Według Banku Światowego skala oszustw podatkowych na świecie
wynosi 350 - 500 mld dolarów.
Aż trudno uwierzyć- okazuje się , że 50% światowych przepływów
finansowych przechodzi przez raje podatkowe. Według danych MFW
goszczą one u siebie 4 tysiące banków, 2 miliony fikcyjnych spółek,
2/3 funduszy spekulacyjnych. Dziesięć bilionów dolarów to wartość
aktywów finansowych ulokowanych w rajach podatkowych, w formie
depozytów lub inwestycji.
Straty amerykańskiego fiskusa związane z uszczupleniem wpływów
za pośrednictwem rajów podatkowych wynoszą 100 miliardów dolarów,
w Niemczech 20 - 25 mld euro, we Francji 15 - 20 mld euro.
Najwięcej owych "edenów" jest w Ameryce Środkowej i na Karaibach ,
bo aż 21, na Oceanie Spokojnym - 7, W Afryce i na Bliskim Wschodzie
po 1, na Oceanie Indyjskim-3, a w Europie - 10.
Cechą charakterystyczną tych miejsc są: bardzo niskie podatki lub
ich brak, brak przejrzystości w systemie podatkowym, brak wymia-
ny informacji finansowych z innymi krajami , przyzwolenie na
działalność fikcyjnych firm. Fenomenalne- same braki a w ich
wyniku- raj.
Kryminaliści i przemytnicy, spekulanci oraz największe instytucje
finansowe są tam reprezentowane. Największy bank świata Citigroup
posiada aż 427 oddziałów, Bank of America 311.
W obliczu wielkich zaburzeń finansowych wszystkie bogate dotąd kraje
zaczynają jednoczyć swe wysiłki, by odzyskać nieco pieniędzy, z któ-
rych zostały obrabowane. Podstawowym krokiem jest zmuszenie
swych krajowych banków do ujawnienia kont bankowych offshore
swoich klientów. W ten sposób Irlandia juz odzyskała ponad miliard
euro.
Walka z rajami podatkowymi dopiero się zaczyna. Wymaga to zmian
przepisów w wielu krajach oraz współdziałanie wielu państw.
A dla tych, którzy cierpią na nadmiar gotówki, którą nie chcą się
podzielić z fiskusem, mini vademecum o europejskich rajach
podatkowych: Monako-niezwykle popularne wśród europejczyków,
poza Francuzami, nie angażuje się w wymianę informacji z admini-
stracja podatkową innych państw (wyjatek stanowi Francja);
Wyspy Normandzkie - bardzo elastyczne prawodawstwo, mają
na swoim terytorium 225 banków i 820 funduszy inwestycyjnych;
Luksemburg -korzystne opodatkowanie dywidend i zysku kapi-
tałowego w połączeniu z tajemnicą bankową; Andora - prawdziwy
raj, państwo bez urzędu skarbowego, całkowicie wolne od podatku.
Budżet państwa finansowany jest z opłat celnych; Zug -ten
szwajcarski kanton przyciągnął wielkie przedsiębiorstwa stawką
podatkową dla firm, wynoszącą 16,4% . To tylko kilka z euro-
pejskich rajów podatkowych.
A gdy zostaniecie prawdziwymi rekinami finansjery to koniecznie
musicie polubić Kajmany. Zlokalizowano tu 268 banków ( a cały
archipelag liczy 260 kmkw), 140 funduszy powierniczych oraz
780 firm ubezpieczeniowych.Przez to niewielkie terytorium
przpływaja rocznie dwa biliony dolarów, czyli jedna dwudziesta
światowego Produktu Krajowego Brutto. Nie płaci się tutaj podatku
dochodowego od firm ani majątkowego. W 2007 r. wartość PKB
na jednego mieszkańca wynosiła 47 tysięcy dolarów, co jest
jednym z najwyższych wskazników na świecie.
anabell
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
niedziela, 5 kwietnia 2009
piątek, 3 kwietnia 2009
Post tylko dla kobiet
Przyznam się bez bicia - ostatni post Roztrzepańca zdopingował
mnie do napisania czegoś zupełnie niepoważnego, co mi tam..
Po napisaniu do niego komentarza, stanęłam przed własnym
lustrem i doszłam do wniosku, że gdybym nagle zgłupiała a do
tego odziedziczyła bardzo pokazny spadek, to wszyscy spece
z zakresu kosmetyki upiększajacej i chirurgii plastycznej nosili
by mnie na rękach.
Zacznijmy od góry - włosy.Stanowczo zbyt rzadkie, zagęścić.
Czoło- zbyt wypukłe, nieco spłaszczyć. Brwi-wymagaja perma-
nentnego makijażu. Rzęsy - permanentny makijaż konieczy.
Oczy - czy można powiększyć oczy? Jeśli tak, to ja poproszę.
Kolor - nie, nie będę zmieniać, podoba mi się. Może za to być
odrobina botoxu, na te "kurze łapki".
Nos - koszmar wymagający interwencji dobrego chirurga, na-
leży go skrócić, nieco zwęzić i przy okazji zrobic porządek z
zatokami szczękowymi - stały stan zapalny.
Usta -permanentny makijaż nieodzowny i odrobina kolagenu,
wypełniająca wargi, będą ponętniejsze.
Broda - zostawię taką jaka jest, ale koniecznie trzeba odessać
nieco podbródek.Zrobił sie jakiś ,taki... Owal twarzy-podciąg-
nąć, najlepiej bez skalpela, wykonamy dermabrazję.
Szyja - no nie wiem, może troche naciągnąć tę skórę? Wtedy
zmarszczki znikną. Uszy- nie dam ruszyć, mam ładne.
Biust -musowo zmniejszyć- jest za duży w stosunku do
obwodu pod biustem, niewygodny, poza tym strasznie dro-
gie porządne biustonosze i trudno je kupić. Od talii do kolan-
przymusowa liposukcja - nazbierało się tłuszczyku, oj nazbie-
rało. Kolana- jedno do usunięcia łąkotki, potrzaskanej, drugie
jest w porządku, już po operacji. Łydki- zostawić, chodzę na
okrągło w spodniach. Stopy - mam bardzo wysokie podbicie,
trudno buty dobrać, no ale nie mam płaskostopia, więc
zostawimy.
I zaczynam się zastanawiać jakim cudem tyle "randkowałam",
znalazłam męża, a moja córka orzekła kiedyś przeglądając
zdjęcia- "wiesz, była z ciebie niezła laska".
No, jak laska to ja się czułam przez pół życia podpierając
wątłe ego mego nieśmiałego dziecka oraz wspierając różne
inicjatywy własnego męża.
