Wakacje pukają do drzwi. Już niedługo opuścimy nasze betonowe
dżungle, wyjedziemy na tzw. "łono natury," na którym z całą pewnością
spotkamy sześcionożne, niepozorne, czarne zwierzątka , bez których
świat pogrążyłby się w chaosie, a Ziemia nie byłaby w stanie wykarmić
wszystkich żyjących organizmów.
Martwe rośliny, owady i małe zwierzęta zalegałyby masowo powierz-
chnię naszej planety. Mnożyłyby się na potęgę bezkręgowce-szkodniki
zżerając niezędne nam do życia rośliny. A tysiące roślin wyginęłoby
na zawsze, bo brak byłoby nosicieli ich pyłków kwiatowych.
Te bardzo ważne małe zwierzątka to....mrówki. Od lat fascynują filozo-
fów, pisarzy i naukowców. Ostatnio znalazły się w centrum zaintereso-
wania nowoczesnej biologii. Najbardziej badaczy interesuje to, jak te
ogromne społeczności żywych organizmów mogą funkcjonować jako
jeden wielki, niezwykle sprawny "superorganizm."
Pierwsze kolonie mrówek powstały na Ziemi około 150 milionów lat
temu. Od tego czasu zasiedliły wszystkie kontynenty poza Antarktydą,
zajmując każdą niszę ekologiczną, przyjmując funkcję myśliwych,
śmieciarzy, rolników, ewoluując w tysiące odmian o rozmaitych kształ-
tach i rozmiarach - od długości 1 mm do 5 cm.Te ostatnie posiadają
żądło do atakowania ofiar i na szczęście dla nas, żyją w Australii.
Naukowcy wyodrębnili około 14 tysięcy tych pożytecznych owadów.
Nie wykluczone, że drugie tyle czeka na odkrycie i opisanie.
Kolonie mrówek liczą sobie od kilkunastu do milionów osobników.
Składają się głównie z niepłodnych samic-robotnic, żołnierzy i opiekunek
oraz z jednej lub kilku samic zdolnych do rozrodu, zarządzających
całym mrowiskiem. Samce są hodowane tylko przez jakiś czas, jako
bezużyteczne trutnie, do czasu aż zapłodnią królową. Potem albo są
wyganiane, albo zabijane. Królowa jest zdolna do przechowywania
spermy nawet przez 10 lat, używając jej w miarę potrzeby do zapład-
niania milionów jajeczek.
W mrowiskach na całym świecie dzień i noc trwa aktywne życie :
działalność zwiadowcza, przetwarzanie pokarmu, walka z wrogami i
opieka nad młodymi. Współpraca jest tak ważna, że pojedyncza mrówka
zabrana z mrowiska bardzo szybko umiera.
Te skomplikowane działania społeczne są możliwe dzięki związkom
chemicznym - feromonom. Instynktem każdego owada steruje ponad
20 różnych związków chemicznych. Dzięki nim mrówki orientują się,
w którą stronę mają wyruszyć na poszukiwanie pokarmu po wyjściu
z mrowiska, która z mrówek właśnie umiera i trzeba ją usunąć z kolonii,
które mrówki potrzebują pożywienia, które są żołnierzami, a które
zajmują się przetwarzaniem odpadków kolonii. Także podejmowanie
przez całe kolonie skomplikowanych zbiorowych decyzji jest sterowane
przez feromony.
Niezwykłe zbiorowe zachowania mrówek, do których dochodzi dzięki
feromonom, przypominają do pewnego stopnia działania ludzkiego
mózgu. Pojedynczy neuron nie zdziała zbyt wiele. Ale kiedy współpra-
cują ze sobą w naszym mózgu miliardy neronów, reagując na odpo-
wiednią ilość chemicznych neuroprzekażników, to zaczyna się dziać
coś niezwykłego.
Naukowcy uważają, że pomiędzy funkcjonowaniem mrowiska i naszego
mózgu można dostrzec wiele podobieństw. Kiedy na podstawie danych
wzrokowych mózg wydaje nam komendę, w którą stronę mamy teraz
skierować gałki oczne, to w całą operację zaangażowana jest ogromna
ilość neuronów i neuroprzekazników.
Ale mrówki porozumiewają się ze sobą nie tylko związkami chemicznymi.
Porozumiewają się i za pomocą dzwięków, które wydają, pocierając
o siebie różne części ciała.
Efektywność pracy mrówek jest zdumiewająca. Przeciętna kolonia
mrówek południowo- amerykańskich potrafi przekopać i użyznić 40 ton
ziemi w czasie całego swego życia.
Są nie tylko "rolnikami", ale i hodowcami. Wiele kolonii hoduje mszyce,
narkotyzując je naturalnymi substancjami odurzającymi, by utrzymać
je w spokoju i traktuje je jako stałe zródło pokarmu, zjadając produko-
waną przez mszyce słodką substancję. Mrówki roznoszą również nasiona,
rozsiewając je w ziemi, zwłaszcza w Afryce i Australii.
Kolonie mrówek dostarczają naukowcom bezcennych danych na temat
tego, jak rozwija się życie w społeczeństwach.
I gdy wejdzie nam mrówka na koc, na którym właśnie leżymy,
popatrzmy na nią z sympatią i pomyślmy, że te maleństwa, miliony
lat przed człowiekiem wymyśliły architekturę, wybudowały
pierwsze farmy, nauczyły się porozumiewać dzwiękiem i feromonami,
a ich organizacja społeczna, choć dla nas wciąż tajemnicza, jest z całą
pewnością perfekcyjna.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
poniedziałek, 15 czerwca 2009
czwartek, 11 czerwca 2009
Niezwykły człowiek - Stefan Drzewiecki
24 grudnia 1844 roku, w Kunce na Podolu (dzisiejsza Ukraina) ,
w zamożnej rodzinie szlacheckiej, urodził się Stefan Drzewiecki.
Jego dziadek walczył pod dowództwem Kościuszki i Dąbrowskiego,
a ojciec brał udział w powstaniu 1831 roku.
Po ukończeniu szkoły parafialnej ojciec zawiózł go do liceum we
Francji, do Auteuil. Następnie Drzewiecki podjął studia w Paryżu,
w Ecole Centrale. Przerwał na krótko, chcąc wziąć udział w powstaniu
styczniowym, ale gdy dotarł, powstanie już dogasało krwawo tłumione.
Wrócił do Paryża , dokończył studia, zdobył tytuł inżyniera i zajął się
pracą wynalazczą.
W 1867 r.opatentował w Paryżu licznik kilometrów dla dorożek kon-
nych - pierwowzór dzisiejszych liczników samochodowych. Urządzenie
weszło do produkcji, ale produkcja została przerwana wskutek wybuchu
wojny francusko-pruskiej, a pózniej Komuny Paryskiej. Drzewiecki
przyłączył się do komunardów, a po upadku Komuny wyjechał w 1871 r
do Wiednia. Tu zainteresował się techniką kolejową i opracował :
aparat rejestrujący prędkość parowozu, paraboliczny regulator silników
parowych, cyrkiel do wykreślania przekrojów stożkowych oraz auto-
matyczne urządzenie do sprzęgania wagonów. Swoje wynalazki przed-
stawił na wiedeńskiej Wystawie Powszechnej, a cyrkiel i regulator
wyróżniono nagrodami. Koleje austriackie zakupiły część jego pomysłów.
Ponadto na wystawie zaprezentował również projekt dromografu, który
automatycznie kreślił kurs płynącego statku. To urządzenie zwróciło
uwagę brata cara Aleksandra II. Książę po rozmowie z Drzewieckim,
który władał wspaniałą francuszczyzną i miał znakomite maniery, zapro-
ponował Drzewieckiemu stanowisko doradcy Komitetu Techniki
Marynarki Rosyjskiej z uposażeniem 500 rubli miesięcznie, oraz wyko-
nanie dromografu, za który natychmiast, po przedstawieniu kosztorysu
zostaną wypłacone pieniądze. I tym sposobem Drzewiecki trafił do
Rosji.
