środa, 1 lipca 2015

Horyzont zdarzeń- VI

Oglądanie zdjęć jest wielce wciągającym zajęciem- obie  starsze panie oglądając je
wracały we wspomnieniach do czasów dzieciństwa i młodości.
Ich opowieści Weronika słuchała z zapartym tchem. Niemal co chwilę wykrzykiwała:
ojej, coś podobnego! lub - to chyba niemożliwe!
Bo okazało się, że prababcia Weroniki była drugą żoną jej pradziadka- pierwsza zmarła
po porodzie, ale córeczka przeżyła. Więc, jak to było wtedy we zwyczaju, wdowiec
szybko poszukał następnej żony , by miał kto dziecko wychować.
Poślubił o 15 lat młodszą panienkę, której zafundował jedenaście ciąż i porodów plus
opiekę nad swoją osieroconą córeczką. Ale gdy prababcia w wieku 22 lat urodziła
pierwsze dziecko, córeczka pradziadka z  pierwszego związku, trafiła na wychowanie
do siostry swej matki.
Od 1888 roku do 1907 prababcia Weroniki  urodziła jedenaścioro dzieci, z tym, że do
wieku dorosłego dożyło tylko sześcioro- trzech synów i trzy córki. Obie panie  pamiętały
tylko jedną siostrę z tej piątki dzieci, które nie przeżyły.
Ta jedna żyła dłużej, zmarła w wieku piętnastu lat z powodu gruzlicy.
Pozostałe dzieci najczęściej umierały albo w czasie porodu, albo w krótkim czasie po nim, ewentualnie jeszcze w ciągu dwóch pierwszych lat życia.
Obu siostrom utkwił w pamięci czas narodzin najmłodszego brata- służąca biegła po
położną,   po drodze odprowadzając je do kościoła, by z całej siły modliły się o zdrowie
dla  swej mamy.
I szczęśliwie modlitwy zostały wysłuchane,  matka i dziecko przeżyli ten fatalny czas.
To były czasy, gdy każda komplikacja w czasie porodu mogła pociągnąć za sobą śmierć
dziecka a często i matki.Zakażenia oraz krwotoki to był wtedy "chleb powszedni".
Prababcia Weroniki zmarła w wieku  64 lat. Tego samego roku, kilka miesięcy pózniej
zmarł pradziadek mając 79 lat. Zmarł w nocy, podczas snu.
Jak twierdziła ciocia Nusia, ich rodzice byli bardzo dobraną parą. Według niej prababcia
Weroniki była niezmiernie łagodną i wyrozumiałą osobą i jej śmierć ogromnie odbiła się
na psychice pradziadka. Jakby nie było byli małżeństwem 43 lata.
W tym czasie, a był to rok 1930, babcia Marysia już od roku mieszkała w Warszawie.
Tęskniła za swym miastem rodzinnym niemiłosiernie, oraz za rodzicami i rodzeństwem.
Ona wraz z mężem i dziećmi mieszkała po ślubie nadal w jednym domostwie z rodzicami
i Nusią, która była niezamężna.
Najstarszy brat babci Marysi już był żonaty i miał własne dzieci.
Średni brat, który był zawodowym wojskowym a w latach 1919-20 tajnym emisariuszem
polskiego rządu, zaginął bez wieści. Dla bezpieczeństwa rodziny zmienił nazwisko.
Cała rodzina poszukiwała go aż do 1950 roku - oczywiście pod dwoma nazwiskami.
Z punktu widzenia osoby postronnej wyglądało to tak, jakby było poszukiwanych dwóch
różnych mężczyzn.
Starsza siostra babci Marysi była nauczycielką i do czasu wybuchu pierwszej wojny
uczyła na jakiejś zapadłej, obecnie białoruskiej wiosce.
Ta siostra babci Marysi była wręcz uwielbiana przez Weronikę. Gdyby ciocia Wisia
kazała skoczyć Weronice w ogień, ta zrobiłaby to bez chwili wahania. Po prostu ciocia
Wisia miała podejście do dzieci, doskonale rozumiała ich potrzeby i psychikę.
Po II wojnie mieszkała w Katowicach, gdzie była przez wiele dyrektorką szkoły.
Ciocia Wisia też wyszła za mężczyznę wiele lat od siebie starszego, rozwiedzionego,
z dzieckiem. I ciocia Wisia wychowywała chłopca, którego matka była schizofreniczką.
Wychowywała jego i swojego syna. W 1942 roku została wdową samotnie wychowującą
 pasierba i swego syna. W 1957 roku serce cioci Wisi nie wytrzymało trudów i odmówiło
posłuszeństwa. W czasie pogrzebu kondukt żałobny zgromadził przeogromną liczbę ludzi.
Ciocia Wisia wychodząc za swego Wilhelma von M. przeszła na protestantyzm-on był
rozwodnikiem i nie mogli wziąć ślubu w kościele katolickim. Na szczęście na pogrzebie
nikomu nie przeszkadzało, że odprowadzają Wisię na cmentarz protestancki.
                                                       c.d.n.


