nie obraz się, ale jesteś zabawna i dociekliwa.
Teraz ci morze do szczęścia potrzebne, ale być może w Domu Dusz wcale o nim nawet nie
wspomnisz.
Dom Dusz nie jest na jakiejkolwiek planecie lub księżycu jakiejś planety.
Byłaś już w Domu Dusz nie jeden raz. Ale tego nie pamiętasz. W chwili gdy podejmujesz
decyzję o ponownej wizycie na Ziemi, zaczyna się proces czyszczenia Twej pamięci.
Nie mogłabyś żyć na Ziemi pamiętając każdy swój pobyt w Domu Dusz.
Nikt nie mógłby żyć z takim obciążeniem pamięci.
O, już otworzyli drogę, więc pędzimy do przodu. Inka poczuła lekkie szarpnięcie i znów
płynęła, tym razem obok niewidzialnej.
I znów kolor tunelu uległ zmianie. Szarość przechodziła miejscami w perłowo-niebieski
odcień a chwilami Inka widziała jakieś błyski - niektóre daleko, inne znów całkiem
blisko za perłowo- niebieską "ścianą". Czasami niebieski zmieniał się w jasny fiolet a
miejscami w róż. To był bardzo miły fragment drogi. Było jasno i wesoło.
Inka wyraznie poweselała. Psychoterapia kolorem, pomyślała.
Tunel stawał się coraz bardziej szeroki i chyba miał liczne rozgałęzienia.
Był coraz jaśniejszy, biało perłowy.
To jakby wędrować w muszli ślimaka - pomyślała Inka. Jej obawy przed nieznanym,
a właściwie zapomnianym miejscem powoli wygasały.
A kto właściwie jest władcą Domu Dusz? -zapytała.
Władają nim wszystkie pozytywne w pojęciu ludzkim uczucia, a głównie Miłość -
odpowiedziała niewidzialna.
wszak umiera, więc się nie ma wprawy.
Ciemny tunel nieco zmienił barwę - już nie był taki czarny, teraz był szary i jakby węższy.
Ale nadal nie widziała w nim nikogo, chociaż miała wrażenie, że nie są w nim same.
Mam wrażenie, że mówię sama do siebie i sama sobie na pytania odpowiadam- pomyślała.
To dość dziwne doświadczenie i deprymujące.
Niewidzialna ścisnęła mocniej jej dłoń i powiedziała - przecież często prowadziłaś sama
z sobą dyskusje- zastanawiałaś się często co i jak zrobiłaś i co powinnaś była zrobić.
Więc teraz fakt, że rozmawiasz z kimś niewidzialnym nie powinien cię deprymować.
A teraz uważaj - musimy pokonać kilka zakrętów. Musimy iść pojedynczo, więc teraz
puszczę twoją rękę, a ty połóż ją na lince, którą jesteś obwiązana w pasie i nie zmieniaj
szybkości, z którą idziesz.
Przecież ja nie idę, ja płynę w powietrzu- zawołała Inka.
Ależ z ciebie drobiazgowa kobieta! Wszystko jedno czy idziesz czy lecisz- niewidzialna
była chyba zniecierpliwiona.
Tunel był coraz jaśniejszy, chociaż nadal szary. Jak latem, gdy zaczyna się szarówka.
Lato - pomyślała ze smutkiem, że pewnie już nigdy nie zobaczy lata, nie pojedzie nad
morze, nie powędruje brzegiem morza czując jak woda obmywa jej stopy. I nie będzie
oglądała zachodzącego słońca skrywającego swój blask w morzu.
Poczuła lekki lęk - leciała gdzieś w dal, ku nieznanemu i niewiadomemu. Za sobą zostawiła
to wszystko co już znała i kochała.
Pomyślała też o swoich bliskich i ogarnął ją smutek- ich też już nie zobaczy, nie przytuli.
Wiedziała, że bez trudu poradzą sobie bez niej - dzieci już były dorosłe i samodzielne,
miały własne rodziny. A mąż - też będzie musiał sam sobie poradzić. Może nawet się
po raz drugi ożeni? Nie czuła z tego powodu zazdrości - raczej martwiła się by zle nie
wybrał. Należał do dość rozsądnych mężczyzn, ale lubił być chwalony i doceniany.
Przestań się zamartwiać - niewidzialna wyraznie śledziła jej myśli. Wszystko się jakoś
ułoży, nikt nie jest niezastąpiony. Niewidzialna nagle stanęła w miejscu i Inka na nią
wpadła.
Ojej, przepraszam, zawołała Inka. Nic się nie stało, pocieszyła ją niewidzialna. To ja
nagle się zatrzymałam. Musimy zaczekać - tutaj tunel jest bardzo wąski i ruch odbywa
się wahadłowo.
Zupełnie jak w życiu - pomyślała Inka. Dobrze, że korków nie ma. Bywają, bywają -
niewidzialna wpadła w tok jej myśli. Teraz przed nami jest sporo innych podążających
do Domu Dusz. Jesień i wiosna to takie krytyczne pory roku - starzy i schorowani
najczęściej w tej porze roku umierają.
Czy w Domu też nikogo nie będę widzieć? Bo jakoś mnie nieco ta myśl przeraża - to
dziwne, bo czuję swe ciało niemal tak jak za życia, czuję też, że nie jesteśmy tu same,
a nikogo nie widzę, nawet własnej ręki.
Niewidzialna objęła ją ramieniem - dostaniesz przy wejściu ciało - nieco inne niż miałaś,
to będzie ciało astralne. I przestaniesz odnosić wrażenie, że rozmawiasz sama ze sobą.
Musisz się na razie uzbroić w cierpliwość.
A jest tam morze? I lasy? Czy Dom Dusz jest na jakiejś planecie podobnej do Ziemi?
Niewidzialna zaczęła się śmiać - wiesz, nie obraz się, ale jesteś zabawna i dociekliwa.
Teraz ci morze do szczęścia potrzebne, ale być może w Domu Dusz wcale o nim nawet nie
wspomnisz.
Dom Dusz nie jest na jakiejkolwiek planecie lub księżycu jakiejś planety.
Byłaś już w Domu Dusz nie jeden raz. Ale tego nie pamiętasz. W chwili gdy podejmujesz
decyzję o ponownej wizycie na Ziemi, zaczyna się proces czyszczenia Twej pamięci.
Nie mogłabyś żyć na Ziemi pamiętając każdy swój pobyt w Domu Dusz.
Nikt nie mógłby żyć z takim obciążeniem pamięci.
O, już otworzyli drogę, więc pędzimy do przodu. Inka poczuła lekkie szarpnięcie i znów
płynęła, tym razem obok niewidzialnej.
I znów kolor tunelu uległ zmianie. Szarość przechodziła miejscami w perłowo-niebieski
odcień a chwilami Inka widziała jakieś błyski - niektóre daleko, inne znów całkiem
blisko za perłowo- niebieską "ścianą". Czasami niebieski zmieniał się w jasny fiolet a
miejscami w róż. To był bardzo miły fragment drogi. Było jasno i wesoło.
