sobota, 7 lutego 2009

Kryzys -trochę o mechanizmach

Pieniądze są krwioobiegiem cywilizowanego świata. Są środkiem wymiany handlowej, instrumentem, za pomoca którego jeden towar jest sprzedany, a inny zostaje kupiony. Wystarczy wyeliminować pieniądze lub zredukować ich druk poniżej niezbędnego poziomu, by konsekwencje okazały sie katastrofalne.
Przykładem tego był amerykański kryzys w latach trzydziestych ubiegłego stulecia.
W roku 1930 Ameryce nie brakowało potencjału przemysłowego ani ludzi wykwalifikowanych i chętnych do pracy.Posiadała rozwinięty i efektywny system komunikacji, łączność pomiędzy regionami i lokalna, była uważana za najlepszą na świecie. Nie było wojny ani wewnętrznych zamieszek.
Jedyne, czego brakowało Stanom Zjednoczonym w latach trzydziestych to odpowiedniego dopływu środków finansowych do produkcji i handlu.
Jedynym zródłem nowych pieniędzy i kredytów byli bankierzy, którzy z premedytacją odmówili udzielenia pożyczek właścicielom firm przemysłowych, sklepów i farm.
Ponieważ zaś nadal egzekwowano pożyczki udzielone wcześniej, pieniądze szybko wyszły z obiegu.
Za pomoca tej prostej sztuczki Amerykę wpuszczono w "depresję", a bankierzy przejęli setki tysięcy farm, domów i biznesów. Ludzie nie zdawali sobie sprawy z rzeczywistego powodu owego kryzysu.
Zakończył go wybuch II wojny światowej i ci sami bankierzy, którzy nie dawali pieniędzy na cele pokojowe, dali pieniądze na zbrojenia. Z dnia na dzień kryzys się skończył.
A jak to było mozliwe?
W grudniu 1913 roku, gdy wielu posłów już wyjechało na wakacje, Kongres przegłosował ustawę powołującą instytucję o nazwie Federal Reserve Corporation, powierzając jej zadanie produkowania pieniędzy i ustalania jej wartości. Korporacja ta ma charakter prywatny i tym samym jej rzeczywistym celem jest zysk bankierów, a nie dobro społeczeństwa.
Reserve Bank otrzymuje ogólne wytyczne, ale działa niezależnie od rządu. Senat sprawuje na tą instytucja ogólny nadzór. Decyzje Banku nie są zatwierdzane przez kogokolwiek, z prezydentem włącznie.
Od tego momentu -1913 roku- mała grupa uprzywilejowanych osób "stworzyła" dziesiątki miliardów dolarów w walucie i kredytach, które następnie ludzie ci pożyczyli rządowi i społeczeństwu na procent.