poniedziałek, 29 czerwca 2015

Horyzont zdarzeń - V

Wszystkie trzy kobiety wpatrywały się bez słowa w fotokopie. Wreszcie Weronika nie
wytrzymała i zapytała- czy zauważyłyście, że tu jest napisane rodowe nazwisko waszego
taty?
No przecież widzę , ale nic z tego nie rozumiem- wysapała ciocia Nusia.
Pierwsze słyszę, by ktoś u nas był "herbowy" - zawtórowała jej  babcia Marysia.
Z "herbowych" to była rodzina mego męża. I strasznie byli z  tego dumni, chociaż ich
majątek dawno gdzieś przepadł. W saloniku moich teściów, nad kominkiem wisiał jakiś
herb.
Ojej, -pisnęła ze śmiechem Weronika- u nas nie ma kominka, nie ma  nawet jego imitacji,
więc nie będzie gdzie  herbu powiesić.
Rozejrzała się po pokoju z dezaprobatą - ostatecznie można by zawiesić na tym "hucule",
który wisi nad kredensem- orzekła.
Nad kredensem rzeczywiście wisiał huculski kilim, który babcia przywiozła jeszcze ze
Lwowa, a który zerwała ze ściany gdy po powstaniu wyrzucali ich z  Warszawy.
Służył wiernie jako ciepły pled jeszcze jakiś czas po wojnie, by wreszcie ponownie
zawisnąć nad kredensem. Był wyjątkowo dobrego gatunku, kupiony tuż przed
przeprowadzką do Warszawy, a więc przed 1930 rokiem. Teraz był początek lat
sześćdziesiątych, a on wyglądał jak nowy.
Mami, pokaż co tam jeszcze jest w tym pudełku - poprosiła Weronika swą babcię.
Babcia Marysia wyjęła cała zawartość pudełka na stół i zaczęła przeglądać papiery.
Są jakieś listy pisane po niemiecku, ale mój niemiecki już kiepski, poza tym one są
pisane gotykiem. Adresatem był z całą pewnością Wituś (dziadek Weroniki) , a na kilku
jest podpis "twój oddany przyjaciel" - relacjonowała  babcia.
Ale ja nic o jego przyjaciołach, którzy by do niego pisali już po wojnie, nie wiem.
Tu wcale nie ma dat, nie wiem skąd te listy i od kogo.
Nigdy ich wśród przychodzącej poczty nie  widziałam, a niemal wszystkie listy które
przychodziły z zagranicy były zapewne otwierane i sprawdzane, bo zawsze były
przepakowane lub miały mocno podklejane  koperty i pieczęć, że list dotarł do Polski
uszkodzony i trzeba je było kwitować jak polecone -babcia był naprawdę nimi mocno
zaskoczona.
Mami, zobacz - to pismo w listach i te napisy pod i nad herbami są pisane przez kogoś
innego- zauważyła Weronika.
Między listami był też szkic powiązań rodzinnych babci Marysi i kartka z tekstem
słowackim, informująca, że nazwisko babcinej rodziny można też spotkać w Libercu.
Nazwisko to nosił jeden z księży i jeden z masarzy. Była też fotokopia grobu tegoż
księdza.
Babcia Marysia i ciocia Nusia siedziały cicho wielce zadziwione.
Czuję się tak jak Weronika, gdy będąc dzieckiem nie mogła pojąć, że niemal każdy z
naszej rodziny urodził się w  innym mieście, a jesteśmy rodziną - powiedziała babcia.
Babcia starannie poukładała  wszystkie papiery i włożyła do pudełka.
No to ciekawe co jeszcze za niespodzianki nas czekają - mruknęła ciocia Nusia.
W drugim pudełku były mniej interesujące Weronikę papiery, toteż  czym prędzej
podsunęła babci pudełko z fotografiami.
Zobacz Marysiu, jak pięknie się wtedy ubierały kobiety - ciocia Nusia wpadła
w zachwyt.
A kto jest ?- dopytywała się Weronika.
Jedna z naszych ciotek, siostra twojej prababki. Szkoda, że to zdjęcie jest tak bardzo
zniszczone, narzekała ciocia Nusia. To była piękna kobieta.
Przecież te zdjęcia przeżyły pożogę wojenną, cud , że aż tyle ich ocalało. Wituś zbierał
je z podłogi po całym mieszkaniu, sporo było mocno nadpalonych. Widać kiepsko się
paliły i dlatego ocalały a nie skończyły jako rozpałka do ognia- wyjaśniła babcia.
A to jest ciocia Stasia, dla mnie ona jest bardzo, bardzo ładna -Weronika podsunęła
kolejne zdjęcie.
O, tak, była naprawdę ładna, nawet w naturze znacznie  ładniejsza. Nie widywałam jej
często,ale bardzo ją lubiłam - babcia z uśmiechem wpatrywała się w fotografię.
A to kto?- zapytała Weronika.


No jak to kto? nie poznajesz ? Na tym pierwszym to ja z twoją ciocią, a to drugie
było robione 10 lub dwanaście lat pózniej - babcia była rozczarowana, że Weronika
jej nie rozpoznała.
Ojej, nie gniewaj się, ale na obu wyglądałaś nieszczególnie. Na tym z Hanią  to
miałaś jakieś idiotyczne loczki a na tym drugim też dziwnie byłaś uczesana.
No to teraz wiesz, po kim jesteś brzydka - podsumowała babcia.
                                                                             c.d.n.