Dromografy Drzewieckiego były instalowane na rosyjskich statkach
wojennych. Podczas wojny turecko-rosyjskiej Drzewiecki został na
własne życzenie szeregowym marynarzem i wziął udział w walce
z tureckim pancernikiem. Połowa załogi rosyjskiej zginęła, Drzewiecki
przeżył i dostał order za odwagę. Po tej przygodzie powziął decyzję o
skonstruowaniu łodzi podwodnej. W 1877 r. zaprojektował i zbudował
pierwszą łódz podwodną. Kadłub był z płyt stalowych, miała w swym
wnętrzu miejsce dla jednej osoby, która własnymi nogami naciskała
na przekładnię typu rowerowego i wprawiała pojazd w ruch. Na zew-
nątrz kadłuba wystawały gumowe rękawy, dzięki którym można było
zamocować minę pod wrogim okrętem. Drzewiecki osobiście przetes-
tował łódz, przepływając nią w porcie w Odessie pod statkiem wojen-
nym.W dwa lata pózniej budował już następną, tym razem cztero
osobową łódz,wyposażoną w dwie miny i peryskopy. W 1880 roku car
oglądał dzieło Drzewieckiego w akcji i po pokazie car wydał dyspo-
zycję budowy 50 takich okrętów podwodnych.
Drzewiecki był nieprawdopodobnie pracowitym człowiekiem i niemal
co roku pojawiała się opracowana przez niego nowość.
Pracował nad sterowaniem głębokością statków, przerabiał swe łodzie
na elektryczne gdy tylko Edison skonstruował ołowiane akumulatory,
w latach 1885-86 uzbroił je w torpedy White-heada i aparaty torpedowe
swego pomysłu. Usprawniał w łodzi pompy wodne, zbiornik sprężonego
powietrza, śrubę, system sterowania.
Jego wyrzutnie torpedowe używane były w marynarce rosyjskiej,
francuskiej, brytyjskiej, amerykańskiej, niemieckie i włoskiej.
W 1893 r opatentował silnik spalinowy bez koła zamachowego a w 5 lat
pózniej ulepszony model. W tym samym roku zdobył pierwszą nagrodę
ministerstwa marynarki rosyjskiej za projekt okrętu podwodnego o
wyporności 120 ton, o napędzie hybrydowym: na powierzchni napędza-
ny był silnikiem parowym, pod wodą- elektrycznością. W 1908 roku
Rosja zbudowała według projektu Drzewieckiego okręt podwodny
z napędem spalinowym o wyporności 350 ton.
Drzewiecki był również twórcą metody matematycznego obliczania
kształtu i wymiaru optymalnej śruby napędowej dla danej jednostki.
Przebywając w Rosji zafascynował się aeronautyką. W 1887 roku
opublikował w Petersburgu pracę pt. "Samoloty w przyrodzie". Był
pierwszym naukowcem, który uważał lot maszyny cięższej od
powietrza za możliwy, Jego zdaniem miał to być płatowiec poruszający
się w powietrzu z określoną prędkością i wytwarzający dzięki temu
siłę nośną.
We Francji opatentował w 1909 roku projekt płatowca "Canard"
wyposażonego w tylne śmigło i samoczynne urządzenia stabilizujące.
Następnie zajął się śmigłami i Francuzi rozpoczęli produkcję śmigieł
jego pomysłu. Jego teoria dotycząca napędów śmigłowych została
nagrodzona w 1920 r. przez Francuską Akademię Nauk w Paryżu.
Gdy Drzewiecki ukończył 86 lat, zainteresował się energią atomów
i teorią grawitacji.
W wieku 91 lat opublikował swą nową pracę "Studium wodnych
młynków turbinowych".
Pracował intensywnie do końca swego życia, był aktywny, zaintereso-
wany nowościami technicznymi.
Zmarł 23 kwietnia 1938 w Paryżu, gdzie został pochowany.
W Warszawie, Poznaniu i Wrocławiu są ulice nazwane jego nazwiskiem.
Wiem, że ten post to istny tasiemiec, ale zafascynował mnie życiorys
naszego rodaka, o którym naprawdę dotąd nie słyszałam i wstydzę
się tego.
anabell
w zamożnej rodzinie szlacheckiej, urodził się Stefan Drzewiecki.
Jego dziadek walczył pod dowództwem Kościuszki i Dąbrowskiego,
a ojciec brał udział w powstaniu 1831 roku.
Po ukończeniu szkoły parafialnej ojciec zawiózł go do liceum we
Francji, do Auteuil. Następnie Drzewiecki podjął studia w Paryżu,
w Ecole Centrale. Przerwał na krótko, chcąc wziąć udział w powstaniu
styczniowym, ale gdy dotarł, powstanie już dogasało krwawo tłumione.
Wrócił do Paryża , dokończył studia, zdobył tytuł inżyniera i zajął się
pracą wynalazczą.
W 1867 r.opatentował w Paryżu licznik kilometrów dla dorożek kon-
nych - pierwowzór dzisiejszych liczników samochodowych. Urządzenie
weszło do produkcji, ale produkcja została przerwana wskutek wybuchu
wojny francusko-pruskiej, a pózniej Komuny Paryskiej. Drzewiecki
przyłączył się do komunardów, a po upadku Komuny wyjechał w 1871 r
do Wiednia. Tu zainteresował się techniką kolejową i opracował :
aparat rejestrujący prędkość parowozu, paraboliczny regulator silników
parowych, cyrkiel do wykreślania przekrojów stożkowych oraz auto-
matyczne urządzenie do sprzęgania wagonów. Swoje wynalazki przed-
stawił na wiedeńskiej Wystawie Powszechnej, a cyrkiel i regulator
wyróżniono nagrodami. Koleje austriackie zakupiły część jego pomysłów.
Ponadto na wystawie zaprezentował również projekt dromografu, który
automatycznie kreślił kurs płynącego statku. To urządzenie zwróciło
uwagę brata cara Aleksandra II. Książę po rozmowie z Drzewieckim,
który władał wspaniałą francuszczyzną i miał znakomite maniery, zapro-
ponował Drzewieckiemu stanowisko doradcy Komitetu Techniki
Marynarki Rosyjskiej z uposażeniem 500 rubli miesięcznie, oraz wyko-
nanie dromografu, za który natychmiast, po przedstawieniu kosztorysu
zostaną wypłacone pieniądze. I tym sposobem Drzewiecki trafił do
Rosji.
Dromografy Drzewieckiego były instalowane na rosyjskich statkach
wojennych. Podczas wojny turecko-rosyjskiej Drzewiecki został na
własne życzenie szeregowym marynarzem i wziął udział w walce
z tureckim pancernikiem. Połowa załogi rosyjskiej zginęła, Drzewiecki
przeżył i dostał order za odwagę. Po tej przygodzie powziął decyzję o
skonstruowaniu łodzi podwodnej. W 1877 r. zaprojektował i zbudował
pierwszą łódz podwodną. Kadłub był z płyt stalowych, miała w swym
wnętrzu miejsce dla jednej osoby, która własnymi nogami naciskała
na przekładnię typu rowerowego i wprawiała pojazd w ruch. Na zew-
nątrz kadłuba wystawały gumowe rękawy, dzięki którym można było
zamocować minę pod wrogim okrętem. Drzewiecki osobiście przetes-
tował łódz, przepływając nią w porcie w Odessie pod statkiem wojen-
nym.W dwa lata pózniej budował już następną, tym razem cztero
osobową łódz,wyposażoną w dwie miny i peryskopy. W 1880 roku car
oglądał dzieło Drzewieckiego w akcji i po pokazie car wydał dyspo-
zycję budowy 50 takich okrętów podwodnych.
Drzewiecki był nieprawdopodobnie pracowitym człowiekiem i niemal
co roku pojawiała się opracowana przez niego nowość.
Pracował nad sterowaniem głębokością statków, przerabiał swe łodzie
na elektryczne gdy tylko Edison skonstruował ołowiane akumulatory,
w latach 1885-86 uzbroił je w torpedy White-heada i aparaty torpedowe
swego pomysłu. Usprawniał w łodzi pompy wodne, zbiornik sprężonego
powietrza, śrubę, system sterowania.
