niedziela, 10 lipca 2022

Trudny wybór - 58

 Skoro Adela  miała  zostać "nauczycielką" i przybliżyć osobie  chętnej kwestie związane  z  archiwizacją, to musiała jednak  wybrać  się  do pomieszczenia, które  było do tego przeznaczone. Sprawę  zaczęła od dopilnowania  pań sprzątających by sprzątnęły tam i porządnie odkurzyły odkurzaczem wszystkie półki, poprawiając potem rzecz całą wilgotną  ścierką, nie zapominając o parapetach okiennych. A że Adela jeszcze nigdy im  nie podpadła, to nawet zdobyły się na odsunięcie żaluzji i umycie okien.  Adela w pełni doceniła ów "heroiczny  czyn" i następnego  dnia obdarowała "bohaterkę" wedlowskimi czekoladkami.

Przyszła półetatowa archiwistka była pojętną  osóbką i  bardzo  sympatyczną- podobało jej  się  zwłaszcza to, że będzie  mogła dzięki temu nie  siedzieć 8 na 8  godzin  w towarzystwie samych facetów. Pokój archiwum jawił się jej  jako oaza spokoju. Od razu wyrysowała  plan  pomieszczenia i ochoczo zabrała  się do spisywania zawartości poszczególnych szaf i regałów, od razu wpisując to na plan archiwum. Archiwa działu patentowego zostały umieszczone w oddzielnej szafie. Przy nich to  się  archiwistka nie  napracowała, bo ostatnie  dwa lata były dokładnie przez Adele opisane a wcześniejsze to na  razie opisywał Emil.

Okazało się, że kiedyś to nawet  był jakiś pracownik płci  męskiej, który  się zajmował  głównie  archiwizowaniem  rysunków, ale zamarzyła  mu się podwyżka pensji a gdy  się jej nie  doczekał to odszedł. Archiwizowanie rysunków na kalkach  było dość uciążliwe i Adela udała  się  do naczelnego z propozycją, by wszystkie  stare  rysunki skserować i  to samo  robić z nowymi. Przezornie wybrała  się  do dyrektora z już skserowanymi, by udowodnić swój  pomysł.

Och, świetnie to wymyśliłaś! Faktycznie tak jest  łatwiej je przechowywać! Och, przepraszam,  zapomniałem, że tylko z pani mężem jestem na ty. Nie  szkodzi, nic się nie  stało - powiedziała Adela przywołując na usta uprzejmy uśmiech.  Za mniej  niż 30  dni  już mnie tu nie będzie. 

No właśnie,  właśnie, ogromnie  żałuję, że odchodzicie już teraz. Przecież jeszcze przez jakiś  czas  będą rzecznicy patentowi w zakładach.  Tak, to prawda,  ale chyba nie dla draki ktoś  wymyślił taki układ, by rzecznicy patentowi zarabiali sami na  siebie a nie obciążali kasy państwowej  swoimi dość  wysokimi pensjami. I później  mogą być kłopoty z dostaniem  się  do którejś z kancelarii. A to, że można teraz  jednoosobowo prowadzić  działalność nie oznacza  wcale, że "taki  wolny strzelec" zarobi na  swoje  utrzymanie. Między innymi dlatego powstało tyle  kancelarii prawniczych, dlatego też powstają różnego rodzaju spółki. Po prostu zbyt wszystko obrosło różnymi przepisami, które wciąż ktoś musi na bieżąco śledzić i musi mieć stały  kontakt z potencjalnymi klientami gdy rzecznik jest  zajęty w danym dniu konkretnym klientem. To nie  ulubiony dentysta, na którego pacjent  spokojnie  poczeka w poczekalni przed  gabinetem. Rzecznik, gdy już ma klienta to do niego musi jeździć- klientami rzecznika nie są głównie osoby prywatne  a zakłady produkcyjne. Nie mam bladego  pojęcia  czym  się kierował rząd wymyślając takie  rozwiązanie. Może aktywizacją mniejszych miast i  miasteczek? My na  wszystko patrzymy z pozycji  mieszkańca  stolicy, ale być może że mieszkając latami na polskim  zadupiu inaczej  to wszystko  wygląda. Nie mam pojęcia. Wiem tylko, że w porównaniu z innymi krajami to u nas rzeczników patentowych  jest bardzo mało - zarówno tych z ukończonymi  studiami prawniczymi jak i tych ze studiami  ukierunkowanymi. Tylko nie mam  pewności czy ta  akcja  coś  pomoże. Bo po latach, gdy każdy  pracujący indywidualnie  był uważany za złodzieja i nieroba ewentualnie kapitalistę to nadal trwa taki ogląd  sytuacji.  Tyle  tylko, że nie obrzuca  się takimi epitetami człowieka publicznie, ale po cichu,  za plecami.  Będąc na kursie jakoś przeoczyłam kwestię wieku kursantów.  Mąż mi na  to zwrócił uwagę - osób w moim  wieku  było zaledwie kilka, tych po ukończonym prawie to były 3 osoby, razem  ze mną, reszta z tytułem magistra inżyniera i w wieku 40+.  Jedno jest pewne-od przyszłego  roku aplikacja  na rzecznika patentowego będzie trwała trzy lata a na dodatek płatna z kieszeni aplikanta, więc  zdążyłam rzutem na taśmę. I myślę, że ten pomysł na pewno nie spowoduje, że stan liczbowy rzeczników patentowych wzrośnie. Ludzie  zbyt  wiele  lat byli  przyzwyczajeni do  "darmochy".  No to ja wracam do swojej podopiecznej, muszę  sprawdzić czy  czegoś nie pokręciła. No tak, roześmiał  się naczelny - pańskie oko  konia  tuczy. Bardzo mi pani pomogła w tej  sprawie. I dobrze, że  dziewczyna się  zgodziła.  A wie  pan  dlaczego  się zgodziła? bo nie musi 8 na 8 godzin przebywać w stajni ogierów. Tam jest  zgraja niewyżytych młodzieńców i rozumiem ją w  pełni - przebywanie z nimi cały  dzień nie jest wcale a wcale miłe.  Ja po jednej godzinie mam dość. Po prostu  chłopcy zapominają, że to miejsce pracy a nie kawiarnia. 

Gdy Adela wróciła  do swego pokoju Emil bardzo się ucieszył mówiąc - czekałem na  ciebie z kawą, trzeba  zjeść drugie  śniadanie, zaraz  włączę ekspres. No i jak ci idzie uczenie tej młodej?  Bardzo dobrze, chętna i pojętna, wymyśliłyśmy, żeby zamiast  archiwizować  kalki to archiwizować kserokopie. Omówiłam już to z naczelnym. 

Twój nowy  przyjaciel  wjechał mi po  imieniu, oczywiście  zaraz  przepraszając. Przy okazji  wyjaśniłam,  czemu odchodzimy  już teraz, nie  czekając na chwilę gdy  wszyscy rzecznicy  w tym  mieście  zaczną  szukać   dla  siebie  dogodnego  miejsca. Rzuciłam okiem  na  jego telefony- już ma  nowy  aparat. Przy okazji "oplułam" nieco  pokój ogierów, mówiąc mu, że nie  dziwię  się młodej, że tak  chętnie zajmie  się półetatem w  archiwum. 

Ten pokój dla tych młodziaków to był pomysł Kamila- powiedział Emil. Chciał by się tu poczuli swojsko. Tylko nie  wiem  po jaką nagłą śmierć wcisnął tam kulman z tą  dziewczyną. Ona przedtem urzędowała w zakładzie doświadczalnym. Tak? zdziwiła  się Adela. No to pewnie mu  wpadła w oko, zawsze miał ciągoty do blondynek.

To ty Maleństwo byłaś kiedyś blondynką? Tak, w  zamierzchłej przeszłości. Przeszłam już wszystkie możliwe kolory i odcienie  włosów, nie miałam jeszcze  tylko różowych, fioletowych i  zielonych. Kolor włosów u  kobiet to rzecz nabyta. Średnio przeciętnie  można mieć na  głowie w jednym czasie dwa kolory a często i trzy. Kiedyś po bardzo nieudanej dekoloryzacji przez miesiąc miałam włosy w kolorze jajecznicy. I nie było to ładne  ani  zabawne, bo musiałam to nieudane  dzieło schować pod  peruką, żeby w pracy dyrektor nie  dostał zawału, że mu z dnia  na dzień ktoś sekretarkę podmienił. Dobrze,  że miałam  w domu perukę. 

Następnego dnia po pracy pognałam do fryzjerki, która mnie tak urządziła i kazałam jej by mi na króciutko obcięła  włosy, żeby mi czasem spod  peruki nie wyszły. I musiała obciąć mnie  za darmo, bo jako  fryzjerka nie powinna była mi włosów dekoloryzować  jednoetapowo. Helena gdy  mnie zobaczyła z tą "jajecznicą" na głowie omal  nie padła  ze śmiechu, ale nic  nie mówiła. Dobrze wiedziała co czuję.

To jaki ty masz swój naturalny  kolor? Jakiś odcień brązu sądząc po intymnej czuprynce?- dociekał Emil. Tak jakby, chyba trochę  jaśniejsze. Po prostu  był to  dość niezdecydowany  kolor, więc go trochę podrasowałam, żeby był ciemny brąz. No to kiedy  byłaś  blondynką? Nie  za kadencji Kamila. Ale wiem, że bardzo  chciał bym była blondynką.  Gdy byłam  tą blondynką to tylko raz  mnie  widział i to w kręgu wielu osób, poza wymianą "cześć, serwus" nie miał okazji  zamienić  ze mną  ani jednego zdania. A potem rzekomo wyjechał. Ale widział mnie  w tym kolorze który mam - nie podobał mu się, co jak  się  domyślasz,  wcale  mnie  nie dotknęło.  Grunt, że tobie  się ten  kolor podoba. Owszem , podoba  mi się i to bardzo, chociaż  wiem, że to na pewno nie jest twój prawdziwy  kolor. Raczej nikt  nie  siwieje  przed trzydziestką. 

Zdarza się, chociaż  rzadko. Brat mojej szkolnej koleżanki  osiwiał gdy wrócił do  domu i tam  znalazł martwą ich  mamę. Miał wtedy 27 lat.  Miała zator mózgu i to taki ciężki.  Gdyby był ktoś  w domu to może by ją odratowano, ale pomyślałam, że gdyby tylko ją odratowano ale nie wyleczono całkowicie to chyba  dla  wszystkich  było lepiej, że tak  się  stało. Bo po takim  ciężkim zatorze żyje wiele "ludzkich  roślinek." Takich zawieszonych  pomiędzy życiem a śmiercią, najczęściej nie rokujących powrotu do zdrowia. A miejsc w hospicjach  brak. I  brak jest specjalistycznych domów opieki dla tych po zatorach, wylewach, z chorobą Alzheimera czy też inną, uniemożliwiającą człowiekowi samodzielne funkcjonowanie. A wszystko dlatego, że opieka taka strasznie  dużo kosztuje. I nie ma  zbyt wielu chętnych  do pracy  w takich miejscach.

Wiesz Maleństwo, myślę, że dla mojej mamy stało się lepiej, że umarła  nagle,  bez chorowania i zbytnich  cierpień. Ojciec też  tak uważa. Czy  wiesz, że  ojciec mnie zawiadomił o śmierci mamy gdy już było po pogrzebie? Gdy miałem pretensje że mnie o tym nie poinformował to mi napisał : "przecież zamówić trumnę i pogrzeb  sam umiem, a twoja obecność i tak nie ugasi mojego bólu, bo największy  ból i tak każdy przeżywa  sam, nawet gdy jest otoczony innymi osobami które kocha i które jego  kochają. Gdy skończysz kontrakt  to po prostu wtedy pójdziemy razem na cmentarz."  No więc dotrwałem tam do końca kontraktu i wróciłem. Nie przedłużałem go, choć  miałem taką propozycję. Tata chodzi na grób mamy raz w roku, tydzień przed 1 listopada, opłaca następny rok pielęgnacji grobu i tyle. Powiedział, że dla niego  mamy tam  nie ma- ona  nadal jest w jego sercu i  myślach i to jest 100 razy  ważniejsze niż przychodzenie na cmentarz i podlewanie kwiatków. Gdy uświadomił sobie, że kocha Helenę to całą noc spędził, jak  powiedział,  "na rozmowach z mamą" i......mama mu przytaknęła. Teraz  jest z Heleną i wciąż w niej odnajduje jakieś  cechy mamy. I teraz ma jeszcze do kochania "córeczkę". Zawsze  mu się marzyła jeszcze córka oprócz mnie, więc ma ciebie. Już kilka  razy nadał mi tekst w rodzaju "mama byłaby zadowolona z takiej córeczki". Uwiodłaś ojca tym sadem i tym, że się nim  zainteresowałaś. Adela uśmiechnęła  się - a ciebie czym uwiodłam?  Wszystkim- po prostu wszystkim. Emanowałaś dobrocią- to było coś czego mi tam i tu szalenie  brakowało, a poza tym podobałaś mi się i nadal mi się podobasz, nawet gdy się  złościsz, okazałaś  się bardzo inteligentną  kobietą a ten nasz pierwszy raz był dla mnie jak trzęsienie   ziemi i wtedy  pomyślałem, że  zrobię  wszystko by być z tobą na  zawsze. I naprawdę to ty mi  się śniłaś, nie ktoś  inny. I bardzo, bardzo często tak właśnie leżysz jak ta ze snu. I masz tę blizenkę malutką. Czasem myślę, że to nasze  spotkanie to mamy dzieło. Bo wiem, że mama bardzo mnie  kochała i zawsze  spełniała  moje  marzenia.  

