niedziela, 31 maja 2015

Mezalians -cz.III

Susząc włosy, a było co suszyć, bo było ich dużo i były już długie, Iwona nadal rozmyślała
nad swym małżeństwem Dość często była  niemile zaskoczona zachowaniem Piotra - były
to co prawda drobiazgi, ale przecież życie składa się właśnie z drobiazgów.
Nie mieli jeszcze własnego mieszkania, ale bardzo wiekowa ciotka Iwony, która już sama
nie mogła mieszkać, zostawiła im swe mieszkanie, wyjeżdżając do swego syna.
Była to dla nich duża pomoc, płacili tylko niewysoki czynsz  oraz media.
Gdyby nie to, musieli  by mieszkać albo z rodzicami Iwony albo wynająć gdzieś kawalerkę.
Piotr wcale nie był tym zachwycony- nie podobały mu się stylowe meble i obrazy
oprawione w  pozłacane ramy. "Strasznie  drobnomieszczańskie to mieszkanie- orzekł.
I co z tego, że to obrazy Kossaka, nie podobają mi się".
Iwona pod pretekstem, że boi się by obrazy nie uległy jakiemuś uszkodzeniu, lub kradzieży
gdy całymi dniami nikogo nie ma w domu, opakowała je starannie i zawiozła do mieszkania
swoich rodziców. W ich miejsce powiesiła modne w tym czasie plakaty. Każde spojrzenie
na ścianę w dziennym pokoju  przyprawiało ją o ból zębów. Gdy Piotr wyjechał na kilka dni
w delegację, ściągnęła je i z pomocą kuzyna pomalowała ściany w pokoju, by wyrównać
koloryt ścian.
O, teraz lepiej tu wygląda gdy pomalowałaś  te ściany - skonstatował Piotr po powrocie.
Wolę takie białe niż żółtawe. Iwona chciała mu powiedzieć, że tamte były w kolorze ecru,
ale ugryzła się w język uświadamiając sobie, że większość facetów to daltoniści.
Nie podejrzewała, że susząc włosy można sobie tyle spraw przypomnieć. Przed oczami
przeleciała jej scenka z kwiatami- Iwona była przyzwyczajona, że w jej domu na stole
zawsze stał wazon z ciętymi kwiatami. Nie były to jakieś drogie, kwiaciarniane bukiety, ale
sezonowe kwiaty, kupowane na bazarze.
Gdy pierwszy raz przyniosła do domu bukiet różnobarwnych astrów Piotr był ciekawy
skąd te kwiaty.
No jak to skąd, kupiłam po drodze, stała babina z kwiatami i kupiłam- wyjaśniła mężowi.
Piotr spojrzał na nią jak na wariatkę i powiedział- och baby, baby- matka kupowała zawsze
 jakieś plastikowe, a ty naturalne i oczywiście obie mówicie, żeby było w domu milej.
Twoje zwiędną za kilka dni, a tamte po tygodniu były zakurzone. Głupie pomysły i tyle.
To wszystko były drobiazgi, w sprawach zasadniczych zgadzali się ze sobą.
Ale i z drobnego żwiru można usypać całkiem sporą górkę- pomyślała. Zaplatając warkocz
zastanawiała się co dalej.
Wychodząc za mąż wiedziała, że małżeństwo jest sztuką kompromisu, ale to obie strony
muszą do niego dążyć. Nawet rozmawiali o tym z Piotrem - każde z nich miało utrzymać
swe dotychczasowe hobby. Piotr miał nadal grać z kolegami w tenisa, Iwona chodzić na
gimnastykę połączoną z choreografią i na kurs francuskiego.
W krótkim czasie okazało się, że Iwonie z trudem udało się znalezć czas na kurs językowy,
ale gimnastyki nie było już gdzie upchnąć. Piotr 3 razy w tygodniu spędzał czas na kortach,
wciąż narzekając, że Iwona mu nie towarzyszy, by podziwiać jak dobrze gra. Ale Iwona
nigdy nie ukrywała, że tenis, ping pong, brydż i "piłka kopana" nigdy nie były w kręgu
jej zainteresowań i  pewnością nie będą.
Nie wymagała również, by Piotr uczył się francuskiego tylko dlatego, że ona się tego języka
uczy.
Teoretycznie Piotr to wszystko rozumiał, ale miał żal, że nie spędzają każdej wolnej chwili
razem, a najlepiej byłoby gdyby Iwona  nauczyła się grać w tenisa ziemnego i stołowego
oraz brydża. W piłkę nożną na szczęście już nie, no ale mogłaby przecież raz na jakiś czas
wybrać się z nim i znajomymi na mecz.
Ale Iwona była "uparta" i nie  zgadzała się na którąkolwiek propozycję.
Nie ciągnęła go na przedstawienia baletowe - chodziła  na nie z matką lub koleżanką.
Rozumiała, że nie każdy lubi taką rozrywkę.Wystarczało jej do szczęścia, że chodzili razem
do kina, teatru i na różne opery.
Kiedyś, jeszcze na początku znajomości, Iwona powiedziała, że chodzi na  kurs języka
francuskiego, bo z poprzednim chłopakiem chcieli razem wyjechać do pracy w Maroku.
Nie powiedziała jednak, że chłopak był z innego miasta i na ten kurs wcale nie chodzili
razem- ale oddzielnie, każde w swoim mieście.
No a jak wiadomo odległość raczej nie potęguje uczuć, więc tamta znajomość "rozeszła się
po kościach". Ale Piotrek ubzdurał sobie, że Iwona z całą pewnością tylko dlatego chodzi
na ten kurs, by się  spotykać z tamtym chłopakiem.
Co jakiś czas przyjeżdżał bez uprzedzenia pod klub, w którym był kurs i czekał na Iwonę
w holu, pilnie obserwując z kim wychodzi z sali.
No a ona, jak na złość, wychodziła albo sama albo w towarzystwie siwego, starszego pana,
który szedł na ten sam przystanek tramwajowy co i ona. Wg Piotra starszy pan był wielkim
nudziarzem, który przez kilka przystanków, które przejeżdżał razem z Iwoną, mówił tylko
o tym, z czym  ma trudności w  uczeniu się języka francuskiego.

