środa, 9 września 2020

Z pamiętnika żony taternika -II

 wtorek /lipiec/
Jedziemy za dwa tygodnie na dwa tygodnie  nad jezioro koło Łącka. Kupiliśmy ponton, będziemy
mieli czym pływać.
niedziela/ lipiec/
Było nieźle. Dwa tygodnie codziennie na wodzie. Przydał się ponton. Po raz pierwszy widziałam
z bliska kurki wodne. Zabawna  malizna. Poza tym byliśmy w Płocku.
Katedra jeszcze z XII wieku, przebudowana w latach 1901-1903, bo obiekt  groził zawaleniem.
Jest trójnawowa, z dwiema wieżami, kopułą, czterema  bocznymi kaplicami, dwiema zakrystiami,
skarbcem i kapitularzem. Kiedyś miała drzwi z brązu wykonane w Magdeburgu, ale zniknęły-
ponoć jeszcze w XIII wieku biskupi płoccy sprezentowali je księciu nowogrodzkiemu  Szymonowi
Lingwenowi, bratu Władysława Jagiełły.  Dużo do zobaczenia jest w tej Katedrze.

piątek/sierpień
A. zarezerwował dla nas dwa tygodnie w Zakopanem - zimą. Może będzie  fajnie. Kupię sobie biegówki - może. Ale on będzie  zjeżdżał - nawet ma  już narty. Może być ciekawie, on  na stoku, ja na nartach na ścieżce Pod Reglami.

niedziela/wrzesień
Byliśmy tydzień w Zakopcu. Super kwatera- cichutkie miejsce, parter w willi na Zwierzynieckiej, wyjście z pokoju wprost do ogrodu. A pokój to drobne 30 m i własna łazienka.
Rano śniadanie do pokoju - reszta posiłków na mieście.
Byłam na Granatach - jak zwykle był cyrk- bo tak wyglądają wakacje z inwalidką. Nie mogłam
sforsować jednej przeszkody na ścieżce - nakombinowałam się bardziej niż koń pod górę i byłam
zdecydowana raczej spaść z tej ścianki niż się wycofać. Udało się, ale co się przy okazji A . najadł
strachu to już przy nim zostało. Przetuptałam przez wszystkie  trzy  Granaty, załapałam się na Kozie
Czuby i piargiem, z duszą na ramieniu, w żółwim tempie dotarłam do  Koziej Dolinki. Wszystko mnie bolało, a do domu był jeszcze  kawał drogi. Coś skubnęłam w schronisku, A. zjadł coś dość
konkretnego i tym razem  zeszliśmy przez kawałeczek Upłazu i Jaworzynkę do dolnej stacji
kolejki linowej  i poczłapaliśmy do domu. Padłam niczym nieboszczyk na łóżko - dostałam dreszczy
i.....temperatury 38,7.  A. nie mógł wyjść ze stanu zdziwienia- on już odpoczął w czasie obiadu
w schronisku, ja tam prawie nic nie zjadłam, nie byłam nawet w stanie w  domu napić się herbaty, jedyne co mogłam to rozebrać się i wpakować do łóżka. No cóż, takiej  "modelki" to on jeszcze nie
spotkał. Był przyzwyczajony do dziewczyn, które po wycieczce  szły na piwo, a potem na tańce.
A tu taki "numer"!  Twierdził, że nie  kładł się do północy, bo podejrzewał, że mnie  się może tylko
pogorszyć i trzeba będzie do mnie wzywać pogotowie. A ja przespałam calutką noc niczym zdrowe
niemowlę i obudziłam się  już o 7 rano z bardzo dobrym objawem - głodem i...bez zakwasów.
I nawet mleko wypiłam bez obrzydzenia , rzecz dziwna sama w sobie.
W ramach odpoczynku wybraliśmy się do Olczyskiej i całkiem dobrze mi się wędrowało. A. się
jednak porządnie poprzedniego dnia wystraszył i co chwilę się dopytywał czy aby nie jestem zmęczona. W drodze powrotnej zahaczyliśmy  o coś w rodzaju kawiarenki, gdzie do kawy podawali
truskawki z bitą śmietaną - taką wiejską, pełnotłustą. I dziwnym trafem nie odchorowałam tej
śmietany, co w Warszawie było normą. Po południu A. stwierdził, że chyba mi kupi wibramy bo one
mają lepsze podeszwy i lepiej chronią kolana.
Poszliśmy następnego dnia do Doliny Małej Łąki i przez Przysłop Miętusi do Doliny Kościeliskiej,
skąd wróciliśmy już do Zakopca autobusem. A. co chwilę się dopytywał czy aby nie jestem zbyt zmęczona. Chyba dotarło do niego jaką cholerną słabiznę wziął za żonę.
W ramach dnia odpoczynku byliśmy na Gubałówce, wpierw odstawszy niemal godzinę w kolejce do
kolejki. Nie powiem, żeby wizyta na Gubałówce była wielkim przeżyciem - denerwujący jest ten
tłum turystów, no ale  widok na Giewont  i Tatry całkiem przyjemny dla oka.
W nocy w Zakopcu zaczął padać deszcz, w górach....śnieg. Pobielały Tatry. Było cholernie zimno, ale i tak trafiła się nam niezła pogoda. Dobrze, że przezornie wzięłam z domu szalik i rękawiczki.
Zawsze w sierpniu trafia się w górach śnieg , taka ich  uroda.

środa/jeszcze marzec
Wczoraj wróciliśmy z Zakopanego. Mieszkanko mieliśmy fajne, tym razem na Grunwaldzkiej, wyżywienie  całodzienne po sąsiedzku w domu wypoczynkowym  rzemieślników. Jedzenie super-
smaczne, świeżutkie, czysta b. ładna sala jadalna, zawsze do kolacji było również ciasto -wyrób
własny. Na kwaterze mieliśmy do dyspozycji również kuchnię, dom był solidnie ogrzewany, zawsze
ciepła woda. Pokój z dużym  balkonem, słoneczny. Do Rzemieślników mieliśmy raptem 5 minut
drogi i to pomiędzy domami. Pojechaliśmy tym razem z parą naszych przyjaciół. Nasi mężowie
szaleli na nartach, my w tym czasie szlajałyśmy się po Dolinkach Reglowych. Stwierdziłam, że góry zimą bardziej mi odpowiadają niż latem. To jest coś- leżeć w kostiumie bikini na dwóch cieplutkich
kocach na leżaku, trzeci koc do ewentualnego przykrycia  gdyby nagle chmury zakryły  słońce,
dookoła śnieg, w oddali  Tatry Wysokie w śniegu, a  my się byczymy na słońcu i brązowiejemy
pomału. Chyba całą zimę  mogłabym tak przebąblować na tym leżaku i słońcu, co jakiś czas
zerkając na panoramę Tatr. Po kolacji na ogół wybieraliśmy się  na "tarło", czyli na Krupówki- poprzechadzać się w tłumie wczasowiczów, wpaść na lody lub na wino, czasem "na dziko" na  dancing. A czasem zaszaleć i dołączyć się do jakiegoś kuligu. Pogoda  cały czas była świetna, nasi
mężowie zachwyceni bo mogli  się na tych nartach wyszaleć do woli. Wróciliśmy do Warszawy
wypoczęci i zadowoleni.

sobota/ luty
W tym roku nici z zimowego wyjazdu. Idę do szpitala na operację.

sobota/ koniec marca
Ja się tak nie bawię - to miała być niemal kosmetyczna operacja z gatunku "lekka,łatwa i przyjemna"
niczym muzyka rozrywkowa.  Zamiast tego umierałam podobno na  stole operacyjnym - tego to nie
pamiętam. Ale pamiętam, że ostatnie klamry zakładano mi już "na żywca" jednocześnie wybudzając.
Ktoś stukał mnie w czoło i pytał jak się czuję - jestem zmęczona bardzo- odpowiedziałam, bo jedyne
co czułam to straszliwe zmęczenie. W odpowiedzi usłyszałam- "my też, dałaś nam do wiwatu". O tym, że umierałam dowiedziałam się wczoraj, od A. Będę w poniedziałek w szpitalu na kontroli to się o to zapytam lekarza.

środa/ koniec  marca
No byłam na kontroli. Chirurgicznie niby wszystko ok, mam przeciętą lewą strunę głosową i usuniętą przypadkiem lewą przytarczyczkę.  Zapisali mnie do przychodni foniatrycznej na rehabilitację, żebym mogła normalnie mówić. Ale jak twierdzą Arabowie milcząca kobieta jest na wagę złota.
No i w tym sezonie powinnam  na  cały miesiąc wyjechać nad morze- ze względów zdrowotnych.
No to się A. ucieszy niczym żaba  na  Saharze. I 4 lata nie zachodzić w ciążę - to mi bardzo pasuje.

niedziela/ lipiec
Wróciliśmy znad Bałtyku -pogoda była tylko w dwa dni - w dzień przyjazdu i w dniu wyjazdu. Jakiś
koszmar. Jeśli było powyżej +12 to padało, gdy poniżej - świeciło słońce. Cały czas chodziliśmy
w ciepłych kurtkach. Gorzej- tam nie było gdzie chodzić. Plażą do Trzęsacza i z powrotem. Rozdawali nam codziennie po wiaderku węgla by palić w domku  w piecu. Codziennie jedliśmy po kolacji ryby wędzone zapijając winem lub wódką. Dobre, że byliśmy z przyjaciółmi, przynajmniej
było z kim porozmawiać.

sobota/grudzień
Wyjeżdżamy na święta i Sylwestra do Zakopanego. A. nie bierze nart. Ciekawe jaka będzie pogoda,
a może być różnie - fajnie lub nie.
A. bardzo intensywnie pracował, jest bardzo zmęczony.Nie mamy nic załatwionego, ale na dworcu
będzie pełno naganiaczy, zawsze się coś znajdzie. Wyjedziemy rano w wigilię, wrócimy w Nowy Rok wieczorem. Jest nam zupełnie obojętne gdzie będziemy mieszkać.

sobota/styczeń
Było cudownie. Funkcjonowaliśmy w cyklu 12-godzinnym - 12 godzin snu, 12 godzin "czuwania".
Góry zimą to jest to co lubię. Całymi dniami chodziliśmy. Poszliśmy nawet na Kopieńce, bo byliśmy
w Olczyskiej.Nie zapomnę chyba do końca swych dni tych widoków. Było mnóstwo śniegu, w dzień
-20 i suchutkie powietrze, słońce od świtu.  Na Hali  Kopienickiej wyglądało tak, jakby ktoś rozrzucił
diamenty. Wszystkie cienie miały różne odcienie niebieskiego, odleglejsze drzewa były w kolorze
fioletu. Gdybym na własne oczy nie  widziała rano termometru nie uwierzyłabym, że jest mróz i to
spory. Chodziliśmy z  gołymi głowami, bez rękawiczek, ja to nawet w rozpiętej futrzanej kurtce, w której było mi akurat - nie pociłam się, nie  marzłam. Znaleźliśmy  malutką polankę otoczoną skałkami i jałowcami. Siedzieliśmy na mojej kurtce rozebrani do pasa grzejąc plecy. Było super. Nikogo oprócz nas nie było  na tej trasie - ani w Olczyskiej ani na Kopieńcach. Następnego dnia
podjechaliśmy do Kościeliskiej i przez Przysłop Miętusi powędrowaliśmy do Doliny Małej Łąki.
W Kościeliskiej było trochę ludzi, ale idąc  do Małej Łąki nie spotkaliśmy nikogo, w Małej Łące
też było pusto. Tylko śnieg, słońce i my. To było niesamowite. Pognało nas też do Chochołowskiej
 wpadliśmy na pomysł przejścia przez Iwanicką Przełęcz do Kościeliskiej. Śniegu było szalenie
dużo, ale ktoś już tędy przechodził i daliśmy radę przejść. Trochę to trwało i z Kościeliskiej już
pojechaliśmy do Zakopanego autobusem. A. był wręcz  zachwycony, że tak dzielnie chodzę i nic
mnie nie dusi. No wszak dlatego trafiłam pod nóż chirurga - wycięto to  co mnie  dusiło.Szkoda tylko
że źle wykonane badania poprzedzające operację sprawiły że była tak ciężka, bo mieli chirurdzy
sporą niespodziankę gdy  mnie "otworzyli". W Sylwestra byliśmy na Gubałówce, żeby podziwiać
zimową panoramę Tatr. Trochę pomarudziliśmy na leżakach.  Było widać, że zmienia się pogoda,
"góry dymiły", czyli wiał tam wiatr i porywał w górę śnieg. Z Gubałówki zeszliśmy per pedes.
Pogoda  się psuła w tempie postępu geometrycznego. Nadchodził halny.