Jego wyrzutnie torpedowe używane były w marynarce rosyjskiej,
francuskiej, brytyjskiej, amerykańskiej, niemieckie i włoskiej.
W 1893 r opatentował silnik spalinowy bez koła zamachowego a w 5 lat
pózniej ulepszony model. W tym samym roku zdobył pierwszą nagrodę
ministerstwa marynarki rosyjskiej za projekt okrętu podwodnego o
wyporności 120 ton, o napędzie hybrydowym: na powierzchni napędza-
ny był silnikiem parowym, pod wodą- elektrycznością. W 1908 roku
Rosja zbudowała według projektu Drzewieckiego okręt podwodny
z napędem spalinowym o wyporności 350 ton.
Drzewiecki był również twórcą metody matematycznego obliczania
kształtu i wymiaru optymalnej śruby napędowej dla danej jednostki.
Przebywając w Rosji zafascynował się aeronautyką. W 1887 roku
opublikował w Petersburgu pracę pt. "Samoloty w przyrodzie". Był
pierwszym naukowcem, który uważał lot maszyny cięższej od
powietrza za możliwy, Jego zdaniem miał to być płatowiec poruszający
się w powietrzu z określoną prędkością i wytwarzający dzięki temu
siłę nośną.
We Francji opatentował w 1909 roku projekt płatowca "Canard"
wyposażonego w tylne śmigło i samoczynne urządzenia stabilizujące.
Następnie zajął się śmigłami i Francuzi rozpoczęli produkcję śmigieł
jego pomysłu. Jego teoria dotycząca napędów śmigłowych została
nagrodzona w 1920 r. przez Francuską Akademię Nauk w Paryżu.
Gdy Drzewiecki ukończył 86 lat, zainteresował się energią atomów
i teorią grawitacji.
W wieku 91 lat opublikował swą nową pracę "Studium wodnych
młynków turbinowych".
Pracował intensywnie do końca swego życia, był aktywny, zaintereso-
wany nowościami technicznymi.
Zmarł 23 kwietnia 1938 w Paryżu, gdzie został pochowany.
W Warszawie, Poznaniu i Wrocławiu są ulice nazwane jego nazwiskiem.
Wiem, że ten post to istny tasiemiec, ale zafascynował mnie życiorys
naszego rodaka, o którym naprawdę dotąd nie słyszałam i wstydzę
się tego.
anabell
środa, 10 czerwca 2009
Fenicjanie
Pamiętacie ze szkoły coś niecoś o Fenicjanach? To ten lud, który ongiś
zamieszkiwał wschodnie wybrzeże Morza Śródziemnego, dzisiejsze
tereny Syrii, Libanu i Izraela.
Z całą pewnością Fenicjanie byli pierwowzorem przedsiębiorczości.
Nie byli wielkim narodem, nie mieli ogromnej armii a ich siła polegała
na sile intelektu i olbrzymiej mobilności.
To oni wprowadzili pierwsze pieniądze, w postaci metalowych tabli-
czek z pieczęcią. Opanowali i udoskonalili wytop brązu oraz szkła.
Około 1050 roku p.n.e. Fenicjanie stworzyli pierwsze pismo fonetyczne.
Pismo fenickie przejęły i zmodyfikowały okoliczne narody - Żydzi,
Grecy i Arabowie.
Język fenicki należał do grupy języków semickich i był spokrewniony
z hebrajskim, aramejskim, arabskim i maltańskim.
Najważniejszym bogiem ,wśród licznych bóstw, które czcili, był Baal,
bóg burzy i życiodajnego deszczu.
Położenie geograficzne Fenicji skazywało jej mieszkańców na koniecz-
ność pozyskiwania wielu niezbędnych dóbr drogą wymiany handlowej.
Fenicjanie nie tworzyli nigdy scentralizowanego państwa, lecz tylko
system autonomicznych miast- państw, oddzielonych od siebie dużymi
odległościami.
Fenicjanie zasłynęli jako niezrównani żeglarze oraz zdolni kupcy. Ich
statki, budowane z cedrowego drewna, szybko opanowały handel na
Morzu Śródziemnym. Docierali do najdalszych zakątków, gdzie
zakładali nowe kolonie.
Dopływali nawet do Wysp Brytyjskich zwanych wówczas Cynowymi,
a według Herodota, prawdopodobnie udało im się opłynąć Afrykę.
Pierwsze kolonie fenickie powstały na Cyprze już w IX wieku p.n.e,
na 30o lat, przed przybyciem tam Greków.
Kolejne kolonie pojawiły się na Sardynii, póżniej na Sycylii i Korsyce.
Na terenie dzisiejszej Hiszpanii i Portugalii fenickie pochodzenie mają
miasta: Alicante i Kadyks , Faro oraz Lizbona oraz wyspa Ibiza.
Liczne ślady pozostawili po sobie również w północnej Afryce -
Kartagina i Trypolis zawdzięczały swe powstanie Fenicjanom.
Ciągłe zakładanie kolonii osłabiło niestety Fenicję i stała się łatwym
łupem dla sąsiednich mocarstw. Najpierw znalazła się we władaniu
Babilonii, potem Persji, a w końcu IV wieku p.n.e. podbił ją Aleksander
Wielki.
Od tego czasu Fenicja na zawsze straciła niepodległość. W I wieku p.n.e
stała się częścią Cesarstwa Rzymskiego, a w VII wieku n.e. została
podbita przez Arabów.
Możnaby pomyśleć - ot, smutny koniec Fenicji, zniknęła. Nic bardziej
mylnego.
Ojczyzna Fenicjan dała im szansę na sukces demograficzny mierzony
liczbą genów przekazanych potomnym w odległych zakątkach Ziemi.
Z najnowszych badań genetycznych wynika, że w krajach śródziemno-
morskich co najmniej jeden uczeń każdej klasy jest potomkiem tego
starożytnego narodu.
zamieszkiwał wschodnie wybrzeże Morza Śródziemnego, dzisiejsze
tereny Syrii, Libanu i Izraela.
Z całą pewnością Fenicjanie byli pierwowzorem przedsiębiorczości.
Nie byli wielkim narodem, nie mieli ogromnej armii a ich siła polegała
na sile intelektu i olbrzymiej mobilności.
To oni wprowadzili pierwsze pieniądze, w postaci metalowych tabli-
czek z pieczęcią. Opanowali i udoskonalili wytop brązu oraz szkła.
Około 1050 roku p.n.e. Fenicjanie stworzyli pierwsze pismo fonetyczne.
Pismo fenickie przejęły i zmodyfikowały okoliczne narody - Żydzi,
Grecy i Arabowie.
Język fenicki należał do grupy języków semickich i był spokrewniony
z hebrajskim, aramejskim, arabskim i maltańskim.
Najważniejszym bogiem ,wśród licznych bóstw, które czcili, był Baal,
bóg burzy i życiodajnego deszczu.
Położenie geograficzne Fenicji skazywało jej mieszkańców na koniecz-
ność pozyskiwania wielu niezbędnych dóbr drogą wymiany handlowej.
Fenicjanie nie tworzyli nigdy scentralizowanego państwa, lecz tylko
system autonomicznych miast- państw, oddzielonych od siebie dużymi
odległościami.
Fenicjanie zasłynęli jako niezrównani żeglarze oraz zdolni kupcy. Ich
statki, budowane z cedrowego drewna, szybko opanowały handel na
Morzu Śródziemnym. Docierali do najdalszych zakątków, gdzie
zakładali nowe kolonie.
Dopływali nawet do Wysp Brytyjskich zwanych wówczas Cynowymi,
a według Herodota, prawdopodobnie udało im się opłynąć Afrykę.
Pierwsze kolonie fenickie powstały na Cyprze już w IX wieku p.n.e,
na 30o lat, przed przybyciem tam Greków.
Kolejne kolonie pojawiły się na Sardynii, póżniej na Sycylii i Korsyce.
Na terenie dzisiejszej Hiszpanii i Portugalii fenickie pochodzenie mają
miasta: Alicante i Kadyks , Faro oraz Lizbona oraz wyspa Ibiza.