Następny dzień w pracy należał do dni upiornych.
Pomiary wykazały, że nowiutkie urządzenie do próżniowego pokrywania powierzchni nie
działa najlepiej - i tak dokładnie nie wiadomo było co jest tego przyczyną- czy urządzenie
jest wadliwe, czy jego obsługa niewłaściwa czy też powierzchnie  przeznaczone do pokrycia
ferrytem niedokładnie przygotowane.
Szef zwołał naradę, a Iwona sama na siebie  "ukręciła  bicz" bo stwierdziła, że skoro nie
bardzo teraz wiadomo co kto przygotowywał, to trudno powiedzieć w którym miejscu
popełniono błąd.
Ceramikę przygotowywano partiami, a potem wszystko razem wrzucano do jednego
pojemnika.
Okazało się, że każdy nieco inaczej ją przygotowywał, więc od teraz każdy miał wykonać
tylko jedną operację szczegółowo  opisaną krok po kroku i obowiązek bardzo dokładnego zanotowania całego procesu.
Szef, cały w skowronkach, obarczył Iwonę rozpisaniem całego procesu przygotowawczego,
z zaznaczeniem dokładnego czasu trwania każdej operacji.
Dobrze wiedział, że Iwona ze trzy razy wszystko sprawdzi w instrukcjach  nim cokolwiek
napisze.
Usiedli w jego gabinecie obłożeni  instrukcjami obsługi samego urządzenia i instrukcjami
próżniowego pokrywania powierzchni. Szef czytał  i tłumaczył te, które były w języku
angielskim, Iwona  zaś te same, ale w języku francuskim. Oboje wiedzieli, że mogę się
one nieco od siebie różnić.
Około godz. 21,00 mieli wszystko dokładnie przetłumaczone.
Rozpisywanie na poszczególne operacje  zostawili na następny dzień- to Iwona mogła
już zrobić sama, szef miał tylko wyznaczyć co kto będzie robił.
Gdy zbierali się do domu szef nagle powiedział - no a jak tam w domu? czy już lepiej?
Iwona, nieco zaskoczona taką bezpośredniością  odpowiedziała - jeszcze nie, ale to
tylko drobiazgi. A szef, który już jedno małżeństwo miał za sobą, powiedział - pamiętaj
dziewczyno, że w małżeństwie każdy drobiazg urasta z czasem do rozmiaru Himalajów.
Jeśli nie można tych drobiazgów natychmiast usunąć, twój związek pod nimi zginie.
Wiem co mówię, więc pomyśl dobrze nad tymi drobiazgami, by  cię nie przygniotły.
I pomyśl o studiach, pogadam o tym z kadrami.
A teraz cię odwiozę do domu, już pózno się zrobiło.

W dwa miesiące pózniej Iwona miała dość burzliwą rozmowę z Piotrem. Postanowili
rozstać się na  jakiś czas, ale nie informować o tym swoich rodziców.
Po pół roku wnieśli sprawę rozwodową - dzieci nie posiadali, wspólnego majątku też nie,
więc sprawa przeszła  jak burza.
Iwona nadal mieszkała w mieszkaniu ciotki, nie chciała wrócić do rodziców.
Rozwód przyjęła z ulgą, choć jednocześnie uważała rozpad małżeństwa za swą porażkę.
Zgodnie z radą swego szefa  zaczęła studia  na politechnice.
W dwa lata pózniej zaprosiła swego szefa na swój kolejny  ślub i nieco złośliwie
powiadomiła o nim Piotra.
Nigdy nie zapomni miny Piotra, gdy u jej boku zobaczył tego siwego staruszka-nudziarza,
który razem z nią uczył się francuskiego. Ów staruszek miał całe 40 lat ,czyli był od
niej zaledwie 12 lat starszy.
Staruszek- nudziarz był naprawdę super mężem, pomagał Iwonie w domu, dbał o nią i jak
twierdziła Iwona był niesamowicie żywotnym facetem, którego wygląd kłócił się z jego
możliwościami.
Gdy Iwona skończyła studia, staruszek-nudziarz podjął pracę na kontrakcie w Algierii,
gdzie spędzili cztery lata, a potem wyemigrowali do Kanady.
                                                  KONIEC




