poniedziałek, 30 marca 2009

Trzeba umieć znależć szczęście

Z badań naukowych wynika, że pieniądze naprawdę szczęścia nie dadzą.
Nie śmiejcie się, chociaż powiedzenie to znane jest od lat, naukowcy
prowadzą badania na ten temat. No coż, trzeba wszak czymś się wykazać.
Psycholog David Lykken z uniwersytetu stanowego w Minnesocie wysnuł
tezę, że szczęście tkwi ...w genach. Badaniami objął wyselekcjonowaną
grupę złożoną z 1500 par blizniąt.
W 1996 roku badane bliznięta odpowiadały na pytania ankiety, która
miała oszacować ich poczucie dobrostanu. Korelacje między odpowiedziami
dowiodły,że to co dziedziczymy po przodkach, odgrywa co najmniej równie
wielka rolę, jak zmienne koleje życia.
Zdaniem Lykkena pieniądz nas nie uszczęsliwia: poziom dochodów, fakt
życia w związku małżeńskim, religia oraz poziom wykształcenia, zaledwie
w 8% przyczyniaja sie do poczucia szczęścia jednostki. Poza tym szczęście
nie jest stanem stałym, można w jednej chwili czuć się szczęśliwym, a w
następnej zupełnie odwrotnie.
Okazuje się, że nasze subiektywne poczucie szczęścia lub nieszczęścia jest
zdeterminowane nierównowagą dopaminy, serotoniny i noradrenaliny.
Są to neuroprzekazniki o zasadniczym znaczeniu dla motoryki i działania.
Ich zródło znajduje się w brzusznym polu nakrywki śródmózgowia oraz
w podwzgórzu, które odgrywa kluczową rolę w regulacji popędów takich
jak głód, pragnienie, pożądanie seksualne.
Całość tych struktur nazwano "układem nagrody". Rozkoszowanie się
czekoladą, uprawianie seksu lub bieganie (jeśli jesteśmy dobrze wytre-
nowani) mogą aktywować układ nagrody i wywoływać uczucie zadowolenia.
Dopaminę zakwalifikowano jako "hormon szczęścia" , podobnie jak endor-
finę (rodzaj naturalnej morfiny wytwarzanej przez mózg) oraz serotoninę.
Niektórzy maja w obiegu więcej dopaminy niż wynosi przeciętna i są
uważani za osobników bardziej skłonnych do osiągania szczęścia. To ci,
którzy częściej widzą jasne strony życia.
A co z tymi, którzy są mniej chojnie wyposażeni w owe neuroprzekazniki?
Nie ma powodu, by zazdrościć tym osobnikom lepiej wyposażonym.
Trzeba pamiętać, że bardzo szybko przyzwyczajamy się do faktu realizacji
naszych największych pragnień, a potem znów zaczynamy czuć, że czegoś
nam brak. Skazuje nas to na coraz szybszy bieg "po ścieżce szczęścia",
oczekując jego spełnienia.
Aby nie nakręcać w nieskończoność owej spirali pogoni za szczęściem, należy
pogodzić się z faktem, że życie składa się nie tylko z przyjemności, ale
również z rozczarowań, strat i niewygód. Sekret bogatego, spełnionego życia
polega na doświadczeniu pełnej skali emocji.
Już samo dążenie do jakiegoś celu może nam przynieść szczęście. A ciężka
praca nad realizacją podjętych wyzwań chroni nas przed takimi negatywnymi
emocjami jak strach czy stany depresyjne.
Psycholodzy twierdzą, że najlepszym sposobem osiągnięcia szczęścia jest
budowanie trwałych i silnych więzów z innymi ludżmi. To jedyna, skuteczna
ochrona przed upadkami i rozczarowaniami, jakich nie szczędzi nam życie.
I nie bójmy sie odrobiny pesymizmu- pesymiści są w stanie wyobrazić sobie
tylko czarne scenariusze i dzięki temu mogą zapobiec ich skutkom.
A teraz, gdy już wiemy o tych "chemicznych uwarunkowaniach" poczucia
szczęścia usiądzmy i pomyślmy: Czy jestem szczęśliwa/y ?
Napiszcie, zapraszam....
anabell

