Lubię spoglądać nocą na niebo, zwłaszcza w sierpniu. To miesiąc "spada-
jących gwiazd". Oczywiście to nie spadają gwiazdy, ale meteoryty.
Czasami widać przemieszczającego się satelitę i światła bardzo wysoko
lecącego samolotu. A czasami można zobaczyć coś bardziej zadziwiającego.
Pewnego wieczoru, gdy spacerowałam z psem i oglądałam przy okazji
nocne niebo, zobaczyłam coś, co zwróciło moją uwagę - obiekt znacznie
jaśniejszy i większy od świecących gwiazd przesuwał się dość szybko-
szybciej od widzianego kilka dni wcześniej satelity. Pomyślałam, że to
może jednak samolot, tylko lecący nieco niżej i stąd mam wrażenie,
że porusza się szybciej i świeci jaśniej. I gdy się tak zastanawiałam,
ów obiekt w mgnieniu oka zmienił kurs , ostro poszybował w dół .....
i zniknął.To nie był samolot, bo nie miał świateł pozycyjnych, a więc
co? Gdyby to był satelita, który doznał awarii to widziałabym
jego lot aż po linię horyzontu. A on zniknął w połowie wysokości między
niebem a ziemią.
Rozmawiałam o tym z wieloma osobami i nikt nie potrafił mi podpowie-
dzieć co to było.
Ale nie tylko ja nie wiedziałam co było przedmiotem mojej obserwacji.
15 września 1991 roku wahadłowiec Discovery okrążał Ziemię z pręd-
kością 28 tys. km/godz. Około 20,30 czasu wschodniego, za Ziemią
pojawiło się lśniące "coś", wyraznie widoczne na horyzoncie. Raptownie
zmieniło kurs i odleciało z powrotem w przestrzeń kosmiczną. Tę trans-
misję oglądały setki tysięcy amerykańskich telewidzów, ale całe zja-
wisko trwało zaledwie kilka sekund, więc zauważyli je tylko bardzo
spostrzegawczy telewidzowie. Jeden z czołowych badaczy UFO zareje-
strował na wideo cały przekaz z Discovery i zauważył ów dziwny obiekt.
Nagranie przekazał do dokładnej analizy prof. fizyki i profesorowi,
który jest analitykiem obrazów komputerowych.
Wg ich opinii UFO pojawiło się w odległości 29 tys. km od promu kosmicz-
nego, poruszało się z prędkością ok.92 000 km/godz a potem oddaliło się
w przestrzeń kosmiczną z szybkością 300 000 km/godz.
NASA pominęła to wszystko milczeniem, a potem złożyła oświadczenie,
że to nie było żadne UFO, lecz lód na osłonie wahadłowca.
Radary wojskowe zarówno w Ameryce jak i w Rosji niejednokrotnie
wykrywały UFO. Astronauci i piloci myśliwców widywali UFO podczas
wykonywania swych misji.
Lord Peter John Hill-Newton, brytyjski zwierzchnik sił zbrojnych w la-
tach 1971-1973 tak się wyraził: "Stany Zjednoczone, NATO oraz
Rosja przez lata śledzili obcych w ramach operacji pod kryptonimem
Mondust. W kręgach dowództwa wojskowego wiedziano o obserwa-
cjach, a nawet lądowaniach UFO, ale trzymano to w tajemnicy! Mam
na ten temat konkretne informacje!"
Zastanawia mnie dlaczego i kto odwiedza naszą planetę?
Czyżby odpowiedz była w starohinduskiej księdze "Subhanparwan"?
..."w dawnych czasach bogowie mieli zwyczaj przybywać na Ziemię.
Przyjmowali ludzką postać, badali ludzi..."
Nie przyszło Wam do głowy, że może oni są wśród nas od dawna, a
my nie jesteśmy w stanie ich rozpoznać? Są może wszechobecni i
bacznie się nam przyglądają. Czy ocenią nas pozytywnie, czy może
dojdą do wniosku, że nie zasługujemy na opinię rozumnego gatunku.
