wtorek, 14 grudnia 2021

Spóźnione uczucia - 13

Helena stwierdziła, że już czas zająć się szykowaniem własnej kreacji - przecież ślub ma być w lutym.  Zupełnie przypadkiem wstąpiła któregoś dnia  do sklepu Moda Polska i, ku swemu zdumieniu, trafiła na całkiem niezłą sukienkę wełnianą - dopasowana do figury zaszewkami, rękaw 3/4, dekolt mały, "blisko szyi", a najbardziej odpowiadał Helenie kolor. Kolor trudny był do określenia - stalowo-perłowy przechodzący w delikatny fiolet. Kolor  zmieniał się w zależności od tego jak na sukienkę padało  światło.
Przymierzyła i jedynym mankamentem była jej długość - ale był to łatwy do usunięcia mankament. Cena była śmiesznie niska jak na wyrób uszyty ze 100% wełny i do tego jeszcze z podszewką. Niedługo się zastanawiała. Sukienka była skromna, ale wystarczyło dodać jej blasku ładnym wisiorem lub dopiąć  ozdobną  broszkę. 
Od razu przyszła jej na myśl broszka w postaci małego bukiecika fiołków - dostała ją kiedyś od swojej już nie żyjącej przyjaciółki. Jadąc do domu pomyślała, że ta sukienka zapewne będzie pasowała kolorystycznie do garnituru Mietka, więc chyba ma  kłopot "w czym do ślubu" - z głowy.
Zostaje tylko decyzja co do zakupu mebli. Kuchnia była już gotowa, pokój dzienny też  miał już wszystkie meble, czekali teraz na sypialnię i wyposażenie przedpokoju oraz na.....kilka luster. Jedno miało być w sypialni w drzwiach szafy, jedno, takie  do ziemi w przedpokoju i jedno, łącznie z oświetleniem do  łazienki. Zima w tym roku nie była uciążliwa i dobrze się mieszkało pod  miastem, więc jakoś nie spieszyli się z zamieszkaniem w Warszawie.
Pierre chodził wymięty i mocno niewyspany, bo bliźniaczki ( w jego opinii) były z piekła rodem- ciągle się wydzierały i najchętniej spały na  zmianę.  Starsze dziewczynki nadal były u babci, Pierre z Krystyną zastanawiali się nad meblowaniem  mieszkania w apartamentowcu.  
Mieli to mieszkanie co prawda duże,  czteropokojowe, ale teraz dostrzegli fakt, że jeden pokój dziecinny to za mało- powinny być dwa.
Helena była u nich raz i stwierdziła, że ona to  urządziłaby to mieszkanie inaczej bo ten ich salon wygląda  jak "saloon" z kowbojskiego filmu, bo jest otwarty  na przedpokój, z kawałkiem ściany na środku. Powiedziała to tylko raz  i teraz Pierre i Krystyna wysilali  głowy  jakby to przeprojektować.
Helena stwierdziła, że ten salon nadawałby się na dwa pokoje, mogłyby mieć rozsuwane drzwi, żeby nie biegać z pokoju do pokoju przez przedpokój. Mietek powiedział, że w mieście nie brak architektów wnętrz, ale wpierw to oni sami powinni się zastanowić nad tym co im potrzebne, wszystko  wypisać i wtedy dopiero zwrócić się o pomoc. Bo przecież to oni wiedzą co im pasuje a nie ktoś obcy.
Ślub Heleny i Mietka odbył się w któryś czwartek lutego. Świadkiem Mietka był Pierre, świadkiem Heleny szefowa firmy, dla której projektowała kreacje. Personel USC był zdumiony tak nikłą ilością ludzi, ale Helena powiedziała, że już raz  miała okazały ślub i....wystarczy. Po ślubie pojechali  w czwórkę do Bristolu na obiad. Helena się uśmiała, bo wg niej mieli ten obiad  w Europejskim zamówić,  ale  Mietkowi nieco się pomyliło i zamówił obiad w Bristolu. Jak twierdził Mietek to wszystko jedno, bo obydwa hotele są przecież na Krakowskim Przedmieściu a Bristol jeszcze sławniejszy jest, bo tu  wszak na balkonie śpiewał Kiepura. 
Żeby było  zabawniej obiad był zdominowany tematem bliźniaczek. I tu z pomocą przyszła szefowa firmy - do przeprojektowania  mieszkania poleciła swego rodzonego brata, architekta wnętrz, a co do wrzeszczących bliźniaczek, stwierdziła, że powinny być dokładnie przebadane, bo dzieci nie wrzeszczą dla zabawy. Wrzeszczą bo coś im nie pasuje- albo jest ciek wodny pod ich pokojem, więc niech na próbę przeniosą je do innego pokoju, albo coś  z ich zdrowiem  jest nie tak i poleciła lekarkę, pediatrę, panią, której dzieci już miały po 30 lat. A Helena przypomniała sobie, że przecież w domku ma dwa odpromienniki , bo na początku źle się tam spało i Wojtek kupił odpromienniki. I na to nowe mieszkanie  też trzeba zakupić nim się tam  wprowadzą. Pierre stwierdził, że  jeszcze dziś je kupi, ale 
nic nie powie Krysi, bo ona go wyśmieje. 
Gdy panie poszły do łazienki, by poprawić po obiedzie makijaż , "szefowa" stwierdziła, że Mietek jest  niesamowicie przystojnym  facetem, z tym, że na zdjęciach tego nie widać. Na zdjęciach to lepiej wychodził  Wojtek. No a Pierre'owi też nic nie  brakuje w sensie urody. Na koniec wyraziła żal, że sukienkę  Helena szyła u kogoś innego.
Helena rozpięła suwak i pokazała metkę a szefowej aż mowę odjęło. Na zakończenie powiedziała- trzeba będzie kupować materiały gdzieś za granicą, u nas takich nie ma. 
A będziesz  miała wtedy klientów? Jeśli będziemy miały tkaniny z importu a  więc kupować będziemy za  dolary lub euro a wyroby sprzedawać za złotówki to jest dość istotne pytanie czy będziemy na tym zarabiać czy tylko z trudem się "wyrabiać" - zauważyła Helena. Zresztą głównie zarabiamy na tych sukniach ślubnych. Wizytowe i wieczorowe mniej idą.  No masz rację, będziemy musiały to dokładnie
przemyśleć, zgodziła się szefowa.
Gdy wróciły do stolika okazało się, że w międzyczasie telefonowała Krystyna, że jedna z bliźniaczek ma wysypkę, więc trzeba wezwać lekarza. W związku z powyższym szefowa wykonała telefon do znajomej lekarki, ta zgodziła się przyjechać za godzinę do domu Pierre'a. Pierre uprzedził więc Krystynę, że już wezwał lekarkę i że zaraz przyjedzie do domu.
Mietek  tylko przewrócił oczami i szepnął do Heleny - o dzięki, że  nie mamy dzieci- czworga  zwłaszcza.