niedziela, 29 marca 2009

Baaaardzo nie lubię niedzieli

Zapewne większość z Was pamięta film pt. "Nie lubię poniedziałków".
A ja nie lubię niedziel i to chyba od wielu już lat. Dla mnie to taki
nijaki dzień. Chyba najmniej mi przeszkadzała niedziela, gdy byłam
dzieckiem. Wprawdzie zmuszano mnie, bym szła na 9 rano na mszę
"dla dzieci", na której i tak pełno było dzieci w wieku osiemdziesięciu
paru lat, które ksiądz prosił, by następnym razem przyszły na inną
godzinę, na bardziej stosowną do ich wieku mszę, ale można było to
wytrzymać. Potem następowała przyjemniejsza część dnia, czyli
wyprawa do któregoś z muzeum lub do Zachęty , albo na zwiedzanie
zabytków własnego miasta. W cieplejsze dni obowiązkowa wyprawa
w plener, ale to nie było dla mnie najmilszym zajęciem.
A w wiele lat pózniej do niedzieli dołączył drugi dzień wolny, sobota.
W tygodniu miałam dzień "uporzadkowany", podzielony na różne
czynności, w tym również na cenne godziny, gdy byłam sama w
domu i mogłam robić co mi się rzewnie podobało, nie odpowiadając
na pytania : po co, na co, dlaczego. Niestety te dwa dni wolne od
pracy pozbawiały mnie tego komfortu. Na domiar złego należało
jakoś zagospodarować te dwa dni, np. przenosząc się w plener.
Wtedy "odkryłam" jak marne okolice ma nasza stolica, jak brak
jest jakiejkolwiek infrastruktury umożliwiającej miłe spędzenie czasu.
Większość znajomych zakupiła "działki rekreacyjne" dziwiąc się, że
my nie chcemy działki. Ale ja naprawde nie lubię działki, grzebania
w ziemi, opędzania się od much, komarów i innych insektów i
przyjeżdżania ciągle w to samo miejsce. Wiem, wiem, marudna baba
ze mnie, ale w tym punkcie mamy z mężem te same odczucia.
No a obecnie -nie lubię już tylko niedzielnych poranków, gdy muszę
rano wyjść na spacer z psem. Moje zwierzątko nie należy do rannych
ptaszków i przeważnie wychodzę z nim około godziny 9 -tej. Staram
się nie bywać na trasie wiernych wychodzących z kościoła, bo
zawsze mnie coś zbulwersuje. Wydawałoby się, że udział w mszy
powinien w pewien sposób uszlachetnić jej uczestników, wznieść ich
myśli na nieco wyższy poziom, wzbudzić szlachetniejsze uczucia.
Właśnie dziś moje psisko zaciągnęlo mnie na trasę, którą idą grupy
wiernych. Pies stał jak wryty, węsząc zawzięcie, a obok mnie prze-
snuwały się grupki ludzi, wymieniając głośno przeróżne uwagi.
.."no wiesz, przecież oni mają już 3 dzieci, a ona znów jest w ciąży,
po co..."
..."nie rozumiem po co ludzie mają psy, nikomu to nie jest".....
..."zadzwoń do ciotki, co jej się wydaje, ja na forsie nie śpię, niech"...
..."no chodz prędzej, trzeba jechać do Arkadii (CH) podobno są
świetne buty skórzane, i zobaczymy co jeszcze...."
..."widziałaś tą M.? ale się zestroiła! ten jej berecik w kratkę, no,
ja bym tego nie włożyła nawet do stodoły. A jak fałszowała! a ta
G. to się szczerzyła wyraznie do tego faceta spod trójki, może ona
myśli, że młodo wygląda?....
Obejrzałam się dyskretnie, za mną w odległości 70 cm stały 3 panie,
"odstawione " odświętnie. Najwyrazniej na kogoś czekały.
..."a czemu ten pies taki smutny?nie powinna go pani trzymać na
smyczy, on przez to taki smutny"... -wydała werdykt.
..." no właśnie, pies powinien się wybiegać, a pani go męczy, pani
nie rozumie psiej natury..." dołączyła się druga..
Nie wyrobiłam - wzięłam psa na ręce i bez słowa ruszyłam w stronę
domu. Wyobrażam sobie, co o mnie potem mówiły, ale to mnie
mało wzrusza.
Już dawno zauważyłam pewną prawidłowość - większość wiernych
opuszczających kościół po mszy, ma takie pięknie zawzięte miny,
spojrzenie z gatunku "komu by dowalić" a strzępy dolatujących
rozmów też nie świadczą o miłości blizniego.
Naprawdę nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale może mnie się tylko
wydaje, że religia katolicka głosi miłość blizniego? Może od czasów
gdy chodziłam w dzieciństwie do kościoła coś się zmieniło, a ja tego
nie zauważyłam bo tam nie bywam?
anabell