sobota, 30 maja 2015

Mezalians , cz.II

Całą drogę do pracy Iwona intensywnie myślała nad tym, jak wpłynąć na  Piotra tak,
by się nie spóżniał.  Była tak bardzo zamyślona, że omal nie przejechała przystanku,
na którym zawsze wysiadała.
Była straszliwie niewyspana i wielce roztargniona.
Szef przyglądał się jej badawczo, w końcu zaprosił do swego gabinetu.
Iwona wpierw się nieco zdenerwowała tym zaproszeniem, ale gdy szef zapytał się o
wyniki badań powłok ferrytowych  , uspokoiła się.
Chciała pójść po dokładne notatki, ale szef powiedział, że obejrzy je potem, przy okazji,
a teraz niech powie coś na temat  ostatniej dostawy ferrytu.
Iwona wymieniła swe spostrzeżenia.
Tego dnia miało być pierwsze próżniowe napylanie korpusów oporników ferrytem.
Na koniec szef zapytał się Iwony co się z nią dzieje,  czy aby nie jest chora lub w ciąży,
bo wygląda jakoś dziwnie.
Ale Iwona zapewniła, że z całą pewnością w ciąży nie jest, tylko miała kiepską noc, jest
tylko nieco zdenerwowana i niewyspana.
Gdy wróciła do laboratorium koleżanka dość obcesowo zadała jej takie same pytania
jak szef. Iwona pokrótce wyjaśniła jej całą sprawę - a koleżanka zawyrokowała - "wiesz,
on na pewno był z jakąś dziewczyną i dlatego zapomniał o powrocie do domu".
Iwona popatrzyła na nią z odrazą. No to mnie pocieszyłaś, wiesz?- wycedziła przez zęby.
Nie sadzę, żeby był z dziewczyną, bo to nie w jego stylu. Ale jesteś naiwna - zaśmiała się
koleżanka.
Około godziny czternastej szef znów wezwał Iwonę do siebie - popatrzył na nią i tym razem powiedział- jutro będziemy siedzieli w pracy dłużej, więc niech teraz pani wpadnie do
Instytutu i podrzuci im  te pierwsze  napylone  korpusy. Oni to wszystko dokładnie
pomierzą i rano zamiast tu, pojedzie pani wpierw do nich , odbierze je i przywiezie.
Tylko proszę dopilnować, żeby był dokładny opis. I proszę się na jutro dobrze wyspać, bo
to będzie długi i ciężki dzień. Wręczył Iwonie kasetkę z  napylonymi korpusami, wystawił
przepustkę na portiernię i wypchnął delikatnie z gabinetu.
Iwona szybko się zebrała i powędrowała do Instytutu. Daleko nie miała, wystarczyło przejść
na sąsiednią ulicę.
Pół godziny pózniej była już w drodze do domu. Właściwie to była wdzięczna szefowi, że ją
wyprawił wcześniej  do domu.
W ogóle szef zawsze dobrze ją traktował , starał się by ciągle uczyła się nowych rzeczy,
czasem zabierał na ciekawe konferencje. W laboratorium pracowały w trójkę, ale tylko ona
naprawdę interesowała się tym co robi. Była po technikum chemicznym i szef namawiał ją
by koniecznie poszła na studia politechniczne.
Iwona  zaprosiła go na swój ślub, podobnie jak i dwie  koleżanki z laboratorium.
Na ślub szef przyszedł z  żoną i niedużą  córeczką, a składając  nowożeńcom życzenia
poinformował pana młodego, że Iwona to jego najlepsza pracownica i koniecznie powinna
studiować.
Piotr wrócił z pracy około siedemnastej, zjedli razem coś na kształt obiadu (Iwona gotowała
raz na dwa dni) i po obiedzie, odkładając zmywanie na póżniej, Iwona zapytała się Piotra
czy może jej powiedzieć czemu tak pózno  poprzedniego dnia wrócił.
Ale zamiast jakiegokolwiek wytłumaczenia usłyszała, że jest histeryczką, bo dzwoniła na
pogotowie, a przecież co mu się mogło stać, skoro grał w ping ponga.
No po prostu pózno zaczęli grać, grali partię i rewanż, potem trochę gadali i wracali do
domu oczywiście piechotą, bo nie było sensu czekać na nocny autobus. I on wcale nie ma
za co ją przepraszać, to raczej ona jego powinna przeprosić bo miała do niego nie
wiadomo z jakiego powodu pretensje. Przecież on niczego złego nie zrobił, był z kolegami,
więc o co jej chodzi?
Iwona, usiłując zachować spokój tłumaczyła, że nawet zakładając, że tenis stołowy jest
stosunkowo mało kontuzjogenny, to zawsze może się  wydarzyć coś złego, można skręcić
nogę, złamać rękę lub dostać po drodze od kogoś nożem w brzuch.
Ale  Piotr tylko lekceważąco machnął ręką i stwierdził, że nie mają o czym dyskutować.
Iwonie "puściły nerwy" i stwierdziła, że inna kobieta na jej miejscu podejrzewałaby, że
po prostu był z kobietą i o całym świecie zapomniał. Piotr się wściekł  i obraził. Iwona
pozmywała tymczasem po obiedzie i powiedziała, że ona dziś wcześniej  się kładzie do
łóżka, bo musi odespać zarwaną noc a następnego dnia będzie dłużej pracowała.
Piotr usiłował jeszcze coś powiedzieć, ale Iwona stwierdziła, że już temat zakończony i
nie ma już o czym dyskutować.
Siedząc w wannie przypomniała sobie, jak matka i ciotka tłumaczyły jej, że Piotr nie
jest wcale właściwym kandydatem, bo wychował się w zupełnie innej rodzinie i jego
rodzice oraz brat nie grzeszą nadmiarem kultury, taktu i rozumu i taki związek zawsze
powoduje konflikty. Ale Iwona twierdziła, że Piotr jest zupełnie inny niż jego rodzina,
a poza tym przecież oni będą mieszkali sami, a nie z którąkolwiek z rodzin.
Poza tym czasy się zmieniły ,czego chyba rodzice jakoś nie zauważyli, a chłopak jest
uczciwy, miły, wykształcony i małżeństwo z nim wcale nie będzie mezaliansem.
W końcu matka "odpuściła", twierdząc, że to przecież Iwony  życie a nie ich i jeśli
Iwona jest pewna, że Piotr jest tym wyśnionym, wymarzonym - to trudno.
c.d.n.