Słonecznego weekendu Wam życzę,
anabell
mnie do napisania czegoś zupełnie niepoważnego, co mi tam..
Po napisaniu do niego komentarza, stanęłam przed własnym
lustrem i doszłam do wniosku, że gdybym nagle zgłupiała a do
tego odziedziczyła bardzo pokazny spadek, to wszyscy spece
z zakresu kosmetyki upiększajacej i chirurgii plastycznej nosili
by mnie na rękach.
Zacznijmy od góry - włosy.Stanowczo zbyt rzadkie, zagęścić.
Czoło- zbyt wypukłe, nieco spłaszczyć. Brwi-wymagaja perma-
nentnego makijażu. Rzęsy - permanentny makijaż konieczy.
Oczy - czy można powiększyć oczy? Jeśli tak, to ja poproszę.
Kolor - nie, nie będę zmieniać, podoba mi się. Może za to być
odrobina botoxu, na te "kurze łapki".
Nos - koszmar wymagający interwencji dobrego chirurga, na-
leży go skrócić, nieco zwęzić i przy okazji zrobic porządek z
zatokami szczękowymi - stały stan zapalny.
Usta -permanentny makijaż nieodzowny i odrobina kolagenu,
wypełniająca wargi, będą ponętniejsze.
Broda - zostawię taką jaka jest, ale koniecznie trzeba odessać
nieco podbródek.Zrobił sie jakiś ,taki... Owal twarzy-podciąg-
nąć, najlepiej bez skalpela, wykonamy dermabrazję.
Szyja - no nie wiem, może troche naciągnąć tę skórę? Wtedy
zmarszczki znikną. Uszy- nie dam ruszyć, mam ładne.
Biust -musowo zmniejszyć- jest za duży w stosunku do
obwodu pod biustem, niewygodny, poza tym strasznie dro-
gie porządne biustonosze i trudno je kupić. Od talii do kolan-
przymusowa liposukcja - nazbierało się tłuszczyku, oj nazbie-
rało. Kolana- jedno do usunięcia łąkotki, potrzaskanej, drugie
jest w porządku, już po operacji. Łydki- zostawić, chodzę na
okrągło w spodniach. Stopy - mam bardzo wysokie podbicie,
trudno buty dobrać, no ale nie mam płaskostopia, więc
zostawimy.
I zaczynam się zastanawiać jakim cudem tyle "randkowałam",
znalazłam męża, a moja córka orzekła kiedyś przeglądając
zdjęcia- "wiesz, była z ciebie niezła laska".
No, jak laska to ja się czułam przez pół życia podpierając
wątłe ego mego nieśmiałego dziecka oraz wspierając różne
inicjatywy własnego męża.
Słonecznego weekendu Wam życzę,
anabell
czwartek, 2 kwietnia 2009
Dziwne miejsce - Medjugorie
Na początku czuję się w obowiązku wyjaśnić jedną rzecz -stanowisko
Watykanu oraz innych, niższych rangą instytucji kościelnych, jest
w odniesieniu do objawień w Medjugorie jednoznacznie negatywne.
Moje osobiste zdanie na ten temat nie ma chyba żadnego znaczenia,
ale jeśli nawet czegoś sama nie przeżyłam i nie doświadczyłam i w to
nie wierzę, to nie znaczy, że to "coś" nie istnieje. Widocznie mój mózg
pewnych spraw nie przyswaja.
24 czerwca 1981 r , trójce miejscowych dziewczynek (Ivanca, Mirjana
i Vicka), pózniej kolejnym dzieciom (Ivan, Jakov i Marija) ukazała się
kobieca postać i przedstawiła się jako Gospa, chorwacki odpowiednik
Matki Boskiej.Dzieci miały wówczas od 10 do niespełna 17 lat, a
jedno z pierwszych przesłań , które miało miejsce trzeciego dnia
objawień brzmiało:
Pokój, pokój, pokój - i tylko pokój. Pokój musi zapanować
pomiędzy Bogiem a człowiekiem ale i pomiędzy ludzmi.
Dokładnie dziesięć lat pózniej, 25 czerwca 1991 roku w Jugosławii roz-
gorzała wojna domowa. W dniu tym, ówczesny przywódca Chorwatów,
Franjo Tudjman, ogłosił niepodległość swego kraju. Datę tę wybrał
celowo, by nawiązywała do objawień w Medjugorie. Jak wiemy wojna
ta była najkrwawszym konfliktem w najnowszej historii Europy.
Nasuwa się pytanie - czy to był przypadek, owo objawienie w czasie
gdy nie było żadnego konfliktu i krwawa wojna domowa w 10 lat
pózniej?
Oczywiście natychmiast po objawieniach rozgorzały dyskusje czy
miały boski charakter, czy raczej demoniczny.
Biskup Mostaru, Żanic, jednoznacznie określił je jako dzieło szatana.
Wielce prawdopodobne, że przyczyniło się do takiej opinii przesłanie
z 1 pazdziernika 1981r, mające ewidentnie ekumeniczny charakter :
Wszystkie religie są równe i można osiągnąć zbawienie w każdej
religii.To ludzie stworzyli podziały religijne, podczas gdy Bóg
panuje nad nimi wszystkimi.
Należy szanować wyznanie każdego i respektować jego
sumienie. Duch Boży działa we wszystkich wspólnotach, nawet
jeśli nie wszędzie z taką samą mocą.
W niecały rok pózniej Gospa przekazała: po śmierci ciało ulega
rozkładowi i nigdy nie odżyje.Człowiek otrzymuje ciało przemienione.
Tego dla hierarchów kościelnych było już za wiele.
W efekcie do dziś obowiązuje zakaz organizowania pod auspicjami
Kościoła pielgrzymek do Medjugorie , oczywiście powszechnie
nieprzestrzegany, w tym także w Polsce. Niektóre dane wskazują,
że miejsce to odwiedziło już 50 milionów pielgrzymów!
Oczywiście dzieci z Medjugorie zostały poddane, w okresie objawień
różnym badaniom. Doprowadziły one do konkluzji, że dzieci w
trakcie wizji zapadają w stan tak głębokiego transu,że nie
reagują w ogóle na bodzce zewnętrzne.Wykonane w tym
czasie badania EEG wykazały całkowity zanik cyklu beta,
a dzieci były wówczas wręcz super przytomne i osiągały
stan czystej medytacji , zaobserwowany jedynie u garstki
trapistów czy mnichów buddyjskich podczas modlitwy.
