sobota, 19 listopada 2022

Lek na wszystko? - 3

 Podjedź wpierw pod dom- poprosiła Teresa- mam otartą piętę i nie chcę cierpieć idąc  z parkingu. A masz w domu plaster?- zapytał Robert. Chyba  mam ale i bez plastra  sobie  poradzę. To ja jeszcze podjadę  do apteki - poinformował  ją Robert. Teresa wzruszyła  ramionami - jak chcesz, przeżyję i bez plastra. A w myśli dodała: bez ciebie  też.

Gdy weszła do mieszkania z lekka  ją zatrzęsło - w łazience na podłodze leżały koło pralki koszule i bielizna Roberta, rzeczy które miał ze  sobą  w  delegacji. No jasne, jak  zwykle nie  wie  biedaczek co z czym razem można prać -  tępy drań! Z odrazą popatrzyła na ten bałagan, nogą odsunęła rzeczy które leżały na podłodze  zbyt  blisko umywalki i umyła ręce. W pół godziny  później zazgrzytał klucz  w  zamku drzwi wejściowych i usłyszała - kochanie, mam plastry i kupiłem po drodze śliwki i pączki. 

Teresa zbyła tę wiadomość głębokim  milczeniem. Dobrze wiedziała, że jej milczenie jest dla  niego deprymujące, więc nadal milczała. Przepraszam, że  zostawiłem w łazience wszystko na  podłodze! Teresa nadal nie reagowała. Stała  w kuchni zastanawiając się co ma w zamrażarce takiego, za czym Robert nie przepada. Jej wzrok padł na gotową już jakąś "rybę po grecku". Fajnie-pomyślała- na dodatek będą frytki - bajecznie durne  zestawienie, ciekawe  jak  to zniesie. Nastawiła  piekarnik, po chwili wstawiła  do niego frytki, po  czym zajęła  się przeglądaniem jednego z czasopism kulinarnych. Robert wszedł do kuchni informując  ją, że rzeczy  do prania  wrzucił do kosza, a później pod  jej kierunkiem nastawi pranie. Teresa nadal milczała  jakby była głucha a do tego niemową. Kochanie, mam nadzieję, że tylko zażartowałaś, że złożyłaś pozew rozwodowy, to nie  był dobry żart - wygłosił.

Teresa  westchnęła głęboko - no cóż, jak  wiesz "nadzieja to matka  naiwnych" i ja  naprawdę złożyłam już sprawę w sądzie. Nie  sądzisz chyba, że mając taki dowód twojej miłości do mnie nadal będę twoją żoną. I  nie kompromituj  się w moich oczach bardziej usiłując mi dowieść, że ktoś manipulował tobą lub  tymi zdjęciami i że to nie  ty leżysz między nogami blondyny, z którą się na innym zdjęciu całowałeś. No chyba, że były tam bliźniaczki a ty całowałeś  się z jedną a spółkowałeś z drugą. I bardzo cię proszę - opuść jak najprędzej moje mieszkanie, nie wiem czy  wiesz, ale ty, w przeciwieństwie  do  mnie, nie jesteś  tu  zameldowany. Nie  zmuszaj mnie  bym poszła na policję i poprosiła by oni  cię stąd wynieśli. A jestem pewna, że gdy im pokażę te piękne  zdjęcia i opowiem wszystko to na pewno mi pomogą. I doceń fakt, że nie wysłałam tych  zdjęć do twojej mamusi - nie wysłałam, bo bałam  się, że dostanie biedna  ataku serca z radości na widok kolejnej swojej ewentualnej synowej. 

Gdy  zjesz to spakuj swoje rzeczy i jedź do swojej mamy. Wytłumaczysz jej, że po prostu przestałeś  mnie  kochać,  a ja zamiast ci ten fakt wybaczyć  czepiam  się i założyłam  sprawę rozwodową. Dopilnuj sobie frytek by się nie  spaliły i wstaw rybę do mikrofalówki. Ja już jadłam dziś obiad, byłam w knajpce na  Zgody. Na deser to sobie kupiłeś pączki, więc sobie je zjedz. Wiesz, dobrze, że ja nie lubię pączków. 

I myślę, że to tyle w tym temacie i nie mamy już o  czym dyskutować. Samochód jest twój, ja się obędę całkiem  dobrze bez samochodu, z domu mam 150 m do autobusu, z niego niewiele więcej do biura. I nie  myśl, że mam kogoś "na podmianę" w twoje miejsce - mam nieodparte wrażenie, że dużo wody upłynie w Wiśle nim spojrzę przychylnym okiem na jakiegoś faceta.  I jeszcze coś - uświadom swoją mamę, że to nie ja ciebie zdradziłam tylko ty mnie. Jeżeli tego nie  zrobisz to dostanie ode mnie te dwa twoje piękne  zdjęcia z nową twoją miłością. Mam ich skany w służbowym komputerze. Mogę, gdy  się bardziej wścieknę, co  tydzień wysyłać jej takie zdjęcie. Zajrzyj do piekarnika, bo spalone frytki nie są smaczne. I z miną księżnej udzielnej wyszła  z kuchni. W czasie gdy Robert jadł obiad, spokojnie przełożyła jego pościel do skrzyni sofy w  dziennym pokoju.

Wieczorem gdy zadzwonił telefon Robert natychmiast podniósł słuchawkę. Teresa siedziała akurat w łazience z maseczką odżywczą na twarzy. A Robert celowo mówił bardzo głośno, by ona  będąc w łazience słyszała co on mówi Kazikowi. Robert poinformował Kazika, że Teresa  dostała  chyba  fioła, bo podobno złożyła pozew rozwodowy. W trakcie rozmowy Robert zaprosił Kazika by wpadł i obejrzał te zdjęcia. Z tego co mówił Robert  wynikało, że Kazik widział te  zdjęcia i nie ma zamiaru ich oglądać po raz  drugi. No szkoda, że nie masz  czasu by tu wpaść. Zapytał się jeszcze  czy to brat Kazika wie o tej sprawie, ale Kazik stwierdził, że jego  brat raczej unika zajmowania  się sprawami rozwodowymi i nawet gdyby go o wzięcie tej sprawy poprosiła Teresa to by odmówił. Potem Robert upewniał się, czy na pewno nie  przysługuje mu w razie  rozwodu połówka mieszkania i czy naprawdę ona  może go wyeksmitować z pomocą policji.

Jeszcze  tego samego wieczoru, około godziny 23,00 Robert spakował najpotrzebniejsze mu rzeczy i nie mówiąc nawet "do widzenia" poinformował Teresę, że po resztę rzeczy przyjedzie w sobotę. Był tak zestresowany, że nawet nie zaprotestował, gdy Teresa kazała  mu zostawić jego komplet kluczy do mieszkania, mówiąc, że niestety to on doprowadził do takiej sytuacji, że ona całkiem straciła do niego zaufanie.  W planie miała zainwestowanie w nowe drzwi razem z patentowymi zamkami, o  czym oczywiście go nie poinformowała. Ekipa je instalująca miała przyjechać w piątek około godziny 15,00 a całej pracy miał doglądać Kazik, bo  łatwiej było się jemu urwać  z pracy niż  Teresie. Poza tym on już miał takie  drzwi od  dwóch lat i bardzo je  sobie  chwalił.

W sobotę Robert przyjechał już o  godzinie 9,00 rano. Teresa cały czas patrzyła mu na ręce co zabiera, dołożyła nawet kilka rzeczy, o których  Robert już nie pamiętał, że sam je kupił lub przywiózł z którejś delegacji, zapewniła  go, że na pewno nie pójdzie  z nim na żadną ugodę i że ich następne spotkanie będzie już  na  sali sądowej. Powiedziała , zgodnie  z prawdą, że nie ma pojęcia kto będzie prowadził sprawę, bo jeszcze nie wybrała  adwokata. Powiedziała  też, że na pewno nie będzie to brat Kazika, bo on się nie  zajmuje rozwodami, o  czym ona  wie od dawna. Ale na pewno w najbliższym tygodniu ona  zajmie się tą  sprawą.  Robert usiłował jeszcze  raz ją przeprosić i przekonać, że tylko ją kocha,  ale Teresa poprosiła  go by się przestał kompromitować, bo to co zobaczyła "czarno na  białym" przewróciło jej życie do góry nogami i jemu to pewno już w nic  nie uwierzy. Gdy wychodził z ostatnim pudłem zauważył, że są nowe drzwi. 

No, nowe drzwi sobie  sprawiłam. Pomału  będę wprowadzać  różne zmiany  w  swoim życiu i realizować dotąd niespełnione plany - powiedziała. To może i do Zanzibaru się wybierzesz - zaśmiał się Robert. Noo, nie wykluczam takiej możliwości. Wszystkiego dobrego Robercie i pozdrowienia  dla twojej mamy. 

Gdy już zamknęła za nim nowe drzwi odetchnęła z ulgą. Była  bardzo zmęczona całą tą aferą a przed  nią jeszcze  była  sprawa rozwodowa. Całe szczęście, że nie zdecydowałam  się na  dziecko - pomyślała. Zanzibar? Podobno tam jest super, muszę nad  tym pomyśleć. Ale daleko i gorąco i nie  w te najbliższe wakacje.  Gdy wróciła  do pokoju zatelefonowała do Kazika - Ziku, już się wyprowadził, pilnowałam by zabrał wszystko, by nie  miał pretekstu by mnie nawiedzać. A drzwi zauważył gdy już wychodził - to był dobry pomysł, by były w  tym samym obrzydliwym kolorku co inne drzwi na  klatce.

A jak się czujesz po tym wszystkim? Pogoda jest  niezła, to może  chcesz byśmy sobie  dziś pojeździli bez  celu po Warszawie a potem zjedli jakiś wykwintny obiadek w Europejskim? Trzeba przecież jakoś uczcić początek twojego nowego życia -  zaproponował Kazik. Myślę, że dobrze ci  zrobi jeśli teraz nie będziesz  siedzieć  w  domu  sama i rozmyślać nad  tym co cię spotkało i  dlaczego. Na pytanie "dlaczego" i tak  nie  znajdziesz nigdy właściwej odpowiedzi - tego nie  wie nikt. A może chcesz pojechać w jakieś konkretne miejsce i to niekoniecznie w Warszawie? Możemy  nawet w Bieszczady pojechać, jest  młoda  godzina. Bieszczady jesienią są piękne, możesz  mi  wierzyć.

 Dobrze, mogą być Bieszczady,  nie będę musiała być  w szpilkach i w makijażu wyjściowym. Jesteś naprawdę dobrym przyjacielem, doceniam  to w pełni. No wiesz - jakoś tak  się  składa, że nie jeden raz ty mnie  ratowałaś, a teraz ja  mam okazję rewanżu- stwierdził Kazik. Kiedyś mnie odwiodłaś od  skoku  z ósmego  piętra i tak zamotałaś mi  w głowie, że do  dziś się cieszę, że tego nie  zrobiłem.Wyszykujesz  się w pół godziny czy  chcesz  więcej czasu? 