sobota, 9 maja 2015

Mezalians

Iwona wróciła z pracy skonana - na domiar złego nastąpiła tajemnicza awaria sieci
tramwajowej i musiała pokonać kilka kilometrów piechotą- no, może 4 kilometry to nie jest
bardzo dużo, ale po 8 godzinach pracy, wcale nie było to zabawne.
Ale i tak lepsze niż stanie w autobusie w charakterze sardynki w puszce, pomyślała gdy
już otwierała drzwi mieszkania.
W domu nie było nikogo, to popołudnie miała tylko dla siebie. Jej niedawno poślubiony
mąż zapowiedział rano, że obiad zje w stołówce, bo dziś mają z kolegami pograć po
pracy w tenisa stołowego, więc  wróci pewnie ze trzy godziny pózniej.
Iwona należała do osób, które były niesamowicie punktualne - jeśli komuś obiecała, że
będzie o określonej godzinie, to zawsze była.
Za to jej mąż był uosobieniem niepunktualności, co ją zawsze denerwowało. Niewiele
brakowało a spóżnił by się na własny ślub do USC.
Iwona zmyła z siebie trudy dnia biorąc cieplutki prysznic, potem ułożyła się wygodnie na
kanapie, otuliła pledem i pogrążyła w lekturze nowego numeru "Zwierciadła".
Może nie było to czasopismo najwyższych lotów, ale na tle innych wypadało całkiem niezle.
Z zainteresowaniem obejrzała nową modę i doszła do wniosku, że chyba trzeba  będzie coś
uszyć sobie na  nadchodzące lato. Miała nawet niezły materiał, w sam raz na letnią
sukienkę. Rozmyślając nad szyciem nowej sukienki...zasnęła.
Obudziła się ze zdrętwiałym karkiem- kanapowa poduszka nie była zbyt wygodna.
Do pokoju wpadało światło nieodległej latarni, okno nie było zasłonięte zasłoną - z lekka
jeszcze zamroczona snem wstała, zasłoniła okno i zapaliła lampę. Spojrzała na zegarek i
w jednej chwili oprzytomniała - było już dobrze po północy. Zajrzała do drugiego pokoju-
był pusty, jej męża nie było. W pierwszym odruchu chciała położyć się do łóżka i dalej
spać, ale w tej chwili zaświeciło się jej w głowie ostrzegawcze , czerwone światełko-
a może coś się złego stało? Wiedziała, że wzorem punktualności jej mąż nie jest, ale było
już po północy, właściwe bliżej pierwszej. Nie bardzo wiedziała co ma zrobić , gdzie go
szukać, na domiar złego nadal nie mieli telefonu.
Wniosek o jego zainstalowanie leżał w Urzędzie Telekomunikacji i spokojnie nabierał mocy urzędowej. Iwona zaczęła się ubierać- postanowiła pójść do pobliskiej budki telefonicznej i zatelefonować do informacji o wypadkach.
Pod jednym z nr pogotowia ratunkowego podając nazwisko osoby poszukiwanej można się
było dowiedzieć czy danej osobie udzielano pomocy i co się z nią dzieje.
Iwona biegiem dotarła do budki, która szczęśliwym trafem była czynna, wykręciła numer
i znów szczęśliwy traf chciał, że po drugiej stronie informacji udzielała jakaś życzliwa
osoba. Informatorka sprawdziła w kilku miejscach listy osób, które w ciągu ostatnich pięciu
godzin doznały jakiegoś uszczerbku na  zdrowiu, ale wśród nich nie było jej męża.
Nieco uspokojona, wróciła do mieszkania. Była tak  wściekła, że nawet nie położyła się
do łóżka, tylko po ciemku siedziała w pokoju na kanapie.
Około godziny 1,30 w drzwiach zazgrzytał  klucz.
Iwona odetchnęła z ulgą, ale jednocześnie siłą powstrzymywała się, by nie wypaść do
przedpokoju i nie nawymyślać mu.  Piotr rozebrał się w przedpokoju, wpadł na chwilę
do łazienki i nie zapalając światła skierował się prosto do ich sypialenki. Po trzech
minutach wypadł stamtąd i wszedł do pokoju, w którym była Iwona, zapalając światło.
Co się stało? dlaczego nie śpisz? - dopytywał się idiotycznie.
Słowa te podziałały na Iwonę jak płachta na byka - ty się pytasz czemu? Ty idioto, ja
tu umieram ze strachu, że coś ci się stało,wydzwaniam na pogotowie, a ty spokojnie
wracasz niemal nad ranem i jeszcze się pytasz czemu nie śpię? No jasne, ty pewnie byś
spał spokojnie gdyby mnie  nie było tyle godzin w domu. No ale ja jestem inna - fakt.
I wiesz, może będzie lepiej gdy się już teraz  rozejdziemy, bo ja nie mam zamiaru
żyć z kimś, kto jest taki nieodpowiedzialny. Nie mam na to zdrowia, rozumiesz?
Piotr stał z głupią miną, usiłując wybąkać przeprosiny i ją przytulić, ale Iwona była
nadal wściekła i go odtrąciła. Przyniosła sobie z sypialni jasiek i położyła się na
kanapie wyrzucając Piotra z pokoju.
Ranek był koszmarny - Iwona wyglądała jakby przerzuciła w nocy tonę węgla, spała
raptem 3 godziny. 
Piotr już urzędował w kuchni, robił dla siebie herbatę i drugie śniadanie do pracy.
W kubku już czekała  na Iwonę kawa. Była już nawet lekko przestudzona, obok na
talerzyku oczekiwały dwa krakersy.
Iwuś- zaczął Piotr , ale  Iwona przerwała mu- nic nie mów, porozmawiamy po pracy.
Usiadła i z zamkniętymi oczami popijała kawę, mając nadzieję, że ją  "postawi na nogi".
Iwona szybciej niż zwykle wyszykowała się do wyjścia i gdy Piotr poszedł jeszcze do
sypialni by się ubrać, rzuciła w przestrzeń "no to cześć" i szybko wyszła z mieszkania.
W drodze do pracy nadal zastanawiała się nad całym tym zajściem. To, że Piotr jest
niepunktualny to wiedziała, ale tylko raz się spóznił pół godziny a i to wtedy, gdy byli
umówieni u niej w domu. Gdy umawiali się na mieście na ogół nie spózniał się więcej
niż 10 minut. On po prostu nie potrafił sobie dobrze wyliczyć czasu potrzebnego na
dotarcie na miejsce, jeśli musiał w drodze skorzystać ze środków komunikacji miejskiej.
No tak- pomyślała- ale on nie był po prostu w domu wychowywany tak jak ja.
W jej domu rodzinnym punktualność była chyba na pierwszym miejscu.
Wszystko działało w jej życiu wg ściśle ułożonego wcześniej planu - śniadanie niezmiennie
o siódmej rano, wyjście do szkoły o 7,30. Na ścianie w kuchni wisiał jej plan lekcji i mama
wiedziała o której Iwona kończy lekcje i o której powinna dotrzeć do domu.
Jeśli gdzieś wychodziła, musiała określić dokładnie, o której godzinie powróci.
Jeżeli nastąpiło coś, że nie mogła wrócić do domu punktualnie, zawsze telefonowała.
Pełnoletność niczego tu nie zmieniła - nie musiała się co prawda opowiadać dokąd idzie,
ale nadal wymagano od niej punktualności.
Bardzo to śmieszyło Piotra, który zawsze wychodząc z domu wygłaszał tekst "jak wrócę
to będę" , jego rodzice godzili się z tym bez problemu.
Na tle koleżanek Piotra Iwona była niemal dziwadłem -nigdy nie założyła jakichkolwiek
butów na bose stopy- niezależnie od otaczającej temperatury miała pończochy lub rajstopy.
Gdy się dziwił, wytłumaczyła mu, że to po prostu brak elegancji, by wkładać buty na bose
stopy no i poza tym to przecież  niehigieniczne.
Do pracy nigdy nie założyła mocno wydekoltowanej bluzki czy sukienki i nie chodziła
w rozpuszczonych w nieładzie włosach. Zawsze były spięte lub uczesane w kok.
Zdziwionemu Piotrowi tłumaczyła, że zawsze trzeba być ubranym stosownie do sytuacji-
biuro to nie park rozrywki i tyle.
Gdy się umawiali dokładnie wypytywała go dokąd pójdą i co będą robili. 
Pamiętała jego totalne zaskoczenie, gdy w którąś  niedzielę umówili się na dworcu , bo
mieli wyjechać do jej koleżanki pod Warszawę - Iwona była w spodniach, w bluzce
z ogromnym dekoltem i...tenisówkach a włosy miała spięte w "kucyki". Na jej widok
zdziwiony wydusił - ooo, gdzieś się zagubiła panienka z dobrego domu. Nie zgubiła-
poprawiła go Iwona- po prostu panienki z dobrego domu nie jezdżą na wycieczki na
szpilkach i w kostiumie - zapamiętaj to sobie.
Iwona była rzeczywiście "panienką z dobrego domu". Od  dziecka była uczona dobrych
manier - jak się poruszać, jak witać, jak siedzieć przy stole, jak się posługiwać prawidłowo
sztućcami, jak nakrywać do stołu, jakie kieliszki pasują do którego wina, jakie wino
podaje się do czerwonego mięsa a jakie do ryb, i do deserów.
Tak bardzo nawet nie musiano jej tego wszystkiego specjalnie uczyć, bo na co dzień w jej
domu przestrzegano takich zasad, więc niejako automatycznie się ich uczyła.
Bardzo wcześnie dotarło do niej, że z 90% jej koleżanek zupełnie inaczej zachowuje się
przy stole i nie ma zielonego pojęcia o tych wszystkich przepisach dobrego tonu.
Zazdrościła im jednej rzeczy - im wolno było jeść na ulicy- Iwonie  nie, nawet gdyby ją
skręcało z głodu.
                                                        c.d.n.