A wszystko zaczyna się od konieczności uzyskania pieniędzy. Rząd Federalny. który wydał znacznie więcej pieniędzy niż ich otrzymal od obywateli w formie podatków i potrzebuje np. miliard dolarów, prosi o nie owych "twórców" a ci bankierzy chętnie to czynią w zamian za umowę, ze Rząd zwróci im te pieniądze z procentem. W takiej sytuacji Kongres upowaznia Ministerstwo Skarbu do wydrukowania papierów wartościowych, w wysokości miliarda dolarów, które zostaja przekazane bankierom. Następnie Federal Reserve płaci koszt druku papierów ( w tym przykladzie tysiąc dolarów) i przekazuje rządowi pieniądze. Rząd wykorzystuje pożyczone pieniądze do zapłacenia długów, ale jednocześnie naród staje się dłuznikiem bankierów w wysokości miliarda dolarów plus procent od tej sumy.
W 1980 roku rząd Stanów Zjednoczonych był winien bankierom trylion dolarów, a społeczeństwo płaciło od tej kwoty sto miliardów dolarów rocznie jako procent. Poza tym bankierzy kontrolujący pieniadze, mogą (lub nie) udzielać pożyczek duzym korporacjom. Odmowa przyznania pozyczki powoduje spadek wartości akcji danej korporacji na giełdzie. Gdy ceny juz spadną, agenci bankierów wykupują owe akcje, po czym wielomilionowa pozyczka zostaje przyznana, akcje idą w górę, a bankierzy sprzedają je z zyskiem. Proste - prawda?
Obecnie wystarczy,ze Federal Reserve przekaze mediom informacje, iz stopa procentowa wzrośnie lub sie obnizy, a akcje na giełdzie idą w góre lub zlatuja w dół .
Nalezy zadac sobie pytanie, jak to mozliwe, ze ten złodziejski system utrzymywal się przez tyle lat?
Po prostu politykom było z tym wygodnie. W końću to bankierzy finansuja kampanie wyborcze. Nowo wybrany prezydent rewanzuje się obsadzaniem bankierami najwyzszych stanowisk w państwie. Główne partie akceptują taki system, bo ich liderzy po zakoczeniu kadencji zwykle obejmuja lukratywne stanowiska w korporacjach, a dzieci liderów podejmuja tam pracę na doskonale płatnych posadach.
W tej chwili toczy sie walka o utrzymanie dominacji bankierów w państwie. Jednoczesnie pod naciskiem społeczeństwa senatorzy i posłowie walczą o wprowadzenie państwowej konroli nad bankierami, a ściślej nad rodzajem tej kontroli.
Okazuje się więc, że najpotęzniejsze państwo świata, którego społeczeństwo żyje na kredyt, nie moze pozwolić sobie na wiele wydatkow , choćby takich jak udzielanie pomocy innym krajom i prowadzenie wojen.
Najblizszy czas pokaze jak dalej będzie przebiegał kryzys w Stanach, jaki będzie jego wpływ na inne kraje świata.
Baczna obserwacja tych wydarzeń pomoze innym krajom w podejmowaniu decyzji ekonomicznych, mających na celu złagodzenie rozchodzącego się falami kryzysu.
Nalezy jednocześnie pamietać, ze kryzys to nie powodz i nie bardzo mozna mu zaradzić zanim dojdzie do danego kraju. Wiedząc o nadchodzącym kryzysie nalezy na wszystkich frontach przygotowac się na wszelkie rozsądne oszczędności, w gospodarstwach domowych równiez.
anabell