Zdążę, wezmę coś dla nas na  drogę do przegryzki. I zaparzę kawę w termosie. Fajnie  a ja szybciutko zamówię domek w Baligrodzie . Taki z kominkiem. Posiedzimy jak para  starych tetryków  przy kominku. Tam nawet jest kawiarnia. Wiem, przecież też tam  kiedyś byłam. Byłaś,  ale nie  ze mną. Fakt,  zgodziła   się Teresa.

W pół godziny później Teresa  wsiadała do samochodu Kazika. Nooo, wyglądasz jak  rasowa turystka, daj łapkę. Ooooo, jak widzę to już obrączkę zdjęłaś i założyłaś fajny pierścionek. Wiedziałem, że tak  zrobisz. To pierścionek po  mamie, bardzo go lubiła i mówiła, że przynosi  szczęście. Nie wiem tylko,  czy sama wierzyła  w to co mówi. Dobrze, że mama odeszła w  złudzeniu, że moje małżeństwo będzie szczęśliwe.

Zawsze mi mówisz, że  wszystko co nas  w życiu spotyka chyba  ma jakiś ukryty cel, tylko  czasem naprawdę trudno jest odgadnąć jaki - powiedział Kazik.  Może gdzieś czeka, dojrzewając do tego wydarzenia jakiś facet, który jest tą drugą twoją połówką. Wiemy oboje, że wiele nas  łączy, że bardzo dobrze się rozumiemy, ale ani ty ani ja  nie  widzimy siebie razem w  związku na  całe życie a naprawdę jesteśmy parą przyjaciół, wiemy o sobie wzajemnie aż  za dużo jak tylko na przyjaciół,  już kilka pań stwierdziło, że ja cię kocham, że ty mnie  też a jednak znając  się tak  długo nie jesteśmy małżeństwem. Nie wiem co ty o tym myślisz - po dziesięciu latach z Robertem u boku. Teresa  spojrzała na niego zdziwiona - to  ty każdej z nich o mnie opowiadasz?  No  nie każdej z  nich, tylko tym, które jakimś szóstym lub siódmym zmysłem na to wpadają. To dla mnie wciąż jest jakąś zagadką, ale zawsze gdy mi się pod  czaszką aż gotuje z nadmiaru myśli tych  niedobrych, to ty w godzinę, czasem dwie  później do  mnie dzwonisz- ot tak w celach towarzyskich i po rozmowie z tobą, chociaż nic  nie  mówiłem co mnie  gryzie wszystko zaczyna  mi  się w głowie wygładzać, wskakiwać na  miejsce. Tak jakbyś przeszła  się po moim mózgu i uporządkowała  wszystko. Oczywiście, że czasem dzwonię do ciebie i bezgłośnie wołam "ratunku" skarżąc się na to lub owo.  Umiesz  to wszystko rozgryźć, wytłumaczyć?  Żadna ze znanych mi kobiet, dziewczyn, nie działa tak na  mnie. Nie  wiem Ziku, może kiedyś byliśmy rodzeństwem? To  wszystko takie  nieco  trudne  i dziwne. A po czym poznam, że ten ktoś po Robercie jest moją drugą połówką? 

Jedź trochę wolniej, to odcinek gdzie  lubią łapać  chłopcy-radarowcy. Stoją patafiany w krzakach i  zawsze podejrzewam, że od  tego wyskakiwania z krzaków nabijają im  się cyferki na  ekran. Poza  tym przecież się nam nie  spieszy. Który domek nam dali?  Blisko głównego pawilonu  a tym samym i parkingu. No to fajnie, lubię mieć  blisko do jadalni zwłaszcza  gdy zimno lub  pada. Wiesz  co, my  chyba oboje  mamy nie po kolei w głowach- szpulujemy ponad 400 kilometrów w jedną  stronę po to by się wybrać na Połoninę Caryńską - stwierdziła  Teresa. Ale  fakt, że Bieszczady  jesienią to lubię. To taki fajny nietrudny szlak tylko cholernie długi. A może zamiast na  Caryńską  zrobimy sobie jutro pętlę bieszczadzką samochodem z licznymi przystankami po drodze? I może jak dzieci przejedziemy się wąskotorówką i obskoczymy po  pstrągu? Jak już mamy świra to miejmy go na  całego!  To bardzo dobry pomysł - stwierdził Kazik. Strasznie dawno nie  jechałem pętlą,  a pamiętam, że było tam kilka bardzo fajnych miejsc widokowych.                 

                                                                    c.d.n.



piątek, 18 listopada 2022

Lek na wszystko?- 2

 W piątek późnym popołudniem Kazik przywiózł odbitki zdjęć i zabrał od Teresy oryginały. Tesiu, te  zdjęcia  są niezbitym dowodem, że to nie była  zabawa w pozowanie. Mamy kilka odbitek w  zapasie. oryginał i 2 kopie  są już w sejfie u mojego brata. Tu masz   napisany na maszynie  pozew rozwodowy, z kopią.  Datę  wstawisz  gdy się będziesz podpisywała. Schowaj to, żeby twój porządny  mąż  nie  znalazł tego  przedwcześnie. Ja muszę w weekend załatwić kilka spraw poza  Warszawą, ale wracam  wieczorem w poniedziałek.  

Sprawa prosta  niczym   maszt na jachcie. Ciekawe  czy te  zdjęcia tylko ty  dostałaś  czy  może i dział kadr jego CHZ. Z twojego punktu  widzenia jest  to chyba  dość obojętne kto to zaaranżował. On, bo  mu pierś  wezbrała, czy ktoś  z centrali kto miał ogromną ochotę na ten  wyjazd. Z tym, że jeżeli już od nowego  roku miał się tam znaleźć, a  ma dobrą pozycję przetargową to mu w  wyjeździe  nie  zaszkodzi. Sprawy tak  czy owak nie poprowadzi mój brat, ale jego bardzo  dobry  przyjaciel, bo  Krystian stwierdził, że tak będzie  zręczniej- a na  dodatek to ten  facet to nawet świętego by rozwiódł.  A jak u was wygląda  sprawa  mieszkaniowa? Ono jest na ciebie czy na  niego wykupione?  

Teresa uśmiechnęła  się-  to mieszkanie  wykupił mój ojciec i jest zrobiony testament i jestem jedyną spadkobierczynią. No a ojciec jeszcze  żyje - słabiutki bo słabiutki, ale jeszcze żyje. Ojciec  twierdził, że tak  jest lepiej,  niż gdyby mieszkanie  było darowizną a ja z "jakimś chłystkiem" miała  wspólnotę  majątkową. No i okazuje  się, że miał tata rację. Mam nadzieję, że nie  wpadnę  w  szał i nie stuknę tego skurwiela młotkiem  w łeb.  Miałam niefart poznania kilku jego pracownic - mało  się nie  zatchnęły od   tych "achów i ochów" chwaląc Roberta jaki miły, kulturalny i mądry.Usiłowały  mi  wmówić,  że nieomal  boga   złapałam  na  męża. 

Na  wszelki wypadek cały  czas  biorę te "kropelki na  nerwy", żeby się nie  awanturować tylko spokojnie z nim rozmawiać. Aż  się  dziś w pracy  dziewczyny dziwiły, że bez  awantur zmieniłam dyrektorowi trasę przelotu i nie wyrzuciłam  z pokoju interesanta, który  wlazł 10  minut przed  czasem. Wiesz- czuję wprost przemożną chęć wysłania dwóch zdjęć do mojej teściowej z podziękowaniami, że tak świetnie wychowała swego  synusia.

A tak ogólnie  to naszła  mnie  dziś myśl, że może te zdjęcia i przysłanie ich do mnie to jego pomysł, bo na tyle  mnie  zna, że jest pewien, że zażądam  rozwodu. Wiesz, on  lubi rozwiązywać  różne sprawy cudzymi  rękami. By  swoich nie ubrudzić.

Kazik słuchał spokojnie, nic  nie mówił, w końcu  powiedział - a o której przylatuje  jutro ten samolot? Nie  wiem dokładnie,  nie  sprawdzałam,  skoro podjęłam  decyzję, że po niego nie pojadę. Na ogół to tak  jakoś około 17,00 lądują, to nim  się wygrużą do wyjścia, nim  do niego dotrze, że  mnie na lotnisku  nie ma i nim złapie  taxi lub dojedzie  dwoma  autobusami to w najlepszym przypadku dotrze tu o 19,30 lub 20,00. Mam ochotę zostawić  mu w miejscu  widocznym te dwa najgorętsze  zdjęcia a  samej  się  gdzieś  wynieść. Z drugiej strony ciekawa jestem jak  się będzie zachowywał gdy nie  będzie nic wiedział, że ktoś te zdjęcia   przysłał na  nasz  adres. Obawiam się,  że gdy mnie obejmie i zacznie  całować to dostanę mdłości lub  zacznę  wrzeszczeć.

No to, moja miła, zrobimy  jutro tak: zostaw mu te  zdjęcia w dobrze  widocznym  miejscu a sama przyjdź do mnie najpóźniej około czwartej po południu, bo ja muszę  wyjechać  z  domu o 16,30.  Możesz  u  mnie  jeść i  spać jak  długo  zechcesz. Zostawię  ci drugi  komplet kluczy. Lodówka  pełna. Nie odbieraj telefonów, nie  reaguj na  domofon ani na  dzwonki do drzwi. Zasuń żaluzje i zasłony. Wizjer  w drzwiach mam  zaklejony, więc  nawet gdyby  ktoś  się  dostał  pod  drzwi , bo czasem jakaś łajza nie  raczy zamknąć drzwi na klatkę schodową, to nie  zobaczy, że się świeci światło. To jednak 8 piętro i stojąc na dole nikt  nie  zobaczy  przez  żaluzje, że jest  włączony telewizor lub  nieduże  światło. Już to sprawdzałem, gdy udawałem, że mnie  w domu  nie ma. A kto  cię nachodził?- spytała  zaciekawiona. No wiesz, czasem  się można pomylić i  zadać  się z niewłaściwą  osobą to raz,   a na dodatek podać jej swój adres, czyli drugi  błąd.  Słuchaj,  ja będę niedaleko  Warszawy, muszę  stryjkowi zainstalować   bojler i będę się starał zrobić  to jak najszybciej i wrócić w niedzielę wieczorem. A ty, miła,  idziesz  w poniedziałek   do pracy? Idę, nie mogę  wziąć  urlopu, bo go już nie mam, poza tym w dalszym  ciągu jest nawał roboty i mam jeden  nowy durny personel. Ale zawsze  mogę kazać  dziewczynom by tylko one  odbierały  telefony i zapisywały kto telefonuje. Robert gdy  do  mnie  telefonuje  zawsze  się przedstawia, zresztą nawet ta  najgłupsza już go poznaje  po głosie. Powiem personelowi, że mam z mężem "ciche  dni" i  nie mam  zamiaru rozmawiać z nim przez telefon, więc  będą  mówiły, że jestem na  jakiejś nasiadówce. On w poniedziałek będzie  w pracy,  a że go nie  było cały tydzień  to na  pewno też będzie  obłożony  robotą. Może powinnam jeszcze oprócz tych  zdjęć zostawić mu kartkę  by  zrobił sobie komplet badań WR i to zaraz  w poniedziałek. On jest  tak  zielony w "te klocki", że  aż boli ten  jego brak wiedzy. Dzieciaka z trądzikiem gotów podejrzewać o brzydką chorobę,  ale mu do łba  nie przyjdzie, że nawet najpiękniejsza dziewczyna może mu  sprezentować jakieś paskudztwo.

