Gdy weszła do pokoju, szef pogroził jej palcem - "a mówiłem, żeby pani nie biegała na
skróty, przecież jest zimno. Zaziębi się pani i pójdzie na zwolnienie i co ja sam tu zrobię?"
Marię na chwilę zatkało, ale szybko odpowiedziała, że biegła, więc nie zmarzła a ta
sterta dokumentacji była ciężka i chciała się jej jak najszybciej pozbyć. I że prędzej szef
się zaziębi wyglądając przez otwarte okno niż ona przebiegając te 70 metrów.
Szef wylewnie podziękował za kupienie pasztetowej, wyciągnął ją z papieru i troskliwie
ułożył na talerzyku, pokroiwszy wpierw w grube plastry, które ułożył na połówkach
bułek o wdzięcznej nazwie " Małgosie". Potem zatarł ręce i rzucił w przestrzeń: to ja idę
sobie po herbatkę ale jeśli ma pani ochotę to i dla pani przyniosę. Maria podziękowała,
pokazując, że ma jeszcze w kubku kawę.
Siedziała przy biurku tępo wpatrując się w talerzyk z pasztetową i zastanawiając się jak
można takie paskudztwo jeść. Szef wrócił szybko, nie musiał nawet schodzić do bufetu bo
już zaczęła urzędowanie "pani herbaciarka". Wprawdzie herbata u niej była droższa niż
w bufecie, za to podobno znacznie smaczniejsza, ale Maria nie pijała herbaty, tylko kawę.
A na kawę to wolała chodzić do bufetu, bo zawsze można było tam z kimś porozmawiać.
Maria zajęła się pracą, miała napisać kilka pism. Gdy zaczęła grzechotać maszyną do
pisania szef z westchnieniem się podniósł i oznajmił, że za 15 minut ma naradę i długo go
pewnie nie będzie.
No i dobrze, pomyślała Maria, ale głośno powiedziała: wiem, dziś jest narada z generalnymi
projektantami, zawsze to trwa kilka godzin. Dobrze, że pan zdążył zjeść śniadanie.
Po wyjściu szefa odczekała 15 minut i zagłębiła się w lekturze książki, którą trzymała
w szufladzie biurka.
Lekturę przerwało pukanie do drzwi. Zdziwiona zawołała "proszę", bo jak świat światem
nikt tu nie miał zwyczaju pukać do drzwi. W drzwiach stał uśmiechnięty magazynier,
pod pachą miał dwa pudełka. Maria patrzyła na niego jak na jakąś zjawę. Ale młodzian
podszedł do jej biurka i delikatnie postawił na nim oba pudełka mówiąc, że przyniósł to
wszystko co ona zamówiła w magazynie. No ale z tym dziurkaczem to kłopot, bo są
tylko takie małe i one z racji tego, że są małe i lekkie też nie przetną większej ilości
kartek. No ale może Maria woli takie małe niż ten puc metalu który mu rano przyniosła.
Maria przyjrzała mu się uważnie i zapytała- a teraz to pan zawsze będzie nam przynosił
te materiały?
No nie zawsze i nie wszystkim, po prostu chciałem panią poderwać, odpowiedział ze
śmiechem. Poza tym mieszkamy w jednej dzielnicy, więc może będziemy razem wracać
po pracy i może po drodze wstąpimy gdzieś na kawę, ja zapraszam.
Po drodze nie ma dobrej i miłej kawiarni to raz, poza tym rzadko wracam do domu zaraz
po pracy - odpowiedziała Maria, grzebiąc w jednym z pudełek.
No to możemy pójść na tę kawę nie po drodze, skoro po drodze nie ma rzekomo dobrych
kawiarni - chłopak nie odpuszczał.
I mamy jeszcze jedną wspólną rzecz - właściwie jesteśmy rówieśnikami, ja jestem równo
rok starszy. I mam prośbę, może moglibyśmy sobie w takim razie mówić po imieniu?
Tu większość pracowników mówi sobie po imieniu, prawda?
Prawda. Tylko proszę byś nie używał żadnych zdrobnień mojego imienia. Nie lubię go,
dostałam je po jednej z babek.
No to się ciesz, że nie dali Ci na imię Petronela lub Kunegunda, bo brzmią one znacznie
gorzej niż każde zdrobnienie od Marii. Mam wrażenie, że niemal każdemu z nas w pewnym
okresie życia nie podoba się własne imię.
Słuchaj, jestem ci winien jeszcze 5 twardych ołówków, doniosę je jutro w drugiej części
dnia. Rano powinna być dostawa.
Jacek ukradkiem zerknął na zegarek - wiesz, muszę już lecieć, bo wywiesiłem kartkę,że
wracam o 10,15, więc mam 2 minuty na powrót do siebie.
To jesteś chyba jedynym człowiekiem w tym biurze, który traktuje poważnie to co sam
napisał. Tu każdy ma poślizg, przeważnie piętnastominutowy. A dziś jest duża narada,
więc personel pomocniczy nie tyra, a projektanci też korzystają z tego - jak zajrzysz do
którejkolwiek pracowni to połowy nie ma bo siedzą na kawie w bufecie.
Mario, zapoluję na Ciebie przy wyjściu, może jednak pójdziemy dziś na tę kawę, mam
taką nadzieję - Jacek konsekwentnie nie odpuszczał.
No to pomyślnych łowów, ale ja dziś nie wracam po pracy do domu, nie jadę w twoją
stronę - poinformowała go Maria.
No to i ja nie pojadę w stronę domu i może się wybierzemy razem do Alhambry? Tam
przynajmniej jest dobra kawa - powiedział Jacek już stojąc w drzwiach.
Kawa - tak, tam jest dobra, ale wnętrze paskudne- rzuciła mu Maria na pożegnanie.
Gdy wyszedł z pokoju, Maria nim wróciła do przerwanej lektury, poświęciła kilka
minut na pomyślenie o Jacku.
Miał bardzo ciemne włosy, ładną oprawę oczu , ciemnobrązowe oczy. Ładne dłonie,
był szczupły, a właściwie chudy i jak dla niej to mógłby być nieco wyższy. Podobał się
jej pod względem fizycznym. No i jakiś wytrwały w podrywaniu - pomyślała.
Przy okazji jej myśli popłynęły w stronę Jerzego - nie widzieli się już ponad pół roku.
I nie telefonowali do siebie. Maria jednak tęskniła za nim. Gdy ostatni raz się widzieli
Jerzy wściekły był na nią i stwierdził, że żadna smarkula nie będzie mu mówić co ma
albo czego nie ma robić, a tym bardziej sprawdzać go czy mówi prawdę. I więcej do
niej nie zadzwonił. Najbardziej zezłościło go to, że Maria nie chciała powiedzieć, skąd
wie o tym, że on ją okłamał pozostawiając na Sylwestra w domu, twierdząc, że on
musi wyjechać w delegację w drugi dzień świąt. A o tym wszystkim powiedział w wigilię,
którą razem spędzali u jego brata. O tym jak wyglądała ta delegacja poinformowała Marię
znajoma, która nie miała pojęcia o tym, że Maria i Jerzy znają się i od jakiegoś czasu są
parą. Znajoma pokazała jej po prostu swoje zdjęcia z Sylwestra, na którym była razem
z mężem w Budapeszcie. Na jednym ze zdjęć był Jerzy, a w jego objęciach stała mocno
wydekoltowana blondyna w mini sukience.
Maria należała do osób, które z reguły wszystko oglądają nie ujawniając swych emocji i
patrząc na to zdjęcie, wskazała na Jerzego i zapytała- a ci to kto, znajome małżeństwo?
To kolega mego męża ze swoją dziewczyną, wyjaśniła znajoma.
Maria, choć poczuła w sercu dziwne ukłucie, kiwnęła tylko głową i powiedziała- no to się
fajnie tam bawiliście. Jeszcze przez chwilę rozmawiała wypytując o to jak długo tam byli
i jaki jest Budapeszt, potem pożegnała się, cały czas się dziwiąc, że nie doznała ataku
serca. Gdy dojechała do domu w pierwszej chwili chciała zatelefonować do Jerzego, ale
potem postanowiła zaczekać na jego telefon. Jerzy zatelefonował w dniu, w którym miał
powrócić z owej delegacji.
Spotkali się "w swojej kawalerce", którą od kogoś Jerzy wynajmował. Zdenerwował się,
gdy Maria nie chciała dać się zaciągnąć do łóżka i w złości palnął - jak nie chcesz to
znajdę sobie inną, bardziej chętną.
Maria, łykając łzy wyszeptała - nie musisz szukać, już ją przecież masz. Świat jest mały,
Warszawa też nie za wielka, już cię z nią widziano. Jeśli już mnie nie kochasz, znudziłam
ci się, to powinieneś mi o tym powiedzieć, a potem dopiero spotykać się z inną....i wbrew
swej woli wybuchnęła płaczem i nim się Jerzy zorientował wybiegła z mieszkania.
Zapłakana pobiegła na postój taksówek. Taksówkarz spojrzał na nią uważnie, ale tylko
zapytał się dokąd ma jechać. Maria podała adres domu swej przyjaciółki, mając nadzieję,
że ją zastanie w domu. Miała szczęście, Baśka była w domu.
Widząc, że Maria jest zapłakana zaciągnęła ją do swego pokoju, posadziła w fotelu a sama
poszła zaparzyć....rumianek w większej ilości. Część miała być do picia, część na okłady
do oczu. Gdy wróciła do pokoju, Maria już nie płakała. Baśka postawiła przed Marią
szklankę z herbatą i obok miseczkę z drugą częścią herbaty, obok której położyła waciki,
by Maria mogła zmyć rozmazany tusz.
Usiadła obok i bez słowa przytuliła Marię, wiedząc, że czasem lepiej nic nie mówić, niż
zadać idiotyczne pytanie.
c.d.n.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
sobota, 21 grudnia 2019
poniedziałek, 16 grudnia 2019
Zupełnie zwyczajne życie
To nie był wcale a wcale ładny dzień - wprawdzie świeciło słońce i to całkiem ostro, ale
zimny, porywisty wiatr jeszcze mocno chłodził i Maria czuła, że zbyt wcześnie zmieniła
zimowy płaszcz na wiosenny. I choć od przystanku tramwajowego było do biura blisko,
z ulgą myślała o tym, że za kilka minut tam dotrze.
Wchodząc do budynku pomyślała z niechęcią o tym, że to pierwszy piątek miesiąca i
będzie musiała pójść do magazynu materiałów biurowych by wziąć to wszystko, co było
niezbędne do prawidłowego funkcjonowania pracowni, której była "sekretarką", czyli
"osobą do wszystkiego".
Na szczęście nie musiała jeszcze projektantom robić herbaty - w podziemiach biura był
bufet i zakładowa stołówka.
Dzień, jak zwykle rozpoczęła od wizyty w łazience by poprawić uczesanie, zrobić lekki
makijaż, potem w swojej kanciapie (tak nazywała pokój, który dzieliła z szefem pracowni)
przejrzała zawartość szafy z materiałami biurowymi. Szefa jeszcze nie było, w końcu była
dopiero godzina ósma- na tę godzinę to musiała być ona i projektanci, szef przychodził
pomiędzy 8,30 a 9,00.
Zapisała na kartce to wszystko, co musiała wziąć z magazynu , wzięła również zepsuty
dziurkacz, który z powodzeniem mógłby zastępować hantle, gdyby ktoś chciał sobie
wyćwiczyć biceps. Był ciężki i niestety bardzo tępy - właściwie nie spełniał wymogów -
można nim było z trudem przedziurkować najwyżej 2 kartki.
Na biurku szefa położyła kartkę z napisem : JESTEM W MAGAZYNIE, TEL. 354, do
swego biurka schowała torebkę, zamknęła szafkę na klucz, wrzuciła go do kieszeni i
powędrowała do magazynu. Miała nadzieję, że szybko upora się z tą sprawą, bo jeszcze
było dość wcześnie.
Bardzo nie lubiła wizyt w tym magazynie - po pierwsze był on w podziemiach biura, a tam
nie zawsze paliły się wszystkie światła- po prostu czasami znikały żarówki i były odcinki
całkiem ciemne, poza tym pani prowadząca ten magazyn nie należała do sympatycznych.
Schodząc z trzeciego piętra Maria już wyobrażała sobie jałową dyskusję jaką będzie wiodła
z magazynierką na temat dziurkacza, który ledwie przecinał dwie kartki papieru.
Tym razem w podziemnym korytarzu nie brakowało żarówek. W drodze do magazynu
zajrzała do bufetu, ale porannej dostawy świeżych bułek jeszcze nie było, lecz zamówiła i
zapłaciła za śniadanie- kajzerkę z masłem i dżemem różanym. Wracając z magazynu miała
zamiar, podobnie jak wielu pracowników, napić się kawy i zjeść śniadanie. Koleżanki nieco
się z niej podśmiewały, że jest jedyną osobą w całym olbrzymim biurze projektowym, która
je coś tak dziwnego jak dżem różany.
W magazynie czekała ją niespodzianka - zamiast niezbyt lubianej magazynierki przy biurku
siedział młody, całkiem przystojny facet. Na widok Marii poderwał się z krzesła i uśmiechnął.
Całkiem miło wygląda - pomyślała Maria i zapytała: a pani Zofii dziś nie ma?
Nie ma i chyba już nie będzie - podobno odeszła z pracy i teraz ja tu trochę się porządzę.
Nazywam się....widzę, przerwała mu Maria, przecież ma pan identyfikator bardzo dobrze
czytelny.
No tak - wyjątkowo duży druk jak na taką niewielką plakietkę- uśmiechnął się serdecznie.
A ja mam dla pana, panie Jacku prezent - w ub. miesiącu brałam z magazynu dziurkacz,
ale on nie dziurkuje, więc go zwracam i chcę dostać inny - może być mniej masywny, ale
koniecznie musi przecinać więcej niż dwie kartki na raz.
Magazynier obejrzał ów cud techniki biurowej i odłożył na bok. A co mam dla pani
naszykować?
