poniedziałek, 2 maja 2022

Trudny wybór - 4

 Pierwszy  dzień pracy Adeli był czwartkiem. Na miejsce "zbiórki" przydreptała o 6,40, w dwie  minuty później do autokaru wszedł  Emil i zajął miejsce obok niej. Widziałem panią z okna kuchni gdy szła  pani koło spożywczego.  I jak się  pani  czuje?  

Jakoś się  czuję - dla  mnie to bardzo niechrześcijańska pora. Ostatnio zaczynałam pracę dopiero o  dziewiątej,  a dziś  budzik  ściągnął  mnie  z łóżka o piątej. Nawet  nie  bardzo  wiem  czy żyję.  Emil uśmiechnął się - sądząc po tym, że rozmawiamy, to na pewno  pani żyje. Tu wszyscy wsiadają pół żywi, za 5 minut wszyscy  będą  spali. Gorzej jest tylko wtedy, gdy autokar jest  w naprawie, bo trzeba   dojechać pociągiem i tam pokonać te  drobne dwa kilometry  z hakiem. Gdy byli  blisko  centrum  miasta Emil cichutko powiedział - proszę  się rozejrzeć po autokarze. Tylko  my dwoje  nie  śpimy. Adela rozejrzała  się - faktycznie -  wszyscy byli pogrążeni w drzemce. Gdy  autokar przystanął by zabrać  kolejnych pracowników niewiele  osób otworzyło oczy. Miejsc  siedzących  już nie było, nowo przybyli stali w przejściu pomiędzy rzędami foteli. Ciekawe - pomyślała- czy oni też  zasną? Boże, ten  autokar  wlecze się niemiłosiernie.  Jeszcze  dziś  rozejrzę  się w sprawie  kupna  samochodu. Może faktycznie wezmę  połowę forsy a drugą część spłacę  ratami. Muszę  to przemyśleć. Kupno  samochodu  nie zając,  nie ucieknie, wpierw  muszę  sprawdzić jak  mi się tu  będzie  pracowało.

Po przybyciu  na  miejsce Adela  wpierw  poszła do  sekretariatu - Kamil już  był.  No to świetnie, że pani jest - kadrowa też  już dojechała. Podobno  wszystko udało się jej wczoraj  załatwić, wiec  proszę wpierw odwiedzić  kadry i podpisać  angaż do działu patentowego. A potem dodał szeptem - kawę dla ciebie też  zrobiłem, postawię  ci na biurku w sekretariacie.

Fakt, że przez  pierwsze dni pracy siedziała  w sekretariacie  miał też jedną  dobrą  stronę - niemal wszyscy pracownicy zdążyli  ją poznać, bo placówka   zatrudniała poniżej 200 pracowników. Nieomal cały personel inżynierski był płci  męskiej - kobiety pracowały głównie  w  działach ekonomicznych. No cóż- od  dawna  było wiadomo, że politechnikę   wybierali i  kończyli  studia głównie mężczyźni. Po trzech  tygodniach wróciła  do pracy sekretarka. Była  zachwycona, że zastępowała ją "siła  fachowa", więc nie było  zaległości i bałaganu. A Adela wylądowała w pokoju razem z Emilem.

Na  "dzień dobry"  Emil  przepytał  się czy to ustawienie  biurek jej odpowiada, pochwalił  się, że na jej cześć zakupił  nawet elektryczny porcelanowy  czajnik, więc  będą  mogli sobie  robić  kawę kiedy im  się  zamarzy,  nie będą uzależnieni od czasu i  humoru  pani "uniwersalnej".  Zapytał się,  czy mogliby mówić  do siebie po imieniu, bo będą  ciągle  mieli mnóstwo spraw  do omawiania. Przepytał się, kiedy Adela  ma zamiar wziąć urlop, bo byłoby dobrze, by  nie  wzięli urlopu w jednym  czasie.  Poza tym w lipcu jest kurs w Urzędzie   Patentowym,  wiec  byłoby dobrze, gdyby  Adela mogła w nim uczestniczyć.

A jeżeli ta praca  się  Adeli spodoba,  może  aplikować  na rzecznika  patentowego i najlepiej  zrobić to jak  najszybciej, bo szykują się w tej  dziedzinie spore  zmiany i będzie  to droga przyjemność, o  czym jak na dziś niewiele osób  o tym wie. 

Ale ja mam jeszcze  rok do skończenia studiów i już powinnam  zacząć  myśleć o pracy  magisterskiej, raczej  nie pociągnę  jednocześnie  aplikacji na rzecznika i ostatniego  roku  studiów- taki tytan  pracy to ja  nie jestem.

Nie  wpadaj  w panikę, przepatrzę co z tematów  aplikacyjnych  mogło by być jednocześnie tematem pracy magisterskiej na wydziale prawa. A aplikacja  na rzecznika  patentowego będzie  niedługo trwała trzy lata - takie są plany. I będą  się tworzyły kancelarie  rzecznikowskie,  funkcjonujące tak  jak kancelarie adwokackie obecnie.

Emil "zanurkował" na  moment  w szafce swego  biurka - po chwili wynurzył się  stamtąd trzymając dwa duże  jabłka - wybierz, które ci się bardziej  podoba. To jabłka z sadu  mojego ojca - hodowane ekologicznie.  Dojrzewały do  samego końca na drzewie a nie były  zrywane  niedojrzałe.  Mam  problem  z tym  sadem - nie  wiem  czemu ojciec  go kupił. A teraz ojciec  chory, rokowanie co do  stanu jego zdrowia  kiepskie, tylko on  o tym  nie wie, sad już  dawno przepisany jest  na  mnie i mam z tym problem. Skończyłem wydział  elektryczny a nie sadownictwo. O  sadzie  wiem  tylko tyle, że rosną  tam drzewa owocowe. Jak ojciec  umrze to zwyczajnie   sprzedam  ten  sad, ale teraz to mam  tylko ból  głowy, bo  muszę  go tam  wozić.

Piękne  te  jabłka, to reneta  landsberska - a ty  mnie  kusisz  jabłkami   niczym  biblijny wąż Ewę. Lubię wszystkie  jabłka,  nawet te  współczesne, owocujące co rok  a nie  co dwa lata  jak te stare gatunki - stwierdziła Adela. Teraz  w  handlu nie  ma ani landsberskich ani prawdziwych malinówek, ani koksów.

Emil wpatrywał się  w nią ze  zdumieniem - o Boże, kobieto, ty się  znasz na jabłkach. A dla  mnie  jabłko to jabłko, jedne mi bardziej smakują, inne  mniej i tyle  tylko  wiem o jabłkach.

A co  z twoim ojcem, dlaczego  rokowania  kiepskie? Emil  skrzywił  się - ma  chłoniaka  i gdyby  nie  był takim uparciuchem i choć  trochę przestrzegał zaleceń lekarza , brał  regularnie  leki i  nie  palił to pewnie  byłoby  lepiej. No ale on  stwierdził, że już się  dość  "nażył", śmierć mu nie  straszna,  zresztą nawet  się  cieszy bo dołączy do mamy, która umarła  w ubiegłym  roku. Z drugiej  strony trochę go  rozumiem - został  sam,  bo  nie chce  się sprowadzić  do  mnie - mieszka  w  Milanówku. A ja  się tam  nie przeprowadzę- zbyt wiele  lat jeździłem  stamtąd  do Warszawy.

Ojej, to faktycznie  niewesoło. Taaaak,  z biegiem czasu  każdy  z nas  staje  się  sierotą - stwierdziła Adela. Chciałabym  się  ciebie poradzić w  pewnej  sprawie - chodzi  mi po głowie  kupno  samochodu. Sama  nie wiem, czy kupić na raty niedużą "nóweczkę" czy może coś używanego. No i chciałabym by to nie była jakaś  duża bryka, ale taki nieduży samochód,  np. renault twingo albo jakiś nieduży japoński suzuki lub może jakaś koreańska bryczka . I chciałabym od  razu  zapłacić  połowę  sumy,  a resztę  wziąć  na raty, tylko  nie wiem  czy tak można.

Emil  uśmiechnął  się - kupowanie  samochodu jest  bardzo  zbliżone  do kupowania  obuwia-  nie  zawsze w tym,  co się nam  podoba z zewnątrz  dobrze się  kierowca  czuje. Trzeba  wsiąść do środka "poprzymierzać" ustawienia, sprawdzić  jak  wszystko widzisz  z boku i jak z tyłu, najlepiej jeszcze odbyć jazdę próbną, potem przepytać  się o  system ratalny banku ,  z którym  dany dealer współpracuje - bo wiesz,  nie każdy bank jest przyjazny klientom. Moim  zdaniem  lepiej jest  jednak kupić  nowy  samochód, bo po prostu  łatwiej go  potem  sprzedać. Każdy  chętniej kupuje od  pierwszego użytkownika niż od kolejnego. A bardzo  ci ten samochód  potrzebny? A lubisz prowadzić? Często jeździsz?  Domyślam się, że ten  pomysł wpadł ci do głowy, gdy dowiedziałaś  się, że autokar często nawala.  Ale gdy nawali autokar, to połowa jego  stałych pasażerów ma  samochody i wtedy podwozimy  się wzajemnie swoimi  samochodami. Ja do pracy jeżdżę głównie autokarem, swoim  jadę tylko wtedy, gdy  wiem, że danego  dnia  muszę wyjechać wcześniej z pracy. Gdy autokar  nawali zawsze  zabieram ze sobą wtedy 3 osoby.  Jako mój współpracownik  zawsze masz wtedy u  mnie pierwszeństwo. Ale jeśli mimo tego masz   wewnętrzny  przymus  zakupu  samochodu - jasne, że ci  w tym pomogę.

A co do twoich studiów- codziennie masz  zajęcia i wcześnie  wychodzisz?  

Nie, nie  codziennie - wcześniej  wychodzę  tylko w piątki, bo zajęcia  mam od godziny 15,00. W trakcie  sesji czasem mam  egzamin  rano, ale na sesję  to  mi przysługuje jakiś urlop. Ostatnio jest o tyle  porządnie, że wcześniej dostaję  rozpiskę z terminami egzaminów.

No to na piątki coś wymyślimy, żebyś nie  musiała tu przyjeżdżać. Chciałbym  ci zadać bardzo niedyskretne pytanie ale....  Adela przerwała  mu - domyślam  się nawet jakie to pytanie, skoro mówisz, że  niedyskretne. Nie jestem mężatką, a na dziś to nawet  nie umiem  ci powiedzieć, czy mam kogoś czy też  nie. Wiem, to kretyńsko brzmi, ale sytuację mam dość  dziwną - bo nie jestem w stanie określić  swoich własnych  uczuć i muszę to spokojnie przemyśleć by kogoś nie skrzywdzić. Gdy zadasz  mi to pytanie  za tydzień - na 99% będę  wiedziała co  mam ci odpowiedzieć.  A ty możesz mi odpowiedzieć na to  pytanie, które  chciałeś  mi zadać? Wiem tylko, że nie jesteś  żonaty.

Emil uśmiechnął się - fakt, nie mam żony, nie mam też żadnej kobiety. Postanowiłem  nie rozmieniać  się na drobne. Kiedyś ci pewnie to wytłumaczę. Zrobić ci kawę  czy herbatę?

Zrób kawę, mam do niej coś  dobrego, ale to  nie  moje  dzieło, a  mojej  cioci. Na styku biurek postawiła talerzyk  z kruchymi ciastkami.  Emil patrzył na nie  z uśmiechem - znam te ciasteczka,  moja mama właśnie  takie robiła! są przepyszne! To pewnie  śmieszne,  ale jestem  skłonny potraktować to jak  jakiś znak od  mamy. Jesteś chyba  czarodziejką  - wpierw  potrafisz  nazwać jabłka z  sadu  mego ojca  a teraz częstujesz  mnie  ciasteczkami, które  robiła  moja  mama. To  niesamowite!  Adela roześmiała  się - z tego  co wiem, to one nawet  nie są pracochłonne,  tylko ja ich nigdy jeszcze  nie robiłam. W ogóle jestem antytalent kulinarny w dziedzinie  ciast. Gdy  czytam  przepis, w którym ktoś  chce  bym odważyła 18 dekagramów mąki to jest  więcej niż pewne, że tego  nie  zrobię. Dlaczego  akurat 18 a nie 20 deko?   Jeśli tylko ci smakują to zjadaj - jest  ich  więcej, tylko ten  talerzyk taki  malutki - wyciągnęła z szafki torebkę pełną  tych  ciastek.  No jasne, że zjem, bo jestem  zwyczajny  łakomczuch - chociaż dobrze  wiem, że nie  powinienem, bo się utuczyłem w tym Meksyku.