Chodź Zik do kuchni, zrobimy sobie  coś do jedzenia. Mam zamrożone domowe gołąbki z dużą ilością mięsa a małą ilością ryżu. Jadasz  gołąbki? No pewnie, wieki całe  nie  jadłem gołąbków. Sztuka kulinarna mojej ostatniej  dziewczyny  nie  wychodziła  poza gotowego pieczonego  kurczaka i sałatę polaną śmietaną i posypaną  koperkiem. Lubisz  gołąbki z  sosem pomidorowym czy  może  zrobić sos  serowy? A do popicia   jest jeszcze  barszcz czerwony. Może  być  serowy, nie przepadam   za pomidorowym. No to fajnie, bo ja też  wolę serowy.

Gdy zjedli Kazik powiedział - biedny będzie teraz Robercik - nie poje dobrych rzeczy gdy się rozejdziecie. A czy ja mu kazałam pokładać się z innymi babami? - spytała Teresa. On  dobrze  wiedział jakie zasady gry obowiązują w związku ze mną. Nie musiał się ze mną żenić, sam chciał. On to z tych, co od  kobiety wymagają by była wyłącznie dla niego, ale jemu to wolno z każdą. No to  się  dowie jakie są takiego zachowywania  się  skutki.  Mam tylko nadzieję, że te  zdjęcia są na  tyle istotne, że nikt nie  wpadnie na pomysł,  by robić jakąś  "rozprawę  godzącą". To nie jest tak, że ja go o coś podejrzewam, ja po prostu nie  zgadzam  się należeć  do haremu Roberta. I  podejrzewam, że to nie  był jego pierwszy wyskok. Pomału mi się otwierają oczy. To nie miał być otwarty związek. 

W sobotę, tak jak było umówione Teresa przyszła do  mieszkania Kazika. Miała  ze  sobą piżamę i ubranie do pracy na poniedziałek.  Całkiem  miło spędziła  czas w sobotę oglądając  filmy ze zbioru Kazika.W niedzielę przed  południem  ugotowała  dla Kazika  "na zaś" obiad, poczytała, pooglądała jeszcze dwa krótkie  filmy, nie  reagowała  na dzwoniący  co jakiś  czas  telefon, a wieczorem,jeszcze  przed godziną 22,00 wrócił Kazik. Zachwycił się  faktem, że w ramach  podzięki  za pomoc w trudnych  chwilach Teresa ugotowała  mu obiad. Kazik odsłuchał sekretarkę. Jeden  z telefonów  był od Roberta z pytaniem  czy  może Kazik wie, gdzie  się  podziała Teresa, bo "wyciekła"  z domu  nie podając  kierunku.

Kazik zatelefonował do Roberta pytając,  czy  już  mu  się zguba odnalazła, a zguba  w tym  czasie skręcała  się ze śmiechu. Robert pytał się czy może wpaść do Kazika, ale ten powiedział, że  raczej  nie bo nie jest sam i oboje raczej nie  są dziś nastawieni na innych a tylko na  siebie wzajemnie. A to coś poważnego?- spytał Robert. Chyba tak, dostatecznie długo byłem bez kobiety. A dom bez  kobiety nie jest fajnym  domem. Pozdrów ode  mnie Tesię gdy dotrze  do  domu- zakończył rozmowę i odłożył słuchawkę.

Potem  dość  długo się zaśmiewali, a przed północą zasnęli w  dwóch  różnych pokojach. Rano Teresa została odwieziona do pracy przez Kazika. Walizka z jej rzeczami na razie została w domu Kazika, który wziął od  niej klucze od jej mieszkania i w ciągu dnia pracy miał do jej  mieszkania wstawić jej walizeczkę,  a potem dostarczyć do niej  do pracy klucze od  mieszkania. Swoich na  razie nie odebrał. Robert kilka  razy w ciągu dnia  telefonował do Teresy do pracy,  za każdym razem był informowany, że pani Teresa nie  może odebrać  telefonu bo:  nie ma jej  w pokoju, jest na  naradzie u szefa, pojechała do MSW, rozmawia  właśnie z interesantem, wyszła  do bufetu. Za każdym razem zapewniano  go, że przekazano informację, że on  telefonował, ale to jest  poniedziałek, tu jest urwanie  głowy. Teresa  śmiała się "wewnętrznie", ale zaczęła  podejrzewać, że Robert może wpaść na pomysł by po nią przyjechać. Na razie na pięć  minut wpadł Kazik i oddał jej klucze od  mieszkania. Swoich nadal nie odebrał,  mówiąc, że będzie lepiej gdy ona je będzie  miała przy  sobie. Przy okazji podpisała pismo  do sądu, które następnego dnia  miał złożyć brat Kazika.

Gdy wyszła z pracy od  razu zobaczyła, że faktycznie Robert  po nią przyjechał. Stał w  niedozwolonym miejscu, udając, że coś naprawia w  samochodzie. A stał w takim miejscu, że nie  bardzo miała jak  go ominąć. Zapłacisz zaraz mandat, już ktoś  cię spisał- powiedziała. No to  co?-warknął. Gdzie  byłaś ? Na pewno nie w Moskwie- odpowiedziała. Nieomal wepchnął ją  do  samochodu, szybko zamknął klapę silnika i szybko uruchomił samochód. Przez  chwilę milczał, potem spytał tonem inkwizytora - skąd masz te  zdjęcia? Z poczty polskiej, przyszły w kopercie. Nadane zostały w Warszawie. A w ogóle to gdzie ty byłaś dwie  noce? Powiedziałam ci - na pewno nie  w Moskwie. Jest jeszcze  w tym  mieście kilka osób u których mogę bez problemu przenocować. Nawet  nie mówiąc dlaczego. 

Z tymi zdjęciami to nie jest tak jak myślisz - stwierdził Robert. Zostałem spity i  wrobiony. Kochany - ja o tych  zdjęciach  nie  myślę, ja je po prostu bardzo dokładnie obejrzałam. Zostałeś biedaczku spity, wrobiony i ktoś  ci złośliwie wsadził w jej pochwę członka. Czy ty masz mnie  za debilkę? Po pierwsze to ty po jednym kieliszku nie nadajesz  się do stosunku, po  drugie- obejrzyj  sobie to zdjęcie  przy pomocy lupy. Po trzecie - to jest koniec  naszego małżeństwa. Nie umawiałam  się z tobą na  związek otwarty, nie umawialiśmy  się na to, że każde z nas spółkuje z kim  sobie  tylko zamarzy. Po czwarte - jeśli chcesz do czasu orzeczenia rozwodu mieszkać ze mną pod jednym  dachem to przynieś mi wynik badania WR. Zrobią ci za darmo, zgłoś  się po prostu do poradni W.  Przykro mi, ale tak wygląda rzeczywistość. I szczerze mówiąc byłabym ci wdzięczna gdybyś się wyprowadził do  swojej mamusi. I możesz jej pokazać te  zdjęcia, niech  wie  jak będzie wyglądała twoja następna  żona. Nie  wykluczam, że będzie  się jej podobała  bardziej  niż ja. 

Nie chcę się z tobą rozwodzić, ja cię kocham! Teresa zaczęła  się głośno śmiać. Ty to  masz poczucie humoru - łajdaczysz się z obcą babą w delegacji i mnie  kochasz?  Ty chyba jeszcze nie otrzeźwiałeś  od tego pobytu w Moskwie.Wbij sobie do głowy -związek ty i ja już nie istnieje, ty go po prostu unicestwiłeś. I bardzo cię proszę - uwolnij mnie od  swojej obecności.  Ale ja  nie mam mieszkania. No to sobie jakieś wynajmij lub  kup. Sprzedaj samochód, twierdziłeś, że stać cię i na  samochód i na  mieszkanie i co - nagle nie masz pieniędzy? To mieszkanie, w którym teraz  mieszkamy nie jest nasze, to mieszkanie mojego taty, on nam tylko pozwolił w nim mieszkać. Ale musisz  zrozumieć, że po tym co utrwalono tak pieczołowicie na zdjęciach ja nie chcę z tobą mieszkać, ja się po prostu ciebie brzydzę. Możesz  się przecież  wprowadzić z powrotem do swojej mamusi. Ty nawet nie jesteś od  niej wymeldowany, nie ma problemu. I wiedz, że mówię całkiem poważnie o tym, że musisz mi pokazać wynik badania WR. Jeśli pan Wasserman wypowie się o tobie negatywnie pozwolę ci mieszkać do chwili orzeczenia rozwodu. A pozew rozwodowy już złożyłam. 

                                                                     c.d.n.




czwartek, 17 listopada 2022

Lek na wszystko?

Podobno miłość jest lekiem na  wszystko. Ale tylko podobno. Od miesiąca Teresa była rozwódką.  W pewnym sensie  rozwód "spadł" na  nią  niespodziewanie - brzmi  to śmiesznie i jakoś niedorzecznie,  zwłaszcza, że to Teresa  wystąpiła z pozwem rozwodowym. 

Pewnego pięknego jesiennego dnia znalazła  w skrzynce listowej kopertę ze  zdjęciami.  Zdjęć było siedem, na trzech  z nich był uwieczniony jej własny mąż. Zdjęcia były monochromatyczne i fotografował ktoś, kto miał "dobre oko  do  zdjęć". Na jednym ze zdjęć mąż Teresy siedział przy zastawionym  stole z zupełnie nieznanymi Teresie osobami płci obojga, na drugim całował się namiętnie z jasną blondynką a na trzecim świecił gołymi pośladkami leżąc pomiędzy nogami gołej, całowanej uprzednio blondyny w bardzo jednoznacznej pozycji i szczerząc  się uroczo w uśmiechu do osoby fotografującej.  

Teresie, gdy zobaczyła to ostatnie  zdjęcie zrobiło się słabo. Usiadła czym prędzej, bojąc  się, że za moment upadnie. Wpatrywała  się tępym wzrokiem w te zdjęcia i aż się uszczypnęła w rękę, by się przekonać, że to nie  zły sen ale zła rzeczywistość. Obejrzała jeszcze raz wszystkie  zdjęcia,  tym razem patrząc, czy  na odwrocie  nie ma jakiegoś podpisu. Ale odbitki najwyraźniej nie były robione w jakimś zakładzie fotograficznym, ale u jakiegoś  fotoamatora w prywatnej ciemni. Obejrzała również dokładnie kopertę - list był nadany w Polsce, w Warszawie i sądząc z daty na stemplu pocztowym był wysłany pięć dni  wcześniej. Pierwsze co pomyślała - poczta w tym mieście kiepsko funkcjonuje. Druga  myśl - dobrze, że go nie ma, bo chyba bym go  zamordowała i  zgniła w więzieniu.  Trzecia - no cóż, świetny prezent dostałam na dziesiątą rocznicę  ślubu. Co prawda ta  dziesiąta rocznica  ich  ślubu wypadała dopiero na początku  grudnia a teraz był środek  września.