Maria podała mu kartkę - tu wszystko wypisałam. Umówmy się tak, że ja panu ją zostawię,
pójdę do stołówki na śniadanie, wracając wstąpię a jeśli nie będzie jeszcze wszystko do
odbioru to pan do mnie zatelefonuje gdy już wszystko będzie i ja po to przyjdę.
Na górze jest napisane dla której to pracowni, a numer znajdzie pan w spisie telefonów.
Maria uśmiechnęła się, okręciła na pięcie i wyszła.
W bufecie już siedziało sporo osób, w tym kilka jej koleżanek, więc odebrawszy swe
śniadanie przysiadła się do ich stolika.
Dziewczyny, jest nowy magazynier w artykułach biurowych- poinformowała.
Dorota spojrzała na nią zdziwiona- a co, tego młodego Jacka już nie ma? Dwa tygodnie
temu brałam do pracowni kalkę i już pani Zosi nie było i był taki młody Jacek.
Maria roześmiała się - a ja myślałam, że wam opowiem nowinę no i nie udało się.
Tak jak obiecała, Maria po śniadaniu zajrzała do magazynu, a pan Jacek ją poinformował,
że jeszcze nie wszystko zgromadził i że potem zatelefonuje.
Gdy wróciła do swego pokoju szefa jeszcze nie było. Usunęła kartkę, którą zostawiła na
jego biurku i zaczęła porządkować dokumentację, którą miała tego dnia wysłać.
Sprawdziła czy są aby wszystkie wymagane podpisy i pieczątki, czy zawartość teczek
zgodna jest z wykazem na piśmie przewodnim, przewiązała wszystko sznurkiem .
Postanowiła zaczekać z zaniesieniem tego wszystkiego do przyjścia szefa- niech wie, że
się nie obijam - pomyślała.
Ten stos dokumentacji wcale nie jest lekki, chyba tym razem zjadę windą - pomyślała.
W drzwiach wpadła na swego szefa - oooo, wystękał- skoro idzie pani do kancelarii to
wracając proszę zajrzeć do bufetu i kupić mi ze 20 deko pasztetowej, zaraz dam pieniądze-
pogrzebał w kieszeni płaszcza i wcisnął Marii w rękę pieniądze. I niech pani nie idzie na
skróty ale podziemiem, na dworze jest bardzo zimno. Maria kiwnęła głową- dobrze, kupię.
O Boże, jak ten facet może jeść tę pasztetówkę niemal codziennie - pomyślała. Mnie już
sam jej wygląd przyprawia o mdłości a i zapach ma dziwaczny. A wygląda jak mielony
papier toaletowy.
I choć miała nie iść do drugiego budynku na skróty wysiadła na parterze i przebiegła
te 70 metrów dzielące oba budynki.
W kancelarii wysyłkowej na widok stosu teczek dziewczyna o bardzo bladej twarzy tylko
jęknęła - ja już nie mam gdzie tego kłaść by to zapakować. Dobrze, że związane , to może
połóż to na podłodze, zaraz to wpiszę i dostaniesz numer wysyłki.
Po 10 minutach Maria wędrowała podziemiem do stołówki, po tę nieszczęsną pasztetową.
Przy okazji wzięła dla siebie kubek kawy.
Wracając do swego pokoju myślała o tym, by zmienić pracę, ale to wcale nie było łatwe.
Teoretycznie władza zapewniała pracę wszystkim obywatelom, mężczyznom zwłaszcza.
Oni mieli obowiązek pracy do 45 roku życia, kobiet to nie dotyczyło. Rok wcześniej
zrobiła maturę, ale na wymarzone studia plastyczne nie poszła - nie zgodzili się na to jej
rodzice. Ich argumentacji Maria nie mogła pojąć - wg nich artysta plastyk to nie był
zawód zapewniający komukolwiek utrzymanie i jak mawiała mama "mężczyźni plastycy
to alkoholicy a kobiety....zwyczajne dziwki." Popracuj z rok, pomyśl nad prawdziwymi,
pożytecznymi studiami, a może w międzyczasie wyjdziesz za mąż?
Maria miała kogoś "na kształt" narzeczonego, ale właśnie pół roku wcześniej zupełnie
przypadkiem odkryła, że ten ponoć szaleńczo w niej zakochany facet, który się właśnie
rozwodzi (rzekomo dla niej) nie jest wcale jej wierny. Zaczęła go bacznie obserwować
i wkrótce przyłapała go na kłamstwie.
Chciała z nim to wszystko wyjaśnić, ale on poczuł się dotknięty i przestali się widywać.
Oczywiście w domu nie pisnęła ani słowa i rodzice nadal myśleli, że się z nim spotyka.
A poznała go przez znajomych, gdy miała 17 lat. Dość długo rodzice nic nie wiedzieli
o jego istnieniu, aż do chwili gdy Maria dostała ataku wyrostka robaczkowego w czasie
randki i Jerzy odwiózł ją do szpitala gdzie natychmiast trafiła na stół operacyjny, a on
stamtąd powędrował do jej rodziców, przestawił się, opowiedział pokrótce o sobie,
a na zakończenie powiedział, że bardzo Marię kocha, rozwodzi się i gdy tylko dostanie
ów dokument to chce się z Marią ożenić. To nic, że jest od niej starszy o te drobne
22 lata, on Marię kocha, zapewni jej dostatnie życie i jeśli będzie chciała po ukończeniu
liceum studiować, to on nie ma nic przeciwko temu. Niech studiuje, studia jeszcze
nikomu nie zaszkodziły, a on postara się namówić ją na studia ekonomiczne.
Po powrocie ze szpitala Maria zaczęła bywać u jego rodziny, matki i brata, i była jego
oficjalną narzeczoną. Oczywiście wszyscy znajomi Jerzego też ją tak traktowali.
ciąg dalszy nastąpi
P.S.
Jak zwykle mam prośbę - możesz nie komentować,
ale bądź miłym cztelnikiem i zostaw choć znaczek: taki;( , lub taki;), bo lubię
wiedzieć kto mnie czyta;))))
zimny, porywisty wiatr jeszcze mocno chłodził i Maria czuła, że zbyt wcześnie zmieniła
zimowy płaszcz na wiosenny. I choć od przystanku tramwajowego było do biura blisko,
z ulgą myślała o tym, że za kilka minut tam dotrze.
Wchodząc do budynku pomyślała z niechęcią o tym, że to pierwszy piątek miesiąca i
będzie musiała pójść do magazynu materiałów biurowych by wziąć to wszystko, co było
niezbędne do prawidłowego funkcjonowania pracowni, której była "sekretarką", czyli
"osobą do wszystkiego".
Na szczęście nie musiała jeszcze projektantom robić herbaty - w podziemiach biura był
bufet i zakładowa stołówka.
Dzień, jak zwykle rozpoczęła od wizyty w łazience by poprawić uczesanie, zrobić lekki
makijaż, potem w swojej kanciapie (tak nazywała pokój, który dzieliła z szefem pracowni)
przejrzała zawartość szafy z materiałami biurowymi. Szefa jeszcze nie było, w końcu była
dopiero godzina ósma- na tę godzinę to musiała być ona i projektanci, szef przychodził
pomiędzy 8,30 a 9,00.
Zapisała na kartce to wszystko, co musiała wziąć z magazynu , wzięła również zepsuty
dziurkacz, który z powodzeniem mógłby zastępować hantle, gdyby ktoś chciał sobie
wyćwiczyć biceps. Był ciężki i niestety bardzo tępy - właściwie nie spełniał wymogów -
można nim było z trudem przedziurkować najwyżej 2 kartki.
Na biurku szefa położyła kartkę z napisem : JESTEM W MAGAZYNIE, TEL. 354, do
swego biurka schowała torebkę, zamknęła szafkę na klucz, wrzuciła go do kieszeni i
powędrowała do magazynu. Miała nadzieję, że szybko upora się z tą sprawą, bo jeszcze
było dość wcześnie.
Bardzo nie lubiła wizyt w tym magazynie - po pierwsze był on w podziemiach biura, a tam
nie zawsze paliły się wszystkie światła- po prostu czasami znikały żarówki i były odcinki
całkiem ciemne, poza tym pani prowadząca ten magazyn nie należała do sympatycznych.
Schodząc z trzeciego piętra Maria już wyobrażała sobie jałową dyskusję jaką będzie wiodła
z magazynierką na temat dziurkacza, który ledwie przecinał dwie kartki papieru.
Tym razem w podziemnym korytarzu nie brakowało żarówek. W drodze do magazynu
zajrzała do bufetu, ale porannej dostawy świeżych bułek jeszcze nie było, lecz zamówiła i
zapłaciła za śniadanie- kajzerkę z masłem i dżemem różanym. Wracając z magazynu miała
zamiar, podobnie jak wielu pracowników, napić się kawy i zjeść śniadanie. Koleżanki nieco
się z niej podśmiewały, że jest jedyną osobą w całym olbrzymim biurze projektowym, która
je coś tak dziwnego jak dżem różany.
W magazynie czekała ją niespodzianka - zamiast niezbyt lubianej magazynierki przy biurku
siedział młody, całkiem przystojny facet. Na widok Marii poderwał się z krzesła i uśmiechnął.
Całkiem miło wygląda - pomyślała Maria i zapytała: a pani Zofii dziś nie ma?
Nie ma i chyba już nie będzie - podobno odeszła z pracy i teraz ja tu trochę się porządzę.
Nazywam się....widzę, przerwała mu Maria, przecież ma pan identyfikator bardzo dobrze
czytelny.
No tak - wyjątkowo duży druk jak na taką niewielką plakietkę- uśmiechnął się serdecznie.
A ja mam dla pana, panie Jacku prezent - w ub. miesiącu brałam z magazynu dziurkacz,
ale on nie dziurkuje, więc go zwracam i chcę dostać inny - może być mniej masywny, ale
koniecznie musi przecinać więcej niż dwie kartki na raz.
Magazynier obejrzał ów cud techniki biurowej i odłożył na bok. A co mam dla pani
naszykować?
Maria podała mu kartkę - tu wszystko wypisałam. Umówmy się tak, że ja panu ją zostawię,
pójdę do stołówki na śniadanie, wracając wstąpię a jeśli nie będzie jeszcze wszystko do
odbioru to pan do mnie zatelefonuje gdy już wszystko będzie i ja po to przyjdę.
Na górze jest napisane dla której to pracowni, a numer znajdzie pan w spisie telefonów.
Maria uśmiechnęła się, okręciła na pięcie i wyszła.
W bufecie już siedziało sporo osób, w tym kilka jej koleżanek, więc odebrawszy swe
śniadanie przysiadła się do ich stolika.
Dziewczyny, jest nowy magazynier w artykułach biurowych- poinformowała.
Dorota spojrzała na nią zdziwiona- a co, tego młodego Jacka już nie ma? Dwa tygodnie
temu brałam do pracowni kalkę i już pani Zosi nie było i był taki młody Jacek.
Maria roześmiała się - a ja myślałam, że wam opowiem nowinę no i nie udało się.
Tak jak obiecała, Maria po śniadaniu zajrzała do magazynu, a pan Jacek ją poinformował,
że jeszcze nie wszystko zgromadził i że potem zatelefonuje.
Gdy wróciła do swego pokoju szefa jeszcze nie było. Usunęła kartkę, którą zostawiła na
jego biurku i zaczęła porządkować dokumentację, którą miała tego dnia wysłać.
Sprawdziła czy są aby wszystkie wymagane podpisy i pieczątki, czy zawartość teczek
zgodna jest z wykazem na piśmie przewodnim, przewiązała wszystko sznurkiem .
Postanowiła zaczekać z zaniesieniem tego wszystkiego do przyjścia szefa- niech wie, że
się nie obijam - pomyślała.
Ten stos dokumentacji wcale nie jest lekki, chyba tym razem zjadę windą - pomyślała.
W drzwiach wpadła na swego szefa - oooo, wystękał- skoro idzie pani do kancelarii to
wracając proszę zajrzeć do bufetu i kupić mi ze 20 deko pasztetowej, zaraz dam pieniądze-
pogrzebał w kieszeni płaszcza i wcisnął Marii w rękę pieniądze. I niech pani nie idzie na
skróty ale podziemiem, na dworze jest bardzo zimno. Maria kiwnęła głową- dobrze, kupię.
O Boże, jak ten facet może jeść tę pasztetówkę niemal codziennie - pomyślała. Mnie już
sam jej wygląd przyprawia o mdłości a i zapach ma dziwaczny. A wygląda jak mielony
papier toaletowy.
I choć miała nie iść do drugiego budynku na skróty wysiadła na parterze i przebiegła
te 70 metrów dzielące oba budynki.
W kancelarii wysyłkowej na widok stosu teczek dziewczyna o bardzo bladej twarzy tylko
jęknęła - ja już nie mam gdzie tego kłaść by to zapakować. Dobrze, że związane , to może
połóż to na podłodze, zaraz to wpiszę i dostaniesz numer wysyłki.
Po 10 minutach Maria wędrowała podziemiem do stołówki, po tę nieszczęsną pasztetową.
Przy okazji wzięła dla siebie kubek kawy.
Wracając do swego pokoju myślała o tym, by zmienić pracę, ale to wcale nie było łatwe.
Teoretycznie władza zapewniała pracę wszystkim obywatelom, mężczyznom zwłaszcza.
Oni mieli obowiązek pracy do 45 roku życia, kobiet to nie dotyczyło. Rok wcześniej
zrobiła maturę, ale na wymarzone studia plastyczne nie poszła - nie zgodzili się na to jej
rodzice. Ich argumentacji Maria nie mogła pojąć - wg nich artysta plastyk to nie był
zawód zapewniający komukolwiek utrzymanie i jak mawiała mama "mężczyźni plastycy
to alkoholicy a kobiety....zwyczajne dziwki." Popracuj z rok, pomyśl nad prawdziwymi,
pożytecznymi studiami, a może w międzyczasie wyjdziesz za mąż?