                                                                    c.d.n.


wtorek, 8 września 2020

Z pamiętnika żony taternika

piątek, wieczór
Jutro będzie ciężki dzień - rano o 10,00 ślub cywilny,  potem o 18,00 ślub w kościele,
o 21,00 wyjeżdżamy nocnym pociągiem do Zakopanego.
Pierwszy raz będę w Tatrach.  Będziemy mieszkać na Bystrem- nic mi to nie  mówi.
Nie  znam Zakopanego, choć przez ostatnie pół roku często o nim słyszę. Tu gdzie
wynajął dla  nas pokój często wcześniej mieszkał z kumplami.
No nic, muszę odświeżyć swą czerń Igotintem i chyba spać w lokówkach.

piątek,wieczór
Dwa tygodnie  minęły.
Na  retoryczne skądinąd pytanie "no i jak po ślubie, lepiej?" odpowiadam -"lepiej nie,
ale częściej".
Do Zakopanego  dojechałam pół żywa, gdy wysiedliśmy z pociągu była 6 rano i było
cholernie zimno, a poprzedni dzień w Warszawie zdychaliśmy z upału.
On świeżutki, pełen entuzjazmu, ja trzęsąca  się z zimna pomimo ciepłego swetra.
Pojechaliśmy na to Bystre dorożką konną, co zupełnie  nie wywołało mego entuzjazmu.
Pamiętam owe pojazdy z dzieciństwa, gdy taksówki były w Warszawie rzadkością i brało
się dorożkę konną.
I miałam chyba pecha, bo koń ciągnący dorożkę którą jechałam poślizgnął się na kostce
bazaltowej.
I było to na skrzyżowaniu Al. Jerozolimskich i Marszałkowskiej. Koń się najzwyczajniej
w świecie wywalił, pociągając dorożkę, z której my omal nie wypadliśmy, zrobił się tumult,
a ja znienawidziłam ten rodzaj pojazdów i zaczęłam się bać koni.
Całą drogę na Bystre musiałam wysłuchiwać co właśnie mijamy, co widać na  pierwszym
planie, co na dalszym- siedziałam zmarznięta podzwaniając zębami i marzyłam tylko o tym
by się owinąć ciepłym kocem lub kołdrą i zasnąć.
A. patrzył się  na mnie jak na egzotyczne zwierzątko, które nie wiadomo czemu szczęka
zębami, zamiast pełną piersią  rozkoszować się lodowatym, świeżym powietrzem.
Wreszcie doczłapaliśmy się do celu tej podróży, jeszcze tylko napiliśmy się gorącej herbaty
i mogłam owinąć się kołdrą i zasnąć.
Dopiero wieczorem z lekka odżyłam i dotarło do mnie, że kwatera tak naprawdę jest jak dla
mnie "osobliwa", bez kanalizacji, łazienki, toalety.
Gdy coś na ten temat miauknęłam, dowiedziałam się, że przecież on z kumplami zawsze tu
mieszkał, myli się  na podwórku pod pompą, no ale dla mnie to on  nawet zagrzeje w kuchni
wodę i mogę się myć w pokoju. A w następnym sezonie to wynajmiemy już gdzie indziej
kwaterę, no bo rzeczywiście, ta nie jest chyba jednak dla mnie  najlepsza.
Następnego dnia zostałam przewleczona  na Krzeptówki, bo A. uznał, że musi mnie pokazać
swemu "mentorowi górskiemu" , przewodnikowi górskiemu, Józefowi Krzeptowskiemu  oraz
Staszkowi z Lasa, który go uczył wspinania się z liną.
Co za ulga- zostałam przez obu zaakceptowana.
Ciekawe co by było, gdybym się im nie spodobała- rozszedł by się ze mną "teraz -zaraz czy
zaraz potem?"
Ja się do gór nie nadaję -zero zdrowia i kondycji. Na Krzeptówki i z powrotem  to szliśmy
Ścieżką pod Reglami,  nawet się nie zmęczyłam, ale następnego dnia dałam plamy.
Przed południem zostałam przegoniona do centrum Zakopanego bo A. wpadł na pomysł, że
MUSZĘ  mieć na nogach pionierki a nie wygodne szmaciaki typu tenisówki lub  np. klapki.
Z pełnym poświęceniem klęczał koło mnie w sklepie, macając gdzie kończą mi się palce
w bucie i nie mogąc się nadziwić, że wszystkie te  pionierki nie są dla mnie wygodne skoro
po mieście godzinami chodzę w wysokich szpilkach. No fakt, pewnie to dziwne dla faceta.
Mój biedny mąż przeżył przez te dwa tygodnie  niejedno wstrząsające zdarzenie-po tym dniu
zakupów doszedł do wniosku, że przedrepczemy na Hagę czyli na Halę Gąsienicową i tam
zjemy obiad w schronisku.
I gdyby nie fakt,  że wybrał drogę przez Dolinę Jaworzynki wszystko byłoby zapewne dobrze,
ale jego zdaniem droga Boczaniem i Upłazem była nudna, Jaworzynką - ciekawsza.
No rzeczywiście była ciekawsza- mniej więcej w połowie  Jaworzynki zaczęłam  się po prostu
dusić, nie miałam czym oddychać.
Posiedziałam na  kamieniu pół godziny, w dalszym ciągu czując się jak ryba wyciągnięta z wody,     ale nadal brakowało mi powietrza.
Przerażony A. wpadł wreszcie po rozum do głowy i zarządził odwrót. Im bliżej byliśmy wylotu  Jaworzynki  tym było mi łatwiej  oddychać.
I wtedy  mój mąż  doznał olśnienia- Jaworzynka jest dość głęboką  i wąską dolinką, cały dzień
ostro operowało w niej słońce wypalając w niej tlen.
I zamiast jeść obiad w schronisku na Hali Gąsienicowej zjedliśmy obiad  "U Zosi"- barszcz
czerwony z fasolą i niebywałą wprost ilością pieprzu oraz pierogi z mięsem.
Ale na  Hali Gąsienicowej byłam w dwa dni później - tym razem szliśmy Boczaniem i Upłazem. Polubiłam Halę Gąsienicową i to schronisko- miło było.
Zwiedziłam "obowiązkowo"  wszystkie  Dolinki Reglowe. Dla mnie najpiękniejsza z nich to
Dolina Małej Łąki.
W Strążyskiej, w schronisku był kot, pers,który nikomu nie pozwalał usiąść na ławie, na której on siedział- rzucał się z pazurami na intruza. A na Kalatówkach był cudny, olbrzymi  bernardyn- tak wielkiego jeszcze nie widziałam.
Pojechaliśmy też do Doliny Kościeliskiej, następnego zaś  dnia do Chochołowskiej.
Z obu wracaliśmy do Zakopanego per pedes. Trochę się zmęczyłam.
Miałam też krótkotrwały romans z wiewiórką - byliśmy na kwaterze, gdzie w tym samym czasie co my, był  przyszywany wujek A. I tam, na podwórku "dorwała"mnie na wpół oswojona wiewiórka - po prostu wskoczyła na mnie i uznała, że może sobie po mnie pobiegać . A ja stałam i darłam się "zabierzcie ją ode mnie" i wreszcie podszedł jakiś człowiek, wyciągnął rękę, coś do niej zagadał i mały rudzielec przeskoczył na niego. Pozadzierała mi mała paskuda sweter.
Jednego popołudnia A. zaprosił mnie do "ekskluzywnej" kawiarni JANOSIK. No nie wiem, chyba mam inne pojęcie ekskluzywności- obrazy na ścianach to nie ekskluzywność gdy ci podają niezbyt  świeżą szarlotkę do kawy, której też do najwyższej jakości wiele brakowało.
Polska to mały kraj- spotkaliśmy  jednego z szefów A., z żoną. Mili ludzie - on z lękiem wysokości
i przestrzeni, ona z nawrotami dolegliwości błędnika,  czyli niespodziewanymi zawrotami głowy.
Poczułam się niemal zdrowa  z moim rozpirzonym kolanem i dolegliwościami  tarczycowymi, tudzież z tymi po przebytej żółtaczce wszczepiennej.
Ciekawostka - koło schroniska na Ornaku rzuciła się memu mężowi na szyję jakaś dziewoja  obcałowując go i tytułując Jurkiem. A. miał głupią minę i usiłował jej wytłumaczyć, że nie jest Jurkiem. To wszystko jedno - zaćwierkała- cieszę się, że cię spotkałam - zapewniła go radośnie.
Już nie chodzę z Olkiem, możemy się umówić - ciągnęła dalej.
Nie wyrobiłam - wskazując palcem na wciąż  nieco ogłupiałego A. powiedziałam- nie możecie, on się ożenił i spodziewa się  poza tym dziecka.
Wzięłam A. pod rękę i pociągnęłam za sobą.
Ale ja jej naprawdę nie znam- zaczął mówić, ale przerwałam- chodź, w sądzie się będziesz tłumaczył. Teraz idziemy do domu, pić mi się chce.
Do domu było daleko,  więc po drodze wytłumaczyłam  A., że ja się nie wypytywałam go
o to kto i na jakiej  zasadzie był z nim, więc  niech mi się nie tłumaczy, skoro nie ma  z czego.
O Bożenie też mi nie musi mówić, bo o tym to już wiem od innych - w końcu jakby na to nie
spojrzeć to ożenił się ze mną, chociaż mu sama mówiłam, że ze mnie to materiał na żonę jest
raczej kiepski - prac domowych nie lubię, gotować nie potrafię.
No i poza tym cały czas wiedział, że góry i ja  to jakby nie ta sama bajka, bo tego nie ukrywałam.
Nie ukrywałam też faktu, że nie należę do tych co to zarzucą sobie na plecy 20 kg, podejdą pod
ścianę na którą właśnie wspina się ukochany i zaczekają  aż zejdzie na dół, albo założą uprząż
 i pójdą w ślad  za nim. Miał do wyboru -wspinaczki albo mnie - zero wspinaczkowe i górskie.
A  skoro wybrał mnie, to ja liczę na jego lojalność  wobec mnie.
Dobrze, że za dwa dni stąd wyjeżdżamy.
Nienawidzę fizycznego zmęczenia.
                                                                          c.d.n.