Inka wyraznie poweselała. Psychoterapia kolorem, pomyślała.
Tunel stawał się coraz bardziej szeroki i chyba miał liczne rozgałęzienia.
Był coraz jaśniejszy, biało perłowy.
To jakby wędrować w muszli ślimaka - pomyślała Inka. Jej obawy przed nieznanym,
a właściwie zapomnianym miejscem powoli wygasały.
A kto właściwie jest władcą Domu Dusz? -zapytała.
Władają nim wszystkie pozytywne w pojęciu ludzkim uczucia, a głównie Miłość -
odpowiedziała niewidzialna.
sobota, 7 lutego 2015
Dom Dusz
Obudziła się, ale nadal nie otwierała oczu. Delikatnie, by nie wywołać bólu zmieniła
pozycję.
Udało się i nawet odczuła zdziwienie -przekręciła się z boku na bok i nic nie bolało.
Jak zwykle, z nadal zamkniętymi oczami zsunęła nogi z łóżka, odepchnęła się lekko
od materaca i usiadła zsuwając nogi z łóżka. Usiłowała dosięgnąć kapci, ale nie
mogła ich stopą wymacać. Zsunęła się bardziej na brzeg, ale kapci nadal nie mogła
znalezć.
Otworzyła oczy i znieruchomiała. Wokół niej była idealna pustka, nie było nawet
łóżka, na którym siedziała. Łóżka nie było, chociaż czuła, że na nim siedzi. Wszystko
dookoła było zasnute mleczną mgłą albo jakimś gęstym woalem.
Poczuła wielki strach, ale trwał on krótko -w głowie usłyszała czyjś miły głos,który
mówił: "nie denerwuj się,wszystko jest w porządku. I nie szukaj kapci, tu można
chodzić boso, jest czysto, miękko i sucho. Daj rękę, poprowadzę cię".
Inka z lekkim wahaniem wyciągnęła rękę, ale jej nie zobaczyła, lecz poczuła, że
ktoś ujął jej dłoń i delikatnie ścisnął. Co się stało? gdzie ja jestem? Zadawała
całe mnóstwo pytań, ale nie słyszała własnego głosu, zadawała je tylko w swej
głowie.
Ten ktoś, kto trzymał ją za rękę objął ją delikatnie i powiedział - rozstałaś się na
zawsze ze swą chorą, bolącą powłoką. Wracasz teraz do swego prawdziwego domu,
a ja ci w tym mam pomóc.
Nie pamiętasz już swego prawdziwego domu, długo byłaś poza nim, ale na pewno
szybko znów się tu dobrze poczujesz. I z pewnością spotkasz wiele znanych ci osób.
No chodz, czekają na nas, a droga jest naprawdę daleka. I nie bój się niczego, na
wszelki wypadek będziemy związane liną, żebyś się nie zgubiła gdy nie będziemy
mogły iść obok siebie. Czasami droga jest bardzo wąska i trzeba iść pojedynczo.
Mówiąc to niewidzialna istota opasała talię Inki dwukrotnie paskiem, zapięła jakąś
klamrę i pociągnęła Inkę za sobą.
Posłuchaj Inko - musimy się pospieszyć, bo niedługo zamkną nam tunel i utkniemy
w jakimś niezbyt miłym miejscu. Przed nami do pokonania wiele lat świetlnych, a
więc nie rozmawiamy, tylko szybko lecimy.
Inka poczuła, że jej stopy tracą podłoże a ona płynie w powietrzu.
Była bardzo mocno zdziwiona, że leci bez żadnego wysiłku bez ruszania rękami lub
nogami. Miała wrażenie, że tunel jest pełen jakichś istot, ale w mrocznej przestrzeni
niczego ani nikogo nie widziała.
Zastanawiała się dokąd wiedzie ten tunel i gdzie właściwie jest jej prawdziwy dom,
o którym mówiła jej niewidoczna przewodniczka.
Ja chyba umarłam- pomyślała w pewnej chwili. Ale dlaczego czuję swe ciało ale
zupełnie go nie widzę? I jakim cudem lecę, przeciez nigdy nie posiadałam takiej
umiejętności. A może to wszystko jest tylko snem?
Nie , to nie sen - usłyszała głos niewidzialnej. Rzeczywiście umarłaś, a dokładnie to
umarło Twoje ciało. Ale dusza żyje wiecznie. Jesteśmy dziećmi Kosmosu i po
śmierci ciała wracamy do swego prawdziwego domu. Niedługo skończy się ten
ciemny tunel, potem będą jeszcze dwa i będziemy na miejscu.
Czy my lecimy do Nieba? znów zapytała Inka. Niewidzialna roześmiała się - to aż
dziwne, że tyle ludzi sądzi, że istnieją takie rzeczy jak Niebo, Piekło lub Czyściec.
A jeszcze zabawniejsze jest, gdy do Domu Dusz trafiają ci, co te pojęcia wymyślili.
Inka, przecież ty nie wierzysz w te rzeczy, więc skąd takie pytanie?
Zrozum- wracasz do swego prawdziwego domu. Być może, że za którymś razem
wrócisz tu na zawsze.
c.d.n
pozycję.
Udało się i nawet odczuła zdziwienie -przekręciła się z boku na bok i nic nie bolało.
Jak zwykle, z nadal zamkniętymi oczami zsunęła nogi z łóżka, odepchnęła się lekko
od materaca i usiadła zsuwając nogi z łóżka. Usiłowała dosięgnąć kapci, ale nie
mogła ich stopą wymacać. Zsunęła się bardziej na brzeg, ale kapci nadal nie mogła
znalezć.
Otworzyła oczy i znieruchomiała. Wokół niej była idealna pustka, nie było nawet
łóżka, na którym siedziała. Łóżka nie było, chociaż czuła, że na nim siedzi. Wszystko
dookoła było zasnute mleczną mgłą albo jakimś gęstym woalem.
Poczuła wielki strach, ale trwał on krótko -w głowie usłyszała czyjś miły głos,który
mówił: "nie denerwuj się,wszystko jest w porządku. I nie szukaj kapci, tu można
chodzić boso, jest czysto, miękko i sucho. Daj rękę, poprowadzę cię".
Inka z lekkim wahaniem wyciągnęła rękę, ale jej nie zobaczyła, lecz poczuła, że
ktoś ujął jej dłoń i delikatnie ścisnął. Co się stało? gdzie ja jestem? Zadawała
całe mnóstwo pytań, ale nie słyszała własnego głosu, zadawała je tylko w swej
głowie.
Ten ktoś, kto trzymał ją za rękę objął ją delikatnie i powiedział - rozstałaś się na
zawsze ze swą chorą, bolącą powłoką. Wracasz teraz do swego prawdziwego domu,
a ja ci w tym mam pomóc.
Nie pamiętasz już swego prawdziwego domu, długo byłaś poza nim, ale na pewno
szybko znów się tu dobrze poczujesz. I z pewnością spotkasz wiele znanych ci osób.
No chodz, czekają na nas, a droga jest naprawdę daleka. I nie bój się niczego, na
wszelki wypadek będziemy związane liną, żebyś się nie zgubiła gdy nie będziemy
mogły iść obok siebie. Czasami droga jest bardzo wąska i trzeba iść pojedynczo.