sobota, 27 czerwca 2015

Horyzont Zdarzeń - IV


Nie da się ukryć, że Weronika po raz pierwszy w życiu  została sama w domu na tak
długi okres. I bardzo jej się to podobało.Umówiła się z Alicją, że w sobotę pójdą po
pracy do kina na popołudniowy seans, potem do Weroniki do domu, gdzie zajmą się
poprawianiem urody i poplotkują sobie za wszystkie czasy, bo Alicja u niej zanocuje.
Perspektywa miłego popołudnia i wieczoru sprawiła,  że dzień w pracy przeleciał
szybko, a one były  w świetnych humorach. Bez trudu udało im się kupić bilety na
popołudniowy seans ( bo kto chodzi do kina w sobotę na godz. 16,00?), po seansie
wpadły na kawę do swej ulubionej kawiarenki, gdzie w obłokach gryzącego dymu
pospiesznie wypiły kawę , zaopatrzyły obwody swych  talii w dodatkowy centymetr
pochłaniając po 2 ciastka i pojechały do mieszkania Weroniki.
Weronika włożyła klucz  w otwór zamka i zamarła.....zamek już był otwarty.
O cholera! - przeklęła niezbyt elegancko- zapomniałam zamknąć na dolny zamek.
Czym prędzej otworzyła yalowski zatrzask, weszła do mieszkania, włączyła
światło i w jego blasku zobaczyła....babciną walizkę na wpół rozpakowaną.
Powstrzymała się od rzucenia w przestrzeń kolejnej "cholery" - z pokoju bowiem
wyszła  babcia Marysia.
Co się stało? Zachorowałaś? Miałaś być trzy tygodnie!-Weronika zarzuciła ją
pytaniami.
Babcia rzuciła okiem na Alicję i powiedziała - po prostu wróciłam i już. Pani Alicjo,
proszę wejść i nie stać na wycieraczce przed drzwiami. Proszę, proszę. Dam pani
wieszak na  żakiet, żeby się nie wyciągnął na haczyku.
Pewnie  wam trochę pomieszałam szyki, ale postaram się nie przeszkadzać. Zaraz
zrobię  herbatę. Weronika, zanieś moją walizkę do pokoju.
Poprawianie urody wypadło z  planów, ale i tak pozostało nocne plotkowanie.
Gdyby nie było babci, dziewczyny pospałyby "do oporu" ,  a tak zostały wypędzone
z łóżek o 9 rano, bo babcia, która nie wiadomo po co wstawała dzień w dzień około
5 rano, uznała, że 9 rano  to niemal południe. W kuchni już czekało na nie śniadanie i
dodatek w postaci narzekania, że: "w lodówce jest głównie światło i nie ma nic na obiad.
A kurze w pokoju nie ścierane odkąd wyjechałam.Cud, że rośliny nie padły".
A skąd miałam wiedzieć, że ty już wracasz do domu? Przecież gdybym wiedziała
zrobiłabym inne zakupy. Bo my na dziś  mamy  zaplanowaną wyprawę do muzeum,
a na obiad w planie są placki kartoflane z  żółtym serem, na kolację twarożek, na
poniedziałkowe śniadanie jajka na bekonie. Pieczywa  mamy sporo. A kartofle na
placki obiorę i zetrę nim wyjdziemy do muzeum - broniła się Weronika.I masz szczęście,
że jest Ala, bo gdybym była sama byłby tylko kefir w domu i grzanki z razowca.
Babcia  Marysia zrobiła nieszczęśliwą minę - bardzo nie lubiła gdy rządy wymykały
się jej z rąk. Nieco naburmuszona wyniosła się do pokoju a Weronika zabrała się
za obieranie kartofli, które  ścierała na tarce Alicja. Od razu pokroiły też w kostkę
żółty ser, który wylądował w pudełku opatrzonym kartką "ser do placków".
Podobało im się takie wspólne gotowanie.
Obie były jedynaczkami a ich przyjazń coraz bardziej się zacieśniała. Każda z nich
marzyła w  dzieciństwie o posiadaniu siostry, ale los zdecydował inaczej.
Niedziela minęła dziewczętom miło i szybko - bo zawsze to co miłe szybko mija.
Wieczorem, już po kolacji Weronika zaczęła przepytywać babcię jak było  na tym
wyjezdzie.
Daj spokój - całymi dniami siedziałam w domu z gosposią, dzieci były przecież pół
dnia w szkole, potem odrabiały lekcje albo szły na jakieś dodatkowe zajęcia. Po pracy
Luśka wpadała na 30 minut, przepytywała dzieci co było w szkole a potem szła do
drugiego mieszkania, do swego męża. 
Nie sądzisz chyba, że towarzystwo durnej kuchty satysfakcjonowało mnie. A książki
to mogę czytać i w Warszawie.  
Babcia naprawdę była zdegustowana tym wyjazdem.
Chcąc sobie wynagrodzić ową nieudaną wyprawę babcia postanowiła zaprosić do
Warszawy swą młodszą (raptem o dwa lata)  siostrę.
Na wieść o tym Weronika bezgłośnie tyko zgrzytnęła zębami - nie była to jej ulubiona
cioteczna babka. A już duet babcia Marysia i ciocia Nusia był nieco trudny do strawienia.
Obie panie prześcigały się w "przywoływaniu Weroniki do pionu".
Znów wciąż będzie słyszała na okrągło : "ty powinnaś...; a panienka z dobrego domu to..;
a ja w twoim wieku..." oraz tysiące  dobrych rad życiowych.
Do tego permanentna musztra: "nie zwieszaj głowy, nie garb się" i mnóstwo retorycznych
pytań: "a po co ty włosy farbujesz? po co ci  te kreski na powiekach?, po co się malujesz,?
dlaczego wciąż chodzisz na szpilkach?"
Ciocia Nusia była zdaniem Weroniki dość niesamowitą osobą, czasami opowiadała bardzo
dziwne historie - a to widziała ducha, a to widziała jak w czasie odprawiania mszy ksiądz
lewitował przy ołtarzu. Wieść rodzinna głosiła, że kiedyś, kiedyś, ciocia Nusia miała
narzeczonego, który zmarł w wyniku zapalenia płuc, a ona tak bardzo go kochała, że
pomimo wielu starających się o jej rękę - pozostała niezamężna. Z całą pewnością nie była
ulubienicą całej rodziny, bo część krewnych twierdziła złośliwie?, że narzeczony wcale nie
zachorował i nie umarł, tylko po prostu rozmyślił się i zerwał zaręczyny.
Ciocia Nusia była  w Warszawie calutki  miesiąc - Weronice zaś wydawało się, że wizyta
trwa już rok i nic nie zapowiada by miała się kiedykolwiek skończyć.
Pewnego dnia, przy kolacji, Weronika zaproponowała, by obejrzały razem stare zdjęcia.
Babcia nieco się skrzywiła, ale ciocia Nusia poparła tę propozycję.
Weronika przyniosła wszystkie trzy pudła i jako pierwsze otworzyła to, w którym były
fotokopie tajemniczych herbów. Oczywiście udała, że widzi je po raz pierwszy w życiu.
Babcia i ciocia Nusia wpatrywały się uważnie w te fotokopie - obie  wielce zdziwione.
                                                         c.d.n