Utuczyłeś  się bo jadłeś  na okrągło fasolę i różne naleśniki- przecież oni prawie zawsze każdy  naleśnik smarują  warstwą  pasty   fasolowej a  dopiero  na to kładą  jakieś tam  mięsiwo lub ewentualnie  jakieś  warzywo czy też  rybę. Mam  koleżankę, której  pasją  są podróże  kulinarne i od  niej  wiem jak gotują  w Meksyku. Po każdej wycieczce robi  "posiad kulinarny" i pichci to co w innej  stronie  świata  jadła. A poza tym to wcale  się nie utuczyłeś,  nie  masz "ciąży pokarmowej" i przerośniętego podbródka. I nie  wyglądasz wcale  niczym  pączek w maśle! Ograniczysz  nieco węglowodany, zwiększysz podaż białka i  wszystko się  wyrówna. 

Zapisałem  się na  basen, będę chodził trzy razy  w tygodniu- pochwalił się. Oooo, to świetnie. Po basenie wrzucisz  na ruszt  tylko  białko, czyli  jajka lub mięso i jakieś   surowe warzywka i bardzo  szybko będziesz zadowolony  ze  swego  wyglądu.

                                                                     c.d.n.



niedziela, 1 maja 2022

Trudny wybór - 3

Tego  pierwszego  dnia Adela  wyszła  z pracy niemal   godzinę  później  niż  wszyscy - chciała usłyszeć od  "byłego" o tym wszystkim,  czego on się  spodziewa po  sekretarce. W efekcie "były" odwiózł ją - a tak  zupełnie  dokładnie- to ona  prowadziła  samochód "byłego",  bo  chciał  się  przekonać  na  własnej skórze jak Adela sprawuje  się  jako  kierowca.

Od  chwili  gdy uzgodnili, że Adela będzie tu pracować, Adela zaczęła  zwracać się do "byłego" per "panie   dyrektorze" i pilnowała, by on nie  zwracał się  do  niej per ty w obecności osób  trzecich. A gdy  zaparkowała  przed  domem, w którym  mieszkała, powiedziała: i nie oczekuj, że będę nie tylko sekretarką  ale i  kierowcą.

Były skrzywił się  w niby uśmiechu - po prostu  chciałem sprawdzić  jak sobie  dajesz radę za kółkiem, bo  powiedziałaś, że chcesz  kupić  samochód.  Przez  moment szukał  czegoś  w  aktówce,  po chwili podał Adeli  wizytówkę - to jest mechanik, u którego serwisuję  swój  samochód. Były konstruktor  samolotów.  Jeżeli będziesz  kupowała  używany samochód to kupuj w jego  towarzystwie, dzięki temu nie  kupisz  chłamu wyszykowanego tylko na  sprzedanie. Ja go  dziś uprzedzę, że zgłosisz  się do niego. Tylko się  nie przeraź  jego wyglądem - blisko 2 metry  wzrostu przy 60 kilogramach  żywej  wagi- chodzący  szkielet niemal. I uważaj -   uwielbia takie nieduże kobiety, ma tendencję do noszenia ich  na rękach- na szczęście tylko  w przenośni.  Swój  warsztat prowadzi  razem  z żoną, przemiłą kobietą. Mogę  się   założyć, że zostaniecie po jednym  dniu  rozmowy  przyjaciółkami.

Adelko,  a jak ci się  widzi Emil  jako  szef ?  Adela  wzruszyła  ramionami - nie wiem jaki  będzie  z niego szef,  ale  facet jest dobrze  wychowany, więc na pewno jakoś  się  dogadamy. Poza tym już na tyle  długo pracuję, że potrafię nie  rzucać  się  na każdego z pazurami gdy  mnie   zdenerwuje. 

"Były" uśmiechnął  się - doceniłem to dziś gdy patrząc  na  ciebie widziałem w twoich  oczach wściekłość i chęć  zamordowania  mnie, a ty uśmiechałaś  się i robiłaś  wrażenie  spokojnej. Nie gniewaj  się na  mnie za tę "niespodziankę" - naprawdę nadal czuję  się z tobą  związany, chociaż teraz to już tylko przyjaźń.  Oboje wysiedli  z  samochodu i  Adela spytała - no a jak  wypadłam  jako kierowca? Dobrze  jeździsz, nie  szarżujesz. Aż  żałuję, że nie możesz być jednocześnie sekretarką, kierowcą i pracownikiem w wydziale patentowym.  I wiesz-  naprawdę  cieszę  się, że pojutrze będziesz tuż obok  mnie, choć jednocześnie nie tak  blisko jakbym  chciał. Kiedy masz  ślub?  Zaprosisz  mnie?  

Adela  roześmiała  się - no chyba  ci zupełnie odbiło! Chyba  nie stałeś  się  masochistą! Poza tym nie przewiduję uroczystego ślubu i wesela. 

Były chwycił ją  za rękę - Adelko, powiedz mi - kochasz go? Adela delikatnie  wyzwoliła swoją rękę z jego dłoni - głęboko odetchnęła i  cicho powiedziała - to nie twoja  sprawa czy go kocham czy  nie.  Nie  rozdrapuj ran, które już pokryły się  cienkim  strupkiem. Ciesz się, że umiemy jeszcze  ze sobą  rozmawiać, że nie uciekamy  w dwie  różne  strony gdy się  spotykamy i dbaj o  to,  by tak pozostało.

Pojutrze rano  pojadę służbowym  autokarem. Trzymaj  się, dziękuję za  namiary  na mechanika. Odwróciła się i wolnym  krokiem odeszła  od  samochodu. Gdy zamknęła się  za nią  brama wejściowa budynku przystanęła - potem  wolniutko podeszła do skrzynki na listy, wyjęła  z niej stos reklam, które zaraz unicestwiła w stojącym obok skrzynki koszu na  śmieci i pomału poczłapała na  trzecie  piętro. A w głowie wciąż echem odzywało się  pytanie zadane przez  byłego. Pytanie, które zadawała też  sobie sama. I na które nawet  samej sobie  nie umiała odpowiedzieć. Z powodu notorycznego braku  czasu dość  rzadko zadawała sobie  to pytanie. Ale  niewątpliwie należało się nad  tym zastanowić. Nie  da się ukryć, że spędzała z Ryśkiem  niezbyt wiele  czasu - jedyny  dzień naprawdę  wolny to była  niedziela. W dni  powszednie Adela po pracy uczyła  się  w domu. Materiału do  opanowania było sporo a język prawniczy przyprawiał ją  chwilami o ból głowy. Miała  nieodparte  wrażenie, że podręcznik pisał ktoś,  kto  znał język  polski tylko ze słownika. 

Może powinnam  z nim pojechać gdzieś na tydzień - często taki pobyt razem z dala od własnych  rodzin i obowiązków uświadamia  ludziom jakie mają  wobec siebie oczekiwania. Postanowiła  rozejrzeć  się za jakimś wyjazdem poza Polskę. Może we wrześniu do Bułgarii? Tam wrzesień nad  morzem to jeszcze pełnia  słońca, dość  ciepła woda i słońce. I żadnych  formułek prawnych! W najgorszym  razie  pożyczy pieniądze od cioci, jeśli  się okaże, że nie da  rady sama sfinansować i samochodu i wyjazdu. Ciocia ma specjalny  fundusz o  nazwie "Adelajda", bo sprzedała kawałek gruntu, który otrzymała w  spadku.

A ciocia  zawsze twierdziła, że głupotą  totalną jest podróż  poślubna, która jest w dzisiejszych  czasach "musztardą po obiedzie". Ważniejszy i bardziej  przydatny byłby  wspólny  wyjazd  właśnie  jeszcze  grubo  przed ślubem, gdy każde z  młodych jest daleko od  własnego domowego  zaplecza. To wtedy  ma się  szanse  zobaczyć czy ten, kto zapewnia o swoim uczuciu rzeczywiście je  ma, czy  potrafi zadbać o  swego  partnera w trudnych sytuacjach, czy rzeczywiście  mają oboje  te same upodobania,  czy  są w stanie wytrzymać  ze sobą 24 godziny  na dobę.

Co prawda taką podróż "przedślubną" miała  już  z "byłym" - dwa  tygodnie we Włoszech. I co  z tego, że lubili te  same  potrawy, to samo im  się  podobało w muzeach, że pasowało wszystko w kwestii życia intymnego, ale w jego życiu było dwoje  dzieci, młodsze  poczęte "na  zgodę" miało uratować  małżeństwo, ale go nie uratowało. "Były" nie  miał szans  by kupić sobie oddzielne mieszkanie więc podjął decyzję o zarobieniu na nie  w ramach   kontraktu  zagranicznego a i tak  wszystko wyszło na opak. I co  z tego, że był troskliwy w stosunku do Adeli, skoro Adela musiała  dzielić  się   nim z jego dziećmi.  

A Rysiek?  Był w niej  zakochany, widział w niej  same  zalety i nie  wyobrażał sobie, by żyć z nią  "na kocią  łapę" i nalegał by się pobrali. Podobnie jak   ona był członkiem spółdzielni mieszkaniowej, podobnie  jak ona należał do tej  grupy  młodych, którzy  musieli  wcześnie  zacząć pracę  zawodową i jednocześnie kontynuowali  studia. Tyle tylko, że on już miał absolutorium i pisał pracę,  a Adela  miała przed  sobą jeszcze rok  studiów.

Wchodząc do  mieszkania poczuła  zapach pieczonego ciasta. Ciocia wyraźnie  ją  rozpieszczała i raz na tydzień piekła niewielką ilość kruchych  ciastek posypanych grubymi kryształkami cukru. Przywitała  się  jak zwykle  czule  z ciocią,  zajrzała w  kuchni do  piekarnika, w którym piekła  się już  druga  blacha  ciasteczek, a pierwsza jeszcze  się  studziła  na jednym  z blatów  kuchennych.

Ciocia  miała  jeden przemiły zwyczaj -  nigdy  nie  wypytywała się Adeli jak jej  gdzieś  poszło- spokojnie  czekała  aż Adela  sama opowie. Spytała się  tylko,  czy zje obiad "cały" czy  na raty - teraz  jej ulubioną  zupę jarzynową zwaną czule "śmieciówą" a drugie  danie później, zamiast  kolacji.  Jak  zwykle Adela wybrała  wersję  "na  raty."  Jadła  zupę i opowiadała o tym co ją  dziś  spotkało. Ciocia słuchała  uważnie i nie przerywała jej pytaniami. Wyznawała  zasadę by poprzestawać na tym,  co Adela  sama jej opowie. A Adela  bardzo to ceniła. W  kontaktach  z rodzicami denerwowało ją  właśnie to wypytywanie i zaraz wygłaszane  autorytatywne  komentarze. Bo oni  zawsze  wszystko wiedzieli  lepiej co kto miał na  myśli.

Skończywszy opowieść powiedziała - no i muszę sobie  to  wszystko przemyśleć, bo to  pytanie  zadane  przez Kamila uświadomiło mi jedną  rzecz -   nie jestem pewna czy  aby nie mylę przyjaźni z miłością. A sama przyjaźń nie wystarczy do utrzymania  małżeństwa. W małżeństwie  muszą istnieć te dwa uczucia, tylko jedno  z nich  nie wystarczy.  

Pracę zaczynam pojutrze - będę chyba musiała  wstawać bardzo wcześnie, bo autokar odjeżdża o 6,45. Wychodzi  mi na to, że będę  musiała wstawać o 5 rano no i na pewno nic  rano  nie będę  jadła, czyli jak  zwykle - będę  brała z domu pierwsze i  drugie  śniadanie. Ciekawe  jak  długo będę  musiała trwać na tym zastępstwie. Pomyślałam sobie, że  nim ewentualnie  wyjdę za Ryszarda to  powinnam  z nim pojechać na przedślubny urlop. Mam w głowie  dwie lokalizacje - albo Bieszczady albo Bułgaria. Jutro zatelefonuję  do koleżanki, która pracuje  w Orbisie- sprawdzę  co mają do  zaoferowania w kraju lub poza nim. Mam jeszcze  dwa tygodnie  urlopu, bo tu przyjmują  mnie   razem z niewykorzystanym  jeszcze urlopem.  Podejrzewam, że mój bezpośredni przyszły  szef nie będzie  mi robił trudności. Zrobił na  mnie  pozytywne wrażenie. Jeśli idzie o wygląd to żadna ślicznota z niego,  włosy średni blond   i jakby nieco za  dużo waży. Ale on do  niedawna pasł  się meksykańskim jedzeniem, fasola dwa razy  dziennie żadnej  sylwetce  nie  wychodzi na  zdrowie. A do tego naleśniki. Ale miły i dobrze  wychowany. I wiesz - jeśli wyjadę z Ryśkiem tylko gdzieś w Polskę, to kupię  sobie  samochód. Dziś wiozłam Kamila jego  samochodem  do Warszawy i stwierdził, że dobry  ze mnie  kierowca. I w ramach przyjaźni Kamil dał  mi namiary na faceta który  serwisuje  jego  samochód, by  ze mną  pojechał gdy  mi się  jednak  zamarzy  kupno  własnego   samochodu. Bo na  początek to kupiłabym jakiś  już używany.