Mówiąc to niewidzialna istota opasała talię Inki dwukrotnie paskiem, zapięła jakąś
klamrę i pociągnęła Inkę za sobą.
Posłuchaj Inko - musimy się pospieszyć, bo niedługo zamkną nam tunel i utkniemy
w jakimś niezbyt miłym miejscu. Przed nami do pokonania wiele lat świetlnych, a
więc nie rozmawiamy, tylko szybko lecimy.
Inka poczuła, że jej stopy tracą podłoże a ona płynie w powietrzu.
Była bardzo mocno zdziwiona, że leci bez żadnego wysiłku bez ruszania rękami lub
nogami. Miała wrażenie, że tunel jest pełen jakichś istot, ale w mrocznej przestrzeni
niczego ani nikogo nie widziała.
Zastanawiała się dokąd wiedzie ten tunel i gdzie właściwie jest jej prawdziwy dom,
o którym mówiła jej niewidoczna przewodniczka.
Ja chyba umarłam- pomyślała w pewnej chwili. Ale dlaczego czuję swe ciało ale
zupełnie go nie widzę? I jakim cudem lecę, przeciez nigdy nie posiadałam takiej
umiejętności. A może to wszystko jest tylko snem?
Nie , to nie sen - usłyszała głos niewidzialnej. Rzeczywiście umarłaś, a dokładnie to
umarło Twoje ciało. Ale dusza żyje wiecznie. Jesteśmy dziećmi Kosmosu i po
śmierci ciała wracamy do swego prawdziwego domu. Niedługo skończy się ten
ciemny tunel, potem będą jeszcze dwa i będziemy na miejscu.
Czy my lecimy do Nieba? znów zapytała Inka. Niewidzialna roześmiała się - to aż
dziwne, że tyle ludzi sądzi, że istnieją takie rzeczy jak Niebo, Piekło lub Czyściec.
A jeszcze zabawniejsze jest, gdy do Domu Dusz trafiają ci, co te pojęcia wymyślili.
Inka, przecież ty nie wierzysz w te rzeczy, więc skąd takie pytanie?
Zrozum- wracasz do swego prawdziwego domu. Być może, że za którymś razem
wrócisz tu na zawsze.
c.d.n
piątek, 30 stycznia 2015
Pięć minut
Podobno pięć minut może odmienić człowiekowi całe życie. Nie jestem wcale tego
pewna.
Mam jednak wrażenie, że w życiu każdego z nas jest sporo takich pięciominutówek.
Najczęściej są one dość oddalone w czasie, o niektórych zapominamy i stąd wrażenie,
że wystarczy pięć minut by albo wszystko padło na łeb i szyję, albo by nas przyprawiło
o stan euforii.
Ewa była typową panienką "z dobrego domu". Zawsze była dobrą uczennicą, a okres
pokwitania nie wprowadził do jej psychiki bałaganu i buntu.
Nie paliła po kryjomu papierosów, nie piła alkoholu, w domu nie kłamała. Rodzice nie
mieli z nią żadnych kłopotów. Maturę zdała bez problemu.
Zastanawiała się dość długo nad wyborem kierunku studiów - ogromnie lubiła biologię
i była zdecydowana by obrać ten kierunek studiów.
Rodzice wcale nie byli tym pomysłem zachwyceni - nie bardzo wiedzieli co Ewa będzie
robiła po ukończeniu studiów.
Gdy Ewa składała dokumenty na uczelni i gdy rozmawiała w dziekanacie z jedną z pań,
do dziekanatu wszedł któryś z wykładowców - chwilę się przysłuchiwał rozmowie,
potem spojrzał Ewie w oczy i wspaniałym, radiowym głosem zapytał - "lubi pani
zwierzęta? Bo jeśli tak, to może wybrałaby pani weterynarię?"
Nim Ewa zdążyła odpowiedzieć skinął wszystkim głową , powiedział "no to lecę" i
wyszedł. A kto to był ?- zapytała Ewa. Jedna z pań uśmiechnęła się - to był profesor S.
z weterynarii. Miłośnik zwierząt i pięknych kobiet . No to ciekawe do jakiej grupy
mnie zaliczył - śmiejąc się powiedziała Ewa. I nie zastanawiając się dłużej złożyła
dokumenty na weterynarię. To było te 5 minut, które wpłynęły na jej dalsze życie.
Egzamin na uczelnię Ewa zdała bez problemu, również bez problemu zaliczyła
pierwszy semestr. W następnym semestrze miała znacznie częstszy kontakt z profesorem
S. i .....zakochała się w nim.
Miłośnik zwierząt i pięknych kobiet w niczym nie przypominał Adonisa - niewysoki, z wyhodowanym niewielkim brzuszkiem i lekko przerzedzonymi blond włosami był bardzo sympatycznym facetem, ale z pewnością nie był urodziwy. I raczej nie podrywał swych
studentek. Ale podobno Amor z lekka niedowidzi i śle swe strzały na oślep.
Oczywiście Ewa nie powiedziała żadnej z koleżanek, że się zakochała w panu S. Cały
czas kombinowała jakby upolować pana S. na osobności. Pod koniec drugiego semestru
nadarzyła się okazja - profesor S. miał popołudniowy dyżur w klinice zwierząt -
Ewa pożyczyła od swej ciotki psa i pojechała do kliniki jako klientka. Gdy wreszcie
nadeszła jej kolej i weszła z psem do gabinetu, pan profesor S. był zdziwiony i nieco
ucieszony. Gdy Ewa usadziła psa na stole a pan S. zapytał się co psu dolega, Ewa lekko
się jąkając i czerwieniąc odpowiedziała- "psu nic, tylko muszę to panu powiedzieć - ja się
zakochałam w panu. Wiem, że jest pan żonaty, ale to nic i tak pana kocham".
Pan B. stał z szeroko otwartymi oczami i zastygłym na ustach uśmiechem. Podszedł do
Ewy, delikatnie objął ją ramieniem i powiedział: "od blisko roku jestem po rozwodzie. Jak
mogłaś się zakochać w takim starym facecie jak ja? Przecież mnie nie znasz!
A jak poznasz to ci miłość przejdzie. Poza tym jesteś moją studentką, nie możemy się
nigdzie na mieście spotykać, bo będzie afera". No to ja rzucę studia -Ewa natychmiast
znalazła rozwiązanie. Pan S. ostro zaprotestował - co to, to nie- nie ma mowy!
Musisz studiować nadal". Ewa popatrzyła smutnym wzrokiem na pana S. - i zapewne
coś to spojrzenie wyrażało, bo pan S. zaproponował Ewie, by w czasie wakacji pomagała
w gabinecie weterynaryjnym jego kolegi. Pan S. przyjmował tam dwa dni w tygodniu.
Stwierdził, że to będzie pieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu - Ewa zdobędzie za
jednym zamachem większą wiedzę z zakresu weterynarii i będzie miała okazję poznać
jakim to okropnym człowiekiem jest pan.S.