Maria miała kogoś "na kształt" narzeczonego, ale właśnie pół roku wcześniej zupełnie
przypadkiem odkryła, że ten ponoć szaleńczo w niej zakochany facet, który się właśnie
rozwodzi (rzekomo dla niej) nie jest wcale jej wierny. Zaczęła go bacznie obserwować
i wkrótce przyłapała go na kłamstwie.
Chciała z nim to wszystko wyjaśnić, ale on poczuł się dotknięty i przestali się widywać.
Oczywiście w domu nie pisnęła ani słowa i rodzice nadal myśleli, że się z nim spotyka.
A poznała go przez znajomych, gdy miała 17 lat. Dość długo rodzice nic nie wiedzieli
o jego istnieniu, aż do chwili gdy Maria dostała ataku wyrostka robaczkowego w czasie
randki i Jerzy odwiózł ją do szpitala gdzie natychmiast trafiła na stół operacyjny, a on
stamtąd powędrował do jej rodziców, przestawił się, opowiedział pokrótce o sobie,
a na zakończenie powiedział, że bardzo Marię kocha, rozwodzi się i gdy tylko dostanie
ów dokument to chce się z Marią ożenić. To nic, że jest od niej starszy o te drobne
22 lata, on Marię kocha, zapewni jej dostatnie życie i jeśli będzie chciała po ukończeniu
liceum studiować, to on nie ma nic przeciwko temu. Niech studiuje, studia jeszcze
nikomu nie zaszkodziły, a on postara się namówić ją na studia ekonomiczne.
Po powrocie ze szpitala Maria zaczęła bywać u jego rodziny, matki i brata, i była jego
oficjalną narzeczoną. Oczywiście wszyscy znajomi Jerzego też ją tak traktowali.
ciąg dalszy nastąpi
P.S.
Jak zwykle mam prośbę - możesz nie komentować,
ale bądź miłym cztelnikiem i zostaw choć znaczek: taki;( , lub taki;), bo lubię
wiedzieć kto mnie czyta;))))
czwartek, 13 czerwca 2019
Trzeba zabić tę miłość - IV
W chwilę po tym gdy wróciły do domu panowie rzeczywiście zakończyli swoją grę. I nawet
byli zadowoleni z wyniku.
Udo i Marie pożegnali się a Eric zaczął się rozkoszować faktem, że wreszcie są sami.Mieli
jeszcze dla siebie sporo czasu i postanowili to wykorzystać. Około piątej po południu, nieco
głodni i zmęczeni spenetrowali lodówkę, zjedli obiad i przede wszystkim- ubrali się. Około
17,30 przyjechał ojciec Erica, w jakiś czas potem jego matka.
Spędzili w czwórkę miły wieczór, ojciec Erica narysował wspólny portret Sandry i Erica,
a właściwie dwa portrety im zrobił - jeden w ołówku, drugi pastelami. Sandra twierdziła,
że na portrecie jest ładniejsza niż w rzeczywistości, ale Maxim zapewniał ją, że ona tak
właśnie wygląda gdy tkwi w objęciach Erica. Eric ogłosił rodzicom, że od dziś on i Udo
mają wreszcie wakacje, ostatni rok naprawdę był pracowity i ciężki i jeśli coś zagra to tylko
dla Sandry a i to nie na skrzypcach a na fortepianie.A najbliższe przesłuchanie ma dopiero
w drugiej połowie września. Obydwaj muszą odpocząć. I chciałby na następny dzień
pożyczyć od któregoś z rodziców samochód, bo musi zawieźć Sandrę do Pillnitz, Miśni,
Moritzburga i do Szwajcarii Saksońskiej. Z tym, że do Szwajcarii Saksońskiej to trzeba
koniecznie z noclegiem bo po całym dniu chodzenia będą za bardzo zmęczeni by wracać.
Ojciec zaoferował swój samochód na najbliższe dwa dni a co do Szwajcarii Saksońskiej
to padła propozycja by pojechać w czwórkę, od razu na dwa dni. Maxim ma tam kolegę,
który da mu po prostu klucze do swojego letniego domu. Tę noc Maxim spędził
w pokoju gościnnym, wręczywszy wpierw synowi kluczyki i dokumenty samochodowe.
Rano Hannelore miała go odwieźć do pracy swoim samochodem.
Następny dzień Eric i Sandra spędzili w Miśni i Moritzburgu. Obydwa miejsca bardzo
się Sandrze podobały. Kolejnego dnia zwiedzili Pillnitz, a Eric tym razem przytomnie
wziął ze sobą aparat fotograficzny, więc porobili mnóstwo zdjęć.
Rodzice Erica wzięli po 2 dni urlopu, Maxim wziął od kolegi odręcznie zrobioną mapkę
jak do tego letniego domku trafić, wzięto też ze sobą prowiant. Samochód prowadził
Maxim, obok siedziała Hannelore, młodzież z tyłu.
W pewnej chwili Maxim powiedział: spójrzcie jaką świetną rodzinę tworzymy! I tu
Eric nie wytrzymał - tato, przecież my żadnej rodziny nie tworzymy- wy jesteście
rozwiedzeni, a my nie jesteśmy nawet narzeczeństwem. To gdzie tu widzisz rodzinę?
Ja tu widzę tylko wariackie papiery a nie rodzinę. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale
Sandra położyła mu dłoń na ustach i szepnęła- przestań, proszę.
Dość długo błądzili nie mogąc znaleźć domku, do którego mieli klucze. W końcu
postanowili poszukać noclegu w najbliższej miejscowości.
W pierwszym miejscu, w którym wisiała w oknie tabliczka z napisem "wolne pokoje"
wynajęli dwa pokoje. W sąsiednim domu była mała restauracja, więc zjedli kolację.
Umówili się, że następnego dnia wstaną wcześniej i pojadą poszukać drogi na kamienny
most Bastei.
Całe dwa dni kręcili się po Szwajcarii Saksońskiej. Zwiedzili twierdzę Konigstein,
wędrowali Drogą Malarzy i płynęli kajakami po Łabie.
Wszyscy byli zmęczeni, ale i zachwyceni krajobrazami. Były tu wielce malownicze
miejsca. Domku kolegi Maxima jednak nie odnaleźli.
Miesiąc to tylko 30 dni, które bardzo szybko mijały. Do świadomości Erica dotarło,
że wkrótce nastąpi rozstanie. Do tego dochodziła niepewność co do jego dalszej
kariery.Ukończenie konserwatorium to dopiero właściwie początek. Zdał sobie sprawę,
że jest człowiekiem bez zawodu, nieznanym skrzypkiem.
Do tego zakochał się w dziewczynie mieszkającej daleko, której nie może zaoferować
nic więcej oprócz miłości, a sam jest nadal na utrzymaniu swych rodziców, więc jaki
z niego kandydat na męża? Zrezygnowany całkiem wysłał swe CV do kilku orkiestr.
Zwierzył się Sandrze ze swych obaw i właściwie z bezradności. Ona dobrze go
rozumiała- za 10 dni miała iść do swej pierwszej pracy, nawet jej nie szukała, to praca
przyszła do niej. I już postanowiła, że w czasie pracy podejmie studia wieczorowe.
Więc może Eric mógłby iść do jakiejś pracy n.p. nauczycielskiej i jednocześnie
studiować wieczorowo np. ekonomię? A może jednak dostanie jakieś stypendium
zagraniczne i będzie mógł dalej rozwijać swój talent? Dopiero miesiąc upłynął od
czasu gdy wysłał swe dokumenty w kilka miejsc, trzeba po prostu czekać.
Sani, ale co z nami, z naszą miłością?
Sandra zamyśliła się - Eric, my chyba nawet jeszcze sami nie wiemy czy to jest
miłość.Odkryliśmy oboje pierwszy raz jej fizyczny aspekt, który nas bardzo
zachwycił. Jest nam cudownie i myślę, że jeżeli to co nas teraz łączy jest miłością,
to rozstanie tego nie zniszczy. Będziemy do siebie pisać, czasem rozmawiać,może
nam się uda odwiedzać się z okazji świąt.
Gdy dostaniesz jakieś stypendium zagraniczne to ten fakt tylko tobie coś ułatwi, masz
wtedy większą szansę na solową karierę. Nasza miłość na tym nie skorzysta.
Jeżeli zostaniesz wielkim skrzypkiem to prawie nigdy cię przy mnie nie będzie,
będziesz jeździł po całym świecie z jednego koncertu na drugi.Bo tak wygląda życie
wielkich i sławnych.
Myślałam o tym każdej nocy nim zasnęłam w twoich ramionach.Bądźmy po prostu
wdzięczni losowi za to, że mogliśmy dać sobie wzajemnie chwile szczęścia.
E P I L O G
Było łzawo i bardzo smutno na dworcu w Dreźnie.Sandra jechała tym razem slipingiem
a nie kuszetką. Z Warszawy pojechała jeszcze na dwa dni do rodziców.
Na pytanie kiedy wyjdzie za mąż odpowiedziała,że pewnie niedługo, bo ma narzeczonego.
To Niemiec. Ojca omal nie tknęła apopleksja- krzyczał, że na to nie pozwoli nigdy. A jeśli
nie daj Bóg jest w ciąży to niech usuwa, natychmiast. Sandra zebrała swoje rzeczy i
wychodząc z domu powiedziała - całe szczęście, że nie musisz mi dawać pozwolenia.
Zapominasz, że jestem pełnoletnia,wczoraj skończyłam 23 lata.
Eric dostał jednak stypendium zagraniczne.W każdym liście prosił - poczekaj jeszcze na
mnie. Po roku korespondencja się urwała.
A jednak zabiliśmy tę miłość- pomyślała.Może szkoda, że nie wcześniej.
Gdy kolejny raz jej absztyfikant poprosił by za niego jednak wyszła- tym razem zgodziła
się. Powiedziała tylko, że nie zgadza się na kościelny ślub i że nie będzie na nim jej
rodziców, bo oni już nie żyją.
Urodziła dwie córeczki, przeszła przez depresję poporodową.
Kiedyś powiedziała, że gdy jest sama w domu to włącza nagranie I koncertu
D-dur Paganiniego, zamyka oczy i widzi grającego na skrzypcach Erica.
Koniec
byli zadowoleni z wyniku.
Udo i Marie pożegnali się a Eric zaczął się rozkoszować faktem, że wreszcie są sami.Mieli
jeszcze dla siebie sporo czasu i postanowili to wykorzystać. Około piątej po południu, nieco
głodni i zmęczeni spenetrowali lodówkę, zjedli obiad i przede wszystkim- ubrali się. Około
17,30 przyjechał ojciec Erica, w jakiś czas potem jego matka.
Spędzili w czwórkę miły wieczór, ojciec Erica narysował wspólny portret Sandry i Erica,
a właściwie dwa portrety im zrobił - jeden w ołówku, drugi pastelami. Sandra twierdziła,
że na portrecie jest ładniejsza niż w rzeczywistości, ale Maxim zapewniał ją, że ona tak
właśnie wygląda gdy tkwi w objęciach Erica. Eric ogłosił rodzicom, że od dziś on i Udo
mają wreszcie wakacje, ostatni rok naprawdę był pracowity i ciężki i jeśli coś zagra to tylko
dla Sandry a i to nie na skrzypcach a na fortepianie.A najbliższe przesłuchanie ma dopiero
w drugiej połowie września. Obydwaj muszą odpocząć. I chciałby na następny dzień
pożyczyć od któregoś z rodziców samochód, bo musi zawieźć Sandrę do Pillnitz, Miśni,
Moritzburga i do Szwajcarii Saksońskiej. Z tym, że do Szwajcarii Saksońskiej to trzeba
koniecznie z noclegiem bo po całym dniu chodzenia będą za bardzo zmęczeni by wracać.
Ojciec zaoferował swój samochód na najbliższe dwa dni a co do Szwajcarii Saksońskiej
to padła propozycja by pojechać w czwórkę, od razu na dwa dni. Maxim ma tam kolegę,
który da mu po prostu klucze do swojego letniego domu. Tę noc Maxim spędził
w pokoju gościnnym, wręczywszy wpierw synowi kluczyki i dokumenty samochodowe.
Rano Hannelore miała go odwieźć do pracy swoim samochodem.
Następny dzień Eric i Sandra spędzili w Miśni i Moritzburgu. Obydwa miejsca bardzo
się Sandrze podobały. Kolejnego dnia zwiedzili Pillnitz, a Eric tym razem przytomnie
wziął ze sobą aparat fotograficzny, więc porobili mnóstwo zdjęć.
Rodzice Erica wzięli po 2 dni urlopu, Maxim wziął od kolegi odręcznie zrobioną mapkę
jak do tego letniego domku trafić, wzięto też ze sobą prowiant. Samochód prowadził
Maxim, obok siedziała Hannelore, młodzież z tyłu.
W pewnej chwili Maxim powiedział: spójrzcie jaką świetną rodzinę tworzymy! I tu
Eric nie wytrzymał - tato, przecież my żadnej rodziny nie tworzymy- wy jesteście
rozwiedzeni, a my nie jesteśmy nawet narzeczeństwem. To gdzie tu widzisz rodzinę?
Ja tu widzę tylko wariackie papiery a nie rodzinę. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale
Sandra położyła mu dłoń na ustach i szepnęła- przestań, proszę.
Dość długo błądzili nie mogąc znaleźć domku, do którego mieli klucze. W końcu
postanowili poszukać noclegu w najbliższej miejscowości.
W pierwszym miejscu, w którym wisiała w oknie tabliczka z napisem "wolne pokoje"
wynajęli dwa pokoje. W sąsiednim domu była mała restauracja, więc zjedli kolację.
Umówili się, że następnego dnia wstaną wcześniej i pojadą poszukać drogi na kamienny
most Bastei.
Całe dwa dni kręcili się po Szwajcarii Saksońskiej. Zwiedzili twierdzę Konigstein,
wędrowali Drogą Malarzy i płynęli kajakami po Łabie.