P.S.
Jak  zwykle - proszę o znaczki ;) lub ;(, lubię  wiedzieć, że ktoś to czytał.

wtorek, 18 sierpnia 2020

Zastępstwo - XXX

Dzięki  rozlicznym znajomościom Fabia sprawę kupna-sprzedaży udało się zamknąć
w zaledwie  szesnaście dni. To był cud nad Adygą, jak się śmiał Fabio. Mieszkanie
stało się własnością Fabio i wujka.
Pierwszy ruch, który Fabio wykonał z tej okazji to była wymiana zamka w drzwiach
wejściowych. Trochę się Iza dziwiła, ale Fabio powiedział, że nie wie ile było kluczy
pasujących do tego zamka, bo to mieszkanie  było zgłoszone do wynajęcia, więc jest
pewne, że były do niego z całą pewnością trzy komplety kluczy, a może i cztery, a oni
dostali tylko dwa komplety. Więc zamiast dociekać ile tych kompletów było, lepiej
jest wymienić zamek i dorobić cztery komplety kluczy. Dwa wezmą od razu Iza i Jacek,
po jednym Fabio i wujek.
Drugim krokiem była wizyta u dozorcy- Fabio przedstawił mu się, mówiąc, że jest nowym
właścicielem, jednocześnie wskazał Izę i Jacka jako nowych użytkowników, którzy będą
tu mieszkać od połowy września. Jak długo? Jak długo będą chcieli. A ten profesor  -  tu
wskazał na Jacka, będzie  tu pracował naukowo na  Uniwersytecie.
Niespodziewany awans na profesora nieco ubawił Jacka, ale starał się nie roześmiać.
Fabio prosił by dozorca zwrócił uwagę na  mieszkanie nim tu przyjadą Jacek i Iza.
Jednocześnie wręczył dozorcy swą wizytówkę, jak również zlecił zamówienie tabliczki
na drzwi mieszkania z nazwiskami i imionami ich obojga oraz wręczył mu kopertę mówiąc,
że to kwota na związane  z tym wydatki, a gdy Fabio  przyjedzie we wrześniu to się rozliczą.
Jeszcze uregulowali należność za wynajęcie garażu, który był....własnością  pana dozorcy                   który zapisał sobie, że zarezerwowany jest dla "professor   Jacek  B., citroen, 15.IX."
Z Werony pojechali do domu  Fabia skąd za dwa dni odlatywali rano do Zurichu, a późnym
popołudniem do Warszawy. Dla obojga zaczęły się nieco obłędne dni- krążenie pomiędzy
włoską ambasadą, a szykowaniem rzeczy osobistych na wyjazd, spisywanie listy mienia
przesiedleńczego, wizyty w Urzędzie celnym. Teraz to się Iza cieszyła, że ma tam już na
miejscu całe wyposażenie kuchni i zastawę , z pościeli  brali ze sobą tylko bieliznę
pościelową i 4 lekkie, ale bardzo ciepłe koce z wielbłądziej wełny zamiast dwóch kołder,
2  swoje ulubione małe poduszki, bo te, które tam były na wyposażeniu planowali dać
do pokoju "gościnnego". Każde z nich szykowało sobie też "biblioteczkę", odwiedzali też
Empik kupując nowe książki. Każde z nich miało dwie listy tego co pakowali do pudeł.
Jedna była dla  urzędu celnego, druga dla nich, żeby wiedzieli gdzie co mają. Wujek miał
rację -nie było sensu wysyłać tego przez UPS, tyle tylko, że musieli wziąć celnika do domu
by sprawdził zawartość wywożonych pudeł i opieczętował je.
Przyjechała bardzo miła młoda celniczka, przeczytała listy, z grubsza przejrzała zawartość
pudeł i powiedziała, że gdyby jeszcze coś ze sobą zabierali, to niech  do niej zatelefonują,
a ona   przyjedzie. Wypytywała Izę do jakiego miasta jadą, zachwyciła się, że do Werony,
że ona  tam jeszcze nie była ale jest pewna, że kiedyś pojedzie.
Iza co tylko mogła to załatwiała jeszcze wujkowi, wzięła transita na myjnię i przegląd,
odkupiła formalnie  służbowego citroena, odwiedziła kilku lekarzy - specjalistów, umówiła
się z Alicją i Aleksem na "wieczorek pożegnalny". Przetłumaczyła u tłumacza przysięgłego
wszelkie posiadane dokumenty, zwłaszcza te dotyczące jej kariery zawodowej, świadectwa
ukończenia  kilku różnych kursów dokształcających z dziedziny rehabilitacji. Zostawili też
kilka upoważnień notarialnych dla wujka.
Trochę się wszyscy posmęcili w czasie tego pożegnalnego spotkania , a Alicja była bardzo
ciekawa, co przez czas pobytu  Jacka i Izy w Weronie będzie się działo z tym mieszkaniem
 w Warszawie, bo oni chcą kawalerkę Aleksa komuś wynająć, a sami wynająć za te pieniądze
plus jakaś dopłata, coś większego. Iza  zaraz zatelefonowała do wujka czy na czas ich
nieobecności w Polsce wynajął by to mieszkanie przyjaciółce Izy. Wujek tylko zadał jedno
pytanie- czy Izie na tym zależy, bo jeśli tak, to oczywiście, niech wynajmą, a on przyrzeka
Izie, że z nich "nie zedrze" za wynajem.  Iza umówiła więc Alicję  na następny dzień
w firmie wujka, mówiąc, że nie wie czy przy tym będzie, bo ma kilka spraw do załatwienia
na mieście, no ale przecież mogą te sprawy bez niej omówić.
Bez trudu dogadała się Alicja z  wujkiem, przy okazji wspomniała też, że chce zmienić
pracę. Gdy do biura wróciła Iza, Ala jeszcze była bo  wujek przedstawiał jej jaką by miała
pracę u niego. Co prawda nie dostałaby samochodu służbowego, bo właśnie się firma go
pozbyła z powodu odejścia Izy, no ale mogłaby dojeżdżać do pracy komunikacją miejską,
bo to nie jest wcale daleko. A do urzędów to będzie  jeździł wujek, bo jakiś czas minie
nim Alicja wszystko "załapie". No i będzie mogła zacząć pracę od pierwszego października.
Iza  zostawiała wszystko w idealnym porządku,  wszystkie  dokumenty  były posegregowane,
segregatory opisane, nie było żadnych zaległości.
Rodzice obojga  dość ciężko przeżywali fakt, że "kochane dzieci" wyjeżdżają i już zapowiedzieli,
że nie przyjadą na święta  Bożego Narodzenia  do Polski. Samochód odpada, bo zima, samolot
z kolei to zbyt droga impreza.
A tak naprawdę to już byli umówieni na te święta z Fabio i wujkiem, że je spędzą u Fabia.
Mela już  wyjechała do córki, kawałek drogi pokonała promem, resztę pociągiem a telefonując stamtąd  powiedziała, że spędzi tam święta i  Nowy Rok. I nie wie kiedy wróci, bo zimą to trochę trudniej podróżować po Szwecji a ona samolotem nie wróci.
I stąd zrodził się pomysł świąt w Treviso.
Na trzy dni przed wyjazdem do Werony do Warszawy niespodziewanie przybył....Fabio.
Po prostu doszedł do wniosku, że skoro jadą w dwa samochody a jest do tego tylko trzech
kierowców, a ze względów bezpieczeństwa powinno ich być czterech, to czym prędzej przybył
jako "ten czwarty do brydża".  Wujek był wzruszony a Iza i Jacek w pełni zaskoczeni tym
gestem. Bo widzicie kochani- to jest prawdziwa przyjaźń, stwierdził wujek.
Do pokonania mieli 1379 kilometrów, więc  postanowili jechać dwuetapowo, z noclegiem
pod Wiedniem. Wg ich obliczeń gdyby osiągnęli średnią prędkość 100 km/godz to cała podróż
zajęłaby im nieco ponad 13 godzin, ale realnie licząc to jadąc non stop podróż zajęłaby im
około 23 godziny. Ale wiadomo było, że transit to nie wyścigówka i nigdzie nie jest napisane,
że muszą pokonać trasę w rekordowym tempie. Poza tym trudno było przewidzieć jakie będzie natężenie ruchu na drodze oraz czy i jakie będą utrudnienia - korki, wypadki itd.,roboty drogowe.
Żegnani łzami mam i poklepywaniem po plecach ojców, wyruszyli w drogę 14 września
wczesnym rankiem. Iza z Jackiem jechali citroenem, Fabio z wujkiem transitem. Za kółkiem
citroena siedziała Iza, transita "wyprowadzał" z Warszawy wujek, potem jechał Fabio.
Do zarezerwowanego hotelu w okolicach Wiednia  dotarli około godz, 17,00, co było całkiem
niezłym wynikiem. Iza stwierdziła ze zdziwieniem, że trasa Warszawa -Wiedeń zmęczyła ją
znacznie mniej niż jazda po Warszawie i jej okolicach.
Wyspani w całkiem wygodnym hotelu zjedli o 7 rano śniadanie i wyruszyli w  dalszą drogę, obiecując sobie, że  gdy będą wracać to zwiedzą Wiedeń.  Gdy dojechali do Udine poczuli
się niemal jak w domu  - jeszcze tylko minąć Wenecję i Padwę i będziemy na miejscu.
Fabio "zarządził" w Padwie przerwę na obiad - znał Padwę dobrze, bo tu właśnie studiował.
Zostawili  transita na strzeżonym parkingu i citroenem pojechali do centrum. Przy okazji
Fabio wyjaśnił Jackowi, że uniwersytet w Weronie był kiedyś filią uniwersytetu w Padwie,
ale już jest samodzielną, niezależną uczelnią. W niedużej restauracyjce zjedli obiad i wrócili
na trasę. W dwie godziny później stanęli przed domem w Weronie. Bardzo sobie chwalili
fakt, że mieszkanie jest na I piętrze a nie wyżej, a Izie i Jackowi wyraźną radość sprawił taki
drobiazg jak tabliczka z ich nazwiskami na drzwiach do mieszkania. Fabio poszedł rozliczyć
się z panem dozorcą, potem odstawił transita  na strzeżony parking. Okazało się, że Fabio
zarezerwował dla siebie i wujka nocleg w niedalekim hotelu, w którym wszyscy razem
zjedli kolację. Następnego dnia około południa obaj panowie ruszyli w powrotną drogę.
Fabio wracał z wujkiem do Warszawy,  jako że miał wykupiony i zarezerwowany lot
na  trasie Warszawa -Treviso. Iza  się z tego ucieszyła, bo zawsze lepiej gdy się jedzie we
dwójkę na dalekiej trasie niż samemu, a Fabio powiedział, że nie miałby ani minuty spokoju
gdyby wujek sam wracał do Polski tym transitem. Wspólnik to brat i przyjaciel w jednej
osobie, trzeba o niego dbać- powiedział.
Pierwszy dzień pobytu w  nowym miejscu upłynął na rozpakowywaniu, układaniu itp.
Do kredensu w kuchni była przymocowana kartka z wiadomością, że w ciągu 2 tygodni
muszą zgłosić się w urzędzie, że już  są i odebrać zaświadczenie o zameldowaniu. Będzie to
czysta formalność, bo Fabio już złożył odpowiednie formularze zgłaszając ich pobyt.
Na drugiej kartce była podana nazwa urzędu, jego adres, telefon i godziny urzędowania.
Niesamowite -stwierdziła Iza- Włoch a taki pedant.
Chyba  to efekt dodatku niemieckich genów - zaśmiał się Jacek. Może- zgodziła się  Iza, ale