                                                 


sobota, 2 maja 2015

Przeczytałam....

jednym tchem, książkę pani profesor Lidii Stawowskiej  "Reinkarnacja-nieskończoność
istnienia".
Swą książkę, która jest właściwie  sprawozdaniem z przeprowadzonych badań, pani
profesor zadedykowała  "wszystkim, którzy wątpią w sens życia i nie wierzą we
własną nieśmiertelność".
Nie ma tu nic bajkowego, żadnych dywagacji, żadnych prywatnych poglądów autorki
na zjawisko reinkarnacji - i nawet gdyby pani profesor nie napisała wcale krótkiego
podsumowania wyników, wszystko jest jasne.
Życie to nie tylko synteza białka - posiadamy dwa ciała- fizyczne i energetyczne.
Ciało fizyczne z upływem lat ulega degradacji - ciało energetyczne żyje wiecznie.
Nasza świadomość, podświadomość i nadświadomość jest domeną ciała  energetycznego.
Pani profesor już od dawna od nas odeszła i niestety nikt w Polsce nie kontynuuje jej
pracy. A szkoda.
Ale na szczęście są prowadzone badania w innych krajach i co jakiś czas mamy szansę
dowiedzieć się czegoś nowego.
Będąc, że tak to ujmę, w temacie, sięgnęłam po jeszcze jedną pozycję -książkę
Raymonda A. Moody'ego  "Życie po życiu". Pierwsze wydanie tej książki ukazało się
w 1975 roku, osiągnęło nakład ponad trzynastu milionów egzemplarzy.
Została przetłumaczona na niemal wszystkie języki świata. Jej tematem jest z kolei
sprawozdanie z badań osób, które doświadczyły śmierci klinicznej i w wyniku działań
medycznych zostały przywrócone do życia.
Przyznam się szczerze, że znając ten tytuł przez wiele lat  nie zaglądałam do niej,
opierając się głównie na opinii wielu lekarzy, że takie przeżycia ma każdy, kto cierpi na
silne niedotlenienie mózgu.
Poza tym uważając siebie za wielce nowoczesną kobietę bardziej wierzyłam "szkiełku
i oku" niż temu, że jednak istnieje świat energii i ducha, tym bardziej, że jego istnienie
negowały przeróżne autorytety naukowe.
Takie podejście do tematu zmroziło wielu badaczy, oraz tych, którzy doświadczyli tych
przeżyć. Mało kto o tym opowiadał, bo każdy  bał się etykietki łgarza lub wręcz świra.
Ale jeśli ktoś z Was zna kogoś, kto przeżył śmierć kliniczną, zróbcie wszystko by Wam
zaufał i opowiedział o swoich przeżyciach. Uprzedzam, że nie wszyscy zapamiętali te
przeżycia, ale część z nich - tak, chociaż nikomu się z tego nie zwierzyli.
Ze strachu, że ich nazwą głupimi, histerykami, kłamcami.
W swoim opowiadaniu "Między nami, duszyczkami" wykorzystałam część wrażeń
jednego ze znajomych, który przeżył śmierć kliniczną.
Obie omówione przeze mnie książki nie negują istnienia Boga , z tym, że Jego określenie
zawsze zależy od tego jakiego wyznania jest badana osoba, jej poziomu wiedzy,
wychowania.
Jedni opowiadają, że widzieli Chrystusa, inni określają, że spotkali niebywałą jasność,
rozsiewającą wokół ciepło, miłość, bezpieczeństwo, jeszcze inni mówią, że widzieli
Anioły.
Nie mniej wszyscy zgodnie twierdzą (zarówno ci, o których pisała prof. Stawowska
jak i ci, co przeżyli śmierć kliniczną), że nadal czuli, że żyją, chociaż zdają sobie  sprawę
z faktu, że nie posiadają swego ciała.
Nasze czasy, pełne nowych technik i technologii nie sprzyjają rozważaniom o tym czy
i jak żyjemy po śmierci.
Jesteśmy tak zafascynowani  nowymi zdobyczami techniki, że śmierć i towarzyszące
jej doznania zostały zepchnięte to tematów tabu.
Nikt w szpitalu nie dba o zachowanie godności człowieka w tej chwili gdy jego dusza
(ciało energetyczne) opuszcza ten świat, nie zastanawiają  się, czy odchodzący człowiek
jeszcze coś czuje, widzi lub słyszy.
Sprawiono, że śmierć stała się czymś wstydliwym. A szkoda.
Bo śmierć wcale nie jest końcem.

niedziela, 26 kwietnia 2015

Czasami......