piątek, 6 lutego 2009

Pytanie Tygodnia

Najczęściej zadawanym pytaniem tego tygodnia było: "czy lepiej zwiększać zadłużenie państwa, czy też ciąć wydatki budżetowe?"
Pytanie to zadano znanym w Polsce ekonomistom, eskpertom gospodarczym, socjologom.
Zdania podzielone,ale czy u nas kiedykolwiek eksperci mówili jednym głosem?
Zdaniem dr Andrzeja Olechowskiego, b. ministra finansów, jest to nie tylko kwestia wyboru, ale możliwości. Zwiększenie deficytu budżetowego, powyżej zafiksowanego w aktualnym budżecie, spowoduje restrykcje wynikające ze stosownych ustaw o ograniczeniu długu i utrudni naszą sytuację budżetową w 2010 roku, który będzie jeszcze trudniejszy niż obecny.Druga kwestia- znalezienie nabywców na polskie papiery dłużne powyżej zaplanowanych ilości może się okazać bardzo kosztowne. Odpowiedż brzmi- oszczędzać.
Prof.Jadwiga Staniszkis, socjolog, uważa, że należy robić oszczędności tam, gdzie to tylko jest możliwe, głównie w celu ukrócenia marnotrawstwa w strukturach państwa.Ponadto należy starać się wynegocjować zmiany w uzytkowaniu funduszy unijnych ( co już sie dzieje), bo niekiedy trzeba mieć mniej środków własnych. Wykorzystywane do 2013 roku środki powinny być skoncentrowane jedynie na wielkie projekty, takie jak budowa gazoportu czy też elektrowni jądrowych, co będzie tworzyło nowe miejsca pracy i podniesie poziom technologiczny. A najważniejsze -nie należy stawiać sprawy "albo-albo", nie usztywniać się i pozostawić swobodę manewru.
Były wicepremier , prof. Jerzy Hausner uważa, że trzeba ograniczać zbędne wydatki, natomiast zwiększać te, które służą aktywności gospodarczej i rozwojowi, a w szczególności te, które szybko uruchomią inwestycje publiczne. Jeżeli będziemy w stanie zwiększyć inwestycje publiczne, to deficyt może byc większy niż planowany. Natomiast nie należy powiększać deficytu dla wydatków bieżących.
Analityk i ekspert gospodarczy, dr Richard Mbewe, jest zdania, że trzeba ciąć wydatki budżetowe, ale zwiększenie zadłużenia byłoby dość niebezpieczne, bo oddalałoby przejście na walutę euro. Trzeba cały czas pamietać, że wejście do tej strefy przyspieszyłoby rozwój gospodarki. Powinno sie oszczędzać i słusznie premier rządu tnie wydatki, ale trzeba się liczyć z tym, że ludzie też na tym ucierpią.
Prezes Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego prof. Zdzisław Sadowski podsumował sytuacje w ten sposób - "warto rozejrzeć się za sposobem dostosowania do obecnej sytuacji i trzeba podkreślic stanowczo, że Polska nie jest w kryzysie, dopiero może w nim być. Rząd nie powinien wykonywać nerwowych ruchów, lepiej poczekac co będzie dalej.
Oczywiście można dopuścić możliwość powiększenia deficytu w razie wielkiego zagrożenia, ale na razie takiego na pewno nie ma."
Tyle eksperci .
Nikt nie potrafi jeszcze dzisiaj ocenić prawdziwej skali kryzysu, ani przewidzieć i oszacować efektów programów ratunkowych. Ich skala i zakres są ogromne i dopiero czas pokaże co z tego wyniknie.
W Brukseli odbyły się rozmowy pomiędzy przedstawicielami europejskiego samorządu gospodarczego i bankami. Rozmowom przewodniczył Gunter Verheugen. Wystosowano w ich trakcie apel skierowany do banków, że w dobie kryzysu nie powinny zapominać o swych obowiązkach wobec małych i średnich przesiębiorstw , ale nie wiadomo, czy odniesie to jakikolwiek skutek.
Jak długo ekonomiści i politycy nie zauważą, że globalna gospodarka wymknęła się spod czyjejkolwiek kontroli i wpływów i nadal będzie postepować "giełdyzacja" gospodarki i rządzić nią kapitał spekulacyjny a nie inwestycyjny, tak długo pole manewru dla polityków gospodarczych będzie bardzo ograniczone.

wtorek, 3 lutego 2009

Bić czy nie bić?