piątek, 27 marca 2009

Film dokumentalny

Dziś trafia do kin film dokumentalny nagrodzony Oscarem "Człowiek
na linie". Film jest produkcji amerykańsko - brytyjskiej , trwa 1,5
godziny, a jego reżyserem jest James Marsh, dokumentalista.
Film opowiada o wydarzeniach sprzed prawie 35 lat.
Siódmego sierpnia 1974 roku, Philippe Petit, Francuz, przeszedł po
linie rozpiętej pomiędzy szczytami blizniaczych, dzis już nieistniejących
wież World Trade Center w Nowym Jorku. O godzinie 7,15 rano,
25-letni wówczas Petit, bez asekuracji, jedynie z balansem, rozpoczął
trwający 45 minut spacer, w tę i z powrotem, w czasie którego kładł
się na linie i pozdrawiał ściągniętych na dach policjantów. Pod nim
była 400- metrowa przepaść. Dla ludzi obserwujących go z ziemi, był
ledwo widocznym punktem zawieszonym pomiędzy wieżami.
Po zakończeniu tego niezwykłego spaceru, Petit został aresztowany
i przebadany psychiatrycznie.
Philippe (ur.1949r) od najmłodszych lat był "inny". Interesował się
magią i sztukami cyrkowymi a w szkole stale miał problemy.
Samodzielnie nauczył się rysowania, szermierki, stolarstwa, pózniej,
podczas licznych podróży nauczył się języków : hiszpańskiego,
niemieckiego, angielskiego oraz rosyjskiego, ponadto zdobył wiedzę
na temat architektury i budownictwa.
Po linie zaczął chodzic w wieku 16 lat, występował na ulicach Paryża,
na których żonglował, jezdził na motocyklu.
W 90-te urodziny Pabla Picassa dał występ w Vallauris,był to jego
poważniejszy debiut. W tym samym roku (1971) przespacerował
się nielegalnie między wieżami katedry Notre Dame w Paryżu.
W dwa lata pózniej oniemiała z wrażenia publiczność oraz policja,
podziwiała jego spacer pod pylonami Sydney Harbour Bridge.
O budowie dwóch blizniaczych wież w Nowym Jorku, Petit wyczytał
w poczekalni u dentysty. Odtąd stały sie jego obsesją. Przygotowania
do tego przedsięwzięcia trwały 6 lat, a rozpoczęły się na francuskiej
wsi, na dużej łące, nad którą rozpięto ponad 40-metrową linę,
odpowiadajacą odległości pomiędzy wieżami. Kilkakrotnie latał do
Nowego Jorku by zdobyć dane do zbudowania makiet i obmyślenia
sposobu umocowania olinowania.
Nie zdradzę szczegółów przygotowań do tego wyczynu, myśle, że
sami je w kinie zobaczycie. Były naprawdę trudne i niezwykłe.
Po tym nowojorskim wyczynie Philippe stał się sławny. Całkiem
legalnie występował potem w Paryżu -w 1984 roku improwizacja
na linie ze śpiewaczką operową Margaritą Zimmerman, w 1987 r.
przedstawienie w Jerozolimie na kablu łączącym dzielnicę arabską
i żydowską, w 1987 roku spacer w Paryżu na ukośnie zwisającym
kablu, między Palais de Chaillot a drugim poziomem wieży Eiffla.
Zrealizował jeszcze kilka wielce spektakularnych projektów, jak:
opera na linie przeciągniętej przez wąwóz rzeki małe Kolorado,
przejście z Opery w Sydney do Harbour Bridge, oraz spacer na
linie na Wyspie Wielkanocnej.
Wystąpił w kilkunastu filmach, napisał kilka książek.
Balansując na linie, Petit balansował na granicy życia i śmierci,
z czego w pełni zdawał sobie sprawę i mówił o tym otwarcie.
Obecnie Petit mieszka w Nowym Jorku jako artysta rezydent
przy katedrze St.John the Divine.
Dlaczego to robił? A dlaczego himalaiści wspinają się na Mount
Everest? Może tylko dlatego,żeby było pięknie?
anabell