Wszyscy byli zmęczeni, ale i zachwyceni krajobrazami. Były tu wielce malownicze
miejsca. Domku kolegi Maxima jednak nie odnaleźli.
Miesiąc to tylko 30 dni, które bardzo szybko mijały. Do świadomości Erica dotarło,
że wkrótce nastąpi rozstanie. Do tego dochodziła niepewność co do jego dalszej
kariery.Ukończenie konserwatorium to dopiero właściwie początek. Zdał sobie sprawę,
że jest człowiekiem bez zawodu, nieznanym skrzypkiem.
Do tego zakochał się w dziewczynie mieszkającej daleko, której nie może zaoferować
nic więcej oprócz miłości, a sam jest nadal na utrzymaniu swych rodziców, więc jaki
z niego kandydat na męża? Zrezygnowany całkiem wysłał swe CV do kilku orkiestr.
Zwierzył się Sandrze ze swych obaw i właściwie z bezradności. Ona dobrze go
rozumiała- za 10 dni miała iść do swej pierwszej pracy, nawet jej nie szukała, to praca
przyszła do niej. I już postanowiła, że w czasie pracy podejmie studia wieczorowe.
Więc może Eric mógłby iść do jakiejś pracy n.p. nauczycielskiej i jednocześnie
studiować wieczorowo np. ekonomię? A może jednak dostanie jakieś stypendium
zagraniczne i będzie mógł dalej rozwijać swój talent? Dopiero miesiąc upłynął od
czasu gdy wysłał swe dokumenty w kilka miejsc, trzeba po prostu czekać.
Sani, ale co z nami, z naszą miłością?
Sandra zamyśliła się - Eric, my chyba nawet jeszcze sami nie wiemy czy to jest
miłość.Odkryliśmy oboje pierwszy raz jej fizyczny aspekt, który nas bardzo
zachwycił. Jest nam cudownie i myślę, że jeżeli to co nas teraz łączy jest miłością,
to rozstanie tego nie zniszczy. Będziemy do siebie pisać, czasem rozmawiać,może
nam się uda odwiedzać się z okazji świąt.
Gdy dostaniesz jakieś stypendium zagraniczne to ten fakt tylko tobie coś ułatwi, masz
wtedy większą szansę na solową karierę. Nasza miłość na tym nie skorzysta.
Jeżeli zostaniesz wielkim skrzypkiem to prawie nigdy cię przy mnie nie będzie,
będziesz jeździł po całym świecie z jednego koncertu na drugi.Bo tak wygląda życie
wielkich i sławnych.
Myślałam o tym każdej nocy nim zasnęłam w twoich ramionach.Bądźmy po prostu
wdzięczni losowi za to, że mogliśmy dać sobie wzajemnie chwile szczęścia.
E P I L O G
Było łzawo i bardzo smutno na dworcu w Dreźnie.Sandra jechała tym razem slipingiem
a nie kuszetką. Z Warszawy pojechała jeszcze na dwa dni do rodziców.
Na pytanie kiedy wyjdzie za mąż odpowiedziała,że pewnie niedługo, bo ma narzeczonego.
To Niemiec. Ojca omal nie tknęła apopleksja- krzyczał, że na to nie pozwoli nigdy. A jeśli
nie daj Bóg jest w ciąży to niech usuwa, natychmiast. Sandra zebrała swoje rzeczy i
wychodząc z domu powiedziała - całe szczęście, że nie musisz mi dawać pozwolenia.
Zapominasz, że jestem pełnoletnia,wczoraj skończyłam 23 lata.
Eric dostał jednak stypendium zagraniczne.W każdym liście prosił - poczekaj jeszcze na
mnie. Po roku korespondencja się urwała.
A jednak zabiliśmy tę miłość- pomyślała.Może szkoda, że nie wcześniej.
Gdy kolejny raz jej absztyfikant poprosił by za niego jednak wyszła- tym razem zgodziła
się. Powiedziała tylko, że nie zgadza się na kościelny ślub i że nie będzie na nim jej
rodziców, bo oni już nie żyją.
Urodziła dwie córeczki, przeszła przez depresję poporodową.
Kiedyś powiedziała, że gdy jest sama w domu to włącza nagranie I koncertu
D-dur Paganiniego, zamyka oczy i widzi grającego na skrzypcach Erica.
Koniec
Trzeba zabić tę miłość -III
Rzeczywiście mama Erica przyjechała około 18,30. Wyglądała bardzo młodo i Eric mógł
śmiało uchodzić za jej młodszego nieco brata a nie za syna. Wypytała się Sandrę o podróż,
o to czy została przez Erica "nakarmiona" śniadaniem i obiadem i powiedziała że ona zaraz
przyrządzi jakąś kolację, więc byłoby miło gdyby poszli do ogrodu, wyrwali nieco
rzodkiewek i zerwali kilka pomidorów bo już na pewno są dojrzałe.
A jeśli nie ma dojrzałych to niech przyniosą trzy duże zielone, to zrobi smażone zielone
pomidory. I niech założą rękawiczki ochronne, szkoda rąk przecież.
A po kolacji posiedzą sobie na tarasie (Sandra nie miała pojęcia, że tu jest taras) i wypiją
po kieliszku wina, albo po kuflu piwa, jeśli ktoś będzie wolał.
Ku radości Erica były już dojrzałe pomidory, bo nie przepadał za tymi smażonymi. Przy
okazji dowiedziała się, że z tych zielonych to mama Erica robi jakiś dżem.
Po kolacji mama Erica spojrzała się wymownie na zegarek zapytała się czy Eric będzie
jeszcze grał, ale Eric wytłumaczył, że ćwiczył gdy Sandra odsypiała podróż, a poza tym
to Sandra mu pomogła przebrnąć przez fragment, który mu ostatnio sprawiał kłopot.
A w jaki sposób ? - zaciekawiła się mama.
Po prostu kazała mi grać bez względu na wszystko, zapomnieć o tym co się nie udaje
i właśnie to poskutkowało.
Sandra uśmiechnęła się skromniutko - bo gdy się człowiek zaczyna skupiać na tym co nie
wychodzi następuje jakaś blokada. Tak mnie uczono w studium.
O godz. 22,00 pani domu oświadczyła, że idzie spać, bo rano wcześnie wstaje, a oni jeśli
chcą mogą jeszcze posiedzieć na tarasie. Pozostali na nim jeszcze chwilę, potem zebrali
naczynia, razem je pomyli i wynieśli się na piętro.
Eric miał "wyrzuty sumienia", że Sandra jest nieco obolała i tak gorąco ją przepraszał, że
zasnęli dopiero około drugiej w nocy.
W chwilę po tym gdy zdążyli rano zjeść śniadanie dotarł Udo wraz z Marie.
Panowie zamknęli się w pokoju muzycznym a Marie i Sandra zaczęły "plotkować".
Marie była bardzo zmartwiona, bo nie miała najmniejszych szans na etat flecistki
w drezdeńskiej filharmonii. W tej chwili mocno żałowała, że ukończyła konserwatorium.
Jak mówiła, powinna była cały czas chodzić do normalnych szkół a nie do muzycznej
podstawówki i muzycznego liceum. Bo ogólny poziom tych szkół pozostawia wiele do
życzenia. Może uda się jej dostać etat nauczycielki muzyki, ale tak naprawdę to jest na
pozycji przegranej. A do tego jest kobietą a w tym kraju nadal kobiety są istotami
przeznaczonymi głównie do prowadzenia domu, rodzenia i wychowywania dzieci.
I państwowa propaganda niczego tu nie zmieni. Co innego się mówi, a rzeczywistość do
tego nijak nie przystaje.
Chodź, zwiedzisz to wspaniałe osiedle. Na serwetce napisała "jesteśmy na spacerze",
serwetkę zawiesiła na klamce drzwi pokoju muzycznego, w przedpokoju wzięła jeden
komplet kluczy i wyszły, zamykając drzwi od domu i furtkę na klucz.
Osiedle było spore, miało sklep z gatunku "szwarc, mydło i powidło", przychodnię
lekarską, klub osiedlowy i małą kawiarenkę z kilkoma stolikami stojącymi w ogródku
okolonym żywopłotem. Weszły do środka, zamówiły po małej kawie i kawałku
sernika i wyszły do ogródka.
A teraz patrz uważnie na sąsiedni stolik - szepnęła Marie. To jest coś co mnie dobija.
Jak pomyślę, że taka miałaby być moja przyszłość to mam ochotę się zabić.
Przy sąsiednim stoliku siedziały cztery niemłode kobiety. Każda z nich robiła zawzięcie
na drutach. Przed każdą z nich stał wysoki, chyba fajansowy kubek, na środku stolika
stał talerz z jakimś ciastem. Sandra patrzyła i zupełnie nie rozumiała o co chodzi.
Marie jej wytłumaczyła- tego ciasta nie ma tu w tej kafejce, któraś z nich przyniosła
je z domu. Spójrz teraz - jedna z kobiet sięgnęła do stojącego obok nogi stolika koszyka
i wyciągnęła z niego termos, z którego nalała do kubków kawę. Patrz dobrze - wg nich
my też powinnyśmy być takim wzorowymi żonami, czyli pracowite i nie marnować
czasu na puste gadki, a do kawiarni przynosić własnej roboty ciasto i na cztery zamówić
tylko po małej kawie, bo resztę przyniosą wszak z domu. A do kawiarni przychodzi się
po to by goście przypadkiem nie zadeptali świeżo umytej i wylizanej podłogi. Bo taka
bardzo wylizana podłoga to dyplom z czystości i dbałości o dom.
Sandra była nieco zdruzgotana, ale pocieszyła Marie, że zapewne wszędzie na prowincji
są nieco inne obyczaje niż w bardzo dużym mieście. Ona sama przekonała się o tym
gdy wyjechała z rodzinnej miejscowości do stolicy, gdzie wszystko było zupełnie inne.
Sandra, a co sądzisz o Hannelore?
W porządku, przecież to ona mnie tu oficjalnie zaprosiła. Miła, ale chyba dość
apodyktyczna.
Dobre spostrzeżenie- dla niej Eric to przepustka do innego świata, możliwość wyrwania
się stąd. Oczywiście warunkiem jest to, by zrobił światową karierę. Od biedy może być
RFN, niby tylko za miedzą a inny świat. Na razie za jej światłą radą Eric złożył kilka
aplikacji na stypendia podyplomowe w kilku krajach, ze Stanami włącznie. Może mu coś
z tego wypali. Życzę mu tego, bo on naprawdę ma talent i zacięcie do grania.
Hannelore ma nadzieję, że synek ją do siebie ściągnie gdy dostanie dwuletnie stypendium.
Ale Hannelore może się przeliczyć, bo Eric jest na razie trzymany na krótkiej smyczy, ale
gdy posmakuje jakie fajne jest życie bez obroży i smyczy to na pewno jej nie ściągnie.
Eric to się chyba w Tobie nieźle zabujał, w drodze powrotnej z Polski bez przerwy
o tobie opowiadał i wzdychał jak kot do Księżyca.
No to ci bardzo współczuję, monotematyczność jest nudna. Marie się roześmiała - po
trzecim przypomnieniu mu, że my cię przecież poznaliśmy - przystopował. Jestem
ciekawa co on naopowiadał matce o Tobie,że cię zaprosiła?
Sandra wzruszyła ramionami- nie wiem i nawet nie jestem pewna czy chcę to wiedzieć.
Czasem zdrowiej jest wiedzieć mniej niż więcej.
Marie spojrzała na nią uważnie i powiedziała - masz filozoficzne podejście do życia.
Takie mi pasuje - odrzekła nieco zniecierpliwiona Sandra.
Chodź, wrócimy, może już skończyli grać. Chcemy dziś pojechać do Pillnitz. Czas zacząć
zwiedzać. Eric chce mi wiele miejsc pokazać.
c.d.n.
śmiało uchodzić za jej młodszego nieco brata a nie za syna. Wypytała się Sandrę o podróż,
o to czy została przez Erica "nakarmiona" śniadaniem i obiadem i powiedziała że ona zaraz
przyrządzi jakąś kolację, więc byłoby miło gdyby poszli do ogrodu, wyrwali nieco
rzodkiewek i zerwali kilka pomidorów bo już na pewno są dojrzałe.
A jeśli nie ma dojrzałych to niech przyniosą trzy duże zielone, to zrobi smażone zielone
pomidory. I niech założą rękawiczki ochronne, szkoda rąk przecież.
A po kolacji posiedzą sobie na tarasie (Sandra nie miała pojęcia, że tu jest taras) i wypiją
po kieliszku wina, albo po kuflu piwa, jeśli ktoś będzie wolał.
Ku radości Erica były już dojrzałe pomidory, bo nie przepadał za tymi smażonymi. Przy
okazji dowiedziała się, że z tych zielonych to mama Erica robi jakiś dżem.
Po kolacji mama Erica spojrzała się wymownie na zegarek zapytała się czy Eric będzie
jeszcze grał, ale Eric wytłumaczył, że ćwiczył gdy Sandra odsypiała podróż, a poza tym
to Sandra mu pomogła przebrnąć przez fragment, który mu ostatnio sprawiał kłopot.
A w jaki sposób ? - zaciekawiła się mama.
Po prostu kazała mi grać bez względu na wszystko, zapomnieć o tym co się nie udaje
i właśnie to poskutkowało.
Sandra uśmiechnęła się skromniutko - bo gdy się człowiek zaczyna skupiać na tym co nie
wychodzi następuje jakaś blokada. Tak mnie uczono w studium.
O godz. 22,00 pani domu oświadczyła, że idzie spać, bo rano wcześnie wstaje, a oni jeśli
chcą mogą jeszcze posiedzieć na tarasie. Pozostali na nim jeszcze chwilę, potem zebrali
naczynia, razem je pomyli i wynieśli się na piętro.
Eric miał "wyrzuty sumienia", że Sandra jest nieco obolała i tak gorąco ją przepraszał, że
zasnęli dopiero około drugiej w nocy.