Zdaniem zespołu lekarzy badających dzieci,ekstaza owa nie
miała charakteru patologicznego ani nie zawierała elementu
oszustwa.Niemniej żadna dyscyplinanaukowa nie jest w
stanie opisać tego zjawiska.
Należy przy tym powiedzieć, że żadna z osób towarzyszących dzieciom
podczas objawień nie widziała postaci Gospy.
W kregu poważnych badaczy wciąż powraca pytanie, co naprawdę
kryje się za wydarzeniami w Medjugorie .
W ciągu tych lat niejednokrotnie bowiem setki zgromadzonych tam
ludzi oglądało tzw. cud wirującego Słońca. Zapisy filmowe tego
zjawiska można prześledzić na stronach internetowych poprzez
wyszukiwarkę YouTube, po wpisaniu hasła Miracolo del Sole.
Tak naprawdę nikt nie wie, co to za zjawisko bo w momencie gdy
do niego dochodzi jest ono widoczne tylko w Medjugorie, a w
oddalonym o 25 km Mostarze, osoby spoglądające w stronę Medju-
gorie nic takiego nie widzą .
Pielgrzymki nadal przyjeżdżają do Medjugorie, Kościól nie popiera,
wokół Medjugorie kwitnie handel naprawdę rozpaczliwie brzydkimi
gadżetami a przerózni badacze starają się rozwiązać zagadkę
tego miejsca.
anabell
Watykanu oraz innych, niższych rangą instytucji kościelnych, jest
w odniesieniu do objawień w Medjugorie jednoznacznie negatywne.
Moje osobiste zdanie na ten temat nie ma chyba żadnego znaczenia,
ale jeśli nawet czegoś sama nie przeżyłam i nie doświadczyłam i w to
nie wierzę, to nie znaczy, że to "coś" nie istnieje. Widocznie mój mózg
pewnych spraw nie przyswaja.
24 czerwca 1981 r , trójce miejscowych dziewczynek (Ivanca, Mirjana
i Vicka), pózniej kolejnym dzieciom (Ivan, Jakov i Marija) ukazała się
kobieca postać i przedstawiła się jako Gospa, chorwacki odpowiednik
Matki Boskiej.Dzieci miały wówczas od 10 do niespełna 17 lat, a
jedno z pierwszych przesłań , które miało miejsce trzeciego dnia
objawień brzmiało:
Pokój, pokój, pokój - i tylko pokój. Pokój musi zapanować
pomiędzy Bogiem a człowiekiem ale i pomiędzy ludzmi.
Dokładnie dziesięć lat pózniej, 25 czerwca 1991 roku w Jugosławii roz-
gorzała wojna domowa. W dniu tym, ówczesny przywódca Chorwatów,
Franjo Tudjman, ogłosił niepodległość swego kraju. Datę tę wybrał
celowo, by nawiązywała do objawień w Medjugorie. Jak wiemy wojna
ta była najkrwawszym konfliktem w najnowszej historii Europy.
Nasuwa się pytanie - czy to był przypadek, owo objawienie w czasie
gdy nie było żadnego konfliktu i krwawa wojna domowa w 10 lat
pózniej?
Oczywiście natychmiast po objawieniach rozgorzały dyskusje czy
miały boski charakter, czy raczej demoniczny.
Biskup Mostaru, Żanic, jednoznacznie określił je jako dzieło szatana.
Wielce prawdopodobne, że przyczyniło się do takiej opinii przesłanie
z 1 pazdziernika 1981r, mające ewidentnie ekumeniczny charakter :
Wszystkie religie są równe i można osiągnąć zbawienie w każdej
religii.To ludzie stworzyli podziały religijne, podczas gdy Bóg
panuje nad nimi wszystkimi.
Należy szanować wyznanie każdego i respektować jego
sumienie. Duch Boży działa we wszystkich wspólnotach, nawet
jeśli nie wszędzie z taką samą mocą.
W niecały rok pózniej Gospa przekazała: po śmierci ciało ulega
rozkładowi i nigdy nie odżyje.Człowiek otrzymuje ciało przemienione.
Tego dla hierarchów kościelnych było już za wiele.
W efekcie do dziś obowiązuje zakaz organizowania pod auspicjami
Kościoła pielgrzymek do Medjugorie , oczywiście powszechnie
nieprzestrzegany, w tym także w Polsce. Niektóre dane wskazują,
że miejsce to odwiedziło już 50 milionów pielgrzymów!
Oczywiście dzieci z Medjugorie zostały poddane, w okresie objawień
różnym badaniom. Doprowadziły one do konkluzji, że dzieci w
trakcie wizji zapadają w stan tak głębokiego transu,że nie
reagują w ogóle na bodzce zewnętrzne.Wykonane w tym
czasie badania EEG wykazały całkowity zanik cyklu beta,
a dzieci były wówczas wręcz super przytomne i osiągały
stan czystej medytacji , zaobserwowany jedynie u garstki
trapistów czy mnichów buddyjskich podczas modlitwy.
Zdaniem zespołu lekarzy badających dzieci,ekstaza owa nie
miała charakteru patologicznego ani nie zawierała elementu
oszustwa.Niemniej żadna dyscyplinanaukowa nie jest w
stanie opisać tego zjawiska.
Należy przy tym powiedzieć, że żadna z osób towarzyszących dzieciom
podczas objawień nie widziała postaci Gospy.
W kregu poważnych badaczy wciąż powraca pytanie, co naprawdę
kryje się za wydarzeniami w Medjugorie .
W ciągu tych lat niejednokrotnie bowiem setki zgromadzonych tam
ludzi oglądało tzw. cud wirującego Słońca. Zapisy filmowe tego
zjawiska można prześledzić na stronach internetowych poprzez
wyszukiwarkę YouTube, po wpisaniu hasła Miracolo del Sole.
Tak naprawdę nikt nie wie, co to za zjawisko bo w momencie gdy
do niego dochodzi jest ono widoczne tylko w Medjugorie, a w
oddalonym o 25 km Mostarze, osoby spoglądające w stronę Medju-
gorie nic takiego nie widzą .
Pielgrzymki nadal przyjeżdżają do Medjugorie, Kościól nie popiera,
wokół Medjugorie kwitnie handel naprawdę rozpaczliwie brzydkimi
gadżetami a przerózni badacze starają się rozwiązać zagadkę
tego miejsca.
anabell
poniedziałek, 30 marca 2009
Trzeba umieć znależć szczęście
Z badań naukowych wynika, że pieniądze naprawdę szczęścia nie dadzą.