środa, 25 marca 2009

"królewska choroba" - schizofrenia

Schizofrenia jest często spotykanym zaburzeniem psychicznym,
zaliczanym do psychoz endogennych.
Szacuje się, że choroba ta dotyka co setnego Europejczyka. Może
mieć przebieg chroniczny lub cykliczny (częściej). Po fazie ostrej,
trwającej tygodnie lub miesiące, następuje remisja choroby, która
może trwać tygodnie, miesiące a nawet lata.
Nazwa choroby pochodzi od dwóch greckich słów: Schizein i Phren,
czyli : rozszczepić i dusza, umysł.
Przy schizofrenii występują zaburzenia myślenia, postrzegania i
sfery emocjonalnej. Częste są omamy słuchowe i urojenia, czasem
lęki i objawy paniki.
Przebieg i objawy są różne, mogą się też szybko zmieniać. Lekarze
są zdania, że u 1/3 pacjentów choroba ustępuje całkowicie,
niezależnie od tego czy są leczeni czy nie. U reszty pacjentów należy
liczyć się z nawrotami choroby.
Schizofrenia pojawia się najczęściej u mężczyzn w wieku 20 - 25 lat,
u kobiet w wieku 25 - 30 lat.
Niekiedy choroba ujawnia się nagle, a w niektórych przypadkach
jest poprzedzana nawet kilkuletnia fazą wstępną, jak zaburzenia snu
lub stany depresyjne.
Co do przyczyn choroby - nie ma na ten temat zgodności. Wymienia
się i czynniki genetyczno-biologiczne jak i psychospołeczne. Niektóre
badania wykazują związek pomiędzy schizofrenią a uszkodzeniem
okołoporodowym mózgu.
Wyzdrowieniu pacjentów sprzyja obecność rodziny i przyjaciół a
także aktywność zawodowa.
Czynnikami niekorzystnymi - izolacja społeczna i bezczynność.
Niedługo ukaże się w Polsce książka norweskiej psycholog,
Arhild Lauveng pt. "Byłam po drugiej stronie lustra", w której
opowiada o swojej walce z tą chorobą. U autorki zdiagnozowano
schizofrenię bardzo wcześnie, w wieku siedemnastu lat, a na pewno
była chora już jakiś czas wcześniej. Wg specjalistów choroba ta
zdiagnozowana u tak młodych pacjentów zle rokuje, wątpliwe jest
jej całkowite ustąpienie. Jednakże kobiety maja większe szanse, ale
nie z powodu działania żeńskich hormonów, ale dlatego, że umieją
omawiać swe problemy psychiczne.
Siedem lat swego życia autorka spędziła w zakładach zamkniętych.
Potem studiowała psychologię, a teraz, w wieku 36 lat sama
zajmuje się pacjentami cierpiącymi na choroby psychiczne. Wsród
nich ma ok 30 pacjentów ze schizofrenią. Uważa, że dzięki swojej
chorobie latwiej jej jest zrozumieć pacjentów i tym samym nieść im
pomoc. Jednak każdy przypadek jest inny, bo schizofrenia nie jest
chorobą o jednorodnym obrazie klinicznym. Potrzeba od trzech do
sześciu miesięcy, by móc ją zdiagnozować. Nie wszystkie psychozy
wynikają ze schizofrenii.
W wielu krajach schizofrenia to stygmat. Tak było i w Norwegii.
Gdy o historii Arhild Lauveng zrobiło się głośno, znalazło się wielu
ludzi z podobną historią choroby, którzy dotąd nie ośmielili się
mówić o tym publicznie.
Społeczne napiętnowanie sprawia również, że wielu ludzi usiłuje
leczyć się samemu, sięgając po valium, alkohol lub marihuanę...
A bycie częścią społeczności odgrywa fundamentalną rolę
w procesie leczenia.
anabell