W chwilę po tym gdy zdążyli rano zjeść śniadanie dotarł Udo wraz z Marie.
Panowie zamknęli się w pokoju muzycznym a Marie i Sandra zaczęły "plotkować".
Marie była bardzo zmartwiona, bo nie miała najmniejszych szans na etat flecistki
w drezdeńskiej filharmonii. W tej chwili mocno żałowała, że ukończyła konserwatorium.
Jak mówiła, powinna była cały czas chodzić do normalnych szkół a nie do muzycznej
podstawówki i muzycznego liceum. Bo ogólny poziom tych szkół pozostawia wiele do
życzenia. Może uda się jej dostać etat nauczycielki muzyki, ale tak naprawdę to jest na
pozycji przegranej. A do tego jest kobietą a w tym kraju nadal kobiety są istotami
przeznaczonymi głównie do prowadzenia domu, rodzenia i wychowywania dzieci.
I państwowa propaganda niczego tu nie zmieni. Co innego się mówi, a rzeczywistość do
tego nijak nie przystaje.
Chodź, zwiedzisz to wspaniałe osiedle. Na serwetce napisała "jesteśmy na spacerze",
serwetkę zawiesiła na klamce drzwi pokoju muzycznego, w przedpokoju wzięła jeden
komplet kluczy i wyszły, zamykając drzwi od domu i furtkę na klucz.
Osiedle było spore, miało sklep z gatunku "szwarc, mydło i powidło", przychodnię
lekarską, klub osiedlowy i małą kawiarenkę z kilkoma stolikami stojącymi w ogródku
okolonym żywopłotem. Weszły do środka, zamówiły po małej kawie i kawałku
sernika i wyszły do ogródka.
A teraz patrz uważnie na sąsiedni stolik - szepnęła Marie. To jest coś co mnie dobija.
Jak pomyślę, że taka miałaby być moja przyszłość to mam ochotę się zabić.
Przy sąsiednim stoliku siedziały cztery niemłode kobiety. Każda z nich robiła zawzięcie
na drutach. Przed każdą z nich stał wysoki, chyba fajansowy kubek, na środku stolika
stał talerz z jakimś ciastem. Sandra patrzyła i zupełnie nie rozumiała o co chodzi.
Marie jej wytłumaczyła- tego ciasta nie ma tu w tej kafejce, któraś z nich przyniosła
je z domu. Spójrz teraz - jedna z kobiet sięgnęła do stojącego obok nogi stolika koszyka
i wyciągnęła z niego termos, z którego nalała do kubków kawę. Patrz dobrze - wg nich
my też powinnyśmy być takim wzorowymi żonami, czyli pracowite i nie marnować
czasu na puste gadki, a do kawiarni przynosić własnej roboty ciasto i na cztery zamówić
tylko po małej kawie, bo resztę przyniosą wszak z domu. A do kawiarni przychodzi się
po to by goście przypadkiem nie zadeptali świeżo umytej i wylizanej podłogi. Bo taka
bardzo wylizana podłoga to dyplom z czystości i dbałości o dom.
Sandra była nieco zdruzgotana, ale pocieszyła Marie, że zapewne wszędzie na prowincji
są nieco inne obyczaje niż w bardzo dużym mieście. Ona sama przekonała się o tym
gdy wyjechała z rodzinnej miejscowości do stolicy, gdzie wszystko było zupełnie inne.
Sandra, a co sądzisz o Hannelore?
W porządku, przecież to ona mnie tu oficjalnie zaprosiła. Miła, ale chyba dość
apodyktyczna.
Dobre spostrzeżenie- dla niej Eric to przepustka do innego świata, możliwość wyrwania
się stąd. Oczywiście warunkiem jest to, by zrobił światową karierę. Od biedy może być
RFN, niby tylko za miedzą a inny świat. Na razie za jej światłą radą Eric złożył kilka
aplikacji na stypendia podyplomowe w kilku krajach, ze Stanami włącznie. Może mu coś
z tego wypali. Życzę mu tego, bo on naprawdę ma talent i zacięcie do grania.
Hannelore ma nadzieję, że synek ją do siebie ściągnie gdy dostanie dwuletnie stypendium.
Ale Hannelore może się przeliczyć, bo Eric jest na razie trzymany na krótkiej smyczy, ale
gdy posmakuje jakie fajne jest życie bez obroży i smyczy to na pewno jej nie ściągnie.
Eric to się chyba w Tobie nieźle zabujał, w drodze powrotnej z Polski bez przerwy
o tobie opowiadał i wzdychał jak kot do Księżyca.
No to ci bardzo współczuję, monotematyczność jest nudna. Marie się roześmiała - po
trzecim przypomnieniu mu, że my cię przecież poznaliśmy - przystopował. Jestem
ciekawa co on naopowiadał matce o Tobie,że cię zaprosiła?
Sandra wzruszyła ramionami- nie wiem i nawet nie jestem pewna czy chcę to wiedzieć.
Czasem zdrowiej jest wiedzieć mniej niż więcej.
Marie spojrzała na nią uważnie i powiedziała - masz filozoficzne podejście do życia.
Takie mi pasuje - odrzekła nieco zniecierpliwiona Sandra.
Chodź, wrócimy, może już skończyli grać. Chcemy dziś pojechać do Pillnitz. Czas zacząć
zwiedzać. Eric chce mi wiele miejsc pokazać.
c.d.n.
Trzeba zabić tę miłość - II
Na dworcu w Dreźnie czekał na Sandrę Eric- Sandrze wydał się jeszcze chudszy niż wtedy,
gdy go ujrzała na koncercie. Utonęła w jego objęciach, a on ją przytulał i wciąż powtarzał-
wreszcie jesteś! Wreszcie cię widzę. W końcu zainteresował się walizką Sandry, podniósł
ją a drugą ręką objął Sandrę. Chodź, pojedziemy do domu, wziąłem na dziś samochód ojca.
Okazało się, że Eric mieszka z matką na dość odległym od centrum miasta osiedlu.
Jego rodzice byli rozwiedzeni, ale nadal się przyjaźnili a ojciec Erica brał czynny udział
w życiu syna. Opiekował się nim gdy jego matka musiała gdzieś służbowo wyjechać, także
w czasie jej choroby, zabierał syna na wakacje, starał się być na każdym jego koncercie
i o Sandrze też wiedział. I są po rozwodzie? - dziwiła się Sandra.
Tak, od sześciu lat. Wiesz, on mieszka z drugą kobietą, której w chwili jakiegoś zaćmienia
zmajstrował dziecko i mam w związku z tym przyrodnią siostrę. Gdyby nie to dziecko, to
pewnie byliby z moją mamą nadal razem , bo ona mu ten błąd wybaczyła, ale uznała że
to małe dziecko bardziej potrzebuje ojca niż siedemnastoletni chłopak. Taka altruistka z niej.
Wystąpiła o rozwód, sąd z kolei stwierdził podobnie jak mama, że dobro nieślubnego dziecka
jest ważniejsze niż moje. A kiedyś niechcący podsłuchałem jak mama mówiła do swej
koleżanki, że fakt, iż musiał się ożenić z tamtą jest dla niego sporą karą bo tamta jest bardzo
głupią kobietą, dzieli ich intelektualna przepaść i że mama wypróbowała że lepiej być tą
z którą się zdradza niż tą zdradzaną. Trochę mi to dało do myślenia.
Mnie ich rozwód nie boli, jeśli tylko ojciec jest mi do czegoś potrzebny to zawsze mogę
na niego liczyć. Czasami, gdy się zasiedzi zostaje u nas na noc- telefonuje wtedy do tamtej
i mówi, że musi zostać ze mną. Teoretycznie śpi wtedy w pokoju gościnnym, ale za to
nie dałbym głowy, nie wstaję w nocy i nie sprawdzam gdzie śpi. To ich sprawa, są dorośli.
Tamta musi być jakaś mało rozgarnięta bo ojciec średnio-przeciętnie trzy noce w miesiącu
śpi u nas.Ja mam swoje włości na górze, to wręcz oddzielne, czteropokojowe mieszkanie
z dwiema łazienkami, ale bez kuchni, bo kuchnię na początku ojciec zamienił na pokój
muzyczny i tak zostało.
Przejazd przez Drezno zrobił na Sandrze przykre wrażenie. W wielu miejscach nadal
były ruiny, a był to już początek lat sześćdziesiątych. W Warszawie ruin w centrum
już się nie spotykało a tu były nadal.
To pamiątka po nalotach dywanowych w czasie II wojny światowej, swoiste memento mori,
ku przestrodze- wyjaśnił Eric. Nie wiem czy tak zostawią je aż się same w proch rozsypią,
czy je rozbiorą, czy może to odbudują.
Zwinger , chluba Drezna, też wyglądał przygnębiająco- był po prostu przerażająco brudny,
tak brudny, że w niczym nie przypominał pięknego białego cacka z folderu turystycznego.
W środku na szczęście wygląda lepiej, zobaczysz - pocieszył ją Eric. Przyjedziemy tu
któregoś dnia.
Gdy zajechali do domu Erica, przed furtką czekał na nich jego ojciec -okazało się, że Eric
jest do niego bardzo podobny.
Ojciec przywitał się z nimi bardzo serdecznie, zapewnił, że im nie będzie w niczym wadził,
bo musi natychmiast jechać służbowo, więc musi zabrać Ericowi samochód. Ale wraca za
dwa dni i wtedy z chęcią wprosi się do nich na kawę. Tak się spieszył, że omal nie uwiózł
ze sobą walizki Sandry.
Dom był piętrowy typu kwadratowy klocek. Wpierw poszli na górę by Sandra mogła się
przebrać i umyć po podróży. Miała również wybrać sobie pokój w którym będzie mieszkać
w czasie swego pobytu.. Gdy Sandra brała prysznic, Eric w kuchni na dole przygotował dla
obojga śniadanie. Pociąg dotarł do Drezna wcześnie rano i Eric pojechał na dworzec bez
śniadania. Gdy wszystko było gotowe poszedł po Sandrę. Trochę trudno się je śniadanie
co chwilę przytulając się do siebie i nie patrząc na to co się robi. Eric przypomniał sobie, że
nie zamknął za ojcem furtki, a po okolicy czasem włóczą się jakieś typy i często coś
z podwórek ginie. Zamknął również starannie drzwi wejściowe do domu.
Sani, chodźmy teraz na górę, musisz trochę odpocząć po podróży.
Mamy cały dzień dla siebie, mama wróci pewnie około osiemnastej.
Sandra rzeczywiście była zmęczona. W przedziale było duszno, pozostałe pasażerki za nic
nie chciały otworzyć okna i Sandra, która miała dolną kuszetkę pół nocy przesiedziała na
korytarzu. Teraz oczy się jej kleiły i powiedziała do Erica - na powrót wykupię sobie
sypialny w I klasie. Drugiej takiej nocy nie wytrzymam.
Zrobiłeś za słabą kawę, ja zaraz zasnę!
Sani, przytul się do mnie i razem sobie pośpimy, dobrze? Też jestem niewyspany, bo zamiast
spać wyobrażałem sobie jak będzie dobrze gdy już przyjedziesz i gdzie cię zawiozę, co ci
pokażę. Ściągnij spodnie i bluzkę, okryję cię kocykiem i przytulę. W niecałe 10 minut później
przytuleni do siebie, spali.
Sandrze śniło się, że jest w filharmonii na jakimś koncercie, ale bardzo słabo słychać muzykę.
Na wpół rozbudzona pomyślała, że chyba nie może być w filharmonii bo jest tylko w majtkach
i staniku. W końcu otworzyła oczy - leżała sama, otulona miękkim kocykiem, ale nadal
słyszała cichą muzykę. Wreszcie oprzytomniała - przecież była w domu Erica, to on gra!
Wstała i boso , w bieliźnie, poszła szukać skąd dobiegają dźwięki. Stała pod drzwiami pokoju muzycznego i nie bardzo wiedziała czy może wejść. Najwyraźniej Eric ćwiczył i coś mu nie
pasowało lub nie udawało się, bo jeden fragment powtarzał już kolejny raz.
Ciekawa była jak wygląda Eric właśnie w chwili takiego niepowodzenia i delikatnie nacisnęła
klamkę, sądząc, że drzwi mogą być zamknięte na klucz. Ale nie były, Sandra lekko je uchyliła
i teraz dźwięk skrzypiec wręcz ją zaatakował. Eric stał tyłem do drzwi i grał kolejny raz ten
sam fragment utworu. Nie bardzo wiedziała czy tylko nie reaguje na jej bezszelestne otwarcie
drzwi czy może nie słyszy. Gdy już opuścił smyczek i dalej wpatrywał się w nuty, cichutko
zapytała- czy mogę tu z Tobą posiedzieć? Grałeś coś, czego nie znam.
Oj, przepraszam , pewnie cię obudziłem , to przez to, że drzwi nie są wyciszone tak jak trzeba.
A gram Beethovena sonatę nr 9, kreutzerowską. Jakiś rozkojarzony jestem, nie wchodzi mi
do głowy.Jutro wpadnie tu Udo i będzie mi akompaniował na fortepianie a mnie jeden fragment
jakoś nie wychodzi.
Eric, zagraj ją dla mnie, nawet jak się pomylisz , to nie szkodzi, graj dalej. Ja tego utworu nie
znam a chciałabym posłuchać.
Dobrze, to usiądź przy fortepianie, będę cię miał "na oku" , a ponieważ zagram wszystkie partie wiolinowe "ciurkiem" to nie zajmie nam dużo czasu. Normalnie, z akompaniamentem, trwa to
niemal 40 minut.
Eric wpierw cmoknął Sandrę w policzek, potem dopiero zaczął grać. Gdy skończył, Sandra
powiedziała - nawet gdybyś się i pomylił to i tak zagrałeś pięknie! Ale się nie pomyliłeś, prawda?
Skąd wiesz? -To proste, z wyrazu twojej twarzy! Gdy przebrnąłeś przez ten mylący ci się dotąd
fragment leciutko się uśmiechnąłeś i jakbyś rozluźnił nieco lewe ramię.