.......pewne rzeczy dość mocno mnie dziwią.
Niektórych członków swojej rodziny spotykam niezmiernie rzadko. Przeciętnie raz na
dwadzieścia lat, ale to nie budzi mego zdziwienia. Taka karma. Gdy są "na okrągło"
rozwody w rodzinie, to z czasem spotkania stają się coraz rzadsze. To też mnie nie
dziwi - po co na forum rodzinnym tłumaczyć  się, że ten obcy facet którego  się ze
sobą przywlokło jest już czwartym mężem, a ta  blondynka, to nie jest Zosia - żona
 po operacji plastycznej, tylko 20 lat młodsza kochanka.
I właściwie od chwili, gdy ze 30 lat temu zmarła moja ulubiona cioteczna babka -
nie bywałam na rodzinnych spędach.
No a gdy się kogoś nie widuje a kiedyś widywało bardzo rzadko, to jego imię i wygląd
zupełnie wypadają z głowy.
Ale świat jest mały i to bardzo. Podkusiło mnie, by wybrać się do pobliskiego marketu,
bo można tam dotrzeć per pedes w ciągu 10 minut.
Byłam tam zaledwie dwa razy i jakoś nie wzbudził mego entuzjazmu, ale z kolei gdy
spojrzałam na zakorkowaną pobliską arterię "przelotową" , zdecydowałam się na ten
market, żeby nie sterczeć w korkach.
Gdy weszłam do hali zaraz w pierwszej "alejce" natknęłam się na jakąś kobietę, która
obdarowała mnie szerokim uśmiechem i tekstem: nooo, góra z górą się nie zejdzie,
a człowiek z człowiekiem tak! Zatkało mnie - naprawdę nie kojarzyłam tej osoby
 z kimkolwiek, kogo bym znała.
Pani mnie chyba z kimś pomyliła- stwierdziłam spokojnym głosem i odwzajemniłam
uśmiech. W końcu niemal kulturalna jestem.
Ależ skąd! -zapewniła mnie nieznajoma. My jesteśmy kuzynkami. Ja jestem córką
Miśki i Zygmunta.
Ale ja nie znam ani Miśki, ani Zygmunta - zapewniłam ją szczerze.
Znasz, znasz, byłaś raz u nas w domu. A potem my byłyśmy z mamą u Ciebie, bo
pozbywałaś się wózka niemowlęcego, a ja  chciałam go dla siebie, bo byłam w ciąży.
A potem widziałyśmy się w Operze, na jakimś balecie, byłyśmy z naszymi córkami.
Włączyłam wsteczne przewijanie pamięci - no fakt, bywałam z dziecięciem w operze,
ale musiało to być piekielnie dawno ze trzydzieści lat temu.
Ale nie pamiętam ani tej osoby, ani jej dziecięcia.
I spotkałyśmy się na pogrzebie twojej matki, wiesz?
Nie pamiętam kogo spotkałam na pogrzebie swojej matki - powiedziałam spokojnie.
Z osób, które były, znałam tylko męża matki, jej bratową, swoich braci przyrodnich i
żonę jednego z nich. Nikogo więcej nie znałam.
Nie zdążyłam do ciebie podejść , bo zaraz po odprowadzeniu do grobu gdzieś zniknęłaś-
powiedziała z wyrazną pretensją w głosie.
No fakt, wyparowałam stamtąd  wraz z bratową mej matki bardzo szybko. Byłyśmy
zmarznięte na kość.
Słuchaj, w następnym bloku jest mała kafejka - zapraszam cię na kawę to porozmawiamy,
dobrze? Dobrze, odpowiedziałam zrezygnowana - może się wreszcie dowiem  z kim
się spotkałam- pomyślałam.
Po drodze dowiedziałam się przynajmniej  stopnia pokrewieństwa- był on wielce daleki.
I poznałam jej imię.  I w zakamarkach pamięci udało mi się odszukać  kim jest osoba,
z którą idę na kawę.A potem - wysłuchałam dość "zabawną" historię jej życia. Bo jak sama
stwierdziła, miała zabawne życie.
Bo wiesz - zaczęła- sprowadziłam się w te strony niedawno, z 10 lat temu.
Wreszcie udało mi się rozdzielić mieszkanie, w którym mieszkałam z byłym mężem.
Nie wiem czy wiesz, ale byłam ogromnie zakochana w moim mężu. Ale on mnie zdradził.
Zdradzał jeszcze wtedy, gdy byłam w ciąży. W końcu wzięliśmy rozwód, ale nie było
szans  rozdzielenia mieszkania. Złożyliśmy wniosek w spółdzielni , ja z dzieckiem
zamieszkałam w większym pokoju, on w mniejszym. Kuchnia ,łazienka, przedpokój były
wspólne. A potem razem z nim zamieszkała jego żona- bo się ożenił. Wciąż czekaliśmy
w spółdzielni na dwie kawalerki, ale wiesz jak wtedy było ciężko o mieszkanie. Wtedy
moja mama  wzięła do siebie moją córeczkę. Wtedy jeszcze żyła moja babcia i obie się
nią opiekowały.
A potem ja poznałam bardzo porządnego człowieka i po jakimś czasie wyszłam za niego.
On też nie miał mieszkania, więc zamieszkał ze mną.
I tak sobie mieszkaliśmy w czwórkę w tym małym mieszkaniu.
Ja nawet miałam książeczkę mieszkaniową, ale potem się okazało, że te pieniądze, które
uzbierałam , na nic mi nie starczą. Oczywiście spółdzielnia nie miała możliwości
zamienienia naszego mieszkania na dwie kawalerki.
Poza tym mój pierwszy mąż doszedł do wniosku, że właściwie mieszkanie jest jego i
to ja powinnam się wyprowadzić. A wyrok sądu o podziale tego mieszkania to jakaś
machlojka. Alimentów też nie płacił, w związku z tym mój drugi mąż zaproponował,
że z chęcią zaadoptuje małą, skoro i tak właściwie pomaga mi w jej finansowaniu.
Oczywiście ten drań się nie zgodził.
A potem mój drugi mąż wyjechał na kontrakt zbiorowy do Iraku, żeby pracować za
dolary.
W tym samym czasie  żona  mego byłego męża "przestała go kochać" i wyprowadziła się
w nieznanym kierunku.
Stwierdziła, że  gdy będzie jej potrzebny rozwód, to wtedy się odezwie.
Mój były bardzo to przeżył, zaczął tęgo popijać i niemal codziennie przychodził do
domu pijaniutki w trupa. Nie miałam ochoty razem z nim mieszkać, ale jednocześnie
bałam się, że jeśli się wyprowadzę do matki, to on tu urządzi pijacką melinę.
Ale chyba miałam fart - wpadł po pijaku pod samochód, leżał dość długo w szpitalu.
Ta długa przerwa w piciu dobrze mu zrobiła - dał sobie zaszyć esperal, nie pił.
Rok pózniej umarła moja matka, ale babka nie chciała mi oddać pod opiekę córki.
Zresztą z całą pewnością tam miała lepiej niż u mnie- tam miała swój pokój, duży
ogród koło domu, koleżanki i ciotki, które ją rozpieszczały.
Potem wrócił mój mąż z Iraku, kupiliśmy trzypokojowe mieszkanie i się wreszcie
stamtąd wyprowadziłam.
Mała zamieszkała z nami. I nawet jakoś to wszystko szło do przodu. Gdy skończyła
osiemnaście lat wyszła za mąż - za Szweda. I wyjechała do Szwecji.
I mam wnuczkę, ale nigdy jej nie widziałam na własne oczy - tylko zdjęcia mi córka
przesyłała.
A potem mi mąż umarł na zawał, więc zamieniłam te trzy pokoje na kawalerkę.
Na tym osiedlu są bardzo ładne kawalerki, tyle tylko, że są w wieżowcach.
Wiesz, najchętniej wyszłabym jeszcze za mąż- zwierzyła mi się. Nie chcę być na
starość  sama. Ale nie ma za kogo, musiałabym wziąć jakiegos z dziesięć lat
młodszego.
Zastanawiałam się ile ona może mieć teraz lat, w końcu zapytałam ją o wiek.
Sześćdziesiąt pięć, ale zawsze mówię, że sześćdziesiąt dwa- powiedziała z  uśmiechem.
Już się nawet zastanawiałam, czy może nie poprosić byłego, żeby u mnie zamieszkał?
W końcu się znamy tyle lat- jak myślisz?
Nic nie myślę - powiedziałam szczerze - to twoje życie, nie znam cię prawie, więc jak
mogę ci coś doradzić?
Pokiwała ze zrozumieniem głową.
A ty?- zapytała. No cóż, ja miałam i mam nudne życie- od początku ten sam mąż, od
czterdziestu lat to samo mieszkanie - odpowiedziałam szczerze.
Wiesz - podniosłam się z mało wygodnego krzesełka - muszę już iść, bo mąż   zaraz
zacznie mnie ścigać, miałam szybko wrócić.
A ja jeszcze wezmę drugą kawę- powiedziała. Uregulowałam rachunek, pożegnałam
się z nią  i z ulgą wyszłam.
Wychodząc pomyślałam - jak to dobrze wracać do nudnego życia.
                                                     Koniec.