Już tylko w trójkę spokojnie  dokończyli swoje desery i po drodze do domu odwieźli szefową. Mietek
promieniał, cały czas  ćwierkając jaki jest szczęśliwy, że wreszcie są  małżeństwem. Helena się śmiała, twierdząc, że przecież tak naprawdę ten akt  ślubu to ma tylko znaczenie gdy idzie o jakieś sytuacje prawne, ale np. gdyby chciał  jej coś podarować to musieliby przeprowadzić rozdzielność majątkową.
Po drodze Mietek  zahaczył o fotografa pod hasłem- zrobisz sobie  od razu zdjęcie do dowodu osobistego, ale oprócz zdjęcia do dowodu powstało też ich wspólne zdjęcie i tak zwane zdjęcie wizytowe Heleny, które Mietek chciał koniecznie mieć u siebie w pracy, oprawione w ramki. 
Nie wiedziałam, że z ciebie taki sentymentalny facet- stwierdziła Helena. 
Nie sentymentalny, tylko wciąż w tobie  zakochany i chcę na ciebie  całą dobę  móc spoglądać bez wyciągania do tego celu portfela. 
A skąd ty masz moje  zdjęcie nadające się do portfela- zdziwiła się Helena. Pierwszy raz  zrobiłam sobie  wizytowe zdjęcie. Pokaż! 
Ale Mietek pokręcił przecząco głową - w domu ci pokażę. Teraz prowadzę samochód.Spieszy  mi się
do domu, by skonsumować nasz  związek.
Zwolnił prędkość do 40 kilometrów. No nie fajnie, tu coś padało, a jest około zera, więc się zrobiło ślisko. Chcę byśmy dojechali do domu bezpiecznie. 
Na szczęście kilka  kilometrów dalej już było lepiej, a w okolicy ich domu szosa była czarna i sucha.
Dobrze, że mamy jutro wolne, cieszył się Mietek. Będę się mógł napawać spokojnie  swoim szczęściem, że wreszcie mogę o tobie mówić  "moja żona". 
Helena spoglądała na niego jak na  wariata, ale nic nie mówiła. Jak na razie to jeszcze  nie  spotkała się z takim entuzjazmem  względem swojej osoby ani  żadna z jej koleżanek o takim "przypadku" nie wspominała. Większość jej   znajomych panów uważało małżeństwo za  swego rodzaju uciążliwość albo za swego rodzaju "przepustkę" do współżycia, ale nie da się ukryć, że niemal wszyscy uważali małżeństwo za pewien rodzaj legalizacji stanu faktycznego, starannie ukrywanego, by nie psuć kobiecie opinii.
Gdy zajechali pod bramę szybko wyskoczyła z samochodu i otworzyła drzwi garażu. Cieszyła się, że udało im  się powiększyć  garaż - teraz już obydwa samochody stały w garażu, jeden za  drugim. Kolejnym udogodnieniem był wąski chodniczek prowadzący od garażu do drzwi domu. Szybko pobiegła do drzwi domu. Lubiła ten moment, gdy ogarniało ją ciepło wnętrza  a w nozdrza wpadał zapach drewna, którego tu nie  brakowało. Zaraz  za nią wszedł Mietek mówiąc, że przecież powinien ją przenieść przez próg. 
Ależ ty masz dziwne pomysły mój kochany. Chyba  nie chcesz wylądować w szpitalu z powodu przepukliny, ja naprawdę  nie ważę kilka, ale kilkadziesiąt kilogramów. Poza tym lubię stać na pewnym podłożu, nie lubię być noszona. Tak mnie rozpieszczasz, że noszenie na rękach jest przy tym wszystkim niczym. Pić mi się chce po tym obiedzie, jak dla mnie to było wszystko zbyt słone. Chodź, mój  mężu, zrobimy sobie coś do picia, napiłabym się kawy z odrobiną czekolady. Ale zrobię dziś tak, że na dno filiżanki położę 2 kostki czekolady i ona się szybciutko rozpuści. Tobie też tak zrobić? I wiesz co, wyskoczmy z tych oficjalnych ciuchów, możemy przecież  być w nieco wygodniejszych strojach, proponuję dresy. Ooooo i pokaż mi jakie to moje  zdjęcie masz w portfelu. 
Mietek wyciągnął z marynarki portfel i zapytał- wolisz starsze czy nowsze? 
Oczywiście pokaż obydwa, skoro masz dwa. 
Starsze było sprzed wielu lat, zrobione na plaży w Bułgarii, jeszcze przed wyjazdem Mietka z Polski. Helena była w błękitnym kostiumie bikini, chyba właśnie wykonywała jakiś podskok, jej długie wówczas włosy zakrywały kawałek twarzy. Zdjęcie  było wyraźnie fragmentem większego zdjęcia,  na zdjęciu na pewno z lewej i prawej strony były jeszcze inne osoby.  
Czy wiesz, że to zdjęcie było ze mną w Kanadzie? 
Całe, czy tylko ten wycinek- zapytała zdumiona Helena. 
A na co mi była reszta zdjęcia, chciałem tylko na ciebie patrzeć. Mówiłem ci przecież, że się w tobie kochałem i żałowałem, że cię  nie odebrałem Wojtkowi.
A to drugie? Pokaż, proszę.
Drugie  zdjęcie było zrobione niedawno, nad ranem, po którejś z upojnych nocy, gdy Helena  jeszcze spała przytulona do ramienia Mietka.
A dlaczego nie sfotografowałeś i siebie?- dopytywała się Helena. Widać tylko kawałek twojego ramienia.
A po co miałem siebie  fotografować, chciałem ciebie oglądać, a nie siebie.
No to następnym razem sfotografuj nas oboje. Ojej, straszny z ciebie  wariat! Ciągle jesteś w środku bardzo młody. W tej Bułgarii było wtedy całkiem zabawnie, a ty wtedy byłeś z Elką. Opowiadała mi jaki jesteś fajny w łóżku i ile to razy w nocy ją  brałeś. Miałam wrażenie, że ty wcale nie sypiałeś wtedy tylko obskakiwałeś wszystkie  dziewczyny, poza mną.
Mało spałem, bo wciąż graliśmy w karty. Miała dobrą wyobraźnię, przeleciałem ją ze dwa razy raptem a i to nie w nocy. I gdyby mnie nie prowokowała wkładając mi rękę w slipy to pewnie bym jej nawet nie ruszył. Gdybyś wtedy  nie spała na kwaterze z Maryśką tylko z Elką to byś wiedziała, że zmyśla.Ty byłaś wtedy hołubiona przez  Wojtka, bardzo chciał się z tobą żenić, był bardzo w tobie  zakochany, a ja miałem zasadę, że jeśli przyjaciel mówi mi, że się kocha w konkretnej dziewczynie to się mu tej dziewczyny nie podrywa. Pół życia  żałowałem że tego  wtedy nie zrobiłem. A teraz jestem po prostu szczęśliwy, że jesteśmy razem, że jesteś moją żoną.  Szalenie mnie nadal pociągasz, chciałbym cię cały czas trzymać w objęciach i całować i pieścić, zachwycam się każdym centymetrem twego ciała. Odmłodziłaś mnie o trzydzieści lat.