czwartek, 25 czerwca 2015

Horyzont Zdarzeń - III

Weronika po raz drugi przejrzała wszystkie zdjęcia, uważnie przypatrując się twarzom.
Wszystkie zdjęcia były wykonywane w zakładach fotograficznych , a osoby na nich
wyraznie były przez fotografa ustawiane według z góry przyjętych reguł.
Na niektórych zdjęciach tłem były namalowane góry lub starożytne  ruiny, co bardzo
Weronikę rozśmieszyło. Na wszystkich zdjęciach wszyscy mieli wielce poważne
miny, a zwłaszcza mężczyzni.
Przynajmniej nikt im nie kazał się wyszczerzać w głupawym  uśmiechu- pomyślała.
Ona bardzo nie lubiła się fotografować-  zawsze starała się uciec sprzed obiektywu,
a u fotografa przeżywała prawdziwe męki. Jej zdaniem była bardzo niefotogeniczną
osobą a do tego niezbyt ładną, więc, jak mówiła, po co utrwalać na kliszy brzydotę?
Poukładała porządnie wszystkie zdjęcia w pudełku i odniosła tam, skąd je  wzięła.
Gdy wkładała pudełko do przepastnej szuflady, jej wzrok padł na jeszcze dwa pudełka.
Wiedziona ciekawością zajrzała do jednego z nich - na wierzchu leżała czarno-biała
fotografia jakiegoś herbu,  nad nim i pod nim były odręczne napisy.
Wiedziona ciekawością (niezdrową, jakby  to określiła babcia) wzięła fotokopię do
ręki i ze zdziwieniem odczytała na niej rodowe nazwisko swej  babci.  Wyjęła więc
pudełko z szuflady i przeniosła się z nim na biurko. Pod tą fotokopią leżała druga,
też ze zdjęciem herbu, bardzo podobnego do tego z pierwszego zdjęcia. Położyła
obie fotografie obok siebie - herby różniły się niewiele,  na każdym było nazwisko
babci, tylko imiona właścicieli były różne- jeden herb należał do Konrada, drugi do
Fryderyka.
Zaintrygowana Weronika czym prędzej wysypała  zawartość pudełka na blat biurka.
Było tu sporo różnych dokumentów - część była w języku niemieckim, niektóre były
dwujęzyczne, niemiecko- polskie, niektóre były tylko w języku polskim.
Wśród tych sporządzonych w języku polskim znalazła swoje świadectwo  chrztu,
fotokopię świadectwa ślubu swych rodziców, oba dokumenty z jednej parafii.
Było też sporo listów pisanych po niemiecku - ale tych Weronika nie starała się
odczytać - była nauczona, że cudzej korespondencji się nie czyta. A poza tym nie
znała niemieckiego.
Przekładając je zauważyła, że niektóre z listów były pisane "gotykiem", pięknym
równym pismem- z całą pewnością jego autor lub autorka uczyli się kaligrafii i
mieli z tego przedmiotu bardzo dobre oceny.
Papier tych listów był już mocno pożółkły, ale atrament był zapewne wtedy bardzo
dobrej  jakości, ponieważ litery nadal były dobrze widoczne.
Weronika wszystko starannie poukładała z  powrotem w pudełku, a pudełko wróciło
na swe miejsce w szufladzie.
Wzięła też do ręki kolejne pudełko - było pełne różnych kartek  zapisanych znanym
jej dobrze pismem dziadka. Wyglądało na to, że dziadek zbierał różne zapiski by
z czasem stworzyć drzewo genealogiczne. Pod kartkami znalazła też nieco zdjęć -
w większości były to zdjęcia  rodziny dziadka. Bez trudu rozpoznała na nich obie
siostry dziadka - to były bardzo urodziwe dziewczyny. Zresztą dziadek Weroniki był
uważany przez wszystkich za przystojnego mężczyznę.
Tuż przed swym odejściem siedemdziesięciopięcioletni dziadek  nie świecił łysiną,
a jego nadal bujna, choć teraz mocno siwa czupryna,  wzbudzała zazdrość jego już
niemal łysego  syna.
Jakie to dziwne - pomyślała Weronika - dziadek  miał takie piękne włosy, a tata tak
wcześnie zaczął łysieć. I ma takie cienkie i w marnym kolorze włosy - jak ja.
Weronika  zawsze narzekała na swe włosy- najbardziej dokuczała jej  ich niezwykła
cienkość i nijaki kolor. Ten drugi problem rozwiązała farbując je na czarny kolor.
Niestety nadal były cienkie i zawsze było ich za mało na wymodzenie jakiegoś
wymyślnego uczesania. Nawet uczesanie w tzw. "koński ogon"  wyglądało marnie.
Z tego wszystkiego Weronika zawsze miała włosy dość krótkie, a  codzienne
czesanie wprawiało ją z rana w marny nastrój. W ogóle każde spojrzenie w lustro
sprawiało jej przykrość. Kiepskie włosy, wąskie a  wysokie czoło, duża twarz przy
małej głowie nie prezentowały się najlepiej - naprawdę nie było się czym zachwycić.
Weronika pochowała wszystko na miejsce i zamyśliła się - jak bardzo dziwnie
rozkładają się geny w rodzinie. Tata jest podobny do babci, jego siostra zaś do  dziadka.
A ja? pod względem urody jestem idealną "mieszanką"- oczy po matce, nos po tacie,
cienkość i ilość włosów po tacie, ich oporność pod względem układania to po mamie,
kiepski kształt nóg też po mamie, lordoza to po tacie, kłopoty z kośćcem po  mamie,
a charakter - no jasne, po obojgu odziedziczyłam tylko ich złe cechy.
Przecież dobrych cech żadne z nich nie miało, a nawet jeśli takie mają to pilnie strzegą
by się aby nie ujawniły.
W ten sposób babcia  Marysia zawsze podsumowywała wady i zalety Weroniki.
                                                            c.d.n.