Miałam napisac coś wielce pogodnego, ale dzisiejszy post Atiny Bezdomnej zdopingował mnie do napisania czegoś poważnego, a jeśli poważne to juz nie pogodne.
Bić czy nie bić ? -to jest pytanie, które od czasu do czasu zaprzata głowę niektórym, którzy aktualnie wychowują dzieci.
Bo trzeba tu jasno powiedzieć,że niektórzy nie maja takich rozterek i tłuką dzieci z byle powodu i gdzie popadnie - pupa, głowa, plecy - byle mocno, bo musi ta mała zaraza pojąć, że tata lub mama wymagaja od niego szacunku dla siebie.
To oni tu rządzą, nie dzieciak.
Nie ukrywajmy - wychowanie dziecka to dośc trudny i żmudny obowiązek, zwłaszcza w czasach, gdy my, dorośli nie umiemy sie w obecnej rzeczywistości odnalezć.
Coraz częściej brakuje pieniędzy, czasu a w końcu i chęci. I wtedy swoje frustracje przenosimy na dziecko, zwlaszcza w chwili, gdy jest nieposłuszne lub hałasuje, gdy nam głowa pęka z nadmiaru problemów. Zaczynamy podświadomie obarczać dziecko wina za całe zło i wtedy często je karcimy. Jeśli nawet nie bijemy, to wydzieramy sie na nie niemiłosiernie.
Ci co mnie często odwiedzają, wiedzą, że juz zakończyłam działalność wychowawczą, bo dziecko jest dorosłe i nawet uczyniło mnie babcią.
Przyznam sie nieskromnie, ze jestem zadowolona z tego, jak ją wychowałam. I naprawdę, nie stosowałam w procesie wychowawczym klapsów, klęczenia na grochu, stania w kącie lub wrzasku.
Wychowując ją cały czas miałam w pamięci swoje dzieciństwo, pełne zakazów i rygorów (tu ciekawostka- wychowywali mnie dziadkowie), które w wieku nastolatki omijałam kłamiąc w domu niemiłosiernie.
Nie chciałam, by moje dziecko bało się mnie i tego ,że będę na nią wrzeszczeć gdy zrobi coś niezgodnego z poleceniem, nie chciałam by ze strachu kłamała.
Chciałam, by zawsze miała własne zdanie, umiała podjąć odpowiednia decyzję, nie bała się brania odpowiedzialności za swoje decyzje.
I wiecie co, to wcale nie było takie łatwe , bo wymagało żelaznej konsekwencji w postępowaniu.
Jezeli raz dziecku czegoś zabronisz , a pod wpływem jego wrzasku pozwolisz na to, co przedtem zabroniłaś - cały efekt pedagogiczny bierze w łeb. I jeszcze jedno- twoje postępowanie musi mieć pełną akceptacje twego partnera, a nie tak, ze ty zabraniasz czegoś, a on, ten dobry tata, pozwala na to. Tu musi byc wyjątkowo zgodny front.
Pomimo, ze w tym okresie moj mąz raczej mało bywał w domu ( w końcu ktoś musiał na to wszystko zarabiać) doskonale mnie wspierał w tym wszystkim.
Wiem, miałam łatwiej niz inne mamy, siedziałam z nią w domu, nie "kiblowała" w świetlicy, nie chodziła z kluczem na szyi.
Nie było w tym czasie całej gamy poradników dotyczących wychowywania dziecka - kierowałam sie prostą zasada- stawiałam siebie na jej miejscu i jednocześnie przywoływałam z dzieciństwa te wspomnienia, które ciągle jeszcze bolały.
I jeszcze jedna wazna rzecz - nigdy nie obiecywaliśmy jej czegoś, o czym wiedzieliśmy, ze nie mamy możliwości realizacji danej obietnicy.
Myślę , ze pamietalismy zawsze o tym, ze dziecko to tez człowiek i jednocześnie nasz partner.
Wiem, ze toczy sie dyskusja , wokół tematu ustawy zabraniającej bicia dzieci. Jedni mówia,że klaps "spontaniczny" zadnemu dziecku krzywdy nie wyrządzi, drudzy są innego zdania. Przy okazji niektórym wydaje się, ze wychowanie bez klapsów jest równoznaczne z wychowaniem bezstresowym. Wychowanie bezstresowe nie polega tylko na tym,ze nikt dziecku nie daje klapsa- wychowanie bezstresowe to pozwalanie dziecku na wszystko, co mu do tej dziecięcej głowki wpadnie. Nie lubi kogoś , niech to swobodnie okaże, np, może go kopnąć, gdy ma taka ochotę, ma ochote wrzeszczeć- a niech wrzeszczy, nie chce jeśc obiadu a zajada cukierki- a co, niech je, niech sie biedak zakazami nie stresuje.
Ja uważam, ze skoro jest coraz więcej przypadków maltretowanych dzieci lub bitych "tylko" sporadycznie, to świadczy to o tym, że część społeczeństwa nie ma nawet bladego pojęcia o wychowywaniu dzieci i należałoby czym prędzej wprowadzić obowiązek dokształcenia się w tej dziedzinie. Każda kobieta ciężarna musiałaby , wraz z partnerem, uczestniczyć w takim kursie- wyegzekwowanie dość proste- nie dostanie słynnego becikowego jeśli takiego kursu nie zaliczyła.
Bo uchwalenie ustawy zabraniającej bicia dzieci, bez nauczenia ludzi właściwych metod wychowawczych nie jest właściwą metodą. Gdy czegoś zabraniamy, musimy jednocześnie wytłumaczyc dlaczego tego zabraniamy i wskazać inne sposoby postępowania.
Ciekawa jestem , jak Wy widzicie ten problem jakie macie propozycje,
zapraszam do komentowania
anabell