To pewnie dlatego, że patrząc na nuty bardziej grałem z pamięci, widząc na pięciolinii raczej
ciebie niż nuty.
Eric, litości, przecież nie jestem podobna do nut!
Ale Eric już odkładał smyczek i skrzypce , zgarnął z taboretu Sandrę i wyszli z tego pokoju, by wzajemnie poznawać mapę swych ciał. Jak to po latach wspominała Sandra "szału nie było,
ale nawet dość zabawnie i miło" bo obojgu bardzo brakowało doświadczenia w tej dziedzinie.
Sani, jestem w Tobie po uszy zakochany. Myślę, że najlepiej byłoby gdybyśmy wzięli ślub.
Eric, przecież my się niemal nie znamy. To, że jesteśmy dla siebie pierwszymi kochankami to
chyba trochę za mało. Przecież chyba nie jeden raz byłeś zakochany w jakiejś dziewczynie!
I za każdym razem szykowałeś się w marzeniach do ślubu?
A tak nawiasem - po czym miałam poznać, że jestem tą pierwszą? To ja straciłam dziewictwo,
o czym się z niejakim przerażeniem przekonałeś. Zrobiłeś na mnie wrażenie kogoś, kto dobrze
wie co robi. Eric huknął się pięścią w swą chudą klatkę piersiową- Sani, przysiegam, że jesteś
moją pierwszą dziewczyną, z żadną tego nie robiłem, z jedną "było blisko", ale skończyło się
pettingiem. Zresztą nie kochałem jej. U mnie dobrze zadbano o moją edukację seksualną od
strony teoretycznej. Oboje mi wkładali do głowy wiedzę na ten temat, zwłaszcza ojciec. Mama
to raczej mi tłumaczyła wszystko od strony psychicznej. Oboje są fajni, a sami zaczęli bardzo
wcześnie, bo mama mnie urodziła gdy miała nieco mniej niż 18 lat. I dlatego uznali, że lepiej
będzie gdy nie będę zielony gdy mnie uczucia i hormony dopadną.
Wiesz Eric, ja ci takiego podejścia rodziców wręcz zazdroszczę. Ja po prostu kupiłam sobie
odpowiednią lekturę a i to dopiero gdy wyjechałam na naukę do Warszawy. A potem, razem
z koleżanką, poszłyśmy do poradni dla kobiet, by poznać skuteczną antykoncepcję, co mnie się
akurat nie przydało przez te cztery lata pobytu w Warszawie. Nauki było dużo, naprawdę mało
miałam wolnego czasu, bo trochę też pracowałam, chciałam mieć własne pieniądze.
c.d.n.
gdy go ujrzała na koncercie. Utonęła w jego objęciach, a on ją przytulał i wciąż powtarzał-
wreszcie jesteś! Wreszcie cię widzę. W końcu zainteresował się walizką Sandry, podniósł
ją a drugą ręką objął Sandrę. Chodź, pojedziemy do domu, wziąłem na dziś samochód ojca.
Okazało się, że Eric mieszka z matką na dość odległym od centrum miasta osiedlu.
Jego rodzice byli rozwiedzeni, ale nadal się przyjaźnili a ojciec Erica brał czynny udział
w życiu syna. Opiekował się nim gdy jego matka musiała gdzieś służbowo wyjechać, także
w czasie jej choroby, zabierał syna na wakacje, starał się być na każdym jego koncercie
i o Sandrze też wiedział. I są po rozwodzie? - dziwiła się Sandra.
Tak, od sześciu lat. Wiesz, on mieszka z drugą kobietą, której w chwili jakiegoś zaćmienia
zmajstrował dziecko i mam w związku z tym przyrodnią siostrę. Gdyby nie to dziecko, to
pewnie byliby z moją mamą nadal razem , bo ona mu ten błąd wybaczyła, ale uznała że
to małe dziecko bardziej potrzebuje ojca niż siedemnastoletni chłopak. Taka altruistka z niej.
Wystąpiła o rozwód, sąd z kolei stwierdził podobnie jak mama, że dobro nieślubnego dziecka
jest ważniejsze niż moje. A kiedyś niechcący podsłuchałem jak mama mówiła do swej
koleżanki, że fakt, iż musiał się ożenić z tamtą jest dla niego sporą karą bo tamta jest bardzo
głupią kobietą, dzieli ich intelektualna przepaść i że mama wypróbowała że lepiej być tą
z którą się zdradza niż tą zdradzaną. Trochę mi to dało do myślenia.
Mnie ich rozwód nie boli, jeśli tylko ojciec jest mi do czegoś potrzebny to zawsze mogę
na niego liczyć. Czasami, gdy się zasiedzi zostaje u nas na noc- telefonuje wtedy do tamtej
i mówi, że musi zostać ze mną. Teoretycznie śpi wtedy w pokoju gościnnym, ale za to
nie dałbym głowy, nie wstaję w nocy i nie sprawdzam gdzie śpi. To ich sprawa, są dorośli.
Tamta musi być jakaś mało rozgarnięta bo ojciec średnio-przeciętnie trzy noce w miesiącu
śpi u nas.Ja mam swoje włości na górze, to wręcz oddzielne, czteropokojowe mieszkanie
z dwiema łazienkami, ale bez kuchni, bo kuchnię na początku ojciec zamienił na pokój
muzyczny i tak zostało.
Przejazd przez Drezno zrobił na Sandrze przykre wrażenie. W wielu miejscach nadal
były ruiny, a był to już początek lat sześćdziesiątych. W Warszawie ruin w centrum
już się nie spotykało a tu były nadal.
To pamiątka po nalotach dywanowych w czasie II wojny światowej, swoiste memento mori,
ku przestrodze- wyjaśnił Eric. Nie wiem czy tak zostawią je aż się same w proch rozsypią,
czy je rozbiorą, czy może to odbudują.
Zwinger , chluba Drezna, też wyglądał przygnębiająco- był po prostu przerażająco brudny,
tak brudny, że w niczym nie przypominał pięknego białego cacka z folderu turystycznego.
W środku na szczęście wygląda lepiej, zobaczysz - pocieszył ją Eric. Przyjedziemy tu
któregoś dnia.
Gdy zajechali do domu Erica, przed furtką czekał na nich jego ojciec -okazało się, że Eric
jest do niego bardzo podobny.
Ojciec przywitał się z nimi bardzo serdecznie, zapewnił, że im nie będzie w niczym wadził,
bo musi natychmiast jechać służbowo, więc musi zabrać Ericowi samochód. Ale wraca za
dwa dni i wtedy z chęcią wprosi się do nich na kawę. Tak się spieszył, że omal nie uwiózł
ze sobą walizki Sandry.
Dom był piętrowy typu kwadratowy klocek. Wpierw poszli na górę by Sandra mogła się
przebrać i umyć po podróży. Miała również wybrać sobie pokój w którym będzie mieszkać
w czasie swego pobytu.. Gdy Sandra brała prysznic, Eric w kuchni na dole przygotował dla
obojga śniadanie. Pociąg dotarł do Drezna wcześnie rano i Eric pojechał na dworzec bez
śniadania. Gdy wszystko było gotowe poszedł po Sandrę. Trochę trudno się je śniadanie
co chwilę przytulając się do siebie i nie patrząc na to co się robi. Eric przypomniał sobie, że
nie zamknął za ojcem furtki, a po okolicy czasem włóczą się jakieś typy i często coś
z podwórek ginie. Zamknął również starannie drzwi wejściowe do domu.
Sani, chodźmy teraz na górę, musisz trochę odpocząć po podróży.
Mamy cały dzień dla siebie, mama wróci pewnie około osiemnastej.
Sandra rzeczywiście była zmęczona. W przedziale było duszno, pozostałe pasażerki za nic
nie chciały otworzyć okna i Sandra, która miała dolną kuszetkę pół nocy przesiedziała na
korytarzu. Teraz oczy się jej kleiły i powiedziała do Erica - na powrót wykupię sobie
sypialny w I klasie. Drugiej takiej nocy nie wytrzymam.
Zrobiłeś za słabą kawę, ja zaraz zasnę!
Sani, przytul się do mnie i razem sobie pośpimy, dobrze? Też jestem niewyspany, bo zamiast
spać wyobrażałem sobie jak będzie dobrze gdy już przyjedziesz i gdzie cię zawiozę, co ci
pokażę. Ściągnij spodnie i bluzkę, okryję cię kocykiem i przytulę. W niecałe 10 minut później
przytuleni do siebie, spali.
Sandrze śniło się, że jest w filharmonii na jakimś koncercie, ale bardzo słabo słychać muzykę.
Na wpół rozbudzona pomyślała, że chyba nie może być w filharmonii bo jest tylko w majtkach
i staniku. W końcu otworzyła oczy - leżała sama, otulona miękkim kocykiem, ale nadal
słyszała cichą muzykę. Wreszcie oprzytomniała - przecież była w domu Erica, to on gra!
Wstała i boso , w bieliźnie, poszła szukać skąd dobiegają dźwięki. Stała pod drzwiami pokoju muzycznego i nie bardzo wiedziała czy może wejść. Najwyraźniej Eric ćwiczył i coś mu nie
pasowało lub nie udawało się, bo jeden fragment powtarzał już kolejny raz.
Ciekawa była jak wygląda Eric właśnie w chwili takiego niepowodzenia i delikatnie nacisnęła
klamkę, sądząc, że drzwi mogą być zamknięte na klucz. Ale nie były, Sandra lekko je uchyliła
i teraz dźwięk skrzypiec wręcz ją zaatakował. Eric stał tyłem do drzwi i grał kolejny raz ten
sam fragment utworu. Nie bardzo wiedziała czy tylko nie reaguje na jej bezszelestne otwarcie
drzwi czy może nie słyszy. Gdy już opuścił smyczek i dalej wpatrywał się w nuty, cichutko
zapytała- czy mogę tu z Tobą posiedzieć? Grałeś coś, czego nie znam.
Oj, przepraszam , pewnie cię obudziłem , to przez to, że drzwi nie są wyciszone tak jak trzeba.
A gram Beethovena sonatę nr 9, kreutzerowską. Jakiś rozkojarzony jestem, nie wchodzi mi
do głowy.Jutro wpadnie tu Udo i będzie mi akompaniował na fortepianie a mnie jeden fragment
jakoś nie wychodzi.
Eric, zagraj ją dla mnie, nawet jak się pomylisz , to nie szkodzi, graj dalej. Ja tego utworu nie
znam a chciałabym posłuchać.
Dobrze, to usiądź przy fortepianie, będę cię miał "na oku" , a ponieważ zagram wszystkie partie wiolinowe "ciurkiem" to nie zajmie nam dużo czasu. Normalnie, z akompaniamentem, trwa to
niemal 40 minut.
Eric wpierw cmoknął Sandrę w policzek, potem dopiero zaczął grać. Gdy skończył, Sandra
powiedziała - nawet gdybyś się i pomylił to i tak zagrałeś pięknie! Ale się nie pomyliłeś, prawda?
Skąd wiesz? -To proste, z wyrazu twojej twarzy! Gdy przebrnąłeś przez ten mylący ci się dotąd
fragment leciutko się uśmiechnąłeś i jakbyś rozluźnił nieco lewe ramię.
To pewnie dlatego, że patrząc na nuty bardziej grałem z pamięci, widząc na pięciolinii raczej
ciebie niż nuty.
Eric, litości, przecież nie jestem podobna do nut!
Ale Eric już odkładał smyczek i skrzypce , zgarnął z taboretu Sandrę i wyszli z tego pokoju, by wzajemnie poznawać mapę swych ciał. Jak to po latach wspominała Sandra "szału nie było,
ale nawet dość zabawnie i miło" bo obojgu bardzo brakowało doświadczenia w tej dziedzinie.
Sani, jestem w Tobie po uszy zakochany. Myślę, że najlepiej byłoby gdybyśmy wzięli ślub.
Eric, przecież my się niemal nie znamy. To, że jesteśmy dla siebie pierwszymi kochankami to
chyba trochę za mało. Przecież chyba nie jeden raz byłeś zakochany w jakiejś dziewczynie!
I za każdym razem szykowałeś się w marzeniach do ślubu?
A tak nawiasem - po czym miałam poznać, że jestem tą pierwszą? To ja straciłam dziewictwo,
o czym się z niejakim przerażeniem przekonałeś. Zrobiłeś na mnie wrażenie kogoś, kto dobrze
wie co robi. Eric huknął się pięścią w swą chudą klatkę piersiową- Sani, przysiegam, że jesteś
moją pierwszą dziewczyną, z żadną tego nie robiłem, z jedną "było blisko", ale skończyło się
pettingiem. Zresztą nie kochałem jej. U mnie dobrze zadbano o moją edukację seksualną od
strony teoretycznej. Oboje mi wkładali do głowy wiedzę na ten temat, zwłaszcza ojciec. Mama
to raczej mi tłumaczyła wszystko od strony psychicznej. Oboje są fajni, a sami zaczęli bardzo
wcześnie, bo mama mnie urodziła gdy miała nieco mniej niż 18 lat. I dlatego uznali, że lepiej
będzie gdy nie będę zielony gdy mnie uczucia i hormony dopadną.
Wiesz Eric, ja ci takiego podejścia rodziców wręcz zazdroszczę. Ja po prostu kupiłam sobie
odpowiednią lekturę a i to dopiero gdy wyjechałam na naukę do Warszawy. A potem, razem
z koleżanką, poszłyśmy do poradni dla kobiet, by poznać skuteczną antykoncepcję, co mnie się
akurat nie przydało przez te cztery lata pobytu w Warszawie. Nauki było dużo, naprawdę mało
miałam wolnego czasu, bo trochę też pracowałam, chciałam mieć własne pieniądze.
c.d.n.
środa, 12 czerwca 2019
Trzeba zabić tę miłość
Podobno nie zapomina się swej pierwszej miłości i nawet po latach wspomina się obiekt
swych uczuć ze wzruszeniem.