W dwie godziny później zatelefonowała do ich wspólnego przyjaciela pytając się, czy mógłby do niej wpaść do domu, bo chce  mu coś  ciekawego pokazać. Po kilku jękach i narzekaniu, że się Teresie nie  chce wyjść z  domu by spotkać  się na  mieście, przepytaniu się czy Teresa  dysponuje kawą i ciastkami, obiecał, że wpadnie  do Teresy za dwie,  może dwie i pół godziny. Teresa szybko ubrała  się i odwiedziła pobliską piekarnię,  w której można było również kupić codziennie świeże pączki. W "spożywczaku" kupiła pieczonego kurczaka i gotowe "kopytka". Dla siebie w aptece kupiła kropelki o  wdzięcznej nazwie nerwosol. Za  wszelką cenę  chciała być spokojna i nie  wpaść w histerię.

Zaczęła przebiegać  myślą ostatni rok - Robert od dwóch  lat pracował w CHZ i bardzo często wyjeżdżał w zagraniczne delegacje. Częściej go w domu  nie było niż  był. Teresa zawsze go odwoziła na lotnisko lub po niego przyjeżdżała.

Twierdził, że tylko pracując w Handlu Zagranicznym ma  szansę na zatrudnienie w którejś z placówek BRH- najkorzystniejsze warunki, nie tylko finansowe, były jego zdaniem w Moskwie.  Ona też pracowała w CHZ, ale jak mówiła ona eksportowała głównie polską  myśl techniczną ukrytą w głowach ludzkich. Z tym, że ów "eksport" był przez  wielu specjalistów wielce pożądany, a kierunki pod  wieloma względami ciekawe, bo obejmujące  tzw. "kraje rozwijające się". Inwestorzy, niczym szarańcza "opadali" na taki kraj "rozwijający się ", czyli głównie kraj dotychczas kolonialny, który niedawno otrzymał niepodległość i w takim kraju zaczynali inwestować. Brakujących  fachowców- specjalistów  różnych  dziedzin werbowano w  różnych krajach i płacono im  nieźle, zwłaszcza, że  miejscowa siła  robocza była tania. A że tania siła  robocza  czasem  niosąc coś potrzebnego na plac budowy lub  na inne stanowisko po drodze  zasypiała  w krzakach lub po drodze szła wędkować -głównie  wszystkich śmieszyło : "oni  są jak małe  dzieci, wdrożą  się z czasem". 

Wyjazd z Robertem do Moskwy zupełnie nie wzbudzał w Teresie entuzjazmu - od stałych bywalców  w tym  mieście  wiedziała, że strasznie  dużo wszyscy  piją, że tak naprawdę to się tam  można  "urwać z nudów i co najwyżej wpaść w alkoholizm". Była  w Moskwie dwa razy i  nie marzyła  o tym by tam zamieszkać. Oczywiście mówiła o tym mężowi, a on  z kolei mówił, że on nie ma  najmniejszej ochoty by pojechać do któregoś  z krajów Afryki lub do Iraku czy też na Kubę.

Kazik, z którym Teresa  chyba  była bardziej zaprzyjaźniona niż Robert, przyjechał w dwie godziny po ich rozmowie.  Gdy ją obejmował na powitanie, zapytał - no co? dwie kreseczki zobaczyłaś  na wskaźniku i przeraziłaś się?  Teresa popatrzyła na  niego jak na  wariata - nie bredź, proszę, nie jestem w  ciąży, bo jak ci już kiedyś mówiłam musi mi  się zachcieć być  w ciąży, a póki co to jakoś nadal nie mam na to ochoty. I bardzo dobrze, że nie mam. Jeśli jesteś głodny to możesz dostać kurczaka plus  kopytka, a  jeśli nie, to dostaniesz kawę i świeżutkie pączki. 

Dawaj wszystko, głodny jestem. Ale nie mów mi jeszcze co mi chcesz pokazać, bo jeśli to nie te dwie  kreseczki, to pewnie nic fajnego.  No chyba się  już przyzwyczaiłeś, że jeśli chcę się  z tobą zobaczyć to na pewno nic fajnego się nie dzieje. Ostatnio gdy cię wzywałam to wiozłeś mnie z krwotokiem do lekarza i dzielnie  robiłeś  za mojego nieobecnego wówczas męża.  Kazik  się śmiał - nooo, jak tak  dalej pójdzie to którejś nocy znajdziesz  mnie w swoim łóżku.

Przy kawie Teresa podała mu kopertę ze zdjęciami mówiąc - to dziś znalazłam w skrzynce na listy. Kazik obejrzał wpierw kopertę i stwierdził, że list był wrzucony do skrzynki w centrum Warszawy, a długo szedł, bo skrzynki  tylko teoretycznie są opróżniane co kilka godzin- ostatnio to raczej co kilka  dni,  a nie co kilka  godzin. Gdy doszedł do ostatniego zdjęcia brzydko podsumował - o kurna! Robercik usiłuje komuś udowodnić, że jeszcze  może i ma  czym!

Tesiu, nawet nie  wiem co powiedzieć! Znasz kogoś z tego grona? No poza Robertem to nikogo. Za to on zawsze opowiadał, że prawdziwa kobieta to powinna być  blondynką, więc do ślubu kazałam sobie ufarbować  włosy na czarno. A ze trzy lata wstecz  zrobiłam się na blondynkę, ty chyba  wtedy byłeś  na jednym  ze  swych niemieckich  wojaży. Ale jak widzisz  wróciłam do ciemnych  włosów, chociaż już nie do czarnych. 

Kazik wpatrywał się  w  zdjęcie siedzących  przy  stole, w końcu powiedział - coś mi mówi, że cały ten komplet  zdjęć jest z którejś jego delegacji, pewnie do Moskwy. Mówił ci, że poznał tam małżeństwo, ona jakaś aktorka teatralna a on polskiego pochodzenia jakiś redaktorzyna. Oczywiście to polskie pochodzenie to dawno zruszczone i oni go ponoć  zawsze goszczą. To może to u  nich w domu? Ale niezależnie od tego u kogo to zrobione , to jest  to piękne zdjęcie do rozwodu.  Jeżeli o to idzie to mój brat cię- jeżeli sobie tego  zażyczysz - rozwiedzie. I to bezboleśnie. Daj mi Tesiu te  zdjęcia, zrobię u znajomego fotografa ich kopie. A oryginały schowam u siebie w domowym sejfie. Pojutrze przyniosę ci kopie  tych  zdjęć. A kiedy on wraca? W sobotę około 17,00. No to spoko, zdążę. Dostaniesz kopie, bo gdy je mu pokażesz, to, jak  amen  w pacierzu, on je podrze. A ich oryginały będą u mnie.  Kurczę , a zawsze go uważałem  go za arcy porządnego i uczciwego faceta!

Zabawne,  zaśmiała  się Teresa, bo ja tak  samo. Czuję się jak ten  jeż złażący ze szczotki. I pewnie będzie  się idiotycznie tłumaczył, że był pijany a pozycję kolankowo-łokciową przybrał celowo do zdjęcia. Tyle tylko, że pozowanie do takich zdjęć do honorowych zajęć raczej nie należy.  Chyba  nie pojadę po niego na lotnisko w sobotę. Niech  sobie poszuka mnie na lotnisku  w hali przylotów a potem postoi w kolejce  do taksówki.

Jeśli chcesz, to ja  mogę po niego pojechać - zaproponował Kazik. No co ty, to facet, w  ciąży nie jest, a jeśli tylko skacowany to da radę znaleźć taksówkę i postać w kolejce. Świeże powietrze lotniska dobrze mu zrobi na oskrzela. Ma  raptem jedną walizkę a teczkę pewnie do niej upchnie, bo już  nie  musi uważać, żeby sobie  ciuchów  nie  pognieść.

P.S.

Pisać dalej? Ale tym razem całość już nie będzie taka długa jak ostatnio. Wiem, że część ma problemy z komentowaniem- co zabawniejsze ja tez je  mam, więc aby odpowiedzieć na komentarze (na  moim  drugim  blogu) loguję  się na inną przeglądarkę i dopiero z niej odpowiadam   na komentarze. To paranoja, ale wiem ,że można  u mnie komentować jako "anonimowy", tylko wtedy jest prośba, by komentator wpisał swoje imię,żebym  wiedziała co to za  anonim. Serdeczności dla Was;)

piątek, 11 listopada 2022

Trudny wybór - Epilog

 W dziewięć miesięcy i 5 dni od daty ślubu Wandzi i Leszka na  świat przyszła dziewczynka, dorodna, dość wrzaskliwa i "żarta" jak mówił Leszek. Owego porodu Leszek omal  nie przypłacił zawałem - tak bardzo przeżywał  ten  poród. Wanda rodziła  w klinice,   w której pracował Leszek, a na świat dziecko sprowadzał   sporo starszy położnik,  jeden z kolegów  Leszka. Podobnie jak  Adela Wandzia  rodziła  w znieczuleniu. I podobnie jak Adela stwierdziła, że to jednak  mało miła  "rozrywka". Dziewczynka na imię dostała Marzena, jako że marzeniem i Wandzi i Leszka  była właśnie  dziewczynka, chociaż oboje, gdy jeszcze  płeć  dziecka nie  była znana, twierdzili,  że im  "zupełnie obojętne jakiej płci będzie dziecko." 

Ostatni trymestr ciąży Wanda poświęciła na intensywne zgłębianie "sztuki pielęgnowania niemowlaka oraz organizacji dnia" bywając niemal codziennie u Adeli  i spisując  sobie różne, swoim zdaniem ważne sprawy. Adela powiedziała któregoś  dnia mężowi, że gdyby powiedziała, że dla  dobra dziecka i związku Wanda powinna  codziennie łaskotać Leszka w pięty to ta zapewne by zapisała tę wiadomość bez  zastanowienia.

Dziewięć  miesięcy to jednak długi okres  czasu. Cichutko i bez  cierpień odeszła z tego świata mama Arka. Arek "dojrzał" do utworzenia kancelarii , a Adela do robienia aplikacji na adwokata. Był to tak zwany "ostatni  moment" bo już były plany podwyższenia opłat za aplikacje i wydłużenie jej czasu trwania oraz brak możliwości wyboru mentora przez  aplikanta. 

Gdy ostatni raz rozmawiałam z Adelą i Emilem on rozważał wyjazd całą  rodziną z Polski - nie wyobrażał sobie innego rozwiązania niż wyjazd razem z żoną,  dzieckiem  i rodzicami. Leszek razem z Wandzią i córeczką też rozważał takie rozwiązanie.