nie zaprzeczysz, że to bardzo fajny facet. Polubiłam go. Ja też - przyznał Jacek.
Poza tym Fabio zostawił im do siebie aż trzy numery telefonów. Obok napisał- dzwońcie
w każdej sprawie , nawet drobnej.
Największym zaskoczeniem dla nich była lodówka i zamrażalnik, pełne żywności. Oznaczało
to, że przed przyjazdem do Polski Fabio, albo ktoś na na jego zlecenie, zaopatrzył ją sowicie.
No ale  po pieczywo to trzeba się jednak wybrać- zauważył Jacek. Mam iść sam, czy idziemy
razem? Idź sam- wybierz coś dla siebie a  dla mnie - focaccię. Potem wyskoczymy na jakieś
zakupy, wpierw muszę się rozpatrzeć co mamy w lodówce i zamrażarce.
W trzy dni po przyjeździe do Werony Jacek skontaktował się z profesorem L, który bardzo
się ucieszył, że Jacek już jest. Umówili się na spotkanie  następnego dnia. I chociaż formalnie
Jacka jeszcze  nie było, to nieformalnie już  zaczął zajmować się swym doktoratem.
Profesor L. dopytywał się też jak się urządzili w Weronie, gdzie mieszkają, a słysząc, że Iza
w Polsce była fizjoterapeutką stwierdził, że "gdy żona przetłumaczy swe dyplomy" to pewnie
po jakimś krótkim przeszkoleniu dotyczącym tutejszych procedur, ewentualnie jakimś krótkim
kursie z pewnością znajdzie zatrudnienie. Podał również adres, gdzie  ma się zgłosić.
I na pewno da sobie radę, bo  tak samo są zbudowani wszyscy ludzie i te same prawa rządzą
ruchem ich kończyn niezależnie od  miejsca urodzenia  na Ziemi. A fizjoterapeutów  zawsze
brak, bo to ciężka praca.
Dość szybko oboje zadomowili się w Weronie. Regularnie rozmawiali z Fabio, który do nich telefonował. Iza zrobiła "kurs przystosowawczy" i zaczęła pracować w swym zawodzie, tyle
tylko, że tym razem miała starsze dzieci, nie maluszki.
Jacek był jakby nieobecny- no tyle, że nocował w domu, zajęty był "po uszy". Gdy chciał pisać jeszcze w niedzielę, Iza ostro zaprotestowała- niedziela miała być dniem całkowicie wolnym
od pisania i myślenia. I nic nie pomogły jego tłumaczenia, że temat trudny długi, a czasu mało,
że to jedyny sposób by się zmieścił w ramach dwóch lat- Iza była twarda-albo będzie zawsze
wolna  niedziela albo ona wraca do Warszawy. Przecież teraz to ona ma pracę, nie szaleją, więc
jeśli   nawet Jacek nie ukończy tej pracy w 2 lata to i tak będą mieli z czego płacić rachunki-
jest konto jej i Jacka, z niego będą ratować  budżet.
Czas parł do przodu, ani się obejrzeli gdy trzeba było jechać do Fabio, na święta. Zima nie była
w Weronie  najmilszą porą roku, ale jakoś ją przeżyli. U Fabia pomieszkali aż do Trzech Króli,
coraz częściej i lepiej posługując się włoskim, co Fabio od razu "wyłapał". Wujek przywiózł
różne warszawskie plotki, ale Iza zauważyła, że nie tęskni ani za rodziną ani za Warszawą.
Mela nadal siedziała w Szwecji i nawet nie wspominała o powrocie, za to proponowała by
mąż do niej przyjechał, na co wujek wcale nie miał ochoty.
 Pomału przymierzał się do emerytury, a Fabio namawiał go by zamieszkali razem z jego
ojcem. Fabio mieszkałby na parterze z ojcem, a wujek miałby dla siebie całe piętro. Dom, tak
jak teraz, prowadziłaby wynajęta Maria, która gotowałaby posiłki i dbała o ojca Fabia, a oni
zajmowali by się tylko umiarkowanym wzbogacaniem swych kont w banku. Mela też mogłaby
tu przecież mieszkać, nie ma sprawy. Jeździliby do Werony i do Wenecji i zwiedzali różne
zabytkowe miasta. Wpadaliby raz lub dwa razy w miesiącu do  Jacka i Izy by się nacieszyć
ich towarzystwem.
Święta, święta i po świętach. W końcu stycznia zatelefonował wujek, że Mela dostała udaru
i niestety odeszła nie odzyskawszy przytomności. I wujek nie poleci na jej pogrzeb, bo córka
Meli sobie nie życzy jego obecności w Goteborgu i to wszystko nieco go podłamało. A gdy się
zapytał co w takim razie ma zrobić z rzeczami Meli, może córka chce jakieś pamiątki po niej,
to usłyszał by wszystko wyrzucił po prostu na śmietnik. Iza usłyszawszy takie  "rewelacje"
powiedziała: to wsiadaj w samolot i przyleć do nas. Zamknij warsztat i przyleć. I albo łap
najbliższy bezpośredni lot do Werony albo jakiś  "łamany", może przez Pragę. Tylko zadzwoń
którego dnia będziesz. I nie zapomnij wziąć kluczy od tego naszego tu mieszkania. Nie chcę
byś  w Warszawie siedział sam i rozmyślał  nad tym co się stało. Ja pracuję raz rano raz po
południu i tylko 6 godzin. To ewentualnie tylko sześć godzin będziesz sam, a potem ze mną.
Jacek albo wraca do domu po 8 godzinach albo nie, pracuje jak wariat, wiecznie siedzę sama
w domu.To przynajmniej  posiedzimy sobie razem. Weź czapkę i ciepły szalik, tu czasem jest
nawet mróz. Przyleć, bardzo cię proszę. Jeżeli będę mogła to będę na lotnisku, więc podaj mi
dokładne namiary przylotu.
Iza była  naprawdę zdruzgotana tą wiadomością - nie tyle faktem śmierci Meli, co reakcją jej
córki. Zatelefonowała do Fabia i opowiedziała mu co się stało. Fabio powiedział krótko - lecę
do niego jutro rano. Zaraz do niego zatelefonuję. W dwie godziny później Fabio zatelefonował
do Izy,  że rozmawiał z jej wujkiem, poza tym już ma bilet na  samolot i następnego dnia
wieczorem będzie w Warszawie i zatelefonują do niej co dalej.
W kilka dni później przyleciał do Werony wujek, Iza odebrała go z lotniska. Wyglądał kiepsko
i czuł się równie źle jak wyglądał. Przez dwa tygodnie wujek mieszkał u Izy i Jacka.  Chodził
z Izą na zakupy, gdy pracowała rano przygotowywał obiad. Dużo z Izą rozmawiał, czasem
płakał i wcale nie  wstydził się swych łez. Pewnego dnia gdy Iza wróciła z pracy zastała w domu
również Fabia, który przyjechał by zabrać swego przyjaciela do siebie. Gdy dojechali do domu
Fabia, poinformowali ją o tym telefonicznie.
W dwa tygodnie później  wujek postanowił zamknąć firmę, co było równie  trudne jak  jej
otwarcie. W Cechu zawisło ogłoszenie o wyprzedaży różnych rzeczy z powodu likwidacji firmy.
Na szczęście wszystko udało się sprzedać. Rozliczenie z fiskusem przeszło gładko. Ludzie, którzy
znali Melę nie mogli wprost uwierzyć, że umarła. Nie dziwili się, że właściciel zamyka firmę, nie
mieli pretensji, choć byli zasmuceni. Rozczarowana bardzo była Alicja, która  nagle straciła pracę.
Ale pan R. był porządnym człowiekiem i załatwił jej pracę biurową w jednej ze spółdzielni
rzemieślniczych. Oczywiście Alicja i Aleks  nadal mieszkali w mieszkaniu "odziedziczonym" po
Izie i Jacku. Dziwne, ale stosunki pomiędzy braćmi znacznie się pogorszyły, bo gdy wujek przyszedł do rodziców Izy by powiedzieć im o swym nieszczęściu to usłyszał taki tekst: "było się nie żenić
z kobietą starszą od siebie o 10 lat". Wujek zakręcił się na pięcie i czym prędzej wyszedł z tego domu. Ale o tym to Izie nie powiedział. Dowiedziała się o tym zupełnie przypadkiem gdy jej i Jacka
rodzice byli w Weronie.
Gdy firma  już była zlikwidowana wujek zamknął mieszkanie, spakował 2 walizki i poleciał do
swego przyjaciela, do Treviso. Czynsz za mieszkanie uregulował za rok z góry i poinformował
administrację, że wyjeżdża na dłuższy czas. Co jakiś czas przyjeżdżał do Werony a było to na tyle często, że zapragnął kupić sobie  w Weronie jakieś małe mieszkanie. I kupił. Dwa pokoje z kuchnią, nowe, w nowo wybudowanej dzielnicy, parter.
Praca Jacka  pomału posuwała się do przodu. Razem ze swym  promotorem wyjechał na dwa tygodnie do Francji i tam w  jednym z Instytutów otrzymał  propozycję pracy gdy  tylko skończy
i obroni doktorat. Gdy wracali profesor L., który słyszał tę propozycję zapytał wprost czy Jacek
po obronie zostanie we Włoszech czy pojedzie do Francji. Przecież ja po stypendium powinienem
wrócić do Polski- zauważył Jacek.
Ale wcale  pan nie musi, może pan pracować u nas. Albo we Francji.
Panie profesorze, jak na razie to jeszcze daleko do końca, ale wolałbym nie zmieniać Werony na Paryż.
To dobrze, bardzo dobrze, podsumował profesor L. W półtora roku później gratulował swemu
doktorantowi tytułu doktora.
Ku wielkiemu niezadowoleniu rodziców  Jacek i Iza postanowili pozostać we Włoszech.
Iza kilka razy była w ramach swego urlopu na Murano w pracowni znanej artystki i wykonała
kilka naprawdę pięknych drobiazgów.
Wujek w końcu zamieszkał  w domu ojca Fabia. Kupione w Weronie  mieszkanie wynajmował
turystom. 
"Pozbierał" się w końcu po  śmierci Meli, u "Jacków" bywał przynajmniej raz w  miesiącu. On
i Fabio odwiedzali ich na zmianę.
Iza  zrobiła kolejną specjalizację w fizjoterapii i zmieniła pracę na lepiej płatną i ciekawszą.
Pomimo wielu obaw zdecydowała się na dziecko- urodziła silnego, zdrowego chłopca, któremu
na imię dali ......Fabio.
Duży Fabio z wielką ciekawością i czułością spoglądał na swego imiennika. Obaj przyjaciele
przez cały okres urlopu macierzyńskiego Izy gościli ją z maleństwem u siebie.
Gdy Iza wróciła do Werony przez jakiś czas mieszkali na zmianę w Weronie służąc Izie za
opiekunki do dziecka. Jacek się nabijał z nich, że jeszcze trochę a zaczną małego karmić
własnym mlekiem.
Ojciec dużego Fabia dożył szczęśliwie 96 lat, do samego końca zachowując trzeźwość umysłu
i  całkiem niezłą sprawność  fizyczną.
Iza i Jacek sprzedali w Polsce swe spółdzielcze  mieszkanie, które po dwuletnim poślizgu było już
gotowe do odbioru- transakcję w ich imieniu przeprowadziła kancelaria prawna.
Mieszkanie, w którym mieszkali przed wyjazdem kupili Alicja i Aleks.
I tu się kończy historia Izy i Jacka. Wiedli w tej Weronie spokojne życie w towarzystwie dwóch
prawdziwych przyjaciół.
                                                              