środa, 24 czerwca 2015

Horyzont zdarzeń - II

Młoda następnego dnia do pogrzebie wróciła do pracy.
Cześć Weronika, jak było na urlopie? Byłaś w górach? - zapytał jeden z kolegów.
Weronika, bo takie właśnie było prawdziwe imię Młodej, uśmiechnęła się blado - nie,
byłam cały czas w Warszawie.
Czemu?- dopytywał się kolega.
Tak wyszło, miałam tu dużo spraw do załatwienia. Zresztą nie lubię zimą wyjeżdżać.
Weronika  nie miała ochoty kogokolwiek w biurze wtajemniczać w swoje prywatne
sprawy.
W czasie przerwy śniadaniowej zajrzała do sąsiedniej pracowni, gdzie pracowała
jej najbliższa z koleżanek. Ona jedna wiedziała na co Weronice był potrzebny zimą
urlop, ale  nie wiedziała, że dziadek Weroniki umarł.
Dziewczyny zeszły razem do bufetu i gdy już usiadły przy stoliku Weronika krótko
opowiedziała jej o wszystkim. Również i o tym, że wcale nie zamierza ubierać się
w tradycyjne czarne stroje, bo uważa to za bardzo głupi zwyczaj. Co komu do tego,
że ona straciła kogoś bliskiego? Od tego, że założy czarne ciuchy nie  dostanie wszak
podwyżki, nikt jej nie pomoże wejść do zatłoczonego tramwaju lub autobusu ani
niczego w sklepie taniej nie sprzeda.
Alicja ze zrozumieniem kiwała głową, chociaż sama była tradycjonalistką. Obiecała
tylko, ze nikomu nie powie ani słowa o tym , jak Weronice minął urlop.
Dni mijały dość monotonnie, zima była dokuczliwa, mróz dawał się wszystkim we znaki.
Babcia Marysia pozornie "pozbierała się" po utracie męża.
Chodziła na zakupy, jak zwykle codziennie sprzątała, gotowała obiad, przyrządzała
kolację dla nich obu.
Weronika starała się teraz więcej przebywać popołudniami i wieczorami w domu.
Nie sprawiało jej to trudności, bo tuż przed chorobą dziadka rozpadł się jej gorący,
trwający już niemal trzy lata romans, który miał być zakończony małżeństwem.
Dziadek miał rację - to nie był odpowiedni kandydat na męża. Ale racje dziadka były
nieco odmienne od tego co myślała Weronika -  zdaniem dziadka kandydat na męża był
po prostu i zwyczajnie zbyt leciwy - mógłby z powodzeniem być ojcem Weroniki.
Ale Weronika lubiła starszych mężczyzn, młodzi ludzie ją denerwowali.
Spotykała się  tylko z jednym młodym chłopakiem, ale tylko dlatego, że razem pływali
żaglówką po Wiśle, a znali się jeszcze ze szkoły podstawowej.
Natomiast każde z rodziców Weroniki uważało, że z taką narwaną dziewczyną jak
Weronika to tylko starszy człowiek sobie poradzi.
Rodzicom i dziadkom Weroniki przyszły mąż obiecywał, że gdy tylko zakończy sprawę
rozwodową to natychmiast wezmą  ślub, a Weronika przestanie pracować i zacznie
studiować.
Ale jakoś to nie wyszło. Jak ogólnie wiadomo, miłość z natury swej jest ślepa i głucha.
Na szczęście i ślepota i głuchota z czasem mija - Weronika kilka razy przyłapała swego
ukochanego na kłamstwie a reszty dokonali życzliwi znajomi i sam  "narzeczony".
Zaczęło się od rozliczania Weroniki z każdej godziny, której nie spędzali razem, potem
nastąpiło ograniczanie jej kontaktów z koleżankami i kolegami.
Potem jej oświadczył, że  zaraz po ślubie powinna urodzić dziecko, no a studia zrobi
gdy dziecko "trochę się odchowa".
Tego to już było dla Weroniki za wiele - przestała się z nim spotykać. Na szczęście
wszystko obyło się bez awantur i wzajemnych oskarżeń.
Weronika nie zawiadamiała go o śmierci swego dziadka, ale były narzeczony przygnał
na cmentarz z......blaszanym wieńcem, który zupełnie nie pasował do pięknych, żywych
kwiatów, które spoczęły na grobie. Nie dociekała skąd się dowiedział.
Babcia Marysia oczywiście zorientowała się, że Weronika zerwała kontakty z byłym
narzeczonym, bo pewnego dnia powiedziała: "wiesz, to nie był dobry człowiek, a poza
tym miał fatalne obyczaje - jak mógł kupić taki paskudny, blaszany wieniec".
I to było wszystko, co miała  babcia Marysia do powiedzenia na ten temat.
Znacznie więcej usłyszała na ten temat od  swoich rodziców- dziwnym trafem tym
razem byli wyjątkowo zgodni, chociaż nie rozmawiali ze sobą chyba już osiemnaście lat.
Oboje uważali, że postąpiła głupio kończąc tę  znajomość, ale żadne z nich nie wpadło
na pomysł, by dowiedzieć się od córki co sprawiło, że podjęła taką decyzję.

Wiosną Babcia Marysia pojechała do swej córki, która ją serdecznie zapraszała.
W planie był trzytygodniowy pobyt.
Przed wyjazdem Weronika dostała do ręki dokładną rozpiskę odnośnie pielęgnacji
domowej zieleni. Wręczając jej tę kartkę babcia Marysia powiedziała - i pamiętaj, że
roślinom nie daje  się leków- żadnych. I masz codziennie  ścierać kurze.
Pośmiały się obydwie, bo Weronika mając kilka lat zatruła piękną, dużą palmę
podlewając ja rozpuszczonymi w wodzie medykamentami.