poniedziałek, 23 marca 2009

praca + ciężka praca + bardzo ciężka praca =

SUKCES.
Co łączy Justynę Kowalczyk, O.E.Bjoerndalena, Mozarta, Billa Gates'a
i Steva Jobsa? Oni wszyscy odnieśli spektakularny sukces.
Odkąd psychologowie zaczęli analizować kariery utalentowanych osób,
które odniosły sukces, coraz częściej dochodzą do wniosku, że talent nie
odgrywa największej roli w zdobyciu sukcesu.
Mozart - genialne dziecko - jego najwybitniejsze utwory powstały gdy
miał ukończone 21 lat, a więc wtedy, gdy miał juz za soba dziesięć lat
praktyki, jako kompozytor.
The Beatles - od chwili założenia zespołu do ich największego dokonania
artystycznego (Orkiestra Klubu Samotnych Serc Sierzanta Peppera),
minęło.....dziesięć lat.
Bill Gates swój "romans" z komputerem zaczął w roku 1968 i spędzał
odtąd przy komputerze osiem godzin dziennie przez siedem dni w ty-
godniu, przez pięć lat. W ten sposób uczył się programowania.
O.E. Bjoerndalen - co robi "na okrągło"? Trenuje! Na pytanie dziennikarza
" a co pan robi w wolnym czasie?" padła odpowiedz : "trenuję".
Justyna Kowalczyk - od wielu lat trenuje, trenuje, trenuje, doskonali swe
umiejętności przez okrągły rok, bo nawet krótki okres wypoczynku to
leczenie lekkich kontuzji, szykowanie organizmu do następnych wysiłków.
Nie da się ukryć - talent jest zaledwie ułamkiem w drodze do sukcesu-
najważniejsza to ciężka, solidna praca.
W początku lat 90-tych XX wieku, w elitarnej Berlińskiej Akademii Muzycz-
nej , psycholog K. Anders Ericsson, wraz z dwoma swymi kolegami prze-
prowadził następujące badanie:
z pomocą profesorów akademii podzielono studiujących tam skrzypków na
trzy grupy. Grupa pierwsza to były "gwiazdy" - potencjalny materiał na
solistów światowej sławy. W drugiej grupie znależli się studenci, uznani
jedynie za dobrych, a w grupie trzeciej znalezli się ci, którzy raczej nie
zamierzali grac zawodowo ale planowali karierę jako nauczyciele muzyki.
Wszyscy dostali to samo pytanie : Kiedy po raz pierwszy wzięli do ręki
skrzypce i ile godzin dziennie przeznaczali na ćwiczenia. A oto wyniki:
wszyscy uczniowe, we wszystkich grupach rozpoczęli naukę gry w tym
samym wieku, mając pięć lat. Do ósmego roku życia wszyscy ćwiczyli
tak samo - dwie, trzy godziny tygodniowo. W wieku lat ośmiu zaczynają
się już widoczne różnice- ci, których uznano za najlepszych w klasie, zaczęli
ćwiczyc więcej niż inni : sześć godz. tygodniowo w wieku 8-9 lat, osiem
godz.tygodniowo w wieku 10-12 lat, szesnaście godz.tygodniowo w wieku
13 - 14 lat, a w wieku lat 20-tu, z pełna determinacją, świadomie dążąc
do nabrania większej wprawy- grali ponad 30 godzin tygodniowo.
Do chwili ukończenia 20 lat każdy ze studentów grupy artystów ćwiczył
łącznie 10 tysięcy godzin.
Każdy z dobrych uczniów ćwiczył przez 8 tysięcy godzin, a przyszli
nauczyciele muzyki niewiele ponad 4 tysiące godzin.
Taką samą prawidłowość Ericsson zaobserwował porównując pianistów
amatorów z profesjonalistami.
Wyniki tych badań sugerują, że jeżeli muzycy są wystarczająco zdolni,
by dostać się do jednej z najlepszych szkól muzycznych, pózniejsze ich
osiągnięcia zależą tylko od ich własnej pracowitości.
Owa liczba 10 tysięcy godzin ćwiczeń odpowiada mniej więcej trzem
godzinom ćwiczeń dziennie lub 20 godzinom tygodniowo przez okres
dziesięciu lat.
Wydaje się, że nasz mózg potrzebuje tak długiego czasu, aby przyswoić
sobie wszystko co potrzebne, by osiągnąć prawdziwą biegłość
w danej dziedzinie.
Bijąc brawo tym wszystkim, którzy są mistrzami w swojej dyscyplinie
pamietajmy, że ich sukces to odrobina talentu i mnóstwo pracy.
anabell