Pierwszy rok studiów Ewa zaliczyła i rozpoczęła pracę w prywatnym gabinecie. Goliła
psie łapy, asystowała przy operacjach, sprzątała, sterylizowała narzędzia, porządkowała
kartotekę- ogólnie była na stanowisku przynieś, podaj, przytrzymaj. Pracowała codziennie
od godz. 16,00 do 20,00 a jeśli była jakaś operacja to i znacznie dłużej. Przy drobnych
zabiegach asystowała tylko Ewa, gdy operacja była poważniejsza obaj panowie operowali,
a jej zadaniem było notowanie wszystkiego co się działo, podawanie tego, co było poza
zasięgiem rąk lekarzy a potem sprzątanie. Raz nawet dostąpiła zaszczytu założenia kilku
szwów.
I jakoś niespecjalnie się plan pana S. powiódł -Ewa wcale się nie odkochała, za to pan S.
zorientował się, że ta cicha, zorganizowana i bystra dziewczyna coraz więcej mu się
podoba. Pan S. zaczął o siebie bardziej dbać -skrócił zbyt długie włosy, dzięki czemu
zyskały na wyglądzie, zaczął pływać i w krótkim czasie okazało się, że spodnie są
zbyt luzne.
W drugiej połowie sierpnia pan S. był już lekko zadurzony w Ewie. Gdy wychodzili
póznym wieczorem z gabinetu zaczął odprowadzać Ewę do domu, twierdząc, że musi
zażyć nieco ruchu. Aż pewnego dnia zaproponował, by Ewa razem z nim pojechała
w weekend na przyjęcie do jego przyjaciela, leśniczego. Ewa omal nie rzuciła mu się
na szyję z radości, ale opanowanym głosem zapytała, czy jej towarzystwo nie narobi
mu kłopotu. Pan S. zapewniał, że nie, absolutnie, a przyjaciel i jego żona to bardzo
mili ludzie.
I tym sposobem , w piątkowy wieczór, po zamknięciu gabinetu, pan S. zapakował
Ewę i jej torbę podróżną do samochodu i pojechali.
W drodze głównie rozmawiali o różnych dziwnych przypadkach weterynaryjnych.
Na miejscu wylądowali około godz. 23,00.
Gospodarz leśniczówki i jego żona byli bardzo serdeczni i Ewa odniosła wrażenie, że
dobrze wiedzieli o jej istnieniu. Zostali zakwaterowani w dwóch sąsiadujących ze sobą
pokojach, które były połączone drzwiami.
W drzwiach od strony pokoju Ewy tkwił klucz, a pod nimi stała toaletka.
Ale te szczegóły Ewa dostrzegła dopiero następnego dnia rano. Była bardzo zmęczona
i wieczorem padła niczym mucha.Spała spokojnie i długo - gdy się ocknęła dochodziła
już dziesiąta. Trochę jej było wstyd, że tak długo spała.
I wtedy postanowiła odsunąć toaletkę spod drzwi i zajrzeć do pokoju pana S. Jak
pomyślała tak zrobiła. Toaletka była lekka, drzwi nie były zamknięte na klucz i po
chwili znalazła się w pokoju pana S. Obiekt jej uczuć spał w najlepsze. Ewa cichutko
podeszła do jego łóżka i ukucnęła przy łóżku. Ale kucanie to mało wygodna pozycja i
Ewa wstając straciła równowagę i by nie upaść chwyciła się krawędzi łóżka.
I wtedy pochwyciła ją ręka pana S. W efekcie Ewa usiadła na brzegu łóżka i natychmiast
znalazła się w objęciach swego profesora.
I ten człowiek, w którym Ewa miała się odkochać trzymał ją w swoich objęciach i bardzo
delikatnie całował jej twarz,oczy, szyję, ręce.
Wiesz, -szepnęła Ewa - gdy śpisz wyglądasz jak dziecko. I cudownie całujesz, całuj mnie
tak zawsze, dobrze?
I nigdy nie mów, że jesteś stary- ja nie lubię tych młodych napalonych palantów, którym
ręce latają z chęci rozebrania mnie i przelecenia.
Pan S. uśmiechnął się i wyszeptał - ja też mam ochotę cię rozebrać- ale nie tutaj. Idz
pierwsza do łazienki. Możesz na dół zejść w piżamie, albo się ubrać.
Ewa poszła do łazienki a potem ubrała się w dres. Dobrze wiedziała, że wygląda w nim
super. Był w lodowato błękitnym kolorze. W kuchni czekał na nich przy zastawionym
stole pan Jacek- gospodarz leśniczówki. Jego żona była na wybiegu saren.
Ewa zaczęła przepraszać, że tak długo spała, ale pan Jacek powiedział, że on się bardzo
cieszy, gdy goście długo śpią, bo to znaczy, że im tu dobrze.
Po śniadaniu poszli do zagrody saren, potem w dwa motocykle wyruszyli na objazd lasu.
Pan Jacek i jego żona bardzo uważnie przypatrywali się Ewie, czuła się niemal jak na
cenzurowanym. A jednocześnie byli bardzo mili i serdeczni.
Ten dzień był ich dwudziestą rocznicą ślubu i w planie było spotkanie z resztą
znajomych w pobliskim zajezdzie, w którym pan Jacek zamówił uroczysty obiad.
Nie chciał by w tym dniu żona stała przy kuchni. Ewa była niewątpliwie atrakcją tego
spotkania, a pan S. przedstawił ją swoim pozostałym znajomym jako swą przyjaciółkę.
Gdyby nie kilka wypitych kieliszków wina, pan S. najchętniej powróciłby już do
Warszawy.
Tę noc spędzili już w jednym pokoju - mieli sobie bardzo wiele do powiedzenia i kilka
spraw do przedyskutowania. Pan S. powściągnął chęć rozebrania Ewy, która się do
niego tuliła i oddawała każdy pocałunek.
Pan S. oświadczył, że będą tylko wtedy razem, jeżeli Ewa zdecyduje się zostać jego żoną.
I uważa, że Ewa powinna koniecznie studiować, ale może jednak zmieni kierunek, np. na biotechnologię, bo po tym kierunku zawsze znajdzie pracę, a jeżeli będzie "dobra" to
z pewnością zostanie na uczelni. Wg niego praca weterynarza jest dla kobiety zbyt ciężka.
Ewa się obruszyła- to dlaczego mi w dziekanacie zaproponowałeś właśnie weterynarię?
Bo miałem ochotę do ciebie zagadać, a to było jedyne co mogłem tam powiedzieć.
A Ewa ze śmiechem zapytała- a do której grupy mnie zakwalifikowałeś wtedy - do
zwierząt czy do pięknych kobiet? Do obu, moja droga, do obu- odpowiedział.
Rodzice Ewy nie byli zachwyceni pomysłem, by Ewa wyszła za mężczynę, który był
od niej 18 lat starszy a do tego rozwiedziony.
Ale Ewa postawiła sprawę jasno - albo ten zostanie jej mężem albo rzuci studia,
podejmie pracę i się wyprowadzi z domu. W końcu jest wszak pełnoletnia.