                                                                       KONIEC

czwartek, 10 listopada 2022

Trudny wybór- 150

 Dwa dni przed ślubem Leszek stwierdził,  że nie pójdzie do fryzjera- woli by go ostrzygła Adela. No ale masz tam zarezerwowany termin  razem  z Emilem - powiedziała Adela w trakcie tej  rozmowy  telefonicznej.  A nie mogłabyś jednak ty mnie ostrzyc? - marudził  nadal. No mogłabym, ale  żebyś nie narzekał gdy będzie  coś nierówno. I w tym układzie  to będę miała dwa strzyżenia, bo Emil  też  sobie  zamarzy strzyżenie  w domu, bo nie lubi bywać u  fryzjera. Zaraz mi udowodni, że skoro  strzygę ciebie to z rozpędu mogę i jego. Jeszcze  tylko brakuje taty, żebym miała nielegalny  zakład  fryzjerski  w domu. W takim  razie dziś cię obciacham, trochę maszynką  a trochę  nożyczkami. Do której dziś pracujesz? Właśnie wychodzę z pracy. No to przyjeżdżaj, nakarmię małą i cię ostrzygę. A Wandzia  wie, że zamarzyło ci się nieprofesjonalne  strzyżenie?  Wie, że nie chcę iść do fryzjera. No to powiedz jej, że to ja cię podstrzygę, ona też  z tych co nie lubią  niespodzianek i lubią być doinformowane co druga połowa raczy kombinować. Ja zaraz uprzedzę Emila, że będę cię strzyc bo się boisz fryzjera. I otwórz  sobie  sam  drzwi, bo ja będę paść zupką księżniczkę. 

W kwadrans  później przyszedł Leszek. Matko jedyna, już jesteś? Fruwasz czy jak? Nie, ale już byłem poza kliniką, gdy do ciebie  telefonowałem. Wandzia tu wpadnie gdy wyjdzie z pracy. To ja idę umyć ręce żebym mógł z małą się poczulić.  Małą to możesz nawet nakarmić, ona bardzo grzecznie siedzi przy karmieniu na leżaczku. Tyle  tylko, że będziesz  musiał wejść do kojca. W chwilę później Leszek karmił Milenkę i pokazywał jej w książeczce pieski, kotki dzieci, potem mała wskazywała obrazek i wpatrywała  się badawczo w  Leszka czekając co powie. Leszek się śmiał, że Adela hoduje  następne pokolenie tych,  co czytają przy jedzeniu. No i bardzo dobrze- sztuka czytania w tej rodzinie na pewno nie  zaniknie - stwierdziła  Adela. Jak tylko trochę pojmie czytanie to obiadki będą  z mamą,  tatą i książką. Odkąd się nauczyłam czytać to zawsze  czytałam przy jedzeniu choć matka  na  mnie wrzeszczała, że się przy jedzeniu nie  czyta. Dla niej  jedzenie  było podstawą, a dla mnie  nie. 

Milenka bardzo grzecznie pochłonęła  swój obiadek, potem Leszek   zaniósł ją do łóżeczka twierdząc, że przybrała na  wadze po tych wakacjach,  zmienił pampersa, włączył pozytywkę z muzyką i karuzelę z  zabawkami i Milenka została w pokoju sama, a Adela poszła z Leszkiem i "podsłuchem" do łazienki.

W trakcie  strzyżenia Adela stwierdziła, że włosy Leszka  wyraźnie zgęstniały, chociaż oczywiście te, które wypadły - nie odrosły. Adela  bardzo starannie wyrównała Leszkowi włosy nożyczkami, wycieniowała je maszynką tylko na skroniach i w okolicy uszu, potem kazała mu podziwiać  swoje  "dzieło", wyszczotkowała mu  włosy mówiąc by umył je  dopiero przed wieczorną "wcierką".  Gdy przyszła Wandzia Leszek już był ostrzyżony. A ciebie też mam ostrzyc czy może jednak pójdziesz  do fryzjera? Bo ja zapewne z rozpędu sama ostrzygę dziś albo jutro Emila. A jak wiecie, to mnie na ślubie  nie będzie, bo musi ktoś zostać w domu z Milenką i być w domu rodziców gdy przyjedzie firma żarciuszkowa. Wami się zajmie w urzędzie Emil i będzie poza tym Konrad, od którego dowiecie  się, że "ta  Adela to zawsze unika jak ognia kamery". I to jest prawda, to nie pomówienie. No a poza tym przecież  będą wasi świadkowie. 

Emil zjawił się wcześniej niż  zwykle, co Adela skwitowała  komentarzem, że pewnie  wyczuł, że Adela dziś strzyże. Gdy panowie zaczęli rozmawiać, Adela  kiwnęła na Wandę - chodź na  chwilę, chcę ci coś dać, więc weź swoją torebkę. A potem zrobię coś do jedzenia  dla nas wszystkich.  Adela wzięła Wandę do "magazynu", gdzie  miała przygotowany dla niej prezent ślubny- jeden to była przezroczysta błękitna  piżamka z falbankami, a drugi - książka lekarza seksuologa dotycząca różnych technik, pieszczot itp. a wszystko napisane w bardzo przystępny  sposób, objaśnione fizjologią i chwilami bardzo dowcipnie. Powiedziała,  które rozdziały Wanda powinna przeczytać przed nocą poślubną i porady z tych rozdziałów potraktować jako prezent  ślubny dla swego męża- oczywiście mówiąc mu, że to co robi, to jest prezent ślubny. Leszek na pewno doceni i ucieszy się- bo z tego to się każdy facet  cieszy. Oczywiście na pewno się Leszek będzie  dopytywał o "genezę", więc może mu powiedzieć, że to z lektury. A że jutro Wandzia jest w domu a nie   w pracy to niech  sobie poczyta te zaznaczone maleńkimi zakładkami rozdziały.

A ty też zrobiłaś prezent ślubny taki właśnie Emilowi?-spytała. Nie - Emil dostał ode  mnie  w prezencie ślubnym to, że zaczęłam brać tabletki, bo gdy  się poznaliśmy to nie brałam bo byłam bez faceta, więc byliśmy na  antykoncepcji barierowej z jego strony. W tej książeczce to i o antykoncepcji jest  sporo, ale ty  masz własnego, podręcznego ginekologa i to jego zadanie. Tyle  tylko, że  coś słyszałam o potomstwie, więc  akurat te  rozdziały to możesz pominąć.   

A ty też z tej książki korzystałaś? No może akurat nie z  tej, ale Emil nie był moim pierwszym mężczyzną. Przed nim był ktoś inny, bo ja nie  byłam grzeczną panienką i bardzo wcześnie zaczęłam, a facet był ode mnie dużo, dużo starszy i trzymanie  się  tylko za rączki i macanie po biuście plus  całowanie  to było dla niego  za mało. Emil o nim wie i nawet go znał. A facet umarł przed naszym ślubem. Śmieszne,  ale to dzięki niemu poznałam  Emila i  z nim razem pracowałam. Mam jakieś takie  wewnętrzne przekonanie, że on wiedział dobrze,  że  może w każdej chwili umrzeć i dlatego mnie podsunął Emilowi. Emil  z kolei uważa, że się tamtemu  pogorszyło, gdy Emil  mu powiedział, że  mi się oświadczył i weźmiemy  ślub. Bo tamten mnie bardzo kochał. A miał żonę i dwóch synów. I trzy  zawały , w tym jeden leczony operacyjnie. A Emil  nie był o niego zazdrosny? Nie , bo gdy poznałam  Emila to już od kilku lat nie byłam z tamtym. Ale pozostaliśmy przyjaciółmi i on zawsze starał się mną z daleka opiekować. Razem  z Emilem poznaliśmy jego matkę, gdy on już nie żył. Bo u niej  w domu były moje zdjęcia i listy, które tamten  do mnie pisał,  ale ich nigdy nie wysłał i wiersze dla  mnie.  I co Emil?- spytała Wanda. No co, facet już nie żył, a ja te jego listy i  zdjęcia wsadziłam   w niszczarkę i już. Tyle  tylko, że wie, że tamten mnie kochał. Ale nie jest  zazdrosny o nieboszczyka.

Obiad, który Adela podała wszystkim  bardzo  smakował,  a były to najzwyczajniejsze kotlety mielone z grzybami w środku. Do tego była paella z porami. Do kawy były mini beziki kupione w którymś  ze sklepów spożywczych. Muszę  do  ciebie  przyjść na jakieś szkolenie - stwierdziła  Wanda. Bo ty  zawsze coś fajnego gotujesz.  W życiu bym  nie wpadła na to, że można razem  z mięsem zmielić grzyby i wszystko razem usmażyć. No i ten ryż z porem - coś pysznego. Skąd bierzesz przepisy? 

Przepisy? Właściwie to z całego świata- sporo robię z kuchni włoskiej i hiszpańskiej, indyjska i chińska  też nam pasuje, trochę z meksykańskiej, tyle  tylko, że nie robię nic  bardzo ściśle według przepisu. A jak upieczesz zwykłe kartofle w piekarniku i do pieczenia posypiesz je garam masalą to trudno powiedzieć  z jakiej to kuchni. Jemy często ryż,  a ryż ma to do siebie, że  można  go robić na sto sposobów. Po prostu trzeba  zawsze trochę improwizować. Poza tym czasem sobie  czytam różne przepisy   w sieci, ale chyba  ani razu  nie udało mi się  zrobić dokładnie tak jak przepis  głosił. Bo bardzo często nie mam jakiegoś składnika, więc daję co innego. A ponieważ leniwa jestem okropnie, to nie chce  mi się nigdzie tego zapisywać, więc często robię na oko i na  czuja.  Miałam  zrobić paellę z selerem  naciowym,  ale nie było selera naciowego więc  zrobiłam z porem i też jest jadalne. Ja po prostu jestem  chora  gdy na przykład  coś piekę i w przepisie jest np. 18 deko cukru. Helenka to odważy 18 a ja 20 bo mi się  nie chce odejmować i wgapiać  się  w wagę. Najprostsze hiszpańskie  danie, czyli fritata za każdym  razem wychodzi mi inna  no bo dam jakąś inną przyprawę, poza tym wciąż nie upolowałam patelni takiej, żeby  można ją wstawić  do piekarnika. Odkąd przestałam  się  tak bardzo przejmować tym co jest  w przepisie gotowanie stało  się dla mnie  nieomal  przyjemnością. A że czasem  coś wyląduje w śmietniku bo  całkiem spaskudziłam  to też mi się  zdarza. No ale  nie  chodziłam  do technikum  gastronomicznego  tylko do liceum. Najważniejsze  to nie spinać  się przy  gotowaniu. Emil i Leszek też potrafią  gotować,  na początku możesz gotować razem  z nim, wtedy bez podpytywania się będziesz  wiedziała  co on lubi jeść.  Wszystko  przychodzi  z czasem,  wystarczy  tylko obserwować. I  uświadomić sobie  fakt, że nie święci garnki lepią i gdy  się  chce to naprawdę można się wszystkiego nauczyć  i wszystko zrozumieć. Choć doskonale  rozumiem, że gdy  się człowiekowi czegoś  nie  chce  robić to zaraz  sam sobie tłumaczy, że coś  jest  dla niego  za trudne i nie  może tego pojąć.

Oczywiście po obiado-kolacji Emil stwierdził, że skoro Adela ostrzygła  Leszka to chyba nie nadwyręży ją  zanadto,  jeśli i jego ostrzyże  - albo tego  wieczoru  albo następnego  dnia. W końcu- jak zauważył-   strzyżenie  Leszka to tak jakby ostrzyżenie  facetowi zaledwie połowy  głowy.  No ale przy tobie, mój kochany, to ja  się narobię jakbym strzygła  dwóch facetów a nie jednego blondyna. Sporo masz  włosów, ale one  nie są grube i na pierwszy  rzut  oka nie  widać ile ich jest. A potem strzygę i  strzygę i końca   nie widać.