Zaraz pierwszego samotnego wieczoru Weronika wyciągnęła pudło ze starymi
zdjęciami.
Niestety większości osób, które były na nich, nie umiała zidentyfikować, a zdjęcia
nie były podpisane.
Niektóre były z całą pewnością jeszcze z XIX wieku.
Z fotografii spoglądały na Weronikę poważne twarze wąsatych  i często brodatych
mężczyzn. Było też całkiem sporo zdjęć z uroczystości pogrzebowych, na których
główny bohater wydarzenia  spoczywał w udekorowanej kwiatami trumnie.
Dla Weroniki były to bardzo dziwne zdjęcia, ale zapewne zgodne z duchem minionego
czasu.
Brrr - pomyślała Weronika - ciekawe czy fotograf prosił  zmarłego o pogodny wyraz
twarzy. Nic dziwnego, że te zdjęcia  były bardzo rzadko oglądane.
                                                   c.d.n.








poniedziałek, 22 czerwca 2015

Horyzont Zdarzeń

                                                                       
                                                              Wstęp
Horyzont  zdarzeń - termin wymyślony przez astrofizyków. Nazwa brzmiąca romantycznie
dla niewtajemniczonych, ale niestety nie ma w tym miejscu nic romantycznego - wszystko
co znajdzie się w tym miejscu zniknie , wciągnięte w Czarną Dziurę.
Jesteśmy dziećmi Kosmosu a życie każdego z nas to taki mini Kosmos.
Każda  rodzina to odrębna  Galaktyka  ze swoim Słońcem i mnóstwem gwiazd i planet.
Horyzontem Zdarzeń jest nasza pamięć o dniach i wydarzeniach minionych.
W przeciwieństwie do wydarzeń w prawdziwym Kosmosie, mamy możliwość uchronienia
pamięci  o wszystkim co dotyczyło naszej własnej, rodzinnej galaktyki.
Zbierajmy zdjęcia, koniecznie  je podpisujmy, wspominajmy jak najczęściej tych co przeszli
w inny wymiar. Szukajmy starych dokumentów, szperajmy w parafialnych księgach,
szukajmy naszych korzeni, twórzmy nasze drzewko genealogiczne, niezależnie od tego czy
nasi poprzednicy byli znanymi czy też nieznanymi osobami, bogatymi czy też może bardzo biednymi.
Przypatrujcie się uważnie starym, rodzinnym zdjęciom - z pewnością macie z widocznymi
na nich osobach wiele cech wspólnych.
Nauczcie swe dzieci zaglądania w stare albumy, opowiadajcie im o swoim dzieciństwie.
Niech  nasi bliscy i dalsi krewni nie wpadną w Czarną Dziurę niepamięci.

                                                                     I
Był zimny, mrozny styczniowy poranek . Poranną ciszę przerwał dzwonek telefonu.
Maria, jej syn i wnuczka spojrzeli niepewnie po sobie. Młoda poderwała się z krzesła i
podniosła słuchawkę.
Tak, słucham- powiedziała nieco drżącym głosem. Stała tyłem do reszty rodziny.
Tak, tak, rozumiem, za niedługo przyjadę. Odłożyła słuchawkę , odwróciła się w stronę
pokoju i z wielkim trudem, cichutko powiedziała: umarł o szóstej rano, nie mogli nic
zrobić, tętnica się nie zrosła, nie dali rady zszyć jej po raz drugi.
Nie patrząc się na ojca i babkę wyszła z pokoju i zaczęła się szykować do wyjścia. Po
chwili wróciła do pokoju i popatrzyła na ojca. A ty czemu się nie ubierasz? Znów mam
jechać sama?- zapytała łamiącym się głosem.
Muszę się jeszcze ogolić, poza tym nie zostawię przecież mamy samej. Zresztą ty wszystko
tam załatwiałaś, ciebie znają, więc ty odbierz papiery i rzeczy.
Młoda spojrzała na niego ze złością - ogromnie pomocny jesteś tato, ogromnie.
Do szpitala było zaledwie kilka przystanków trolejbusowych i około 300 m do przejścia.
W szpitalu wpadła w objęcia  profesora, który zdziwił się, że jest sama. Potem spokojnie
i rzeczowo wszystko jej opowiedział co było bezpośrednią a co pośrednią przyczyną
śmierci, zawołał pielęgniarkę, której zlecił, by podała Młodej jakiś lek do połknięcia ,
potem przekazali Młodą w ręce salowej, z którą poszła po rzeczy zmarłego słuchając po
drodze co dziadek mówił tuż przed śmiercią. Potem salowa zaprowadziła Młodą do
kancelarii, gdzie wręczono jej odpowiednie dokumenty, tłumacząc dokładnie gdzie ma
co złożyć.
Kropelki   zalecone przez profesora miały jakieś dziwne działanie - Młoda była zupełnie
spokojna, wyprana z emocji, jakby wszystko działo się gdzieś daleko, poza nią.
Jechała do domu spoglądając przez szybę trolejbusu na odśnieżone ulice, skrzące się
w słońcu pryzmy śniegu, niebieściutkie niebo, ludzi  spieszących się zapewne do pracy.
Czuła za to ogromne zdziwienie - wszystko jest jak zawsze, a dziadek nie żyje.
Jego już nie ma, a ona nawet ani jednej łzy nie uroniła. To dziwne i niepokojące.
Od połowy grudnia spędzała w szpitalu całe dnie a od Sylwestra, czyli od chwili operacji
również i noce. A teraz była już połowa stycznia i czuła wielkie zmęczenie.
Tuż po operacji dziadka profesor wyrzucił ją do domu, mówiąc, że jemu wystarcza już
przypadek  jej dziadka i nie ma ochoty by nocą musiał się również i nią zajmować i kazał,
by przyjechał jej ojciec.
Młoda zostawiła przy łóżku dziadka swego ojca i póznym wieczorem pojechała do domu.
Rano o ósmej już była z powrotem. Jadąc bała się co zastanie na miejscu -widok dziadka
wywożonego z sali po operacji utwierdził ją w przekonaniu, że raczej mało prawdopodobne
jest, że będzie żył.
Nie pamiętała już kto jej kiedyś powiedział,że pacjent po operacji powinien leżeć spokojnie,
bez  żadnego ruchu, jakby bardzo mocno spał, a gdy jest cały rozedrgany, to jest złe
rokowanie. Może opowiadał jej to lekarz gdy ją przywiezli na salę operacyjną  a na
sąsiednim stole leżał młody dzieciak , a ona zapytała się, czy on żyje.
Wspominając te ostanie dni dotarła do domu. Babcia Marysia była spokojna, choć miała
lekko zaczerwienione oczy. Ojciec zarządził, by młoda zjadła śniadanie i po śniadaniu
porozmawiają, co dalej. Ale kropelki profesora  hamowały chyba nie tylko łzy, głód
również. Śniadanie  Młodej skończyło się na herbacie i jednym sucharku.
Po śniadaniu Młoda wyciągnęła  dokumenty, które otrzymała w szpitalnej kancelarii-
musiała wpierw pojechać do Urzędu Stanu Cywilnego by otrzymać urzędowy akt zgonu.
Był podstawą do załatwiania dalszych spraw.
Odebrawszy ten dokument wróciła do domu - teraz należało się zastanowić co dalej.
Młoda miała raptem dwadzieścia lat i po raz pierwszy w życiu musiała zająć się takimi
rzeczami jak znalezienie miejsca pochówku, załatwienie  całej ceremonii pogrzebowej, zawiadomienie rodziny. Babcia Marysia wszystko scedowała na nią, bo jej własne dzieci
nie mieszkały tu. Było to całkiem logiczne, ale Młoda była wielce przytłoczona tymi
wszystkimi nowymi dla niej obowiązkami.
Ojciec  Młodej ograniczył się do powiadomienia telefonicznie osób, które należało
zawiadomić.
Młodej oczy wyszły z orbit, bo nagle okazało się, że tej rodziny jest całkiem sporo - tyle
tylko, że wszyscy widywali się rzadko, poprzestając na wymianie  korespondencji.
Po kilku zupełnie zwariowanych dniach, w czasie których Młoda ganiała po mieście jak
koń wyścigowy by wszystko załatwić i dopiąć na przysłowiowy ostatni guzik, odbył
się pogrzeb. Rodzina była wielka, głównie na  sporządzonej liście, w naturze niewiele
osób przyjechało.
Babcia Marysia wcale nie była zdziwiona - a po co mieli przyjechać?- od ich obecności
z grobu nie wstanie przecież. Obecność na pogrzebie o niczym nie świadczy, żałobę
każdy nosi we własnym sercu i nie musi się z nią obnosić.
Dzieci  babci Marysi skwapliwie powyciągały od niej różne pamiątki po dziadku,
potem każde z nich oddzielnie poinformowało Młodą, że teraz  ona jest podporą dla
Babci Marysi i w żadnym wypadku nie powinna wyjść za mąż, tylko tkwić przy niej,
najlepiej do jej śmierci.
Kropelki pana profesora chyba nadal jeszcze działały, bo Młoda spojrzała się na każde
z nich jakoś dziwnie, ale nie  powiedziała nawet słowa. I to było naprawdę dziwne.
Bo Młoda miała raczej niewyparzony język.