środa, 22 kwietnia 2015

Dookoła reikarnacji -czyli kilka wyjaśnień

Czytając wiele różnych blogów z przykrością zauważyłam, że pewne tematy są
swoistym tabu. Należą do nich sprawy seksu i wiary. I to nie dlatego, że są zbyt
osobiste, bo równie osobistą wielce  sprawą jest pisanie o swojej chorobie, o tym,
że nas mąż porzucił, że mamy dziecko nieuleczalnie chore, wrzód na pupie i t.p.

Różnica polega głównie na reakcji czytelników wobec tych spraw. Pod postami
nt. seksu i wiary albo jest milczenie albo stek wyzwisk, ale nikt z komentujących
nie napisze nic od siebie, czyli jakie ma własne zdanie na ten temat.
W latach 1990 -2002  mieszkańców różnych krajów Europy pytano o wiarę
w życie pozagrobowe i reinkarnację- okazało się, że prawie 1/4 Europejczyków
wierzy w reinkarnację.
Antropologia i etnologia pokazują, że wiara w reinkarnację praktykowana jest
w zupełnie nie związanych ze sobą kulturach, w różnych miejscach naszego globu,
od Inuitów poprzez nigeryjskie plemię Igbo aż po Alawitów w Turcji.
W Europie, wraz z rozkwitem chrześcijaństwa nastąpiło stanowcze tępienie tej
wiary jak i wszystkich pogańskich obyczajów.  A miejsca pogańskich kultów
"przykryto" budowlami sakralnymi, korzystając z faktu, że ludzie się w tych
właśnie miejscach chętnie zbierali.
Pamiętacie Pitagorasa? Był nie tylko znakomitym matematykiem - był światłym
człowiekiem. Jako pierwszy użył terminu -filozofia- czyli umiłowanie mądrości.
W swym traktacie  "O Duszy" wypowiedział myśl, że dusza musi przejść cykl
wcieleń przechodząc w nowe istoty żywe. On pierwszy głosił, że już kiedyś  żył.
Pierwsi chrześcijanie  uznawali reinkarnację, o czym wspomniałam w jednym
z odcinków. Uznawali nie z "rozpędu", uznawali bo słuchali pilnie tego co
mówił Jezus. Szczególnie  o istnieniu reinkarnacji byli przekonani gnostycy.
Gdy w Europie chrześcijaństwo umocniło się na dobre temat reinkarnacji wypadł
z obiegu. Zapewne dlatego, że nie było trudno trafić na stos lub zostać potępionym.
W XIX w., gdy zaczęto eksperymenty z hipnozą, uwagę ludzi zwrócił  fakt, że
osoby pogrążone w hipnotycznym transie opowiadały o miejscach w których tak
naprawdę nigdy nie były lub mówiły obcymi językami, których tak naprawdę nie
znały.
Usiłując wyjaśnić te zjawiska zakładano, że ci ludzie musieli się w jakiś sposób
podłączyc do rezerwuaru kosmicznej wiedzy, ewentualnie odziedziczyli
świadomość z poprzedniego życia.
W Polsce badania nad udowodnieniem, że  reinkarnacja to nie mit, a rzeczywistość,
podjęła nieżyjąca już pani prof.dr.  Lidia Stawowska.
Były to badanie unikalne, ponieważ pani profesor objęła swymi badaniami grupę
osób niewidzących. Zakładała, że jeżeli ich obecne życie jest życiem kolejnym,
to w poprzednim oni widzieli.
Badania te odbywały się w Katedrze Psychologii Katowickiej AWF. Profesor
wprowadzała wolontariuszy w płytką hipnozę i cofała do wcześniejszych żywotów.
Badania trwały wiele lat, wiele razy były powtarzane a wniosek z nich był jeden-
śmierć człowieka to tylko śmierć jego ciała fizycznego, jego ciało energetyczne
żyje nadal  w kolejnym ciele fizycznym.A obecni niewidomi w poprzednim swym
wcieleniu widzieli.
Pani profesor prowadziła te badania z zachowaniem wszelkich metod bezpieczeństwa
swych pacjentów. Po każdym badaniu "kasowała" w pamięci pacjenta pamięć o jego
wcześniejszych wcieleniach.
W tym  samym czasie w wielu krajach prowadzono badania nad reinkarnacją i
prowadzący je uczeni konfrontowali ze sobą wyniki badań.
Wszyscy doszli do zgodnego wniosku - umiera tylko ciało człowieka, ale jego
najistotniejsza część- ciało energetyczne, czyli świadomość i podświadomość
żyją wiecznie.
W jednym ze swych ostatnich wywiadów uczona stwierdziła:
"Słowa, których używamy w środę popielcową - z prochu powstałeś i w proch się
obrócisz- to absolutna  bzdura. Nie da się sprowadzić istoty życia wyłącznie do
ciała. Nasze życie jest wieczne!"
Oczywiście na świecie badania trwają nadal, może kiedyś dowiemy się więcej
na ten temat- i jeśli doczekam ich wyników to pewnie niezle się pośmieję  z tego
co wymyśliłam na temat czasu pomiędzy wcieleniami.
A wszystkich, którzy doczytali aż do tego miejsca, przepraszam, jeżeli tymi
opowiadaniami kogoś uraziłam. Nie to  było moim celem, naprawdę.