Często mnie podglądasz  gdy  śpię? Prawie każdej nocy, bo na ogół budzę  się gdy zmieniasz pozycję. Czasem to mi się  chce  śmiać bo to fajnie  się odbywa - zdejmujesz nogę ze mnie, czasem  razem  z kołdrą lub  kocem i wtedy się  budzę, bo znika ciepło od twego ciałka. Odwracasz się na drugi bok i zaczynasz mnie szukać tam, gdzie mnie nie ma, a gdy  mnie nie znajdujesz, no bo leżę za twoimi plecami, to szybko wracasz do poprzedniej pozycji, wpierw się przytulasz i obejmujesz rękę a potem kładziesz  swoją nogę na dolnej części mego brzucha i już tak śpisz do rana.   Gdybym  się nie bał, że cię obudzę to przelazłbym na twoją  drugą  stronę byś mnie tam odnalazła.

Mileczku, naprawdę tak jest? Emil pokiwał głową - no jest, ale to jest  kochane. No wiesz, nie miałam pojęcia, że tak   w nocy rozrabiam, powinieneś mnie w nocy opieprzyć równo  że się wiercę. Albo po prostu przytulić mnie  do siebie leżącą do ciebie  plecami. Ale może ci być ciężko spać z moją ręką, ja mam ciężką rękę gdy zasnę. Milek, po prostu musimy wypróbować kilka figur  do spania. Bo dopóki nie spałam z tobą to nie miałam zwyczaju   spać przytulona do kogoś. Zawsze spałam zwinięta w kłębek  albo na  brzuchu. Najczęściej to spałam leżąc na  brzuchu i obejmując jasiek. 

No to może będziesz spała na brzuchu leżąc na mnie? Tylko nie wiem czy nie będzie ci  zbyt twardo. Masz rację, Maleństwo, musimy opracować jakieś nowe pozycje  spania.  Rzecz w tym, że ja już nie umiem zasnąć jeśli  nie  czuję cię tak bliziutko, bliziutko  przy  sobie.  Jak dobrze, że nie muszę nigdzie wyjeżdżać. Pewnie  całą noc bym czytał albo spacerował po pokoju.

                                                                     c.d.n.


piątek, 8 lipca 2022

Trudny wybór- 57

 Nie lubię pierwszego dnia w pracy gdy wracam z urlopu - margała  Adela, gdy  jechali rano  do pracy. Tu co prawda jest luksus, bo nie  wpadam od pierwszych  minut w  cały kłąb niepozałatwianych  spraw. 

Myślę, że byłoby  dobrze, gdyby  już  dziś wybebeszyć szafę i przejrzeć jej  zawartość i pooznaczać poszczególne  segregatory. I warto byłoby zatelefonować  do Arkadiusza jak mu idą poszukiwania i czy już ma jakiś plan  działania. On  się uparł na to Śródmieście, ale za te  same pieniądze mógłby wynająć znacznie większy lokal na przykład na  Górnym Mokotowie i  zapewne na  Ursynowie. Poza tym ponieważ spraw patentowych  nie mogą prowadzić osoby prowadzące  sprawy cywilne to mogłyby  być tak naprawdę  dwa zupełnie oddzielne  lokale. Wydaje  mi się, że  Arkadiusz tego  nie  załapał. Według  tych nowych przepisów to każdy  rzecznik  patentowy może  mieć własną "kancelarię", tyle  tylko, że w kilka osób jest to znacznie łatwiej prowadzić. I coś mi się  wydaje, że decyzji dotyczącej współpracy z Arkadiuszem chyba  nie możemy podjąć już teraz. 

Masz rację Maleństwo - musimy się  spotkać z Arkiem i wszystko dokładnie omówić, punkt po punkcie. I coś podejrzewam, że  w  samą porę przechodzimy do Urzędu, bo w krótkim czasie będzie  cała masa chętnych do pracy w nim. Przez moment pomyślałem o  zrobieniu aplikacji na rzecznika EU, ale tak prawdę mówiąc to nie jestem aż tak napalony na wyjazd z  Polski. Pobyt w Meksyku wiele mnie nauczył i jak widzisz  nawet wyjazd do Madrytu mnie  nie skusił. Ale naprawdę rozumiem  tych,  którzy wyjeżdżają stąd bo nie mają mieszkania a w innym kraju europejskim pracując często w lepszych  niż tu  warunkach i wykonując  często naprawdę  prostą  pracę  zarabiają 49200 € rocznie i jeszcze mają pomoc ze strony państwa  w którym legalnie pracują. Mam kolegę, który w pewnej chwili wyjechał do Niemiec, zaraz po  Zjednoczeniu. Bardzo zdolny  facet, automatyk, tu zarabiał grosze, mieszkał kątem u rodziców i w końcu miał tego  dość - kupił za grosze używaną przyczepę kempingową, po swojemu ją ocieplił i ruszył do Berlina-Zachodniego. Na  początku mieszkał w tej przyczepie na  kampingu.  Zajął się  dość  wredną robotą, bo rozbiórką zrujnowanych budynków. A było ich tu od groma bo Berlin   nieźle oberwał w  czasie alianckich nalotów. Nie  wrócił już do Polski, gdy opanował dobrze niemiecki wpierw popracował zgodnie ze  swoim wykształceniem, potem zakochał  się w pewnej Szwajcarce i teraz  mieszka w Szwajcarii. I myślę, że się w przyszłym  roku wybierzemy do nich. Polubisz ich- są naprawdę mili, kulturalni i inteligentni. Gdy byliśmy w Zurichu nie dzwoniłem do niego, nie bardzo mieliśmy na  to czas.

Oczywiście  pogadam z  Arkadiuszem, ale nie mam  zamiaru naciskać  go w sprawie  tej kancelarii. Mam wrażenie, że jemu bardziej  zależało na  zatrudnieniu ciebie bo liczył pewnie, że będziesz mu pomagała  w prowadzeniu  kancelarii, a ja myślę, że skoro  zrobiłaś  tę aplikację na  rzecznika to  szkoda byś była tylko osobą wspomagającą Arka w prowadzeniu  kancelarii. 

Popracujmy na razie w  urzędzie, ty nieco okrzepniesz w tej  nowej  specjalizacji, zobaczymy jak się rzecznicy patentowi ustawią   w nowej  sytuacji i może  z czasem zawiążemy z kimś jakąś  spółkę, czyli utworzymy niedużą kancelarię  zajmującą  się  tylko sprawami patentowymi. W Polsce jest  naprawdę niewielu rzeczników patentowych, w innych krajach jest ich  znacznie  więcej i, co najważniejsze, aplikują do tego  zawodu  ludzie młodzi, a u nas widziałaś na kursie - w twoim wieku była was garstka, starczyło jednej ręki do policzenia i jeszcze można było się  bez trudu w  nos  podrapać. 

Muszę sprawdzić w kadrach ile mi jeszcze urlopu zostało z ubiegłego roku. No i jeszcze mam urlop tegoroczny. I  jeśli go wezmę to we wrześniu. Ale mogę też łaskawie zamiast urlopu wziąć ekwiwalent finansowy i cały wrzesień jeszcze tu przyjeżdżać. Dziś  wpadnę do konstruktorów i przepytam czy mają coś na tapecie i na jakim etapie, bo dział patentowy przestanie wkrótce istnieć. Maleństwo -  musimy się na razie  trzymać tej  wersji, że będziemy działać w Kancelarii i  że w chwili gdy ona  ruszy natychmiast  naszego "adonisa"  powiadomimy, gdzie działamy. Pamiętaj o tej wersji.

Adela  uśmiechnęła  się - jak widzę nie pałasz zbytnią  sympatią do naczelnego. No fakt, nie  jest moim idolem. Jest za bardzo sobą  zachwycony. Kamila lubiłem, on naprawdę chciał by OBR był dobrym ośrodkiem wiodącym w tej  branży. No i naraił ci pracownicę - dopowiedziała Adela uśmiechając  się łobuzersko. No fakt- stwierdził Emil. I chwała mu  za to. I nawet mi go trochę żal. Nie  można powiedzieć, że mu  się życie osobiste dobrze  ułożyło. 

Kochany, życie to nie pogoda, mamy jednak na  nie wpływ. O tym, jakie  ono  będzie decydują przecież  nasze  wybory. Gdyby choć trochę o siebie  dbał nie osierocił by dzieci.  Mnie to nawet jego  żony  nie  żal - miłość  miłością, ale odkąd wiadomo skąd  się biorą  dzieci trzeba  niestety o tym pamiętać i nie liczyć na to, że  może  akurat tym razem nie zajdzie  się  w ciążę. W końcu  nie  byłam jedyną  niezamężną dziewczyną która brała  tabletki. Co prawda z Kamilem to brałam tabletki i dodatkową ochronę, bo nie  miałam  za grosz do niego zaufania, choć przysięgał, że żyje  tylko ze mną. I nie  miał pojęcia, że  równolegle biorę  tabletki. Jak  widzisz  wredna  z natury  jestem. Mądra z ciebie dziewczyna była. A sądząc z lektury jego "dzieł" to facet naprawdę  cię kochał i był w  tym  wszystkim zagubiony kompletnie bo i dzieci  kochał.

Kochany, a jak wydostaniesz segregatory z tej szafki pod sufitem? Ooooo dość prosto- zaraz  się przejdę do gospodarczego albo do  zakładu doświadczalnego po drabinę i wtedy bez problemu ściągnę te  stare dokumenty i potem je zaciągnie się do archiwum. A gdzie jest archiwum?  Nie wiesz? - zdziwił się Emil. Archiwum jest na pierwszym piętrze za  konstruktorami. Pomieszczenie  takie jak pani herbaciarki.

To znaczy, że mamy kogoś kto  się  tym zajmuje? No nie  wiem, wiem  tylko, że klucz do archiwum to ma sekretarka naczelnego dyrektora. Poważnie? To znaczy, że gdyby wtedy, gdy zastępowałam sekretarkę ktoś przyszedł do  mnie po klucz do tego pomieszczenia to bym mu kazała  pójść do psychiatry, bo ma  jakieś przywidzenia. Każde archiwum ma jakiegoś stałego pracownika który się tymi dokumentami opiekuje, ma jakiś ich  wykaz i wie gdzie  co leży  czy też  stoi. Chyba  w tym układzie to trzeba się zapytać naczelnego gdzie  mu te  dokumenty schować. Czuję, że będzie  wesoło, bo choć jak mówisz facet jest  sobą  wielce  zachwycony,  ale na prowadzeniu firmy to  się jednak  zna. I może uzgodnij  to  z nim zanim pójdziesz po tę drabinę. 

Ciekawe - archiwum bez archiwisty! Coś czuję, że będzie tu małe trzęsienie ziemi. No ale od sierpnia będą mieli forsę na taki etat, bo ja już wypadnę z listy  płac, a potem odpadnie też twoja  pensja. No cóż, lipiec mi minie na robieniu zestawu dokumentów.  Zajęcie równie  dobre jak każde inne  w biurze.

Emil chwilę jeszcze  postał przyglądając  się  uważnie  ich biurowej  szafie, w końcu będąc  już  w drzwiach powiedział - spróbuję  się  do niego  wedrzeć. Wyszedł i.......przepadł. Adela wzięła  się więc za przeglądanie  dokumentów z ostatnich  dwóch lat. Stwierdziła, że najlepiej będzie  je  podzielić wg wyrobów których  dotyczyły  wnioski, badania  i efekty w postaci patentów i dopiero w ramach  wyrobu podzielić je na odpowiednie   lata.  Nie było to trudne   zadanie, bo Emil nie  był bałaganiarzem i  zaledwie kilka   dokumentów było pomieszanych - najwidoczniej któryś  z konstruktorów się tu rządził i czegoś  szukał. Powpinała  dokumenty do zawieszkowych skoroszytów, na  każdym starannie wykaligrafowała czarnym pisakiem nazwę  urządzenia,  dokumenty w ramach   skoroszytów poprzedzielała  kartonowymi przekładkami , na których  napisała   czego ta  część  dokumentów dotyczy, przygotowała tyle segregatorów  ile  było urządzeń, przygotowała  naklejki na  nie  i  zaczęła zapełniać segregatory. Gdy Emil  wrócił po 2,5  godzinnej  nieobecności to nieomal  zaniemówił. A  zaniemówił  głównie  dlatego, że  właśnie  tak  sobie  wyobrażał sposób  w jaki powinny  być gromadzone  te  dokumenty.

Maleństwo, właśnie tak to sobie  wyobrażałem! Skąd  wiedziałaś co ja  sobie  wymyśliłem?  Z niczego, czyli z głowy. Ja naprawdę jestem wykwalifikowaną siłą biurową i wiem jak utrzymywać w porządku dokumenty. Inaczej zginęłabym  marnie  jako asystentka  lub sekretarka. 

Emil wziął segregator,  w który Adela już  zdążyła  wszystko co należało powpinać i powiedział - zaraz  wrócę. Tylko mi nie  nabałagań, rzuciła  za nim Adela.

W 10 minut później sekretarka dyrektora zatelefonowała i powiedziała, że Adela jest proszona  do gabinetu dyrektora.  Adela w  duchu  zaklęła, przygładziła lekko ręką  włosy, zamknęła drzwi na klucz, który wzięła  z  sobą  i wolnym krokiem poszła  do sekretariatu. Sekretarka uchyliła drzwi gabinetu dyrektora i powiedziała- pani Adela już jest. O to świetnie - usłyszała Adela a  sekretarka nieomal wepchnęła ją do gabinetu,  w którym wcale  nie  było Emila. Napije się pani  kawy czy  herbaty? Adela podziękowała mówiąc - kawę już dziś  piłam, wybiorę raczej  wodę mineralną. A co,  już  coś w  drodze?-zapytał z uśmiechem. Kto w  drodze? ja się nigdzie nie wybieram , dopiero  co wróciliśmy z  Zakopanego. Adela udała, że nie  rozumie  pytania a naczelnemu  zrobiło  się nieco głupio  i szybko zmienił  temat.