                                                                 c.d.n.



 


poniedziałek, 13 grudnia 2021

Spóźnione uczucia - 12

 Tydzień przed Bożym Narodzeniem Pierre z rodziną mógł się przeprowadzić już do nowego mieszkania. Po raz pierwszy Mietek usłyszał, jak Pierre złorzeczy w trzech językach. Wyjątkowo łatwo wypływały mu z ust najpaskudniejsze rynsztokowe polskie określenia. Ale Mietkowi udało się przekonać oboje by jeszcze te  święta  spędzili w starym mieszkaniu, tym bardziej, że lekarz prowadzący Krystynę  chciał ją umieścić w szpitalu w drugi dzień  świąt bo jedno z dzieci było "mniej żwawe", więc  Krystyna kwalifikowała się na oddział patologii ciąży.  Po bardzo burzliwej naradzie dziewczynki wraz z babcią zostały odwiezione do Poznania, do domu babci. Trochę było płaczu, ale Pierre przekonał wpierw starszą, że tak być musi, nie ma po prostu innej opcji. Poza tym w Poznaniu mieszkała młodsza siostra Krystyny, posiadaczka dwojga dzieci, więc  będą miały dziewczynki towarzystwo. 
Mietek namówił Pierre'a, by ten wynajął firmę przeprowadzkową, która wszystko co jest w tym mieszkaniu zapakuje fachowo w pudła i przewiezie na  nowe miejsce oraz wszystko z pudeł przeniesie z powrotem do szaf i szafek, tak jak to było pochowane poprzednio. Nie była to może tania impreza, ale w tej sytuacji było to najlepsze rozwiązanie. Prosili tylko, by Pierre się zastanowił co gdzie w nowym  miejscu ustawić i by zapisał to na  kopii  planu nowego mieszkania.
Wigilię i pierwszy dzień świąt Krystyna z mężem  mieli spędzić w domu Heleny i Mietka, a w drugi dzień świąt rano Pierre miał ją zawieźć do szpitala. 
W pierwszy dzień po świętach Pierre i Mietek mieli się stawić u notariusza- mogli to załatwić nawet w czasie swej przerwy obiadowej, bowiem umowa była już spisana i uzgodniona,  brakowało tylko podpisów. 
Mietek bardzo czekał na te święta- nie dlatego, że należał do osób pobożnych, ale przez ostatni kwartał ciągle  kupował dla Heleny  jakieś prezenty, nie tylko o charakterze osobistym ale meblował dla niej pokój. Codziennie niemal oglądali prospekty mebli i Helena  zapisywała skrupulatnie co chciałaby  mieć w swoim pokoju, który miał być dla niej głównie pokojem do pracy. W krótkim czasie Mietek się zorientował, że pokój w nowym  miejscu ma być niemal identyczny jak ten w którym tu pracowała. Wymyślił nawet jedną  niespodziankę- niewielkie plenerowe sztalugi, które  mogły być "przerzucane" z jednego do drugiego mieszkania. O tych sztalugach Helena tylko raz wspomniała, dodając, że to nie jest coś pilnego i jest to raczej jej kaprys niż rzeczywista potrzeba. Niestety  nie było ich w Polsce, ale gdy mężczyzna  kocha kobietę to i górę przeniesie- kupił je  za granicą. Na razie stały w jego pokoju w biurze. Dla Krystyny i Pierre'a było sporo sprzętu ułatwiającego życie rodzicom niemowląt, łącznie z kołyską i prześlicznym , cieplutkim szlafroczkiem dla Krystyny.  Krystyna i Pierre w ramach prezentu podchoinkowego zapewnili odmalowanie  mieszkania które mieli opuścić oraz  renowację podłóg w pokojach. Przedpokój, który miał terakotę był bez zarzutu.
W ramach troski o środowisko  Helena stwierdziła, że choinka będzie sztuczna, bo szkoda wycinać w lesie  drzewko, które postoi kilka  dni i potem wyląduje w czyimś piecu. I stać będzie na werandzie - będzie przy okazji dekoracją aż do  nowego roku. A potem się ją okryje razem z  dekoracjami i prześpi niemal rok w piwnicy. Nie  miała również zamiaru dekorować domu światełkami.
Menu wigilijne miało być podporządkowane zagrożonej nieco ciąży  Krystyny. A więc  wszystko musi być raczej lekko strawne. Odpada  bigos, lub pierogi z  grzybami i kapustą. Na  zimno Helena  zaplanowała tartinki z łososiem- część z łososiem  wędzonym na  zimno, a część z łososiem wędzonym na  gorąco.Do tego malutkie porcyjki serów, różnych. I koniecznie tartinki z wędzonymi  ślimakami w oleju. Będzie też terrina drobiowa, tym razem z dodatkiem wątróbki. Na gorąco- perliczka lub indyczka nadziewana jabłkami. Do niej czysty barszcz czerwony na domowym zakwasie. W ramach zieleniny - mieszanka sałat, cykoria.
W ramach  "słodkości" sernik wiedeński, który sama zrobi i tort makowy, też  własnej produkcji. Potem kawa, herbata, kompot z  mieszanych owoców. Owoce - cytrusy i "co w oko wpadnie".
Śniadanie w pierwszy dzień  świąt - półmisek wędlin różnych, pieczywo, masło, miód, dżem, kawa, herbata, placek drożdżowy
Obiad -rosół, pulpety mięsne, pierogi ruskie, pierogi z mięsem, galaretka z owocami
Kolacja - kurczak w galarecie, ciasto drożdżowe
śniadanie w II dzień świąt- Krystyna ma być na czczo, reszta je co chce.
Gdy Helena już sobie wypisała wszystko to, co zaplanowała  na święta dała to Mietkowi do wglądu.
Mietek czytał, kiwał głową  a na końcu powiedział - super! Ciekawi mnie tylko jak na półmisku będzie wyglądała ta pozycja : "Krystyna ma być na czczo". Uśmiali się oboje, a Helena  zapewniła Mietka, że przygotuje dla Krystyny "wałówkę" by po pobraniu krwi do badań miała jednak co zjeść. Najbardziej się chyba  sprawdzi po prostu kawałek ciasta drożdżowego.
Lenuś, a co to jest ta perliczka? - dociekał Mietek.
Ptak, z gatunku  grzebiących, rodem z Afryki, tam udomowiony, zaimportowany do Europy, wygląda jak łysa indyczka. Mięso ma ciemniejsze niż  indyki, mniej tłuste, lekko strawne.Upierzenie ma takie jakby ktoś umieścił obok siebie gęsto białe i niemal czarne kropki. Gdybym dostała kasztany jadalne to bym ją nadziała kasztanami jadalnymi. Może będą na  bazarze na Polnej.
To były ogromnie miłe święta. Mietek wydelegowany po choinkę przywiózł choinkę wysokości 150 cm, już ubraną, w tonacji dwóch błękitów i srebra. Postawili ją na wysokim stołku barowym okrytym obrusem drukowanym w czerwone i zielone  serduszka. Dookoła zaczął rosnąć stosik prezentów. 
Na czas pobytu gospodarze oddali gościom swą sypialnię, by Krystyna  nie  musiała pokonywać schodów. Oni przenieśli się do "gabinetu" Heleny bo była tam rozkładana sofa. Żadne z nich nie wyobrażało sobie  sytuacji by zasnąć i spać "samotnie", a łóżka w sypialniach na górze były pojedyncze.
Zgodnie ze skierowaniem, Pierre w drugi dzień świąt rano odwiózł Krystynę do szpitala, potem wrócił do mieszkania, którego zawartość następnego dnia miała być  "przeprowadzana" przez specjalistyczną ekipę.
Po opróżnieniu mieszkania miała do niego wejść kolejna ekipa, by wnętrze wyglądało "jak nowe". Pierre miał teraz  "urwanie głowy" - żałował, że nie może się rozdwoić lub roztroić. Musiał być codziennie w szpitalu u Krystyny, która  była  wielce zestresowana nie tylko tą powikłaną  ciążą - martwiła  się o przeprowadzkę, o urządzanie  nowego mieszkania i o dziewczynki w Poznaniu. O samego Pierre'a też się martwiła. 
Wbrew ponurym przewidywaniom Krystyny spakowania całego dobytku ekipa fachowców w tej  materii dokonała w ciągu 12 godzin. Każde z pudeł  miało  jakieś  tajemnicze (dla Pierre'a) oznaczenia, a w największym pokoju rósł stos pudeł i różnego  rodzaju pojemników. Gdy już wszystko zostało spakowane meble też  zostały  odpowiednio przygotowane do transportu. Przy okazji meble zostały wyposażone w podkładki filcowe, by je na miejscu potem bez problemu i niszczenia podłogi można było przesuwać.Patrząc na to wszystko Pierre  miał nieodparte  wrażenie, że za moment on sam  zostanie odpowiednio opakowany i oznakowany i podklejony filcem.
Jedyne co nie wyszło, to zaplanowana wizyta u notariusza, bo Pierre  musiał być jednak cały czas w mieszkaniu gdy pakowano  dobytek. Ale to był już drobiazg i tę sprawę bez problemu dało się przełożyć.
Gdy ostatni mebel zniknął w ciężarówce przystosowanej do transportu mebli Pierre zatelefonował po ekipę sprzątającą.  W ciągu niecałych  czterech   godzin ekipa 3 osób doprowadziła opróżnione  mieszkanie do użytku. Pierre był "przepędzany" z pokoju do pokoju, w końcu przycupnął w kuchni na składanym stołku. Gdy ekipa  zakończyła sprzątanie i Pierre rozliczył się  z nimi, pojechał do nowego mieszkania, gdzie jeszcze trwało ustawianie i układanie wszystkiego według  wskazówek, które były na  planie.
Życie jest dość skomplikowane - stwierdziła Helena- Krystyna się w duchu modli, żeby jak najprędzej urodzić, bo już ma dosyć tej końcówki bliźniaczej ciąży,  lekarz  prowadzący Krystynę ma marzenia w pewnym sensie przeciwne, bo chce by urodziła  dzieci zgodnie z wyliczonym terminem porodu, Pierre właśnie  zauważył, że chyba przeholowali z tą ilością dzieci, skoro będą dwojaczki. Siostra Krystyny cały czas bała się, żeby poród przypadkiem nie nastąpił  w Sylwestra, bo jej przyjaciółka kilka lat wcześniej rodziła właśnie w  Sylwestra, noworodek był wcześniakiem, wylądował w inkubatorze, w którym  ustawiono zbyt wysoką  temperaturę i dziecko było straszliwie przegrzane i calutkie w potówkach,  a nim się  personel świętujący północ zorientował, część tych potówek już podeszła płynem surowiczym i  maluszek spędził w szpitalu miesiąc a jego mama  musiała przyjeżdżać na karmienia.
Helena i Mietek przyglądali się temu wszystkiemu z dystansu, oboje  zadowoleni, że im takie  atrakcje  nie grożą. Bez wielkiego pośpiechu meblowali teraz  warszawskie mieszkanie. Mietek miał ciągoty, by kupić meble robione  na zamówienie, ale Helena dość brutalnie ściągnęła go na ziemię, mówiąc,  że ten pomysł jest bez sensu- primo- ceny były jakby  z Księżyca, teoretycznie  czekać trzeba było na nie trzy miesiące, tyle tylko, że producent  nie był w stanie zagwarantować czy dadzą radę wykonać je w 3 miesiące a poza tym może warto spojrzeć w ich metryki- ich meble nie  muszą przetrzymać jeszcze kolejnego pokolenia użytkowników, oni potomstwa  nie mają i nikomu ich nie zostawią w spadku. 
Dziesiątego stycznia zawartość  brzucha Krystyny  postanowiła wydostać się na świat. 
Wbrew ponurym przewidywaniom lekarz prowadzący Krystynę stwierdził, że poród powinien się odbyć siłami natury, wszak  Krystyna ma już za sobą dwa porody, więc da radę. A po porodzie  siłami natury szybciej dojdzie  do pełnej sprawności niż po cięciu  cesarskim. Co prawda rodziła te dzieciaki cały dzień, ale w sumie dobrze poszło. I nie była to ciąża bliźniacza, bo były jednak dwa łożyska, o czym już wiedziano wcześniej. I wieczorem Pierre mógł już poznać......kolejne  dwie córki.  Krystyna była nieco rozczarowana, wolałaby by się urodziło tym razem dwóch chłopców. Ale  Pierre twierdził, że jemu to wszystko jedno, grunt, że są dzieci  całe i zdrowe, bez wad i że obeszło się bez operacji. 
Krystyna nie  życzyła sobie, by mąż był przy porodzie i zobaczył swoje "trzy dziewczyny", gdy już były  " w pełni ucywilizowane", jak stwierdziła Krystyna. Jedna była nieco mniejsza i  miała  jaśniejsze włoski, po  mamie, jak stwierdził Pierre, gdy sprawozdawał Helenie i Mietkowi. 
Helena  zauważyła dobre strony faktu, że są dwie  dziewczynki - będą miały sukienki po starszych siostrach.
No to muszę jutro wyskoczyć po wózek podwójny - nie kupowałem wcześniej, bo się bałem, że może się urodzić tylko jedno dziecko. Helena podpowiedziała mu, żeby koniecznie uzgodnił z  Krystyną kolor wózka. A to nie wszystko jedno?- zdziwił się. Helena  stwierdziła, że teoretycznie tak, ale jeśli kupi w kolorze, którego Krystyna nie lubi to będzie musiał odmieniać wózek.
Pierre kręcił z niedowierzaniem głową, ale obiecał, że uzgodni z Krystyną  w jakim kolorze ma być wózek