sobota, 31 stycznia 2009

Europejczyk

Jak już zapewne zauważyliście zaliczam sie do osób nieco dziwnych i co za tym idzie, moi znajomi tez bywają nieco dziwni. Wiadomo, swój do swego ciągnie.
Chcę dziś opowiedzieć o jednym z naszych przyjaciół ,ale zachowam w tajemnicy jego prawdziwe imię, otrzyma nick - Europejczyk.
Europejczyk dziś jest w wieku 62 lat, prezentuje się całkiem niezle, wysoki, ciemne, gęste włosy nieco przyprószone są siwizną, ale broda ma już sporo srebrnych nitek.
W latach szczęśliwości gierkowskiej udało mu się wymknąć z Polski do RFN. Niechętnie wspomina ten okres, twierdzi, że było ciężko, wszak znalazł się tam nielegalnie. Bardzo chciał tam pozostać i chyba dlatego ozenił sie z Polką, która miała obywatelstwo niemieckie.
W latach 80-tych, przyjechał do Polski. Był to okres, w którym powstawały pierwsze spółki z o.o. a ludzie uwierzyli, że można poradzić sobie z prowadzeniem działalności gospodarczej.
Właśnie wtedy spotkaliśmy się z Europejczykiem po raz pierwszy. Wspólnie rozkręciliśmy spółkę, która nawet niezle prosperowała, to znaczy nie przynosiła dochodu, ale i nie dawała strat.
To była prawdziwa szkoła przetrwania - pracownicy mieli wyższe wynagrodzenie niz prezes Spółki, pracowało się od świtu do nocy, że juz nie wspomnę, o tym drobiazgu, że nie przypominam sobie abym miała wolna sobote czy tez niedzielę.
Gro czasu zabierało nam lawirowanie w gąszczu przepisów, bieganie po przeróznych urzędach, wypełnianie stosów różnych papierków , użeranie sie z urzędnikami.
Pierwszy załamał sie Europejczyk. Zabrał co swoje i postanowił rozwinąc własny, jednoosobowy interes. Zrobił uprawnienia na tzw. "gospodnika" i postanowił załozyć mini bar. Mini - bar to brzmiało dumnie, bo w praktyce to był po prostu rożen.
Pierwszą rafą było znalezienie jakiegoś małego lokalu, np. wielkości kiosku ruchu, najlepiej w miejscu , w którym taki rożen miałby racje bytu, np. blisko parkingu lub stacji benzynowej.
Sprawa nie była wcale łatwa i prosta. Europejczyk załatwił w końcu zezwolenie na handel obwozny tymi nieszczęsnymi kiełbaskami z rożna.
Prawie codziennie stawał w innym miejscu przy szosie "gierkówce", rozkładał rożen, rozpinał nad nim kolorowy parasol, rozpalał grill, rozstawiał stolik turystyczny i 2 krzesełka.
Zakończył jesienią, pożegnał sie z nami i powiedział, że wraca, skąd przyjechał. Nie mieliśmy pojęcia jak mu ten interes sie udał, ale chyba nie było zle.
Po kilku miesiącach otrzymaliśmy wiadomośc, że jest w Hiszpanii i zabiera się za ...hotelarstwo.
Zakupił jakąś ruinę, którą ma zamiar przemienić w dobrze prosperujący pensjonat.