Rozmawiałem przed  chwilą z Emilem i widzę, że jest mały  kłopot - nie mamy nikogo w  archiwum. On ma rację, archiwum bez archiwisty nie jest  archiwum  tylko jakimś  składzikiem. Nie mam nikogo na pełny etat, ale  mam pomysł,  by jedna  z pracownic kopiarni była na dwóch półetatach - jedna połowa w kopiarni, druga połowa w  archiwum. I tu mam do pani osobistą prośbę - czy  mogłaby pani tę panią nauczyć jak ma przechowywać te  dokumenty i prowadzić ich  ewidencję. Gdy jeszcze wszystkie projekty były robione  w wyświetlarni były tam potrzebne dwie osoby, teraz jest kserograf, więc zamiast  się tej pani pozbyć dam jej  dwa półetaty. 

A cięcie zrobi pan wzdłuż czy  w poprzek?- zapytała Adela. No bo do  archiwum lepsza byłaby  połówka z całą  głową - roześmiała  się  Adela. A to jakaś kumata  osoba? Ona jest z  zawodu kreślarką, to bardzo młoda  dziewczyna.  I wiem, że  ma luzy bo to nie  biuro projektów i tylko czasem coś  musi chłopakom zrobić  w kalce. To jakaś.....nie  dokończył zdania, bo Adela  wstała i podeszła do telefonu sprawdzając, czy aby  nie  działa  jak mikrofon. W porządku - powiedziała - pewnie  pan nie  wie,  ale pana poprzednik coś tu pomieszał  i używał tego telefonu jako  interkomu. Wiem o  tym bo     na "dzień dobry" zastępowałam  tu sekretarkę, która  chorowała. Trzeba  sprawdzać czy  słuchawka dobrze  leży na  widełkach. Och,  dziękuję, nie  wiedziałem.  Myślę, że  najlepiej będzie  jeśli po prostu wymieni pan ten  sprzęt. No i kim jest ta młoda osoba? To jakaś  rodzina pani kadrowej. Aha, to pewnie ta blondyneczka, co siedzi w dziale  konstruktorów?- wydedukowała Adela. 

Panie  dyrektorze, tu połowa  biura to jakieś rodziny lub dzieci  przyjaciół. Ale proszę mi  powiedzieć czy można  w tym kraju znaleźć pracę  bez  znajomości?  Mnie  tu ściągnął były  dyrektor, bo wiedział, że już  nie  daję  rady ciągnąć  pracy w ministerstwie jako  asystentka dyrektora i jednocześnie studiować. Więc gdy zachorowała  sekretarka to mnie  tu ściągnął i  miałam do wyboru planowanie  lub pomaganie Emilowi. Co prawda wszyscy byli pewni, że jestem  flamą dyrektora. Emil też tak  myślał. Ale on  był tylko moim przyjacielem. A wykończyło go jego przekonanie, że jest niezniszczalny- wcześniej za dużo  papierosów, za  dużo alkoholu, za  dużo kawy, za dużo nerwów i kłopoty w małżeństwie. To był jego kolejny zawał. I jestem dziwnie pewna, że wiedział o poprzednich,  ale przecież prawdziwy mężczyzna może  zawał przechodzić, a ból za mostkiem to od kaszlu. Bo niektórym się wydaje, że serce to mamy  bliżej pachy  niż mostka.  

Oczywiście  nie ma  problemu z przeszkoleniem tej młodej osoby. Zdążę to w tym miesiącu zrobić. Ona nawet nie musi  w tym  archiwum stale  siedzieć. Muszę  jutro tam pójść wpierw  sama i zobaczyć  jak to wygląda.

Rozległo się pukanie  do drzwi i w  uchylonych  drzwiach ukazała  się  głowa Emila i ręka  wyciągnięta  po klucz.  Adela sięgnęła do kieszeni i wyciągnęła klucz. Chodź Emil jeszcze na  moment- zaprosił go naczelny.  Emil  wszedł a naczelny zapytał - znasz  się na  aparatach telefonicznych?  Raczej nie. Idzie o ten "przegrzebany" przez twego poprzednika? On był łącznościowcem. Każ po prostu sekretarce by jakiś  fachman to wszystko naprawił.

Emil, twoja  żona była tak miła, że  zgodziła  się przeszkolić tę młodą  kreślarkę od konstruktorów. Jestem jej dłużnikiem. Szkoda, że odchodzicie. Ja ją zaraz  wezwę i podeślę do waszego pokoju, żeby się jakoś umówiła z twoją żoną. A jak pani będzie  szła do tego archiwum to proszę wziąć jakiegoś faceta do kompletu, tam dawno nikt nie  był, może jakieś myszy  są? A ja każę by panie od  wszystkiego tam dziś wysprzątały porządnie i przewietrzyły.

Emil ostentacyjnie objął Adelę i  powiedział -chodź żono, obowiązki nas  wzywają

                                                               c.d.n.




środa, 6 lipca 2022

Trudny wybór - 56

 Tak jak zaplanowali w piątek rano wyruszyli w  drogę powrotną do Warszawy. W czwartkowy wieczór Emil i Piotr długo wertowali  mapę, przeglądali internet i  stwierdzili, że wracając  wcale  nie pojadą przez Kraków a przez Bielsko Białą, Częstochowę, Piotrków  Trybunalski, Tomaszów Mazowiecki, Rawę Mazowiecką, Grodzisk Mazowiecki i Piaseczno. A panie  wymyśliły, że nie  będzie tym razem obiadu na gorąco, zwłaszcza, że  dzień się  zapowiadał  słoneczny- one przygotują "campingowy" posiłek, który  zjedzą albo na  regularnym  parkingu albo na "dzikim parkingu", w lesie. I pewnie będzie  to gdzieś  w okolicach Piotrkowa Trybunalskiego i potem za kierownicą usiądzie Adela. Przy  przeciętnym  ruchu na  szosie te 470 kilometrów powinno im  zabrać 6 godzin i 15  minut "czystej  jazdy" - wszak postój na parkingu to nie "jazda". 

Wybór trasy okazał  się "strzałem w  dziesiątkę", bo część  trasy przebiegała przez  Słowację. I jak  się okazało droga  nie była nadmiernie uczęszczana w przeciwieństwie do  trasy Zakopane - Kraków. Przerwa śniadaniowa  w podróży była na leśnym parkingu w okolicach Rawy Mazowieckiej i byli jego jedynymi użytkownikami. Znaleźli ten  parking przez  czysty przypadek, bo skręcili w bitą drogę  jezdną odchodzącą od szosy. Chcieli postać  nieco  w cieniu, a wiedzieli, że większość parkingów nie posiada dużych, dających  porządny  cień drzew. I tym sposobem trafili na  bardzo miły, typowy leśny parking, usytuowany ze 200 metrów od szosy. Spędzili na nim trzy kwadranse, jedni chodząc i łudząc  się, że może znajdą grzyby, drudzy leżąc na kocu i snując plany urlopowe już na przyszły sezon. 

Adela i Emil doszli w pełnej zgodzie  do  wniosku, że urlop powinien trwać dwa  miesiące- jeden  miesiąc to stanowczo  za mało. I najlepiej  byłoby  mieć nienormowany czas pracy.  I oboje zaczęli całkiem przychylnie myśleć o pracy w kancelarii prawniczej. Przecież  my będziemy mogli w każdej chwili odejść z Urzędu, jeśli  się nam praca tam zupełnie  nie spodoba - stwierdził Emil.  Ja naprawdę nie wiem jak ja bez ciebie wysiedzę w biurze - martwił się Emil.  

No chyba tak, jak to wytrzymywałeś gdy nie pracowałam z tobą - po prostu pracowałeś sam. No  zgoda,  miałeś więcej pracy, ale dawałeś radę ze  wszystkim.  Pomyślałam, że w lipcu trzeba uporządkować wszystkie papierzyska, wszystko dokładnie poopisywać, może do każdej teczki dodać spis treści. Bo jeśli zostaniemy w urzędzie to nie będziemy już robić tego co robimy teraz, my będziemy zatwierdzać to co ktoś inny opracuje, będziemy musieli samodzielnie orzekać, czy jakiś rzecznik właściwie coś uznał za patent, albo właściwie uznał za czyjąś własność. Tyle zrozumiałam  z tej rozmowy z moim przyszłym szefem. 

Maleństwo ,  dobrze to zrozumiałaś, ale  dlaczego nie możesz  zrozumieć, że  gdy mówię o pracy bez  ciebie to nie idzie  mi o to, że część jej ty robiłaś tylko o fakt, że cię nie będzie  obok? No ale to będzie tak tylko przez dwa miesiące,  czyli przez 44 dni i zaledwie z 9 godzin  dziennie, czyli przez 396 godzin przez dwa miesiące. A potem będziemy się widywać w ciągu dnia pracy. Sierpień ma 22 dni robocze, wrzesień tak  samo.Oczywiście, jeśli będziemy  w Kancelarii to zapewne będziemy tandemem, co ewentualnie trzeba będzie od  razu omówić z Arkadiuszem i to nim tata z nim wejdzie do spółki. 

A powiedz mi  Maleństwo  jakim cudem sierpień i wrzesień mają tyle  samo  dni roboczych? Bez cudów. 15 sierpnia jest święto kościelne,  dzień  wolny od  pracy. No tak, rozumiem,  zapomniałem o tym święcie. Dobra jesteś w tym liczeniu! Nawyk z czasu bycia sekretarką - wiecznie  siedziałam z nosem w kalendarzu. I tak  mi kretyńsko zostało. 

Adela delikatnie przeczesywała palcami włosy Emila mówiąc: lubię  się bawić twoimi  włosami, są takie podatne na układanie! Chyba  miałeś  loczki jako małe  dziecko.  Muszę poprosić  tatę, żeby  mi pokazał twoje zdjęcia  gdy byłeś malutki.  Szkoda, że  wtedy nie było kolorowych zdjęć! Niemowlak z piwnymi oczami! Ale tak naprawdę   niemal  wszystkie dzieci na początku mają oczy  niebieskie i dopiero około 3 roku życia "ustala" się  dzieciom kolor oczu - powiedział Emil. Podobno byłem znacznie ładniejszym dzieckiem z oczami niebieskimi. 

No ale mnie się bardzo podobają twoje oczy  w kolorze ciemnego piwa, delikatnie podświetlonego promieniem słońca. Hmmm, niedobrze jest, bo mi się wszystko w tobie  podoba! I już  widzę te tabuny pań zapraszające  cię na kawusię, bo nie  będzie obok  twojego Cerbera ,  czyli mnie. 

No to będą ciężko rozczarowane i obrażone - ja naprawdę nie będę chodził do którejkolwiek na kawę a tym bardziej żadnej na kawę do swego  pokoju  nie  zaproszę. Pamiętaj o tym, że ja należę do tych  wiernych i nie  rzucam słów na wiatr. Dobrze wszystko przeanalizowałem i przemyślałem nim  ci powiedziałem że cię kocham i chcę  być z tobą na  zawsze.  Gryzie mnie  tylko jedna  sprawa - dziecko. Z jednej strony chcę byśmy mieli  dziecko a  z drugiej szalenie  się tego boję bo nim się toto pojawi w zmaterializowanej  formie jest ciąża i poród. I obie  sprawy w  sumie dość niebezpieczne i bolesne dla kobiety. Poza tym obydwa te  stany niosą dla kobiety i niewygodę i niebezpieczeństwo. A w czasie porodu to i matka i dziecko są narażone na całą masę niebezpieczeństw. No ale jeśli się mimo wszystko zdecydujemy to zapewne wyjedziemy wtedy na miesiąc wcześniej do jakiegoś  bardziej cywilizowanego kraju. Muszę to jeszcze  skonsultować z Twoim lekarzem Znam kilka osób, które tak zrobiły. I mam nawet na to już oddzielny fundusz. Gdy myślę o tym, ile się wycierpisz przy porodzie zaczynam rozumieć pewnego Indianina, który widząc cierpienia swej żony i mając świadomość, że on nic a nic  nie może jej pomóc, podciął sobie  żyły.  Adela przyjrzała  się uważnie  Emilowi - po chwili powiedziała - no  to wiedz,  że ów Indianin  postąpił wielce  egoistycznie - myślał de facto tylko o  sobie, a nie o swej żonie, która po takim okropnym porodzie została  sama z dzieckiem. To tak jakbym ja, widząc, że mój mąż cierpi jakiś okrutny  ból nowotwory popełniła  samobójstwo zamiast wyłazić ze skóry i pomagać mu ze  wszystkich sił by przetrwał i nadal był ze mną bo go kocham.  Też się boję porodu, ciąży znacznie  mniej, ale porodu  się  boję ze względu na bezpieczeństwo dziecka. Moja koleżanka rodziła 36 godzin i dziecko było niedotlenione, ma DPM i jest na wózku i z obniżoną normą intelektualną. I nie rodziła gdzieś na głębokiej prowincji, ale w jednym z warszawskich szpitali, dużych, dobrze wyposażonych.

Na razie jeszcze nie jestem gotowa psychicznie na ciążę i dziecko. Jedno jest pewne - po tym co przeszłam w domu  rodzinnym będę się nastawiać na  dziecko - obojętnie   jakiej  płci, byle mi dziecka  nie uszkodzili w  czasie porodu. Bo o ciążę to już na  pewno sama zadbam, z niewielką pomocą lekarza. Myślę, że ty też jeszcze  nie jesteś gotowy na ojcostwo, jesteśmy tak naprawdę dość krótko razem. Przytul mnie na moment i chyba trzeba poszukać naszych  rodziców. Kocham cię ogromnie i jestem szczęśliwa, że możemy ze  sobą o  wszystkim rozmawiać. Dzięki temu  nie ma w naszym związku białych plam.