Wielu rodziców traktuje pierwszą miłość swego dziecka jak kolejną wirusówkę, jak jakąś
odmianę ospy wietrznej - trochę swędzi, trochę poboli, dużych blizn nie będzie, to przecież
nie czarna ospa.
Poznali się w Warszawie - ona właśnie skończyła pomaturalne Studium Stenotypii i Języków
Obcych, on wraz z grupą absolwentów Konserwatorium Drezdeńskiego miał grać I Koncert
Skrzypcowy D-Dur Paganiniego.
Koncert miał się odbyć w auli Warszawskiego Konserwatorium i gdyby nie sąsiadka, która
tam pracowała, zapewne nigdy by się nie poznali. Sąsiadka, wiedząc że Sandra zna język
niemiecki zaprosiła ją na koncert i poprosiła, by służyła też za tłumaczkę, bo zapewne nie
wszyscy goście będą mogli rozmawiać po angielsku, który to język był po stokroć
popularniejszy w Polsce niż niemiecki.
Nie wzbudziła tym zaproszeniem entuzjazmu Sandry, ale skoro na najbliższe sobotnie
popołudnie i tak nie miała żadnych planów zgodziła się, zakładając, że jest to niezły
sposób na podszlifowanie języka.
Młodzież grała świetnie, zresztą nic dziwnego, bo każdy z młodych ludzi miał za sobą
tryliony godzin spędzonych na graniu na wybranym przez siebie instrumencie.
Większość z nich zaczynała bliski kontakt z muzyką w wieku sześciu lub nawet pięciu lat.
Wreszcie nadszedł czas na koncert skrzypcowy D-dur Paganiniego. Na scenę wślizgnął
się wysoki chudy młodzieniec w czarnym garniturze, stanął skromnie przed skrzypkami
orkiestry. Był blady, a ową bladość podkreślał czarny garnitur i ciemne włosy.
Sandra siedziała blisko sceny i gdy spojrzała na jego twarz pomyślała- "piękny chłopak
a będzie rzępolił", jako że nie lubiła skrzypiec.
Orkiestra zagrała wstęp i gdy zaczął grać solista Sandra po raz pierwszy odebrała dźwięk
skrzypiec pozytywnie. Po chwili złapała z nim kontakt wzrokowy - on się w nią wpatrywał,
a ona w niego. I na takim intensywnym wgapianiu się w siebie wzajemnie minęło nieco
ponad pół godziny. Oklaski były długie, Sandra nawet zawołała "brawo" a skrzypek
kłaniając się podszedł bliżej brzegu sceny mówiąc po niemiecku "pięknie dziękuję" , cały
czas zatapiając swój wzrok w oczach Sandry.
Koncert trwał dalej, ale Sandra nadal była myślami przy pięknym skrzypku, który resztę
koncertu spędził za kulisami.
Po koncercie sąsiadka zaprosiła ją na wspólną kolację z gośćmi i nieliczną grupą polskich
studentów .
Sandra gdy tylko zobaczyła skrzypka, podeszła do niego i powiedziała: nie lubię brzmienia
skrzypiec, ale ty grałeś cudownie i po raz pierwszy doceniłam ten instrument. Jestem
naprawdę pełna podziwu! Skrzypek uśmiechnął się - to nie moja zasługa a Paganiniego,
umiał dobierać dźwięki. Ja je tylko powieliłem.
Mam na imię Eric, a ty? -Sandra, a właściwie Aleksandra.
Widzisz tamtego blondyna z tą szopą na głowie? To mój przyjaciel, Udo. On mi często
akompaniuje na fortepianie, może podejdziemy do niego?
Eric dokonał prezentacji. Jego przyjaciel miał nie tyle szopę na głowie co mocno odrośnięte
afro i wyglądał nieco śmiesznie. Po chwili dołączyło do nich jeszcze kilka osób łącznie
z ciałem profesorskim płci żeńskiej. Sandra musiała odpowiadać na wiele pytań. Następny
dzień, czyli niedzielę wszyscy mieli dla siebie, więc pytali się dokąd mogą pójść,
co zobaczyć. Na poniedziałek mieli załatwionego przewodnika i autokar.
A Eric i Udo zapytali się czy Sandra nie miałaby nic przeciwko temu, by w niedzielę ona,
ich dwóch i sympatia Udo, Marie, spotkali się i razem pochodzili po mieście. Bez chwili
namysłu Sandra zaakceptowała tę propozycję i następnego dnia spotkali się pod hotelem,
w którym goście mieszkali.
Marie była przemiłą dziewczyną, z dużym poczuciem humoru, chwilami podkpiwała ze
swych kolegów. Na pytanie Sandry jaki instrument ona wybrała, odpowiedziała, że
ponieważ ona na wszystko gwiżdże, to gra na flecie. Sandra z przerażeniem słuchała
opowieści swych nowych znajomych o tym, ile godzin oni przez całe swe dotychczasowe
życie spędzają na ćwiczeniu gry na swych instrumentach. Patrzyła na nich z podziwem
i świetnie rozumiała ich troskę o to, co będzie z nimi dalej.
Już teraz wiadomo było, że Erica czeka solowa kariera, ale przecież nie był jedynym
zdolnym, obiecującym skrzypkiem w swoim kraju.
By być tym najlepszym, rozpoznawalnym nie tylko we własnym kraju ale i poza jego
granicami trzeba swej pasji poświęcić i podporządkować całe swe życie.
Ale teraz Eric zupełnie przestał interesować się swą dalszą karierą, Sandra nagle
przesłoniła mu "pole widzenia". Podobała mu się ta drobna dziewczyna, która nawet na
wysokich obcasach z trudem sięgała mu do ramienia, jej roztrzepane na wietrze krótkie
włosy i ta jej lekka niepewność w głosie gdy mówiła po niemiecku. Czasem prosiła-
powiedz to inaczej, nie bardzo rozumiem co powiedziałeś.
Cała trójka dopytywała się o różne polskie wyrazy i zgodnie stwierdzili, że polski
język wcale nie jest łatwy. Po obiedzie, na który poszli do restauracji w której wtedy
serwowano tzw. "zdrowe posiłki", czyli głównie wegetariańskie, jakbyśmy to dziś
określili, wybrali się do Łazienek Królewskich. To park, który na wszystkich robi zawsze
miłe i dobre wrażenie i po którym można krążyć niemal cały dzień.
Tu w tajemniczy sposób Udo i Marie jakoś się "zgubili", co wcale Erica nie zmartwiło,
a zaniepokojonej Sandrze wytłumaczył, że Udo posiada "szósty zmysł" w postaci planu
Warszawy i bez trudu odnajdą wraz z Marie drogę do hotelu.
Gdy zostali sami, tematyka ich rozmów zeszła na bardziej osobiste tematy, Eric jawnym
tekstem, bez niedomówień, powiedział Sandrze, że ona mu się bardzo podoba i marzy mu
się by połączyło ich coś więcej niż przyjaźń. I choć wiele osób twierdzi, że miłość na
odległość nie istnieje, to on wierzy, że jest to możliwe.
Obiecali sobie wzajemnie, że będą ze sobą korespondować, w miarę możliwości również
utrzymywać kontakt telefoniczny (przypominam, że były to czasy gdy było NRD a nie
było automatycznych połączeń między krajowych, UE, paszportów w domu, komórek
i internetu a na instalację telefonu stacjonarnego czekało się latami).
Reasumując były to bardzo trudne czasy dla miłości na odległość.
Włóczyli się po Łazienkach aż do zmroku, wynajdując odosobnione ławki, by móc bez
przeszkód się całować i przytulać. Gdy opuścili park wędrowali objęci ulicami miasta.
Z wielkim żalem rozstali się w okolicy hotelu, w którym był zakwaterowany Eric.
Ponieważ Sandra jeszcze nie podjęła pracy (miała zacząć pracować od września, a był
dopiero koniec czerwca) i miała wolny czas, Eric wymyślił, że zwolni się z wycieczki po
Warszawie i ten dzień spędzą razem. A ponadto dowie się, czy Sandra mogłaby razem z ich
grupą pojechać do Żelazowej Woli na koncert , zna niemiecki i mogłaby wspomóc swą
obecnością przewodniczkę, o której wiedzieli, że znacznie lepiej zna angielski niż niemiecki.
Po powrocie do mieszkania (które wynajmowała wraz z koleżanką) Sandra długo analizowała
każde słowo, które na tym ich spotkaniu padło.
Podobał jej się ten chłopak - był inteligentny, utalentowany, kulturalny, opanowany i.....
ładny.
Idylla trwała jeszcze dwa dni, przyćmiona mocno widmem nieuchronnego rozstania.
Jak wiadomo rozstania bywają smutne. Ponieważ Sandra miała w planie wyjazd do swych
rodziców, umówili się, że korespondencję rozpoczną dopiero po 10 lipca, gdy Sandra już
powróci do Warszawy. Co prawda jej rodzice nie mieszkali na wsi zabitej dechami tylko
w mieście bodajże powiatowym, ale cała korespondencja z zagranicy zawsze wędrowała
przez Warszawę nim trafiła do adresata, więc oboje uznali, że tak będzie lepiej.
Krótki pobyt w rodzinnym mieście znudził Sandrę niemiłosiernie. Przez cztery lata
mieszkała sama w Warszawie i zupełnie odzwyczaiła się od tego, by ktoś jej dyktował jak
ma się ubierać, z kim spotykać, co czytać lub oglądać. Jej rodzicom wielkie miasto jawiło
się jako epicentrum zła i wszelakiego zgorszenia. Krytykowali wszystko- szpilki, zbyt
krótką spódniczkę, nawet fryzurę. A pytania czy ma już narzeczonego i kiedy wyjdzie
za mąż i uszczęśliwi swych rodziców wnukami zezłościły ją zupełnie. Nie tak sobie
wyobrażała pobyt w rodzinnym domu.
Nie da się ukryć, że z ulgą stamtąd wyjechała.
W warszawskim mieszkaniu, na stole kuchennym leżały trzy wyjęte ze skrzynki listy-
wszystkie trzy do niej od Erica.
Dwa pierwsze sprawiały wrażenie dziennika zrozpaczonego rozstaniem nieszczęśnika.
Trzeci zawierał nieco konkretów a nie tylko same biadolenia.
Okazało się, że zwierzył się swej matce ze swego "stanu zakochania" i uprosił ją by matka
zaprosiła oficjalnie Sandrę do siebie. Zaproszenie było wystosowane w dwóch językach,
niemieckim i polskim przetłumaczonym przez tłumacza przysięgłego.
Ponieważ zaproszenie zapewniało Sandrze mieszkanie i wyżywienie oraz ewentualną opiekę
lekarską a Eric wszak jeszcze nie był samodzielny finansowo, zaproszenie wystosowała
jego matka. Ważne było od dnia wystawienia aż do końca sierpnia.
Tego samego dnia bardzo późnym wieczorem Sandrę postawił na nogi dzwonek telefonu-
po kilku godzinach oczekiwania Eric otrzymał połączenie z Warszawą. Pytał się czy Sandra
otrzymała list z zaproszeniem i prosił by jak najszybciej złożyła pismo w urzędzie by dostać
paszport. Na szczęście dla nich obojga, Sandra rok wcześniej miała wystawiony paszport na
Kraje Demokracji Ludowej, więc teraz była to tylko kwestia jego wznowienia.
ciąg dalszy nastąpi
P.S.
Przypominam o dawaniu znaku życia pod tekstem :( lub :)
swych uczuć ze wzruszeniem.
Wielu rodziców traktuje pierwszą miłość swego dziecka jak kolejną wirusówkę, jak jakąś
odmianę ospy wietrznej - trochę swędzi, trochę poboli, dużych blizn nie będzie, to przecież
nie czarna ospa.
Poznali się w Warszawie - ona właśnie skończyła pomaturalne Studium Stenotypii i Języków
Obcych, on wraz z grupą absolwentów Konserwatorium Drezdeńskiego miał grać I Koncert
Skrzypcowy D-Dur Paganiniego.
Koncert miał się odbyć w auli Warszawskiego Konserwatorium i gdyby nie sąsiadka, która
tam pracowała, zapewne nigdy by się nie poznali. Sąsiadka, wiedząc że Sandra zna język
niemiecki zaprosiła ją na koncert i poprosiła, by służyła też za tłumaczkę, bo zapewne nie
wszyscy goście będą mogli rozmawiać po angielsku, który to język był po stokroć
popularniejszy w Polsce niż niemiecki.
Nie wzbudziła tym zaproszeniem entuzjazmu Sandry, ale skoro na najbliższe sobotnie
popołudnie i tak nie miała żadnych planów zgodziła się, zakładając, że jest to niezły
sposób na podszlifowanie języka.
Młodzież grała świetnie, zresztą nic dziwnego, bo każdy z młodych ludzi miał za sobą
tryliony godzin spędzonych na graniu na wybranym przez siebie instrumencie.
Większość z nich zaczynała bliski kontakt z muzyką w wieku sześciu lub nawet pięciu lat.
Wreszcie nadszedł czas na koncert skrzypcowy D-dur Paganiniego. Na scenę wślizgnął
się wysoki chudy młodzieniec w czarnym garniturze, stanął skromnie przed skrzypkami
orkiestry. Był blady, a ową bladość podkreślał czarny garnitur i ciemne włosy.
Sandra siedziała blisko sceny i gdy spojrzała na jego twarz pomyślała- "piękny chłopak
a będzie rzępolił", jako że nie lubiła skrzypiec.
Orkiestra zagrała wstęp i gdy zaczął grać solista Sandra po raz pierwszy odebrała dźwięk
skrzypiec pozytywnie. Po chwili złapała z nim kontakt wzrokowy - on się w nią wpatrywał,
a ona w niego. I na takim intensywnym wgapianiu się w siebie wzajemnie minęło nieco
ponad pół godziny. Oklaski były długie, Sandra nawet zawołała "brawo" a skrzypek
kłaniając się podszedł bliżej brzegu sceny mówiąc po niemiecku "pięknie dziękuję" , cały
czas zatapiając swój wzrok w oczach Sandry.