niedziela, 12 grudnia 2021

Spóźnione uczucia -11

Fiacik miał urodę.......pudełka,  jak to określił Mietek. Ale, jak stwierdził nie ma się do czego w nim przyczepić. Cichutki, widać, że niemal nie używany, szyby lekko przyciemniane, ładna tapicerka, dywaniki gumowe do niego dopasowane  wliczone w cenę. 
Wpierw przejechał się nim  Mietek, potem za kółkiem usiadła Helena. Mietek, gdy zobaczył wyraz 
twarzy Heleny siedzącej  za kierownicą  od razu wiedział, że kupi ten samochód. Nim Helena wróciła  
z drugiego końca uliczki Mietek już podpisał umowę i zdążył przelać pieniądze  ze swego konta bankowego na konto sprzedającego. 
Do domu    prowadziła Helena a całą drogę Mietek wpatrywał się w jej profil, co jakiś czas mówiąc, 
że do twarzy jej z tym samochodem. 
Do zarejestrowania w Wydziale Komunikacji pojechali dwa dni później. Tak jak przewidywała Helena rejestracja  nowego samochodu zajęła niemal cały dzień  roboczy.
Opla nie można było przerejestrować na Mietka, bo jeszcze  nie mieli ślubu. Za to Mietek mógł 
zwrócić samochód do wypożyczalni, bo od chwili zakupu "unosika" ( jak go nazywała Helena) mógł jeździć do pracy oplem. Helena  bardzo nie lubiła tego opla Vectra- dla niej ten samochód był za duży, czuła się w nim z lekka zagubiona. Zostawiła go po śmierci Wojtka tylko dlatego, że był zdecydowanie nowszy od corsy, którą przed wielu laty dostała od ojca.
W domu, w czasie  wspólnego szykowania obiadu Helena wypytywała Mietka co słychać u Krystyny i czy bardzo jej dokuczają bliźnięta w brzuchu . 
Mietek  wiedział tylko tyle, że  lekarz kazał się Krystynie  "oszczędzać" choć nic złego się nie dzieje, więc  przyjechała do nich jej mama by zająć się nieco domem i dziewczynkami. Pierre marzy już o przeprowadzce bo twierdzi, że w tak małym  mieszkaniu można ześwirować mieszkając w  trzy osoby dorosłe z dwójką dzieci. 
Od stycznia dziewczynki mają chodzić do małego, prywatnego przedszkola, więc może będzie  nieco lepiej, zwłaszcza  dla Krystyny. Na razie te małe artystki udają, że nie rozumieją co do nich mówi babcia. Fakt, że nie są w ogóle zżyte z babcią nie polepsza  sprawy.
Helena  zamyśliła się - po dłuższej chwili  zapytała- a czy ty uważasz Pierre'a za swego bliskiego kolegę czy za takiego samego jak innych? Bo jeśli uważasz za przyjaciela, to możemy  im trochę pomóc, zapraszając na sobotę lub niedzielę jego z dziećmi. Niech mama i  córka zostaną same w domu i nieco odpoczną od dzieci. Nie  zapraszam jej matki, bo uważam, że lepiej by Krystyna  nie została sama w domu, skoro lekarz kazał się jej oszczędzać. To lekarskie "proszę się oszczędzać" to takie pierwsze ostrzeżenie, że coś w organizmie niezbyt dobrze się dzieje.  Wojtkowi też lekarz mówił żeby się oszczędzał ale on to całkowicie zlekceważył, a ja tego nie  zrozumiałam. 
Nie dostrzegałam zapewne bardzo drobnych objawów, on dobrze się maskował.
I już teraz wiem, że trzeba dmuchać na zimne, żeby nie  zrobiło się " samo z siebie" gorące. Dziewczynkom się u nas podobało, jak podkręcimy nieco ogrzewanie to będą się mogły bawić na werandzie. Możemy też podjechać gdzieś pod hasłem "wycieczka", jeśli będzie dobra pogoda, na przykład do Czerska, tam są ruiny  zamku. Tylko powiedz  mu jaki jest program, żeby dziewczynki nie zmarzły na "wycieczce". Wiele atrakcji to tam nie ma, ale na jedną z baszt mogą wejść. Możemy też podjechać do Konstancina, pokazać im tężnie, wybrać się do naleśnikarni, bo które z dzieci nie lubi naleśników z czekoladą - zresztą dorośli też lubią. Możemy też zjeść obiad w "Konstancji", w której  całkiem dobrze karmią. Taki jeden dzień odpoczynku dobrze zrobi i matce i córce, bo na pewno obie 
są zestresowane. A Piotrusiowi też korona  z głowy nie spadnie jak spędzi cały dzień z córkami.
Mietek przyglądał się jej z uwagą - wreszcie cicho powiedział - nie wiem dlaczego w takim razie mówisz, że nie lubisz  dzieci, a gdy oni byli ty się  z dziewczynkami świetnie  bawiłaś i patrzyły się 
w ciebie jak w tęczę.
Helena spojrzała na niego z ukosa - bo ja toleruję dzieci raz na  jakiś czas, a jeśli się posiada własne 
to masz je  24 godziny na dobę, dzień w dzień i to przez wiele lat. A do tego wszystkiego małżeństwo jest  instytucją cierpiącą wiecznie na  brak  personelu. Taka instytucja w której ciągle  jest zbyt mało pracowników.
I nie dam się przekonać, że rodzenie dzieci to samo zdrowie dla kobiety. Przeszłam dwa samoistne
poronienia i wystarczy. Po drugim, litosierny lekarz  poza  granicami Polski, pozbawił moje  jajowody drożności i mam spokój i nie muszę nawet brać hormonów.
Moja prababcia urodziła  jedenaścioro dzieci. Była od swego męża młodsza o całe 15 lat. I umarli w jednym roku - ona w wieku 64 lat, on w wieku 79 lat. Jak wieść rodzinna niosła to tak bardzo ją kochał, że umarł z  tęsknoty za nią. Brzmi  ładnie, ale nie jestem pewna czy to prawda. Umarł we śnie.
Skończyły się czasy gdy pani domu była jego ozdobą i jej rola polegała głównie na wskazywaniu paluszkiem co kto ma zrobić. Mam na myśli panie domu z mojej  klasy społecznej.Teraz pani domu 
jest urządzeniem wielofunkcyjnym - zajmuje się domem a więc wszystkimi domowymi pracami,  musi też wychowywać dzieci i jeszcze do tego pracować  zawodowo. A i tak kobieta -inżynier  zarobi mniej niż facet-inżynier.
No fakt, przytaknął Mietek - w większości  zawodów kobiety gorzej  zarabiają. Tak szczerze mówiąc to ja też wolałem tu w  Polsce  zatrudnić faceta  niż kobietę. Bo  faceci nie zachodzą niespodziewanie w ciążę i nie przerywają w połowie  zaczętego już  projektu. I taki drobiazg - faceci nie cierpią też na zespół napięcia przed menstruacją i nie awanturują się z byle powodu. 
Ale na andropauzę cierpią- odgryzła się w imieniu kobiet Helena- i są tak samo niemili jak kobiety w początkowym okresie menopauzy. To nie wina kobiet, że hormony  tak na nie działają. To po prostu w wielu przypadkach wina kiepskich lekarzy. Po prostu cały system zdrowia źle  funkcjonuje. Medycyna nie stoi w miejscu, ciągle  powstają nowe leki, prowadzone są nowe badania. Tylko mało który lekarz ma czas by wciąż trzymać rękę na pulsie i wciąż się dokształcać. Musi trzymać co najmniej dwa etaty, żeby zarobić godziwe pieniądze. I to bezsensowne  wyliczenie czasu, który może poświęcić pacjentowi- co można zdiagnozować w 15 minut?  Chyba tylko wrzód na tyłku, ale  nie przyczynę, która go wywołała.
A teraz chodź, możemy już usiąść do stołu. I wiesz, ogromnie ci dziękuję, że kupiłeś tego fiacika. Mnie ta  Vectra od samego początku stresowała, nie lubiłam jej prowadzić.
Mietek objął ją i przytulił - będę z tobą często tym fiacikiem jeździł, masz wtedy taką zadowoloną minę i wiesz- czasem głaszczesz kierownicę.  
Nie głaszczę, tylko brak mi skórzanego pokrowca na  kierownicę. 
Ale po ten gadżet to trzeba  pojechać razem ze samochodem, bo trzeba od razu założyć, by sprawdzić czy pasuje, bo różnie z tym  bywa. Na opakowaniu  stoi napisane, że pasuje, a rzeczywistość czasem co innego pokazuje.
W sobotę około 11 przed południem przyjechał Pierre z dziećmi. Pogoda była całkiem niezła, więc Helena zarządziła wyprawę do Czerska. Trafili całkiem dobrze, była impreza historyczna. Jej uczestnicy byli w strojach z epoki, czyli tak na oko z XIV wieku. Na dziedzińcu zamkowym były rozstawione  kramy z ceramiką i różnymi gadżetami z epoki. Dziewczynkom oczęta wychodziły na wierzch, bo tak ubranych ludzi płci obojga  jeszcze nie widziały. Impreza była  zaplanowana dopiero za 2 godziny, ale po rozmowie z jednym z organizatorów Mietek stwierdził, że dziewczynki są  jeszcze zbyt małe na  taki pokaz, więc niech tylko  Pierre pójdzie z nimi do jednej z  baszt, z której będzie piękny widok na okolicę. Już samo wejście na platformę  baszty będzie dla obu dużym przeżyciem. Mietek chciał co prawda zostać z Heleną na dole, ale ta zapewniła go, że lepiej będzie  gdy pójdzie  z nimi, bo tam jest sporo do czytania, więc może robić za tłumacza. A ona sobie tu na nich poczeka. Pokręciła się między straganami, kupiła kilka  glinianych małych gadżetów dla dziewczynek, dwie  lalki -szmacianki, różnej wielkości pierniki w kształcie  serc dla w sumie  siedmiu osób, żeby dziewczynki mogły obdarować nimi i mamę i  babcię, porozmawiała z bardzo sympatycznymi młodymi ludźmi, którzy tę noc spędzili pod  namiotem na  dziedzińcu, pobawiła się z ich prześlicznym psem, pomachała do stojących na górze Mietka, dziewczynek i  ich taty i w końcu doczekała się ich powrotu. Dziewczynki były zachwycone. Na koniec  zobaczyły z bliska  "rycerza" w zbroi. Ponieważ w międzyczasie pogoda się nieco zbiesiła i zrobiło się zimno Helena  zarządziła odwrót. Nie  pokazywała na razie co tam  kupiła, stwierdziła, że da i pokaże w domu. Będą miały w domu o jedną atrakcję więcej. Na obiad dla wszystkich  miała przygotowane domowe nugetsy. Do nugetsów  miała do "popitki" barszcz czerwony a w charakterze  sałatki była papryka w trzech kolorach, pokrojona w grube paski. 
Helena, by zachęcić dziewczynki do nugetsów zapowiedziała jeszcze w drodze, że w domu czeka na nie jedzonko rodem z McDonalda. Pierre się skrzywił, ale Helena szybko dodała- nawet nie masz pojęcia Pierre jakie to dobre i zdrowe, wszystko  kupione w specjalnym oddziale McDonalda -i puściła do niego oko.
Tak jak Helena przypuszczała nugetsy przypadły dziewczynkom do gustu, barszcz do popitki  siorbały przez rurki a ciocia Elena, pozwoliła  by paski papryki i kawałki nugetsów trzymały w rękach a nie koniecznie na widelcu- zupełnie jakby były w przydrożnym Mc Donaldzie.
Po obiedzie pokazała dziewczynkom co kupiła na straganach, wręczyła każdej po lalce -szmaciance i glinianym dzbanuszku. Dała im również po jednym niedużym piernikowym sercu zapakowanym w celofan, pokazała jakie serca piernikowe  są dla  babci i mamy, obaj panowie i ona również dostali po  jednym  piernikowym sercu.
Po obiedzie dziewczynki bawiły się na werandzie. Lalki -szmacianki były dla  nich kompletną nowością bo obie miały w domu tylko lalki  Barbie lub Steffi. Młodsza przytulała  mięciutką lalkę do policzka i zaczęła się dopytywać jak ta lalka ma  na imię. Była bardzo zdziwiona, że lalka nie ma jeszcze imienia i że imię może sama  tej lalce nadać. Bardzo szybko lalka otrzymała imię Ala. Starsza dość długo się
zastanawiała nad imieniem dla swojej, w końcu zdecydowała, że to będzie Olivia.
Gdy "spolaryzowane" dziewczynki bawiły się na werandzie, Pierre podszedł do Heleny, która w kuchni szykowała gorącą czekoladę i swą nieco kaleką polszczyzną powiedział - "bardzo wam dziękuję i trudno- najwyżej mnie Mietek zleje, ale muszę cię ucałować" i wycisnął Helenie dwa całusy na policzkach, a potem  poklepał po ramieniu Mietka i powiedział- "masz przyjacielu cudowną kobietę."
Wiem o tym, wiem - zapewnił go Mietek. 
Około szóstej, pomimo protestów dziewczynek Pierre zarządził powrót w domowe pielesze. Tym razem całusy od dziewczynek załapał również i Mietek . A Pierre dostał w  garść 2 pojemniczki - w jednym były nugetsy, w drugim ciasteczka. Do nugetsów  Helena  załączyła przepis, pamiętając o tym, że zwykłego pieczonego kurczaka dziewczynki nie chciały jeść. A dziewczynki miały mały koszyk, w którym spoczywały  piernikowe serca dla mamy i  babci oraz gliniane dzbanuszki oraz ich nowe lalki.
Gdy zamykali  bramę po wyjeździe gości, Mietek powiedział - widzisz, Pierre też się na tobie  poznał.
I wcale cię nie rozpieszczam, gdy mówię, że jesteś cudowna - po prostu  taka jesteś!

                                                                            c.d.n.