piątek, 5 czerwca 2015

Zła Kobieta

Zła Kobieta wyszła bardzo wcześnie za mąż , a powód był jakby niezbyt jasny.
A właściwie to były dwa powody - pierwszym to był własny tatuś Złej Kobiety, któremu
się wydawało,  że dwudziestodwuletnia kobieta powinna być w domu najpóżniej o godzinie
23,00, niezależnie od  okoliczności.
I co z tego, że już rozpoczęła studia? Co z tego, że kluby działały niemal do rana, albo
kina oferowały nocne seanse? A najlepsza zabawa zaczynała się dopiero ok.21,00?
Zła Kobieta, w skrócie ZK  co jakiś  czas ryzykowała domową awanturą i wracała już po
północy.
Nerwowy tatuś usiłował nawet przylać jej pasem, ale ZK była szybka, przemykała biegiem
do swego pokoju i zamykała się w nim na klucz.
Drugim powodem był chłopak ZK - znali się jeszcze z liceum, chłopak był przekonany, że
jeszcze w trakcie studiów się pobiorą.
Chłopak był całkiem fajny, ale miał jedną fatalną cechę- był piekielnie, wręcz chorobliwie
zazdrosnym typem.
ZK szybko miała dość  tego duetu - w domu tatuś despota, poza domem  zazdrosny chłopak.
Ponieważ nie studiowali na jednej uczelni, Zazdrośnik niemal nie bywał na wykładach -
z pełnym poświęceniem czuwał, by mu ktoś ZK nie sprzątnął sprzed nosa.
Efekt był opłakany- Zazdrośnik oblał I rok studiów i trafił do wojska na dwa lata.
ZK miała chociaż jeden kłopot z głowy.
Rozejrzała się dokładnie po swoich kolegach ze studiów - jeden z nich był niewątpliwie
bardzo przystojny, do tego był miły i kulturalny i wkrótce kończył studia.
ZK zaczęła uwodzić Miłego, oczywiście z powodzeniem. Bo ZK była naprawdę bardzo
atrakcyjną dziewczyną - zgrabna, wysportowana i ładna- czegóż więcej trzeba by zawrócić
młodemu facetowi w głowie?
Akcja się powiodła, Miły zaczął bywać w domu ZK, a ZK tak mu zakręciła w głowie, że
nawet się oświadczył.
Ślub odbył się mniej więcej pół roku przed opuszczeniem wojska przez byłego chłopaka.
Teraz ZK miała  duet  z głowy. Małżeństwo było w pewnym sensie przepustką do
wolności. ZK nadal studiowała, mieszkali w wynajętym mieszkaniu, niedużym bo był to
tylko pokój z kuchnią, no ale lepsze to niż nic.
Ale nie ma róży bez kolców - zawiodły obliczenia i okazało się, że ZK jest w ciąży.
Żeby było zabawniej termin rozwiązania pokrywał się z terminem sesji egzaminacyjnej.
ZK postarała się zdać większość egzaminów tzw. zerowym terminem, więc sesję spokojnie
zaliczyła. Kobiety to jednak twarde stworzenia, ZK nie przerwała studiów, dziecko
podrzucała  raz jednej raz drugiej babci gdy szła na wykłady, wracając z uczelni odbierała
malca.
ZK zrobiła dyplom i poszła do pracy. Dzieckiem opiekowała się jej mama, bo teściowa
nie wyraziła ochoty.
Praca, dom, dziecko, mąż, który był wprawdzie bardzo dobrym  facetem, ale zdaniem ZK
potwornie nudnym, zaczęło jej  to ciążyć. On jest nudny, nie ma żadnej inicjatywy - nawet
nie potrafi przyspieszyć naszego mieszkania w spółdzielni. Twierdzi, że on tego nie potrafi
załatwić i trzeba czekać- skarżyła się swym koleżankom.
ZK sama zajęła się przyspieszeniem przydziału mieszkania. ZK należała do zaradnych i
wielce namolnych kobiet i każdemu umiała wywiercić dziurę w brzuchu nawet bez
użycia skalpela. W spółdzielni mieszkaniowej bywała przynajmniej raz w tygodniu.
Niewiele brakowało a byłaby tam nocowała. I szybszy przydział wydębiła.
I wtedy po raz pierwszy przyszło jej do głowy, ze właściwie na czorta jej taki mąż, który
nic nie potrafi załatwić- ani podwyżki dla siebie w pracy, ani przyspieszyć przydziału
mieszkania a do tego nudny, bo gada tylko o sprawach naukowych. Nooo - koszmar:)))
Zaproponowała mężowi rozwód - powód- niezgodność charakterów. Sprawa, dzięki
dobremu adwokatowi zakończyła się bardzo szybko.
Dziecko przyznano matce, która nie stawiała ojcu dziecka żadnych ograniczeń