Adelko, nie  znam  się na tym,  ale  myślę, że lepiej byłoby gdybyś  wzięła  jakiś nowy samochód na raty, gdy  już  zaczniesz  pracować. Mogłabyś wziąć pieniądze z funduszu Adelajdy, który i tak  jest  w całości dla  ciebie. A  może  można by kupić tak, żeby  wpłacić  połowę  sumy gotówką a resztę  rozłożyć na raty?  Zorientuj  się kochanie  w tej kwestii. A co do tego wyjazdu - sądzę, że wystarczy wam wyjazd w  Bieszczady - a ja  znam tam bardzo miły ośrodek wypoczynkowy. Mają domki ale i mają  pawilon z pokojami dwuosobowymi. I  mają też  własną  kawiarnię czynną  codziennie i zawsze  było tam dobre  wyżywienie. A żona  kierownika tego ośrodka to moja dawna koleżanka.Wiesz, Bieszczady to duże odległości  do  pokonania powodujące   spore  zmęczenie. Łatwo wtedy poznać czy jest  się  z kimś kto o ciebie  dba, czy też dba  tylko o własne  przyjemności.

Ojej, to widzę, że będę  miała dziś  bardzo wiele spraw do przemyślenia. A wszystko przez  Kamila - dziś na "do widzenia" zadał mi pytanie czy kocham naprawdę  tego, za kogo mam  zamiar wyjść za mąż. Powiedziałam, że to  nie  jego  sprawa, że i tak  już do siebie  nie  wrócimy. Ale sama wiem, że powinnam nad tym się  zastanowić. I to  nim ustalimy z Ryśkiem  datę ślubu. Strasznie  trudne to życie - mam skończone 24 lata a  chwilami przywalają mnie problemy jakbym była  nastolatką. Chyba jestem "niedorobiona" umysłowo.

                                                                          c.d.n.


sobota, 30 kwietnia 2022

Trudny wybór - 2

 Dostatnio wyglądający blondyn widząc, że Adela  zmierza wprost do jego  samochodu, bardzo  sprawnie  opuścił pojazd , w dwóch  susach go okrążył i otworzył Adeli szarmancko drzwi, mówiąc - nie miałem pojęcia, że będę dziś  wiózł tak  miłą osobę i na jednym oddechu przedstawił się : jestem Emil K., proszę  sekundę  zaczekać, przesunę  tylko   fotel nieco do tyłu. Trochę  ciasny ten  samochodzik i gdy na  tylnym siedzeniu siedzi nieco długonogi pasażer, to nie ma  biedak co zrobić z   nogami. A wczoraj  akurat  wiozłem ojca  do lekarza, więc  musiałem przesunąć  fotel  do przodu. Adela podała  swoje  imię i nazwisko, odnotowując jednocześnie w pamięci, że facet jest  dobrze wychowany, co niestety stawało się coraz   rzadszym zjawiskiem.    

Ma pani bardzo ładne i bardzo  rzadko  spotykane  imię -  zagaił rozmowę. Nie  wiem czy  pani  zauważyła, ale teraz są jakieś  szaleństwa z imionami - pamiętam, że gdy chodziłem do szkoły to w mojej klasie na dwadzieścia dziewczynek było osiem o imieniu Anna.  Adela uśmiechnęła  się - w ubiegłym roku to chyba  był "wysyp  Oleniek". A pana imię też nie jest  często  spotykane, nie  przypominam  sobie,  bym w ciągu ostatnich  dwóch lat poznała choćby jednego Emila.

A ja  spotkałem i to daleko od Polski, bo w Meksyku. Ale to był Czech a to imię  podobno  dość popularne  u braci Czechów.

No to dość  daleko od  Polski spotkał pan imiennika. Podobał się  panu Meksyk? Warto się sprężyć i pojechać   tam na wycieczkę?

Taaak, ciekawy kraj, ale ja  tam  byłem na kontrakcie, nie na  wycieczce. Mieszkałem   w Mexico City, a niestety jest to ogromne i bardzo przeludnione   miasto. Mam  wrażenie, że gdyby  nagle  wszyscy pracujący tam ruszyli do swych  biur to wszystkie   ulice  byłyby zakorkowane  nie  tylko  pojazdami  ale i tłumem  ludzi.  Bardzo  wiele osób bywa  w swej  macierzystej instytucji  najwyżej  raz w tygodniu, pracuje się  głównie z domu. Nie  podróżowałem po Meksyku, ale zwiedziłem wszystko to, co należało zobaczyć w  Mexico City. I nawet "podmiejski" wulkan  raczył dymić- na szczęście na  dymieniu  się  skończyło. Miasto ma  niemal 9 milionów  mieszkańców, a rozciąga  się na  powierzchni blisko 1,5 tysiąca  kilometrów  kwadratowych. Ale  ludzie  sympatyczni, chociaż do zbyt słownych nie należą. I gdy ci ktoś obieca, że zrobi coś  "jutro" to może za tydzień będzie  to gotowe,  chociaż zdarza  się, że naprawdę to będzie  zrobione  następnego  dnia. Trzy lata tam  pracowałem. W ramach urlopu raz  byłem na Kubie i raz w  Kostaryce. Nawet  się  zastanawiałem nad  przeniesieniem  się na stałe  do Kostaryki. Tam teraz  osiedla  się  wielu Amerykanów w ramach emerytury. No ale polska  emerytura to raczej nie da mi  szans na  zakup  tam domu. Bardzo  mi się tam podobało. Szkoda, że Polska  nie  prowadzi  z nimi interesów.

Podróż szybko  dobiegła  końca, a gdy już  wjechali  na podwórze Instytutu   Emil  powiedział - zaprowadzę panią wpierw  do naczelnego, a do kadr pójdzie  pani  potem. Coś mi się  zdaje, że będzie pani przez  najbliższe  dwa  miesiące zastępować sekretarkę naczelnego -  przedwczoraj zabrali ją do  szpitala, ale  nie wiem co się jej  stało.

Adelę lekko  zatrzęsło ze złości, bo  nie  marzyła o pracy  sekretarki - ostatnie 2 lata wykonywała  pracę sekretarki, tyle  tylko, że etat nosił  nazwę  "asystent  dyrektora". No i podobno  wszystko już było tu "dogadane" i  miała pracować w  dziale  planowania.  Uśmiechnęła  się jednak, zaczekała  na Emila i  razem poszli do biurowca. Tiaaa- pomyślała - powinnam  była się tego  domyśleć, skoro to  załatwiał "były".  

Sekretariat był na  drugim  piętrze na  wprost   schodów. Niezłe  rozwiązanie  logistyczne- jeśli  się ktoś  nie  spodoba  pani  sekretarce to  może go  spuścić  ze  schodów  - pomyślała  Adela.  Emil otworzył drzwi sekretariatu i przepuścił Adelę   przodem. Sekretariat był pusty, więc  skierował się do gabinetu dyrektora i uchylił drzwi mówiąc - przywiozłem panią Adelę B.

No to wchodźcie, wchodźcie- właśnie  walczę z ekspresem do kawy. Na dźwięk tego głosu Adela niemal podskoczyła - to był głos....."byłego". Przez ułamek  sekundy  miała  ochotę  zawrócić, ale górę  wzięła wściekłość. Przecież  miał być w Iraku!!!!!

Weszła do gabinetu a "były"  podziękował Emilowi za  jej przywiezienie i Emil  zaraz  wyszedł. Były spojrzał na nią i powiedział - no to masz niespodziankę, prawda? Po prostu awansowałem - to jednak lepsze  niż ten  kontrakt zbiorowy. Pokaż mi, proszę, jak się to  cholerstwo uruchamia, wciskam wszystkie guziki  po  kolei  a to  nie działa.

Adela  rzuciła okiem  na ekspres i  powiedziała-  może zadziała  gdy włożysz wtyczkę kabla do kontaktu?  "Były" szpetnie  zaklął -  klepnął się w  czoło i powiedział no fakt, ale wiesz  co, przeszkol  mnie. Sam  sobie  będę robił  kawę ile  razy będę  miał na  nią ochotę. Posłuchaj - sekretarka   trafiła do szpitala z  rozlanym ropnym wyrostkiem  robaczkowym, ledwo  wyżyła. Planowałem byś pracowała w planowaniu, ale pomóż mi - zastąp  sekretarkę na  czas choroby.  Nie  ma problemu z twoimi studiami, gdy będziesz  musiała  wyjść na  zajęcia przed 15,30 to wyjdziesz. Poza tym ten facet co cię tu przywiózł jest  rzecznikiem patentowym i  potrzebuje człowieka  do pracy. A ponieważ  studiujesz  prawo, to wpadł na pomysł, żeby zamiast wsadzać  cię do nudnego jak  flaki z olejem  działu planowania skierować  cię po Nowym Roku  na kurs rzecznika  patentowego. To dobra praca, dla  mądrych i  zdolnych, a ty taka właśnie jesteś. Przemyśl to szybciutko, wiem że potrafisz  szybko i trzeźwo myśleć.

Pensję też  będziesz  miała wyższą pracując w  dziale  rzecznika patentowego niż jako  planistka  w dziale planowania.

No dobrze - ale co ja w takim  razie  będę robiła  u rzecznika  patentowego skoro nic o  patentach i całej  tej procedurze  nie  wiem?  

Muszę  mu dać  pracownika- u niego jest  strasznie  dużo czytania i  szperania  po różnych  czasopismach, no to  wolę  mu dać  ciebie  niż kogoś innego. No i wiesz - on wie, że się  znamy prywatnie, ale  nie  wie, że kiedyś  byliśmy parą.  Z plotek - bo i plotki do  mnie trafiają - Emil jest ulubieńcem tutejszych pracownic, nawet tych zamężnych i dzieciatych. No i jest kawalerem, któremu  jakoś  nie pilno do żeniaczki.

A dlaczego nie  wyjechałeś  na ten  kontrakt zbiorowy? Wróciłeś do starej, znanej  żony? 

Nie  wyjechałem, bo zaczęły  się kłopoty  z synem. Jakieś szemrane towarzystwo, kilka  razy wrócił pijany, raz chyba  naćpany.A przecież on ma tylko 15 lat! Rozmawiałem  z psychologiem i ten mi odradził  wyjazd z uwagi na  syna. Nawet nie masz pojęcia  jaki ze mnie  teraz porządny facet  się zrobił - wszystkie  wieczory w domu, wypożyczalnia filmów  zarabia na  mnie  krocie. Ale ciągle mi ciebie brakuje.

I dlatego wpadłeś na  pomysł by mi tu załatwić pracę, bo będę  blisko ciebie? To  nie ugasi twojej tęsknoty  za mną,  jeśli naprawdę  za mną tęsknisz. A ja na jesieni mam zamiar wziąć ślub a poza tym, jak to mówią- nie należy  wchodzić dwa razy  do tej  samej  rzeki, więc  raczej na 100% już  nie będziemy  parą. Też mi było źle bez  ciebie, ale w pewnej  chwili do mnie  dotarło, że zawsze byłoby nas  więcej  niż tylko my  dwoje, bo masz  dzieci. Oczywiście będziemy  się nadal przyjaźnić, ale na więcej  nie licz. To tylko tak się mówi, że rozwodnik to taki sam facet  jak inni - nie, nie taki sam, to zawsze jest  facet z przeszłością, która zwłaszcza jeśli są,  dzieci będzie  rzutować na ten kolejny jego  związek. Tak to jest niestety  w życiu.

A co do tej  pracy - dobrze, posiedzę na  sekretarskim  stołku dopóki  nie  wróci ta nieszczęśnica. Ale pamiętaj - ja tu tylko pracuję, nie jestem tu po to, by gasić  twoją tęsknotę. I może od  razu porozmawiajmy z tym Emilem - chciałabym już teraz  nieco  dokładniej  wiedzieć co  mnie w jego dziale  czeka. Były ochoczo  chwycił za słuchawkę i  wybrał numer pana Emila. 