Tymczasem my zrezygnowaliśmy z prowadzenie tej Spólki, bo juz oboje mielismy dość zycia na dwa domy. Przejął od nas całość trzeci wspólnik.
Pomyślalam wtedy,że fajnie będzie, gdy kolega będzie miał pensjonat w Hiszpanii, moze uda się nam pojechać tam na wakacje.
Wtedy, gdy byliśmy prawie pewni, ze ten hotel juz jest wybudowany, pojawił sie u nas Europejczyk.
Wesolutki jak szczygiełek bo....pozbył sie kłopotu, sprzedał prawie gotowy hotel i jeszcze na tym zarobił. Był jeszcze jeden powód do radości - żona go porzuciła, bo nie odpowiadał jej żywot żony marynarza.
Europejczyk posiedział kilka miesięcy w Polsce, przymierzał się do interesów, ale doszedł do wniosku, że u nas coraz trudniej jest prowadzić jakąkolwiek działalnośc gospodarczą. Przepisów przybyło, niektóre były ze soba sprzeczne, obciązenia pracodawcy stale rosły, fiskus miał nienasycony apetyt, trudny do zaspokojenia.
Pojechał znów do Niemiec, pozałatwiać wszystkie swoje sprawy rodzinne.
Po jakimś czasie dał nam znać, ze znów jest w Hiszpanii, ale tym razem ma firmę budowlaną, bo do Hiszpanii przyjezdza wielu Brytyjczyków , kupują stare domy i remontują je, aby się osiedlić na stałe.
Europejczyk często zatrudniał naszych robotników, bo nasi są słowniejsi niz hiszpańscy. Jakoś mnie to nie dziwiło. Nasi przyjeżdżali tam na krótko, chcieli jak najwięcej zarobić, więc intensywnie pracowali.
Hiszpańscy fachowcy umawiali się "na rano" , ale to rano często wypadało około południa, zaraz potem była przerwa i na budowie zapadała niczym nie zmącona cisza.
Tak właśnie przebiegał remont tej ruiny, która poprzednio kupił Europejczyk.
Przez kilka lat Europejczyk nie dawał znaku życia, jego komórka była nieczynna.
Przyjechał niedawno. Tak samo miły i serdeczny jak zawsze. Już od dość dawna nie remontuje "ruin hiszpańskich".
Prowadzi firmę w Niemczech. Zatrudnia polskich specjalistów, po których sam przyjeżdża do Polski.
A co robił przez ten czas, gdy się nie odzywał? Nie uwierzycie - wędrował po Europie! I to wcale nie samochodem . Najczęściej poruszał się rowerem lub wędrował pieszo, szlakami dawnych kupców. W ten sposób pokonał część "via male" , drogi prowadzącej przez przełęcze alpejskie,
przedreptał Południowy Tyrol, rowerem pojezdził po Hiszpanii i Szwajcarii.
Pytałam go o ten kryzys, czy utrzyma firmę w kryzysie. Tylko się roześmiał.
Nie obawia się kryzysu, nie spłaca kredytów, nie ma żadnych zaległości finansowych.
Nieśmiało zapytałam o życie osobiste - jest sam, bo jakoś żadna z pań nie była zainteresowana czekaniem na niego w samotności w domu lub wędrówką po Europie per pedes lub rowerem.
Ot, prawdziwy Europejczyk.
anabell