Emil uniósł się na łokciu i rozejrzał - ooo, widzę ich,  mama coś niesie na liściu łopianu. Maleństwo, chcesz teraz prowadzić?  Bo tak naprawdę to wolałbym dalej prowadzić,  bo wtedy ty trzymasz rękę na moim udzie, a ja to ogromnie lubię i działa to na mnie jakoś tak  mobilizująco. Dobrze kochany, ty prowadź, jeśli cię ta  jazda nie  zmęczyła.  

Okazało się, że rodzice przynieśli dla  nich maliny- sami konsumowali na  miejscu. Ten las,  a może  raczej zagajnik kończył się mniej więcej w odległości 700 metrów od szosy i na jego skraju rosły  maliny.

Rodzice przyszli po pojemnik, bo  chcieli jeszcze trochę malin  nazbierać, ale Emil  spojrzał na  zegarek i powiedział - odpuśćmy sobie te  maliny, skoro są tu to i  na pewno będą  w Warszawie. Zjadłbym już chętnie zwykły obiad.  A macie coś naszykowanego? - zainteresowała  się Helena. Mamy- trzeba  tylko  wstawić do mikrofali. Są zrazy wołowe zawijane z pieczarkami w środku. I jest tego dla  wszystkich. Trzeba  tylko kupić pomidory, więc  jak będziemy jechać przez  Piaseczno to na moment wyskoczę po pomidory. I jest ryż już upichcony. Rozmrozimy wszystko i wstawimy na 15 minut  do  piekarnika. Pieczywo też  zamroziłam, więc będzie  na kolację. A regularne zakupy to  zrobimy jutro. Czyli dziś jecie obiad u nas.  A ja myślałem, że wpadniemy dziś na jakieś pierogi- marzycielskim  tonem powiedział Piotr. A te  zrazy sama robiłaś?  Nie sama, Emil kroił pieczarki i tłukł mięso. No to  dobrze,  bo ty go córeczko ogromnie  rozpieszczasz.

Tata, pierogi to możemy kupić po drodze do  domu i zjesz je  na kolację. Albo pójdziecie do pierogarni, skoro wolisz jeść w ciasnocie. No ale ja nie chcę byście  mieli kłopot. Tatuniu, przecież nie robię tego jedzenia  extra tylko dla  was, ono już jest gotowe, to tylko kwestia kilku  minut rozmrożenia i przeniesienia tego na blachę do piekarnika. I niezależnie  czy byłyby to dwie porcje  czy  cztery to i tak dałabym  to na blachę  do piekarnika.  A co do rozpieszczania Emila - powinieneś się cieszyć że  go rozpieszczam, wszak to twój syn.A poza tym to my  się  rozpieszczamy wzajemnie - on mnie  a ja jego.

Tacie  to  chyba te zjedzone    maliny zaszkodziły i coś zaczyna   majaczyć- stwierdził Emil. Przecież  jeśli nie ma  ochoty  u nas jeść to nie musi. Niezależnie od tego czy będziecie  u nas jedli  czy  nie to i tak  my zjemy  obiad w domu. Po prostu lubię wołowe  zrazy  zawijane i będziemy  dziś je z Adelką jedli. Chcę ci tylko  jeszcze  powiedzieć tato, że pierogi to ciasto i że  są tuczące.  Nie po  to się odchudzałem po tych  plackach meksykańskich  by z powrotem  utyć,  tym  razem przez  ciasto pierogowe. Poza tym ogromnie  mi kuchnia Adeli  smakuje. I wolę jeść w domu niż nawet  w najlepszej restauracji. A w ogóle to już jedziemy.

Gdy wreszcie ruszyli Adela jak  zwykle położyła rękę na udzie Emila, a ten powiedział - szkoda, że nie mam na sobie  szortów. No ale te spodnie są cieniutkie, nie  zgrzejesz  się od  mojej  ręki. No tak, cienkie, ale  w  szortach miałbym więcej przyjemności.    Adela uśmiechnęła się i powiedziała - no popatrz, nie  wpadłam na to. No ale gdybyś  miał zbyt  wiele przyjemności to nie wiadomo, czy mógłbyś prowadzić samochód w bezpieczny sposób. 

Wiesz  kochany, pomyślałam, że zakupy to możemy zrobić jeszcze  dziś gdy zjemy. Ja mam lepszy pomysł stwierdził Emil. Podjedziemy pod  dom, zaniosę do  domów wszystkie bagaże, wezmę z domu torby na  zakupy i pojedziemy do L'Eclerca na  zakupy. Ale ja muszę wpaść na chwilę do  domu - stwierdziła Adela. No to wpadniesz, 15 minut możemy stać na podwórku. Tylko żebym z rozpędu  nie  zaniósł do mieszkania termo torby- trzeba uzupełnić stan lodów w stoisku Grycana. I zrobimy koniecznie zakupy w "Krakowskim Kredensie"- wędliny to oni  mają bezbłędne. I wiesz co mają? - nie  wiem, ale mają pyszną  szynkę i polędwicę. Mają mnóstwo fajnych rzeczy, np. śliwki w occie, nie mam  pojęcia co zwróciło twoją uwagę. Czasem mają kopytka- podobno mają je  codziennie, ale krótko. Wolałabym gdyby mieli pyzy- bo przy  nich jest od  metra roboty. No to się zapytamy czy i kiedy  miewają.  Może można się na pyzy zapisać.Czy  zauważyłaś, że  dawno nie robiliśmy razem  zakupów żywnościowych? Zauważyłam, a nie  robiłam, bo mnie oszczędzałeś. A ja bardzo  lubię robić zakupy  z tobą. Teraz nie będzie  żadnych egzaminów i uczenia się  do nich, więc będziemy  razem jeździć na  zakupy.

No popatrz, przed  nami jakieś zwężenie drogi- albo jakieś roboty drogowe albo jakiś wypadeczek - tam daleko na lewym pasie stoi karetka - powiedziała Adela. Z mojej strony lepiej widać. Na wszelki wypadek już teraz  zjedź na prawy pas. Bo potem możemy utknąć na lewym. Emil posłusznie  zjechał na prawy pas i powiedział - no teraz to i ja widzę sanitarkę. Pewnie  był wypadek. Ale na  szczęście  ruch jest utrzymany. Przynajmniej  na razie. No i lepiej by tak zostało. Nie jestem amatorem oglądania wypadków drogowych. Nie nadaję  się na  sanitariusza. Wpieniają mnie  ludzie, którzy lecą by zobaczyć jakiś  wypadek, potem stoją i gapią  się ale nikt nie potrafi udzielić pomocy. Przecież to okropne. 

Kochanie bo nie uczą w  szkołach czegoś takiego jak udzielanie pierwszej pomocy.  Niektóre wypadki są tak okropne, że nawet doświadczanego ratownika przerażają. Mąż jednej z moich koleżanek był ratownikiem medycznym i jak sam powiedział to czasami czuł się jak przedszkolak. Pracował kiedyś we Francji i miał nieprzyjemność ściągać z gór niefortunnych alpinistów. Bo widok kogoś, komu nagle  noga wystaje z brzucha nawet dla ratownika  medycznego jest wstrząsający. Ale najgorzej to było z paralotniarzami, których  właściwie powinno  się  było ostrą  szczotką zeskrobywać ze zbocza góry.

                                                                 c.d.n.



wtorek, 5 lipca 2022

Trudny wybór - 55

A wiecie, że my już w piątek wracamy  do Warszawy?  A nie możecie pojechać w niedzielę? - spytała Linka. Raczej nie, bo musimy w sobotę  zrobić zakupy na  cały tydzień a poza tym mam umówioną fryzjerkę. Musimy się spokojnie rozpakować i przygotować do nowego tygodnia  pracy. W sobotnie popołudnie będę gotować na  następny  tydzień, w niedzielę już   zamrażać.

Ojej, to wy  cały czas jecie  mrożonki- stwierdziła Linka. No w pewnym  sensie tak, ale to mojej własnej produkcji no i są dość krótko w tym  zamrożonym  stadium. Mamy na osiedlu pierogarnię, gdzie pierogi robią  ręcznie. No to czasem idziemy tam na pierogi albo kupujemy je do  domu. Wszystkie  które oni  robią są bezbłędne. Czasem rodzice Emila, gdy się Piotrowi zachce pierogów to tam jedzą i wtedy dostaję sms z  zapytaniem jakie  pierogi mają dla nas  kupić. Dobrze wiem, że gdybym tylko pisnęła  słowo to Helena zaraz zajęła by  się żywieniem  nas, co reszta  robiła, gdy mieszkaliśmy w naszym mieszkaniu, to znaczy w mieszkaniu Heleny. Bo Helena bardzo  szybko zaadoptowała do rodziny Emila a potem Piotra. Emil to nawet przed  ślubem u nas  mieszkał.

Ojej, to mieliście dobrze!- w głosie Linki zabrzmiała nuta podziwu i lekkiej  zazdrości. Do rozmowy włączył się Emil - Helena jest  wspaniałą kobietą, niesamowicie życzliwą i jeszcze przed  ślubem poprosiłem ją bym mógł do niej mówić "mamo". Ale mój ojciec też szybko , nawet  bardzo  szybko ujrzał w Adeli swoją  synową - w pewnym momencie powiedział do mnie, że powinienem  się  modlić o  to, by Adela mnie  zechciała. No to się w pewnym sensie o to modliłem. 

A gdzie ją poznałeś? - zapytał Tomek. Tak dokładnie to na  Mokotowie, 2 maja w samo południe. Dyrektor wezwał mnie  do siebie i powiedział, że będzie  miał dla  mnie pracownika, a  raczej pracownicę, ale muszę  ją przywieźć do firmy. No to pojechałem po "pracownicę" i zobaczyłem takie maleństwo na wysokich szpilkach, małe zgrabne i dość pewne  siebie. Wpierw musiałem przeczekać aż wróci z chorobowego sekretarka, którą Adela zastępowała, potem dopiero dyrektor skontaktował ją  ze mną i miała do  wyboru dwa miejsca - albo u  mnie  albo w planowaniu. No i  wybrała mnie. I przez  cały ten  czas ciągle o  niej  słyszałem- że "ta  nowa" to fajna  jest, choć jak  czasem człowiekowi przygada to aż w pięty dojdzie. 

Oj nie przesadzaj,Milek,  nie przesadzaj. Po prostu wprowadziłam nowy zwyczaj - jeśli szanowny dyrektor  wzywał kogoś, to się  zawsze wypytałam  po co ten ktoś ma przyjść -co dyrektora wpierw  bardzo  zdziwiło- ale szybko to zaakceptował. W drugą  stronę tak samo, bo wiedziałam co facet ma danego "w rozkładzie   jazdy" i musiałam tego jego  planu dnia pilnować. 

Przedtem pracowałam jakiś czas jako asystentka dyrektora, nie jako sekretarka. A zrezygnowałam  z tej pracy, bo nie dawałam rady z ciągłymi  wyjazdami w trakcie  studiów. Bo asystent dyrektora  niestety  jeździ z nim w delegacje no i w sumie to jest więcej pracy  niż gdy się jest sekretarką, bo jest też rozplanowanie  dyrektorskiego  dnia, przygotowanie  mu materiałów, które musi mieć  na  wyjazd a poza tym takie   zwykłe, ludzkie  zadbanie o człowieka, żeby brał leki, które powinien, żeby  zjadł  w porę -  w sumie masz pięć razy  więcej spraw  na głowie  niż sekretarka. I dobrze jest móc  się niemal zaprzyjaźnić z jego żoną, żeby pojęła, że nie jesteś jego kolejną flamą i że to praca was łączy a nie coś innego. Poza tym asystenta   dyrektora obowiązuje tajemnica służbowa, bo wie  się o  wielu ważnych  sprawach. I szalenie mnie śmieszą te żony, które upatrują swej  rywalki w  sekretarce.  Owszem, niektórzy sypiają z  własnymi sekretarkami - znam nawet takiego, co miał ze swoją sekretarką dzieci i w końcu się rozwiódł i ożenił właśnie z tą  sekretarką, której te dzieci zrobił. 

Ostatniego dyrektora z którym pracowałam mile  wspominam, bo to był bardzo miły i kulturalny facet . I jego żona była nawet na  naszym ślubie, wydelegowana przez męża. A ponieważ Emil zmarszczył czoło Adela mu powiedziała- to ta pani w średnim wieku, która nam życzyła by każdy nasz wspólny  dzień był kolejnym  oczarowaniem. I wiem, że były to życzenia sformułowane przez jej męża. I może  szkoda, że ten program z asystentkami dyrektorów zmarł śmiercią naturalną - po prostu ludzie  do niego  chyba  jeszcze  nie  dorośli mentalnie.

Powiedzcie - a jak to jest pracować razem będąc małżeństwem?  No a jak to jest pracować z własnym ojcem? - odpowiedział pytaniem Emil.   Praca to jest praca-  nie  ma miejsca na nic  innego. Ona cały rok robiła kurs  na rzecznika patentowego, a wpierw jeszcze  kończyła magisterkę na prawie. Tak naprawdę to podziwiałem ją  niezmiernie. Widziałem, że była wymęczona bardzo, dziwiłem  się skąd  taka nieduża kobieta  ma tyle  sił.  