                                                                      KONIEC







poniedziałek, 17 sierpnia 2020

Zastępstwo - XXIX

Do swego pensjonatu dotarli późno, więc Fabio znów został na noc w pokoju wujka. Kolację
tym razem zjedli  w jednej z małych knajpek. Iza zamówiła sobie tylko sałatkę, panowie
nie pogardzili mięsem z grilla. Gdy kelner przyniósł Izie porcję sałatki Jacek wybuchnął
gromkim śmiechem - kochanie, oni chyba myślą, że ty chcesz paść w domu jakąś kozę lub
inną roślinożerną istotę. Zawartość  talerza Izy była naprawdę imponująca- były tam chyba
wszystkie rodzaje sałat występujących w Europie i jakieś listki, których żadne z nich nie
potrafiło  nazwać oraz surowe, cieniuteńko poszatkowane małe pieczarki, surowe różyczki
brokuła i kalafiora rzymskiego. Obaj panowie z zainteresowaniem spoglądali na Izę  "pasącą
się" surowizną, podczas gdy oni rozkoszowali się gnocchi i mięsem z grilla.
A całe to "zielsko" było przyprawione oliwą i całą masą różnych ziół. Na deser panowie
zafundowali sobie lody, ale  Iza nie odważyła się na stworzenie  takiej  mieszaniny w żołądku.
Wszyscy byli zmęczeni, lecz Iza zarządziła wieczorny spacer nad morzem, żeby jednak złapać
nieco świeżego powietrza. i ruchu.
Gdy rano wstali Fabia już nie było, nie czekając na śniadanie wyjechał do Treviso, do ojca.
Siedząc na plaży omawiali z wujkiem poprzedni dzień. Wyglądało na to, że będą mieszkać
w obejrzanym wczoraj mieszkaniu. Miało 75 metrów kwadratowych powierzchni, więc na
dwie osoby, nawet goszczące od czasu do czasu jedną lub dwie  osoby było wystarczająco
duże. Wyglądało na to, że życie rodzinno-towarzyskie toczy się głównie w kuchni, była
naprawdę przestronna. Izie bardzo podobał się "kredens" - był naprawdę zaprojektowany
dobrze i ładnie się prezentował. A podłogi zdaniem Izy były super, bo łatwo można było
utrzymać je w czystości i nie wymagały żadnego pastowania i froterowania, a wyglądały
jak dobrze utrzymany parkiet. Wujek się śmiał, że gdy przyjedzie za rok to Iza będzie
miała kilka koleżanek z pralni.No jasne, śmiała się  Iza i zrobię karierę niczym pewna
francuska praczka.
Izuniu- zaczął wujek - obiecałem ci wyjaśnić skąd  mam pieniądze - a więc posłuchaj.
Pewnie wiesz, że twój tata i ja jesteśmy przyrodnimi braćmi- ojca mieliśmy jednego, ale
dwie różne mamy. Otóż moja mama pochodziła z bogatej rodziny, jej dziadek i ojciec
byli młynarzami. Skrupulatnie ciułali pieniądze, nie przepijali ich, odkładali, oszczędzali.
I obaj mieli tzw. głowę na karku i dobrze je inwestowali. Twój dziadek ożenił się z moją
mamą głównie  z dwóch powodów-po pierwsze to owdowiał a w domu był twój trzyletni
tata, który aniołkiem nie był a do tego wymagał opieki. Interesował go również jej posag.
Moja mama miała  26 lat i przeżyła zawód miłosny, bo gdy jej ojciec powiedział, że nie
da jej posagu "na stracenie" tylko będzie jej co miesiąc wypłacać jakąś kwotę, to ten w niej
rzekomo bardzo zakochany chłopak wycofał się  natychmiast. I wtedy na horyzoncie
pojawił się twój dziadek, który bardzo potrzebował opieki dla swego synka. Nie wiem,
czy moja mama była w nim zakochana czy może  miała już dość słuchania, że jest już
"starą panną", a może żal jej było małego chłopca, pozbawionego opieki matczynej -
być może, że było to wszystko razem. W każdym razie wyszła za niego za mąż i w rok
później ja się urodziłem. Moja mama dostała od swego ojca posag, więc nie cierpieli
biedy, nawet w czasie obu wojen, chociaż  bardzo wiele stracili. Oprócz tego była
spadkobierczynią swego ojca, który wszystkie oszczędności (a było tego sporo) trzymał
w banku szwajcarskim. I myślę, że moja mama za bardzo nie kochała swego męża, bo
o tym spadku to nic nie wiedział.  Moja  mama bardzo przyjaźniła się z pewną Niemką,
która wyszła za mąż za Szwajcara.  O tym, że lada moment może wybuchnąć wojna to
przyjaciółka mojej mamy była głęboko przekonana i namówiła moją mamę, by poszła
koniecznie do prawnika i napisała  testament, że w razie jej śmierci ja będę dziedziczył
to wszystko co jest na koncie jej ojca w banku. W połowie  sierpnia 39 roku ta Niemka
wraz ze swym mężem wyjechała do Szwajcarii i złożyła w banku ten dokument.
Napisała  nawet do  mojej mamy list z informacją, że dokument jest złożony w takim to
a takim banku w Zurichu i byłoby najlepiej by moja mama zabrała dzieci i przyjechała
czym prędzej do Szwajcarii, ale mama nie chciała. Nigdy nie wyjeżdżała z Polski, poza
tym chyba wierzyła, że wojna się skończy lada chwila a Niemcy to kulturalni ludzie,
przecież była o tym przekonana, bo się z Niemką przyjaźniła. Wojna się skończyła,
nasz ojciec umarł, socjalizm kwitł, twój ojciec zaczął studiować, ja nie paliłem się
do studiów, zacząłem "robić w szkle" i zarabiać pieniądze, w końcu trzeba było z czegoś
żyć. Mieszkaliśmy cały czas w tym samym miejscu i któregoś dnia dostałem list z Pragi
Czeskiej. Ten ktoś pisał, że jest synem tej a tej  Niemki, która rozwiodła się, wyszła
drugi raz  za mąż za....Włocha. Mama umarła, a on przed  jej śmiercią przyrzekł, że
odnajdzie moją matkę i mnie. I korzysta z faktu, że jest w Pradze i przyjedzie do Polski.
 I będzie mieszkał w hotelu Europejskim i  podał swe nazwisko i prosi o kontakt.
Spojrzałem  na datę- miał być w Polsce następnego dnia. List był pisany po angielsku.
Dobrze, że się tego angielskiego kiedyś tam uczyłem. Następnego dnia pognałem do
hotelu. Przezornie wyciągnąłem go stamtąd i pojechaliśmy na cmentarz, by swobodnie
porozmawiać porządkując grób  moich rodziców. I tak się zaczął mój kontakt z Fabio
i nasze wspólne interesy. Przyjaźniły się nasze matki, teraz  my się przyjaźnimy. Moje
"bogactwo"  to spadek po moim dziadku. I mogę nim rozporządzać w dowolny sposób.
Często inwestuję  wspólnie z Fabio i zawsze nam te  biznesy wypalają. I konto rośnie.
Oczywiście chyba nie muszę wam mówić, żebyście zachowali dyskrecję i nie mówili
o tym swym  rodzicom, tym bardziej, że to ich nie dotyczy. A, jeszcze jedno - Mela nic
nie wie o tym moim koncie w Szwajcarii - gdyby wiedziała o nim ona to i pół Polski
razem z nią by o tym wiedziało. Nie mam własnych dzieci, ale mam ciebie a ty i Jacek
jesteście tymi , dzięki którym spłacę mój dług wobec mojej  matki. Mama zawsze mi
powtarzała, by dawać  pieniądze tylko tym, którzy  potrafią z nich prawidłowo
korzystać, a więc na naukę i mądre inwestowanie we własny rozwój lub zdrowie. Albo
 je pomnażać prowadząc dobre interesy.
Mam przemożną chęć wyemigrowania z Polski i zamieszkania w Szwajcarii lub we
Włoszech. Fabio namawia mnie bym zamieszkał razem z nim w domu jego ojca.
Stwierdził, że zniesie nawet szczebiot  Meli. Ale jeszcze z nią o tym nie rozmawiałem.
Mela wolałaby pewnie mieszkać w mieście niż na wsi, czy małym miasteczku. I tu się
nasze preferencje rozbiegają w różne strony. Poza tym ona tęskni za córką i raczej
wolałaby mieszkać w Szwecji niż we Włoszech.
No i to tyle. Czasem obaj z Fabio odnosimy wrażenie, że jesteśmy braćmi, ale takimi
bardzo się kochającymi. I, przepraszam, że to powiem, ale  tak wygląda prawda, jestem
z nim bardziej uczuciowo związany niż z twoim ojcem. Mam wrażenie, że gdzieś bardzo
głęboko w jego umyśle tkwi przekonanie, że jestem winny tego że zniknęła jego mama-
zniknęła mama a na scenie pojawił się konkurent. Podobno mój ojciec był bardzo dumny
z faktu, że spłodził syna i strasznie się tym chwalił- młoda żonka i syn, brawa dla tego
człowieka! A mama traktowała nas  tak samo. A rękę panna młynarzówna miała ciężką.
A ja myślałam, że jesteście poróżnieni z powodu mojej mamy, przecież jednego z was
odrzuciła, albo że tata boi się, że mama żałuje po latach swej decyzji.
Wiesz, chyba obaj z twoim ojcem należymy do tych, którzy nie dadzą się poróżnić tylko
z tego powodu, że jednego z nas  odrzuciła dziewczyna.
Jakiś czas z tego powodu cierpiałem, ale było - minęło.
Kłócimy się głównie dlatego, że twemu tacie się wydaje, że wszystko wie lepiej bo jest 
cztery lata ode mnie starszy i skończył studia a ja nie. 
No tak, to cały tata- on zawsze wszystko wie lepiej. Czasem muszę mu przypominać
że już jestem mężatką i nie podlegam jego jurysdykcji.
Następnego dnia pojechali do Werony. Po opowieści wujka  o historii rodziny Iza i Jacek
w pewnym sensie zobaczyli Fabia na nowo. W oczach Jacka  Fabio już nie był włoskim
podstarzałym podrywaczem i uroda Fabia jakoś przestała mu przeszkadzać. Natomiast
Iza przestała go podejrzewać, że jest zakamuflowanym mafioso.
Jeszcze raz poszli obejrzeć mieszkanie i Fabio bardzo dokładnie spisał to wszystko co
kupią razem z mieszkaniem, poszli nawet do pomieszczenia pralni i Fabio uruchomił
pralkę czy aby jest sprawna, a towarzyszący im pracownik agencji nieruchomości podpisał
listę sporządzoną przez Fabia. Trochę długo to trwało, bo Fabio liczył zastawę stołową,
spisał z tabliczek znamionowych numery  kuchenki gazowej, telewizora, pralki, policzył też wszystkie garnki i zastawę stołową i wszelakie sztućce. Iza był tym zdziwiona, ale Fabio
jej wytłumaczył, że jego rodacy potrafią być mało uczciwi w interesach i w międzyczasie
podmienić nowe wyposażenie na stare. A w ten sposób będą mieli z wujkiem możliwość
sprawdzenia czy nic nie zostało podmienione. Po tym swoistym remanencie  wujek i
Fabio poszli na spotkanie z pełnomocnikiem  prawnym właściciela, a Iza z Jackiem
wpierw na kawę a potem na zwiedzanie miasta.
Najmniej byli zainteresowani bohaterami Szekspira, który nigdy nie był w Weronie. Nie
wykluczone jest, że kiedyś nazwiska obu rodów występowały na tym terenie, ale nie ma co
do tego 100% pewności. I bez Romea i Julii Werona ma mnóstwo ciekawych pod względem historycznym miejsc, bo to bardzo stare miasto.
                                                c.d.n.


