Nie śmiejcie się, chociaż powiedzenie to znane jest od lat, naukowcy
prowadzą badania na ten temat. No coż, trzeba wszak czymś się wykazać.
Psycholog David Lykken z uniwersytetu stanowego w Minnesocie wysnuł
tezę, że szczęście tkwi ...w genach. Badaniami objął wyselekcjonowaną
grupę złożoną z 1500 par blizniąt.
W 1996 roku badane bliznięta odpowiadały na pytania ankiety, która
miała oszacować ich poczucie dobrostanu. Korelacje między odpowiedziami
dowiodły,że to co dziedziczymy po przodkach, odgrywa co najmniej równie
wielka rolę, jak zmienne koleje życia.
Zdaniem Lykkena pieniądz nas nie uszczęsliwia: poziom dochodów, fakt
życia w związku małżeńskim, religia oraz poziom wykształcenia, zaledwie
w 8% przyczyniaja sie do poczucia szczęścia jednostki. Poza tym szczęście
nie jest stanem stałym, można w jednej chwili czuć się szczęśliwym, a w
następnej zupełnie odwrotnie.
Okazuje się, że nasze subiektywne poczucie szczęścia lub nieszczęścia jest
zdeterminowane nierównowagą dopaminy, serotoniny i noradrenaliny.
Są to neuroprzekazniki o zasadniczym znaczeniu dla motoryki i działania.
Ich zródło znajduje się w brzusznym polu nakrywki śródmózgowia oraz
w podwzgórzu, które odgrywa kluczową rolę w regulacji popędów takich
jak głód, pragnienie, pożądanie seksualne.
Całość tych struktur nazwano "układem nagrody". Rozkoszowanie się
czekoladą, uprawianie seksu lub bieganie (jeśli jesteśmy dobrze wytre-
nowani) mogą aktywować układ nagrody i wywoływać uczucie zadowolenia.
Dopaminę zakwalifikowano jako "hormon szczęścia" , podobnie jak endor-
finę (rodzaj naturalnej morfiny wytwarzanej przez mózg) oraz serotoninę.
Niektórzy maja w obiegu więcej dopaminy niż wynosi przeciętna i są
uważani za osobników bardziej skłonnych do osiągania szczęścia. To ci,
którzy częściej widzą jasne strony życia.
A co z tymi, którzy są mniej chojnie wyposażeni w owe neuroprzekazniki?
Nie ma powodu, by zazdrościć tym osobnikom lepiej wyposażonym.
Trzeba pamiętać, że bardzo szybko przyzwyczajamy się do faktu realizacji
naszych największych pragnień, a potem znów zaczynamy czuć, że czegoś
nam brak. Skazuje nas to na coraz szybszy bieg "po ścieżce szczęścia",
oczekując jego spełnienia.
Aby nie nakręcać w nieskończoność owej spirali pogoni za szczęściem, należy
pogodzić się z faktem, że życie składa się nie tylko z przyjemności, ale
również z rozczarowań, strat i niewygód. Sekret bogatego, spełnionego życia
polega na doświadczeniu pełnej skali emocji.
Już samo dążenie do jakiegoś celu może nam przynieść szczęście. A ciężka
praca nad realizacją podjętych wyzwań chroni nas przed takimi negatywnymi
emocjami jak strach czy stany depresyjne.
Psycholodzy twierdzą, że najlepszym sposobem osiągnięcia szczęścia jest
budowanie trwałych i silnych więzów z innymi ludżmi. To jedyna, skuteczna
ochrona przed upadkami i rozczarowaniami, jakich nie szczędzi nam życie.
I nie bójmy sie odrobiny pesymizmu- pesymiści są w stanie wyobrazić sobie
tylko czarne scenariusze i dzięki temu mogą zapobiec ich skutkom.
A teraz, gdy już wiemy o tych "chemicznych uwarunkowaniach" poczucia
szczęścia usiądzmy i pomyślmy: Czy jestem szczęśliwa/y ?
Napiszcie, zapraszam....
anabell
Nie śmiejcie się, chociaż powiedzenie to znane jest od lat, naukowcy
prowadzą badania na ten temat. No coż, trzeba wszak czymś się wykazać.
Psycholog David Lykken z uniwersytetu stanowego w Minnesocie wysnuł
tezę, że szczęście tkwi ...w genach. Badaniami objął wyselekcjonowaną
grupę złożoną z 1500 par blizniąt.
W 1996 roku badane bliznięta odpowiadały na pytania ankiety, która
miała oszacować ich poczucie dobrostanu. Korelacje między odpowiedziami
dowiodły,że to co dziedziczymy po przodkach, odgrywa co najmniej równie
wielka rolę, jak zmienne koleje życia.
Zdaniem Lykkena pieniądz nas nie uszczęsliwia: poziom dochodów, fakt
życia w związku małżeńskim, religia oraz poziom wykształcenia, zaledwie
w 8% przyczyniaja sie do poczucia szczęścia jednostki. Poza tym szczęście
nie jest stanem stałym, można w jednej chwili czuć się szczęśliwym, a w
następnej zupełnie odwrotnie.
Okazuje się, że nasze subiektywne poczucie szczęścia lub nieszczęścia jest
zdeterminowane nierównowagą dopaminy, serotoniny i noradrenaliny.
Są to neuroprzekazniki o zasadniczym znaczeniu dla motoryki i działania.
Ich zródło znajduje się w brzusznym polu nakrywki śródmózgowia oraz
w podwzgórzu, które odgrywa kluczową rolę w regulacji popędów takich
jak głód, pragnienie, pożądanie seksualne.
Całość tych struktur nazwano "układem nagrody". Rozkoszowanie się
czekoladą, uprawianie seksu lub bieganie (jeśli jesteśmy dobrze wytre-
nowani) mogą aktywować układ nagrody i wywoływać uczucie zadowolenia.
Dopaminę zakwalifikowano jako "hormon szczęścia" , podobnie jak endor-
finę (rodzaj naturalnej morfiny wytwarzanej przez mózg) oraz serotoninę.
Niektórzy maja w obiegu więcej dopaminy niż wynosi przeciętna i są
uważani za osobników bardziej skłonnych do osiągania szczęścia. To ci,
którzy częściej widzą jasne strony życia.
A co z tymi, którzy są mniej chojnie wyposażeni w owe neuroprzekazniki?
Nie ma powodu, by zazdrościć tym osobnikom lepiej wyposażonym.
Trzeba pamiętać, że bardzo szybko przyzwyczajamy się do faktu realizacji
naszych największych pragnień, a potem znów zaczynamy czuć, że czegoś
nam brak. Skazuje nas to na coraz szybszy bieg "po ścieżce szczęścia",
oczekując jego spełnienia.