No to jeszcze powiedz  Mileczku, że temat  mojej pracy ty  mi podpowiedziałeś, żeby był dopasowany do kursu  na rzecznika patentowego. I wszystko mi tak cierpliwie tłumaczyłeś po kilka  razy. Nie mogłam  się wręcz nadziwić, że masz tyle  cierpliwości.  

Nie widzę  w tym nic nadzwyczajnego, przeszedłem taki kurs więc  wiedziałem, które tematy są bardzo niewdzięczne. Ciekawy jestem  jak teraz będzie, bo będziemy  pracować w tej  samej  firmie,  ale w różnych departamentach. Ale tam już wiedzą, że jesteśmy  małżeństwem. Adela przejdzie tam od sierpnia, ja dopiero od października. Chyba  się zatęsknię za nią dokumentnie. I nawet nie  będę jej mógł przez te  dwa miesiące odwozić  do pracy, bo będzie  pracowała w innych  godzinach niż ja. Ona od 9,00 a ja od 7,30. Ale pewnie  będę po nią przyjeżdżał i czekał  aż skończy  pracę. Adela roześmiała  się - jak  znam życie  to będziesz  przynajmniej  dwa razy w tygodniu w ciągu  dnia u mnie w pracy i to tak, żebyśmy  wracali razem. No pewnie - potwierdził Emil.

Wiecie  co, jak odejdę  z pracy to wiele babek odetchnie pełną  piersią, bo Emil był najbardziej pożądanym facetem w tej instytucji, a  dziewczyn  niezamężnych  nie  było tam wiele. A jaka była sensacja gdy się zorientowali, że jesteśmy parą - musieliśmy  wręcz podać datę i  miejsce ślubu żeby się  mogli  naocznie przekonać, że ten wyścig  do Emila  to ja  wygrałam. Bo Emil głosił wcześniej, że nie należy  do tych  co to się  żenią.

To na rzecznika patentowego trzeba  robić  specjalny kurs? -  dziwiła  się  Linka. Nie  wystarczy  być prawnikiem?  No nie- trzeba mieć  ukończone  studia prawnicze  lub specjalistyczne inżynierskie z tytułem magistra.  I trzeba zrobić ten kurs na rzecznika i zdać  całkiem trudny  egzamin, czyli jest  to kilka  godzin pisania na  zadany temat. A na  dodatek oprócz uczenia  się  na kursie trzeba  śledzić  na  bieżąco literaturę.  Na tym egzaminie jest strasznie  duży "odsiew". A  wszyscy piszą pracę na ten  sam temat. Skądinąd  bycie  rzecznikiem patentowym  to ciekawa praca - najwięcej czasu to spędzałam na  czytaniu czasopism  z branży. Dobijały mnie  tylko wizyty w naszym branżowym "ośrodku informacji naukowo-technicznej",  czyli po prostu w bibliotece technicznej. Bo nie wiem  czemu,  ale każdemu facetowi  się  wydaje, że jego naczelnym obowiązkiem w pracy to jest podrywanie babek. A poza  tym ostatnio przyjęto do pracy chyba  z sześciu młodych chłopaków, takich  zaraz po ukończeniu Politechniki. Niewyżyte to bractwo, hormony buzują, wszyscy spoza Warszawy rodem. Oczywiście są  bez własnych  mieszkań, które mają obiecane gdy spółdzielnia wybuduje kolejne dla tego zakładu. To było podstawą, że wybrali właśnie ten Ośrodek Badawczo Rozwojowy jako miejsce  swej  pierwszej pracy.  Na razie mieszkają w kwaterach prywatnych opłacanych przez miejsce pracy. I mają warunki niewiele  lepsze niż mieli w Akademiku Politechniki. I jak  mi szczerze powiedział jeden  z nich - szukają panienek z  mieszkaniem.

Słuchajcie kochani,  a kiedy byście wpadli do Warszawy? A tak w ogóle to sobie   zapiszcie nasz  adres i domowy telefon. Numery komórek macie zapisane? Coś  podejrzewam, że pewnie  dopiero w następne wakacje do nas  przyjedziecie. Bardzo jestem ciekawa jak ci pójdzie ta praktyka w  szpitalu. Obyś się tylko nie  zraził do  zawodu. I musisz się uzbroić w dużą dawkę odporności, bo  wiem, że w każdym miejscu pracy stażyści i praktykanci są traktowani  per noga i jako dopust Boży.  No ale może będziesz  miał szczęście i trafisz na kulturalnych ludzi.  Ortopedzi, z którymi miewałam  czasami do czynienia bywają dość niemili i brutalni, ale to może  dlatego, że w ortopedii jest bardzo dużo mechaniki - w  sensie działania  organów. Czasem  mają problem, żeby  zrozumieć, że nikt sobie  dla przyjemności nie łamie  kości.

A miałaś coś złamane? zaciekawił się Tomek. Miałam, bo raz poszłam na miasto nie  w szpilkach ale w butach na  modnym, "bezpiecznym" jak uważają  faceci, szerokim obcasie o wysokości niecałe 5 cm. I na warszawskim  chodniku tak elegancko skręciłam nogę w kostce, że wylądowałam na 6 tygodni w gipsie do kolana. Najlepsze było to, że mając zwolnienie lekarskie byłam codziennie w pracy, codziennie po mnie przyjeżdżał samochód. W domu byłam tylko pierwsze dwa tygodnie. Opanowałam  do perfekcji skakanie na jednej nodze. I chodzenie o kulach.

A dlaczego ja nic o  tym nie wiem?- zdziwił się Emil.  Nie  wiesz, bo nie  było o  czym mówić. Zrosło się i po problemie.  Poza tym to było już bardzo dawno. Teraz  chodzę albo na  szpilkach albo w  wibramach  ewentualnie w adidasach.  I od tamtego czasu nauczyłam się spoglądać na podłoże po którym mam iść. I tylko przejście po rumowisku na  Kościelcu trochę mnie ruszyło i pewnie nie poszłabym gdybym nie miała wibramów. One jednak dobrze trzymają nogi na podłożu no i chronią kostki. A miałam do wyboru albo wibramy "normalne"  albo adidasy z cholewką. Strasznie drogie te wibramy były, ale jak dla mnie to warte  są tych wydanych  pieniędzy. Podobno teraz  można kupić i adidasy  na  wibramowej podeszwie. Ale ponieważ raczej nie wybieramy się na trekking w podnóże Himalajów to te jedne wibramy na długo  mi wystarczą, stopa mi już nie  rośnie. Nie wiem jak  wam, ale  mnie Tatry w zupełności wystarczają, nie potrzeba mi wycieczek w  wyższe góry. Chociaż - jest  jedno miejsce w Alpach, które oglądałam na filmie- to Via  Mala . To starożytna ścieżka  przez wąwóz Via Mala  idący wzdłuż rzeki Hinterrhein w Szwajcarii. Pięknie tam  aż do bólu, ale raczej tamtędy nie będę chodzić. Ścieżka  i wąwóz mają tę  samą nazwę. To faktycznie Zła  Droga - wąziutka i z ekspozycją. A kiedyś ponoć tamtędy wędrowali kupcy, z towarami.  Pojechałabym kiedyś w Alpy, ale bez żadnego łażenia po górach. Wystarczy mi do szczęścia popatrzenie na góry i ewentualnie wjazd na którąś  z gór kolejką linową. I marzą mi się Dolomity i to zarówno w porze letniej jak i  zimowej. 

Oooo tak!- Dolomity zimą to jest to o czym i ja marzę - stwierdził Tomek. Ale wiesz co Adelko - powinnaś zawsze na tej ongiś złamanej  kostce mieć opaskę elastyczną gdy idziesz w góry. Są do kupienia w aptekach. No i  zawsze w nierównym terenie  powinnaś nosić nie adidasy ale buty trekkingowe, mogą być tzw. letnie, czyli nie  skórzane. No i idealnie gdyby  były na  wibramie.

Dobrze, że o  tym mówisz, przed sezonem zimowym będą na nie obniżki cenowe, więc wtedy dopilnuję by je kupiła - zapewnił Tomka  Emil.

Bardzo dobrze im się rozmawiało, w końcu Emil powiedział - wiecie co,  chodźcie  do nas, to sobie jeszcze porozmawiamy albo będziemy tu musieli jeszcze zamówić kolację- jakby  nie było blokujemy stolik. A u nas są lody w  zamrażarce. No fajnie, podchwycił  Tomek- tylko zatelefonuję do teściów, że późno wrócimy. W 10 minut później już byli na kwaterze i witali  się radośnie z Heleną i  Piotrem. Wieczorne spotkanie przeciągnęło się aż do północy. Adela razem z Linką zajęły strategiczne miejsce przy kuchni i usmażyły placki z cukinii, czyli wynalazek kulinarny -starta cukinia, jajka, skrobia ziemniaczana, po usmażeniu dodatek albo dżemu jagodowego albo  śmietany albo obu dodatków. Oczywiście Helena wiedziała  z czego są owe placki, ale płeć męska stwierdziła, że to pewno jakaś nowoczesna odmiana ziemniaków, a tak w ogóle  to  wszystko jedno z czego one  są- grunt, że im  smakują.

                                                                    c.d.n.



niedziela, 3 lipca 2022

Trudny wybór - 54

 Gdy już wracali do Zakopanego  Tomek powiedział - zatelefonuję dziś do rodziców, bo faktycznie może  się matka  wściec, jeśli  wpadniemy niespodziewanie. Pocieszyłaś  mnie Adelko, że nie jestem jedynym na świecie  dzieckiem w pewnym  sensie  skłóconym z  własnymi  rodzicami. 

Adela- roześmiała się - no popatrz jaka niespodzianka. Cała masa  moich znajomych koleżanek i kolegów ma takie  same  problemy. Po prostu gdy kimś kierujesz przez kilkanaście lat, to ciężko ci jest  się przestawić z pozycji  kierownika na pozycję współpracownika i  zaakceptować  fakt, że twoje  dziecko już potrafi samo  sobą posterować  w życiu. I że pomimo tego, że całe jego dotychczasowe  życie  wmawiałaś mu, że kolor niebieski to najpiękniejszy pod słońcem kolor - ono woli czarny lub  zielony. I że  zamiast  wybrać na partnera syna twojej przyjaciółki wybrało  sobie  kogoś  "z innej  wsi". Mam tylko cichą nadzieję, że mnie  lepiej pójdzie gdy ewentualnie zostanę matką i będę pamiętać wszystko to co  mnie tak  bardzo denerwowało u rodziców i przez  co tak bardzo  się od  nich odseparowałam.

Milczący dotąd Emil powiedział - zastanawiam się nad tym, co powiedziałeś Tomku o tym, że Słowacja  za droga. A byłeś  na Bukowinie w termach? Moi rodzice tam  spędzili jedną noc, bo nie chciałem by ojciec  o zmroku  wracał samochodem do Zakopanego. Ceny tam nie są dla przeciętnego Kowalskiego. Ceny jak w Hiltonie. Powiedzmy też  sobie szczerze, że pobyt w Zakopanem i wynajęcie pokoju w porządnym pensjonacie tak naprawdę nie jest dostępne dla  każdego. Nie  wiem jak prosperują tutejsze  SPA, ale ostatnie święta Nowego Roku spędziliśmy w szóstkę, czyli z rodzicami Adeli i moimi w hotelu, w Nałęczowie, w którym było pierwszorzędne SPA, naprawdę super  śniadania uwzględnione w cenie pokoju, hotel miał pierwszorzędny basen z przeciwprądem, było czyściutko, elegancko i cicho, bo hotel nie przyjmował osób  z dziećmi poniżej 18 roku życia. Obiado  kolacje były normalnie zamawiane w bardzo ładnej sali restauracyjnej i były to dania z karty. Naprawdę nie  było do czego się przyczepić. I sporo to wszystko kosztowało ale hotel był pełny i miejsca trzeba tam rezerwować ze sporym wyprzedzeniem. Więc tak naprawdę  może być tak, że te ceny słowackie wcale nie będą cenami zaporowymi. A cały pobyt my rodzicom finansowaliśmy i jak potem przejrzałem ceny to i tak  było to tańsze niż niejedna sylwestrowa zabawa w stolicy. Bo samo Boże  Narodzenie to spędziliśmy z rodzicami w mieszkaniu Heleny i ojca - w naszym jeszcze  ciągnęło się urządzanie kuchni.

Ja tylko widzę jedną przeszkodę - Łomnicę, a podejrzewam, że to ona byłaby  największą atrakcją. Bo bardzo często Łomnicę spowija  mgła lub gęste chmury, chociaż dookoła jest pogoda. Gdy teraz byliśmy  na górze  już się zbierały nad Łomnicą  chmury. Zarezerwowanie biletów na kolejkę może być niewypałem, bo tak naprawdę nie ma po co wjeżdżać na Łomnicę gdy nic dookoła nie widać. Nie wiem, czy oni zwracają pieniądze jeżeli wjazd nie dojdzie do skutku z powodu gęstej mgły. Ale gdy uruchomią to całoroczne  tarło przy Łomnickim Stawie to pewnie wtedy będzie o tyle  lepiej, że  z Tatrzańskiej Łomnicy większość ceprów wpierw się doturla gondolami do przystanku "Start", stamtąd jakimś górskim pojazdem do Łomnickiego Stawu i dopiero tam albo ugrzęźnie na  resztę dnia  albo pojedzie na szczyt. Bo może by ten pobyt na Słowacji organizować tak  jak teraz macie organizowany spływ - nie busiki 10 osobowe ale samochody osobowe  zabierające 4 osoby. 