niedziela, 16 sierpnia 2020

Zastępstwo - XXVIII

Do Werony dotarli koło południa, o 12,30 spotkali się z osobą, która  miała im pokazać oba
mieszkania.Zaczęli od mieszkania tańszego, ale większego. Mieszkanie miało ponad 104 m
kwadratowe powierzchni, miało 2 sypialnie, 2 łazienki, pokój dzienny, bardzo dużą kuchnię
i łazienkę do remontu. Było usytuowane w  czteropiętrowym budynku na drugim piętrze.
Do Uniwersytetu było stąd zaledwie 600 metrów. Ale umeblowanie było wyraźnie zbieraniną
już niepotrzebnych mebli. Jedynie w kuchni były  meble nowe w przerażającym swą ostrością
pomarańczowym kolorze. A łazienka nie dość, że była do remontu to była wąską kichą i nawet
obecność dwóch umywalek i bidetu nie ratowała sytuacji. Podłogi były wszędzie z gresu.
Wszyscy byli zdegustowani tym mieszkaniem- ani ładne ani wygodne, a bliskość uczelni nie
rekompensowała wcale wszystkich jego mankamentów.
Następne mieszkanie było w wolno stojącej dwupiętrowej kamienicy, na pierwszym piętrze.
 Były to trzy pokoje ze sporą kuchnią, w której stał duży stół, przy którym z powodzeniem
mogło siedzieć sześć osób.
Meble były z ładnego, jasnego drewna, zestaw szafek stojących i wiszących tworzył w sumie
duży, pojemny kredens. Poza tym był to kredens ze sporą ilością naczyń, wystarczającą na 
cztery osoby.
W sypialni stało typowe łoże na dwie osoby, z nowymi materacami i pościelą. Poza tym stała
tu trzydrzwiowa szafa. Jedne drzwi miały lustro. Stały też dwa ażurowe manekiny jako wieszaki
na zdejmowaną przed snem  odzież - jeden miał sylwetkę kobiecą, drugi męską.
Wezgłowie pełniło również rolę nocnej szafki, miało 35 cm szerokości, stały na nim dwie nocne lampki, z obu jego stron, już poza łóżkiem przechodziło w półeczki. W drugim pokoju, stała sofa,
którą można było rozłożyć  i mogły na niej również spać 2 osoby. Poza tym był stolik
okolicznościowy, dwie  komody z szufladami i szafkami, "kompleks RTV" i wielce
przytulny fotel. Ten pokój miał wyjście na  balkon wyposażony w kolorową markizę. Na
 balkonie mieścił się mały składany stolik i  składane krzesła - wszystko drewniane. Trzeci pokój
 był wyraźnie pokojem do pracy- stało tu biurko i trzy regały z krytymi szafkami, stała sofa,
ale nie rozkładana z dwom małymi stolikami, mieszczącymi się jeden pod drugim.
Łazienka  miała pełnowymiarową wannę wyposażoną w składaną osłonę by można było korzystać
z samego prysznica bez zalewania  łazienki. Poza tym była  duża umywalka z lustrem za którym
kryły się półki  na kosmetyczne  akcesoria.  Obok, odgrodzone cienką  ścianą było WC i bidet.
Pralka była   we wspólnej pralni (pralek tyle co mieszkań) w suterynie. Tam też była suszarnia.
W całym mieszkaniu oprócz łazienki podłogi były z terakoty imitującej parkiet. Iza zaraz stanęła
na niej boso i ze zdziwieniem  stwierdziła, że wcale nie była ta podłoga zimna.
A do Uniwersytetu było stąd trochę dalej, nieco ponad kilometr, no może półtora, bo wejście na
teren było od innej strony.
Wszystkim się to mieszkanie bardzo  podobało. Człowiekowi, który im je pokazywał powiedzieli,
że podoba im się to mieszkanie, więc je rezerwują, wiążącą odpowiedź dadzą za kilka  godzin.
Po wyjściu z tej kamienicy obejrzeli jeszcze dość dokładnie sąsiedztwo. Niedaleko była piekarnia
i kilka sklepów. Podeszli do najbliższej  kafejki - Iza jak zwykle zamówiła  duże cappuccino i ciasteczka migdałowe, panowie espresso. Gdy tylko usiedli wujek zapytał się czy odpowiada im
to mieszkanie . Iza stwierdziła, że bardzo, Jacek potwierdził a Fabio powiedział-  no to je kupimy.
To będzie świetna inwestycja.
Jak to kupimy- zdziwiła się Iza- przecież chcemy je wynajmować.
Oczywiście będziecie je wynajmować, ale od  Fabia i ode mnie. Chyba milej wynajmować coś od osób, które się zna niż od obcych ludzi. To nie pierwsza moja spółka z nim. Jak dobrze pójdzie za dwa tygodnie wszystkie  formalności będą  zakończone. Będziecie  tu mogli mieszkać jak długo będziecie  chcieli. No co was tak zatkało?
Mnie zatkało wujku, bo przecież  kupno mieszkania to nie kupno paczki Marlboro w kiosku,
głównie z powodu ceny.
Masz rację, ale właśnie dlatego kupujemy je do spółki.  Przecież nie wezmę tych pieniędzy, które przez te wszystkie lata zarobiłem, ze sobą do grobu. Dzieci nie mam, mam tylko ciebie.
Mam wrażenie, że  ciebie , Izuś, dręczy myśl skąd ja  mam pieniądze w kraju, gdzie prywatna
inicjatywa jest systematycznie  gnębiona, żeby nie powiedzieć dobitniej- gnojona. Opowiem  ci
wszystko gdy wrócimy do Jesolo. A teraz Fabio  zatelefonuje  do tej agencji i umówi  nas  na
rozmowę w sprawie kupna tego mieszkania.Zastanów się jeszcze chwilę, czy na pewno ono
ci odpowiada.
Odpowiada, ale ja nie chcę być twoją wieczną dłużniczką. Wujek poklepał ją po ręce - to ładnie,
że tak myślisz, ale wiesz? -my wszyscy jesteśmy wiecznymi  dłużnikami swych rodziców, którzy ładowali w nas swe siły i pieniądze wychowując nas. A spłacamy dług wychowując swoje dzieci
dając im wszystko na co tylko nas stać.
Jest jeszcze jedna sprawa - kupujemy to mieszkanie z tym wyposażeniem, czy chcecie sami się
bawić w meblowanie? Fabio, a jakie jest  twoje zdanie na ten temat?
No to jak  Iza i Jacek zdecydują, ale te meble są nowe, nieźle dobrane wielkością, a ta cena
mieszkania wyraźnie je obejmuje. I jak na moje rozeznanie jest  atrakcyjna jak na tę dzielnicę,
bo to blisko centrum. To Borgo Roma. Tamto poprzednie, gdyby miało wykończoną łazienkę,
byłoby droższe bo  jest w Borgo Venezia, jeszcze bliżej historycznego centrum. To jest, wg mnie,
w ładniejszym budynku- to stara kamienica, tradycyjnie budowana, ale po generalnym remoncie,
tamto było już powojennym budownictwem. Zauważyliście jaką ładną balustradę ma   balkon?
I ma też ładną podłogę, też terakotę a nie betonową szlichtę jak u nas w Warszawie, dodała Iza.
No to posiedźcie tu jeszcze trochę, ja się przejdę  umówić nas na rozmowę z właścicielem
lub jego przedstawicielem  prawnym- powiedział Fabio wstając z miejsca.
Gdy zostali sami Iza powiedziała- skóra mi cierpnie  na myśl o przeprowadzce i pakowaniu tego
co musimy wziąć i  o załatwianiu formalności. Bo będziemy robić listę mienia przesiedleńczego i
wysyłać to przez UPS i wyślemy to chyba ze trzy dni przed wyjazdem, żeby nie dotarło to przed
nami.
Izuniu, bardzo możliwe, że to wszystko zmieści się w moim busiku- nie będziesz brała całego wyposażenia kuchennego, ani mebli, z pościeli to pewnie tylko jedną poduszkę i kołdrę, może
koce , oraz  bieliznę pościelową, to co Jackowi potrzebne i tobie potrzebne do pracy, kilka
ulubionych książek i wasze rzeczy osobiste.  Zapomnieliśmy sprawdzić czy jest gdzie postawić samochód, bo "sprzedam"  ci citroena, nie będzie  potrzebny, bo nikogo na twoje miejsce nie
zatrudnię. Ograniczam działalność, najchętniej bym w ogóle zlikwidował, ale mi ludzi  żal,
tych co  mają już  niedużo do emerytury. Mam już dość wiecznego użerania się z fiskusem.
Tak  najchętniej zamieszkałbym w Szwajcarii w jakiejś niedużej miejscowości.  Może  gdzieś
nad  Jeziorem Genewskim?  A może na  peryferiach Zurichu? I jeszcze  jedno- dajcie do tłumacza
przysięgłego wszystkie wasze ważne dokumenty - będziecie tu minimum 2 lata, a może dłużej,
bo robiąc doktorat może się  Jacek nie zmieścić w 2 latach więc lepiej jest mieć przetłumaczone- wszystkie dyplomy, świadectwa itp.
Po przeszło godzinie wrócił Fabio, trochę zły, bo umówili się na spotkanie dopiero za dwa dni.
No cóż, musiałem na to się zgodzić, skoro prawnik nie miał wcześniejszego terminu. W związku
z tym wracamy, Weronę zwiedzicie gdy my będziemy załatwiać wszystkie  formalności. Włosi
nie są szybcy  tej materii, kilka godzin nam to zajmie.
Teraz po drodze wpadniemy gdzieś na lunch.