Liczne ślady pozostawili po sobie również w północnej Afryce -
Kartagina i Trypolis zawdzięczały swe powstanie Fenicjanom.
Ciągłe zakładanie kolonii osłabiło niestety Fenicję i stała się łatwym
łupem dla sąsiednich mocarstw. Najpierw znalazła się we władaniu
Babilonii, potem Persji, a w końcu IV wieku p.n.e. podbił ją Aleksander
Wielki.
Od tego czasu Fenicja na zawsze straciła niepodległość. W I wieku p.n.e
stała się częścią Cesarstwa Rzymskiego, a w VII wieku n.e. została
podbita przez Arabów.
Możnaby pomyśleć - ot, smutny koniec Fenicji, zniknęła. Nic bardziej
mylnego.
Ojczyzna Fenicjan dała im szansę na sukces demograficzny mierzony
liczbą genów przekazanych potomnym w odległych zakątkach Ziemi.
Z najnowszych badań genetycznych wynika, że w krajach śródziemno-
morskich co najmniej jeden uczeń każdej klasy jest potomkiem tego
starożytnego narodu.
niedziela, 7 czerwca 2009
Wyluzujcie, u nas jak w Wielkiej Brytanii
Wszyscy mamy dość ekscesów naszych parlamentarzystów. Co jakiś czas
okazuje się, że owi "wybrańcy narodu" nie są kryształowymi ludzmi.
A to używają służbowej karty płatniczej w celach pokrycia własnych
wydatków, a to zużywaja hektolitry paliwa na fikcyjne dojazdy, na obra-
dach śpią lub czytaja prasę. Chcę wszystkich pocieszyć? nasi nie są pod
tym względem wyjątkowi.
Na światło dzienne wychynęły rewelacje na temat chciwości, machlojek
i zwykłej nieuczciwości w brytyjskiej Izbie Gmin.
Opublikowane szczegóły z rozliczeń wydatków poselskich chwilami były
dziwne. Były minister rolnictwa z Partii Konserwatywnej zażądał dwóch
tysięcy funtów z pieniędzy podatników na utrzymywanie kanału wod-
nego w swojej posiadłości wiejskiej. Inny deputowany chciał 1645 funtów
na utworzenie " kaczej wysepki" na swoim stawie, by ptaki mogły tam
gniazdować i kryć się przed lisami.
"The Daily Telegraph" zdobyła zapis ponad 700 tysięcy rachunków z lat
2004 - 2008, pokazujących na co parlamentarzyści wydają państwowe
pieniądze.
Zgodnie z przepisami deputowani mają prawo do zwrotu kosztów utrzy-
mania lokum w drugim, dodatkowym miejscu zamieszkania.
Potrzebują oni rzekomo dwóch domów: jednego w pobliżu Westminsteru,
a zarazem drugiego, by mogli przebywać w swym okręgu wyborczym.
Brzmi to logicznie, ale jest to furtka do ogromnych nadużyć.
Np. dwaj deputowani z Partii Pracy odliczali sobie odsetki od dawno już
spłaconych kredytów hipotecznych. Deputowana Partii Pracy z Luton-
miasteczka na północ od Londynu - otrzymała 2500 funtów na remont
domu, który nie znajduje się ani w Londynie ani w Luton, ale w nad-
morskiej miejscowości Southampton, gdzie pracuje jej mąż. Pani deputo-
wana tłumaczyła, że wykonując tak ciężką pracę potrzebuje wsparcia
małżonka.
Okazuje się ponadto, że sporo deputowanych spekulowało na nieruch0-
mościach, wykorzystując dopłaty do utrzymywania drugiego lokum.
19 maja 1995r, po raz pierwszy od 1695 roku musiał podać się do dymisji
spiker Izby Gmin. Wydarzenie wręcz niebywałe, bo przez ostatnie 300
lat spiker był traktowany z honorami prawie królewskimi. Paradował
w historycznym stroju, miał do dyspozycji lokajów w perukach i okazałą
rezydencję w Westminsterze. Pełniący tę funkcję Michael Martin nie
tylko zarządzał ryczałtami dla parlamentarzystów ale i sam z nich
korzystał, otrzymując zwrot czterech tysięcy funtów za taksówki,
którymi jego żona jezdziła na zakupy.
Dymisja Martina nie załatwiła jednak sprawy. Ale przynajmniej do opinii
publicznej dotarły szokujące rewelacje dotyczące Partii Pracy, która
teoretycznie opowiadała się za socjalizmem, a praktycznie zgarniała co
się dało do własnej kieszeni.
Członkowie Izby Lordów wogóle nie są wybierani, lecz zasiadają tam
z urzędu lub nadania premiera.
Anglia jest krajem, w którym konstytucja w postaci skodyfikowanej na
piśmie nie istnieje i w rezultacie Brytyjczycy nie mają dokładnego
wyobrażenia o zasadach funkcjonowania własnego kraju. Coraz częściej
słychać głosy, że Izba Lordów też powinna być wybierana. Oczywiście
mówi się też o pełnej jawności , jeśli chodzi o posłów i ich wydatki.
I coraz częściej mówi się o konstytucji jako o pisanym akcie, określają-
cym jasno prawa przysługujące obywatelom.
Brzmi to bardzo rewolucyjnie, ale w Wielkiej Brytanii zmiany nie
następują zwykle szybko.
A my, skoro mamy konstytucję i skoro sami wybieramy wszystkich
posłów, nauczmy się korzystać z przysługujących nam praw oraz
spełniajmy wynikające z niej obowiązki.
A jak tam z Waszym udziałem w wyborach do PE? Byliście???
okazuje się, że owi "wybrańcy narodu" nie są kryształowymi ludzmi.
A to używają służbowej karty płatniczej w celach pokrycia własnych
wydatków, a to zużywaja hektolitry paliwa na fikcyjne dojazdy, na obra-
dach śpią lub czytaja prasę. Chcę wszystkich pocieszyć? nasi nie są pod
tym względem wyjątkowi.
Na światło dzienne wychynęły rewelacje na temat chciwości, machlojek
i zwykłej nieuczciwości w brytyjskiej Izbie Gmin.
Opublikowane szczegóły z rozliczeń wydatków poselskich chwilami były
dziwne. Były minister rolnictwa z Partii Konserwatywnej zażądał dwóch
tysięcy funtów z pieniędzy podatników na utrzymywanie kanału wod-
nego w swojej posiadłości wiejskiej. Inny deputowany chciał 1645 funtów
na utworzenie " kaczej wysepki" na swoim stawie, by ptaki mogły tam
gniazdować i kryć się przed lisami.
"The Daily Telegraph" zdobyła zapis ponad 700 tysięcy rachunków z lat
2004 - 2008, pokazujących na co parlamentarzyści wydają państwowe
pieniądze.
Zgodnie z przepisami deputowani mają prawo do zwrotu kosztów utrzy-
mania lokum w drugim, dodatkowym miejscu zamieszkania.
Potrzebują oni rzekomo dwóch domów: jednego w pobliżu Westminsteru,
a zarazem drugiego, by mogli przebywać w swym okręgu wyborczym.
Brzmi to logicznie, ale jest to furtka do ogromnych nadużyć.
Np. dwaj deputowani z Partii Pracy odliczali sobie odsetki od dawno już
spłaconych kredytów hipotecznych. Deputowana Partii Pracy z Luton-
miasteczka na północ od Londynu - otrzymała 2500 funtów na remont
domu, który nie znajduje się ani w Londynie ani w Luton, ale w nad-
morskiej miejscowości Southampton, gdzie pracuje jej mąż. Pani deputo-
wana tłumaczyła, że wykonując tak ciężką pracę potrzebuje wsparcia
małżonka.
Okazuje się ponadto, że sporo deputowanych spekulowało na nieruch0-
mościach, wykorzystując dopłaty do utrzymywania drugiego lokum.