sobota, 11 grudnia 2021

Spóźnione uczucia - 10

Jesień  nadal zachowywała się zdaniem Heleny całkiem przyzwoicie. Ostatnie 3 dni października były tak ciepłe, że Helena chodziła po ogrodzie w  samym T-shircie. Ale pieca nie wyłączali, noce jednak były chłodne, poza tym piec na  najniższych "obrotach" spalał mało oleju. 
Pierwszego listopada, gdy odwiedzali groby swych  bliskich oboje z  Mietkiem zdjęli płaszcze a z jednego z cmentarzy szybko wręcz uciekli, bo Helena była  bliska omdlenia- było bardzo ciepło, bo aż 15 stopni, powietrze stało nieruchome, zero przewiewu, cmentarz  mały, niesamowicie zatłoczony grobami, groby na gęsto obłożone  zniczami i tłum odwiedzających, do tego dookoła cmentarza był dość wysoki mur a zaraz za nim otaczające cmentarz z dwóch stron potężne biurowce i bloki osiedla  mieszkaniowego. Z ulgą wrócili do swego azylu pod lasem. 
Sami siebie chwalili za to, że wcześniej odwiedzili dwa olbrzymie  cmentarze - Cmentarz Północny, który jest w granicach Warszawy na Wólce Węglowej, która ongiś była już poza miastem, oraz  Cmentarz na Bródnie. Oczy im niemal wyszły z orbit, gdy w domu obejrzeli w wiadomościach telewizyjnych   co się działo na drogach dojazdowych do tych miejsc.
Ich  życie płynęło spokojnie, sprawy własnościowe  mieszkania i domu Heleny zostały już uregulowane, a że oboje nie mieli żadnych spadkobierców w postaci dzieci, rodziców, rodzeństwa - spokojnie czekali aż  apartamentowiec, w którym  mieli zamieszkać ich nowi znajomi zostanie  wreszcie ukończony. Gdy już tamci dostaną  termin zasiedlania tego budynku wtedy Pierre i  Mietek  stawią się u notariusza by podpisać umowę kupna-sprzedaży.  Spółdzielnia, w której było  mieszkanie Pierre'a już wyraziła  zgodę na tę transakcję, mieszkanie było wykupione, własnościowe, spłacone. Obydwaj  panowie  nie bardzo mogli zrozumieć co spółdzielnia ma do tego by pozwalać lub  nie pozwalać na sprzedanie  mieszkania już wykupionego i w pełni spłaconego. 
Gdy Mietek usiłował się dowiedzieć od Heleny czemu są takie idiotyczne przepisy ta  mu powiedziała - jeśli cię to dręczy to idź do prezesa tej spółdzielni i poproś o wyjaśnienie. Przecież w tym kraju  zawsze od czasu  zakończenia wojny były same durne przepisy. 
Któregoś dnia, przed południem  Helena postanowiła  zmierzyć spodnium, w którym  zamierzała  brać  ślub. Ale nim zmierzyła wyjęła też z szafy nowy garnitur  Mietka, potem obydwie rzeczy położyła obok siebie, obejrzała w świetle  sztucznym, obejrzała w świetle dziennym i........stwierdziła, że nie ma w czym iść do ślubu. Doszła do wniosku, że kolor tego spodnium w jakiś sposób przytłacza kolor garnituru Mietka - wyraźnie było zbyt wiele tego królewskiego błękitu . Poza tym stwierdziła, że skoro na co dzień chodzi w spodniach, to do ślubu mogłaby przecież pójść w sukience. Nogi wszak miała niezłe, figurę też całkiem, całkiem.
No to będą miały dziewczyny radochę - pomyślała. Na razie  wpuszczę im  sprawę materiału, głównie dobrania koloru. Dobrze, że Niedźwiecki dał  Mietkowi spory kawałek materiału, a nie  skrawek 5 x 5 centymetrów. Dam im i poproszę  by poszukały w hurtowniach coś pasującego na kostium. Dołączę też od razu fason. No i żeby to była może  żorżeta wełniana?  W każdym razie coś dość miękkiego i ciepłego, żebym w tym nie zamarzła na  śmierć. W połowie lutego może być jeszcze  całkiem zimno. 
A może- myślała wpatrzona w ogród - zrobić sukienkę bez rękawów,  koktajlową i do tego bolerko z długim lub 3/4 rękawem? To praktyczniejsze niż kostium.  A może być przecież też bolerko z czegoś
puszystego, albo tylko oblamowane  jakimś sztucznym futerkiem? Przyglądając się swej figurze w lustrze wniosła poprawkę do swych rozmyślań - nie, nie, puszyste bolerko dla mnie odpada, mam za duży biust, będę wyglądać niczym matka  karmiąca.
I będę musiała do tego dokupić jakieś jasne kozaczki na szpilce, no ale to dopiero gdy  znajdą mi materiał.
Z rozmyślań z gatunku "ja nie mam co na siebie włożyć" przeszła do  rozważań na temat samego Mietka. Zawsze się jej podobał- brunet o bardzo mocno niebieskich oczach. Zgrabny. Wysportowany. Wiecznie otoczony wianuszkiem ładnych dziewczyn, które wyraźnie traktował z  lekceważeniem, 
nawet wtedy, gdy prawił im  na głos komplementy. Najczęściej brzmiało to tak jakby mówił: piękna jesteś ale głupia, tyle tylko że fragment "ale głupia" był przemilczany, choć Helena w jakiś sposób go wyczuwała.
Jej nigdy  nie powiedział, że mu się podoba, albo że jest piękna. Tylko kilka razy usłyszała o sobie, że jest "fajną babką". Ale wiele razy łapała jego spojrzenie. Od kilku koleżanek słyszała, że jest facetem "dobrym w  łóżku", ale z żadną się nie wiązał na dłużej. Helena śmiała się gdy wyjechał, bo ciągle  była  zasypywana  pytaniami, czy Mietek pisze do nich listy, ale twierdziła, że Mietek pisze tylko do Wojtka, co było nieprawdą. Wojtek nie lubił pisać listów, więc  zawsze prosił by to ona  odpisywała na   listy Mietka, on się tylko na końcu dopisywał, zresztą dość zdawkowo. 
W końcu  to Helena  prowadziła z Mietkiem regularną dość korespondencję. To jej napisał, że chce się ożenić ze sporo młodszą dziewczyną, "bajeczną w łóżku" i nieco się obruszył, gdy Helena bez ogródek mu napisała, że skoro ona jest taka młoda a tak "bajeczna w łóżku" to może by się jednak zastanowił skąd dziewczę ma tyle wprawy w tak młodym wieku. Przez kilka miesięcy urażony Mietek milczał,
potem napisał tylko, że jedzie na daleką  północ, bo tam są o wiele lepsze zarobki. Nie pisał czy jedzie tam sam czy też z żoną. Przez wiele miesięcy nic nie pisał, oboje z Wojtkiem się zastanawiali co na tej
dalekiej północy robi.
Gdy nagle umarł Wojtek Helena  nie napisała o tym do Mietka -  nie miała głowy do pisania listów, poza tym była niemal pewna, że Mietkowi coś  złego się przydarzyło, skoro nie ma od niego od wielu miesięcy ani jednego listu. Spotkani na pogrzebie Wojtka  koledzy też mówili, że Mietek do nikogo nie pisze, któryś z nich dostał nawet  zwrot  swego listu wysłanego na tę daleką  północ.
Nic dziwnego, że widok Mietka przed drzwiami jej domu mocno wstrząsnął Heleną. A wspomnienie ich
pierwszej wspólnej nocy wciąż przyprawiało  Helenę o nieco szybsze bicie  serca. Połączenie czułości, wielkiej delikatności i nie ukrywanego pożądania, zachwyt nią i wszystkim co robiła i wspólne przeżywanie rozkoszy doprowadziło Helenę niemal do  łez. Nie wyobrażała sobie, by mogła wieczorem
zasnąć sama, nie wtulona w jego ramiona i rano budzić się sama a nie w efekcie delikatnych jego pieszczot i pocałunków. Któregoś wieczoru zapytała się Mietka czy on, mając w swym życiu tak wiele
kobiet nie czuje się  aby nieco rozczarowany jej osobą. 
Popatrzył się na nią z wielkim wyrzutem, ujął w dłonie jej twarz i wolno, wyraźnie powiedział - jestem tobą oczarowany a nie rozczarowany. Ciebie kocham, tamtych nie kochałem, były dla mnie jak te plastikowe lalki dla  facetów, lub wibratory dla  kobiet, były zastępstwem. To co powiem zabrzmi okropnie, ale gdy tylko dowiedziałem się o śmierci Wojtka, moją pierwszą myślą było to, że teraz mogę do ciebie  wystartować a dopiero potem myśl, że szkoda chłopaka. Naprawdę chciałem byśmy się pobrali natychmiast, żebyś się nie rozmyśliła i by wszyscy wiedzieli że cię kocham. Nigdy, przenigdy nie doświadczyłem z inną tego co z tobą, choć jak sama powiedziałaś było dużo tego towaru w moim życiu. Może dlatego, że żadnej nie oddałem siebie, tak jak tobie, żadnej tak nie pieściłem, nie interesowały mnie ich odczucia. One były tylko po to żeby zaspokoić moje chucie. Ożeniłem się w Kanadzie tylko po to, żeby mieć kogoś na stałe "pod ręką". I nic dziwnego, że odeszła z innym  bo praktycznie przestałem się sprawdzać. Im się więcej starała tym mnie  bardziej od niej oddalało. 
Kto wie, może popełniłem błąd, że nie "wyrwałem" cię Wojtkowi kierując się zasadą, że nie zabiera się
swojemu przyjacielowi żony.
Rozmyślania Heleny przerwała melodyjka wygrywana przez jej komórkę - telefonował Mietek z zapytaniem, czy aby nie trzeba czegoś kupić po drodze, bo on już na dzień dzisiejszy zakończył pracę i wraca do domu. 
Oj to dobrze, że już wracasz, bo ja się za tobą bardzo stęskniłam, a po drodze możesz kupić tylko jakieś owoce, jakie wybierzesz będzie dobrze. Bo ja to wszystkie  lubię, więc kup to co ty lubisz. A co tak wcześnie wracasz? Mietek roześmiał się - dowiesz się w domu. Napiję się w domu tylko kawy i zaraz wyjedziemy z powrotem.
Pół godziny później Mietek już był w domu. Jak wykazał ostatni miesiąc jeden samochód na rodzinę to było zdecydowanie zbyt mało i Mietek już od dość dawna rozglądał się za jakimś  samochodem. Dziś jeden ze znajomych Pierre'a, Polak zresztą,  przyjechał do Polski swoim dwuletnim fiatem UNO, który był robiony przez Włochów na eksport do Francji - przywiózł go w ubiegłym roku do Polski, zarejestrował na siebie a teraz chce kupić większy samochód, więc ten chce sprzedać.  
Pierre wiedząc,  że Mietek chce kupić jakiś  samochód dla siebie, bo jednak 1 samochód dla rodziny  mieszkającej stale pod Warszawą to stanowczo za mało, powiedział o tym fiaciku Mietkowi. 
Więc zaraz  pojadą go obejrzeć.
Samochód jeśli idzie o lakier to jest to biel włoska (cokolwiek to znaczy), tapicerka ciemny  granat, przebieg to tyle co z Francji do Polski, bo on go kupował we Francji, ale nim w Polsce nie jeździł, bo miał złamaną  nogę która  mu się kilka miesięcy paprała i samochód głównie garażował. 
Gdy Helena z Mietkiem jechali by obejrzeć ten samochód Helena powiedziała- jeśli go kupisz, to ja będę nim jeździła, mam wielki sentyment do fiatów, a ty będziesz jeździł tym moim, bo ja za nim nie przepadałam- za duży dla mnie. A w lutym przerejestrujemy tego opla na ciebie, fiacika na mnie i to wszystko zrobimy gdy ja będę  zmieniała prawo jazdy z racji zmiany nazwiska. Zajmie nam to cały dzień w Wydziale Komunikacji, ale będzie porządek w papierach.
Mietek uśmiechnął się - pamiętam, prawo jazdy robiłaś na  "maluchu", wtedy polubiłaś fiaciki.


                                                               c.d.n.

piątek, 10 grudnia 2021

Spóźnione uczucia - 9

 Dni, tak jak to  mają we  zwyczaju , mijały niepostrzeżenie i wrzesień przemienił się w październik. Jesień  zaczęła coraz szybciej  złocić las,  trawa w ogrodzie już nie błyszczała szmaragdową zielenią, coraz częściej Helena  znajdowała w domu pająki. Oszklenie werandy i stale  zamknięte  szklane drzwi sprawiły, że jak na razie do domu nie trafiła  żadna mysz. Każde  z nich wchodząc do domu odczyniało na wycieraczce dziwne  "tańce indiańskie" jak je nazywał Mietek, by odstraszyć ewentualnych dzikich lokatorów, bo jak mówiła Helena - wolę potupać na wycieraczce przed  wejściem do domu niż potem nastawiać pułapki na myszy i rozsypywać zatrute  ziarno i wyprawiać myszkom pogrzeby lub żywe wynosić do lasu.