Aby nie nakręcać w nieskończoność owej spirali pogoni za szczęściem, należy
pogodzić się z faktem, że życie składa się nie tylko z przyjemności, ale
również z rozczarowań, strat i niewygód. Sekret bogatego, spełnionego życia
polega na doświadczeniu pełnej skali emocji.
Już samo dążenie do jakiegoś celu może nam przynieść szczęście. A ciężka
praca nad realizacją podjętych wyzwań chroni nas przed takimi negatywnymi
emocjami jak strach czy stany depresyjne.
Psycholodzy twierdzą, że najlepszym sposobem osiągnięcia szczęścia jest
budowanie trwałych i silnych więzów z innymi ludżmi. To jedyna, skuteczna
ochrona przed upadkami i rozczarowaniami, jakich nie szczędzi nam życie.
I nie bójmy sie odrobiny pesymizmu- pesymiści są w stanie wyobrazić sobie
tylko czarne scenariusze i dzięki temu mogą zapobiec ich skutkom.
A teraz, gdy już wiemy o tych "chemicznych uwarunkowaniach" poczucia
szczęścia usiądzmy i pomyślmy: Czy jestem szczęśliwa/y ?
Napiszcie, zapraszam....
anabell
niedziela, 29 marca 2009
Baaaardzo nie lubię niedzieli
Zapewne większość z Was pamięta film pt. "Nie lubię poniedziałków".
A ja nie lubię niedziel i to chyba od wielu już lat. Dla mnie to taki
nijaki dzień. Chyba najmniej mi przeszkadzała niedziela, gdy byłam
dzieckiem. Wprawdzie zmuszano mnie, bym szła na 9 rano na mszę
"dla dzieci", na której i tak pełno było dzieci w wieku osiemdziesięciu
paru lat, które ksiądz prosił, by następnym razem przyszły na inną
godzinę, na bardziej stosowną do ich wieku mszę, ale można było to
wytrzymać. Potem następowała przyjemniejsza część dnia, czyli
wyprawa do któregoś z muzeum lub do Zachęty , albo na zwiedzanie
zabytków własnego miasta. W cieplejsze dni obowiązkowa wyprawa
w plener, ale to nie było dla mnie najmilszym zajęciem.
A w wiele lat pózniej do niedzieli dołączył drugi dzień wolny, sobota.
W tygodniu miałam dzień "uporzadkowany", podzielony na różne
czynności, w tym również na cenne godziny, gdy byłam sama w
domu i mogłam robić co mi się rzewnie podobało, nie odpowiadając
na pytania : po co, na co, dlaczego. Niestety te dwa dni wolne od
pracy pozbawiały mnie tego komfortu. Na domiar złego należało
jakoś zagospodarować te dwa dni, np. przenosząc się w plener.
Wtedy "odkryłam" jak marne okolice ma nasza stolica, jak brak
jest jakiejkolwiek infrastruktury umożliwiającej miłe spędzenie czasu.
Większość znajomych zakupiła "działki rekreacyjne" dziwiąc się, że
my nie chcemy działki. Ale ja naprawde nie lubię działki, grzebania
w ziemi, opędzania się od much, komarów i innych insektów i
przyjeżdżania ciągle w to samo miejsce. Wiem, wiem, marudna baba
ze mnie, ale w tym punkcie mamy z mężem te same odczucia.
No a obecnie -nie lubię już tylko niedzielnych poranków, gdy muszę
rano wyjść na spacer z psem. Moje zwierzątko nie należy do rannych
ptaszków i przeważnie wychodzę z nim około godziny 9 -tej. Staram
się nie bywać na trasie wiernych wychodzących z kościoła, bo
zawsze mnie coś zbulwersuje. Wydawałoby się, że udział w mszy
powinien w pewien sposób uszlachetnić jej uczestników, wznieść ich
myśli na nieco wyższy poziom, wzbudzić szlachetniejsze uczucia.
Właśnie dziś moje psisko zaciągnęlo mnie na trasę, którą idą grupy
wiernych. Pies stał jak wryty, węsząc zawzięcie, a obok mnie prze-
snuwały się grupki ludzi, wymieniając głośno przeróżne uwagi.
.."no wiesz, przecież oni mają już 3 dzieci, a ona znów jest w ciąży,
po co..."
..."nie rozumiem po co ludzie mają psy, nikomu to nie jest".....
..."zadzwoń do ciotki, co jej się wydaje, ja na forsie nie śpię, niech"...
..."no chodz prędzej, trzeba jechać do Arkadii (CH) podobno są
świetne buty skórzane, i zobaczymy co jeszcze...."
..."widziałaś tą M.? ale się zestroiła! ten jej berecik w kratkę, no,
ja bym tego nie włożyła nawet do stodoły. A jak fałszowała! a ta
G. to się szczerzyła wyraznie do tego faceta spod trójki, może ona
myśli, że młodo wygląda?....
Obejrzałam się dyskretnie, za mną w odległości 70 cm stały 3 panie,
"odstawione " odświętnie. Najwyrazniej na kogoś czekały.
..."a czemu ten pies taki smutny?nie powinna go pani trzymać na
smyczy, on przez to taki smutny"... -wydała werdykt.
..." no właśnie, pies powinien się wybiegać, a pani go męczy, pani
nie rozumie psiej natury..." dołączyła się druga..
Nie wyrobiłam - wzięłam psa na ręce i bez słowa ruszyłam w stronę
domu. Wyobrażam sobie, co o mnie potem mówiły, ale to mnie
mało wzrusza.
Już dawno zauważyłam pewną prawidłowość - większość wiernych
opuszczających kościół po mszy, ma takie pięknie zawzięte miny,
spojrzenie z gatunku "komu by dowalić" a strzępy dolatujących
rozmów też nie świadczą o miłości blizniego.
Naprawdę nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale może mnie się tylko
wydaje, że religia katolicka głosi miłość blizniego? Może od czasów
gdy chodziłam w dzieciństwie do kościoła coś się zmieniło, a ja tego
nie zauważyłam bo tam nie bywam?
anabell
A ja nie lubię niedziel i to chyba od wielu już lat. Dla mnie to taki
nijaki dzień. Chyba najmniej mi przeszkadzała niedziela, gdy byłam
dzieckiem. Wprawdzie zmuszano mnie, bym szła na 9 rano na mszę
"dla dzieci", na której i tak pełno było dzieci w wieku osiemdziesięciu
paru lat, które ksiądz prosił, by następnym razem przyszły na inną
godzinę, na bardziej stosowną do ich wieku mszę, ale można było to
wytrzymać. Potem następowała przyjemniejsza część dnia, czyli
wyprawa do któregoś z muzeum lub do Zachęty , albo na zwiedzanie
zabytków własnego miasta. W cieplejsze dni obowiązkowa wyprawa
w plener, ale to nie było dla mnie najmilszym zajęciem.