19 maja 1995r, po raz pierwszy od 1695 roku musiał podać się do dymisji
spiker Izby Gmin. Wydarzenie wręcz niebywałe, bo przez ostatnie 300
lat spiker był traktowany z honorami prawie królewskimi. Paradował
w historycznym stroju, miał do dyspozycji lokajów w perukach i okazałą
rezydencję w Westminsterze. Pełniący tę funkcję Michael Martin nie
tylko zarządzał ryczałtami dla parlamentarzystów ale i sam z nich
korzystał, otrzymując zwrot czterech tysięcy funtów za taksówki,
którymi jego żona jezdziła na zakupy.
Dymisja Martina nie załatwiła jednak sprawy. Ale przynajmniej do opinii
publicznej dotarły szokujące rewelacje dotyczące Partii Pracy, która
teoretycznie opowiadała się za socjalizmem, a praktycznie zgarniała co
się dało do własnej kieszeni.
Członkowie Izby Lordów wogóle nie są wybierani, lecz zasiadają tam
z urzędu lub nadania premiera.
Anglia jest krajem, w którym konstytucja w postaci skodyfikowanej na
piśmie nie istnieje i w rezultacie Brytyjczycy nie mają dokładnego
wyobrażenia o zasadach funkcjonowania własnego kraju. Coraz częściej
słychać głosy, że Izba Lordów też powinna być wybierana. Oczywiście
mówi się też o pełnej jawności , jeśli chodzi o posłów i ich wydatki.
I coraz częściej mówi się o konstytucji jako o pisanym akcie, określają-
cym jasno prawa przysługujące obywatelom.
Brzmi to bardzo rewolucyjnie, ale w Wielkiej Brytanii zmiany nie
następują zwykle szybko.
A my, skoro mamy konstytucję i skoro sami wybieramy wszystkich
posłów, nauczmy się korzystać z przysługujących nam praw oraz
spełniajmy wynikające z niej obowiązki.
A jak tam z Waszym udziałem w wyborach do PE? Byliście???
wtorek, 2 czerwca 2009
Mam mieszane uczucia.....
...czyli to co czujecie, gdy wasza teściowa ,waszym nowym samochodem
spada w przepaść. Ale tak naprawdę rzecz dotyczy zwrotu byłym właś-
cicielom ich byłych posiadłości, które po II wojnie światowej przejęło
państwo.Warto dodać, że obiekty te zostały bardzo starannie
wyremontowane, są konserwowane, są dla nas żywą lekcją historii.
Spadkobiercy rodziny Branickich żądają zwrotu Wilanowa, chociaż na
początku lat 90. zapewniali, że ich zdaniem taki obiekt powinien zostać
w rękach państwa. Lubomirscy rozpoczęli walkę o Wiślicz, Druccy-
Lubeccy o Bałtowo, Radziwłłowie o Jadwisin, Krasiccy o Lesko,
Krasińscy o Opinogórę, Czartoryscy o Gołuchów, Potoccy o Koniecpol,
Raczyńscy o stołeczną Akademię Sztuk Pięknych. Lista jest znacznie
dłuższa.
W żadnym innym państwie Europy nie występuje obecnie tak duże nasi-
lenie procesów reprywatyzacyjnych. Ponad 20 tysięcy nieruchomości
oddanych przez państwo według stanu pod klucz, kilka tysięcy postępo-
wań zmierzających już do pomyślnego dla właścicieli końca, kilkanaście
tysięcy kolejnych obiektów, co do których już zgłoszono żądania zwrotu,
około 400 mln zł wypłaconych odszkodowań- byli właściciele z innych
krajów Europy Środkowo-Wschodniej z pewnością obgryzają paznokcie
z zazdrości.
Na tle ubogiego ogółu mieszkańców naszego kraju, nagle setki tysięcy
ludzi stają się bardzo zamożne, bez jakiegokolwiek wkładu pracy
fizycznej bądz intelektualnej.
A ich wzbogacenie finansujemy my wszyscy-przecież te odszkodowania
płacone są z budżetu.
Co do obiektów zwracanych w naturze, niepokój budzi przyszły los odda-
wanych nieruchomości i los ich dotychczasowych użytkowników.
W wielu obiektach mieszczą się muzea i placówki naukowe, poza tym są
one udostępnione po przystępnej cenie dla zwiedzających. Nie będzie
również kontroli nad eksponatami.
Oczywiście nikt nie protestowałby, gdyby właściciele chcieli odzyskać
je w takim stanie, w jakim te obiekty były po wojnie. Ale "za komuny"
obiekty te zostały odbudowane dużym nakładem kosztów i starannie
konserwowane. Poza tym były wykorzystywane na cele społeczne,
kulturalne i naukowe. Część tych obiektów jeszcze przed wojną była
mocno zadłużona.
Państwo ma obowiązek, by w trosce o interes wszystkich obywateli,
zażądać od potomków ich byłych właścicieli zwrotu długów oraz
zwrotu nakładów poniesionych na odremontowanie i utrzymanie tych
obiektów.
Oczywiście potomkowie byłych właścicieli nie chcą nawet o tym słyszeć.
Większość właścicieli jest zdania, że państwo powinno im oddać za
darmo te wszystkie obiekty - a potem pomagać finansowo w ich utrzy-
maniu.
Jak na mój gust, to mają osobliwe poczucie humoru.
Odnoszę wrażenie, że nie jesteśmy jeszcze tak bogatym krajem, aby
zamożniejsi przedstawiciele naszego społeczeństwa dostawali od
państwa pokazne majątki oraz środki na ich utrzymanie.
Wakacje już blisko - może warto w tym roku trochę pozwiedzać,
póki jeszcze można : Wiślicz, Bałtów, Kozłówkę, Otwock Wielki,
Wilanów, Jadwisin, Lesko, Gołuchów, Koniecpol....
anabell
spada w przepaść. Ale tak naprawdę rzecz dotyczy zwrotu byłym właś-
cicielom ich byłych posiadłości, które po II wojnie światowej przejęło
państwo.Warto dodać, że obiekty te zostały bardzo starannie
wyremontowane, są konserwowane, są dla nas żywą lekcją historii.
Spadkobiercy rodziny Branickich żądają zwrotu Wilanowa, chociaż na
początku lat 90. zapewniali, że ich zdaniem taki obiekt powinien zostać
w rękach państwa. Lubomirscy rozpoczęli walkę o Wiślicz, Druccy-
Lubeccy o Bałtowo, Radziwłłowie o Jadwisin, Krasiccy o Lesko,
Krasińscy o Opinogórę, Czartoryscy o Gołuchów, Potoccy o Koniecpol,
Raczyńscy o stołeczną Akademię Sztuk Pięknych. Lista jest znacznie
dłuższa.
W żadnym innym państwie Europy nie występuje obecnie tak duże nasi-
lenie procesów reprywatyzacyjnych. Ponad 20 tysięcy nieruchomości
oddanych przez państwo według stanu pod klucz, kilka tysięcy postępo-
wań zmierzających już do pomyślnego dla właścicieli końca, kilkanaście
tysięcy kolejnych obiektów, co do których już zgłoszono żądania zwrotu,
około 400 mln zł wypłaconych odszkodowań- byli właściciele z innych
krajów Europy Środkowo-Wschodniej z pewnością obgryzają paznokcie
z zazdrości.
Na tle ubogiego ogółu mieszkańców naszego kraju, nagle setki tysięcy
ludzi stają się bardzo zamożne, bez jakiegokolwiek wkładu pracy
fizycznej bądz intelektualnej.
A ich wzbogacenie finansujemy my wszyscy-przecież te odszkodowania
płacone są z budżetu.
Co do obiektów zwracanych w naturze, niepokój budzi przyszły los odda-
wanych nieruchomości i los ich dotychczasowych użytkowników.
W wielu obiektach mieszczą się muzea i placówki naukowe, poza tym są
one udostępnione po przystępnej cenie dla zwiedzających. Nie będzie
również kontroli nad eksponatami.
Oczywiście nikt nie protestowałby, gdyby właściciele chcieli odzyskać
je w takim stanie, w jakim te obiekty były po wojnie. Ale "za komuny"
obiekty te zostały odbudowane dużym nakładem kosztów i starannie
konserwowane. Poza tym były wykorzystywane na cele społeczne,
kulturalne i naukowe. Część tych obiektów jeszcze przed wojną była
mocno zadłużona.