Największy dylemat miała matka Ewy, bo jej przyszły zięć był od niej zaledwie o trzy
lata młodszy i nie bardzo wiedziała jak ma się do niego zwracać. Ojciec Ewy nie miał
takiego dylematu, wypił z zięciem bruderszaft.
Ślub był cywilny, bez wesela, tylko obiad w restauracji. Miesiąc miodowy odłożyli na
następne wakacje. Ewa dla wygody pozostała przy swoim panieńskim nazwisku aż do
chwili uzyskania dyplomu z biotechnologii.
Potem wyjechała na stypendium podyplomowe zabierając oczywiście ze sobą męża.
Pan S. nie widzi świata poza swą żoną i córeczką, którą Ewa urodziła mając 34 lata.
pewna.
Mam jednak wrażenie, że w życiu każdego z nas jest sporo takich pięciominutówek.
Najczęściej są one dość oddalone w czasie, o niektórych zapominamy i stąd wrażenie,
że wystarczy pięć minut by albo wszystko padło na łeb i szyję, albo by nas przyprawiło
o stan euforii.
Ewa była typową panienką "z dobrego domu". Zawsze była dobrą uczennicą, a okres
pokwitania nie wprowadził do jej psychiki bałaganu i buntu.
Nie paliła po kryjomu papierosów, nie piła alkoholu, w domu nie kłamała. Rodzice nie
mieli z nią żadnych kłopotów. Maturę zdała bez problemu.
Zastanawiała się dość długo nad wyborem kierunku studiów - ogromnie lubiła biologię
i była zdecydowana by obrać ten kierunek studiów.
Rodzice wcale nie byli tym pomysłem zachwyceni - nie bardzo wiedzieli co Ewa będzie
robiła po ukończeniu studiów.
Gdy Ewa składała dokumenty na uczelni i gdy rozmawiała w dziekanacie z jedną z pań,
do dziekanatu wszedł któryś z wykładowców - chwilę się przysłuchiwał rozmowie,
potem spojrzał Ewie w oczy i wspaniałym, radiowym głosem zapytał - "lubi pani
zwierzęta? Bo jeśli tak, to może wybrałaby pani weterynarię?"
Nim Ewa zdążyła odpowiedzieć skinął wszystkim głową , powiedział "no to lecę" i
wyszedł. A kto to był ?- zapytała Ewa. Jedna z pań uśmiechnęła się - to był profesor S.
z weterynarii. Miłośnik zwierząt i pięknych kobiet . No to ciekawe do jakiej grupy
mnie zaliczył - śmiejąc się powiedziała Ewa. I nie zastanawiając się dłużej złożyła
dokumenty na weterynarię. To było te 5 minut, które wpłynęły na jej dalsze życie.
Egzamin na uczelnię Ewa zdała bez problemu, również bez problemu zaliczyła
pierwszy semestr. W następnym semestrze miała znacznie częstszy kontakt z profesorem
S. i .....zakochała się w nim.
Miłośnik zwierząt i pięknych kobiet w niczym nie przypominał Adonisa - niewysoki, z wyhodowanym niewielkim brzuszkiem i lekko przerzedzonymi blond włosami był bardzo sympatycznym facetem, ale z pewnością nie był urodziwy. I raczej nie podrywał swych
studentek. Ale podobno Amor z lekka niedowidzi i śle swe strzały na oślep.
Oczywiście Ewa nie powiedziała żadnej z koleżanek, że się zakochała w panu S. Cały
czas kombinowała jakby upolować pana S. na osobności. Pod koniec drugiego semestru
nadarzyła się okazja - profesor S. miał popołudniowy dyżur w klinice zwierząt -
Ewa pożyczyła od swej ciotki psa i pojechała do kliniki jako klientka. Gdy wreszcie
nadeszła jej kolej i weszła z psem do gabinetu, pan profesor S. był zdziwiony i nieco
ucieszony. Gdy Ewa usadziła psa na stole a pan S. zapytał się co psu dolega, Ewa lekko
się jąkając i czerwieniąc odpowiedziała- "psu nic, tylko muszę to panu powiedzieć - ja się
zakochałam w panu. Wiem, że jest pan żonaty, ale to nic i tak pana kocham".
Pan B. stał z szeroko otwartymi oczami i zastygłym na ustach uśmiechem. Podszedł do
Ewy, delikatnie objął ją ramieniem i powiedział: "od blisko roku jestem po rozwodzie. Jak
mogłaś się zakochać w takim starym facecie jak ja? Przecież mnie nie znasz!
A jak poznasz to ci miłość przejdzie. Poza tym jesteś moją studentką, nie możemy się
nigdzie na mieście spotykać, bo będzie afera". No to ja rzucę studia -Ewa natychmiast
znalazła rozwiązanie. Pan S. ostro zaprotestował - co to, to nie- nie ma mowy!
Musisz studiować nadal". Ewa popatrzyła smutnym wzrokiem na pana S. - i zapewne
coś to spojrzenie wyrażało, bo pan S. zaproponował Ewie, by w czasie wakacji pomagała
w gabinecie weterynaryjnym jego kolegi. Pan S. przyjmował tam dwa dni w tygodniu.
Stwierdził, że to będzie pieczenie dwóch pieczeni na jednym ogniu - Ewa zdobędzie za
jednym zamachem większą wiedzę z zakresu weterynarii i będzie miała okazję poznać
jakim to okropnym człowiekiem jest pan.S.
Pierwszy rok studiów Ewa zaliczyła i rozpoczęła pracę w prywatnym gabinecie. Goliła
psie łapy, asystowała przy operacjach, sprzątała, sterylizowała narzędzia, porządkowała
kartotekę- ogólnie była na stanowisku przynieś, podaj, przytrzymaj. Pracowała codziennie
od godz. 16,00 do 20,00 a jeśli była jakaś operacja to i znacznie dłużej. Przy drobnych
zabiegach asystowała tylko Ewa, gdy operacja była poważniejsza obaj panowie operowali,
a jej zadaniem było notowanie wszystkiego co się działo, podawanie tego, co było poza
zasięgiem rąk lekarzy a potem sprzątanie. Raz nawet dostąpiła zaszczytu założenia kilku
szwów.
I jakoś niespecjalnie się plan pana S. powiódł -Ewa wcale się nie odkochała, za to pan S.
zorientował się, że ta cicha, zorganizowana i bystra dziewczyna coraz więcej mu się
podoba. Pan S. zaczął o siebie bardziej dbać -skrócił zbyt długie włosy, dzięki czemu
zyskały na wyglądzie, zaczął pływać i w krótkim czasie okazało się, że spodnie są
zbyt luzne.
W drugiej połowie sierpnia pan S. był już lekko zadurzony w Ewie. Gdy wychodzili
póznym wieczorem z gabinetu zaczął odprowadzać Ewę do domu, twierdząc, że musi
zażyć nieco ruchu. Aż pewnego dnia zaproponował, by Ewa razem z nim pojechała
w weekend na przyjęcie do jego przyjaciela, leśniczego. Ewa omal nie rzuciła mu się
na szyję z radości, ale opanowanym głosem zapytała, czy jej towarzystwo nie narobi
mu kłopotu. Pan S. zapewniał, że nie, absolutnie, a przyjaciel i jego żona to bardzo
mili ludzie.