A w wiele lat pózniej do niedzieli dołączył drugi dzień wolny, sobota.
W tygodniu miałam dzień "uporzadkowany", podzielony na różne
czynności, w tym również na cenne godziny, gdy byłam sama w
domu i mogłam robić co mi się rzewnie podobało, nie odpowiadając
na pytania : po co, na co, dlaczego. Niestety te dwa dni wolne od
pracy pozbawiały mnie tego komfortu. Na domiar złego należało
jakoś zagospodarować te dwa dni, np. przenosząc się w plener.
Wtedy "odkryłam" jak marne okolice ma nasza stolica, jak brak
jest jakiejkolwiek infrastruktury umożliwiającej miłe spędzenie czasu.
Większość znajomych zakupiła "działki rekreacyjne" dziwiąc się, że
my nie chcemy działki. Ale ja naprawde nie lubię działki, grzebania
w ziemi, opędzania się od much, komarów i innych insektów i
przyjeżdżania ciągle w to samo miejsce. Wiem, wiem, marudna baba
ze mnie, ale w tym punkcie mamy z mężem te same odczucia.
No a obecnie -nie lubię już tylko niedzielnych poranków, gdy muszę
rano wyjść na spacer z psem. Moje zwierzątko nie należy do rannych
ptaszków i przeważnie wychodzę z nim około godziny 9 -tej. Staram
się nie bywać na trasie wiernych wychodzących z kościoła, bo
zawsze mnie coś zbulwersuje. Wydawałoby się, że udział w mszy
powinien w pewien sposób uszlachetnić jej uczestników, wznieść ich
myśli na nieco wyższy poziom, wzbudzić szlachetniejsze uczucia.
Właśnie dziś moje psisko zaciągnęlo mnie na trasę, którą idą grupy
wiernych. Pies stał jak wryty, węsząc zawzięcie, a obok mnie prze-
snuwały się grupki ludzi, wymieniając głośno przeróżne uwagi.
.."no wiesz, przecież oni mają już 3 dzieci, a ona znów jest w ciąży,
po co..."
..."nie rozumiem po co ludzie mają psy, nikomu to nie jest".....
..."zadzwoń do ciotki, co jej się wydaje, ja na forsie nie śpię, niech"...
..."no chodz prędzej, trzeba jechać do Arkadii (CH) podobno są
świetne buty skórzane, i zobaczymy co jeszcze...."
..."widziałaś tą M.? ale się zestroiła! ten jej berecik w kratkę, no,
ja bym tego nie włożyła nawet do stodoły. A jak fałszowała! a ta
G. to się szczerzyła wyraznie do tego faceta spod trójki, może ona
myśli, że młodo wygląda?....
Obejrzałam się dyskretnie, za mną w odległości 70 cm stały 3 panie,
"odstawione " odświętnie. Najwyrazniej na kogoś czekały.
..."a czemu ten pies taki smutny?nie powinna go pani trzymać na
smyczy, on przez to taki smutny"... -wydała werdykt.
..." no właśnie, pies powinien się wybiegać, a pani go męczy, pani
nie rozumie psiej natury..." dołączyła się druga..
Nie wyrobiłam - wzięłam psa na ręce i bez słowa ruszyłam w stronę
domu. Wyobrażam sobie, co o mnie potem mówiły, ale to mnie
mało wzrusza.
Już dawno zauważyłam pewną prawidłowość - większość wiernych
opuszczających kościół po mszy, ma takie pięknie zawzięte miny,
spojrzenie z gatunku "komu by dowalić" a strzępy dolatujących
rozmów też nie świadczą o miłości blizniego.
Naprawdę nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale może mnie się tylko
wydaje, że religia katolicka głosi miłość blizniego? Może od czasów
gdy chodziłam w dzieciństwie do kościoła coś się zmieniło, a ja tego
nie zauważyłam bo tam nie bywam?
anabell
piątek, 27 marca 2009
Film dokumentalny
Dziś trafia do kin film dokumentalny nagrodzony Oscarem "Człowiek
na linie". Film jest produkcji amerykańsko - brytyjskiej , trwa 1,5
godziny, a jego reżyserem jest James Marsh, dokumentalista.
Film opowiada o wydarzeniach sprzed prawie 35 lat.
Siódmego sierpnia 1974 roku, Philippe Petit, Francuz, przeszedł po
linie rozpiętej pomiędzy szczytami blizniaczych, dzis już nieistniejących
wież World Trade Center w Nowym Jorku. O godzinie 7,15 rano,
25-letni wówczas Petit, bez asekuracji, jedynie z balansem, rozpoczął
trwający 45 minut spacer, w tę i z powrotem, w czasie którego kładł
się na linie i pozdrawiał ściągniętych na dach policjantów. Pod nim
była 400- metrowa przepaść. Dla ludzi obserwujących go z ziemi, był
ledwo widocznym punktem zawieszonym pomiędzy wieżami.
Po zakończeniu tego niezwykłego spaceru, Petit został aresztowany
i przebadany psychiatrycznie.
Philippe (ur.1949r) od najmłodszych lat był "inny". Interesował się
magią i sztukami cyrkowymi a w szkole stale miał problemy.
Samodzielnie nauczył się rysowania, szermierki, stolarstwa, pózniej,
podczas licznych podróży nauczył się języków : hiszpańskiego,
niemieckiego, angielskiego oraz rosyjskiego, ponadto zdobył wiedzę
na temat architektury i budownictwa.
Po linie zaczął chodzic w wieku 16 lat, występował na ulicach Paryża,
na których żonglował, jezdził na motocyklu.
W 90-te urodziny Pabla Picassa dał występ w Vallauris,był to jego
poważniejszy debiut. W tym samym roku (1971) przespacerował
się nielegalnie między wieżami katedry Notre Dame w Paryżu.
W dwa lata pózniej oniemiała z wrażenia publiczność oraz policja,
podziwiała jego spacer pod pylonami Sydney Harbour Bridge.