Państwo ma obowiązek, by w trosce o interes wszystkich obywateli,
zażądać od potomków ich byłych właścicieli zwrotu długów oraz
zwrotu nakładów poniesionych na odremontowanie i utrzymanie tych
obiektów.
Oczywiście potomkowie byłych właścicieli nie chcą nawet o tym słyszeć.
Większość właścicieli jest zdania, że państwo powinno im oddać za
darmo te wszystkie obiekty - a potem pomagać finansowo w ich utrzy-
maniu.
Jak na mój gust, to mają osobliwe poczucie humoru.
Odnoszę wrażenie, że nie jesteśmy jeszcze tak bogatym krajem, aby
zamożniejsi przedstawiciele naszego społeczeństwa dostawali od
państwa pokazne majątki oraz środki na ich utrzymanie.
Wakacje już blisko - może warto w tym roku trochę pozwiedzać,
póki jeszcze można : Wiślicz, Bałtów, Kozłówkę, Otwock Wielki,
Wilanów, Jadwisin, Lesko, Gołuchów, Koniecpol....
anabell
poniedziałek, 1 czerwca 2009
Ale się zdziwiłam
Wpadła mi ostatnio w ręce dziwna mapa świata. Dlaczego dziwna? Otóż
ukazywała flagi państw, których de facto nie ma na mapach. Owe prawie
nie znane mi państwa dzielą się na kilka grup: uznawane tylko przez
państwa sojusznicze, uznawane przez znaczącą liczbę państw, nieuznawa-
ne, kontrolujące swe terytorium, oraz nieuznawane, objęte działaniami
zbrojnymi. Tych ostatnich jest niestety najwięcej.
Jak wiecie, sama chęć zostania państwem nie wystarcza- ogłoszenie, że
od rzeki "A" , do gór "BWG" i niziny "N" to jest nasze państwo -nie
wystarcza. Fakt ten musi być uznany przez pozostałe kraje.
Świat juz dawno został podzielony i nie da się wygospodarować skrawka
ziemi dla siebie bez naruszenia obcych granic i interesów. Najczęściej
inne państwa się na to nie godzą lub próbują coś zyskać dla siebie.
W efekcie regiony lub ludy chcące się usamodzielnić, stają się podobne
do czarnych dziur kosmicznych- wciągaja w swoje problemy sąsiadów
bliskich, a czasem nawet bardzo odległych.
Z pewnością każdy kojarzy nazwę Południowa Osetia. Ta niewielka
kraina, wielkości dwóch powiatów, potrafiła sprowokować konflikt, który
zachwiał stosunkami pomiędzy Rosją, USA, Unią Europejską.
A Kosowo -ten konflikt spowodował, że po raz pierwszy od czasu II wojny
światowej, amerykańskie samoloty bombardowały miasta w Europie.
W konflikt na Sri Lance, pomiędzy Syngalezami i Tamilami, dążącymi
do utworzenia samodzielnego państwa- Ilamu, zostały wciągnięte Indie ,
a premier Radjiv Gandhi stracił życie.
Sudan - na południu w wojnie domowej zginęło dwa miliony ludzi, a na
zachodzie, w Darfurze - ponad 300 tysięcy. Rzesze uciekinierów trafia-
jąc do państw sąsiadujących wciągnęły w sudańskie sprawy Egipt, Libię
Czad, Francję oraz wojska Unii Afrykańskiej a w końcu i nas.
Ciągnąca się wojna w Afganistanie to tez wina istnienia "czarnej dziury"
na pograniczu z Pakistanem. Żyjące tam plemiona Pasztunów rządzą się
wg własnych reguł, a wsparcia udzielają komu chcą- ostatnio talibom,
którzy dzięki nim mają zapewnione schronienie i dostawy broni.
Nowe państwa zawsze powstają pod hasłami walki o wolność i prawa
narodu do samostanowienia o swym losie. Flaga, godło i hymn mają
to podkreślać. Ale przywódcy tych nowych tworów najczęściej nie
troszcza się o swój lud, który żyje w nędzy gdy ci wspaniali rewolucjo-
niści się bogacą.
Warazistan- czy wie ktoś gdzie to jest? To pogranicze pakistańsko-
afgańskie, gdzie niepokornym mieszkańcom publicznie ścinają głowy.
Bangsamoro, na Filipinach też lepiej omijać z daleka-tam rozstrzeliwują
lub wieszają. Ale nie wiem od czego zależy sposób uśmiercenia.
Generalnie w Afryce i Azji, ten kto ma kałasznikowa, ten rządzi.
W niby-państwach wyrosłych na gruzach ZSRR,"bojownicy o wolność"
sięgają do sprawdzonych wzorców radzieckich.
W samozwańczej republice Naddniestrza, której nikt nie uznaje ale i
nikt nie potrafi zmusić do podporządkowania się Mołdawii, na terenie
której się znajduje, od 18 lat rządzi ten sam prezydent, który zawsze,
przytłaczającą większością głosów wygrywa kolejne wybory. Cała jego
rodzina zajmuje kluczowe stanowiska w państwie.
Naddniestrze pomału przekształciło się w raj dla przemytników szmu-
glujących towary z Ukrainy do Rumunii i dalej, do Unii Europejskiej.
Zorganizowane gangi upłynniają ogromne ilości broni, pozostawione tam
przez Armię Radziecką, oferując ją każdemu, kto zapłaci, organizacjom
terrorystycznym także.
Pomimo względnej stabilizacji Nadniestrze pozostaje najbiedniejszym
regionem Europy.Średnia płaca miesięczna nie przekracza 50$.
W Afryce i Azji jest dużo gorzej, a wszystkie utworzone tam niby-
państwa są azylem dla terrorystów, schronieniem dla bandytów oraz
zagrożeniem dla świata.
I nim zachwycicie się hasłami o wolności, równości , sprawiedliwości,
praworządności i dobrobycie - zerknijcie na mapę państw, które są,
lecz ich nie ma.
anabell
ukazywała flagi państw, których de facto nie ma na mapach. Owe prawie
nie znane mi państwa dzielą się na kilka grup: uznawane tylko przez
państwa sojusznicze, uznawane przez znaczącą liczbę państw, nieuznawa-
ne, kontrolujące swe terytorium, oraz nieuznawane, objęte działaniami
zbrojnymi. Tych ostatnich jest niestety najwięcej.
Jak wiecie, sama chęć zostania państwem nie wystarcza- ogłoszenie, że
od rzeki "A" , do gór "BWG" i niziny "N" to jest nasze państwo -nie
wystarcza. Fakt ten musi być uznany przez pozostałe kraje.
Świat juz dawno został podzielony i nie da się wygospodarować skrawka
ziemi dla siebie bez naruszenia obcych granic i interesów. Najczęściej
inne państwa się na to nie godzą lub próbują coś zyskać dla siebie.
W efekcie regiony lub ludy chcące się usamodzielnić, stają się podobne
do czarnych dziur kosmicznych- wciągaja w swoje problemy sąsiadów
bliskich, a czasem nawet bardzo odległych.
Z pewnością każdy kojarzy nazwę Południowa Osetia. Ta niewielka
kraina, wielkości dwóch powiatów, potrafiła sprowokować konflikt, który
zachwiał stosunkami pomiędzy Rosją, USA, Unią Europejską.
A Kosowo -ten konflikt spowodował, że po raz pierwszy od czasu II wojny
światowej, amerykańskie samoloty bombardowały miasta w Europie.
W konflikt na Sri Lance, pomiędzy Syngalezami i Tamilami, dążącymi
do utworzenia samodzielnego państwa- Ilamu, zostały wciągnięte Indie ,
a premier Radjiv Gandhi stracił życie.
Sudan - na południu w wojnie domowej zginęło dwa miliony ludzi, a na
zachodzie, w Darfurze - ponad 300 tysięcy. Rzesze uciekinierów trafia-
jąc do państw sąsiadujących wciągnęły w sudańskie sprawy Egipt, Libię
Czad, Francję oraz wojska Unii Afrykańskiej a w końcu i nas.