czwartek, 29 stycznia 2009

Homo sapiens i androidzi

Czy pamiętacie film Ridleya Scotta "Łowca Androidów"?
Okazuje się, że na naszych oczach zaczyna się tworzenie cywilizacji rodem z tamtego filmu.
Kanadyjski wynalazca, Le Trung, trzydziestotrzyletni Wietnamczyk, wykonał duży krok do największego marzenia futurologów- stworzenia humanoidalnego androida.
Jego dziełem jest pomoc domowa o imieniu Aiko - najbardziej spektakularny i najdroższy cud współczesnej cybernetyki.
Aiko wygląda z daleka jak oryginalna Azjatka. Ma idealne wymiary, piękny uśmiech i zadbane , ciemne włosy. Jej zdolności mogą przyprawić każdego o zawrót głowy. Potrafi bowiem rozpoznawać twarze, wypowiada 13 tysięcy zdań, podczas przejażdżki może być przenośnym GPS-em lub funkcjonalnym laptopem.
Ponadto -nie musi jeść, nie odmawia wykonania poleceń i nie narzeka.
No i jeszcze coś, czym wprawia w zachwyt wszystkich panów - nie odczuwa zupełnie potrzeby ciągłego chodzenia na zakupy i wydawania pieniędzy.
Konstruktor podkreśla w wywiadach, że wciąż jest to wersja niedoskonała i niestety konieczne są dalsze nakłady finansowe., by ją ulepszyć, np. sprawić by Aiko poruszała sie jak człowiek.
Wszyscy odnoszą wrażenie, że wynalazca traktuje swój wynalazek jak kogoś bardzo bliskiego. Aiko każdego ranka czyta mu najciekawsze artykuły z gazet, a gdy wraca z pracy, towarzyszy przy kolacji.
Le Trung uważa, że można tak przeprojektować oprogramowanie jego wynalazku, aby Aiko stała sie również - patrnerem seksualnym. I co wtedy?
Bo czy mozliwe jest w naszej rzeczywistości realne uczucie między człowiekiem a androidem?
Wynalazek pana Le rodzi kluczowy dla naszej cywilizacji precedens, gdyż balansuje niezwykle blisko granicy, po przekroczeniu której nastąpi powszechna zgoda na związki Homo Sapiens z androidami.
Skutków takiego wydarzenia nie sposób sobie nawet dziś wyobrazić.
Znani futurolodzy przewiduja, ze juz za 20 lat "sztuczna inteligencja" moze osiągnąć poziom świadomości równy człowiekowi, by potem zdominowac nasz gatunek na zawsze.
W takiej sytuacji każde przesuwanie wspomnianej bariery musi być podejmowane z rozwagą i spokojem.
Pomyślałam od razu o jednym z blogujących, który tak pięknie pisze "porady"o tym, jak wytrzymać z kobietą.
I wiecie co, mam nadzieję, że nie dotrwam do czasu, gdy konkurentkami kobiet staną się -
androidki. Brrr.. okropieństwo!
anabell

niedziela, 25 stycznia 2009

Limit wieku?