O budowie dwóch blizniaczych wież w Nowym Jorku, Petit wyczytał
w poczekalni u dentysty. Odtąd stały sie jego obsesją. Przygotowania
do tego przedsięwzięcia trwały 6 lat, a rozpoczęły się na francuskiej
wsi, na dużej łące, nad którą rozpięto ponad 40-metrową linę,
odpowiadajacą odległości pomiędzy wieżami. Kilkakrotnie latał do
Nowego Jorku by zdobyć dane do zbudowania makiet i obmyślenia
sposobu umocowania olinowania.
Nie zdradzę szczegółów przygotowań do tego wyczynu, myśle, że
sami je w kinie zobaczycie. Były naprawdę trudne i niezwykłe.
Po tym nowojorskim wyczynie Philippe stał się sławny. Całkiem
legalnie występował potem w Paryżu -w 1984 roku improwizacja
na linie ze śpiewaczką operową Margaritą Zimmerman, w 1987 r.
przedstawienie w Jerozolimie na kablu łączącym dzielnicę arabską
i żydowską, w 1987 roku spacer w Paryżu na ukośnie zwisającym
kablu, między Palais de Chaillot a drugim poziomem wieży Eiffla.
Zrealizował jeszcze kilka wielce spektakularnych projektów, jak:
opera na linie przeciągniętej przez wąwóz rzeki małe Kolorado,
przejście z Opery w Sydney do Harbour Bridge, oraz spacer na
linie na Wyspie Wielkanocnej.
Wystąpił w kilkunastu filmach, napisał kilka książek.
Balansując na linie, Petit balansował na granicy życia i śmierci,
z czego w pełni zdawał sobie sprawę i mówił o tym otwarcie.
Obecnie Petit mieszka w Nowym Jorku jako artysta rezydent
przy katedrze St.John the Divine.
Dlaczego to robił? A dlaczego himalaiści wspinają się na Mount
Everest? Może tylko dlatego,żeby było pięknie?
anabell
na linie". Film jest produkcji amerykańsko - brytyjskiej , trwa 1,5
godziny, a jego reżyserem jest James Marsh, dokumentalista.
Film opowiada o wydarzeniach sprzed prawie 35 lat.
Siódmego sierpnia 1974 roku, Philippe Petit, Francuz, przeszedł po
linie rozpiętej pomiędzy szczytami blizniaczych, dzis już nieistniejących
wież World Trade Center w Nowym Jorku. O godzinie 7,15 rano,
25-letni wówczas Petit, bez asekuracji, jedynie z balansem, rozpoczął
trwający 45 minut spacer, w tę i z powrotem, w czasie którego kładł
się na linie i pozdrawiał ściągniętych na dach policjantów. Pod nim
była 400- metrowa przepaść. Dla ludzi obserwujących go z ziemi, był
ledwo widocznym punktem zawieszonym pomiędzy wieżami.
Po zakończeniu tego niezwykłego spaceru, Petit został aresztowany
i przebadany psychiatrycznie.
Philippe (ur.1949r) od najmłodszych lat był "inny". Interesował się
magią i sztukami cyrkowymi a w szkole stale miał problemy.
Samodzielnie nauczył się rysowania, szermierki, stolarstwa, pózniej,
podczas licznych podróży nauczył się języków : hiszpańskiego,
niemieckiego, angielskiego oraz rosyjskiego, ponadto zdobył wiedzę
na temat architektury i budownictwa.
Po linie zaczął chodzic w wieku 16 lat, występował na ulicach Paryża,
na których żonglował, jezdził na motocyklu.
W 90-te urodziny Pabla Picassa dał występ w Vallauris,był to jego
poważniejszy debiut. W tym samym roku (1971) przespacerował
się nielegalnie między wieżami katedry Notre Dame w Paryżu.
W dwa lata pózniej oniemiała z wrażenia publiczność oraz policja,
podziwiała jego spacer pod pylonami Sydney Harbour Bridge.
O budowie dwóch blizniaczych wież w Nowym Jorku, Petit wyczytał
w poczekalni u dentysty. Odtąd stały sie jego obsesją. Przygotowania
do tego przedsięwzięcia trwały 6 lat, a rozpoczęły się na francuskiej
wsi, na dużej łące, nad którą rozpięto ponad 40-metrową linę,
odpowiadajacą odległości pomiędzy wieżami. Kilkakrotnie latał do
Nowego Jorku by zdobyć dane do zbudowania makiet i obmyślenia
sposobu umocowania olinowania.
Nie zdradzę szczegółów przygotowań do tego wyczynu, myśle, że
sami je w kinie zobaczycie. Były naprawdę trudne i niezwykłe.
Po tym nowojorskim wyczynie Philippe stał się sławny. Całkiem
legalnie występował potem w Paryżu -w 1984 roku improwizacja
na linie ze śpiewaczką operową Margaritą Zimmerman, w 1987 r.
przedstawienie w Jerozolimie na kablu łączącym dzielnicę arabską
i żydowską, w 1987 roku spacer w Paryżu na ukośnie zwisającym
kablu, między Palais de Chaillot a drugim poziomem wieży Eiffla.
Zrealizował jeszcze kilka wielce spektakularnych projektów, jak:
opera na linie przeciągniętej przez wąwóz rzeki małe Kolorado,
przejście z Opery w Sydney do Harbour Bridge, oraz spacer na
linie na Wyspie Wielkanocnej.
Wystąpił w kilkunastu filmach, napisał kilka książek.
Balansując na linie, Petit balansował na granicy życia i śmierci,
z czego w pełni zdawał sobie sprawę i mówił o tym otwarcie.
Obecnie Petit mieszka w Nowym Jorku jako artysta rezydent
przy katedrze St.John the Divine.
Dlaczego to robił? A dlaczego himalaiści wspinają się na Mount
Everest? Może tylko dlatego,żeby było pięknie?
anabell
środa, 25 marca 2009
"królewska choroba" - schizofrenia
Schizofrenia jest często spotykanym zaburzeniem psychicznym,
zaliczanym do psychoz endogennych.
Szacuje się, że choroba ta dotyka co setnego Europejczyka. Może
mieć przebieg chroniczny lub cykliczny (częściej). Po fazie ostrej,
trwającej tygodnie lub miesiące, następuje remisja choroby, która
może trwać tygodnie, miesiące a nawet lata.
Nazwa choroby pochodzi od dwóch greckich słów: Schizein i Phren,
czyli : rozszczepić i dusza, umysł.
Przy schizofrenii występują zaburzenia myślenia, postrzegania i
sfery emocjonalnej. Częste są omamy słuchowe i urojenia, czasem
lęki i objawy paniki.