A jeśli w Zakopanem powstaną termy w Chochołowie i Kościeliskach to wtedy i na Słowację raczej nie będzie zbyt wielu chętnych. Zauważ, że ci co lubią łazić po górach mają lepiej po polskiej stronie  Tatr - u nas są wytyczone i opisane szlaki, nie ma góry na którą możesz pójść tylko i wyłącznie z kwalifikowanym przewodnikiem, nie  musisz też wykupić ubezpieczenia i jeśli będzie cię musiał TOPR ściągać z gór połamanego to zrobi to za darmo. Nie wiem czy dalej tak będzie, ale w Polsce bardzo krytykowali fakt, że w Szwajcarii usługi pogotowia  górskiego są płatne.  To takie bardzo polskie -  wściubianie  nosa w cudze  sprawy. To sprawa Szwajcarii a nie Polski przecież.

Emil, a ty nie tęsknisz czasami za Meksykiem? - spytał Tomek- to podobno bardzo ładne miasto. No ładne, ale może lepiej powiedzieć  ciekawe - odpowiedział Emil. Bo miasto jest olbrzymie, leży wysoko bo na wysokości 2240 metrów i właściwie  całe otoczone jest  górami. I to wysokimi górami, których wysokość oscyluje od  4000 metrów do 5000 metrów z kawałkiem. W górach Nevada, które są od wschodu,  są nawet dwa wulkany. A średnia roczna temperatura to tylko 18 stopni. W grudniu i styczniu są nawet  przymrozki, kwiecień i maj są najcieplejszymi  miesiącami a od maja do września  dużo pada, bo wtedy tam jest pora  deszczowa.  W obrębie samego  miasta klimat jest różny - w jego części  zachodniej i południowo-zachodniej jest chłodniej i bardziej wilgotno, bo jest  więcej  roślinności a w części północnej i północno  wschodniej, pozbawionej  roślinności jest gorąco i  sucho. Nie wiem czy wiesz,  ale  miasto leży  właściwie na zasypanym jeziorze i ta jego część, najstarsza,  jest bardzo niebezpiecznym miejscem, bo bardzo reagującym  na trzęsienia  ziemi. Bo wulkany meksykańskie nadal są czynne i czasami "mają dreszcze" i się trzęsą a wraz  z nimi okolica. I w wyniku tych trzęsień  ziemi niszczeje najstarsza  część zabudowy miasta. Poza tym miasto jest przeludnione. I naprawdę - nie tęsknię za czymkolwiek - ani za miastem ani za kimkolwiek z jego  mieszkańców. Za kuchnią meksykańską też nie. Na myśl o fasoli od razu odechciewa  mi się jeść.  A poza  tym to ja nie jestem z gatunku tych co to "zobaczyć Neapol" i umrzeć. Każde miejsce na  Ziemi ma swoje piękne i nie piękne fragmenty. Czasem oglądasz coś w telewizorze, zachwycasz się tym co widzisz, potem tam jedziesz i......zastanawiasz  się czym  się właściwie zachwycałeś bo to co widzisz w naturze jakieś mało zachwycające jest. Po prostu zdjęcia  do  folderów  robią specjaliści.

W czasach studenckich marzyła mi się Grecja i pojechaliśmy z chłopakami.  Mnie finansowali podróż rodzice. Gdy w 40 stopniowym upale doczłapałem do Akropolu miałem wszystkiego powyżej uszu - upału, tłumu spoconych turystów i Grecji. Wtedy po raz pierwszy "załapałem", że najlepiej jest jeździć wszędzie poza sezonem. I dopóki będziemy mogli to będziemy jeździć przed  typowym  sezonem turystycznym. 

Gdy zajechali do Zakopanego Emil powiedział - a teraz  zadzwoń do ojca, że dojechałeś z powrotem cały i  zdrowy, ale że do  domu to traficie za jakiś czas. Jedziemy teraz  na prawdziwe, włoskie  żarciuszko. Zapraszam  na pizzę - białą pizzę, bez sosu pomidorowego. A ja zadzwonię do ojca i powiem mu gdzie  będziemy. Jak znam życie to pewnie już tu byli dzisiaj. Oczywiście jeżeli któreś z  was nie lubi pizzy, to jest  tu cała masa dobrego, włoskiego jedzonka.

No popatrz Linka, jeszcze nigdy tu nie byliśmy! -stwierdził Tomek . Nie byliśmy, bo to lokal  tylko dla dorosłych - stwierdziła Linka. To mały lokal i nie ma dań odpowiednich dla  dzieci- ani pod względem objętości porcji ani pod  względem diety, co wielce niektórych  drażni. Ale ponoć dobrze jeść dają - powiedziała Linka. I dlatego tu nie byliśmy? - dziwił  się Tomek. To od teraz będziemy bywać, w tajemnicy przed Elutką i rodzicami - stwierdził Tomek.

Dziewczyny zgodnie zrezygnowały  z pizzy i obie  zamówiły sałatkę z szynką parmeńską  oraz deser firmowy, panowie po białej pizzy z szynką parmeńską no i oczywiście deser firmowy. Na  czas oczekiwania  włoskim  zwyczajem na  stole  wylądowała taca z pieczywem i oliwą, a tak dokładnie  dwoma pojemniczkami z oliwą.   Emil szybko oderwał kawałek białego pieczywa, na talerzyk nalał nieco  oliwy i zamoczył w nim kawałek  pieczywa mówiąc- spróbujcie  jakie  to pyszne- u nas nie ma takiej oliwy, ta jest włoska oryginalna. Ma lekko jabłkowy  smak.

Linka wpakowała  palec w oliwę na talerzyku Emila i szybko go oblizała. Hmmm, faktycznie   zupełnie inna niż ta, na której smażę.  Nie  smaż na oliwie, ale na oleju, najlepiej na kokosowym lub na maśle klarowanym- powiedziała  Adela. A oliwa w takim stanie  jest wskazana po to, żeby regulować proces trawienia. Nie jem w tej postaci, nie mam potrzeby. Ale skrapiam nią wypieki nim włożę do pieca i gdy  robię pieczone kartofle. W domu wszystko smażę albo na oleju kokosowym  albo na maśle klarowanym. Czasem też na  oleju sezamowym, jeśli  akurat mi się trafi.

Ojej, to sprzedaj mi trochę swoich przepisów- poprosiła Linka. Dam ci, nie  sprzedam, ale wpierw musisz to na  własnym języku i żołądku wypróbować. Jak będziecie w Warszawie i będzie Wam odpowiadać to co upichcę to wtedy sobie  spiszesz. Kartofli to robię  mało, głównie robię  ryż. Podstawą jest  by nie  był rozpaciany i nie był na słodko. Przepis  na ryż to już  ci mogę  dać. Głównie to robię ten długoziarnisty  ryż. Wpierw  kroję  drobno  cebulę i ją przesmażam, gdy się  zeszkli to daję łyżkę stołową przecieru pomidorowego, chwilkę podsmażam i daję porcję  ryżu na nas  dwoje. Chwilę to smażę  mieszając aż ryż jest dobrze  wymieszany z pomidorami, wtedy dodaję zimną wodę na objętość dwa razy tyle co dałam ryżu i gotuję pod  przykryciem  do chwili aż  ryż wchłonie całą  wodę. A w międzyczasie dodaję sól, oczywiście próbując jaki jest  smak - bo przeciery pomidorowe mają różny poziom  soli. A czasem do cebuli dodaję też marchew pokrojoną w kosteczkę. No i ja, obowiązkowo dodaję do gotowania curry i gdy dodaję marchewkę to i też odrobinę (łyżeczkę taką od kawy) cynamonu. Curry i cynamon stale gości u  mnie, dodaję je  do każdego mięsa. A czasem robię włoskie risotto, ale to wtedy gdy mam rosół własnej produkcji. Co prawda  nie  z kury ten  rosół, ale z 2 lub trzech rodzajów mięsa. I zawsze mam w Warszawie w  zamrażarce zamrożony rosół jako bazę do  zup. Risotto robię rzadko, bo niestety przy jego gotowaniu na patelni trzeba cały czas stać i  mieszać i dolewać  rosołu. Risotto to z reguły robi Emil. A mojej produkcji obiad, który się robi sam to kasza gryczana- rano przed  wyjściem do pracy wsypuję przebraną kaszę do termosu takiego "obiadowego", zalewam słonym wrzątkiem, zakręcam  i przykrywam ręcznikiem frotowym. Wracamy z pracy, kroimy odpowiednią ilość chudego, wędzonego boczku, podsmażamy go, otwieramy termos, dorzucamy  na patelnię pożądaną ilość kaszy gryczanej, mieszamy, w międzyczasie  wyciągamy ze słoika  ogórki kwaszone i mamy gotowy obiad. To jest mój patent na obiad.

A gdy jestem w  wyjątkowo "kucharskim ciągu" to wieczorem kroję w  cieniutkie paski całą włoszczyznę i kawałek białej kapusty oraz w nieco większe, grubsze paski biust kurczaka i wszystko zostawiam w lodówce przykryte. Następnego  dnia po przyjściu do  domu biorę wok, wlewam olej lub daję spory  kawałek ghee (masło klarowane) i smażę na dużym ogniu po 2 minuty mięso, potem je  odsuwam na brzeg woka i smażę minutę warzywa, na koniec  wszystko spryskuję olejem  sosem sojowym i mieszam. Gotowe! Jeden warunek- warzywka muszą być krojone  nożem,  a nie starte na dużych oczkach.

Marnujesz się - stwierdził Tomek- powinnaś prowadzić jakąś ekskluzywną knajpkę. Ja już  czuję od  samych przepisów  smak tego wszystkiego.

Ale piec nie umiem niczego poza  ciastkami z płatków owsianych. Ale Helena  to robi super, hiper ciastka kruche,  z cukrem kryształem na wierzchu. I na te ciastka poderwałam Emila,  śmiała  się Adela.  Nooo, ciastka  miały znaczenie- uśmiechając  się stwierdził Emil.  Ale ja ją poderwałem na jabłka z ojcowego sadu, na renetę landsberską. Ale spodobała  mi się od pierwszej chwili gdy ją zobaczyłem i to w  samo południe. A  w trzy tygodnie później została  moim pracownikiem. I siedzieliśmy biurko w biurko i nie mogłem jej tknąć, chociaż miałem  straszną na to ochotę.

                                                                     c. d. n.



sobota, 2 lipca 2022

Trudny wybór - 53

Bywalcy Zakopanego śmieją  się,  że Słowacy też mają Gubałówkę. Ową  rolę gra  Hrebienok , czyli Siodełko. Można  wjechać na Hrebienok kolejką linowo-szynową ze Starego Smokowca. Ale  tylko nieliczni muszą przyznać, że Hrebienok  spełnia jeszcze  więcej  funkcji - można  stąd przejść spacerem pod Wodospady  Zimnej  Wody- i  w tym miejscu miłośnicy polskich Tatr mówią, że "kudy im do naszych Wodogrzmotów lub Siklawy" i można wyruszyć jeszcze  w kilka  miejsc latem,  a  zimą korzystać z wyciągów narciarskich i kilku tras narciarskich. Ambitniejsi  mogą przejść oznakowaną trasą do Tatrzańskiej  Łomnicy, a stamtąd wrócić "elektriczką". Poza tym jest tu snack bar z bardzo dobrą  kuchnią. Gdy Adela była tu ostatnim razem ów "snack bar" był  małą restauracyjką serwującą proste,  ale bardzo smaczne  dania, serwowane na ładnej  zastawie, czyściutkich kolorowych obrusach a  sztućce nie  były  rodem z  warszawskiego baru mlecznego. Oczywiście może ktoś  powiedzieć, że jak  człowiek  głodny to i aluminiowe sztućce mu nie przeszkadzają, ale Adela była "z tych", którym one zawsze przeszkadzały, nawet  gdy była bardzo głodna.

Tomek cały czas  coś notował i  miał coraz  bardziej  ponurą  minę. W pewnej chwili z trzaskiem zamknął notes i powiedział: nic  z tej Słowacji nie będzie bo oni są tani dla Zachodu,  ale  nie dla nas, chociaż  kiedyś byli właśnie tani. Oni przyjęli euro jako swoją  walutę i są wygrani. Oni nadal są tani,  ale dla innych, który też przyjęli euro. Muszę się zorientować jak  tu "lądują" fizjoterapeuci. 

Halinka patrzyła na Tomka z przerażeniem. Tomek przytulił ją i powiedział - nie  zostawię ciebie i Eluni, ale chyba  czas by w stu procentach dorosnąć i się w pełni usamodzielnić. Po prostu muszę skończyć te  studia, popracować tu  trochę by mieć rozeznanie czy mamy po co się tu na stałe przenieść. To w pewnym  sensie obojętne  czy będę tydzień spędzał w Krakowie  czy  tu. Bo w Zakopcu mam pewną tylko tą praktykę. Chyba lepiej byśmy ewentualnie tu  zamieszkali razem niż żebym tak jak wielu  zakopiańczyków  zasilał kadry pracowników fizycznych w USA, prawda?  Przecież w Zakopanem i okolicach to normalka, że wyjeżdża kto tylko  może i chce  do strefy dolarowej, haruje  tam 2 lub 3 lata jedząc byle  co i mieszkając w paskudnych  warunkach, wraca i buduje chałupę  by przyjmować  turystów.  Twoi dziadkowie z obu stron byli "bogaci z domu", więc twoi rodzice nie wyjeżdżali do pracy w USA. I nawet letników rzadko przyjmowali. 