Dziś zupełnie "babski" temat , tak dla odmiany.
Zadzwoniła do mnie przyjaciółka, z prośbą, bym koniecznie do niej przyjechała bo musimy się razem wybrać do Halinki. Owa Halinka mieszka niedaleko mojej przyjaciółki i wiem, że ostatnio nie wychodzi z domu, bo jest po operacji.
Po ponad godzinnej jezdzie miejskim autobusem dotarłam na miejsce. Moja przyjaciółka nie mogla się mnie wprost doczekać, stała w oknie i machała do mnie ręką. Troche to było dziwne.Gdy weszłam do mieszkania zaciągnęła mnie do swego pokoju i starannie zamknęła drzwi, żeby jej mąż nie słyszał naszej rozmowy.
- Z Haliną jest zle , poinformowała mnie ściszonym głosem. Po plecach przeszedł mi dreszcz, bo wyobraziłam sobie, że pewnie wykryto u Haliny jakąś sprawę nowotworową.
- No a co mówią lekarze? zapytałam zaniepokojona.
-A co mają do tego lekarze? odpowiedziała mi pytaniem, co wprawiło mnie w absolutne zdumienie.
- Ona się zakochała! Zwariowała dla jakiegoś młodego faceta! Ona gotowa wyjść za niego!
Moja miła przyjaciółka wyrzucała z siebie krótkie zdania głosem przyciszonym (aby jej mąż nic nie usłyszał) , nie mniej dość zgorszonym.
Zaczęłam się śmiać, bo poczułam ulgę, że nic złego się nie dzieje. Alicja wpatrywała się we mnie wzrokiem bazyliszka.
-Nie rozumiem co cię tak cieszy, to przeciez tragedia! On jest od niej dużo młodszy, z 15 lat!
Musimy jej to wybić z głowy, w tym wieku nie powinna się zakochiwać, a zwłaszcza w człowieku młodszym od niej, podsumowała Alicja.
Tu muszę coś wyjaśnić - Halinka jest od klkunastu lat wdową, dzieci nie ma i wiele razy skarżyła się na samotność. W ramach wydobywania się z poczucia samotności zaczęła uczęszczać na spotkania do osiedlowego klubu seniora. Tam właśnie poznała owego pana. Rzeczywiście jest od niej 15 lat młodszy, ale Halinka zupełnie nie wygląda na swoje lata, jest miłą, dowcipną kobietą, lubi chodzić na klubowe potańcówki, a odkąd zaczęła wychodzić z domu, ubyło jej lat.
Poszłyśmy z Alicją do Halinki, upewniwszy się przedtem, czy jest sama w domu. Była sama i nawet ucieszyła się naszym przyjściem.
Była zajęta szykowaniem jakiejś owocowej sałatki, bo za godzinę miał przyjść ów powód niepokojów Alicji. Halinka nie ukrywa, że jest z tym panem w bliskich stosunkach. On doskonale wie, ile ona ma lat i wcale mu to nie przeszkadza.
Mają wspólne zainteresowania, chodzą do kina, na wystawy, chodzą na długie spacery albo oglądaja razem program TV lub wdają się w dyskusje. Weekendy przeważnie spedzają razem, w jej mieszkaniu. On też jest wdowcem, ale ma syna, który jest już żonaty.
Halina nie nazywa tego jakąś romantyczną, szaloną miłością. Oboje maja romantyczne młodzieńcze uniesienia poza soba, to uczucie jest oparte na przyjazni.
Być może postanowią razem spędzić następne lata i prawdopodobnie wezmą ślub. Łatwiej jest żyć "na stare lata" razem niż samemu.
Znają się dopiero 2 lata a Halinie się nie spieszy.
Pożegnałyśmy się przed upływem godziny i poszłyśmy na spacer.
Alicja w dalszym ciągu uważa, że " w pewnym wieku" należy zrezygnować z uczuć, bo nie wypada zakochiwać się na starość, zwłaszcza w człowieku młodszym od siebie.
Przypomniałam jej tylko jak to wyglądało pod względem wiekowym w mojej rodzinie - po rozwodzie moi rodzice wybrali : ojciec- kobietę starsza od siebie o 8 lat, a trzeci mąż mojej matki był od niej młodszy o 13 lat.
A moja kuzynka, gdy owdowiała, wyszła ponownie za mąż w wieku 67 lat, za człowieka ,który był jej pierwszą miłością.
Bo według mnie uczucia nie są limitowane wiekiem.
A co Wy o tym sądzicie?
anabell

sobota, 24 stycznia 2009

Gorąca prośba

Kochani Blogowi Goście!
W Klinice, w Zabrzu, mały Kacperek oczekuje pomocy. Życie może mu uratować jedynie przeszczep serca. Klinika w Berlinie podejmie się tej operacji, lecz potrzebne na to są pieniądze.
Bliższe informacje o Kacperku znajdziecie na:

http://pomozkacperkowi.pl

Proponuję, aby każdy z moich gości umieścił ten adres na swoim blogu.
Każdy z nas ma wielu odwiedzających, wszak liczna jest społeczność blogowiczów.
Pomóżmy uratować Kacperkowi życie.

anabell