                                                                   c.d.n.




sobota, 15 sierpnia 2020

Zastępstwo - XXVII

Jak ogólnie wiadomo, "nic nie jest darmo za wszystko się płaci", choć nie zawsze pieniędzmi.
Przygotowanie się do wyjazdu wymagało od obojga maksymalnego skupienia i wiele pracy.
Dla własnej wygody uczyli się oboje włoskiego prywatnie. Uczyli się nową metodą, czyli
gotowych zwrotów, do których można było podstawiać inne słówka.
Iza gorączkowo porządkowała  w pracy różne dokumenty, czego nie zrobiła jej poprzedniczka,
czyli Mela. Wprawdzie wujek twierdził, że w razie potrzeby to wszystko odnajdzie, ale Iza
wolała by wszystko zostało uporządkowane, posegregowane i opisane.
Dokupiła  nieco segregatorów, skoroszytów zawieszkowych, przekładek i naklejek. Z szafy
zaczęły znikać "kupki" dokumentów, które znajdowały teraz własne miejsce.
Oboje z Jackiem  ciągle robili listy tego co z całą pewnością muszą wziąć ze sobą.Werona nie
była  na końcu świata, ale jakby nie spojrzeć nie była w sąsiedniej dzielnicy, więc wypraw po
coś zapomnianego  należało jednak w przyszłości unikać.
Iza liczyła się  z tym, że Jacek pojedzie pierwszy a ona dojedzie w miesiąc lub dwa później.
Ale wujek tylko się skrzywił - co za sens urządzać dwie przeprowadzki. Na razie musimy
zaczekać co Fabio załatwi. Czekam na wiadomości od niego, żebyśmy sobie zarezerwowali
lot. Najlepiej by to były pierwsze dni września. Na razie muszę wyekspediować Melę do  jej
córki. Ona chce tam popłynąć a nie polecieć. A potem będzie mi przez pół roku jęczeć, że
cały czas  miała mdłości. Chwilami brak mi do niej cierpliwości- zestarzała się czy co?
A może to raczej ty masz  z wiekiem  coraz mniej cierpliwości? - śmiała się Iza. A płynęła
tam kiedyś? Tak - i "z nerwów" wypiła dwa kieliszki wina a potem chorowała.Przecież to
nonsens. Wpierw się wlec promem, a potem kawał drogi pociągiem. Ale ona panicznie się
boi latania samolotem. Wpierw się trzęsie ze strachu przy starcie, potem przy lądowaniu.
Wujku, to prawidłowo- start i lądowanie to są dwa najtrudniejsze momenty dla samolotu.
Ja tylko raz się ogromnie  bałam bo była paskudna mgła gdy lecieliśmy do Sofii-byłam
pewna, że zaczekamy aż ta mgła opadnie a jednak wystartowaliśmy. Gdy wlecieliśmy w taką
warstwę  białej waty to zamknęłam oczy i tylko czekałam kiedy spadniemy, a gdy potem
otworzyłam oczy to lecieliśmy w słońcu i w Sofii była pogoda.
Wujku, a powiedz mi, co miałeś na myśli mówiąc, że twoje modlitwy w  sprawie stypendium
Jacka odniosły skutek? Bo coś mi się widzi, że chyba nie o taką  prawdziwą modlitwę szło.
Czy nie sądzisz, że zadajesz mi za dużo niedyskretnych pytań?  I to ty, taki wzór dyskrecji?
Powiedz mi Iza, gdzie jest w tej chwili Jacek?
Iza zerknęła na zegarek- no chyba w pracy, sądząc po tej godzinie. Czyli jest nadal w  Polsce.
Porozmawiamy o wszystkim gdy już będziecie w Weronie a ja będę u was z wizytą. Bo mam
nadzieję, że mnie zaprosicie.
Iza spojrzała na wujka i cicho powiedziała- rozumiem, że będzie to wykład z zasad wiary tylko
dla mnie. Wujek uśmiechnął się - mądra z ciebie kobieta. A ja bardzo cenię mądre kobiety.
A możesz mi wujku powiedzieć o co się znów pokłóciłeś z tatą?
O politykę. Wujku, nie żartuj, przecież się polityką nie zajmujecie. Ale mamy inne poglądy. On
uważa, że skoro jest ode mnie 4 lata starszy to wie wszystko lepiej ode mnie.
A może powinniście razem jakiś sport uprawiać i tam wyładowywać nadmiar  energii żeby nie
zamieniała się w  agresję.
No przecież się nie bijemy, tylko sprzeczamy. A ty się Iza z nim nie kłócisz nigdy?
Nie, ja tylko raz powiedziałam, że choć jestem jego dzieckiem to nie jestem ani jego ani mamy własnością i dobrze wiem co mogę a czego nie mogę robić i mam prawo mieć odmienne niż oni poglądy na wiele spraw. Zatkało ich wtedy. Ojciec się wtedy 2 tygodnie  do mnie nie odzywał.
I w ramach odmiennych poglądów, gdy się żeniłeś z Melą, miałam votum separatum, bo
walnęłam, że gdybyś się żenił ze 20 lat młodszą siksą to nikt by nie miauknął.
A wiesz, ja to się lepiej dogaduję z mamą Jacka  niż z własną. Ona ma lepsze poczucie humoru.
Usiłuję sobie wyobrazić jak nam z Jackiem będzie w tej Weronie. Sama to bym nie chciała być
w obcym mieście i obcym kraju. Jak go znam to on pewnie też nie. Tamto stypendium odrzucił
i jestem przekonana, że wcale nie z obawy o to, że straci mnie, tylko po prostu nie czuł się
na siłach by być tak daleko od domu. Teraz ma inną sytuację, ma żonę, która z nim będzie i inną pozycję na uczelni, wtedy był tylko studentem, jeszcze nie miał napisanej pracy magisterskiej.
A  wiesz wujku, Mela tak ładnie i serdecznie o nas powiedziała. Miło było to słyszeć.
Mela po prostu powiedziała prawdę. Przeszła gehennę z własną córką, która zakochała się 
w starszym od siebie redaktorze- alkoholiku i w żaden sposób Mela nie mogła jej wytłumaczyć,
że wiązanie się z alkoholikiem nie jest dobrą rzeczą. Niestety jej córka zrozumiała to dopiero gdy
namacalnie przekonała się, że  zostawienie dziecka z pijącym tatą nie było dobrym pomysłem.
I dlatego namówiłem żonę wnuczka Meli by się jednak z pijakiem i hazardzistą rozwiodła.
Iza, powiedz mi prawdę- jak ty się wyrabiasz czasowo, skoro  masz codziennie ten włoski?
Może będziesz wychodziła z godzinę wcześniej w te dni kiedy ja nie będę poza biurem? Bo
nie chcę być niemiły, ale jakoś zmarniałaś ostatnio, wyglądasz na zmęczoną.
Iza wyciągnęła lusterko z szuflady i zerknęła w nie - ee, po prostu nie zrobiłam dziś makijażu.
Za bardzo się rano spieszyłam, trochę zaspałam. A każde 5 minut późniejszego wyjścia z domu
to większe korki na dojeździe tutaj. Ciekawa jestem jak będzie w Weronie.  Ciasno- to pewne..
To bardzo stare miasto- i nałaziłem się po nim setnie, rzekł wujek..Ale co innego zwiedzać  a co innego tam żyć. No właśnie, trochę się niepokoję, ale nie mów o tym nikomu, dobrze wujku?
No pewnie, nikomu nie powiem, nawet Meli- zaśmiał się wujek. Będzie dobrze- zobaczysz.
W kilka dni później Fabio skontaktował się z wujkiem i ustalili termin przylotu do Włoch
via Zurich. Tym razem  mieli zacząć od  pobytu nad morzem i stamtąd robić wypady do Werony.
I znowu  pobyt w Zurichu był krótki, w tym ze 2 godziny w banku,teraz i Jacek miał założone
konto. Potem jeszcze  była wizyta w kancelarii prawniczej, ich wizyta ograniczyła się do uścisku dłoni prawnika, któremu oboje  zostali przedstawieni co brzmiało; "spójrz, to moja bratanica  i jej mąż, wspaniali ludzie, ona będzie dziedziczyć po mnie" i wypiciu kawy gdy czekali na wujka.
Potem już tylko lot do Treviso i zostali wyściskani przez Fabia i odstawieni do znanej już sobie
willi w Jesolo. Tym razem Fabio nie wracał do Treviso, bo następnego dnia rano mieli jechać
do Werony. Iza niemal ze złami w oczach witała się w myślach z krajobrazem roztaczającym
się  z tarasu. Morze było spokojne, sięgająca daleko w morze płycizna lśniła zielonkawo, za nią
morze zmieniało kolor na bardzo ciemno niebieski- tam już było głęboko. Plażą jechał mały
traktorek zbierający śmiecie a za nim co chwilę nadlatywały mewy. Plaża była już pusta, parasole
pozwijane, fotele i leżanki równo poustawiane w rzędy. Gdy tak stała przy balustradzie podszedł
wujek i ją objął  ramieniem - no i co wspólniczko? Zadowolona jesteś? Oj tak, tęskniłam za tym
widokiem. Mogłabym tu mieszkać. 
Przez pewien  okres roku z pewnością tak ale zimą to raczej już nie, ale od kwietnia do końca
września jest to całkiem przyjemne- stwierdził wujek. Chodź , idziemy coś zjeść a potem ruszymy
"w miasto". W czasie kolacji zastanowimy się w jakim kolorze lody będziemy dziś  kupować.
Fabio będzie dziś nocować  w moim pokoju, bo zaraz po śniadaniu pojedziemy do Werony. Miało
być inaczej, ale interesy żyją własnym życiem. Jutro obejrzymy dwa mieszkania, które są blisko
 uniwersytetu. Jedno większe, drugie mniejsze i co zabawne, większe jest tańsze, bo w większym budynku. W Weronie wszystko ma znaczenie. No i obydwa są umeblowane. Fabio wspominał coś,
że w tym tańszym to trzeba by jeszcze wyremontować łazienkę. A ja wiem, że tu remonty są tak
samo dokuczliwe  jak w Polsce-  ciągną się , ślimaczą i zawsze jest masa problemów.Pod wieloma
względami Włosi są podobni do Polaków - tacy sami bałaganiarze, tylko weselsi i życzliwsi.
W Jesolo chyba była wymiana turnusów, bo było zdecydowanie mniej ludzi niż w ubiegłym sezonie.
Ulicami spacerowało sporo jeszcze "bladych twarzy", tych już opalonych na czekoladowo było mało.
Ale było też kilka całkiem  świeżutko spieczonych buziek, dekoltów i ramion. Degustacja  lodów
wypadła całkiem dobrze. Iza stwierdziła, że nie wie czemu, ale te oryginalne włoskie są jednak
lepsze niż  "lody włoskie" w Warszawie.  Jacek machnął ręką - wolę się nie zastanawiać zbytnio nad
ich składem bo jest cała masa substancji chemicznych których dodanie do pokarmu poprawi jego smak i konsystencję. Można zrobić dżem z dyni, dodać do niego esencję o zapachu pomarańczowym
i wszyscy będą pewni, że konsumują dżem pomarańczowy. Po krótkim spacerze  po Jesolo wrócili
do pensjonatu. Iza jeszcze tylko po wieczornej kąpieli wyszła na taras, posłała w dal jakieś sekretne
życzenia i w kilkanaście minut później spała w ramionach Jacka. A wujek z Fabio jeszcze długo
w noc rozmawiali o interesach.
Punktualnie o 8 rano zjawili się wszyscy na śniadaniu, po którym wyruszyli do Werony.