kontaktów z dzieckiem. Zresztą  żyła z byłym w przyjazni, naprawdę.
ZK zajęła się teraz zarabianiem pieniędzy - wzięła w miejscu pracy roczny urlop
bezpłatny twierdząc, że dziecko chorowite i do zbiorowego chowu się  nie nadaje.
Dziecko zostawiła pod opieką swojej mamy i byłego już męża i wyjechała w świat.
Jak większość usiłujących coś zarobić, zajęła  się handlem. Jezdziła do Tajlandii, Indii,
tam kupowała różne ciuchy, które potem z niezłą przebitką sprzedawała w Polsce,
ZSRR , Jugosławii. Targała przeogromne wory, kłóciła się z handlarzami. Nie było
to miłe zajęcie, ale niewątpliwie wielce wówczas intratne.
Wkrótce poznała pewnego zaradnego pana, który był nią zachwycony - miał od niej
ze dwanaście lat więcej, a jego atrakcyjność sprowadzała się głównie do tzw. łba do
interesów. Był żonaty, dzieciaty, ale właściwie "na wylocie małżeńskim", bo zbyt
często zdradzana żona miała już dość opierania i żywienia niewiernego męża i
złożyła pozew o rozwód.
ZK była głównie zainteresowana  kręceniem z Zaradnym interesów - łatwiej jezdzić
we dwoje. Wkrótce pod wpływem Zaradnego zmieniła asortyment importowanego
towaru, oboje przerzucili się na import elektroniki., bo w wyniku zmian ustrojowych
w Polsce, rodzima branża  elektroniczna padła kompletnie.
Warto tu zaznaczyć, że wszystkie ich biznesy były jak najbardziej legalne, a fiskus
niezle na ich działalności zarabiał, bo podatki były naprawdę nieliche, a oni je
grzecznie płacili. Ale pomimo b.wysokiego haraczu i tak wychodzili na plus- duuuży.
Zaradny rozszedł się z żoną, zostawiając jej nastoletnie dziecko i trzypokojowe
mieszkanie. Sam zamieszkał w  wynajętym pokoju.
Biznesy szły świetnie, ZK i Zaradny łączyli swe pomysły biznesowe, nawiązywali
kontakty w kraju i poza nim, sprawiedliwie dzielili się zyskami, każde miało własne
konto dolarowe.
ZK, w ramach przyjazni, obdarowała byłego męża wypasionym komputerem, dołożyła
mu pieniędzy na wykup spółdzielczego mieszkania - bo to Zła Kobieta była.
Tymczasem Zaradny, twierdząc, że z ZK są dla siebie wręcz stworzeni, parł do tego,
by się pobrali.
I zapewne ZK nawet wyszłaby  za niego, gdyby nie trzy sprawy:
pierwsza - Zaradny rzucił kiedyś hasło, żeby ZK uprała i wyprasowała mu koszule.
Niewątpliwie był to kiepski pomysł, ZK nie miała na to najmniejszej chęci i pouczyła
tylko Zaradnego, że wszak istnieją pralnie.
Druga  - był piekielnym bałaganiarzem i uważał, że sprzątanie jest domeną kobiet,
czym oczywiście naraził się ZK.
Trzecia - argumentował, że przecież im świetnie  razem idą  interesy i dobrze jest im
również  w łóżku, na co usłyszał, że owszem, biznesy idą świetnie, a co dalszej części
wypowiedzi, to powinien  mówić tylko za siebie, a nie w liczbie mnogiej.
No cóż, każda, która powie facetowi prawdę w oczy jest Złą Kobietą, co Zaradny
wielkim głosem wykrzyczał. Oni po prostu wolą, by udawały że jest super.
Jak wiadomo przypadki chodzą po ludziach, lub ludzie po nich stąpają i pewnego dnia
ZK spotkała swego dawnego adoratora , tego Zazdrośnika.
On też już był "po przejściach" czyli po dwóch nieudanych małżeństwach i nadal
poszukiwał tej  jednej,jedynej.
Nastąpił tzw, "szał ciał" było miło i fajnie ale ZK  nie zgodziła się na małżeństwo. Nie
była pewna, czy Zazdrośnik wyleczył się ze swej podstawowej wady.
Czas pokazał, że była to wada nieuleczalna i z bólem i żalem ZK zakończyła i ten
związek.
Jest sama, twierdząc, że ona to nie ma szczęścia do facetów. Żeby było śmieszniej to
jej były mąż proponuje by znów się zeszli i...pobrali.
Ale ZK , podobnie jak Cezar, uważa że nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.
                                                            KONIEC