"Pan od ogrzewania", jak mówiła o nim Helena przeszkolił i ją i Mietka w obsłudze pieca, podał numer swego prywatnego telefonu, co po jego wyjściu Mietek skwitował krótkim- "no i dobrze, będziemy bardziej zadbani". Piec już mieli włączony, na razie na "małych obrotach" i wieczorami Helena już nie   musiała zakładać ciepłych kapci i  swetra. 
Sprawy "administracyjne", jak je nazywała Helena, pomału posuwały się do przodu.  Ślub był wyznaczony na połowę lutego.
Obejrzeli mieszkanie  kolegi Mietka, które im obojgu się spodobało. Budynek był czteropiętrowy a mieszkanie zamiast balkonu miało wyjście na mały ogródek- zresztą wszystkie  mieszkania  na parterze miały ogródki. Co ciekawe - ogródki od  strony biegnącej wzdłuż budynku ulicy były odgrodzone
od niej   wysokim i gęstym żywopłotem. Jak niosła "wieść gminna" kiedyś ten żywopłot wyznaczał granicę wielkiego ogrodu dawnego właściciela tych gruntów. Widać z tego było, że projektant wykorzystał w swym projekcie ten stary, piękny  żywopłot.  I chwała mu za to, że wykorzystał go a nie  zniszczył - pochwaliła Helena nieznanego jej projektanta. Poza tym dawnym żywopłotem ostały się w wielu miejscach  bardzo stare drzewa, różniące się swym wiekiem bardzo mocno od  nowych nasadzeń. Po drugiej stronie budynku były tereny zielone, a za nimi różne krzewy i "mini wąwóz" z  tak zwaną drogą "bitą",  a o  "rzut  beretem" dalej poletka doświadczalne  SGGW (Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego). Mniej więcej  200 metrów od tego budynku, w którym mieli  ewentualnie  zamieszkać, niemal w centrum osiedla,  znajdował się duży, dobrze  zaopatrzony  market znanej sieciówki i jak się śmiał Mietek- jego bliskość miała  decydujące  znaczenie w kwestii atrakcyjności miejsca. 
Osiedle składało się tylko z czteropiętrowych budynków, w jego dalszej części była przychodnia lekarska, apteka i kilka różnych punktów usługowych łącznie z fryzjerem dla płci obojga, były nawet dwa kioski ruchu i 2 kioski z .....Toto-lotkiem. No żyć- nie umierać jak to określiła Helena. Nieco dalej od tego bloku powstawał, na życzenie  mieszkańców, ogrodzony plac zabaw dla dzieci. Na szczęście dostatecznie  daleko od tego bloku, jak zauważyła z zadowoleniem Helena.
Nieco rozbestwiona  mieszkaniem w wolno stojącym domu Helena bardzo dokładnie wypytywała się o  sąsiadów  mieszkających  w tym bloku. Uspokoiła się, gdy się dowiedziała, że nad tym mieszkaniem  mieszkają  starsi ludzie a w tej klatce  małe dzieci mieszkają w innym pionie. Ten blok miał zaledwie  sześć klatek schodowych, na każdym piętrze były tylko dwa mieszkania. Mietek jej cały czas przypominał, że przecież  latem to będą mieszkać głównie w letnim domu. 
W trakcie tej wizyty Mietek bardzo uważnie przypatrywał się Helenie, która podobno bardzo nie lubiła dzieci i nigdy się nie zdecydowała na dziecko.  Śmiać mu się chciało, gdy młodsza z dziewczynek wpakowała się Helenie na kolana z pudełkiem kredek i małym blokiem rysunkowym i prosiła  Helenę by ta coś jej narysowała.  W krótkim czasie kilka  kartek było całkiem pokrytych rysunkami.  Prawie  już czterolatka była bardzo dobrze rozwinięta intelektualnie, a Helena bardzo jej przypadła do gustu. Bardzo grzecznie  zapytała się, czy może do Heleny mówić "ciociu  Eleno" i oczywiście  Helena wyraziła zgodę.  Obydwie dziewczynki były dwujęzyczne, bowiem mama mówiła do nich tylko po polsku, tata tylko po francusku. A między sobą mówiły dziwną mieszaniną, przeplatając oba języki nawet w jednym zdaniu.
Były bardzo ciekawe jakiej płci będzie dziecko, które przyjdzie na świat. Płeć dzieci  rodzice już znali, a tak naprawdę to znali płeć tylko jednego dziecka, ale nie chcieli dziewczynkom nic mówić. Nie mówili nawet, że to będą dwojaczki,  żeby nie było traumy, gdyby tylko jedno zniosło dobrze ciężar i trudy ewentualnego przedwczesnego porodu. Jak na szósty  miesiąc ciąży podwójnej to pani domu miała  nieduży brzuszek. Ale podobno gdy była w poprzednich ciążach to niemal do końca siódmego miesiąca  ciąży nikt nie wiedział "tak na oko", że jest w ciąży.
Po wizycie, która trwała aż trzy godziny, w  czasie których Helena nie tylko rysowała ale i dobrze poznawała  zalety i wady tego mieszkania, umówili się, że w ciągu najdalej 2 dni Mietek przekaże Pierrowi ich zdanie, czy kupią to mieszkanie, czy dalej będą czegoś szukać.
W apartamentowcu, w którym Krystyna i Pierre mieli zamieszkać ciągle jeszcze trwały prace wykończeniowe i miały szanse jeszcze potrwać, bo jakiś debil  zapomniał w którymś  z mieszkań zakręcić kran w pionie i niemal dobę woda  zalewała część mieszkań.  Obydwie panie były zdania, że to "normalka"- przecież wiadomo, że gdy facet cokolwiek robi to trzeba mu patrzeć na ręce i pilnować go by o czymś nie  zapomniał. Na koniec wizyty Helena  miała w osobie Krystyny (pani domu) koleżankę i dwie  małe wielbicielki- cztero i sześciolatkę. 
Przy pożegnaniu zaprosili  Pierre'a i Krystynę na  najbliższą sobotę do swego "domu pod lasem" a Helena została wycałowana i wyściskana przez obie  dziewczynki.
Gdy wsiedli do samochodu Mietek stwierdził, że całe szczęście, że Helena nie lubi dzieci i ich nie ma, bo wtedy musiałby bardzo walczyć o to, by Helena  zwróciła na niego uwagę.
Wracając do domu  cały czas roztrząsali zalety mieszkania, które właśnie oglądali. Wiadomo było, że osiedle już się  bardziej nie rozbuduje, może co najwyżej będą jeszcze  jakieś pawilony handlowo-usługowe. 
Komunikacyjnie było dobrze połączone z resztą miasta i, co ważne - miało parkingi- ogrodzone i strzeżone. Dwa kilometry  dalej w stronę Wilanowa powstawało nowe  osiedle, ale z dużo wyższymi domami, nieco bardziej wyszukanymi w kształcie zewnętrznym. A w Wilanowie zaczynały "wychodzić
z ziemi" nowe domy - powstawało osiedle "Miasteczko Wilanów" na części terenów, które  kiedyś otrzymała uczelnia SGGW. Teraz te  tereny wykupiła  spółdzielnia mieszkaniowa. W stolicy zaczęły się mnożyć, niczym grzyby po deszczu, różne spółdzielnie mieszkaniowe. Służewiec przemysłowy, dotąd nie  najciekawsza dzielnica  miasta zaczęła "zarastać" nowymi osiedlami mieszkaniowymi.
Skoro mieszkanie obojgu się podobało uzgodnili,  że je kupią. Helena była zdania, że "w dzisiejszych czasach"  lepiej jest kupować mieszkanie z drugiego obiegu niż nowo wybudowane -  łatwiej wyłapać wszystkie wady i niedogodności. Bardzo dobrze pamiętała czas, gdy zamieszkała z Wojtkiem na  świeżutko wybudowanym osiedlu, na którym był jeden sklep na kilkanaście  tysięcy  mieszkańców, nie było telefonów, jedyna budka telefoniczna była wiecznie  uszkodzona, "do miasta" kursował jeden  autobus,  pobliska teraz trasa  przelotowa dopiero powstawała,  a teren koło ich bloku wyglądał niczym powierzchnia Marsa. I wyglądał tak całe trzy lata. Z okna ich dziennego pokoju mogła obserwować jak przebiega niwelowanie terenu pod nową drogę, odległą od ich bloku zaledwie o 170 metrów. Na trawnikach osiedlowych (było ich nawet sporo) kicały zające a bażanty  dostojnie  spacerowały. Po tych doświadczeniach nie chciała drugi raz wpakować się w taką sytuację. Nie chciała też by Mietek kupił mieszkanie w starym budownictwie, tym przedwojennym, bo choć były z reguły interesujące  metraże to budynki miały starą instalację wod.-kan. i potem były cyrki z wymianą  armatury, bo rozstaw starych rur  nie  pasował do nowej armatury. I każda awaria którejś z rur wymagała kucia ścian, czasem  na dwóch lub więcej pietrach. Dobrze  zapamiętała kłopoty swej ciotki, gdy  ta musiała wymieniać armaturę nad wanną. W końcu znajomy hydraulik  zastosował jakieś robione na  zamówienie "sztukowania", co nie wyglądało ładnie. 
Na sobotę, w którą mieli przyjechać Krystyna i Pierre z dziećmi,  Helena przygotowała  całą masę drobnych kruchych ciasteczek, dla dziewczynek, oprócz tego dla wszystkich galaretkę z malinami, a w ramach drugiego śniadania, ewentualnie lunchu była terrina drobiowa. Był też placek ze śliwkami z wiadomej cukierni i paluszki z makiem. Oprócz tego zajrzała do księgarni i kupiła dla dziewczynek wycinanki  i kolorowanki  oraz dwa pudełka kredek i dwa nieduże szkicowniki.
Sobota powitała wszystkich nawet słońcem, chociaż nie rozpieszczała temperaturą. Piec został więc "podkręcony"na wyższe obroty. Dla dziewczynek Helena przygotowała miejsce do rysowania na werandzie, wiedząc dobrze, że będzie to atrakcją. 
Goście zjechali około południa.  Dziewczynki szybko obiegły cały ogród i w ich mniemaniu wszystko było wspaniałe, nawet grządki na tyłach domu, które już były skopane i nic na nich już nie rosło. Ponieważ pogoda była ładna, postanowili pójść kawałek drogą, która "nie wiadomo dokąd " prowadziła i wrócić lasem.  Dziewczynki niczym  psiaki biegały w tę  i z powrotem, ale w lesie, w którym dawno nie były trzymały się blisko dorosłych a młodsza szybko wzięła za rękę ojca.
Spacer wszystkim się podobał, Krystyna  stwierdziła, że fajnie jest  mieszkać tak blisko lasu. Pierre zaczął się dopytywać czy są tu jeszcze jakieś  wolne działki, bo dobrze  byłoby mieć takie  lokum pod miastem, zwłaszcza, że to tylko  dwadzieścia kilka  kilometrów od Warszawy. Mietek od razu obiecał, że się dowie, a Helena powiedziała, że owszem, miło się tu mieszka, tyle tylko, że nie ma tu żadnych atrakcji dla dzieciaków, więc będą musieli sporo  atrakcji dla nich sprawić w ogrodzie. Ale to nie przerażało Pierre'a, w końcu istnieją całkiem dobre baseny ogrodowe,  nadmuchiwane. 
Tak jak podejrzewała Helena dziewczynki z pełnym entuzjazmem  zaanektowały werandę. Były całkiem pochłonięte wycinankami - bo były to nieco inne wycinanki - była to lalka, dla której należało wyciąć różne   ubranka, które przed wycięciem musiały pokolorować.
Terrina wszystkim bez wyjątku smakowała, a Krystyna  dostała od swego męża "polecenie" by koniecznie wzięła od Heleny przepis. Pomysł zaraz oprotestował Mietek mówiąc, że przez to  branie przepisów potem w każdym  domu je się to samo. Przypomniał Helenie jak to było z ciastem o wdzięcznej nazwie  "murzynek"- jak wszedł w  modę to przez rok u każdego wjeżdżał na stół ów wypiek. No a przecież znacznie  fajniej jest jeść u każdego coś innego. Rozbawiona tym Krystyna obiecała Mietkowi, że nigdy u siebie  nie poda terriny gdy oni będą u niej jedli. A terrina bardzo zasmakowała dziewczynkom, które za zwykłym, pieczonym kurczakiem nie przepadają, więc będzie im co jakiś czas robić terrinę z kurczaka.
Gdy po czterech godzinach goście wyszli, Helena i Mietek podsumowali, że wszystko poszło bardzo dobrze.