W  trzy  minuty później dotarł Emil - pracował piętro  niżej, ale pokonanie piętra  nie było problemem. Były powiedział, że udało mu się namówić Adelę na zastępstwo a jeśli Emil dogada  się z Adelą na temat jej  pracy w jego dziale, to sprawą zajmie  się kadrowa. Więc niech idą do pokoju Emila, by Adela  mogła  się   "z  grubsza"  zorientować co do swej  przyszłej  pracy, a potem, gdy się już dogadają to niech  Emil "przepilotuje" Adelę przez  dział kadr. I niech kadrowa  sama  załatwi wszystko w  biurze pośrednictwa  pracy, bo już jutro od  rana Adela  ma  pracować na zastępstwie w  sekretariacie.  Kawę to sobie naczelny  sam będzie  robił, dwóm pozostałym dyrektorom kawę robi pani "uniwersalna",  czyli herbaciarka i sprzątaczka w jednej  osobie.

W półtorej godziny  później Emil powiódł Adelę do kadrowej, która już  była zorientowana "co jest  grane", bo "były" już  z nią omówił kwestię  zatrudnienia Adeli. Gdy Adela  kolejny raz  trafiła do gabinetu "byłego"  ten powiedział - nawet  nie  wiesz, jak bardzo jestem szczęśliwy, że będziesz tu  pracować! I że nadal  potrafimy  ze sobą  normalnie  rozmawiać. A poza tym - wyglądasz w tym uczesaniu i kolorze włosów prześlicznie! Będziesz tu  miała  całe pęczki adoratorów. Przyjęliśmy sporo płci  męskiej  do pracy, będziesz bez przerwy podrywana.

A w jakie dni ty musisz wychodzić  wcześniej  z pracy? W piątki i w czasie sesji egzaminacyjnej. Ja mam zajęcia  w piątki i soboty. W piątki są zajęcia od 15,00, a w soboty to od świtu. A w czasie sesji to zdarza się i przed południem egzamin. Ale na sesję to  mi  przysługuje  ustawowo jakiś urlopik. Na ogół grafik znam  wcześniej. No ale teraz nie mam sesji, więc tylko w piątki.

A dziś to mogę wrócić autobusem służbowym  do Warszawy. Nie, Emil cię odwiezie. Pracę zaczniesz pojutrze, bo  jutro to kadrowa będzie załatwiała formalności w Biurze  Pośrednictwa. Powiedziała, że dałaś jej wszystkie potrzebne dokumenty. Podobałaś  się jej - że jesteś taka zrównoważona i miła. Adela roześmiała się - ale trafiła- niczym  kulą w płot. Ja tylko jestem opanowana. Kurczę,  chyba  kupię sobie jakiś  samochód, bo słyszałam, że ten służbowy  autokar ma ze 30 lat i ciągle się psuje. A stąd do stacji to jest  kawał drogi.

                                                                           c.d.n.


piątek, 29 kwietnia 2022

Trudny wybór

 Adela siedziała u fryzjerki  tępo  wpatrując się we  własne  oblicze - stanęła przed problemem nieomal  rodem z Hamleta- ściąć  włosy czy nie? Zostawić ten  kolor i zrobić  tylko odrost, czy zmienić i kolor i uczesanie? Gdy  podeszła do  niej fryzjerka  z  zapytaniem "co  dziś  robimy"?   Ada  jęknęła - sama nie  wiem, co z tymi  włosami  zrobić -  z jednej  strony byłoby dobrze gdyby  były krótkie, ale łatwiej je  spolaryzować gdy  można  je  jakoś podpiąć.Teoretycznie lepiej  wyglądam  w ciemnych, ale  wtedy powinnam  co trzy  tygodnie malować odrost. 

A kiedy pani  bierze  ślub? 

W końcu  września, jeszcze  mnóstwo czasu, mamy dopiero  początek maja. Poza tym nie mam  zamiaru z tej okazji  szaleć - do  ślubu pójdę w kostiumie uszytym z tego  samego  materiału,  z którego będzie  szyty garnitur pana  młodego. Kolorystycznie to coś pośredniego między  granatem a ciemnym szafirem. Kupił tego tyle, że swobodnie starczy na  spódniczkę i żakiecik dla mnie, jak  stwierdził krawiec. Oczywiście przyszła teściowa skrytykowała ten  pomysł, więc  jest  więcej  niż pewne, że tak właśnie zrobimy.  Bo to  facet-unikat,  zupełnie  się  nie  słucha  mamuśki. Nie  da się ukryć, że z mamuśką nie przepadamy  za sobą - nie takiej  synowej ona oczekiwała.

Proszę  się  tym  nie przejmować - pocieszyła ją  fryzjerka - każda  mamusia  chce  dla swego synka co najmniej hrabianki, a najlepiej księżniczki z połową królestwa w formie  posagu. I nie jest istotne, że  synuś w niczym nie przypomina Apolla z urody i Einsteina z rozumu.  Ja się  swojej teściowej też nie podobałam, a teraz  jej  synuś  jest praktycznie  na  moim  utrzymaniu bo jakoś studiów nie  był  w stanie skończyć. A ja  się  zastanawiam  nad rozwodem, bo przyłapałam go kilka  razy  na kłamstwie - ja  ciężko  pracuję, a on  się  za  babkami ugania. 

Dzieci  nie  mamy, dom w którym mieszkamy  jest  własnością   moich  rodziców - ojciec  powiedział, że przepisze  go na  mnie gdy  będzie  miał pewność, że nasze  małżeństwo jest  udane. Wpierw  byłam na ojca  zła, ale teraz widzę, że miał rację. Nie  będzie  problemu z rozwodem, nic w tym  domu, oprócz rzeczy osobistych  nie jest własnością mego męża i  nie  mamy dzieci. A ja mam  zamiar wynająć prywatnego detektywa - chcę mieć  pewność i jasność  sytuacji w chwili oddawania  sprawy w  ręce adwokata, a nie  tylko "odczucia".

Ojej, pani Wiesiu, to aż tak? I naprawdę  w Polsce już są prywatni detektywi? Jakoś  zawsze wydawało mi się, że prywatni  detektywi to są tylko w powieściach kryminalnych - dziwiła  się Adela. Pani Wiesiu,  a co zrobimy  z włosami? Bo ja jutro zaczynam nową  pracę - muszę  jakoś  wyglądać to raz,  a dwa- chcę mieć  jak  najmniej kłopotu z włosami, czyli na głowie  coś,  co łatwo utrzymać w porządku bez bywania  co tydzień u profesjonalistki. I żebym  nie  musiała  co trzy tygodnie korygować odrostu- jakoś  zbyt  szybko włosy  mi rosną.

Pani Wiesia  z uwagą  wpatrywała się  w odbicie Adeli  w lustrze, jednocześnie dokładnie  rozczesując jej włosy. No fakt, już są za długie - stwierdziła  po chwili. Nim je umyjemy obetnę je  na sucho, a  wycieniuję i je wyrównam już na  mokro. Kolor? kolor? - fryzjerka wpatrzyła się w sufit, zupełnie tak, jakby tam  miała się  wyświetlić  nazwa  koloru. Adela odruchowo też  rzuciła okiem na sufit, który był śnieżno biały, a jego  biel przecinały dość  leniwie skrzydełka  kręcącego się  wentylatora.

Zrobimy dwa, przenikające się wzajemnie kolory- dość  ciemny popielaty blond i srebrny. Jest pani bardzo  młoda, a młodziutka  buzia i siwe włosy wyglądają  razem interesująco. Obetnę je na taką  długość, by nie upięte sięgały 2 centymetry poniżej ramion.

W trzy  godziny  później Adela opuściła zakład  fryzjerski. Podobała  się  sobie  w nowym wydaniu- przed wyjściem wpadła  jeszcze  w ręce kosmetyczki i  manikiurzystki, a w drodze do   autobusu odwiedziła jeszcze  sklep  z kosmetykami i różnymi  akcesoriami do upiększania. Kupiła nową klamrę  do spinania  włosów i kilka  nowych  kosmetyków. Zajrzała też  do swego ulubionego sklepu z konfekcją, ale na szczęście dla jej  portfela  nic  ciekawego dla  siebie   nie  znalazła.

Adela  mieszkała z siostrą swej matki. Przeprowadziła  się  do swej  ciotki w chwili, gdy ta złamała nogę i wymagała stałej  pomocy - budynek  miał  trzy piętra, wybudowany  był tuż przed wojną. Pokoje były duże,  mieszkanie  miało ponad 100 metrów powierzchni, niestety  budynek nie  posiadał windy, więc starsza  pani  była w pewnym  sensie uwięziona we  własnym  mieszkaniu. A Adela niemal od  chwili swego przyjścia  na świat, uwielbiała  swą ciocię. A im  była starsza, tym większą  miłością  darzyła siostrę swojej matki. Ciocia była z  zawodu  nauczycielką i to taką  z  zamiłowania. Bardzo wcześnie  owdowiała i nigdy  więcej nie  związała się na  stałe z innym  mężczyzną. Gdy ciocia Helena złamała  nogę to właśnie  Adela wystąpiła  z  propozycją, że zamieszka razem  z nią, bo przecież to  trzecie  piętro bez windy stało się  rodzajem  więzienia  dla starszej pani.   W pierwszej chwili matka Adeli orzekła, że to nie jest dobry  pomysł, ale gdy kilka  dni  z rzędu musiała  sama zrobić swej  siostrze  zakupy, sprowadzić  ją z tego  trzeciego  piętra a potem z powrotem ją  tam  wprowadzić - zmieniła  zdanie. Adela, która  już była wtedy pełnoletnia wymeldowała się z mieszkania rodziców i zameldowała u cioci.  

Gdy Adela  była jeszcze w  szkole podejrzewała, że jej prawdziwą mamą jest  właśnie ciocia Helena - któregoś dnia  nawet zwerbalizowała to  podejrzenie, ale  wtedy ciocia  pokazała jej fotografię zrobioną kilka  dni przed  datą urodzenia się  Adeli - to jednak jej matka była na tym zdjęciu  z naprawdę dużym ciążowym brzuchem - z jednej jej strony  stała szczuplutka ciocia  Helena, z  drugiej  nieżyjący  już wujek Wacław, a zdjęcie  zrobił ojciec  Adeli. 

Nim  Adela przeprowadziła  się na stały pobyt do cioci Heleny wiele  razy   zastanawiała  się,  dlaczego zupełnie  nie  może się "dogadać" z  własną  matką - miały  zupełnie odmienne gusta. Obie  co prawda bardzo  lubiły malarstwo, ale o ile mama Adeli wielbiła  starych  mistrzów, to Adela darzyła  swym uwielbieniem impresjonistów. Rodzinna plotka głosiła, że jej  rodzice bardzo chcieli mieć  syna, no ale.... urodziła  się córka. W dwa lata po przyjściu  Adeli  na świat jej matka ponownie była w ciąży, ale tym razem  ciąża  była  niedonoszona, wcześniakiem był chłopczyk, a jego przyjście  na świat omal nie skończyło się śmiercią matki. Została  co prawda uratowana, ale jednocześnie   została pozbawiona szansy  na  następną  ciążę. 

Adeli bardzo nie  podobało się jej imię - w całej podstawówce a i  potem w liceum nie  spotkała  ani jednej istoty płci żeńskiej o takim imieniu. Na jakimś rodzinnym "spędzie" podsłuchała, że: "miał być Adaś, no ale  skoro się nie udało to jest Adela, zawsze jakaś  namiastka Adama". A  inna plotka rodzinna głosiła, że po prostu pierwsze  dziecko miało  mieć  imię  na "A",     matka proponowała by dziewczynka  miała na imię Amelia, ale ojciec zaprotestował, bo zdrobniale "Amelka" brzmi jak "lamelka" a  "lamelka" to taka techniczna  nazwa małej blaszki, więc on  się nie  zgadza.  Adela  nigdy nie mogła  pojąć  dlaczego nie  mogli jej  nazwać Anną  lub  Agnieszką - też na "A"- przecież. Pocieszała ją tylko  myśl,  że wiele  jej  koleżanek było, podobnie jak ona, niezadowolonych z imienia które im  nadano. Zauważyła  również, że jej koledzy nie mieli tego rodzaju dylematów. Gdy  kiedyś rozmawiała na ten temat z jednym  z kolegów ten powiedział - " no wiesz, kobiety zawsze mają  jakieś  problemy, zresztą najczęściej urojone, przecież imię nie  świadczy o  tym jaka jesteś." I to był dla Adeli koniec  dyskusji i jednocześnie  koniec  przyjaźni z tym chłopakiem.