I tym sposobem , w piątkowy wieczór, po zamknięciu gabinetu, pan S. zapakował
Ewę i jej torbę podróżną do samochodu i pojechali.
W drodze głównie rozmawiali o różnych dziwnych przypadkach weterynaryjnych.
Na miejscu wylądowali około godz. 23,00.
Gospodarz leśniczówki i jego żona byli bardzo serdeczni i Ewa odniosła wrażenie, że
dobrze wiedzieli o jej istnieniu. Zostali zakwaterowani w dwóch sąsiadujących ze sobą
pokojach, które były połączone drzwiami.
W drzwiach od strony pokoju Ewy tkwił klucz, a pod nimi stała toaletka.
Ale te szczegóły Ewa dostrzegła dopiero następnego dnia rano. Była bardzo zmęczona
i wieczorem padła niczym mucha.Spała spokojnie i długo - gdy się ocknęła dochodziła
już dziesiąta. Trochę jej było wstyd, że tak długo spała.
I wtedy postanowiła odsunąć toaletkę spod drzwi i zajrzeć do pokoju pana S. Jak
pomyślała tak zrobiła. Toaletka była lekka, drzwi nie były zamknięte na klucz i po
chwili znalazła się w pokoju pana S. Obiekt jej uczuć spał w najlepsze. Ewa cichutko
podeszła do jego łóżka i ukucnęła przy łóżku. Ale kucanie to mało wygodna pozycja i
Ewa wstając straciła równowagę i by nie upaść chwyciła się krawędzi łóżka.
I wtedy pochwyciła ją ręka pana S. W efekcie Ewa usiadła na brzegu łóżka i natychmiast
znalazła się w objęciach swego profesora.
I ten człowiek, w którym Ewa miała się odkochać trzymał ją w swoich objęciach i bardzo
delikatnie całował jej twarz,oczy, szyję, ręce.
Wiesz, -szepnęła Ewa - gdy śpisz wyglądasz jak dziecko. I cudownie całujesz, całuj mnie
tak zawsze, dobrze?
I nigdy nie mów, że jesteś stary- ja nie lubię tych młodych napalonych palantów, którym
ręce latają z chęci rozebrania mnie i przelecenia.
Pan S. uśmiechnął się i wyszeptał - ja też mam ochotę cię rozebrać- ale nie tutaj. Idz
pierwsza do łazienki. Możesz na dół zejść w piżamie, albo się ubrać.
Ewa poszła do łazienki a potem ubrała się w dres. Dobrze wiedziała, że wygląda w nim
super. Był w lodowato błękitnym kolorze. W kuchni czekał na nich przy zastawionym
stole pan Jacek- gospodarz leśniczówki. Jego żona była na wybiegu saren.
Ewa zaczęła przepraszać, że tak długo spała, ale pan Jacek powiedział, że on się bardzo
cieszy, gdy goście długo śpią, bo to znaczy, że im tu dobrze.
Po śniadaniu poszli do zagrody saren, potem w dwa motocykle wyruszyli na objazd lasu.
Pan Jacek i jego żona bardzo uważnie przypatrywali się Ewie, czuła się niemal jak na
cenzurowanym. A jednocześnie byli bardzo mili i serdeczni.
Ten dzień był ich dwudziestą rocznicą ślubu i w planie było spotkanie z resztą
znajomych w pobliskim zajezdzie, w którym pan Jacek zamówił uroczysty obiad.
Nie chciał by w tym dniu żona stała przy kuchni. Ewa była niewątpliwie atrakcją tego
spotkania, a pan S. przedstawił ją swoim pozostałym znajomym jako swą przyjaciółkę.
Gdyby nie kilka wypitych kieliszków wina, pan S. najchętniej powróciłby już do
Warszawy.
Tę noc spędzili już w jednym pokoju - mieli sobie bardzo wiele do powiedzenia i kilka
spraw do przedyskutowania. Pan S. powściągnął chęć rozebrania Ewy, która się do
niego tuliła i oddawała każdy pocałunek.
Pan S. oświadczył, że będą tylko wtedy razem, jeżeli Ewa zdecyduje się zostać jego żoną.
I uważa, że Ewa powinna koniecznie studiować, ale może jednak zmieni kierunek, np. na biotechnologię, bo po tym kierunku zawsze znajdzie pracę, a jeżeli będzie "dobra" to
z pewnością zostanie na uczelni. Wg niego praca weterynarza jest dla kobiety zbyt ciężka.
Ewa się obruszyła- to dlaczego mi w dziekanacie zaproponowałeś właśnie weterynarię?
Bo miałem ochotę do ciebie zagadać, a to było jedyne co mogłem tam powiedzieć.
A Ewa ze śmiechem zapytała- a do której grupy mnie zakwalifikowałeś wtedy - do
zwierząt czy do pięknych kobiet? Do obu, moja droga, do obu- odpowiedział.
Rodzice Ewy nie byli zachwyceni pomysłem, by Ewa wyszła za mężczynę, który był
od niej 18 lat starszy a do tego rozwiedziony.
Ale Ewa postawiła sprawę jasno - albo ten zostanie jej mężem albo rzuci studia,
podejmie pracę i się wyprowadzi z domu. W końcu jest wszak pełnoletnia.
Największy dylemat miała matka Ewy, bo jej przyszły zięć był od niej zaledwie o trzy
lata młodszy i nie bardzo wiedziała jak ma się do niego zwracać. Ojciec Ewy nie miał
takiego dylematu, wypił z zięciem bruderszaft.
Ślub był cywilny, bez wesela, tylko obiad w restauracji. Miesiąc miodowy odłożyli na
następne wakacje. Ewa dla wygody pozostała przy swoim panieńskim nazwisku aż do
chwili uzyskania dyplomu z biotechnologii.
Potem wyjechała na stypendium podyplomowe zabierając oczywiście ze sobą męża.
Pan S. nie widzi świata poza swą żoną i córeczką, którą Ewa urodziła mając 34 lata.
Czego unikam
Mam wrażenie, że każdy z nas unika w życiu pewnych sytuacji - tyle tylko, że
tych, których ja unikam - mało kto unika.
Bo ja nałogowo unikam bywania na : ślubach, weselach i pogrzebach.
W ciągu całego życia byłam raptem na pięciu weselach, w tym jest i wesele mojej
córki, pewnie na piętnastu ślubach , wliczając to ślub córki i własny,oraz na "nastu"
pogrzebach.
Pierwsze wesele , na którym byłam, pamiętam niestety do dziś. Miałam wtedy
13 lub 14 lat i byłam na wakacjach w Szczyrku.
Córka właścicielki domu, w którym wynajmowaliśmy pokój, moja rówieśnica,
zabrała mnie po kryjomu na "wesele u Śliwy".