                                                                     c.d.n.

czwartek, 9 grudnia 2021

Spóźnione uczucia - 8

 Nie da się ukryć, że po wyjściu gości z domu  Helena i Mietek odetchnęli. Pierwsze  słowa Mietka brzmiały: no nareszcie, myślałem, że coś palnę pani Wandeczce! 
Helena  śmiała się serdecznie- oj, oj, widać, że szanowny pan  długo  już nie mieszkał w Polsce! Przecież  pani Wandeczka jak  coś plecie to tylko z wielkiej serdeczności.  Ma jedną, niesamowicie  cenną zasadę- nigdy nikomu nie  spadnie  niespodziewanie na głowę , czyli nie  wpadnie z wizytą na  zasadzie "deszczu z czystego  nieba". Pod tym względem jest lepsza niż wielu naszych warszawskich znajomych. Jest ciutkę  wścibska, bo należy do osób, które cenią sobie informacje z pierwszego źródła, natomiast zupełnie nie roznosi plotek z gatunku co, kto ,  z kim i co kto ma. To bardzo dobra cecha i niestety dość rzadka. Bardzo  ceniła Wojtka, bo on  zawsze z nią rozmawiał, często wypytywał  o okolicę, o to jak tu kiedyś wyglądało. A kiedyś to nawet poprosiła Wojtka czy mógłby coś wytłumaczyć jej córce z fizyki, bo ona ma do rozwiązania zadanie i nie może sobie poradzić.Wojtek potem powiedział Wandeczce, że jej córka miała po prostu  kiepskiego nauczyciela  fizyki w podstawówce i ma braki. Wiesz przecież, jaki był Wojtek - każdego potrafił rozgrzeszyć.
Wyciągnięcie metryki z  archiwum zajęło Helenie wiele dni i kosztowało kilka wizyt osobistych w Archiwum USC. Gdy za pierwszym razem dostała numerek "56"  i zobaczyła jak długo trwa obsługa jednej osoby ze  wściekłością cisnęła numerek obok automatu wydającego numerki. Do tego wszystkiego miała  problem z zaparkowaniem samochodu w pobliżu Archiwum.  Następnym razem przyjechała na godzinę 8 rano - tym razem podrzucił ją  Mietek.  Była 32, ale odpis metryki miała otrzymać dopiero za dwa tygodnie.     
Skontaktowała się z prawnikiem, który stwierdził, że najlepiej będzie jeśli ona  zamelduje Mietka u siebie, ale niech wpierw przeprowadzi przez sąd sprawę spadku po Wojtku, bo przecież nie było sporządzonego żadnego testamentu. Na szczęście zgodził się poprowadzić tę sprawę tak, by wszystko odbyło się  stosunkowo szybko. Trochę się Helena pośmiała,  bo pan prawnik bardzo się ucieszył, że zmarły nie miał ani dzieci ani rodzeństwa i był już całkowitym sierotą w dniu śmierci. Oczywiście  sprawa odbyła się niemal błyskawicznie, ale - na wydruk orzeczenia trzeba było poczekać dwa tygodnie. Pan prawnik  bardzo się tłumaczył, że wszystkie  sądy cierpią na niedobór pracowników. Po prostu są tak marne wynagrodzenia, że nie ma chętnych do pracy. I że dobrze się złożyło, że mieszkanie było już własnościowe, spłacone, a domek współwłasnością obojga małżonków.
Z tego wszystkiego wyszło, że ślub może być najprędzej w pierwszych dniach lutego. Mietek narzekał, aż w końcu Helena  powiedziała - ja ciebie nie rozumiem- jakby na to nie popatrzeć krzywdy nie masz, z konsumpcją związku nie  musisz czekać do dnia ślubu, więc  o co chodzi.? Masz po prostu więcej czasu do namysłu czy aby dobrze robisz biorąc mnie za żonę. Więc skup się może na poznawaniu moich złych i dobrych stron, bo lepiej nie  wziąć  ślubu niż go wziąć i potem się rozwodzić. 
Mietek delikatnie wziął ją w ramiona i powiedział cichutko - bo ja się kochanie moje  boję, że to ty się rozmyślisz, bo w porównaniu do Wojtka to jestem kiepskim facetem.
Helena  wpierw się roześmiała, potem bardzo spoważniała i powiedziała - może nie wyglądam na osobę poważnie myślącą, ale nim powiem  "tak"  lub "nie"  mam wszystko przemyślane. Po prostu szybko myślę, taka  moja uroda. Znam cię bardzo długo, decyzja moja by wyjść za ciebie to nie chwilowe  zauroczenie. Zawsze mnie do ciebie  ciągnęło i myślę, że gdyby Wojtek nie  zmarł kto wie, czy byśmy się nie rozeszli. Bo coraz częściej nie mogliśmy dojść do porozumienia.  Te oddzielne sypialnie to były wynikiem nie tylko mocno odmiennego trybu naszego życia  ale i temperamentów. Od wielu lat nie współżyliśmy. Jesteś pierwszą osobą i ostatnią, która się o tym dowiaduje. Dajesz mi wszystko to, czego nie dostałam nigdy od Wojtka. Po prostu dla niego seks był sprawą zupełnie bez znaczenia. Ważne były dla niego inne wartości - mądrość, zrównoważenie, zgodność poglądów, lojalność, podobne  zainteresowania.  Podejrzewam, że gdyby ustawić mnie w rzędzie innych nagich kobiet i wszystkie  miałybyśmy zakryte twarze i milczały,   to nie  rozpoznałby mnie, nawet gdy byliśmy niedługo po ślubie. Ale wtedy mi to odpowiadało i sądziłam, że tak pozostanie do końca małżeństwa. No   w pewnym  sensie tak się stało, bo odszedł i małżeństwo ustało.  Dopiero po jego śmierci zdałam sobie  sprawę z wielu rzeczy. Tylko nie wysnuj z tego co powiedziałam błędnych wniosków-  bo dla mnie oprócz seksu ważne są i inne zalety, które ty posiadasz i o których wiem od  dawna. Wiem też, że miałeś mnóstwo kobiet, snuły się za tobą zawsze całe tabuny. 
A te które znałam nie szczędziły mi szczegółów   o tobie z poziomu materaca.  I każda z nich liczyła na małżeństwo z tobą a ty po prostu wyjechałeś.
Mietek tulił ją w objęciach i......dziwne, ale miał wyraźnie łzy w oczach. Wtulił głowę w jej szyję i  wyszeptał - późno, stanowczo zbyt późno los pozwolił się nam połączyć. Ale wykorzystamy ten czas jak najlepiej nam się uda. Kocham cię i to tak,  aż do bólu. Najchętniej tkwiłbym przy tobie dzień i noc. Gdy tylko dowiedziałem się, że Wojtek umarł, postanowiłem wracać do Polski. Tyle tylko,   że wpierw  musiałem jednak zakończyć kilka spraw służbowych, dokończyć temat, który  miałem rozgrzebany.  Byłem zdecydowany odbić cię każdemu, kto by z tobą był.  Pisałem nawet do Milka by cię  trochę śledził czy jesteś sama czy może z kimś. Oczywiście było to pod hasłem  "sprawdź stary, czy nie trzeba jej w czymś pomóc, przecież Wojtek był naszym kumplem".
No i co? Podesłał ci jakieś informacje? Bo ja to go ostatni raz widziałam na pogrzebie Wojtka.
Nie wiedział gdzie cię ma szukać, ale stwierdził, że nie mieszkasz już w Warszawie tylko gdzieś poza Warszawą. Nawet  nad Bug pojechał, ale ci nowi nie wiedzieli nic na wasz, ani na twój temat. Był też u tych, którym wynajmujesz, ale oni mu nie powiedzieli gdzie  mieszkasz, tylko powiedzieli, że  są z tobą w kontakcie i gdybyś ty coś potrzebowała to oni ci pomogą. Numeru komórki twojej też mu chcieli podać, mówiąc, że nie  są do tego upoważnieni. Jedynie  powiedzieli, że mieszkasz w domu pod  Warszawą, ale oni  nie znają adresu. Naciskani powiedzieli, że to gdzieś za Wilanowem. No to cię potem szukał w Powsinie  i na Zawodziu. W końcu mi pięknie napisał, żebym sobie sam szukał, bo on już wyczerpał wszystkie  swoje w tej materii możliwości. Całkiem dobrze  zarąbałaś  wszystkie ślady po sobie, wiesz? 
No popatrz kochany, jak łatwo jednak jest się ukryć! A coś ty naopowiadał tym moim lokatorom, że jednak dali ci mój  adres?
Powiedziałem im prawdę - pokazałem swoje  dokumenty, pokazałem wasze zdjęcie ślubne, na którym widać mnie całkiem nieźle, wysłuchałem setkę  zachwytów pod adresem twoim i Wojtka, dostałem też numer twojej komórki. Ale  postanowiłem nie dzwonić. Bałem się, że  może nie będziesz chciała się ze mną zobaczyć i znów gdzieś się zaszyjesz. 
A jak ty otworzyłeś furtkę? Nie dzwoniłeś do furtki, tylko od razu do drzwi, co sobie uświadomiłam właściwie dopiero teraz. 
Zwyczajnie, mam długie  łapska, oparłem jedną stopę na zawiasie furtki, trochę się wspiąłem, przechyliłem się do środka i od góry dosięgnąłem klamki. To słaby punkt tej furtki, chyba  zmienimy klamkę od wewnątrz na gałkę obrotową.
Kiciu Malutka, a może jednak rozejrzymy się za jakimś mieszkaniem w Warszawie? Ten domek to byśmy sobie  zachowali  jako domek na  weekendy i lato. Pomyślałem, że może kupiłbym jakieś trzypokojowe mieszkanie np. na Ursynowie. Tam niektóre miejsca są naprawdę dobre do mieszkania, na przykład te w okolicy Natolina. Mieszkanie nie w jakimś wieżowcu, ale w domu o ludzkim wymiarze, np. czteropiętrowym. Widziałem plan zagospodarowania Ursynowa, np. za tymi bloczyskami wzdłuż głównej ulicy są fajne domy  nieduże, tworzące tak jakby małe osiedla 3,  do 5 bloków, Może udałoby się  załapać na  mieszkanie  parterowe z ogródkiem. Jest jeszcze jedno całkiem ciekawe miejsce- tyły Alei Wilanowskiej. Jeden z pracowników ambasady tam mieszka, ma 3 pokoje, z ogródkiem, ale jego żona jest aktualnie  w ciąży i będą bliźniaki, a oni już mają dwójkę dzieci, więc trzy pokoje z kuchnią to dla nich zbyt mało i chcą to mieszkanie  sprzedać . Umówiłem się z nimi, że wpadniemy do nich i obejrzymy. Sklep mają na wyciągnięcie ręki, chociaż nie jest tuż pod oknami. I mają stałe miejsce parkingowe. Z tym, że musimy się dość szybko zdecydować, bo to już 6 miesiąc, a wiesz, z bliźniakami to może być i tak, że nie doczekają grzecznie do 9 miesięcy. Oni już mają upatrzone  mieszkanie, ale tam jeszcze  niemal plac budowy, więc urządzają ich tacy kupcy jak my, którzy  mogą spokojnie poczekać po dokonaniu transakcji. A potem się będziemy gimnastykować z tym twoim mieszkaniem i naszym domkiem letniskowym. To bardzo mili ludzie, on jest  Francuzem, ona Polką. Co o tym myślisz?
No dobrze myślę, możemy je  zobaczyć. A jeśli tobie się będzie podobało a mnie nie za bardzo to też je kupisz?
Nie kochanie, musi się Tobie podobać, bo byśmy przecież tam mieszkali  zimą. Nie jest dobrze mieszkać w mieszkaniu które się jednej ze  stron związku nie podoba.
A dokąd się oni przeprowadzają? Do apartamentowca na Dolnym Mokotowie, ale tam jeszcze coś w tym budynku jest  niegotowe. Tak szczerze mówiąc to ja bym tam nie chciał mieszkać, choć stamtąd jest kilka kroków do Łazienek.  I masz rację drogie te  mieszkania jak jasny piorun! No ale mają recepcję na dole. Jej się podobało mieszkanie na ostatnim piętrze, z tarasem, ale się podłamała, gdy on jej uświadomił, że to zbyt mało bezpieczne dla małych dzieci. A między nami mówiąc to miejsce paskudne, niemal na samym skrzyżowaniu dwóch ruchliwych ulic i jedną z nich jeździ tramwaj.


                                                              c.d.n.