Nowy kolor i uczesanie podobały się  cioci Helenie. Żałowała nawet, że nie wybrała  się razem z Adą, bo też właściwie  powinna nieco odświeżyć  swój wygląd. Ada stwierdziła, że to żaden problem, może w następnym  tygodniu wybrać  się z ciocią  do fryzjerki. W tym tygodniu ma jeszcze jeden egzamin na uczelni, ale  w przyszłym, jeśli tylko zda ten  egzamin, na pewno będą  mogły wybrać  się do fryzjerki.

A wiesz już od kiedy zaczynasz pracę w nowym  miejscu?- spytała  ciocia. Nie wiem, ale  zapewne  jutro się dowiem. Jutro, w  samo  południe, ma po  mnie  przyjechać jakiś facet- znak rozpoznawczy - czerwony fiacik. Muszę  sobie  dziś przygotować teczkę  z moimi papierami. Mam tylko nadzieję, że spotkanie z tym człowiekiem w samo południe nie zamieni się  w scenę z filmu  "W samo południe".

Ależ masz  dziecino  skojarzenia- śmiała się ciocia. Tu nie  ma kowbojów, więc strzelaniny  nie będzie. To miło, że ktoś po ciebie przyjedzie a nie będziesz  musiała  sama jechać tam pociągiem. Ty przeważnie wędrujesz w swym życiu "pod prąd", więc  może nic  dziwnego, że gdy większość  do pracy jedzie  spod Warszawy do miasta, ty jedziesz  w drugą  stronę. Ciekawe dlaczego akurat pod miastem jest to biuro. No ale  skoro dochodzi tam elektryczny pociąg to wszystko jest w porządku. 

Ciociu, oni nawet  mają własny transport, z Warszawy autokar  zabiera pracowników  z trzech  miejsc w Warszawie i  po pracy ich  w te same  miejsca odwozi.  Ja mam do przejścia mniej niż pół kilometra. Najgorsze jest to, że muszę zacząć wcześnie  dzień, bo wyjazd jest o 6,45, a pracę  zaczynają  tam o 7,30.  A to, że ktoś po mnie  jutro przyjedzie to zasługa  mojego "byłego", bo to on mi załatwił tę pracę.  Ale uprzedzam - mój "obecny narzeczony" nic o tym nie wie. I niech tak  zostanie- rozstałam się wszak z byłym w przyjaźni, spotykamy  się raz na jakiś czas. Ma  co prawda  do mnie  żal, że nie chciałam i nadal  nie chcę wyjeżdżać razem  z nim do   Iraku, ale póki co to on nadal nie  wziął rozwodu z żoną, bo był i jest  nadal przekonany, że ona by mu utrudniła wtedy wyjazd. Po prostu rozwodnicy mają  różne utrudnienia - już chociażby to, że muszą tu zostawić kogoś, kto w razie  czego będzie  płacił  wyznaczone przez  sąd alimenty. Nie mógł pojąć, że nie chcę  zacząć pracować w tej samej firmie  co on i wyjechać  razem z nim i innymi na kontrakt zbiorowy. Nie  prosiłam go o znalezienie  mi pracy - wiedział jak mało zarabiam i że nie jestem z dotychczasowej  zadowolona, a ponieważ ma  w perspektywie długi wyjazd z Polski, chciał bym startowała, gdy już ukończę  studia, z lepszej  niż dotychczas pozycji przetargowej. 

I wiesz, dopóki nie podejmę tej pracy to nic o tym nie  wspominaj na forum rodzinnym.  Poza tym to tylko moja sprawa,  nie ich. Nie mogą  mi wybaczyć, że nie urodziłam się chłopcem, a  wszystko co tylko mi  nie wyjdzie w życiu wynika  z faktu, że jestem kobietą a nie facetem. Denerwuje  mnie to okropnie.

Następnego  dnia, równo o godzinie 12,00, przed  domem, w którym  mieszkała Adela zaparkował czerwony mały  fiat. Za jego kierownicą  siedział dostatnio  wyglądający  blondyn.

 Jeżeli interesuje Was co było dalej w życiu dziewczyny, która zawsze szła pod prąd - to napiszcie  i wtedy................................................... ciąg  dalszy  nastąpi.












środa, 23 marca 2022

Ryzykantka - 57

 Ani się Zigi  spostrzegł a już był półmetek ciąży. No nie wiem, gdzie ona tę ciążę nosi bo niczego po niej nie widać - dziwił  się. Jedyną stałą odpowiedzią  Ewki było -  znów  pomyliłeś  adresata , znajdź do dyskusji kogoś, kto był w ciąży - ja nie  byłam, więc nie wiem. Postudiuj internet, kup sobie  jakąś książkę i przestań mnie mordować ciążą Doroty.

Dwa  dni później na biurku Ewy wylądował album rozmiaru formatki A-4. Zdjęcia z przebiegu porodu, nieomal  minuta po minucie, w zbliżeniach i  kolorze. Zigi siedział przy swoim  biurku  i co jakiś czas głośno czyścił nos. A ty co,  katar  masz?  Jak cię coś  rozbiera to weź zaraz aspirynę czy może antigryp żebyś nie  zaraził Doroty - poradziła mu Ewa.

Nie jestem chory, tylko przerażony  tym na co  naraziłem Dorotę!  Ewa uśmiechnęła się - teraz wiesz dlaczego  nie  paliłam  się  nigdy do  posiadania bachora.  Dzieci lubię takie mniej  więcej od  dwudziestego  roku życia  wzwyż, nie  miałam ochoty na mdłości, zmienne  nastroje, ciążę i poród. I nigdy  mnie nie roztkliwiał widok obślinionego niemowlaka i nie podniecała myśl, że będzie  mi potem obgryzać  brodawki. I  nie  wzrusza  mnie widok karmiącej  matki. Zigi, a innych książek o ciąży i porodzie nie było? Bo tak obiektywnie  rzecz ujmując to ten album to nawet jest  fajny, tyle tylko, że  może niekoniecznie  zachęca do ciąży i porodu. Ale  może powinien  być obowiązkową  lekturą dla młodzieży,  żeby wiedzieli chłopcy, na co swoje dziewczyny narażają. Ale według  mnie, to dobrze, że go kupiłeś- nie będziesz potem lekceważąco machał ręką gdy ci Dorota coś powie  na temat porodu. A jeszcze weź pod  uwagę, że to są  zdjęcia  porodu przebiegającego normalnie, bez niespodzianek. A jakie mogą   być niespodzianki? - Zigi spojrzał na  nią wystraszony. No może być kilka, poszukaj  sobie   w sieci. A lekarz  może je  wcześniej  przewidzieć? Zigi, zlituj  się,  a skąd ja mam to wiedzieć? No przecież masz męża lekarza. Tak  Zigi, mój mąż jest lekarzem  ale chirurgiem ortopedą a nie  ginekologiem  ani nie jest położnikiem- rozumiesz drobną  różnicę? To tak jakbyś  się  dziwił, że stomatolog nie potrafi  zoperować komuś kolana i na odwrót.

A tak  w ogóle, Zigi, mam do ciebie  sprawę - masz kogoś kto mógłby sprawdzić  stan prawny pewnej willi w  Warszawie? Bo biologiczna matka Pawła  koniecznie  chce mu zrobić darowiznę  w postaci połowy willi a potem  zapisać mu ją  w spadku. Ona  ma ją w spadku po swoim  drugim  mężu i ja podejrzewam, że to dość  nieczyste intencje- może tonie  w długach,  a może prawa  własności są  niejasne. 

Jak mi podasz  adres  i jej dane to postaram  się  sprawdzić. Podam  ci te dane albo jeszcze  dziś  albo jutro - muszę do Pawła  zadzwonić. A dobry uczynek  z jej  strony wykluczam - zbyt dużo  złego zrobiła  z zimną krwią Robertowi i  Pawłowi. Ewa  szybko napisała do Pawła sms  prosząc o namiary  adresowe, imię i nazwisko zmarłego dentysty oraz  dokładne  dane Harpii. W pół godziny  później dane te zapisał sobie Zigi.

W kilka  dni później, pijąc poranną kawę Zigi powiedział - dobrze  wyczułaś  sprawę , że ta  willa to bardzo podejrzana  sprawa. Do tej willi dobijają się  aktualnie trzy kobiety - dwie poprzednie żony, które się  z nim  rozwiodły no i ta ostatnia, którą  zrobił wdową. Te dwie pierwsze pożyczyły  mu w swej  naiwności pieniądze na to, by stworzył przychodnię  stomatologiczną. Pańcie były nadziane i liczyły na udział w  zyskach.Teraz obie naciskają  na wdowę, żeby im oddała pieniądze, które one pożyczyły jemu.

Mają na to kwity i raczej każdy prawnik jako tako ogarnięty tę sprawę  wygra. Testamentu nie  zostawił, no ale, że była ostatnią żoną i nie mieli rozdzielności majątkowej to chałupa  z urzędu jest jej. Ona  dostaje po nim rentę rodzinną. No to jej  pewnie starcza na światło, gaz itp. i jedzenie. Wyposażenie gabinetów, czyli trzy unity (cokolwiek  to znaczy)- wyparowało.  Wdowa twierdzi, że on je komuś odstąpił, ale ona   nie wie  komu, bo ona się tym  nie  zajmowała. 

Ona teraz nielegalnie wynajmuje komuś piętro - nielegalnie, bo  nie odprowadza z tego tytułu  podatku. Na razie nie rozpoczęła postępowania  spadkowego a już powinna. Powinna znaleźć szybko dobrego prawnika, bo ona  rezygnując ze spadku  w terminie 6  miesięcy  od  chwili   śmierci męża nie będzie  musiała spłacać długów, które  zaciągnął  jej  mąż. I to jest jedyna dobra  dla  niej  wiadomość. I może Paweł powinien to przekazać jej. Powiedz to Pawłowi i  Robertowi. Bo wiesz- Paweł będąc jej synem ma obowiązek prawny ją wspomagać gdy nie będzie  zdolna do pracy. Weźcie  to pod uwagę. Dlatego też wielu obiboków i pijaczków całkiem  chętnie przyznaje  się do ojcostwa, bo to dziecko jest ich  zabezpieczeniem  w przyszłości.  

A na rozmowę  z matką  może  Paweł wziąć  prawnika, a nie Roberta, bo jemu chyba ostatnio już więcej nerwów  nie trzeba. Mogę wam udostępnić  swojego prawnika  - nie  zdziera z moich znajomych i przyjaciół. Z innych - i owszem. Daj Pawłowi mój numer, załatwimy to poza  Robertem. 

Ewa zatelefonowała  szybko do Pawła, powiedziała  tylko, że oddaje słuchawkę swemu szefowi i dalej  już  wszystko toczyło się  poza nią i Robertem. W domu powiedziała  tylko Robertowi, że sprawę Harpii będzie  prowadził Paweł wspomagany dobrym prawnikiem, poleconym przez Zigi. A Robertowi i jej już nic do tego.

Spotkanie  z matką  nieco wytrąciło  z równowagi zwykle spokojnego i  bardzo opanowanego Pawła. Był zszokowany jej głupotą. Po pierwsze stwierdziła, że skoro Paweł nie chce tego  domu, to mógł tu wcale nie  przychodzić.  Paweł zaciskając pięści i powtarzając  sobie  "spokój,  spokój" -  powiedział - przyszedłem bo ty chyba  nie wiesz  wcale, że nieboszczyk był niesamowicie zadłużony. Przed  tobą miał dwie żony i obie finansowały ten jego gabinet i teraz jeżeli nie zrezygnujesz z tego spadku to będziesz do końca życia spłacać jego długi. Pan, który mi towarzyszy to prawnik i zaraz ci przedstawi dokumenty, które to potwierdzą. No a dlaczego ja mam spłacać jego długi? - zdziwiła się ogromnie. 

Bo tak, proszę pani stanowi  prawo - dostaje pani po nieboszczyku spadek, więc dostaje też pani  jego długi i musi je pani spłacić- wyjaśnił prawnik. Jeżeli napisze pani oświadczenie, że rezygnuje z tego spadku to nie będzie  pani płacić długów  nieboszczyka. Oświadczenie musi pani złożyć u notariusza. Czy zmarły zostawił pani  jakiś testament? 