Ciągnąca się wojna w Afganistanie to tez wina istnienia "czarnej dziury"
na pograniczu z Pakistanem. Żyjące tam plemiona Pasztunów rządzą się
wg własnych reguł, a wsparcia udzielają komu chcą- ostatnio talibom,
którzy dzięki nim mają zapewnione schronienie i dostawy broni.
Nowe państwa zawsze powstają pod hasłami walki o wolność i prawa
narodu do samostanowienia o swym losie. Flaga, godło i hymn mają
to podkreślać. Ale przywódcy tych nowych tworów najczęściej nie
troszcza się o swój lud, który żyje w nędzy gdy ci wspaniali rewolucjo-
niści się bogacą.
Warazistan- czy wie ktoś gdzie to jest? To pogranicze pakistańsko-
afgańskie, gdzie niepokornym mieszkańcom publicznie ścinają głowy.
Bangsamoro, na Filipinach też lepiej omijać z daleka-tam rozstrzeliwują
lub wieszają. Ale nie wiem od czego zależy sposób uśmiercenia.
Generalnie w Afryce i Azji, ten kto ma kałasznikowa, ten rządzi.
W niby-państwach wyrosłych na gruzach ZSRR,"bojownicy o wolność"
sięgają do sprawdzonych wzorców radzieckich.
W samozwańczej republice Naddniestrza, której nikt nie uznaje ale i
nikt nie potrafi zmusić do podporządkowania się Mołdawii, na terenie
której się znajduje, od 18 lat rządzi ten sam prezydent, który zawsze,
przytłaczającą większością głosów wygrywa kolejne wybory. Cała jego
rodzina zajmuje kluczowe stanowiska w państwie.
Naddniestrze pomału przekształciło się w raj dla przemytników szmu-
glujących towary z Ukrainy do Rumunii i dalej, do Unii Europejskiej.
Zorganizowane gangi upłynniają ogromne ilości broni, pozostawione tam
przez Armię Radziecką, oferując ją każdemu, kto zapłaci, organizacjom
terrorystycznym także.
Pomimo względnej stabilizacji Nadniestrze pozostaje najbiedniejszym
regionem Europy.Średnia płaca miesięczna nie przekracza 50$.
W Afryce i Azji jest dużo gorzej, a wszystkie utworzone tam niby-
państwa są azylem dla terrorystów, schronieniem dla bandytów oraz
zagrożeniem dla świata.
I nim zachwycicie się hasłami o wolności, równości , sprawiedliwości,
praworządności i dobrobycie - zerknijcie na mapę państw, które są,
lecz ich nie ma.
anabell
czwartek, 28 maja 2009
A wszystko dla naszego dobra
Ostatnio rozgorzała w sieci i poza nią, dyskusja na temat anonimowości
w sieci. Swoje zdanie na ten temat już przekazałam w komentarzach do
kilku postów i nie będę się o tym rozpisywać. Chcę tylko dziś napisać
jak wygląda ta nasza anonimowość.
Anonimowi jesteśmy tylko dla innych bloggerów, rozpoznajemy się tylko
po nickach.
Ale nie jesteśmy anonimowi dla naszych władz. W imię walki z terroryz-
mem jesteśmy na każdym kroku inwigilowani.
Istnieje kontrola transakcji finansowych, rozmów telefonicznych i Inter-
netu, lokalizowanie telefonów komórkowych, kamery, systemy rozpoz-
nawania twarzy, nadajniki umieszczane są w kartach kredytowych,
banknotach, sprzęcie domowym a nawet w śmietnikach. Działania prze-
ciętnego obywatela średniej wielkości miasta są rejestrowane nawet
kilkaset razy dziennie. Ale śledzą nas nie tylko rządy. Dziś każdy może
stać się właścicielem sprzętu, który umożliwia wgląd w życie innych.
Miejscem , w którym można spodziewać się największej inwigilacji-
jest miejsce pracy. Przy wejściu i wyjściu, czytnik sprawdza indentyfika-
tor. E-maile są monitorowane prze programy szukające słów, które mo-
głyby wskazywać na przekazywanie na zewnątrz poufnych danych.
Często nad biurkiem znajduje się kamera. Administratorzy sieci kompu-
terowych mogą kontrolować wszystkie komputery w firmie nie ruszając
się zza biurka. Programy automatycznie tworzą statystyki najczęściej
oglądanych prze danego pracownika stron internetowych, skanują
zawartość komputerów, tworzą kopie wysyłanych i odbieranych e-maili.
Dane te w ciągu kilku sekund mogą znależć się na biurku szefa.
Rejestratory rozmów telefonicznych prowadzonych przez pracowników
ma każda większa firma, w tym wszystkie banki. Jeśli pracownik wgra
w komputer program GG lub Skype'a, system natychmiast powiadamia
o tym administratora sieci, a szef może wszystko widzieć i słyszeć.
W hurtowniach, magazynach i supermarketach obserwują nas kamery, a
coraz częściej towarzyszą im mikrofony.
Od końca lat 90. w śmieciarkach i szambowozach przedsiębiorstw komu-
nalnych kilku polskich miast montowane są odbiorniki GPS,by pracodaw-
cy mogli sprawdzać, czy ich obsługa nie robi lewizny w godzinach pracy.
Z tego samego powodu pracownicy urzędów miejskich w Lublinie mają
dostać telefony komórkowe z nadajnikami GPS.
Na świecie jest jeszcze ciekawiej, choć mało zabawniej. Najlepszym urzą-
dzeniem do śledzenia ludzi jest telefon komórkowy. Każda włączona
komórka co kilkanaście minut wysyła do najbliższej stacji bazowej (BTS)
informacje o swojej obecności w sieci. Informacja ma unikalny numer
IMEI, wskazuje kierunek z którego łączył się jej właściciel oraz przybli-
żoną odległość od stacji BTS.
Dzięki temu można zlokalizować właściciela z dokładnością do 15 m w
dużym mieście i do 0,5 km w terenie otwartym.
FBI stosuje metody podsłuchu poprzez zdalne załączanie mikrofonu
telefonu komórkowego. Technika ta nosi nazwę "roving bug" i jest
możliwa bez względu na to, czy telefon jest włączony czy nie.
Niezależnie od tego, co siedzi w naszych komputerach i komórkach,
możemy być pewni, że każda nasza rozmowa, SMS, czy e-mail zostaną
sprawdzone przez system stacji nasłuchowych, obejmujących swym
zasięgiem cała Ziemię i przechwytujący również przekazy z satelitów
komunikacyjnych.
System nazywa się ECHELON, a jego budowa rozpoczęła się 60 lat temu
na mocy porozumienia agencji wywiadowczych z USA, Wielkiej Brytanii,
Kanady, Australii i Nowej Zelandii. Wspólpracują z nimi także wywiady
Niemiec, Holandii, Japonii, Norwegii, Japonii, Korei Południowej i Turcji.
We wszystkich tych krajach działają stacje nasłuchowe ECHELONU.
System chwyta wszystko: rozmowy telefoniczne, radiowe, satelitarne,
faksowe i wiadomości e-mailowe. Jego dzienna wydajnośc to 3 miliardy
przekazów. Tyle są w stanie przeanalizować pracujące obecnie w tym
systemie komputery, filtrujące wiadomości w poszukiwaniu określonych
słów, adresów, numerów telefonów czy nawet głosów.
Dziś każdy rząd, firma a nawet osoba prywatna może zakupić własny
mini-system Echelon. Siemens wypuścil na rynek system o nazwie
Platforma Wywiadowcza. System ten zbiera i analizuje dane z sieci, roz-
mów telefonicznych , transakcji bankowych oraz ubezpieczeniowych.
Siemens nie ujawnia kim byli nabywcy 90 sprzedanych do tej pory
Platform Wywiadowczych. To nie handel bronią i te transakcje nie
podlegają żadnym ograniczeniom.
W USA w 105 hipermarketach telewizory mają wmontowany system
rozpoznawania twarzy.
Czipy - żadna nowość, od 2001 roku ich cena spadła z 20 eurocentów
na 7 za sztukę i teraz czipy są umieszczane nieomal wszędzie.