Między nami, duszyczkami - XI

Lola siedziała na sztucznym mchu, pod sztuczną sosną , opierając się o sztuczny  pień.
Myślała  o tym, że niedługo jej pobyt tutaj dobiegnie końca. I chociaż wszystko tu było
nieco dziwne i sztuczne, to wcale  nie było zle.
Poprzedniego dnia nieco się zmartwiła, bo dowiedziała się,  że chociaż z całą pewnością
w kolejnym swym ziemskim wcieleniu spotka tych wszystkich, których kochała, lub
z którymi łączyły ją bliskie relacje, to....wcale ich  nie rozpozna i vice versa.
Ale na pewno  nadal będzie miała bardzo dobre kontakty z tymi  z którymi była
związana uczuciowo.
To okropne - powiedziała do swego Opiekuna- spotkam swego męża, z którym przeżyłam
całe swe dorosłe życie i się nie rozpoznamy? Dlaczego?
Bo żadne z Was nie będzie pamiętało o tym, że już byliście na Ziemi wiele razy- po raz
zapewne setny przypomniał jej Opiekun.
Każde z Was dostanie nowe ciało, nowy komplet genów, nowy komplet organów
wewnętrznych, nowiutki mózg, nowy zestaw hormonów.
Wszystko to jest zgodne z prawem Natury. Człowiek składa się z dwóch niezależnych
od siebie ciał - ciała fizycznego i ciała energetycznego.
W tej chwili jesteś Lolu ciałem energetycznym i w twoim ciele energetycznym
funkcjonuje świadomość i podświadomość - obie były i będą nadal niezależne od
ciała fizycznego. Ciało energetyczne przeżywa swoje ciało fizyczne  i podlega prawom
reinkarnacji, czyli ponownych wcieleń w ciała fizyczne.
Zarówno w ciele energetycznym jak i ciele fizycznym świadomość postrzega i odczuwa
otaczającą ją rzeczywistość a podświadomość koduje to, co obserwuje i przeżywa
świadomość.
Reinkarnacja, nowe kolejne wcielenia, nowe życia są po to, by człowiek osiągnął
pełny rozwój swej osobowości poprzez kształtowanie cech pozytywnych i
wyeliminowanie negatywnych. A wszystko to można osiągnąć w drodze zdobywania
wiedzy, pracy nad sobą i niesienia bezinteresownej pomocy innym.
I wcale to nie jest łatwe zadanie, choć pozornie wydaje się proste.
Prawa natury dotyczą wszystkich - nie ma znaczenia narodowość , rasa, wyznanie
religijne czy  światopogląd.
Do Loli przysiadła się  Zuza. O czym tak dumasz? Powiesz mi? -zapytała.
Lola skinęła twierdząco głową.
Zastanawiam się, czy nadejdzie taki czas, że wszyscy ludzie posiądą taki stopień
udoskonalenia wewnętrznego, że nie będą musieli się inkarnować, bo będą po prostu
już doskonałymi tworami. I co wtedy? Czy dusze nadal będą żyły wiecznie? czy będą
wtedy również udoskonalone ciała, który też będą żyły wiecznie?
I czy to wtedy będzie koniec świata?
Zuza też się zamyśliła. A może to swoiste perpetum mobile - i nigdy, przenigdy nikt
nie osiągnie tak wysokiego poziomu doskonałości?
No i to chyba niemożliwe, by nikt dotąd nie osiągnął doskonałości. Zwłaszcza, że
historia ludzkości jest długa.
No a jeżeli osiągnął już  jej najwyższy stopień to gdzie się podział? Zapewne ciało
umarło, ale gdzie jest jego dusza? Żyje wiecznie, ale gdzie? W jakimś innym niż
ziemski, wymiarze? I w jakiej postaci? Czy doznaje tak różnorodnych wrażeń jak
dusza ludzka korzystająca z ciała i wszystkich zmysłów?
Wiesz Lolu - nigdy nie wierzyłam w reinkarnację, teraz to "ćwiczę" i siłą rzeczy
w to wierzę. Trudno nie wierzyć w to co się  aktualnie z nami dzieje.
Trudno mi jednak pojąć jedną rzecz - Ziemia ma coraz więcej mieszkańców, teraz
dobijamy do liczby 7 miliardów. Ale kiedyś było ludzi znacznie mniej i biorąc
rzecz logicznie to powinien być deficyt dusz. Wygląda na to, że część dusz nie
jest z prostego "odzysku", ale w jakiś sposób dostarczona z zewnątrz, może z innych
planet z głębi Kosmosu? Może w ten dość skomplikowany sposób inna cywilizacja
chce zaludnić naszą Ziemię?
Lola roześmiała się - jeśli mają takie plany to się ogromnie nabiorą. Ziemia ledwo
dyszy - coraz więcej zatrutych wód i ziemi, powietrza też. A na dodatek pewnie
sami w pewnej chwili sami naszą planetę wysadzimy w Kosmos.
Wyciskamy Ziemię jak cytrynę, aż do popękania jej skóry.
Wiesz Zuza, ja nadal odbieram to wszystko co mnie otacza, życie ludzkie, kolejne
wcielenia jak dość skomplikowaną grę komputerową ułożoną przez wielce
zdolnego super-programistę. Co jakiś czas coś niecoś zmienia w programie, ale gra
toczy się nadal. I toczy  się tak, jak sobie programista zaprogramował, choć
pozornie każdy z nas ma jakiś wybór- ale to wybór typu skręcić w lewo czy w prawo,
a potem i tak okazuje się, że każda  droga kończy się  w tym samym miejscu.
Tyle  tylko, że jeśli zachowujesz się zgodnie z programem masz mniej problemów
i w nagrodę możesz jeszcze raz zagrać w tej samej grze.
Popatrz - przecież my nie mamy innego wyjścia niż dążenie do doskonałości zgodnie
z wymyślonym przez kogoś jakimś programem, bo to jest jedyny sposób by przestać
wciąż wracać do postaci ludzkiej.
Chodz, idziemy się pohuśtać , mam dość tych rozważań.
Muszę się jakoś odprężyć- stwierdziła Lola.
I zgodnie pomaszerowały w stronę huśtawek.

W kilka miesięcy pózniej pewna młoda mama z rodziny Zuzy ucieszyła się bardzo,
bo okazało się, że noszone pod sercem dziecko to...chłopczyk.
W tym własnie czasie Lola żegnała się ze swoim Opiekunem duchowym i wyruszała
w drogę na Ziemię, by w kolejnym wcieleniu znów być kobietą.
Życie to gra, która najbardziej bawi i cieszy jej twórców a najmniej jej uczestników.