Dzień ślubu Wandy i Leszka powitał wszystkich  słońcem nieco  zamglonym,  ale było jeszcze  całkiem  ciepło. W ogóle  tegoroczny wrzesień był całkiem "przyzwoity". Na ślubie zjawił się też Arek, ale nie  dał się zaprosić  na obiad, ponieważ miał już od  dawna umówionego klienta, którego sprawy nie można  było przełożyć na inny dzień. Ojciec  Wandy jednak przyszedł na ślub, ale też  nie  dał się  zaprosić na obiad. A Konrad z wielką radością przyjął zaproszenie  na obiad, ale uprzedził, że będzie   robił cały  czas zdjęcia.  No ale wie pan, że to z pana strony wielkie ryzyko - powiedział Emil. Bo może pan usłyszeć coś niezbyt miłego od  mojej żony. Niestety  nadal nie polubiła się  fotografować. Damy radę,  nie będzie wiedziała , że jest fotografowana. Mam genialny sprzęt. A poza tym umawiałem  się  z nią na  zdjęcia małej, więc przy okazji  porobię trochę zdjęć małej. Ona jest  śliczna, widziałem ją na spacerze, ale  akurat  spała. Adela mi mówiła , że macie państwo  jakiś ogródek koło domu, to świetnie,  będzie  trochę  zdjęć na łonie  natury. Emil  się  roześmiał - ogródek to  za wiele powiedziane - nazwał bym to raczej trawnikiem okolonym żywopłotem z winobluszczu. No to świetnie, winobluszcz już pomału zmienia  kolory. Dziś zdjęcia można spokojnie robić do godziny 16,00 i raczej  będzie  cały  czas  dobre oświetlenie.

W pół godziny później jechali wszyscy do mieszkania  Piotra i Heleny na obiad. Helena "dogadała się" z firmą, że tort i inne słodkości będą zestawione  na zastawę Heleny i właściwie po podstawowym  obiedzie panowie będą mogli "zabrać swoje  szmatki, lalki i wrócić na  swoje podwórko".  Trzeba przyznać, że firma stanęła na  wysokości  zadania i gdy już odjechali Helena stwierdziła, że to był świetny pomysł, bo jedzenie  było bardzo smaczne, ładnie podane i........zero zbierania naczyń, jakoś  same znikały, zero czaszkowania jak je  zmieścić w  zmywarce i zero potem ustawiania ich na  miejscu i zastanawiania się jak to  było, że przedtem  się mieściły a teraz nie chcą. Milenka  była  zachwycona, bo zdążyła  się spokojnie przespać, a  dziecko było towarzyskie z natury no i  byli "sami  znajomi". Przechodziła  z rąk  do rąk, bo każdy  chciał mieć zdjęcie z Milenką wystrojoną w eleganckie spodenki w zielono-czerwono-niebieską  kratkę i blado niebieski dżersejowy kaftanik z mankiecikami takimi jak materiał spodenek. Adela nie odmówiła  sobie przyjemności podpuszczenia  małej by ukochała wujka Leszka i całość Konrad nagrał na króciutki filmik.

Sesja zdjęciowa w ogródku też wypadła dobrze. Konrad część zdjęć robił Polaroidem, część "normalnym" aparatem i najwcześniej się pożegnał. Wanda znalazła  moment, by na osobności powiedzieć Adeli,  że prezent ślubny Leszek dostał wczoraj wieczorem i rzeczywiście  był w  "siódmym niebie". I że teraz Wandzia pójdzie do Kliniki na  wszystkie badania "przedciążowe" i gdy będą  dobre  wyniki to zaczną się starać o  dziecko.

                                                                          c.d.n.

                                                        



wtorek, 8 listopada 2022

Trudny wybór - 149

 Wszystko się kiedyś kończy - a urlop zwłaszcza. Dobrze, że był to już powrót, bo ostatnie  dni sierpnia już były chłodne i niemal  codziennie padał deszcz. Ale dzięki temu nawet  na terenie tego ośrodka można  było cieszyć się grzybobraniem. Helenka  z Piotrem codziennie "bladym świtem" wychodzili na grzyby. A piece  akumulacyjne w domkach okazały  się bardzo przydatne, bo na  nich, na arkuszach pergaminu leżały pokrojone "kapelusze" grzybów a w domkach roznosił  się zapach prawdziwków i podgrzybków. No i w domkach było ciepło i  grzybowo, jak  to określała Adela.  

Podczas któregoś z wieczornych "posiadów" wszyscy zgodnie  stwierdzili, że najlepiej byłoby  gdyby cztery zaprzyjaźnione  rodziny mogły mieszkać w jednym budynku. Oczywiście  zaraz Emil podzielił się tym pomysłem z Arkiem i z pół godziny Arek brał udział w rozmowie pomimo odległości. Ale chociaż wszyscy byli "za", w krótkim  czasie okazało się,  że  prościej i taniej będzie poprzestać na tym, że jednak mieszkają na jednym osiedlu. Wprawdzie wszyscy zapisali się do nowo powstałej prywatnej spółdzielni, w której można  było wybudować tak zwaną willę wielorodzinną, ale - taki rodzaj budynku był  zaplanowany na  dalekich peryferiach miasta i to na prawym brzegu Wisły. Tyle  tylko, że o tym, że  zmieni  się lokalizacja z Ursynowa  na inną dowiedzieli  się  dopiero wtedy, gdy już wszyscy wpłacili całkiem  spory udział.  A ponieważ ta lokalizacja  nikomu  nie przypadła  do gustu zaczęli "pracować " nad wycofaniem swych pieniędzy z tej spółdzielni. "Nerwówka" trwała około 8 miesięcy, ale udało się wycofać udziały.

Na razie należało "zająć  się"  przygotowaniami do ślubu Wandy i Leszka, a czasu  było naprawdę już mało. Adela omówiła z Wandą  kilka zestawów na "ślubny obiad" przezornie  nie pokazując jej cen. Gdy już Wanda wybrała, Adela zaprosiła przedstawiciela firmy cateringowej i  z nim omówiła wszystkie szczegóły. Na zakupy odzieżowe Wanda pojechała z Heleną. I tak jak planowała nie poinformowała matki i  swej przyrodniej  siostry o tym, że wychodzi za mąż. Natomiast  zatelefonowała do swego ojca i pewnego późnego popołudnia podjechała  wraz z Leszkiem do mieszkania swego ojca. 

Ona przedstawiła ojcu Leszka a ojciec jej swoją nieślubną partnerkę, która była kiedyś wynajętą opiekunką dla jego ciotki. Jak powiedział ojciec Wandy ślub im do niczego nie jest potrzebny, a on nie ma  zamiaru się rozwodzić z jej matką bo, jak to obrazowo stwierdził  "nie ma  zamiaru  babrać  się w bagnie", bo niestety każdy kontakt z jej matką naprawdę przypomina "babranie  się w bagnie". Na ślubny obiad to on nie przyjdzie, bo niestety ciocia nie może już zostać  sama w domu i musi być cały czas pod opieką, więc musiałby przyjść sam.  Pytał się Wandy, czy ma jakieś potrzeby w związku z tym, że zmienia stan  cywilny,  zapytał się czy ma  szansę zostać dziadkiem i prosił by w miarę możliwości Wanda i Leszek odwiedzali go. Partnerka ojca, Agnieszka, zrobiła na Wandzie miłe wrażenie. Była  z piętnaście  lat młodsza od jej ojca.

Po trzech popołudniach spędzonych na "przebieżkach" po sklepach z konfekcją  damską, Wanda  zdecydowała  się na jasny kostiumik z włoskiej elastycznej dzianiny wiskozowej Punta Milano w kolorze ecru. Spódnica wymagała wyraźnie  skrócenia, a że sklep był prywatny, od  razu zaznaczono  pożądaną długość i za dwa dni kreacja było do odebrania. Leszek się śmiał, że w tej kreacji Wanda  będzie "jasną stroną" tego  związku,  a on przed urzędnikiem  USC stanie w "tym dziwnym" kolorystycznie  garniturze i będzie  nieomal kameleonem. Postanowili, że Wanda  zamieszka u Leszka,  a jej mieszkanie pójdzie pod wynajem. A Wanda  będzie trzymała "rękę na pulsie" i może uda się im Leszka mieszkanie zamienić na czteropokojowe na parterze. Jakby na to nie  spojrzeć to dziecka jeszcze  nie  było w  drodze, więc na razie nie groziło Wandzi wdrapywanie  się z dzieckiem na czwarte piętro.

Tydzień przed ślubem Leszek "zarządził  wycieczkę do chałupy", by pokazać Wandzi co chce jej zapisać jako darowiznę. Oczywiście pojechali również Helena  z Piotrem i Adela z małą i Emilem. Gdy zajechali na miejsce Leszek po raz pierwszy popatrzył na to siedlisko przychylnym okiem. Od drogi dojazdowej dom odgradzał całkiem spory teren. Co prawda trawa sięgała niemal do kolan, ale Piotr ocenił, że to całkiem ładna posesja. Do lasu było bardzo blisko i wychodziło się  do niego przez  furtkę, która teraz  była zamknięta na klucz. 

Po chwili wtykania  w  zamek  furtki trzech kolejnych kluczy udało się ją otworzyć i Leszek od  razu odłączył ten klucz od  całego pęku innych kluczy.  Kolejnym kluczem otworzył dom. Uderzył go  w nozdrza zapach stęchlizny, więc powiedział, by absolutnie  nie wnosić tu  Milenki, bo to nie jest dla niej wskazane. Sam szybko wszedł do środka i pootwierał wszędzie okna, blokując sprzętami drzwi. Jak na  nie używany przez wiele  lat, to  dom  był w  zupełnie niezłym stanie. Były tu trzy pokoje, kuchnia i łazienka, za łazienką była jeszcze mała sień, w której były  schody prowadzące na strych. W łazience  był elektryczny bojler, podobnie i w kuchni. W kuchni było zejście do piwnicy. Poza tym do kuchni przylegała weranda, której nie było widać od strony wejścia na posesję. Na  werandzie ewidentnie  była kuchnia letnia, był tu piec kuchenny z metalową płytą i trzema miejscami na garnki. Po przeciwnej  stronie było miejsce na stół. Piotr odszukał klucz od furtki, którą można było wyjść na  dróżkę prowadzącą do lasu i powiedział -  to ja idę zobaczyć czy  są w tym lesie jakieś grzyby. Wrócił po 20 minutach  z siatką pełną kurek i podgrzybków. Dobry ten las - stwierdził Piotr - nie  schodzony i nawet nie jest  zaśmiecony i jak widzicie nawet  grzyby w nim  są. To całkiem miłe  miejsce, a jechaliśmy tu godzinę. I mam podejrzenie, że jeżeli Wanda będzie  chciała tę  działkę sprzedać to bez trudu znajdzie kupca. 