Przecież nie wiedział, że nagle umrze- stwierdziła. Ale zobaczę,  może i coś napisał. Dość długo jej nie było, gdy wróciła trzymała dość wypchany segregator. Z licznych ponagleń, przypomnień, upomnień  wynikało, że nieboszczyk miał znacznie  więcej długów. Ale testamentu nigdzie  nie było. No a skoro nie ma  to wystarczy jeśli ona  napisze  oświadczenie, że zrzeka  się jakiegokolwiek spadku przysługującego jej w obliczu  prawa. Pan prawnik dopytał się jeszcze, czy ma  jakieś  swoje  dokumenty z miejsc,  w których była  zatrudniona, bo będzie przecież  za jakiś  czas występować do ZUSu o emeryturę,  a teraz może  jej przyznają jakąś rentę  rodzinną po zmarłym, bo nigdzie  nie była  zatrudniona  a mieli  wspólnotę  majątkową.

No a gdybym tak teraz  wyszła za kogoś za mąż to nie uratowałoby tej willi? - spytała. Gdyby pani wyszła za mąż dziś lub jutro to nadal  te długi będą panią obciążały a nie sądzę by znalazła pani chętnego do  spłacania  za panią długów pani zmarłego męża. Bo te długi  nie  znikną a obie  byłe żony złożą w sądzie sprawę o spłatę przez panią długów. Te  długi znikną tylko wtedy,  gdy pani zrezygnuje oficjalnie ze spadku.

Paweł, a ojciec by się nie pogodził ze mną? Nie, nie pogodził by się ,  od kilku lat jest  żonaty. To ty teraz masz macochę!- wykrzyknęła.  Nie, nie mam macochy, ale  wreszcie  mam prawdziwą mamę, która  mnie kocha, a ja  kocham ją.

No to decyduj się  szybciej w sprawie tego spadku. Zacznij  wreszcie  myśleć nie możemy tu  z panem mecenasem sterczeć cały dzień. Z ciężkim  westchnieniem i ponurą  miną zgodziła się, że jednak musi  zrezygnować  z tej  willi.

W takim razie pojedziemy teraz  do kancelarii - proszę  wziąć  ze sobą  dowód osobisty. Mogę jeszcze poświęcić na to pół godziny, bo potem  mam umówionych klientów, więc  proszę  się pospieszyć. Teraz  pani pojedzie  z nami, ale innego dnia będzie pani  musiała korzystać z  komunikacji. Więc  chyba dla  pani lepiej teraz jechać.

W pół godziny  potem Paweł wsadził ją  do taksówki i dał pieniądze za kurs taksówkarzowi by odwiózł ją do  domu. Wsiadł do samochodu dziadka i siedział w nim bardzo długo,  by się uspokoić  i uporządkować  nieco  myśli.

Nie chciał opowiadać Robertowi wszystkiego ze szczegółami, powiedział tylko, że udało się wytłumaczyć Harpii, że najkorzystniej  dla  niej  będzie, gdy  zrezygnuje  ze spadku, bo nie będzie  spłacać długów zmarłego męża. Ale Ewie opowiedział wszystko  ze  szczegółami - musiał  z siebie zrzucić ten  ciężar. A Ewa, choć wcale nie darzyła Harpii sympatią  powiedziała Pawłowi, że  właściwie to bardzo  współczuje Harpii, bo przecież nagle  kobieta  straciła dach  nad głową i źródło utrzymania. A będąc  w Polsce kobietą po czterdzieste, bez  konkretnego zawodu, może mieć  trudności ze znalezieniem  pracy.

A Paweł stwierdził - całe  szczęście, że ja to  pojechałem  załatwiać,  a nie ojciec, bo ja dość  wcześnie zorientowałem  się, że  jestem jej  potrzebny tylko jako źródło utrzymania, tata płacił bardzo wysokie  alimenty, spokojnie za te  pieniądze  mogłaby utrzymać dwoje  dzieci. I teraz wcale mi jej nie  żal - sama  sobie zgotowała taki los. Czy gdybyś kochała  swoje  dziecko szczułabyś je przeciwko jego ojcu?  I to przeciwko ojcu, który płacił bardzo  wysokie  alimenty i był wartościowym  człowiekiem. I, choć  może to nie było z mojej  strony wcale  potrzebne, powiedziałem jej, że ojciec się ożenił i że  nie jesteś moją  macochą ale prawdziwą  mamą którą kocham i która  mnie  kocha. Wiem, że ją to trochę  ukłuło, ale należało się jej to,  za moje spieprzone  dzieciństwo. Ciekawy jestem  czy  znajdzie  się  kolejny baran łasy na jej wdzięki - tylko musi być stary i bogaty.

Robert, ku wielkiej  radości Ewy i  Pawła  zdecydował się na  podjęcie  pracy w Akademii Medycznej. Rozstanie  się z kliniką nieco go "rozkleiło", ale  zdecydowana  większość jego kolegów pochwalała ten wybór- wszak  będzie  szkolił zastępy nowych  lekarzy. Poproszono go jednak, by raz w tygodniu był konsultantem, bo był naprawdę  świetnym  diagnostą.

Czas płynął nie interesując  się wcale tym, że według jednych wlecze się niemiłosiernie, a według innych zbyt  szybko  mija. Dorota uszczęśliwiła Zigi dziewczynką, której jakoś  bardzo spieszyło się by sprawdzić jak wygląda świat  poza  maminym  brzuchem. Urodziła  się  "siłami  natury" 3 tygodnie przed  wyznaczonym terminem  a  zmorzona  doszczętnie porodem Dorota przysięgła sama  sobie, że nigdy więcej żadnej  ciąży, żadnego  porodu. Zigi, który jej asystował też  miał nadmiar  wrażeń i stwierdził, że jedno  dziecko wystarczy.

Wela podjęła pracę w PANowskim Instytucie i była bardzo zadowolona ze swego   miejsca pracy. I to tak bardzo, że jej  plany powiększenia  rodziny odpłynęły gdzieś  daleko i w niewiadomym  kierunku. To akurat Pawła  nie  martwiło - miał mnóstwo pracy przy swoim  doktoracie.

Zigi i Ewa wreszcie   dostali  właściwe  materiały z Włoch  i zdecydowali się  pojechać  na kilka  dni na rekonesans. Do Doroty na ten  czas  wprowadziła się  jej kuzynka, by Dorota nie  została nagle  całkiem  sama  z maleństwem.  Oczywiście Zigi   w każdej  wolnej  chwili wisiał na komórce - musiał dokładnie  wiedzieć co robią  "jego  dziewczyny". Ewa w końcu go  poprosiła, żeby przynajmniej przy  posiłkach nie  dyskutował o  tym jaki był kolor  kupki niemowlęcej, bo jej to apetyt odbiera.  Za to Ewa spędzała przy  laptopie  czas od godziny  dwudziestej do 21,30. Tęskniła  za Robertem niemiłosiernie, ale on  za nią też. 

Wieczory  na Skype byłe dość  zabawne, bo Robert spacerował po domu z  laptopem  w rękach, by udowodnić Ewie, że  wszystko jest  w porządku - mama i tata też  mogli w każdy wieczór porozmawiać ( ale krótko)  z Ewą. Tylko biedny Czaruś  nie mógł odnaleźć swej pańci, której  głos dobrze  słyszał. Z dzień przed powrotem Ewy  z Włoch Paweł odebrał  wiadomość od Harpii, że ona wyjeżdża z Polski, bo zgłosiła  się  do firmy, która  zatrudnia w Niemczech opiekunki osób  starszych, a ona w liceum uczyła się niemieckiego, więc  jakoś sobie  da radę, zwłaszcza, że firma  wymaga tylko podstawowej znajomości języka i ją przyjęli.  A Paweł odczytawszy tę wiadomość pomyślał, że Anioł Stróż osoby, którą będzie  się opiekowała Harpia bardzo  mocno się  napracuje.

Córeczka Doroty i  Zigi otrzymała imię  "Ewa" i był to  pomysł Doroty, która dobrze  wiedziała, że to właśnie  Ewa uświadomiła jej mężowi, że są  sobie z Dorotą przeznaczeni. Wprawdzie  nie było chrztu w  kościele, ale  było w miarę uroczyste śniadanie  rodzinne. Dziecina spisała się na medal, wytrzymała bez płaczu obce, pochylające  się nad  nią twarze a pochłonąwszy z wielkim entuzjazmem  "mleko zastępcze" bez problemu zasnęła.

Konkursu włoskiego biuro Zigi i Ewy nie  wygrało, ale i tak weszli na włoski rynek i kupowano ich projekty - po prostu były dobre i nieco tańsze. Wojtek, ten  ze Szczyrku przysłał im  wiadomość, że mała Martusia ma braciszka który niestety nie jest tak  mało absorbujący jak była malutka   Martusia. I że nadal zaprasza ich na spędzenie kawałka  urlopu w Szczyrku - proponował wrzesień, który jego zdaniem zawsze kusił piękną  pogodą i barwami.

Inaugurację roku  akademickiego Robert przeżył mocno, ale było to miłe przeżycie. Spotkał kolegów ,  z którymi nie widział się od  czasu ukończenia  studiów i teraz odnowił z nimi  kontakty.

I tu pożegnamy się z Robertem i jego rodziną. W moim odczuciu  zawsze lepiej  żegnać się ze znajomymi wtedy, gdy  wszystko układa się  dobrze.

                                                                 KONIEC



wtorek, 22 marca 2022

Ryzykantka - 56

Zmiana  w  życiu  zawodowym  Roberta pomału zaczęła działać  na jego  korzyść. A na  dodatek cała  rodzina obchodziła  się  z Robertem jak  z przysłowiowym  jajkiem.  

Z dobrych  nowin  najważniejsza dotyczyła pracy  Weli - dostała  propozycję  podjęcia  pracy w Instytucie  Biologii Doświadczalnej im. Marcelego Nenckiego.  Instytut należał do PAN i nie przyjmowano tam  do pracy byle kogo, więc  było jasne  jak  słońce, że dostrzeżono potencjał Weli. Pracę  rozpoczynała od 2 maja. Paweł był  zachwycony, podobnie Ewa i Robert.

Robert rozważał propozycję podjęcia  regularnej pracy na Akademii Medycznej. Na  szczęście  miał nieco  czasu na podjęcie ostatecznej  decyzji. Poza tym nie  było przeszkód by w obu  miejscach pracował  nie na pełnych etatach.

Czworołapy  członek  rodziny zaczął pobierać  lekcje prawidłowego chodzenia  na  smyczy. Został wyposażony w skórzany kaganiec, który  miał mu uniemożliwić "żerowanie" na  spacerze. Jego  smycz mogła  rozciągnąć  się do  długości 5 metrów, ale  można ją też było  zablokować na  pasującej do okoliczności  długości.

Wieczorne  spacery w 99 procentach  realizowali Robert z Ewą. Poranne - dziadek, który wciąż wstawał o świcie. Przyuczono psa do czyszczenia  mu łap  po  spacerze i pobycie  w ogrodzie. Gdy padało musiał jeszcze  znieść mycie  brzuszka i  suszenie  suszarką. 

Z uwagi na psa ogródek  japoński doczekał się ogrodzenia, żeby pies  nie podsikiwał ozdobnych  iglaków. Jak orzekła Wela, pies  miał dobre geny, był mądrutki i naprawdę  grzeczny.Wszystkich  domowników darzył taką samą   miłością i  wszystkich się  słuchał. Najbardziej lubił gdy  wszyscy byli w  salonie, gdzie była jego budka. Jadł o tej  samej porze co  domownicy,  miał swój  kącik  jadalny w aneksie jadalnym. A że jadł zawsze o tej  samej  porze co inni- nigdy nie  dziadował przy  stole. Noce spędzał w jadalni, w  swojej  budce.

Dorota  i Zigi nieco  znormalnieli - Zigi nagle  zrozumiał, że najlepszym antidotum na  "ciążowe  dolegliwości"  Doroty jest zapewnienie  jej o swej ogromnej miłości i radości, że ona hoduje ich dzidziusia     w brzuchu . Ewa przywiozła im od  Aliny swego rodzaju  biblię, czyli książkę angielskiego pediatry, Benjamina Spock'a  "Dziecko i jego wychowanie". Do tego  było dołączone zdjęcie nieużywanych nigdy niemowlęcych ciuszków, które powędrowały do kilku szpitali położniczych i Domów  Małego Dziecka, bo nie  doczekały się by  Klony je  nosiły- po prostu i oni i obie  rodziny szaleli z  zakupami i kupowali jak  w transie. W książce była też  kartka ze spisem rzeczy naprawdę  koniecznych, druga ze spisem  rzeczy ułatwiających  pielęgnację  dziecka i trzecia z wykazem rzeczy, które mogą być, ale tak naprawdę nie są konieczne. A ustnie Ewa  miała przekazać, żeby Dorota  nie  dała w  siebie  wmówić, że  tylko i jedynie  mleko matki zapewni dziecku prawidłowy rozwój i niech nie  znęca się nad sobą i dzieckiem, bo jakoś  dzieci karmione butelką  znacznie  rzadziej  cierpią na dolegliwość żołądkowe niż te   karmione  mlekiem  matek. A Ewa  dodała, że Klony są  nieznośne  głównie po swym  tatusiu a  nie po mleku "zastępczym". 