                                                  c.d.n.






piątek, 14 sierpnia 2020

Zastępstwo - XXVI

Dobre lody, podobnie  jak i dobra muzyka, łagodzą obyczaje i poprawiają ludziom humor.
A może i była to zasługa Meli, która w pewnej chwili powiedziała: kochani wy nawet nie
zdajecie sobie sprawy z tego, jakie macie  cudowne dzieci. Nigdy nie  mieliście z nimi
kłopotów, zawsze dobrze się uczyli, bez problemu pokończyli szkoły. teraz też was nie
obarczają żadnymi swoimi kłopotami. Dla mnie to cudowne dzieci. I bardzo podziwiam
Jacka, że jest taki zdolny i że jego starania na uczelni wieńczy sukces. Nie każdemu
wszak proponują by otwierał przewód doktorski. Przecież to oznacza, że to co on robi
jest ważne i potrzebne.Dobrze, że Iza będzie z nim razem, mężowi często jest potrzebne
wsparcie żony a czasem tylko jej spojrzenie i poczucie jej bliskości. Poza tym trzeba
sobie uświadomić, że dzieci rodzimy nie dla siebie a dla świata. A w dodatku nie
wyjeżdżają na  antypody, będą nadal na tym samym kontynencie i można do nich
dojechać nawet samochodem. Według mnie to Włochy są bardzo przyjaznym krajem do
mieszkania.  Jak tylko tam znajdą mieszkanie to zaraz się do nich wproszę.
No jasne ciociu, będziecie zawsze razem z wujkiem mili widzianymi gośćmi- niemal
chórem odpowiedzieli Jacek i Iza.
My to chyba w tym roku tak jak i w ubiegłym pojedziemy do Włoch- powiedział wujek.
Znów będę miał  kilka spraw do załatwienia na Murano
Wpadniemy też do Werony, żeby się rozejrzeć gdzie można tam znaleźć mieszkanie dla
was. Jutro postaram się złapać telefonicznie Fabia. On też się modlił za powodzenie
Jacka. Iza  spojrzała  na wujka jak na chorego psychicznie, a ten delikatnie do niej
mrugnął i powiedział- wiele osób się modli czasem w jednej sprawie.
I to pomaga? No pewnie im więcej osób tym lepiej. Aha- powiedziała Iza i popadła
w wielkie zamyślenie.
Mela westchnęła żałośnie - nie wiem czy dam radę pojechać, tam jednak jest tak gorąco
latem. Poza tym obiecałam  córce, że przyjadę do niej na miesiąc lub dwa, właśnie latem.
W Goteborgu są podobno piękne parki i ogrody.
Oj Melu, Melu, wybierasz się do niej jak  sójka za morze - powiedział wujek.
To prawda, ale aż się boję spotkania z własnym wnukiem i to mnie tak hamuje. Wy macie
naprawdę szczęście, że macie takie wspaniałe dzieci.
Poszłabym na spacer- oświadczyła Iza. Albo jeszcze chętniej na  basen. Na spacer od  biedy
mogę sama, ale na basen to bym wolała z kimś.
No to przecież pójdę z Tobą, tylko nie mam kąpielówek- odezwał się  Jacek.
Masz- bo je wzięłam ze sobą, mam nawet ręczniki. I swą włoską sukienkę plażową. Idzie
ktoś z nami?
Jeśli nie będę wam przeszkadzał to też się wybiorę - tylko założę szorty- stwierdził ojciec 
Jacka. W kilka minut później zgodnie maszerowali przez las.
Synku, ja naprawdę jestem z ciebie dumny, mama też, tylko nas nieco zaskoczyłeś tym
wyjazdem -  ojciec usiłował wytłumaczyć Jackowi ich brak entuzjazmu.
Rozumiem, ale ja też byłem zaskoczony, życie często  nas przecież zaskakuje. Nie liczyłem
zanadto na to stypendium, ale się z niego cieszę. Naprawdę się sporo namęczyłem pisząc tę
pracę magisterską. W pewnej chwili miałem straszną ochotę wszystko rzucić. Ale wtedy
myślałem, że gdybym wszystko rzucił to bym zawiódł Izę i Was, a tego nie chciałem.
To wszystko bardzo nowe i czasem coś nie wychodzi i człowiek się zniechęca.
Na basenie było niestety pełno ludzi, właściwie o popływaniu można było zapomnieć. Był
bałagan, małolaty z wrzaskiem wskakiwały do basenu zupełnie nie przejmując się faktem, że
akurat ktoś przepływa. Iza popatrzyła chwilę i....zarządziła odwrót. Przecież to nie ma sensu,
nawet nie da się spokojnie przepłynąć jednego basenu - wracamy. Nienawidzę takiego tłoku-
narzekała Iza. I dlaczego nikt nie zwraca uwagi na te  bachory! Przecież mogą sobie albo
komuś wyrządzić krzywdę!
No to zajrzyjmy do kawiarni, ostatnio  mają tu dobrą kawę, chyba mają nowy ekspres, bo
nawet robią prawdziwe cappuccino, albo tylko ta nowa obsługa jest lepsza- zaproponował
ojciec Jacka. No i ja stawiam.
W kawiarni było sporo wolnych miejsc. Młody człowiek stojący za barem rozpromienił się
na widok ojca Jacka- ooo, witam pana inżyniera, witam. Panowie wymienili uścisk dłoni.
A co mam przygotować?- zapytał.  Trzy duże cappuccino, panie Wojtku. I sok pomarańczowy,
z kropelką.
Tata, co to za sok z  kropelką? - zapytał zdziwiony Jacek.
Mój wynalazek podnoszący wybitnie  smak soku. Zobaczysz, choć może określenie "zobaczysz"
nie będzie adekwatne do sytuacji -wyjaśnił jego "twórca".
Wynalazek okazał się być dodatkiem łyżeczki likieru pomarańczowego do 0,3 litra soku i wg
Izy niewiele podnosił smak soku.
Ojciec usiłował dowiedzieć się  czegoś więcej na temat tego stypendium, jego wysokości ,
warunków zamieszkania itp., ale Jacek sam jeszcze nie znał szczegółów. Oczywiście nic nie
wspomniał o tym, że wujka "człowiek w Italii" ma im pomóc wszystko  zorganizować, wynająć
mieszkanie itp. Powiedział tylko, że na początku września pojedzie z Izą i wujkiem do Werony.
Ojciec zapewnił oboje, że zawsze im w razie potrzeby będzie służył pomocą finansową, bo zdaje
sobie sprawę z faktu, że stypendium może nie wystarczyć na życie we dwoje. 
Oboje podziękowali za tę gotowość pomocy, powiedzieli, że przecież nadal mają pieniądze, które dostali na "nową drogę życia" a pomoc rodziców będzie zapewne potrzebna w innym sensie-
pozostawią różne upoważnienia, żeby nie musieli co rusz przyjeżdżać do Polski.
Gdy wrócili na działkę zastali tylko same panie.  A gdzie reszta towarzystwa?  - zapytała Iza.
Wyrzuciłyśmy ich do lasu, bo się zaczęli kłócić, to przecież  ich ulubione zajęcie. Wiecznie się
kłócili, całe dzieciństwo, wiek młodzieńczy i teraz nadal się kłócą. O wszystko. Każdy temat
nadaje się do kłótni. Nawet nie wiem o co się teraz pożarli. Twój ojciec znienawidził swego
brata jeszcze w dzieciństwie, kojarzył sobie jego obecność z brakiem matki.
Mamo, ja tego nie rozumiem, nigdy o tym nie rozmawiałyśmy. Co było nie tak? Inaczej każdego
z nich traktowano w domu?
Chyba nie, ale gdy twój tata miał cztery lata, umarła jego mama a dziadek ożenił się szybko ponownie i spłodził  kolejnego syna. A macocha siłą rzeczy więcej się zajmowała noworodkiem
i  twój ojciec miał podwójny stres - zabrakło mamy, a nowa mama nie za bardzo miała dla niego
czas. Może gdyby od razu nie zaszła w ciążę to mały zdążyłby się do niej przywiązać nim się urodziło następne dziecko. A potem rywalizowali ze sobą o mnie i ja wybrałam starszego, więc
znów był powód do kłótni i zazdrości. To było śmieszne, bo i dziadek i babcia naprawdę obu
bardzo kochali i babcia traktowała  obu chłopców tak samo, młodszy to nawet częściej obrywał klapsy, bo go starszy "wpuszczał w maliny".
No tak, doceniam fakt, że jestem jedynaczką. Przynajmniej nigdy o nikogo nie byłam zazdrosna.
Ale dziadka to ledwo pamiętam , więcej  babcię.
Dziadek był z 15 lat starszy od babci, siłą rzeczy wcześniej umarł.
Oooo, to sobie młódkę wziął za żonę- podsumowała Iza. Ile miała lat babcia  gdy wyszła za mąż?
Podług ówczesnych poglądów zaczynała być "starą panną", bo miała już wtedy ukończone całe
dwadzieścia sześć lat.
Hmm, dwadzieścia sześć lat i stara panna? A jak miała 40 lat to pewnie otrzymywała awans do
grupy leciwych staruszek? Ależ to były straszne czasy!.
Przy furtce pojawili się bracia prosząc o otwarcie furtki, bo nie wzięli ze sobą klucza.
Stary sklerotyk- fuknęła mama Izy- sam wymyślił,żeby zlikwidować klamkę by nikt nieproszony
nie wchodził na posesję a teraz nie pamiętał o kluczu.
My kiedyś z Jackiem wchodziliśmy górą bramy wjazdowej gdy zapomnieliśmy klucza a ty z ciocią
pojechałaś na zakupy.
Nie wy jedni i dlatego podłączyliśmy się do monitoringu.

                                                                   c.d.n.