Staśka, bo takie imię miało dziewczę, roztaczała przede mną perspektywy super
zabawy - miałyśmy się wytańczyć za wszystkie czasy, bo Śliwa jako bogaty
człowiek, zamówił orkiestrę z Bielska Białej, poza tym miała też być kapela
góralska.
Oczywiście nie miałam pojęcia, że szłyśmy tam "na pitasa", czyli bez
zaproszenia. Powiedziałam swojej babci, że idę ze Staśką do jej koleżanki na drugi
koniec Szczyrku, obiecałam, że wrócę około siódmej i poszłyśmy.
Wesele faktycznie było na drugim końcu Szczyrku. Gdy dotarłyśmy na miejsce
zabawa już trwała w najlepsze i tak na moje oko to chyba tylko my dwie byłyśmy
trzezwiutkie. Stoły były rozstawione w sadzie, pod drzewami , a za parkiet
służyło podwórko. Ludzi było naprawdę sporo, większość w strojach regionalnych,
miastowi w większości już pozbyli się marynarek i paradowali w samych koszulach
z podwiniętymi rękawami i mocno poluzowanymi krawatami. Tylko biedny pan
młody topił się w czarnym garniturze. Dzieci było co niemiara, przekrój wiekowy
od przedszkola do liceum.
Nikt nas nie przepytywał skąd się tu wzięłyśmy, zresztą Staśka, jako miejscowa,
znała prawie wszystkich mieszkańców Szczyrku.
Starsi goście mało tańczyli, głównie byli zajęci jedzeniem a jeszcze bardziej
spełnianiem co chwilę toastów. Pili wszyscy na potęgę - kobiety znacznie mniej,
ale mężczyzni się nie oszczędzali. Co jakiś czas następowała zamiana pustych
półlitrówek na pełne, poza tym pod drzewem stały dwie wielkie beczki piwa.
Gdzieś około szóstej na podwórkowym parkiecie zostało już niewielu tańczących-
większość poszła do sadu. W pewnej chwili rozległo się głośne " OOOO" i ci
w sadzie zaczęli klaskać - bili brawo, bo dwóch silnych wniosło stół, a na nim
pieczoną w całości świnię. W półotwartym pysku świnka trzymała jabłko.
Nie spodziewałam się takiego widoku - zresztą nigdy nie widziałam tak podanej
wieprzowiny. Zrobiło mi się niedobrze i resztki obiadu zakąszone jakimiś
przystawkami z weselnego stołu upomniały się o natychmiastowe opuszczenie
moich trzewi. Pognałam szukać toalety, której nie znalazłam i zmuszona wydaliłam
wszystko w okolicy stodoły.
Staśka już mnie szukała, więc zaproponowałam, żeby już wracać do domu. Miała
do mnie żal, że upieram się przy powrocie do domu.
Ale żal jej minął następnego dnia, gdy rozeszła się po okolicy wiadomość, że
weselnicy w pewnej chwili zaczęli się bić, polała się krew, poszły w ruch noże
i dwóch uczestników bitki nie udało się uratować.
Wg kryterium miejscowych dobre wesele to takie, ktore trwa trzy dni i na którym
powinien ktoś zostać ranny.
Przez dwie noce śniła mi się ta pieczona świnka i tłum usiłujący odrywać od niej
kawały mięsa i na dodatek ze świnki leciała krew.
Przez długi okres czasu omijałam wesela, ale czasami musiałam jednak być obecna.
My nie mieliśmy wesela - czego moja teściowa nie wybaczyła mi aż do swej
śmierci. Ale my braliśmy ślub w okresie gdy byłam w żałobie.
W jakiś czas potem jeden z naszych kolegów się żenił - nie mogliśmy ominąć tych
uroczystości.
Był kwiecień, ale było mało wiosennie, temperatura niewiele powyżej zera.
Staliśmy przed akademickim kościołem św. Anny czekając na przybycie oblubieńców.
My wszyscy w ciepłych płaszczach, czapkach, a tu zajeżdża wolniutko konna
dorożka a w niej, sina panna młoda w samej ślubnej sukni.
Wprawdzie suknia była z długimi rękawami, no ale to była bardzo cienka koronka.
Biedula ledwo wysiadła z tej dorożki, trzęsła się z zimna niczym galareta.
Proponowałyśmy, by wpierw się ogrzała, bo w kościele też nie było zbyt ciepło, ale
ksiądz już popędzał towarzystwo, bo następny ślub miał być za 20 minut.
I sina, dygocąca dziewczyna podreptała w stronę ołtarza. Widok był niebywały-
panna młoda miała posturę anorektyczki, do tego dygotała intensywnie i była
szaro fioletowa na buzi i rękach. Kwiaty w wiązance też z lekka ucierpiały
z chłodu, a słowa przysięgi małżeńskiej, które podobno wypowiadała, nie dotarły do
zgromadzonych. Od ołtarza para młoda oddalała się niemal biegiem.
Pan młody na niedalekim postoju wziął taksówkę i poinformował właściciela dorożki,
że drogę powrotną odbędę już "zwykłą" taksówką.
Okazało się, że to panna młoda miała taki zabójczy pomysł, by drogę do kościoła
i z powrotem odbyć konną dorożką i niezrażona niską temperaturą odmówiła
założenia swetra, płaszcza lub owinięcia się szalem. Bo jazda w płaszczu nie byłaby
romantyczna. A jechali z Dolnego Mokotowa na Plac Zamkowy.
Pierwsze dwa tygodnie swego małżeństwa panna młoda spędziła w łóżku, biorąc
zastrzyki i podejrzewając, że wypluje za chwilę płuca.
Ślub i wesele mojej córki też dało mi się niezle we znaki - po prostu tego dnia było
37 stopni ciepła w cieniu. I gdyby nie ten koszmarny upał, byłoby naprawdę miło.
Pogrzeby to też impreza raczej nie dla mnie.
Pierwszy zaliczyłam w wieku 5 lat i dostałam klapsa, bo zapytałam się głośno o
nos nieboszczyka. Trumna stała na wysokim katafalku, ja ze swej pozycji widziałam
tylko sterczący nos nieboszczyka, o czym głośno poinformowałam dziadków.
Efekt - klaps na złe zachowanie.
W trakcie kariery szkolnej - pogrzeb, na którym omal nie padłam ze śmiechu - ale
nie moją winą było to, że trumna nie chciała wejść do grobowca a wdowa płakała
tylko wtedy, gdy grabarze trumnę spuszczali do grobu i przestawała płakać gdy się ta
trumna zatrzymywała. Po trzech powtórkach tej sytuacji- wymiękłam i musiałam
odejść wraz z koleżanką by się wyśmiać.
Na wszelki wypadek już zarządziłam, że mój pogrzeb ma być "cywilny" i mam
zostać skremowana.
tych, których ja unikam - mało kto unika.
Bo ja nałogowo unikam bywania na : ślubach, weselach i pogrzebach.
W ciągu całego życia byłam raptem na pięciu weselach, w tym jest i wesele mojej
córki, pewnie na piętnastu ślubach , wliczając to ślub córki i własny,oraz na "nastu"
pogrzebach.