A ja  wcale nie chcę tego sprzedawać - stwierdziła Wanda- będziemy tu mieli prywatne letnisko. Trochę trzeba  będzie  włożyć w to pracy i zainwestować w piece akumulacyjne i będzie tu można całkiem dobrze spędzać weekendy. W kuchni jest miejsce na lodówkę i to całkiem  dużą. Trzeba jeszcze zobaczyć co jest w piwnicy - orzekł Piotr. Ze  sporym trudem Leszkowi i Emilowi udało się podnieść dość duży kawałek podłogi. A na cholerę ojciec  zrobił takie wielkie zejście - dziwił się  Leszek. I ściąganie z tego kawałka  podłogi linoeleum wcale  nie jest proste i jeszcze trzeba przesuwać stół i ławę- narzekał. W końcu udało się odsłonić klapę i ją podnieść do góry. W dół prowadziły  całkiem wygodne schody - betonowe.

Pierwszy zszedł Emil i powiedział - ciemno tu, potrzebna jest świeca lub latarka. Leszek rozejrzał się po kuchni i powiedział - tu jest tylko taki duży znicz jak na grób, taki jakby latarenka. No to zapal ją bo tu  ciemno jak  w grobie. Zaraz, muszę poszukać zapałek. Podszedł do niedużego kredensu,  gdzie znalazł w szufladzie  zapałki, zapalił świecę w tej  szklanej obudowie i zaczął schodzić po schodach do piwnicy. Gdy już był na  dole, to po lewej stronie ściany, do której przylegały  schody znalazł wyłącznik światła- przekręcił i zaświeciła  się żarówka pod sufitem. 

Pierwsze co się im  rzuciło w oczy to była lodówka. Bardzo duża,  sklepowa. No to nic dziwnego, że to wejście takie duże - skonstatował Leszek. Musieli  się nieźle namachać  by tę lodówkę tu umieścić. Tu chyba działa  jakaś naturalna wentylacja - stwierdził po chwili- piwnica  sucha i wcale  nie  czuje się stęchlizny. I zobacz- tu są ściany z bloczków betonowych, a może to pustaki? Zupełnie  się na tym nie  znam - stwierdził Leszek. Phi- ja też  nie - pocieszył go Emil. Dla  mnie ściana to jest po prostu  ściana- jedyne co odróżniam to ścianę z  wielkiej płyty od ściany  z cegieł. A i to tylko w trakcie budowy. A teraz, gdy tę wielką płytę ocieplono od  zewnątrz to nie też  nie odróżniam jednej od  drugiej. Emil oglądał lodówkę i stwierdził, że ona  chyba zawsze stała w piwnicy, bo blisko  niej było gniazdko elektryczne. No to pewnie była na górze druga lodówka- skonstatował- przecież  nikt przy  zdrowych  zmysłach  nie latałby co  chwilę do piwnicy i nie  gimnastykował  się ze ściąganiem linoleum i podnoszeniem klapy. I podniesionej klapy też  nikt by cały  czas  w kuchni nie trzymał bo za którymś razem mógłby się nagle  znaleźć w piwnicy.

Na "górze" Piotr krążył po domu i co jakiś czas stukał w ściany - ojciec co tak stukasz co chwilę? Coś przybijasz? - spytał Emil.  Niczego nie przybijam, ale mam wrażenie że to jest podwójny dom - tak jakby w drewnianym domu ktoś w środku wybudował drugi z bloczków betonowych- odpowiedział Piotr. I to wcale nie jest niemożliwe.  Podobno nie na wszystkich terenach działkowych zezwalano na budowę domów murowanych i  ludzie  radzili sobie  w ten  sposób, że budowali dom zewnętrzny drewniak,  a potem pod osłoną tych ścian powstawał drugi dom, murowany. I wewnętrzne ściany były okładane deskami - tak jak jest tu.

Leszek zamyślił się, potem powiedział - bardzo możliwe, bo pamiętam, że mama cały  czas narzekała, że budowa  ślimaczy  się w nieskończoność i pożera sporo pieniędzy. Będę musiał zatelefonować do kuzynki taty, może ona coś wie. Ja to miałem w tamtym  czasie taki młyn, że nie wiedziałem nawet gdzie ojciec tę działkę kupił, czy na  niej coś stawia i  co. Miałem dosyć własnych  zawirowań i wrażeń. Jedyne co  mnie wtedy interesowało to był to, kiedy będę mógł się wyspać. Wtedy opanowałem sztukę zasypiania w ciągu minuty i dochodzenia do pełni trzeźwości umysłu w ciągu trzech minut. A odkąd pracuję w tej klinice to mam luksus, dodatkowo to działam tylko w  szpitalnym laboratorium i nie mam żadnych nocnych dyżurów. Śmiać mi  się chce, bo Wandzia obiecuje  sobie, że tu będzie  nasze letnisko, ale jak  znam życie to ona nie zostałaby tu nawet tygodnia sama z dzieckiem. W tym domku, stojącym ze sto kroków od  waszego bała  się, że ktoś się włamie. Myślałem,  że trochę udaje, ale nie, puls miała nierówny i przyspieszony. A tu do najbliższego sąsiada jest ze 250 metrów i jeszcze  jego dom jest przysłonięty drzewami. Chcę  by  miała  tę  działkę jako lokatę - może jej przetłumaczę, że najkorzystniej to będzie po prostu ten domek wynajmować ludziom od  wiosny do jesieni. Sporo osób  chętnie wyjeżdża w okolice  Warszawy. Ci  co  cały  rok stołują  się poza  domem  chętnie  w wakacje sami  sobie w  domu gotują obiadki. A tu, jak widać  są do tego dobre  warunki. Do Kamieńczyka jest stąd tylko pięć kilometrów. A ja z kolei wcale  nie marzę by przez całe lato tracić 2 godziny, albo i więcej na dojazdy. Mam  tylko nadzieję, że Adela wyśmieje jej pomysł. Nawet na pewno- powiedział Emil - bo Adela  chce  aplikować na adwokata i na pewno się w żadne pobyty na  działkach  nie będzie  bawiła.  Milenka  jest na tyle  duża, że spokojnie może zostać pod opieką moich rodziców. Ale myślę, żebyście się rozejrzeli  jednak  wpierw za  zamianą tego twojego czwartego piętra na niższe. Widziałeś - budują się szeregowce na końcu Kabat. Może tam uda  się Wandzi coś załatwić.  Szeregowiec ma  mały ogródek no i zawsze co najwyżej jest domkiem jednopiętrowym. Są one  co prawda nie tak blisko nas jak twoje  mieszkanie ale teraz to już nie jesteś sam. Trzeba po prostu wrzucić ogłoszenie o chęci  zamiany i zobaczyć jakie będą efekty. Przejedźcie się po Ursynowie i rozlepcie ogłoszenia w tej okolicy, która  się wam spodoba. Arek na tej zasadzie znalazł  mieszkanie dla swoich teściów. 

W końcu nie  musicie mieszkać w tej spółdzielni, w której pracuje Wanda. Podejrzewam, że  w okolicy Tesco, tam gdzie  mieszka nasz  szanowny kolega Michał są wolne partery w  wieżowcach. Wrzućcie  trochę ogłoszeń w skrzynki listowe na tym osiedlu domków na Kabatach. Tam jeszcze dość kiepsko ze  sklepami, ale jest księgarnia i jeden dyskont. Reszta dość  szybko powstanie. My  nie chcieliśmy domku, bo nas nie urządzał jeden domek,  a  na dwa to nas  nie było stać, głównie z uwagi na ogródki. My z ojcem wcale nie marzyliśmy o własnym  domku - już to raz przerabialiśmy. Tu o żywopłot dba administracja, ogródek podlewa pan dozorca i raz na sezon kosi nam trawę. Tak, że przemyśl to sobie  spokojnie. A tak między wierszami to wspomnij Wandzi, że Adela na pewno mało będzie spędzała  czasu  w domu bo wpierw będzie się uczyła do aplikacji a potem będzie jednak pracować. Bo z tego co Wandzia  mówiła,  to jej  się  wydaje, że gdy będzie mamą to będzie fajnie, bo przecież Adela jeszcze  będzie  na  urlopie wychowawczym. A ja widzę jak pomału Adela ma  dość siedzenia w domu. Co prawda  dopiero raz coś miauknęła  w temacie, no ale to narośnie. Planowaliśmy kiedyś z Arkiem własną kancelarię z obsługą prawniczą i patentową, ale ja mam dobrą pracę, więc raczej obsługi patentowej nie będzie.  A, jak twierdzi Arek, to Adela ma talent adwokacki.

                                                                             c.d.n.

poniedziałek, 7 listopada 2022

Trudny wybór -148

 Ani się wszyscy spostrzegli a nadeszły pierwsze urodziny Milenki. Roczna  Jubilatka została  wystrojona w pierwszą w swym życiu  sukienkę, a około południa przyjechał Arek z rodziną, żeby ucałować Milenkę. Każdy z chłopców  dzierżył w garści prezent dla  małej, a Arek teatralnym  szeptem upominał chłopców by całowali małą tylko w czubek główki a nie  w buzię i tak na  wszelki wypadek przetarł im ręce chusteczką  dla niemowląt, mówiąc - moi chłopcy są  bardzo utalentowani, zawsze któryś  wsadzi łapę tam, gdzie  nie powinien. Potem podał Adeli ozdobne pudełeczko z masy perłowej mówiąc- a to jej pierwsza biżuteria.

Adela otworzyła i nieco ją zatkało - wewnątrz był bardzo oryginalny złoty łańcuszek typu "rybia  łuska", do którego  był przymocowany wisiorek , na którym  złotym drucikiem było "wypisane" słowo Milenka. Na rewersie była data jej urodzin i wyryty napis- rośnij zdrowo!

No nie - powiedziała  Adela- wyście  chyba powariowali by takie prezenty smarkuli dawać!  Ale muszę przyznać, że to oryginalny pomysł i piękną pamiątką dla niej  będzie. Arek zabrał z jej rąk pudełeczko, wyjął łańcuszek i powiedział do Adeli- to ma  "drugie dno", jak każda sprawa u prawników. Pod spodem jest ewentualne przedłużenie tego łańcuszka gdy panienka podrośnie. I wtedy będzie, być może, nosiła  sam łańcuszek. Współczesny to jest tylko wisiorek, łańcuszek to po mojej babci. Nie mamy swojej córci, to będzie  go miała Milenka.