Nie  rób takiej zrozpaczonej miny, przecież  cię nie porzucam, chcę się  tylko usamodzielnić w pełni. Słowacja jest blisko Zakopanego, nie będzie cię ocean oddzielał od  rodziców a tylko 60 kilometrów szosy.  Jesteś po hotelarstwie i pracę tu znajdziesz. Elunia już nie przy  piersi, dzieci bardzo łatwo  się aklimatyzują do nowych  warunków. To, że o tym  myślę to nie  dowód że tak będzie - to tylko jedna  z możliwości. Nie  wykluczam, że gdybym załapał się  do któregoś z  zakopiańskich SPA to też nie  byłoby źle. Te wszystkie możliwości Zakopanego muszę po prostu rozpatrzeć w  czasie trwania praktyki. Na Antałówce też ma powstać jakieś SPA z uwagi na te  siarczkowe  wody. Prawdę  mówiąc to wolę być gdzieś  zatrudniony na etacie niż prowadzić samemu  jakąś działalność i co chwilę reagować na przepisy zmieniające  się  niemal z prędkością  światła.

Adela i Emil słuchali wywodów Tomka, ale nie  zabierali głosu - uznali, że to jest  tylko i  wyłącznie sprawa Tomka i Halinki.  No coście tak zamilkli - spytał Tomek. Bo słuchamy - odpowiedział Emil. Masz rację, masz fajnych teściów, ale ja rozumiem twoją  chęć usamodzielnienia  się. W gruncie  rzeczy ja też głównie z tego powodu  wyjechałem na kilka lat z Polski i teraz, z perspektywy czasu wiem, że  zrobiłem dobrze. Po prostu dobrze tam byłem wynagradzany. A że nie  szalałem tam to i się "wzmocniłem finansowo". Wiem, że inni w tej sytuacji bardzo intensywnie korzystali  z życia, ale mnie to nawet  nie wypadało szaleć z uwagi na to, czym  się  zajmowałem. Musiałem się porządnie ubierać i porządnie prowadzić.

Wiem o kimś, z twojej branży, kto osiadł poza Polską, w rejonie  podalpejskim i ma własną klinikę rehabilitacyjną. A wyjechał stąd jak mówią "goły i bosy", po rozwodzie. Rozwód nie miał nic  wspólnego z tym  wyjazdem, no może tylko tyle, że facet został w pewnym  momencie bez  mieszkania. Oczywiście wpierw kilka lat minęło nim  mógł taką klinikę otworzyć i przestać pracować u innych. Osobiście człowieka nie znam, ale  wiem, że skończył tę  samą uczelnię co ty, pracował w szpitalu i jeszcze  zrobił doktorat, właśnie gdy pracował w  szpitalu. Czyli wyjechał gdy był już dla innych atrakcyjnym nabytkiem do szpitala lub kliniki. A kontakty zagraniczne  nawiązał głównie  w środowisku sportowców. Bo to "murowani" pacjenci. Po prostu ktoś  mi o nim opowiadał. 

Wiesz, takie pełne usamodzielnienie to w naszych warunkach następuje dopiero po trzydziestym roku  życia. To prosty  rachunek- podstawówkę kończysz  mając 15 lat, szkołę średnią mając 19 lub 20 lat. Studia trwają przeważnie 5 lat, więc dyplom ukończenia  takowych uzyskujesz najwcześniej mając 25 lat. I w opinii wszystkich jesteś wciąż "zielony", bo dopiero co skończyłeś się uczyć. Ale zawsze możesz coś zawalić albo z własnej winy  albo z powodu zbiegu okoliczności i wtedy możesz ten  dyplom otrzymać  później. A absolwenci wszelakich kierunków medycznych zaraz po ukończeniu studiów raczej jeszcze  nie są w pełni przygotowani do samodzielnej pracy, bo z tego co słyszałem w tej  dziedzinie ogromne znaczenie  ma doświadczenie. Są kraje, w których studenci kierunków medycznych już od pierwszego  roku mają kontakt codzienny ze  szpitalami lub innymi placówkami medycznymi, a w nich kontakt z pacjentem. Na  mój rozum, to na studiach jest za dużo teorii a za mało praktyki. Jak mawia jeden z moich kolegów- od samego studiowania nie nauczysz się  zbudowania domu własnymi rękami.

Myślę, że na  razie wyciśnij co się  tylko da z tych  studiów,  skończ je  i wtedy będziesz miał być może jeszcze jakieś inne pomysły. Masz jeszcze 2 lata, to sporo czasu. I świetnie, że będziesz  miał praktykę w tutejszym  szpitalu, tu na ortopedię raczej nie trafiają ci z otartą piętą, tylko jakieś skomplikowane przypadki.  

Jesteś komunikatywnym człowiekiem, sądzę,  że bez najmniejszego  problemu nawiążesz kontakty i zorientujesz  się co do swego przyszłego zatrudnienia. Skoncentruj się teraz na tej praktyce, bo ważne jest jak cię tam ocenią. Wiadomo, że będą cię traktowali jakbyś  był weterynarzem, lub pielęgniarzem, wszystkie praktyki studenckie są wredne, bo po prostu ludzie  są wredni. Zresztą na uczelniach też niektórzy profesorowie i  asystenci traktują  studentów  jak podgatunek a nie jak ludzi, więc musisz  się uzbroić w całe tony cierpliwości. Pytaj, podpatruj, zapisuj. Skorzystaj jak najwięcej. To będzie procentować. Być może, że fakt, że twoja  żona to miejscowa  dziewczyna ustawi cię na  całkiem niezłej pozycji pod  względem towarzyskim i nie będziesz ceprem a namiastką miejscowego.

A jak widać  Słowacy stawiają na turystykę, więc przez te  dwa lata na pewno przybędzie jeszcze obiektów sportowo-rekreacyjnych i w  związku z tym.....kontuzji.  I jeszcze  jedno - czas  szybko ucieka, ani się  spostrzeżecie jak nagle  zaczniecie   zauważać, że  lepiej będzie gdy będziecie mieszkać blisko rodziców. My  z moimi nie mieszkamy w jednym  mieszkaniu, ale  w jednym bloku.  Łatwo wtedy dopilnować w razie choroby. Rodzice Adeli mieszkają w innej  dzielnicy, Adela nie jest z nimi zbyt związana  uczuciowo, ale może nadejść taki moment, że trzeba  będzie im też pomóc.  No i  nie  zapominaj, że ty też masz  rodziców i oni z czasem też będą pewnie wymagali  jakiejś pomocy, którą trzeba będzie zorganizować tam gdzie oni  mieszkają. Nie pamiętam ile jest kilometrów z  Zakopanego do Ojcowa, ale tak na oko to pewnie poniżej 150 kilometrów. W Ojcowie to chyba  byłem jeszcze w czasach studenckich. I kto wie, czy twoi rodzice  nie będą chcieli za kilka lat mieszkać gdzieś bliżej was. To że w tej  chwili "drzecie  koty" może się  zmienić. 

Tomek chwilę milczał, potem  powiedział - wiem, że masz rację. Na razie jakoś mi te  studia nieźle idą, wszystko zdaję za pierwszym podejściem. I nie  żałuję, że idę kursem pięcioletnim, to jednak jest inny start. I dziękuję ci  za to wszystko co powiedziałeś. W pewien sposób utwierdziłeś mnie, że zrobiłem dobrze wybierając pięcioletnie studia, bo miałem chwilę niepewności czy  aby dobrze  zrobiłem. Inni już będą zarabiać a ja dalej na  garnuszku rodziców.

Swój dług wobec  rodziców spłacisz inwestując w  Elunię i pomagając rodzicom gdy zobaczysz, że twoja pomoc przydałaby  się im. Elunia coraz  starsza, pojedźcie kiedyś z nią do Ojcowa w któryś weekend w czasie wakacji. Nie  musicie tam nocować, wrócicie tego samego dnia. Elunia jest bardzo mądrą i grzeczną dziewczyneczką. Kiedy oni ją widzieli po raz ostatni? Na chrzcinach, gdy  mała miała  rok. 

No to tak jakby jej  wcale jeszcze  nie widzieli- roześmiała  się Adela. Zadzwoń do  nich, że wpadniecie na kilka  godzin z wizytką, by mała  poznała również drugą babcię.  Znasz  swoich rodziców , więc się zastanów jak lepiej - "wziąć ich z  zaskoczenia", czy może lepiej uprzedzić, ale od razu ustawiając, że to żadna "protokólarna  wizyta na  szczeblu" tylko normalne spotkanie niczym po drodze,  na ulicy. Mam znajome, które  zawsze wyglądają jak  prosto  od  fryzjera,  ale  mam i takie, które jeśli nie  muszą danego dnia wyjść z domu to chodzą  cały  dzień w piżamie i rozczochrane. I strasznie  się złoszczą gdy ktoś je nagle zaskoczy swą wizytą. A może po prostu powinieneś wpierw sam do nich  wpaść? I pokazać im zdjęcia Eluni - na ogół każdą  babcię rozczulają zdjęcia ich wnucząt. Pomyśl i o  tym. 

Helena  zawsze mówi, że o dojrzałości człowieka świadczy i to jak ustawia stosunki z własnymi rodzicami. Ja też mam swego rodzaju problem z ustawieniem  swoich kontaktów z własnymi rodzicami. Zawsze bardziej kochałam siostrę swej matki, Helenę, która jest teraz  żoną mego teścia. Mieszkałam u niej od 16 roku życia. Bo ja byłam od  samego początku nie akceptowana przez matkę - ona chciała syna,  no a urodziła córkę. I wszystko co robiłam było zawsze złe, oczywiście  dlatego, że byłam niewłaściwej płci. To nawet dość  zabawne. I do dziś nie umiem się z tym pogodzić, że nie umiała mnie, mojej płci zaakceptować. A ojciec Emila od razu mnie zaakceptował, nawet niewiele o mnie wiedząc. I jest mi tysiąc razy bliższy niż mój ojciec. Żałuję tylko, że nie miałam możliwości poznania   mamy Emila- niestety odeszła ze świata nim poznałam Emila. A ten piękny pierścionek kiedyś do niej należał i jestem dumna, że teraz należy  do mnie. Rodzice  Emila bardzo  się  kochali i według  mnie cudownie go wychowali.

Myślę, że każde  dziecko jest szalenie wrażliwe na to jak jego rodzice odnoszą  się do siebie wzajemnie. W ogóle obserwacja jest podstawą egzystencji dziecka, jego rozwoju emocjonalnego.To szkoła życia dla dziecka, to nasze lustro i to od pierwszych dni swego życia. I o tym trzeba  pamiętać.

                                                                c.d.n.

środa, 29 czerwca 2022

Trudny wybór - 52

 Pośmieli  się  trochę, bo postanowili ubrać  się w kurtki jeszcze przed  wejściem do kolejki a rozbawiło  ich  to, że Linka i Tomek mieli oboje  kurtki szafirowe a Emil i Adela czerwone. A już myślałam, że tylko  my dwoje kupiliśmy  sobie kurtki w takim samym kolorze - śmiała  się Linka. Ja tu  widzę coś jeszcze zabawniejszego - jesteśmy jak  z jednej prywatki, to kurtki tego samego producenta, sprzedawane w dość ekskluzywnym sklepie - zauważył Emil. Ale co zrobić,  skoro wszędzie  kurtka dobra na mój  wzrost była za obszerna i wisiała na  mnie  jak  na wieszaku. Ja naprawdę nie mam  fioła na punkcie  markowych  ubrań,  ale gdy  kupuję markowe  dżinsy to nie jestem do  nich zbyt  chudy, a inne  mi  wiszą na tyłku. Dobrze, że nie  za często muszę porządnie  wyglądać. 

No fakt, problem  jest z tymi rozmiarami - do ślubu to  musiałem garnitur szyć u krawca- powiedział Tomek. Ha- a mnie  się udało -zmieniłem kuchnię meksykańską na polską i mam z tej  okazji garnitury  kupione jeszcze  w Meksyku.  Halina i Adela spojrzały po sobie - obie były wzrostu "prawie 160 cm", szczupłe i ciągle miały kłopot z gotową  konfekcją. Halina suknię ślubną miała  szytą na  zamówienie, a  Adela, która  miała  tylko ślub cywilny miała  szyty wcześniej kostiumik. Halinie, gdy szukała gotowej sukni doradzono, by poszukała w sklepach z odzieżą komunijną. No więc  szukała w Krakowie,  ale sukienki na jej wzrost nie przewidywały absolutnie czegoś  takiego jak biust. Więc  trzeba  było szyć sukienkę. 

Gdy wsiedli do  wagonika kolejki Emil od razu ogarnął Adelę ramieniem, Tomek zerknął i zrobił to samo z Linką. Dziewczyny stały obok siebie, mężowie za nimi obejmując je. Nie  wiem czy wiecie, ale  niedługo bardzo się  tu  zmieni - powiedział Tomek. Na  szczyt, jeśli  się ktoś uprze  będzie  się wjeżdżało aż trzema różnymi wagonikami. Etap pierwszy to będą 4-osobowe gondole do stacji "Start" skąd pojedzie się do Łomnickiego Stawu, gdzie  będzie całoroczny ośrodek - zimą  narciarski, latem letni i stamtąd małym 14 lub 15 osobowym  wagonikiem dojedzie  się na  szczyt. Tu już jest jeden  ekstremalny odcinek, bo ostatnie 1867m wagonik pokonuje bez podpór, jest  tylko na  linie. 300 metrów nad zerwami Łomnicy.I lubię ten  moment gdy  wagonik wjeżdża w  ścianę Łomnicy do końcowej  stacji.  Tu  wszystko  chodzi  jak  w zegarku, dostaniemy  karnety z godziną odjazdu. Tu jest nawet  jeden czteroosobowy apartament, w którym można przenocować  chyba  za 500€, ale myślę,  że nam jednak  szajba  nie  odbije. No, to szkoda że o tym nie wiedziałem - z poważną miną stwierdził Emil - przecież moglibyśmy tu  sobie zrobić noc poślubną. Ale nie  mam pojęcia jak wysokość apartamentu wpływa na potencję - podwyższa czy  wprost przeciwnie?  Zapewne gdyby tak się wybrać na Łomnicę per pedes to wątpię czy  nastąpiła  by konsumpcja  związku. Adelko, a  z kim tu byłaś  przedtem?- spytała Linka. Byłam służbowo - raz w 6 osób, a  raz w cztery. Byłam asystentką dyrektora- pewnie głównie  dlatego, że studiowałam prawo jako jedyna z sekretarek w ministerstwie. 