Od 2005 r są umieszczane w banknotach dolarowych, a od 2007 roku
w banknotach euro o nominale powyżej 20 €. Najnowsze czytniki są w
stanie odczytać informacje zawarte w czipach z odległości 100 metrów.
W USA są już w sprzedaży specjalne portfele uniemożliwiające trans-
misję radiową ze swego wnętrza. Czipy są też umieszczane w niektó-
rych kartach kredytowych oraz paszportach niektórych krajów.
Organizacje pilnujące przestrzegania obywatelskiego prawa do prywat-
ności biją na alarm.
A w Wielkiej Brytanii czipy RFID zamontowane zostały już w 500 tysią-
cach domowych koszy na śmiecie.
Przesyłane dane mają pomóc w ustaleniu, czy obywatel stosuje się do
przepisów o recyklingu.
Ach jaki będzie śliczny ten świat za kilka lat- kosz na śmiecie doniesie
na nas do władz, że nie segregujemy śmieci, samochód doniesie policji
ile razy przekroczyliśmy prędkość a banknoty zdradzą z kim i jakie
transakcje robiliśmy. Tylko komu to przyniesie pożytek?
I nie cieszcie się, że nie wszystko to już u nas działa, to przyjdzie i
nawet nikt nas o tym nie powiadomi.
anabell
w sieci. Swoje zdanie na ten temat już przekazałam w komentarzach do
kilku postów i nie będę się o tym rozpisywać. Chcę tylko dziś napisać
jak wygląda ta nasza anonimowość.
Anonimowi jesteśmy tylko dla innych bloggerów, rozpoznajemy się tylko
po nickach.
Ale nie jesteśmy anonimowi dla naszych władz. W imię walki z terroryz-
mem jesteśmy na każdym kroku inwigilowani.
Istnieje kontrola transakcji finansowych, rozmów telefonicznych i Inter-
netu, lokalizowanie telefonów komórkowych, kamery, systemy rozpoz-
nawania twarzy, nadajniki umieszczane są w kartach kredytowych,
banknotach, sprzęcie domowym a nawet w śmietnikach. Działania prze-
ciętnego obywatela średniej wielkości miasta są rejestrowane nawet
kilkaset razy dziennie. Ale śledzą nas nie tylko rządy. Dziś każdy może
stać się właścicielem sprzętu, który umożliwia wgląd w życie innych.
Miejscem , w którym można spodziewać się największej inwigilacji-
jest miejsce pracy. Przy wejściu i wyjściu, czytnik sprawdza indentyfika-
tor. E-maile są monitorowane prze programy szukające słów, które mo-
głyby wskazywać na przekazywanie na zewnątrz poufnych danych.
Często nad biurkiem znajduje się kamera. Administratorzy sieci kompu-
terowych mogą kontrolować wszystkie komputery w firmie nie ruszając
się zza biurka. Programy automatycznie tworzą statystyki najczęściej
oglądanych prze danego pracownika stron internetowych, skanują
zawartość komputerów, tworzą kopie wysyłanych i odbieranych e-maili.
Dane te w ciągu kilku sekund mogą znależć się na biurku szefa.
Rejestratory rozmów telefonicznych prowadzonych przez pracowników
ma każda większa firma, w tym wszystkie banki. Jeśli pracownik wgra
w komputer program GG lub Skype'a, system natychmiast powiadamia
o tym administratora sieci, a szef może wszystko widzieć i słyszeć.
W hurtowniach, magazynach i supermarketach obserwują nas kamery, a
coraz częściej towarzyszą im mikrofony.
Od końca lat 90. w śmieciarkach i szambowozach przedsiębiorstw komu-
nalnych kilku polskich miast montowane są odbiorniki GPS,by pracodaw-
cy mogli sprawdzać, czy ich obsługa nie robi lewizny w godzinach pracy.
Z tego samego powodu pracownicy urzędów miejskich w Lublinie mają
dostać telefony komórkowe z nadajnikami GPS.
Na świecie jest jeszcze ciekawiej, choć mało zabawniej. Najlepszym urzą-
dzeniem do śledzenia ludzi jest telefon komórkowy. Każda włączona
komórka co kilkanaście minut wysyła do najbliższej stacji bazowej (BTS)
informacje o swojej obecności w sieci. Informacja ma unikalny numer
IMEI, wskazuje kierunek z którego łączył się jej właściciel oraz przybli-
żoną odległość od stacji BTS.
Dzięki temu można zlokalizować właściciela z dokładnością do 15 m w
dużym mieście i do 0,5 km w terenie otwartym.
FBI stosuje metody podsłuchu poprzez zdalne załączanie mikrofonu
telefonu komórkowego. Technika ta nosi nazwę "roving bug" i jest
możliwa bez względu na to, czy telefon jest włączony czy nie.
Niezależnie od tego, co siedzi w naszych komputerach i komórkach,
możemy być pewni, że każda nasza rozmowa, SMS, czy e-mail zostaną
sprawdzone przez system stacji nasłuchowych, obejmujących swym
zasięgiem cała Ziemię i przechwytujący również przekazy z satelitów
komunikacyjnych.
System nazywa się ECHELON, a jego budowa rozpoczęła się 60 lat temu
na mocy porozumienia agencji wywiadowczych z USA, Wielkiej Brytanii,
Kanady, Australii i Nowej Zelandii. Wspólpracują z nimi także wywiady
Niemiec, Holandii, Japonii, Norwegii, Japonii, Korei Południowej i Turcji.
We wszystkich tych krajach działają stacje nasłuchowe ECHELONU.
System chwyta wszystko: rozmowy telefoniczne, radiowe, satelitarne,
faksowe i wiadomości e-mailowe. Jego dzienna wydajnośc to 3 miliardy
przekazów. Tyle są w stanie przeanalizować pracujące obecnie w tym
systemie komputery, filtrujące wiadomości w poszukiwaniu określonych
słów, adresów, numerów telefonów czy nawet głosów.
Dziś każdy rząd, firma a nawet osoba prywatna może zakupić własny
mini-system Echelon. Siemens wypuścil na rynek system o nazwie
Platforma Wywiadowcza. System ten zbiera i analizuje dane z sieci, roz-
mów telefonicznych , transakcji bankowych oraz ubezpieczeniowych.
Siemens nie ujawnia kim byli nabywcy 90 sprzedanych do tej pory
Platform Wywiadowczych. To nie handel bronią i te transakcje nie
podlegają żadnym ograniczeniom.
W USA w 105 hipermarketach telewizory mają wmontowany system
rozpoznawania twarzy.
Czipy - żadna nowość, od 2001 roku ich cena spadła z 20 eurocentów
na 7 za sztukę i teraz czipy są umieszczane nieomal wszędzie.
Od 2005 r są umieszczane w banknotach dolarowych, a od 2007 roku
w banknotach euro o nominale powyżej 20 €. Najnowsze czytniki są w
stanie odczytać informacje zawarte w czipach z odległości 100 metrów.
W USA są już w sprzedaży specjalne portfele uniemożliwiające trans-
misję radiową ze swego wnętrza. Czipy są też umieszczane w niektó-
rych kartach kredytowych oraz paszportach niektórych krajów.
Organizacje pilnujące przestrzegania obywatelskiego prawa do prywat-
ności biją na alarm.
A w Wielkiej Brytanii czipy RFID zamontowane zostały już w 500 tysią-
cach domowych koszy na śmiecie.
Przesyłane dane mają pomóc w ustaleniu, czy obywatel stosuje się do
przepisów o recyklingu.
Ach jaki będzie śliczny ten świat za kilka lat- kosz na śmiecie doniesie
na nas do władz, że nie segregujemy śmieci, samochód doniesie policji
ile razy przekroczyliśmy prędkość a banknoty zdradzą z kim i jakie
transakcje robiliśmy. Tylko komu to przyniesie pożytek?
I nie cieszcie się, że nie wszystko to już u nas działa, to przyjdzie i
nawet nikt nas o tym nie powiadomi.
anabell
Subskrybuj:
Posty (Atom)