Wyjaśniła się sprawa konkursu- po prostu  niedoszkolony ewentualnie z lekka  nieodpowiedzialny personel przesłał niewłaściwe  materiały - coś tak, jakby ktoś planując  rozbudowę fabryki słodyczy "Wawel" przysłał do projektanta  zdjęcie nie fabryki ale zamku wawelskiego. Ot, taka  nieduża  pomyłka, bo choć konkurs  rzeczywiście   dotyczył  Wenecji Euganejskiej, to akurat nie tego odcinka tej krainy.   No cóż - powiedziała  Ewa- Wenecja  Euganejska to obszar  od  Dolomitów po Adriatyk i liczy 18 377 kilometrów kwadratowych, więc można się w tym pogubić i pomylić.

Robert mniej  więcej  raz  dwa tygodnie  przeglądał w  swojej  komórce numery telefonów, których nie odbierał,  a które były pod opisem "OBCY". Wynalazł kilka, o których  było wiadomo, że to różni reklamodawcy ale z niechęcią odnotował, że wielce uaktywniła  się  Harpia- telefonowała pod ten  numer aż dziewięć  razy. Poszedł  "z tym fantem" do Pawła. Okazało się, że Harpia telefonowała też do Pawła. Raz odebrał , jak  powiedział " z rozpędu" bo był czymś  zajęty i nie  spojrzał od kogo to telefon. Harpia  dzwoniła do  niego, żeby  koniecznie  podał jej  swój  numer PESEL, bo ona jest teraz właścicielką willi po panu  dentyście i chce mu połowę willi teraz  sprezentować jako  darowiznę a na resztę  zrobić  zapis  notarialny. Ale Paweł jej  powiedział, że dziękuje i  nie chce  żadnej willi bo ma  mieszkanie  a na dodatek już ma  zapisany w testamencie  dom. Harpia usiłowała  mu  wmówić, że on musi wziąć  spadek po niej, ale ją  wyśmiał.Poza tym powiedział, że skoro nie wie co ma  z tym spadkiem  zrobić to niech  sprzeda ten  dom ewentualnie  niech  zamieni np . na dwa duże  mieszkania lub trzy małe i będzie je  wynajmować, co jej zapewni stały  dopływ  gotówki. Harpia się dopytywała też,  czemu Robert  nie odbiera  nigdy telefonu, więc Paweł powiedział, że  zapewne ona  dzwoni na  nigdy  nie używaną przez Roberta  komórkę. Chciała też by Paweł podał jej jakiś kontakt do Roberta, ale Paweł powiedział, że on tego na pewno  nie zrobi, bo Robert  nie życzy  sobie z nią kontaktu.  Ponieważ Harpia zapytała  się,  skąd on o tym  wie, więc  Paweł powiedział, że wie, bo się  często widują.

Nooooo, ciekawe  czemu ją ten dom tak  przypieka, że chce  się go jak  najprędzej pozbyć - zastanawiał się  głośno Robert.  Z tego co  mówiłeś przed opuszczeniem domu pana dentysty wynikało, że  ten jego biznes nie był zbyt  dochodowy, skoro nawet  sprzątaczki ostatnio nie zatrudniali. Zapewne są  jakieś  niespłacone długi, które na  nią spadły wraz  ze spadkiem. Nic na to  nie poradzimy, musi po prostu zapewne oddać dom  za długi. To duża  chałupa, niezła  lokalizacja. Tak to bywa gdy ktoś chce  sobie ułożyć  życie cudzym kosztem. A gdybyś ty w tej  chwili przejął jego  połowę  jako darowiznę, musiałbyś połowę ich   długów  spłacać. Przykro mi to mówić synku, ale po prostu trzeba się trzymać jak  najdalej od tej pani. I nigdy  nikomu nie podawaj  swego nr PESEL przez telefon.

Tato, a nie zdenerwowałeś się tą sprawą? - nie synku. Za to pomyślałem, że mamy obaj szczęście, że trafiłem na Ewę i ona  mnie i ciebie  pokochała. Jeśli Harpia jeszcze raz do mnie  zatelefonuje to odbiorę i  powiem jej, że zgłoszę na policję, że mnie nęka  swoimi telefonami, bo jakby  nie było to jesteśmy  dawno po rozwodzie. Ale nie wykluczone, że sobie kupię teraz  smartfon i będę  miał po prostu inny  numer a tę komórkę po prostu zezłomuję a kartę po prostu zniszczę. Tylko sobie przepiszę  wszystkie  potrzebne  mi  kontakty i do niektórych  wyślę swój nowy  numer. Wiesz tata, masz bardzo dobry pomysł, ja  chyba też tak  zrobię. Mam na tej karcie  całe kilometry telefonów osób, z którymi właściwie  nie utrzymuję kontaktu -jeśli  z kimś  nie  rozmawiam już dwa lata, to chyba  mała szansa, że akurat teraz  porozmawiam.

 Tato,  możemy sobie kupić ty, mama i ja taki rodzinny abonament, bo wtedy są  jakieś  zniżki. Tylko muszę sprawdzić u którego operatora, a ty namów na to mamę - dobrze?  Razem ją synku namówimy- jeśli dowie  się, że dzwoniła  Harpia to sama  zaraz  zaproponuje nowe  numery  dla nas. Tylko się  trzeba  dobrze przyjrzeć tym polecanym  okazjom.

Tato, a wiesz, że odkąd przestałeś wystawać przy stole operacyjnym to ci się wygładziła twarz i jakoś tak złagodniałeś. Tak jakby ci ubyło nieco lat. Zniknął z twej twarzy taki wyraz ponurej  zaciekłości. Nawet Wela  to  zauważyła. Robert uśmiechnął się - po prostu teraz to co robię  nie stresuje  mnie. Co innego diagnozować, a co innego kroić  człowieka i mieć  świadomość, że można  zupełnie  niechcący coś spieprzyć i być może nie da się tego naprawić. Po prostu to co teraz  robię  zupełnie  mnie nie stresuje. 

A ostatni ogromny stres przeżyłem gdy kolega  operował Ewę - ogromnie  się  bałem, że ten wyrostek trzaśnie lada  sekundę. A gdy w czasie jej pobytu w klinice operowałem kilku pacjentów to dziękowałem losowi, że nie  są to takie trudne przypadki jakim  był przypadek Ewy. Wiesz, każdy pacjent jest  ważny,  ale gdy na  stole widzisz  własną  żonę czy też inną osobę, którą  szaleńczo kochasz - to istny  koszmar. A doktor L. chyba chcąc nieco obniżyć mi poziom  stresu kazał mi mówić co po kolei trzeba u Ewy zrobić.Wiedziałem i mówiłem i chyba dlatego tylko nie  dostałem wtedy  zawału. Musiałem się skupić na konkretach a nie  na swej  rozpaczy. Obaj byliśmy  w ogromnym stresie. Tyle  tylko, że on ma 36 lat a ja nieco więcej.

Wiesz Pawełku - zastanawiam  się stale czy mam brać te  wykłady, czy  może lepiej dwa pół etaty - w tej klinice  i w innej przychodni, która nie ma  swojego  szpitala, ale potrzebuje chirurga  diagnostę. Telefonował nawet do mnie kolega, też  z prywatnej  przychodni. Wiesz, wieści się  szybko rozchodzą. Sensacja - R.G. przestał operować! Ale przecież  musi jeszcze  do emerytury  dotrwać, więc  może diagnozować. 

Ale ty tato, przecież coś tu jeszcze robisz - no tak, robię  takie proste  zabiegi ambulatoryjne, które  mogę robić siedząc na taborecie i które się robi w znieczuleniu miejscowym. Zero satysfakcji.

Tata, ale  dlaczego  nie chcesz iść na uczelnię? Masz tytuł profesora, będziesz  miał jakiegoś  asystenta od prowadzenia  papierków. Prowadząc  wykład możesz stać,  chodzić,  siedzieć- teraz nowoczesność wkroczyła na  wszystkie uczelnie- ty będziesz wyjaśniał i  tłumaczył to co oni będą oglądać na filmie. Film  możesz  w każdej chwili  zatrzymać, wrócić do jakiegoś  fragmentu po raz  drugi, coś bardziej  wyeksponować powiększając. Bo przecież to ważne, żeby przyszły lekarz  wiedział co i dlaczego ma robić  akurat tak,  a nie inaczej. Mogą  z tobą podyskutować - to bardzo  ważne. Bo przecież to, że sobie oglądną coś z teatru nad  salą operacyjną to za mało, żeby dobrze pacjenta  zoperować. A ty ,tato, umiesz  dobrze tłumaczyć, nie plączesz się, mówisz  jasno. Gdy ty studiowałeś nie było takich udogodnień, prawda? No nie, nie  było. Pomyślę nad tym, przyrzekam. Paweł objął ojca i wyszeptał mu do ucha - kocham cię tato, naprawdę  kocham.

Robert nie krył swego  wzruszenia - przez  wiele lat prześladowało go wielkie poczucie winy, że nie zawalczył o syna,  że zostawił go z  Harpią, wiedząc już  doskonale, że nie jest to osoba odpowiednia  do wychowywania  dzieci. Mało tego - przez pierwsze kilka lat dzieciństwa  Pawła miał  żal do siebie, że uległ popędowi i że  zaufał zupełnie nie  wiadomo dlaczego, że to zbliżenie  nie  zaowocuje  żadnymi  skutkami. Fakt, że poprzednie przelotne  romanse miał z odpowiedzialnymi dziewczynami, które wcale  a wcale nie pragnęły stałego  związku i dziecka,  a jednocześnie  nie  stroniły od  seksu. Znienawidził Harpię i niestety część tych złych emocji przeszła i na niczemu niewinne dziecko. I teraz   wreszcie  zdobył się na odwagę i to wszystko , swemu już  dorosłemu synowi,  opowiedział.

Wieczorem podczas cowieczornych  wspólnych  ablucji Robert powiedział Ewie o swej  rozmowie z Pawłem, a Ewa  odetchnęła głęboko mówiąc - nareszcie  się  naprawdę odnaleźliście. To cudowna wiadomość i ogromnie się  cieszę.

                                                                       c.d.n.


poniedziałek, 21 marca 2022

Ryzykantka - 55

 O ile styczeń tego roku był względnie  łagodny, to  luty postanowił   wyrównać  braki w ujemnych temperaturach. W ciągu  dnia  bywało po kilkanaście stopni  mrozu, nocą i nad  ranem temperatury  spadały jeszcze bardziej  poniżej  zera.  W tym układzie  pogodowym Wela i  Paweł postanowili, by z okazji jej obrony  nie urządzać żadnego  czekania  pod uczelnią. Po prostu  miał  z nią pojechać  tego  dnia  tylko Paweł, który  zaczeka na  nią  pod  salą, w której miała obronę.

Wela wiedziała dobrze, że pracę napisała dobrą, że nikt  nie ma  zamiaru jej odrzucić, że właściwie to czysta  formalność, ot taki zwyczaj, a mimo tego była  bardzo zdenerwowana, aż jej  w gardle  zasychało i dostała jakiejś nerwowej  chrypki. 

"Ciało oceniające" dobrze  sobie  zdawało sprawę z  jej zdenerwowania więc  wpierw  rozmowa dotyczyła tego czy miała  jakieś trudności natury organizacyjnej przy swych badaniach  laboratoryjnych, pomału przeszli do meritum i w pewnej chwili Wela dowiedziała się, że właśnie już ma swój tytuł w kieszeni. A jej promotor wyjrzał na korytarz i poprosił na salę Pawła, którego znał od dwóch lub trzech lat. Ale i tak Wela opuściła salę na miękkich  nogach - zmęczona tak, jakby sama posprzątała połowę Pałacu Kultury i Nauki.  Stwierdziła, że musi się  czegoś napić, bo zaraz  padnie z odwodnienia. Nim wyszli  z budynku pan promotor powiedział, że ma  dla niej  propozycję pracy, ale teraz  wyjeżdża na dwa tygodnie na  narty i pozwoli sobie do niej  zatelefonować po powrocie. Zresztą praca byłaby aktualna dopiero od  maja. Bardzo serdecznie się pożegnał z obojgiem, Welę cmoknął w rękę, co Paweł obśmiał potem, mówiąc w domu, że promotor chyba Welę podrywał.