Pierwsze wesele , na którym byłam, pamiętam niestety do dziś. Miałam wtedy
13 lub 14 lat i byłam na wakacjach w Szczyrku.
Córka właścicielki domu, w którym wynajmowaliśmy pokój, moja rówieśnica,
zabrała mnie po kryjomu na "wesele u Śliwy".
Staśka, bo takie imię miało dziewczę, roztaczała przede mną perspektywy super
zabawy - miałyśmy się wytańczyć za wszystkie czasy, bo Śliwa jako bogaty
człowiek, zamówił orkiestrę z Bielska Białej, poza tym miała też być kapela
góralska.
Oczywiście nie miałam pojęcia, że szłyśmy tam "na pitasa", czyli bez
zaproszenia. Powiedziałam swojej babci, że idę ze Staśką do jej koleżanki na drugi
koniec Szczyrku, obiecałam, że wrócę około siódmej i poszłyśmy.
Wesele faktycznie było na drugim końcu Szczyrku. Gdy dotarłyśmy na miejsce
zabawa już trwała w najlepsze i tak na moje oko to chyba tylko my dwie byłyśmy
trzezwiutkie. Stoły były rozstawione w sadzie, pod drzewami , a za parkiet
służyło podwórko. Ludzi było naprawdę sporo, większość w strojach regionalnych,
miastowi w większości już pozbyli się marynarek i paradowali w samych koszulach
z podwiniętymi rękawami i mocno poluzowanymi krawatami. Tylko biedny pan
młody topił się w czarnym garniturze. Dzieci było co niemiara, przekrój wiekowy
od przedszkola do liceum.
Nikt nas nie przepytywał skąd się tu wzięłyśmy, zresztą Staśka, jako miejscowa,
znała prawie wszystkich mieszkańców Szczyrku.
Starsi goście mało tańczyli, głównie byli zajęci jedzeniem a jeszcze bardziej
spełnianiem co chwilę toastów. Pili wszyscy na potęgę - kobiety znacznie mniej,
ale mężczyzni się nie oszczędzali. Co jakiś czas następowała zamiana pustych
półlitrówek na pełne, poza tym pod drzewem stały dwie wielkie beczki piwa.
Gdzieś około szóstej na podwórkowym parkiecie zostało już niewielu tańczących-
większość poszła do sadu. W pewnej chwili rozległo się głośne " OOOO" i ci
w sadzie zaczęli klaskać - bili brawo, bo dwóch silnych wniosło stół, a na nim
pieczoną w całości świnię. W półotwartym pysku świnka trzymała jabłko.
Nie spodziewałam się takiego widoku - zresztą nigdy nie widziałam tak podanej
wieprzowiny. Zrobiło mi się niedobrze i resztki obiadu zakąszone jakimiś
przystawkami z weselnego stołu upomniały się o natychmiastowe opuszczenie
moich trzewi. Pognałam szukać toalety, której nie znalazłam i zmuszona wydaliłam
wszystko w okolicy stodoły.
Staśka już mnie szukała, więc zaproponowałam, żeby już wracać do domu. Miała
do mnie żal, że upieram się przy powrocie do domu.
Ale żal jej minął następnego dnia, gdy rozeszła się po okolicy wiadomość, że
weselnicy w pewnej chwili zaczęli się bić, polała się krew, poszły w ruch noże
i dwóch uczestników bitki nie udało się uratować.
Wg kryterium miejscowych dobre wesele to takie, ktore trwa trzy dni i na którym
powinien ktoś zostać ranny.
Przez dwie noce śniła mi się ta pieczona świnka i tłum usiłujący odrywać od niej
kawały mięsa i na dodatek ze świnki leciała krew.
Przez długi okres czasu omijałam wesela, ale czasami musiałam jednak być obecna.
My nie mieliśmy wesela - czego moja teściowa nie wybaczyła mi aż do swej
śmierci. Ale my braliśmy ślub w okresie gdy byłam w żałobie.
W jakiś czas potem jeden z naszych kolegów się żenił - nie mogliśmy ominąć tych
uroczystości.
Był kwiecień, ale było mało wiosennie, temperatura niewiele powyżej zera.
Staliśmy przed akademickim kościołem św. Anny czekając na przybycie oblubieńców.
My wszyscy w ciepłych płaszczach, czapkach, a tu zajeżdża wolniutko konna
dorożka a w niej, sina panna młoda w samej ślubnej sukni.
Wprawdzie suknia była z długimi rękawami, no ale to była bardzo cienka koronka.
Biedula ledwo wysiadła z tej dorożki, trzęsła się z zimna niczym galareta.
Proponowałyśmy, by wpierw się ogrzała, bo w kościele też nie było zbyt ciepło, ale
ksiądz już popędzał towarzystwo, bo następny ślub miał być za 20 minut.
I sina, dygocąca dziewczyna podreptała w stronę ołtarza. Widok był niebywały-
panna młoda miała posturę anorektyczki, do tego dygotała intensywnie i była
szaro fioletowa na buzi i rękach. Kwiaty w wiązance też z lekka ucierpiały
z chłodu, a słowa przysięgi małżeńskiej, które podobno wypowiadała, nie dotarły do
zgromadzonych. Od ołtarza para młoda oddalała się niemal biegiem.
Pan młody na niedalekim postoju wziął taksówkę i poinformował właściciela dorożki,
że drogę powrotną odbędę już "zwykłą" taksówką.
Okazało się, że to panna młoda miała taki zabójczy pomysł, by drogę do kościoła
i z powrotem odbyć konną dorożką i niezrażona niską temperaturą odmówiła
założenia swetra, płaszcza lub owinięcia się szalem. Bo jazda w płaszczu nie byłaby
romantyczna. A jechali z Dolnego Mokotowa na Plac Zamkowy.
Pierwsze dwa tygodnie swego małżeństwa panna młoda spędziła w łóżku, biorąc
zastrzyki i podejrzewając, że wypluje za chwilę płuca.
Ślub i wesele mojej córki też dało mi się niezle we znaki - po prostu tego dnia było
37 stopni ciepła w cieniu. I gdyby nie ten koszmarny upał, byłoby naprawdę miło.
Pogrzeby to też impreza raczej nie dla mnie.
Pierwszy zaliczyłam w wieku 5 lat i dostałam klapsa, bo zapytałam się głośno o
nos nieboszczyka. Trumna stała na wysokim katafalku, ja ze swej pozycji widziałam
tylko sterczący nos nieboszczyka, o czym głośno poinformowałam dziadków.
Efekt - klaps na złe zachowanie.
W trakcie kariery szkolnej - pogrzeb, na którym omal nie padłam ze śmiechu - ale
nie moją winą było to, że trumna nie chciała wejść do grobowca a wdowa płakała
tylko wtedy, gdy grabarze trumnę spuszczali do grobu i przestawała płakać gdy się ta
trumna zatrzymywała. Po trzech powtórkach tej sytuacji- wymiękłam i musiałam
odejść wraz z koleżanką by się wyśmiać.
Na wszelki wypadek już zarządziłam, że mój pogrzeb ma być "cywilny" i mam
zostać skremowana.
Subskrybuj:
Posty (Atom)