Przebieg i objawy są różne, mogą się też szybko zmieniać. Lekarze
są zdania, że u 1/3 pacjentów choroba ustępuje całkowicie,
niezależnie od tego czy są leczeni czy nie. U reszty pacjentów należy
liczyć się z nawrotami choroby.
Schizofrenia pojawia się najczęściej u mężczyzn w wieku 20 - 25 lat,
u kobiet w wieku 25 - 30 lat.
Niekiedy choroba ujawnia się nagle, a w niektórych przypadkach
jest poprzedzana nawet kilkuletnia fazą wstępną, jak zaburzenia snu
lub stany depresyjne.
Co do przyczyn choroby - nie ma na ten temat zgodności. Wymienia
się i czynniki genetyczno-biologiczne jak i psychospołeczne. Niektóre
badania wykazują związek pomiędzy schizofrenią a uszkodzeniem
okołoporodowym mózgu.
Wyzdrowieniu pacjentów sprzyja obecność rodziny i przyjaciół a
także aktywność zawodowa.
Czynnikami niekorzystnymi - izolacja społeczna i bezczynność.
Niedługo ukaże się w Polsce książka norweskiej psycholog,
Arhild Lauveng pt. "Byłam po drugiej stronie lustra", w której
opowiada o swojej walce z tą chorobą. U autorki zdiagnozowano
schizofrenię bardzo wcześnie, w wieku siedemnastu lat, a na pewno
była chora już jakiś czas wcześniej. Wg specjalistów choroba ta
zdiagnozowana u tak młodych pacjentów zle rokuje, wątpliwe jest
jej całkowite ustąpienie. Jednakże kobiety maja większe szanse, ale
nie z powodu działania żeńskich hormonów, ale dlatego, że umieją
omawiać swe problemy psychiczne.
Siedem lat swego życia autorka spędziła w zakładach zamkniętych.
Potem studiowała psychologię, a teraz, w wieku 36 lat sama
zajmuje się pacjentami cierpiącymi na choroby psychiczne. Wsród
nich ma ok 30 pacjentów ze schizofrenią. Uważa, że dzięki swojej
chorobie latwiej jej jest zrozumieć pacjentów i tym samym nieść im
pomoc. Jednak każdy przypadek jest inny, bo schizofrenia nie jest
chorobą o jednorodnym obrazie klinicznym. Potrzeba od trzech do
sześciu miesięcy, by móc ją zdiagnozować. Nie wszystkie psychozy
wynikają ze schizofrenii.
W wielu krajach schizofrenia to stygmat. Tak było i w Norwegii.
Gdy o historii Arhild Lauveng zrobiło się głośno, znalazło się wielu
ludzi z podobną historią choroby, którzy dotąd nie ośmielili się
mówić o tym publicznie.
Społeczne napiętnowanie sprawia również, że wielu ludzi usiłuje
leczyć się samemu, sięgając po valium, alkohol lub marihuanę...
A bycie częścią społeczności odgrywa fundamentalną rolę
w procesie leczenia.
anabell
zaliczanym do psychoz endogennych.
Szacuje się, że choroba ta dotyka co setnego Europejczyka. Może
mieć przebieg chroniczny lub cykliczny (częściej). Po fazie ostrej,
trwającej tygodnie lub miesiące, następuje remisja choroby, która
może trwać tygodnie, miesiące a nawet lata.
Nazwa choroby pochodzi od dwóch greckich słów: Schizein i Phren,
czyli : rozszczepić i dusza, umysł.
Przy schizofrenii występują zaburzenia myślenia, postrzegania i
sfery emocjonalnej. Częste są omamy słuchowe i urojenia, czasem
lęki i objawy paniki.
Przebieg i objawy są różne, mogą się też szybko zmieniać. Lekarze
są zdania, że u 1/3 pacjentów choroba ustępuje całkowicie,
niezależnie od tego czy są leczeni czy nie. U reszty pacjentów należy
liczyć się z nawrotami choroby.
Schizofrenia pojawia się najczęściej u mężczyzn w wieku 20 - 25 lat,
u kobiet w wieku 25 - 30 lat.
Niekiedy choroba ujawnia się nagle, a w niektórych przypadkach
jest poprzedzana nawet kilkuletnia fazą wstępną, jak zaburzenia snu
lub stany depresyjne.
Co do przyczyn choroby - nie ma na ten temat zgodności. Wymienia
się i czynniki genetyczno-biologiczne jak i psychospołeczne. Niektóre
badania wykazują związek pomiędzy schizofrenią a uszkodzeniem
okołoporodowym mózgu.
Wyzdrowieniu pacjentów sprzyja obecność rodziny i przyjaciół a
także aktywność zawodowa.
Czynnikami niekorzystnymi - izolacja społeczna i bezczynność.
Niedługo ukaże się w Polsce książka norweskiej psycholog,
Arhild Lauveng pt. "Byłam po drugiej stronie lustra", w której
opowiada o swojej walce z tą chorobą. U autorki zdiagnozowano
schizofrenię bardzo wcześnie, w wieku siedemnastu lat, a na pewno
była chora już jakiś czas wcześniej. Wg specjalistów choroba ta
zdiagnozowana u tak młodych pacjentów zle rokuje, wątpliwe jest
jej całkowite ustąpienie. Jednakże kobiety maja większe szanse, ale
nie z powodu działania żeńskich hormonów, ale dlatego, że umieją
omawiać swe problemy psychiczne.
Siedem lat swego życia autorka spędziła w zakładach zamkniętych.
Potem studiowała psychologię, a teraz, w wieku 36 lat sama
zajmuje się pacjentami cierpiącymi na choroby psychiczne. Wsród
nich ma ok 30 pacjentów ze schizofrenią. Uważa, że dzięki swojej
chorobie latwiej jej jest zrozumieć pacjentów i tym samym nieść im
pomoc. Jednak każdy przypadek jest inny, bo schizofrenia nie jest
chorobą o jednorodnym obrazie klinicznym. Potrzeba od trzech do
sześciu miesięcy, by móc ją zdiagnozować. Nie wszystkie psychozy
wynikają ze schizofrenii.
W wielu krajach schizofrenia to stygmat. Tak było i w Norwegii.
Gdy o historii Arhild Lauveng zrobiło się głośno, znalazło się wielu
ludzi z podobną historią choroby, którzy dotąd nie ośmielili się
mówić o tym publicznie.
Społeczne napiętnowanie sprawia również, że wielu ludzi usiłuje
leczyć się samemu, sięgając po valium, alkohol lub marihuanę...
A bycie częścią społeczności odgrywa fundamentalną rolę
w procesie leczenia.
anabell
Subskrybuj:
Posty (Atom)