A domowe uroczystości były obchodzone dopiero gdy wrócił z pracy Robert. Wela się w domu popłakała - siedziała w psim kojcu trzymając psiaka na  kolanach i zwilżała jego sierść łzami. Paweł nie mógł zupełnie  pojąć, czemu ona  płacze, skoro jest "po wszystkim", ale  babcia i Ewa kazały  mu być  cicho - Wela sama do siebie dojdzie. Po prostu  musi zejść  z niej wielodniowe i wielogodzinne  napięcie.

Wieczorna obiado - kolacja  była wielce uroczysta, Wela już była spokojna i uśmiechnięta. Jedyny malutki zgrzyt nastąpił, gdy Robert się  zapytał, czy jej rodzice  wiedzą, że już obroniła pracę, ale Wela powiedziała, że powie  mamie za kilka  dni, teraz  nie chce  sobie psuć dobrego nastroju. Poza tym to ich  przecież nie  za bardzo interesowały jej studia i problemy.

Robert i Ewa ufundowali Weli  bardzo ładną srebrną bransoletkę robioną na  zamówienie, na  której w ornament była wpleciona data obrony  pracy. Babcia co prawda żałowała, że nie jest to złota  bransoletka, ale szybko się  dowiedziała,  że taką  srebrną to Wela  może nosić stale to raz- a dwa- Wela bardzo lubi srebrne a nie  złote ozdoby.

Wieczorem Robert kolejny raz dziękował Ewie za to, że  stworzyła dla niego i Pawła taki ciepły, rodzinny dom, a  Ewa tłumaczyła  mu kolejny raz, że taki ciepły rodzinny dom to jest po prostu  wypadkową uczuć ich  wszystkich razem. I to nie jest tak, że jedna  osoba może  stworzyć ciepły rodzinny dom, to zawsze jest "praca zespołowa".

Ewę nieco niepokoiło zdrowie Roberta - zaczął coraz  częściej  narzekać na  zmęczenie i Ewa stwierdziła, że powinien jak najszybciej odwiedzić dobrego kardiologa. Robert się bronił przed tym, ale Ewa była uparta. Powiedziała, że jeżeli on  naprawdę ją kocha, to koniecznie powinien się poddać badaniom i ewentualnym zaleceniom kardiologa. Tłumaczyła, że przecież on od  lat jest  ciągle poddawany stresowi, a sam przecież  wie, że pomimo wielu lat  rutyny to każda  operacja  wymaga od  niego wielkiego napięcia i koncentracji co przecież odbija  się na  zdrowiu. A każdy stres jednak rujnuje serce. A jeżeli on ją  naprawdę  kocha, to powinno  mu zależeć na tym, by jak  najdłużej byli razem i mogli się sobą wzajemnie cieszyć. 

Ubłagała go wręcz, by poszedł do kardiologa i porobił badania - zwłaszcza, że kardiolog przyjmował w tej  samej  klinice.  W końcu Robert uległ jej  prośbom - a kardiolog stwierdził, że najprościej  będzie  zrobić tomografię komputerową  serca. I tu Robert został zaskoczony - wynik  wykazał, że  kiedyś  przeszedł dość  lekki  zawał serca, o  czym świadczyły blizny po  zawale. Zdaniem kardiologa Robert powinien nieco mniej  czasu spędzać za  stołem operacyjnym, czyli maksymalnie ograniczyć,  a  najlepiej wyeliminować długie operacje. Nie  musi jeszcze wszak odchodzić od  zawodu, ale jeśli nie  zadba  dostatecznie o zdrowie to życie go to tego zmusi.

No i powinien codziennie spacerować - w miarę  możliwości nie po centrum  Warszawy, ale  np. jeździć do Powsina i tam  spacerować po polach i lesie. A urlopy spędzać na wędrówkach po lesie  ewentualnie spacerować nad  morzem. Z ograniczeń - odstawić kawę i mocną  herbatę. Ograniczyć koniecznie słodycze i w ogóle raczej  niedojadać niż się  najadać. Ze  słodyczy - można jeść gorzką czekoladę. 

Robert tego  wszystkiego wysłuchał i  powiedział zniosę  to wszystko jeśli  tylko nie będę  musiał rezygnować  z sexu. Nie  musi pan, panie  kolego,  z niego rezygnować nawet pacjenci po operacjach kardiologicznych nie  mają zakazanego seksu. W tym momencie wyciągnął z szuflady ulotkę, opracowaną w Instytucie  Kardiologii, na której czarno  na  białym  stało, że nie  muszą po operacji rezygnować  z seksu, tylko zmienić nieco sposób. A mogę tę ulotkę dostać? bo nie wiem  czy  mi żona uwierzy. Bo to ona   mnie  do pana wysłała. To znaczy, że ma  pan mądrą i troskliwą kobietę przy  sobie.

A co do wyeliminowania tych długich operacji - muszę to mieć  na piśmie, w ocenie  stanu  zdrowia. Zaskoczony jestem  tym, że  kiedyś  przeszedłem  zawał i nic o  tym  nie  wiedziałem. 

Bo  zapewne przechodził go pan  razem  z grypą lub  zapaleniem oskrzeli, a że na  szczęście był lekki to łatwo było uznać  ból w klatce piersiowej  za ból spowodowany  silnym kaszlem.  Nie da się ukryć, że jeśli zawał nie jest  rozległy a pacjent  ma jeszcze w  dobrym stanie naczynia  wieńcowe to może nie   zostać  wykryty.   Prawdę  mówiąc to znam przypadki, że przywieziono pacjenta  z  ostrym   bólem zamostkowym i nawet  na  echu serca robionym  zewnętrznie  niczego  nie było widać, dopiero przez  przełykowe echo  wykazało zawał.  Wyjdzie potem  na koronarografii  lub  na tomografii komputerowej, tak jak u pana  wyszło.

Napiszę panu, o tym ograniczeniu długich operacji, ale zaznaczę, że nie ma przeciwwskazań do wykonywania zabiegów  ambulatoryjnych - zgoda? I mam nadzieję, że będzie  pan  rozsądny i będzie przestrzegać tych  zaleceń.   Będę, nie  mam innego wyjścia-  zapewnił go Robert.

Po powrocie z kliniki Robert wszystko opowiedział Ewie. Rozbawiła ją ulotka dla pacjentów po operacjach kardiologicznych i stwierdziła, że poradzą  sobie  ze  wszystkim.  Na początek Robert  nie  będzie  jeździł  samochodem  do kliniki, jeśli będzie tak zwana  dobra  pogoda. Przejdzie się kawałek do  autobusu i od  autobusu do kliniki. I skończą się  wieczorne obiado - kolacje, bo skoro odpadną  mu długie operacje to w  tym  czasie  będzie  mógł przyjmować  pacjentów w gabinecie i będzie  wcześniej w domu i będzie  mógł  wcześniej  zjeść. A wieczorem, po  kolacji będą po prostu  chodzili na  spacery, bo gdy nastanie  wiosna i tak trzeba  będzie  wychodzić  z psem. Weekendy - będą  wyjeżdżać w okolice  Warszawy i błądzić   wśród pól i szukać  lasów.  Może częściej  zaczną  bywać u Aliny?  A może się gdzieś  pobudujemy ?- spytał Robert? O nie - odrzuciła  propozycje  Ewa- będzie  wtedy tak  samo,  jak jest teraz, z tą  różnicą, że będziesz tkwił w  w domu gdzieś  w kartoflach i nie ruszysz  się, bo łażenie po kretowiskach nie  będzie  cię wszak zachwycało czy pociągało. Popatrz  na  Alinę i Franka- oni przecież ciągle siedzą  za kółkiem, a po własnym ogrodzie też  nie łażą, bo zatrudniają  do zbiorów i pracy ludzi. Dzieci do  szkoły są  wożone  samochodem bo mają  do niej  daleko, Franek do  swojej  pracy też  jeździ a nie  chodzi, Alina  samochodem jeździ na  zakupy. I tak  samo byłoby u nas. Mowy  nie ma,  zapomnij o takim pomyśle.

Następnego  dnia Robert  miał rozmowę  z szefem kliniki, który stwierdził, że przez  jakiś czas będą przyjmować pacjentów tylko na  zabiegi  ambulatoryjne, bo  może nie być łatwo znaleźć "od  ręki" dobrego chirurga- ortopedę. Na  szczęście Robert może  nadal przyjmować pacjentów, bo  diagnostyka nie jest tak  wyczerpująca  jak  operacje, a dobra  diagnoza jest przecież ogromnie  ważna. A  zabiegów ambulatoryjnych też jest  przecież  sporo. 

A jak się czuje pana żona? Słyszałem, że było groźnie,  ale podobno opiekę miała niebywałą. Robert roześmiał  się - ona już świetnie i to ona  mnie  zmusiła bym  poszedł na badania.  Gdyby  nie ona nadal bym operował wszystkie ortopedyczne  przypadki. Nie  zdawałem  sobie  sprawy, że coś może być jednak  z moim  sercem. 

Och, to zawsze tak  jest, że na  siebie nie  spoglądamy przez  szkło powiększające, ale żony i  dzieci zawsze  coś u nas wypatrzą- stwierdził  szef. U  mnie żona wypatrzyła, że każdym okiem nieco inaczej  widzę - i  miała rację, bo jednym okiem widzę dobrze tylko na odległość a drugim nie. Jedno oko jest  "na  minusie" a  drugie "na plusie". Gdy zamawiam szkła u  optyka  zawsze się  człowiek  upewnia czy to prawda, że jedno  szkło jest plusowe  a drugie  minusowe.

W kilka dni później do Roberta zatelefonował kolega, który wykładał na Akademii Medycznej, czy aby Robert  nie był skłonny do prowadzenia  wykładów na uczelni ewentualnie w jednej  z klinik. Robert  obiecał, że się  zastanowi i  za kilka  dni, gdy  zorganizuje  się w swojej  klinice  na  nowo da mu odpowiedź.

Ewa była  zmartwiona faktem , że jednak nie bez  powodu  wysłała  Roberta  do lekarza. Bardzo skrupulatnie przejrzała  dostępną literaturę dotyczącą diety dla osób z lekką niewydolnością serca. Swym niepokojem o zdrowie Roberta  podzieliła  się oczywiście z Zigi, który w każdej  wolnej  chwili przeglądał katalogi z wyposażeniem  dla  niemowląt.  Sądząc z ilości przewidywanych do  zakupu akcesoriów to Dorota powije  dziesięcioraczki a nie  tylko jedno  dziecko.  

Ewa obiecała mu, że przy  najbliższej wizycie u Aliny skonsultuje  z nią listę zakupów, którą  zrobił Zigi.  Poza tym obiecała  mu, że w czasie jednej  z przerw  w pracy pójdzie z nim do sklepu z konfekcją dla  maluszków i udowodni mu, że  dzieci rosną niestety  bardzo  szybko i trzeba  dla  nich dokupywać ubranka  na bieżąco, bo maluchy z  miesiąca na  miesiąc  zmieniają  swe wymiary i jeśli kupi teraz sześć  kaftaników tego  samego rozmiaru to połowa  z nich  nie  doczeka  się  poznania  ciała  dziecka. Zigi- tłumaczyła mu Ewa- widzisz przecież, że w katalogu masz przy każdym kaftaniku podany rozmiar określony wiekiem  niemowlaka- 1 miesiąc, 2  miesiące,  w niektórych wielkość jest 3  do 6  miesięcy. Dzieci  ani nie   rodzą się jednakowe pod  względem długości i  wagi a potem też nie  rosną pod  linijkę, tylko każde we własnym tempie. Dorota - wybacz, że to  powiem- nie jest w najlepszym  wieku do rozrodu, podobnie  jak i ty i dziecko może urodzić  się  malutkie, więc  nonsensem jest kupować teraz kaftaniki na  cały rok  z góry. Zdążysz je kupić gdy  już się urodzi. Masz taką pracę, że nie ma problemu byś w ciągu  dnia  wyskoczył do któregoś  ze sklepów. Poza tym poczytaj   w sieci co powinno być na  wyposażeniu, poczytaj też opinie o  tym  wszystkim. Po prostu otrzeźwiej, nie  wpadaj  w  histerię. My zapewne  w ten  weekend pojedziemy do Aliny, to się  jej  przepytam - to naprawdę trzeźwa dziewczyna, chociaż ma  Klony. I  może jeszcze  niechcący  ma jakąś lekturę  dla początkujących rodziców, bo oni też z tej grupy  ludzi, którzy książek  nie wyrzucają.

                                                                      c.d.n.