środa, 8 grudnia 2021

Spóźnione uczucia - 7

 Pani Wandeczka wraz ze swym małżonkiem wkroczyła do domu Heleny równo 3 minuty po godzinie szesnastej. 
Nastąpiła obustronna prezentacja i w pierwszej kolejności Helena poprowadziła przybyłych na werandę, na której  już wcześniej Mietek ustawił na pomocniczym stoliku ekspres do kawy , filiżanki oraz  inne potrzebne akcesoria oraz piętrową paterę z ciastami. 
Helena zaraz na wstępie powiedziała, jaką to propozycję zagospodarowania bocznych  ścian werandy złożył syn pani Wandeczki i że teraz to tylko trzeba spokojnie  zaczekać co młody człowiek wybierze z roślin pnących, bo pewnie trzeba  będzie  zrobić jakąś kratownicę by pnącza  miały się czego trzymać. Mąż pani Wandeczki całkiem przytomnie  zauważył, że chyba nie  byłoby dobrze, by boczne ściany miały pnącze aż pod sam sufit, że tak naprawdę wystarczy by kratownica kończyła się na wysokości  półtora do dwóch  metrów- tyle wystarczy by nikt  spoza ogrodzenia  nie zaglądał na werandę, a ten metr  wolnej od pnączy przestrzeni będzie dawał światło. I w takim razie  najlepiej się sprawdzą skrzynki od razu z kratownicą. I on zna człowieka, który produkuje takie skrzynki, to jego kolega jeszcze z liceum. 
Więc gdy Helena zdecyduje się jakie pnącze będzie jej zdaniem tu pasowało, to zaraz on zamówi u swego kolegi te skrzynki, bo na pewno muszą to być pnącza całoroczne, zimozielone, więc sadzić się je będzie jesienią. Na zimę pomiędzy szybę a skrzynki i kratownicę da się włókninę, taką ogrodniczą, żeby roślinki nie przeziębiły się. W każdym razie trzeba zacząć od wybrania  roślin. A "młody" musi przy  prezentowaniu roślin wziąć pod uwagę usytuowanie geograficzne   werandy i do niego wybierać rośliny.
A może- nieśmiało zauważył Mietek- dać te pnącza tylko na ściankę od strony drogi a tą drugą ścianę  zagospodarować inaczej? Ja bym pod nią ustawił coś w donicy na kółkach, może fikus a może palmę? A może nic a tylko na rozporowym karniszu rozepnie się jakąś ozdobną cieniutką tkaninę? Na tej ścianie od  drogi to pnącze bezsprzecznie  będzie najlepsze. Mamy jeszcze trochę czasu do namysłu co do tej drugiej ściany.
Gdy Helena kroiła placek  ze śliwkami, pani Wandeczka  zauważyła na jej palcu obrączkę i powiedziała- macie państwo  bardzo ładne i  modne teraz obrączki ślubne. Ma pani na niej sporo tych brylantowych  drobinek. 
Helena uśmiechnęła się i powiedziała - na razie to są obrączki zaręczynowe,  a po ślubie dopiero będą ślubne.  Na razie to trzeba dopiero złożyć dokumenty w  Urzędzie  Stanu Cywilnego. I pewnie będę  musiała zacząć od wizyty w archiwum, bo już nie mam  ani jednego aktu swego urodzenia. W ogóle muszę tam zatelefonować i dowiedzieć się jakie papiórki tam trzeba złożyć i jakie  mają wolne terminy.
Och, pani Helenko, oni teraz powariowali- do każdej sprawy chcą aktualnej metryki urodzenia a nie tej, którą  się ma w domu od lat.  A w którym urzędzie będzie  pani brała metrykę?
Na Mokotowie.
No to wyrazy współczucia - teraz już na Wiśniowej nie wydają metryk a w  archiwum, które jest na  Służewcu i zawsze są tam straszne kolejki. O ile  jeszcze są na tym Służewcu, bo podobno mają się gdzieś przenieść - pan Wandeczka pokiwała głową z  dezaprobatą. I za każdym razem pytają do czego ta metryka, bo do niektórych spraw  pobierają opłatę za wydanie  tego druczku, a najgorsze, że niczego nie dostanie pani od pierwszego podejścia. Jeśli jest wyjątkowo mało osób to wtedy  wydadzą metrykę za dwie godziny i można dostać świra, bo gdzieś ten czas trzeba wytracić a tam w okolicy nie ma żadnych sklepów ani kawiarni. Można co najwyżej dostać odcisków na siedzeniu korzystając z tych twardych krzeseł.
Przepraszam, że pytam, a pan znał męża pani Helenki, pana Wojtka? - zwróciła się  do Mietka. Mietek posłał jej  pełen wyrozumiałości uśmiech i powiedział  - oczywiście, że znałem, byliśmy przyjaciółmi.
Wiele lat się przyjaźniliśmy. Nie mogłem uwierzyć w to, że zmarł tak młodo, bo co to za wiek dla mężczyzny 55 lat? Ale nie mogłem wtedy przyjechać do Polski, pracowałem  przy bardzo ważnym projekcie w Kanadzie. 
Pani Wandeczka wyraźnie nabrała wiatru w żagle i popłynęła tekstem wysławiającym  pierwszego męża Heleny niemal pod niebiosa. Jaki to był miły i delikatny człowiek, taki kulturalny i taki mądry. O wszystkim można było z panem Wojtkiem porozmawiać,  nawet i o ogrodnictwie.
Helena słuchała i oczy się jej otwierały szeroko, no ale  znając zamiłowanie  swego zmarłego męża do rozmów pojęła,  że Wojtek miał w pani Wandeczce wdzięczną słuchaczkę. I taki oczytany był, tyle rzeczy z historii znał - zachwycała się  Wandeczka.
Helena widząc niemą udrękę w oczach Mietka szybko ruszyła po tratwę ratunkową i poszła do kuchni po lody.  
Gdy wkroczyła na  werandę z tacą załadowaną miseczkami, łyżeczkami i kilkoma pojemnikami z lodami powiedział z wyrzutem - a czemu Ty mnie nie  zawołałaś tylko sama wszystko ciągniesz z zamrażarki ?
Przecież bym to wszystko przyniósł. A  może jeszcze ktoś ma ochotę na kawę, to zaraz dorobię. A może na gorącą czekoladę? Też potrafię zrobić. Pani Wandeczka pozostała wierna kawie, jej mąż i Helena  wybrali czekoladę.
Gdy Mietek zniknął w kuchni pani Wandeczka  zapytała zniżonym głosem- a pan Mietek to jest  wdowcem?
Nie - odpowiedziała Helena- nie  jest wdowcem ale rozwodnikiem. I jego  była żona była Kanadyjką?- pani Wandeczka drążyła temat.
Tego nie wiem - w Kanadzie jest mnóstwo różnych narodowości- Polaków, Rosjan, Ukraińców, Francuzów, Anglików i różnych tak zwanie "kolorowych"- nawet się nie  pytałam jakiej była narodowości, nigdy mnie to nie interesowało. Żenił się w Kanadzie, nie tutaj.
A nie boi się pani wychodzić za rozwodnika? 
No jakoś nie boję się,  bo ja Mietka znam tylko nieco krócej niż znałam swego męża, czyli ponad 30 lat.
Zdążyłam go dobrze poznać. 
No to dobrze, stwierdziła  pani Wandeczka. A  ślub będziecie  państwo brali w  Pałacu Ślubów czy  w tym Pałacyku Szustra? A wesele też będzie?
Pani Wando, na ślub w Pałacu Ślubów to nie ma co liczyć, tam się trzeba  zapisywać ze 3 miesiące  wcześniej, podobnie jest z  Pałacykiem Szustra. Weźmiemy kameralny ślub, tylko my i świadkowie, obojętnie w którym Urzędzie.Wesela też żadnego nie robimy, może pojedziemy gdzieś na  kilka dni, tak niemal wprost z USC. Na razie to jeszcze nie złożyliśmy przecież dokumentów.  A ślub można wziąć przecież dopiero w 30 dni po złożeniu dokumentów. To nie Las Vegas, gdzie ślub dadzą od ręki. Z tego co widzę, to albo ślub będzie pod koniec października albo w listopadzie.  Ale równie dobrze może być dopiero w styczniu lub w lutym. A wie  pani- za progiem już Boże Narodzenie i w firmie będzie urwanie głowy, bo zawsze  albo coś trzeba będzie nagle  zaprojektować albo coś przeprojektować, bo się jakiejś pannie  młodej coś ubzdura, potem zaraz  Sylwester i sukienki balowe już właściwie się zaczynają i zaraz potem  Studniówki. Jakieś wariactwo z tym sukienkami na studniówkę- gdy ja chodziłam do szkoły to miałyśmy białe bluzki i czarne lub  granatowe spódnice. Jedyny luksus polegał na tym, że  bluzki mogły być nieco bardziej ozdobne i spódnice mogły być  dość szerokie i na przykład z  falbaną. No i nie musiały być  z wełny, ale z jedwabiu lub czarnej tafty. A teraz  jakiś wyścig , czyja kiecka będzie bardziej modna, a właściwie czyja droższa.
Ostatnio się uśmiałam, bo panna młoda tak się odchudziła, że sukienka wisiała na  niej jak na haku. Krawcowe włosy rwały z głowy, bo właściwie  lepszym rozwiązaniem było uszyć  całą suknię od nowa niż tę dopasowywać.
A ja do ślubu pójdę w.... wełnianym spodnium. Mam fajne długie spódnico-spodnie i żakiet, wszystko w tak zwanym "błękicie królewskim", pod  żakiet  założę cienki golfik w kremowym kolorze. I jeśli nie będzie mrozu to będę w zwykłych  szpilkach a w razie  mrozu to w kozakach na  wysokim obcasie. A Mietek już sobie zafundował garnitur szyty na  miarę, "setka  wełna" w jasno-stalowym kolorze. 
A ile lat ma pan Mietek?- panią Wandeczkę nadal rozpierała  ciekawość.  
Tyle samiutko co ja, bo jesteśmy z tego samego rocznika  i nawet z tego samego  miesiąca, dzieli nas raptem chyba mniej niż 10 dni.  A Wojtek był od nas 2 lata starszy.
I będziecie państwo tu po ślubie mieszkać czy w Warszawie? 
Raczej tutaj, bo moje warszawskie mieszkanie  odstąpiłam  na jakiś czas znajomym, którzy się budują.  Na razie jakoś im to kiepsko idzie i będziemy mieszkać tutaj. Ten dom był budowany jako całoroczny.
No chyba, że  mojemu narzeczonemu szajba odbije i kupi jakieś  mieszkanie. Swoje  sprzedał gdy wyjeżdżał do Kanady, myślał, że nigdy nie wróci do Polski. Ale wtedy i tak raczej tu będziemy mieszkać.
Ale  zeszłej zimy nie mieszkała pani tutaj- zauważyła Wandeczka.
No nie, mieszkałam u przyjaciółki, której mąż wyjechał do pracy w Wielkiej Brytanii. Po prostu bałam się tu nocować sama.  Tej zimy nie będę sama to raz, a dwa - będą już  tej zimy  mieszkać w trzech domkach na pewno. Muszę na dniach wypróbować to centralne ogrzewanie. Na  uruchomienie to przyjedzie spec i ma  mnie nauczyć jak ten piec obsługiwać.  On jest na olej opałowy. Tankuje się raz do roku. Na razie jest  zatankowany. Podobno to jest bezobsługowy model  Wolf, to znaczy raz w roku przyjeżdża fachman i wszystko przegląda, ustawia , sprawdza itd.  
I gdzie on jest- dopytywała się Wandeczka. 
W piwnicy, pod  budynkiem. I ponoć to bardzo ekologiczne urządzenie, bo ten olej spala się w stu procentach. No ale wie pani, pani Wando- coś za coś- eksploatacja jest droższa niż piec na paliwo stałe.
Więc omija mnie radocha z czyszczeniem pieca, usuwaniem  popiołu i kupowaniem paliwa stałego. Raz do roku przyjeżdża cysterna z pojemnikami oleju, zabiera stare, zostawia nowe.
No to będę się musiała tym zainteresować bliżej- stwierdziła pani Wandeczka.

                                                                     c.d.n.