sobota, 21 marca 2009

Jak z nimi rozmawiać

To nie będą moje dobre rady, ale Williama S.Pollacka, profesora
w harwardzkiej Medical School, który był konsultantem Secret
Service podczas badania strzelanin w szkołach. Swoje porady dla
ojców zawarł w książce "Real Boys". Oto najważniejsze:
-znajdz miejsce sprzyjające rozmowie, w którym będzie się
chłopiec czuł bezpiecznie;
-uszanuj jego potrzebę milczenia.Pozwól mu mówić wtedy, gdy
będzie miał na to ochotę;
-porozumiewaj się z nim przez wspólną aktywność lub zabawę.
Wielu chłopców opowiada o swoich najpoważniejszych proble-
mach właśnie podczas gier czy wspólnych zajęć;
-unikaj ośmieszania go i wyszydzania;
-wyrażaj krótko swoje opinie i czekaj na reakcję.
Nie egzaminuj go;
-zachowaj ciszę i naprawdę wsłuchaj się w to, co mówi syn.
Poświęć mu pełnię swej uwagi;
-powiedz mu, jak bardzo go kochasz i jak bardzo zależy ci, by
był szczęśliwy;
-nie dopinguj go w kółko do większej samodzielności i nieza-
leżności;
-zachęć go do wyrażania emocji;
-zapewnij go, że prawdziwi mężczyzni też płaczą i potrafią
otwarcie opowiadać o swoich problemach, a nie zamykają
się w sobie;
-okazuj mu swoja miłość tak samo otwarcie, jakbys to
robił w stosunku do córki;
-jeśli obserwujesz u niego zachowania agresywne lub pełne
złości, szukaj przyczyn bólu i cierpienia, które tkwią u
ich podłoża.
A jednak dodam coś od siebie - my, dorośli w ferforze
codziennych obowiązków często zapominamy, że dziecko
to przecież też człowiek, tyle, że jeszcze mały.
Zapominamy również, że dziecko jest niezwykle czułe na
fałsz i że bardzo wcześnie wiele rzeczy rozumie a te, których
nie pojmuje często sam sobie żle tłumaczy. Musimy pa-
miętać, że dla kilkulatka wiele spraw wydaje się być nie
do rozwiązania i jesli wtedy nie wytłumaczymy mu, że
z naszą pomocą wszystko się da rozwiązać, będzie wzrastał
w przekonaniu, że wszystko go przerasta.
I pozwólmy mu być jak najdłużej dzieckiem, okazujmy
bardzo dużo czułości i nie śmiejmy sie z jego lęków lub
porażek.
Gdy od małego będziemy z dzieckiem dużo rozmawiać i
zachęcać go do wypowiedzi, w okresie pokwitania będzie
z nim mniej problemów.

anabell

To jest niesamowite!!!

Kochani - stała się rzecz , dla mnie niezmiernie miła, a jednocześnie
zaskakująca:
zaglądam wczoraj na blog Polonki 54 i własnym oczom nie wierzę -
zostałam przez Nią nominowana do Cretiv Blogger.
A dziś -klikam do Effci na Jej "zapiski niesforne" i.....Effcia też mnie
nominowała.
Możecie się ze mnie trochę śmiać, ale dla mnie to wiele znaczy, bo co
jakiś czas mam wątpliwości, czy mam dalej pisać o tym, co głównie
mnie interesuje a innych pewnie znacznie mniej.
Dziękuję Wam Dziewczyny, podtrzymałyście mnie na duchu, wcale
o tym nie wiedząc.
Zdaje się ,że teraz mogę wytypować "swoich" kandydatów i szczerze
żałuję, że to może być tylko 7 osób, a więc:
Atina Bezdomna - jej poczucie humoru często wyciąga mnie z "dołka"
http://ja-cie-krece.blog.onet.pl/
Gospo 38 - z wioski-zabitej-dechami- za tępienie z humorem i pasją,
paradoksów naszej rzeczywistości,
http://wioska-zabita-dechami.blog.onet.pl/
Smoothoperator -za idealizm, dość rzadkie zjawisko w dzisiejszych
brutalnych czasach i za chwile zadumy, które znajduję w Jego
" Kawiarni",
http://kawiarenka-klubokawiarnia.blog.onet.pl/
Jacek -, który w swym "Dziurawym worku" trzyma przezabawny
męski punkt widzenia na kobiety i mężczyzn,
http://dziurawyworek.blog.onet.pl/
Roztrzepaniec - która jest bystrym obserwatorem , a nie zauważyła,
że ma talent do pisania,
http://roztrzepaniec.blog.onet.pl/
Polonka 54- za połaczenie talentu rymowania z merytorycznym
komentarzem,
http://polonka54.blog.onet.pl/
Effcia - która pozornie jest krucha, ale drzemią w Niej pokłady
niespożytej siły.
http://zapiski-niesforne.blog.onet.pl/

Wierzcie mi, Kochani, że najchętniej nagrodziłabym wszystkich
odwiedzających mój blog.
Wasza obecność pomaga mi w przezwyciężaniu moich trudności.
Dziekuję !!!
anabell