Wprawdzie Pawełek już  zdał do II klasy a Piotruś był już doświadczonym przedszkolakiem to obaj byli wręcz  zachwyceni kojcem i dopytywali się czy mogą do niego wejść - na wszelki wypadek zapytali się o  to i Adelę i Emila i swoich rodziców, potem grzecznie  ściągnęli swe  sandałki, Stasia im po raz  drugi przetarła ręce i w kilka minut potem w kojcu raczkowała trójka dzieciaków. Milenka  była zachwycona, a wszystko wyglądało tak bardzo śmiesznie, że dorośli nieomal pokładali  się ze śmiechu. Piotruś demonstrował  jak szczeka piesek, Milenka była zachwycona , potem koniecznie chciała sprawdzić stan uzębienia starszego i uszy młodszego czy na pewno dobrze  się trzymają jego czaszki.  W pewnej chwili kurczowo chwyciła się rączkami raczkującego Piotrusia omal mu nie  ściągając spodenek i stanęła na nóżki. Emil i Leszek stali czujnie w pogotowiu, a Stasia powiedziała do Pawełka - stań za Piotrusiem i wyciągnij do niej wpierw jedną rękę, potem drugą, a gdy poczujesz, że mocno się ciebie trzyma to zrób malutki kroczek do tyłu przyciągając leciutko jej łapkę do siebie.  Pawełek z tych emocji aż język z buzi wysunął a  mała ślicznota zrobiła krok do przodu, zatrzymała się i zaczęła się kiwać w przód i  tył. Lesio nie  wytrzymał napięcia i wkroczył do akcji sadzając małą na podłożu. Przepraszam, popsułem wam zabawę, ale bałem się , że Piotruś jej  nie utrzyma w pionie a ona uderzy się główką o obudowę. Ona już jednak dobiega 10 kg. Na początek będzie bezpieczniej  gdy będzie ją asekurować osoba dorosła. W chwilę potem znów cała trójka raczkowała a mała "szczekała" wydając   z siebie dźwięk "uuu, uuu". Potem było wyrzucanie piłki z kojca i piski radości gdy chłopcy ją wrzucali do środka.  Gwoździem programu była jednak demonstracja jak pięknie już Milenka je . Mała  siedziała przy stole na kolanach Adeli, która ją karmiła marchwianką zmiksowaną z mięsem.  Chłopcy byli zachwyceni,  a młodszy upewniał się czy oni też jedli takie zupki łyżeczką. W ramach zdobywania doświadczeń każdy  z nich dostał do spróbowania kubeczek  zupki Milenki. Degustacja wypadła pomyślnie. Gdy na stół wjechały ciastka i lody  Milenka dzielnie mamlała sucharka siedząc na kolanach Emila. 

Potem cała  płeć brzydka wyniosła  się na plac zabaw dla dzieci,  a Milenka najedzona i  syta wrażeń zapadła w drzemkę i została wyniesiona  do swego łóżeczka. Stasia powiedziała  Wandzi, że ogromnie  się cieszy, że Leszeczek wreszcie będzie miał normalny dom,  bo to taki naprawdę dobry  człowiek. Adela  zapytała się jak toczy się sprawa  pozbawienia ojcostwa wspaniałego tatusia  Pawełka i  Piotrusia, bo to chyba  już  z rok leży w  sądzie. No leży, bo na razie  była jedna  rozprawa, a właściwie to jej nie było bo szanowny tatuś był albo na gigantycznym kacu albo w tak zwanym stanie wskazującym na spożycie alkoholu. W każdym razie nie za bardzo kontaktował i jest niedługo kolejny termin. Wywiad  z dziećmi był już przeprowadzony i Pawełek ze szczegółami opowiedział jak to uciekał około godziny 23,00 z domu ojca. Obydwaj opowiadali na wywiadzie o Arku a mówiąc o  nim mówili "tata Arek". Z ich opowieści jasno wynikało, że oni obaj bardzo Arka kochają,  opowiadali też, że babcia od "taty Arka" jest w  sanatorium i oni raz w miesiącu jeżdżą do niej z obojgiem  rodziców. Stasia stwierdziła, że przestała się spieszyć, bo im dłużej sprawa będzie trwała tym dłużej ściągane będą od ich ojca  alimenty. Z chwilą zakończenia sprawy i wyrażeniu przez  sąd zgody na adopcję chłopców przez Arka, ich biologiczny ojciec przestanie je płacić.

Stasia twierdziła że gdy tylko skończy się ta kołomyja z sądem rodzinnym to Arek zapewne ruszy sprawę  organizacji  Kancelarii Prawniczej. Ale ona wie, choć Arek o tym nie mówi, że on jednak  chciałby mieć wspólniczkę w Adeli bo w ramach aplikowania adwokackiego mogłaby wiele spraw od niego częściowo przejąć. A jakby na to nie spojrzeć, to Emil jest  dobrze ustawiony w Urzędzie i właściwie bezpieczniej jest  gdy w takim zwariowanym kraju jedno jest na państwowej posadzie  a drugie  może być wtedy w prywatnej firmie. Stasia też pozostanie, dopóki się da, w Urzędzie. 

Z placu zabaw  płeć męska przybyła nieco podmęczona - co dziwniejsze to zmęczeni byli również panowie. Adela z Heleną czym prędzej przygotowały "wzmocnienie" w postaci  ciasta, owoców, soku owocowego oraz kawy dla dorosłych. A co wy tacy "złachani" jesteście? - dopytywała  się  Stasia swego męża.  Mieliście ich tylko pilnować i  ewentualnie   asekurować. Emil uśmiechnął się - dzieciaki nas nieco podpuściły, żeby im pokazać jak  się trzeba  na drążku podciągać, więc poszliśmy trochę na przyrządy i wygrał  Leszek. Najwięcej razy się podciągnął. A tata przegrał - wypaplał młodszy. Wujek Emil też był od taty lepszy. I tata powiedział, że będzie  musiał zacząć uprawiać jakiś sport,  a nie  tylko noszenie  zakupów - doniósł starszy. 

A dziadek Piotr też się podciągał na drążku? - dociekała Adela. Nie, dziadek Piotr nas pilnował i  asekurował. A mnie to nawet zrobił masaż bo mnie bardzo nagle  rozbolała ręka i dziadek powiedział, że mnie kurcz  złapał. I przestała  mnie boleć jak mi  roztarł ten  mięsień, o ten. Dziadek mówi, że to jest "biseps"- doniósł młodszy. Nie "biseps" tylko  biceps - poprawiła go Stasia. No, właśnie tak jakoś - zgodził się mały.  Adela  śmiejąc  się szepnęła do Wandy - działasz na Lesia jak siłownia, chyba  już nie będzie na  nią chodził w tym układzie. Tyle tylko, że niedługo będę  miała zanik mięśni nóg, bo  albo leżę  albo jestem noszona - odszepnęła Wanda.

Arek  przysiadł się bliżej Leszka i powiedział - dobrze, że  się spotykamy przed  waszym ślubem- bo zaraz po nim  musicie zrobić rozdzielność   majątkową, skoro chcesz  Leszku by ten kawałek ziemi i ta  chata tam  stojąca przypadły na  zawsze Wandzie. Tu macie adres mojego znajomego notariusza- po prostu zrobicie  rozdzielność majątkową,  dzięki czemu ty podarujesz to wszystko Wandzie,  a ona nie będzie z tego powodu płaciła podatku, bo jest w I grupie podatkowej, zwolnionej w takim przypadku od płacenia podatku.  Korzystają na tym ci, którzy o tym wiedzą. Rozdzielność można ustalić nawet już przed ślubem. Po prostu umówicie  się z panem notariuszem na jakiś termin- teraz omówi z tobą Leszku wszystko dotyczące przedmiotu  darowizny. I następne  spotkanie to już będzie  tylko złożenie przez  was podpisów. Co do testamentu - może być w nim to zastrzeżenie, o którym rozmawialiśmy. A jak junior? pracuje? 

Nie wiem nic poza  tym, że wyjechał do Norwegii. No i co tam  robi? Nie wiem,  może pracuje w przetwórni ryb, może się  zaciągnął na  statek-przetwórnię. Jakoś  nie mam pociągu do  rozmowy  z byłą. Zresztą nie podejrzewam, by junior  zniżył  się do rozmowy na ten temat z matką, przecież jest dorosły. A że w głowie ma jak  w brzuchu po wzięciu tabletki na przeczyszczenie to nic  nie poradzę! No tak- stwierdził Arek - nie dziwi  mnie to. To  dość powszechna  przypadłość młodych.

Po wzmocnieniu nadwątlonych sił uznano, że należy wybrać się na  spacer i w krótkim czasie Arek z Emilem i chłopcami poszli nad  rzekę bo chłopcy chcieli zobaczyć jak wędkarze łowią ryby a Arek chciał spokojnie porozmawiać z Emilem, bo ostatnimi  czasy rzadko się widywali, Leszek z Wandą taktycznie jakoś zniknęli  z pola  widzenia, Stasia z Adelą oplotkowywały znajomych z Urzędu, a Helenka i Piotr zajęli  się Milenką, przewinęli  jubilatkę, zapakowali do spacerówki i poszli z nią pospacerować po leśnych ścieżkach ośrodka.

Pierwsi wrócili z "Łowiska"  Arek  z Emilem i  chłopcami. Piotruś był niemal zapuchnięty od płaczu, od razu przytulił się do Stasi i z płaczem opowiadał mamie, że on nigdy, przenigdy  nie będzie łowił ryb, bo przecież to rybkę boli jak połknie haczyk i to wyjmowanie  haczyka na pewno ją boli. Pawełek usiłował pocieszyć młodszego mówiąc, że gdyby rybę to bolało to przecież by "krzyczała" a była  cicho. Przecież ten pan mówił, że te ryby są już zemdlone gdy się je wyciągnie  z wody i już niewiele czują, ale mały nadal ubolewał nad losem  ryb. 

W końcu Arek powiedział - synku, to ty i Pawełek chcieliście koniecznie zobaczyć jak  się łapie ryby na  wędkę,  więc zobaczyłeś, przekonałeś  się, że ani to zabawne  ani miłe i ty nie będziesz  zapewne nigdy wędkował.  Sam widziałeś, że ten pan starał się jak najdelikatniej ten haczyk wyciągnąć,  a gdy tylko go wyciągnął to rybka trafiła do wiadra z wodą i pływała i krew  jej z pyszczka nie leciała.  Cała przyroda jest oparta właściwie na wzajemnym  zjadaniu się i nic na to nie poradzisz. Będziesz trochę starszy to zrozumiesz, że każdy żywy organizm musi się czymś żywić, żeby żyć. Takie  są prawa przyrody i nic  ani  nikt tego nie zmieni. Adela przytuliła Piotrusia, wzięła  za rękę i poszła  z nim do łazienki by umyć mu buzię. 

W tym czasie drugoklasista stwierdził, że widział na filmie jak lwy polują na zebry i zebrom często udaje  się uciec. Tata, a czy trawę boli gdy zebra ją gryzie i zjada? Arek chwilkę milczał a potem powiedział - nie umiem ci na to pytanie odpowiedzieć, ale kiedyś  czytałem, że drzewa mogą  się między sobą porozumiewać. Gdy będziesz nieco starszy i będziesz   się uczył biologii to wtedy zadasz swojej nauczycielce biologii to pytanie - ja  nie studiowałem biologii tylko prawo,  a wujek Emil uczył się o elektryczności i myślę, że też nie wie czy trawa odczuwa ból gdy ją  jakieś  zwierzę trawożerne gryzie i zjada. 

Tato, czy  zawsze większy zjada mniejszego? - kwestia wzajemnego zjadania  się obiektów żyjących wielce jednak Pawełka intrygowała. Nie, nie  zawsze - odpowiedział  Arek. Wiele insektów żywi się krwią lub naskórkiem dużych stworzeń, a są przecież nieduże. No  a wirusy i bakterie, których nie  widzimy atakują nas  dlatego, że muszą przeżyć. A są tak maleńkie, że widać je tylko pod mikroskopem. I często bardzo ciężko się ich pozbyć. I pamiętaj o tym i dbaj o to byście  zawsze z Piotrusiem mieli czyste ręce i byście  nie obgryzali paznokci ani ołówków i kredek, bo na  nich też są różne wirusy i  szkodliwe bakterie.

                                                                       c.d.n.