Raz to byłam na takiej dużej międzynarodowej konferencji w Czechosłowacji i na  zakończenie tu nas przywieźli, a ostatnio  z własnym dyrektorem gdy był zaproszony  na  rozmowy  w jednym z  zakładów i wtedy była nas   szóstka. I bardzo mi się podobała i Tatrzańska Łomnica i Stary  Smokowiec. Ale , jak widzę, to minęło kilka lat a tu się  bardzo a  bardzo zmieniło. Wszędzie coś się buduje. Nie wiem  tylko czy to akurat Tatrom służy. Popatrzcie, jedziemy niemal  pionowo,  zaraz koniec  trasy. Gdy jechałam tu pierwszy raz byłam nieco przerażona, każde drgnięcie wagonika na podporze przyprawiało mnie o szybsze tętno a świadomość, że  1867 metrów jesteśmy  bez żadnej  podpory aż mnie zatykała. A bałam  się nie śmierci, ale tego, że może nie umrę od  razu, ale  na przykład będę leżała ranna i zdychała z bólu. Wiesz, każdy z nas  boi  się  czegoś innego. Boję  się śmierci osób, które  kocham lub  bardzo lubię, to sprawiłoby mi długotrwały ból, no ale jeśli umrę to przecież nie będę sama za sobą rozpaczała. To będzie zadanie innych, nie  moje. 

Gdy wysiedli z kolejki Adela stuknęła łokciem Linkę i spytała - no i jak, serce w gardle? Nie, a spodziewałam się czegoś  gorszego - odpowiedziała. Więcej strachu miałam wjeżdżając na Kasprowy. Adela pokiwała  głową i  powiedziała - bo tu  miałaś   dobre towarzystwo, własnego męża i odpornych  na histerię znajomych. To teraz tylko pamiętaj żebyś nie patrzyła się w dół gdy staniesz  przy barierce i pod nogi, jeśli wyjdziesz na balkonik. Bo kratownica pod  stopami robi jednak wrażenie. Tak jak posadzka ze szkła. Teoretycznie wiesz, że to grube szkło i wszystko jest dawno obliczone i sprawdzone, ale gdzieś tam z tyłu głowy kołacze się świadomość, że przecież  szkło ma  zwyczaj się tłuc. Tak samo jest z kratownicą. Te "dziurki" są nieduże, ale jednak są dziurkami i wyobraźnia pracuje. Ale wyobraźnię można zwalczyć. Wystarczy sobie uświadomić, że jak się ma pecha to nawet miejski chodnik może się nagle  akurat pod nami  zapaść. Ty to umiesz pocieszyć- zaśmiała  się Linka.

Jeśli chcemy się napić kawy i zjeść jakieś ciacho to zróbmy to teraz, widzę jeszcze wolne miejsca. Ja stawiam - ogłosił Emil, wy potem. Bo pójdziemy na kawę i obiad w Smokowcu. A że Tomek chciał protestować Emil powiedział - słuchaj  się młodzieńcze starszych, dobrze na tym wyjdziesz. Korzystamy z  twoich usług jako kierowcy i twojej benzyny, eksploatujemy twój samochód.  Ale to przecież służbowe - usiłował protestować Tomek. No ale to firma Twego teścia a ty i teść to wszak jedna rodzina, kasa  wspólna, zacznij myśleć kolego. Mówię ci, słuchaj się starszych i to głównie  tych, co ci  dobrze  życzą. Wcale nie jesteś ode mnie  starszy - protestował Tomek.  Jestem. Ty jesteś z rocznika Adeli a jestem od niej 10 lat starszy. A wyglądam młodo,  bo się dobrze prowadzę, kocham tylko żonę i nie piję, nie palę i się nie łajdaczę z obcymi babami i nie obżeram.

Niemożliwe - stwierdził Tomek, wyglądasz na naszego rówieśnika. Adelko, ty też nie wyglądasz na to, że jesteś z mojego rocznika, wyglądasz na młodszą. Bo blondyni tak mają - powiedziała Adela. On co prawda średni blondyn, z tych  ciemniejszych blondynów, ale faktycznie jest 10 lat ode mnie  starszy. No a ja robię co mogę  by wyglądać poważniej i jakoś mi się to nie udaje- śmiała  się  Adela. Już nawet zrobiłam się na  siwo. To nie jest wcale  siwy kolor, to jest popielaty blond - orzekła Linka. Naturalny siwy wygląda inaczej. Ale  tobie ten kolor pasuje, fajnie w nim wyglądasz. A jaki masz własny  kolor? Oj, już nie pamiętam, farbuję włosy od 17 roku życia,  czyli od  matury. Ale też był to dość ciemny blond. Ale  już byłam nawet czarnowłosa, a potem ciemnym brązem farbowałam. Ale Emil wie tylko jak wyglądam w tych popielatych włosach. I niech tak  zostanie.

No to  co, idziemy obejrzeć krajobraz? Bardzo możliwe, że będziemy mogli wcześniej zjechać na dół, te 50 minut to maksymalny czas pobytu tutaj. A wiecie , że tutejsze obserwatorium astronomiczne jest bardzo znane i  cenione na świecie? No bo jest na takiej dużej wysokości.  

Wyszli na otaczający tarasik widokowy, Linka kurczowo uczepiona ramienia Tomka, jakby w obawie, że ją  zmiecie  jakiś nagły podmuch  wiatru, którego nie  było. Pomimo posiadanej "ściągi" Adela nie  potrafiła rozpoznać poszczególnych szczytów  tatrzańskich, co ją bardzo denerwowało. Potrafiła jedynie orientacyjnie rozgryźć gdzie  co się  znajduje. Nad Łomnicą, jak zwykle zbierały się chmury. Adela ze złością schowała kartkę do kieszeni mówiąc - chyba następnym razem to będę musiała  wziąć ze  sobą lornetkę. Razem z Emilem poszli na "balkonik", na którym bezwstydnie  cię  całowali i co zostało uwiecznione na fotce  zrobionej komórką Tomka.  Linka wolała jednak nie  wchodzić na  balkonik i nikt zresztą  jej nie namawiał.

Na  dół zjechali  po 40 minutach pobytu  na  szczycie. Tym razem Adela patrzyła z lekkim przerażeniem na nowe inwestycje, które oczywiście przyniosą miejscowym spore  zyski finansowe, ale na pewno przyniosą też  ze sobą sporą degradację środowiska naturalnego. Budowa tej kolejki już wniosła sporo zamieszania w okolice Łomnickiego Stawu, który jest na wysokości 1761 metrów i okresami wysycha, bo budowa kolejki naruszyła równowagę w przyrodzie. A teraz w tym miejscu ma powstać nowa inwestycja, która latem i  zimą będzie  gościć tysiące ludzi, co przyrodzie nie wyjdzie na  zdrowie. Przyszło jej na myśl że jeszcze  trochę i  Łomnicki Staw będzie napełniany wodą tak jak basen. Bo wyschnięty staw nie  dość, że nie wygląda  ładnie to do niczego się nie nadaje.

Emil, który "od zawsze" obserwował Adelę spytał - co cię tak zasmuciło kochanie? Adela ciężko westchnęła- bo się  zastanawiam nad  tym, czy  dziś aby  nie ostatni raz widzieliśmy Łomnicę jeszcze taką jaką  widzieli ludzie na początku dwudziestego wieku. Przecież ludzie bez opamiętania zmieniają swoje otoczenie  tworząc różnego rodzaju Disneylandy. Jesteśmy szalenie  ekspansywnymi istotami i  zaczynam wierzyć  w to, że kiedyś  sami siebie  zniszczymy, albo, żeby przetrwać  jako gatunek będziemy  zmuszeni do znalezienia innego miejsca  pobytu. Oczywiście doceniam fakt, że mogłam popatrzeć z takiej wysokości na  Tatry, ale prawdę  mówiąc to i bez tego bym  przeżyła. Albo starałabym się, jak wielu innych przed nami, po prostu wspiąć  się na  szczyt jak robili to inni. A za kilka lat nasze Zakopane też będzie zdewastowane i zdeptane. Mam tylko nadzieję, taką wielce egoistyczną, że ja tego nie  zobaczę na własne oczy.

No to jedziemy do Starego Smokowca. Tych Smokowców jest od  groma i trochę- Nowy, Górny, Dolny i jeszcze jakiś- powiedziała Adela. Ale dla mnie najpiękniejszy jest Stary  Smokowiec, ten  najstarszy, nad  którym  góruje  Sławkowski  Szczyt. Miasteczko rozwinęło skrzydła  głównie  w XIX wieku, gdy zbudowano w latach 1839 -1850 budynki  sanatoryjne, a w 1904, dla mnie  cudny, budynek Grand Hotelu. No i mnóstwo tu naprawdę  ślicznych  starych  willi. Niestety w  czasach słusznie minionych, gdy zapadła decyzja,  że w 1970 roku właśnie tu się odbędą narciarskie mistrzostwa świata  pomiędzy te piękne domy z poprzedniego stulecia upchnięto kilka paskudnych ale pojemnych i względnie tanich betonowych budynków. A w 2004 roku huragan  zniszczył całkowicie okoliczne lasy i te szkody usuwano całe  dwa lata. Ja tu byłam jeszcze przed huraganem nie wiem jak tu jest teraz. Z prasy  wiem,  że jest tor  saneczkowy czynny całodobowo i poszerzona  trasa  narciarska. No i trwa  nadal zalesianie. 

U nas też huragan narozrabiał-  powiedziała  Linka. A chałupa  trzeszczała tak, że się  zastanawiałam  czy  się  aby  nie  rozleci. Ale dobrze  ją poskładali po rozłożeniu. Tak naprawdę to  podziwiałam tych co ją rozbierali a potem składali w  całość. Robili cała masę znaczków a oprócz tego były jeszcze  jakieś opisy. A długo byliście bez  domu?  Długo, ja to  mieszkałam wtedy u babci, a rodzice u jednej z sióstr ojca. A chałupa to przy każdym  halnym jęczy jak potępieniec. Mama  mówi, że  zawsze jęczała, ale  mnie się wydaje , że dopiero od tej  przeprowadzki. 

No na pewno zawsze w czasie  halnego jęczała- stwierdził Tomek, ale ty byłaś  w niej od  niemowlaka więc te  wszystkie  dźwięki były dla  ciebie  naturalne a nie  dziwne bo nikt ci na nie  zwracał uwagi. Potem jakiś  czas mieszkałaś w  murowanym domu i gdy  wróciłaś do domu  z bali, "pracującego" w  czasie halnego to te  dźwięki  zwróciły  twoją uwagę.

W Starym Smokowcu zjedli obiad  w starej restauracji, której wnętrze  nieodparcie kojarzyło się z oranżerią. W dużych donicach rosły palmy i bliżej im  nieznane oryginalne rośliny obdarzone ogromnymi, ciemnozielonymi  liśćmi.  Było cicho i bardzo przyjemnie. Zamówili  pieczone pstrągi z młodymi kartoflami i dużą ilością koperku. Dziewczyny "załapały się" na  białe  wino, panowie ograniczyli się do miejscowej wody mineralnej. Gdy kelner podał pstrągi cała  czwórka wytrzeszczyła oczy - te pstrągi były.....bardzo duże. A może to jakieś inne  ryby? Ja jeszcze tak dużych pstrągów nie  widziałam na talerzu - stwierdziła Adela. Tomek roześmiał się - kochani, to nie jest jeszcze sezon, więc  biedne pstrągi mogły  sobie spokojnie rosnąć. W pełni sezonu to one nie mają szans dobrze dorosnąć i są wielkości płotek. Pstrągi naprawdę bywają duże. Zobaczcie , są podane na półmisku dobranym  do ich wielkości. Zresztą tu  w karcie nie ma innych ryb. To zresztą nie  dzikie pstrągi, ale z jakiejś hodowli na którymś ze  strumieni. Te pełnowymiarowe pstrągi były naprawdę pyszne. Na deser zamówili  truskawki z bitą śmietaną i kawę.

No to w jednej sprawie mam pełną jasność - na urlopy należy jeździć albo tuż przed  sezonem  albo zaraz po jego  zakończeniu - stwierdziła  Adela. A w  wakacje trzeba  być w  Warszawie- naprawdę Warszawa w lipcu i sierpniu jest całkiem dobrym miejscem. Nie ma korków w godzinach pracy i tłoku w komunikacji. Czyli - trzeba brać urlop na początku czerwca albo września. Udało się nam przejść bez  obijania się o ludzi Kościeliską i Chochołowską, na Gąsienicowej  nie trzeba było stać w kolejce do toalety, co ponoć w  sezonie jest normalką no i było czysto. Tu udało nam się od  ręki załapać na Łomnicę, nie mieliśmy nigdzie korków. Wyjazdy nad  cieplejsze niż Bałtyk morza to trzeba realizować najlepiej na początku września, chociaż jak  mi mówiła taka jedna  bywała  w świecie,  na Cypr to i w październiku można-w  dzień temperatura powietrza to 27 stopni a wody 24. Tylko noce  są już chłodne - 16 stopni w nocy. Tyle tylko, że tak długo można  sobie w tych terminach pojeździć dopóki nie ma  się dzieci lub nie  są w  wieku szkolnym.

                                                                 c.d.n.