Koncert trwał dalej, ale Sandra nadal była myślami przy pięknym skrzypku, który resztę
koncertu spędził za kulisami.
Po koncercie sąsiadka zaprosiła ją na wspólną kolację z gośćmi i nieliczną grupą polskich
studentów .
Sandra gdy tylko zobaczyła skrzypka, podeszła do niego i powiedziała: nie lubię brzmienia
skrzypiec, ale ty grałeś cudownie i po raz pierwszy doceniłam ten instrument. Jestem
naprawdę pełna podziwu! Skrzypek uśmiechnął się - to nie moja zasługa a Paganiniego,
umiał dobierać dźwięki. Ja je tylko powieliłem.
Mam na imię Eric, a ty? -Sandra, a właściwie Aleksandra.
Widzisz tamtego blondyna z tą szopą na głowie? To mój przyjaciel, Udo. On mi często
akompaniuje na fortepianie, może podejdziemy do niego?
Eric dokonał prezentacji. Jego przyjaciel miał nie tyle szopę na głowie co mocno odrośnięte
afro i wyglądał nieco śmiesznie. Po chwili dołączyło do nich jeszcze kilka osób łącznie
z ciałem profesorskim płci żeńskiej. Sandra musiała odpowiadać na wiele pytań. Następny
dzień, czyli niedzielę wszyscy mieli dla siebie, więc pytali się dokąd mogą pójść,
co zobaczyć. Na poniedziałek mieli załatwionego przewodnika i autokar.
A Eric i Udo zapytali się czy Sandra nie miałaby nic przeciwko temu, by w niedzielę ona,
ich dwóch i sympatia Udo, Marie, spotkali się i razem pochodzili po mieście. Bez chwili
namysłu Sandra zaakceptowała tę propozycję i następnego dnia spotkali się pod hotelem,
w którym goście mieszkali.
Marie była przemiłą dziewczyną, z dużym poczuciem humoru, chwilami podkpiwała ze
swych kolegów. Na pytanie Sandry jaki instrument ona wybrała, odpowiedziała, że
ponieważ ona na wszystko gwiżdże, to gra na flecie. Sandra z przerażeniem słuchała
opowieści swych nowych znajomych o tym, ile godzin oni przez całe swe dotychczasowe
życie spędzają na ćwiczeniu gry na swych instrumentach. Patrzyła na nich z podziwem
i świetnie rozumiała ich troskę o to, co będzie z nimi dalej.
Już teraz wiadomo było, że Erica czeka solowa kariera, ale przecież nie był jedynym
zdolnym, obiecującym skrzypkiem w swoim kraju.
By być tym najlepszym, rozpoznawalnym nie tylko we własnym kraju ale i poza jego
granicami trzeba swej pasji poświęcić i podporządkować całe swe życie.
Ale teraz Eric zupełnie przestał interesować się swą dalszą karierą, Sandra nagle
przesłoniła mu "pole widzenia". Podobała mu się ta drobna dziewczyna, która nawet na
wysokich obcasach z trudem sięgała mu do ramienia, jej roztrzepane na wietrze krótkie
włosy i ta jej lekka niepewność w głosie gdy mówiła po niemiecku. Czasem prosiła-
powiedz to inaczej, nie bardzo rozumiem co powiedziałeś.
Cała trójka dopytywała się o różne polskie wyrazy i zgodnie stwierdzili, że polski
język wcale nie jest łatwy. Po obiedzie, na który poszli do restauracji w której wtedy
serwowano tzw. "zdrowe posiłki", czyli głównie wegetariańskie, jakbyśmy to dziś
określili, wybrali się do Łazienek Królewskich. To park, który na wszystkich robi zawsze
miłe i dobre wrażenie i po którym można krążyć niemal cały dzień.
Tu w tajemniczy sposób Udo i Marie jakoś się "zgubili", co wcale Erica nie zmartwiło,
a zaniepokojonej Sandrze wytłumaczył, że Udo posiada "szósty zmysł" w postaci planu
Warszawy i bez trudu odnajdą wraz z Marie drogę do hotelu.
Gdy zostali sami, tematyka ich rozmów zeszła na bardziej osobiste tematy, Eric jawnym
tekstem, bez niedomówień, powiedział Sandrze, że ona mu się bardzo podoba i marzy mu
się by połączyło ich coś więcej niż przyjaźń. I choć wiele osób twierdzi, że miłość na
odległość nie istnieje, to on wierzy, że jest to możliwe.
Obiecali sobie wzajemnie, że będą ze sobą korespondować, w miarę możliwości również
utrzymywać kontakt telefoniczny (przypominam, że były to czasy gdy było NRD a nie
było automatycznych połączeń między krajowych, UE, paszportów w domu, komórek
i internetu a na instalację telefonu stacjonarnego czekało się latami).
Reasumując były to bardzo trudne czasy dla miłości na odległość.
Włóczyli się po Łazienkach aż do zmroku, wynajdując odosobnione ławki, by móc bez
przeszkód się całować i przytulać. Gdy opuścili park wędrowali objęci ulicami miasta.
Z wielkim żalem rozstali się w okolicy hotelu, w którym był zakwaterowany Eric.
Ponieważ Sandra jeszcze nie podjęła pracy (miała zacząć pracować od września, a był
dopiero koniec czerwca) i miała wolny czas, Eric wymyślił, że zwolni się z wycieczki po
Warszawie i ten dzień spędzą razem. A ponadto dowie się, czy Sandra mogłaby razem z ich
grupą pojechać do Żelazowej Woli na koncert , zna niemiecki i mogłaby wspomóc swą
obecnością przewodniczkę, o której wiedzieli, że znacznie lepiej zna angielski niż niemiecki.
Po powrocie do mieszkania (które wynajmowała wraz z koleżanką) Sandra długo analizowała
każde słowo, które na tym ich spotkaniu padło.
Podobał jej się ten chłopak - był inteligentny, utalentowany, kulturalny, opanowany i.....
ładny.
Idylla trwała jeszcze dwa dni, przyćmiona mocno widmem nieuchronnego rozstania.
Jak wiadomo rozstania bywają smutne. Ponieważ Sandra miała w planie wyjazd do swych
rodziców, umówili się, że korespondencję rozpoczną dopiero po 10 lipca, gdy Sandra już
powróci do Warszawy. Co prawda jej rodzice nie mieszkali na wsi zabitej dechami tylko
w mieście bodajże powiatowym, ale cała korespondencja z zagranicy zawsze wędrowała
przez Warszawę nim trafiła do adresata, więc oboje uznali, że tak będzie lepiej.
Krótki pobyt w rodzinnym mieście znudził Sandrę niemiłosiernie. Przez cztery lata
mieszkała sama w Warszawie i zupełnie odzwyczaiła się od tego, by ktoś jej dyktował jak
ma się ubierać, z kim spotykać, co czytać lub oglądać. Jej rodzicom wielkie miasto jawiło
się jako epicentrum zła i wszelakiego zgorszenia. Krytykowali wszystko- szpilki, zbyt
krótką spódniczkę, nawet fryzurę. A pytania czy ma już narzeczonego i kiedy wyjdzie
za mąż i uszczęśliwi swych rodziców wnukami zezłościły ją zupełnie. Nie tak sobie
wyobrażała pobyt w rodzinnym domu.
Nie da się ukryć, że z ulgą stamtąd wyjechała.
W warszawskim mieszkaniu, na stole kuchennym leżały trzy wyjęte ze skrzynki listy-
wszystkie trzy do niej od Erica.
Dwa pierwsze sprawiały wrażenie dziennika zrozpaczonego rozstaniem nieszczęśnika.
Trzeci zawierał nieco konkretów a nie tylko same biadolenia.
Okazało się, że zwierzył się swej matce ze swego "stanu zakochania" i uprosił ją by matka
zaprosiła oficjalnie Sandrę do siebie. Zaproszenie było wystosowane w dwóch językach,
niemieckim i polskim przetłumaczonym przez tłumacza przysięgłego.
Ponieważ zaproszenie zapewniało Sandrze mieszkanie i wyżywienie oraz ewentualną opiekę
lekarską a Eric wszak jeszcze nie był samodzielny finansowo, zaproszenie wystosowała
jego matka. Ważne było od dnia wystawienia aż do końca sierpnia.
Tego samego dnia bardzo późnym wieczorem Sandrę postawił na nogi dzwonek telefonu-
po kilku godzinach oczekiwania Eric otrzymał połączenie z Warszawą. Pytał się czy Sandra
otrzymała list z zaproszeniem i prosił by jak najszybciej złożyła pismo w urzędzie by dostać
paszport. Na szczęście dla nich obojga, Sandra rok wcześniej miała wystawiony paszport na
Kraje Demokracji Ludowej, więc teraz była to tylko kwestia jego wznowienia.
ciąg dalszy nastąpi
P.S.
Przypominam o dawaniu znaku życia pod tekstem :( lub :)
piątek, 7 czerwca 2019
Miniatury z życia wzięte
Nadmiar techniki w życiu
Podobno to "baby" są głupie.
Mysiek czekał na telefon od swojej dziewczyny.
Położył komórkę obok siebie na stole i czekał.
Zadzwonił telefon, Mysiek zerknął na nieznany mu numer i nie odebrał.
Za chwilę, znów dzwonek telefonu i znów ten sam, nieznany numer.
A dzwoń sobie, dzwoń, pewnie znów ktoś chce mi coś wcisnąć- pomyślał.
Po kolejnym dzwonku dodał ten numer do numerów blokowanych.
A masz, pomyślał, odczepisz się wreszcie ode mnie.
Siedzi i siedzi, czeka i czeka, a dziewczyna nie dzwoni. Po godzinie
czekania nie wytrzymał, zadzwonił do niej. Abonent jest poza zasięgiem-
zabrzmiał w słuchawce miły głos.
Mysiek zdębiał, jak to poza zasięgiem? Poszła tylko do dentysty i mam
po nią jechać!
Po następnej godzinie ktoś zadzwonił do drzwi.
Mysiek otworzył a tam stoi nabuzowana Kaśka - odsunęła Myśka i pobiegła
do łazienki. Za chwilę wyszła i krzyczy - czemu nie odbierasz telefonu i
numer zablokowałeś? Komórka mi wpadła do studzienki, dzwoniłam do
ciebie z pożyczonej komórki a ty nie odbierałeś!
Od tego dnia przestali się spotykać.
O ileż mniej było nieporozumień gdy jeszcze komórek nie było.
Dziwna kobieta
Do biblioteki wpadł jak burza jeden z pracowników. Bez zwyczajowego
"dzień dobry" względnie " cześć ci", zaraz po zamknięciu drzwi nawija:
"słuchaj, ta nowa z chemicznego, pojechała na wycieczkę do Sojuza i
tam jakieś straszne rzeczy wyczyniała, odsyłają ją karetką do domu".
Bibliotekarka spokojnie skinęła głową- wiem, ale wraca nie karetką a samolotem,
a te straszne rzeczy to sobie biedula nago po korytarzu biegała, bo ona miewa
takie napady, gdy leków nie weźmie. Ona ma schizofrenię, kapujesz?.
Facet jęknął- a skąd ty to wiesz? Przed chwilą dyrektor dostał telegram na ten
temat i prosto od niego wpadłem do ciebie.
Bibliotekarka spojrzała na faceta z wyższością - mnie tę wiadomość przekazano
podprogowo, jeśli wiesz co to znaczy.
Facet obrócił się na pięcie i szybko opuścił pokój. Tylko wychodząc spojrzał na
podłogę- żadnego progu w drzwiach nie było.
A złośliwa bibliotekarka dostała ataku śmiechu.
Romanse biurowe
A ty z kim będziesz romansować? Masz jakiegoś kandydata? - spytała mnie
kierowniczka, pod której rządami pracowałam od kilku miesięcy.
Bo jak widzę, jesteś tu niemal atrakcją, złażą się jak muchy do miodu.
A nie zauważyłaś, że zawsze się złażą gdy my sobie kawę porządną zrobimy?
To przez ciebie, orzekła oskarżycielskim tonem - bo przyniosłaś ten ekspres do
kawy i na całym korytarzu pachnie kawa.
Ale to ty się ich pytasz, czy nie napili by się kawy!
Myślisz więc, że to dlatego tak tu przyłażą? no to od jutra nie będę proponować
tej kawy!
Po trzech dniach zainteresowanie biblioteką wyraźnie spadło, kierowniczka
odetchnęła.
Nadmiar szczerości
Okres urlopów w biurach mało fajny jest , zwłaszcza dla tych co nie mają dzieci
i zdaniem szefostwa mogą latem pracować a urlop brać w pozostałe miesiące
roku. No i oczywiście trzeba owe urlopujące matki zastępować.
Najbardziej znienawidzonym przeze mnie zastępstwem było zastępowanie sekretarki
dyrekcji.
Dyrektorów było trzech- naczelny, techniczny i ekonomiczny. Najmniej kłopotów
sprawiał ekonomiczny.
Był w wieku około emerytalnym , stara szkoła , miły, kulturalny, pozbawiony
fochów.
Któregoś dnia gdy siedziałam na zesłaniu, czyli na zastępstwie w sekretariacie.
do sekretariatu wchodzi ekonomiczny i ma w bardzo widoczny sposób mokre
spodnie w okolicy dołu rozporka spodni, ale wyraźnie nie zdaje sobie z tego sprawy.
Gdy już się wysnuł do swego gabinetu, poszłam do niego z ręcznikiem i mówię, że
okropnie się w łazience ochlapał, więc przyniosłam ręcznik papierowy.
A mój ulubiony dyrektor, z łagodnym uśmiechem powiedział - to starość, posikałem
się. Po raz pierwszy od wielu lat zapomniałam języka w gębie, szepnęłam tylko
"przepraszam, przykro mi" i szybciutko wyszłam.
W miesiąc później odszedł na emeryturę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)