Głupota lub mądrość człowieka zależy wszak od tego, jak traktuje
naszą wspólną ojczyznę - Błekitną Planetę. Mamy do wyboru dwie
opcje: "uczyń Ziemię sobie poddaną" lub filozofię Indian, dla których
świat jest kompleksowym, delikatnym tworem, który został dany do
dyspozycji ludzi jedynie na pewien ograniczony czas.
Niewykluczone, że od tego jak zostaniemy sklasyfikowani, może zale-
żeć nasza przyszłość. Czy potraktują nas jak poważne, rozumne istoty,
czy jak materiał badawczy, obiekty do eksperymentów, z którymi
nie można nawiązać kontaktu?
A może Erich von Daniken ma rację? Może jesteśmy wytworem nauko-
wych eksperymentów, przeprowadzanych przez pozaziemskich
przybyszów w zamierzchłej przeszłości?
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
sobota, 8 sierpnia 2009
piątek, 7 sierpnia 2009
Rzeczy dziwne, ale prawdziwe
.....tyle jest rzeczy dziwnych na świecie- powiedziała mama Muminka.
I miała rację. Bo czy nie dziwną rzeczą jest hermafrodytyzm?
Osobniki wielu gatunków ryb są hermafrodytami, co oznacza, że każdy
z nich jest zdolny do odgrywania w rozmnażaniu płciowym zarówno
roli samca, jak i samicy, przy czym do reprodukcji nie zawsze jest mu
potrzebny przedstawiciel tego samego gatunku.
Dokładnie przebadano rodzinę ryb strzępielowatych i prażmowatych.
Okazuje się, że posiadają one jeden dwuczęściowy narząd płciowy:
jedna jego część produkuje jaja, druga plemniki. Części te mogą dojrzewać
w różnym czasie, ale gdy obie osiągają pełną dojrzałość, to każda z nich
jest całkowicie sprawna i gotowa do funkcjonowania.
Mały strzępiel żyjący w rafach wybrzeży Florydy, uprawia zapłodnienie
krzyżowe. W okresie tarła jeden osobnik przejmuje na siebie rolę samca,
zapładniając jaja innego osobnika, który tymczasowo jest samicą.
Następnie obie ryby zamieniają się rolami.
Inny gatunek strzępiela, granik, przechodzi w swym cyklu życiowym
dwie zmiany płci. Dojrzewa płciowo jako samiec, następnie wchodzi w
okres, w którym jest jednocześnie samcem i samicą, a resztę swego
życia spędza jako funkcjonalna samica.
Odwrotny proces ma miejsce u wielu wargaczowatych, u których
dorosłe samice stają się z upływem czasu samcami.
Istnieje również gatunek ryb zupełnie samowystarczalnych. Występują
one w płytkich wodach Florydy i Karaibów. Zazwyczaj rozmnażają się
składając jaja i polewając je własną spermą, ale niektóre osobniki
zdolne są zapładniać własne jaja wewnątrz swojego ciała.
Ryby obupłciowe czerpią także jedną wielką korzyść natury ewolu-
cyjnej. Kiedy spotkają się dwa osobniki tego samego gatunku, oba
mogą zostać zapłodnione.
A osobniki, ktore w młodym wieku są samicami, a potem, gdy urosną
stają się samcami, mają maksymalnie wiele okazji do rozmnożenia się
i przekazania swojej wyjątkowej cechy fizjologicznej następnym
pokoleniom.
Do napisania tego posta skłoniła mnie lektura pewnego artykułu ,
w którym donoszono o wynalezieniu syntetycznej ludzkiej spermy.
Na szczęście autor tego artykułu nie omdlewał z zachwytu nad owym
wynalazkiem i podszedł do tej sprawy rzetelnie. Tu muszę pocieszyć
zaniepokojonych tym wynalazkiem panów - jeszcze długo nie, a potem
pewnie wcale.
Swoja drogą , to trochę się rozmarzyłam czytając o zmianie płci u ryb.
Wyobrazcie sobie miłe panie - mężczyzna zmienia się po pewnym
czasie w kobietę. I wraz z tą zmianą musi doświadczyć wszystkich
"radości" fizjologicznych i socjologicznych bycia kobietą.
Ale by się działo!!!
I miała rację. Bo czy nie dziwną rzeczą jest hermafrodytyzm?
Osobniki wielu gatunków ryb są hermafrodytami, co oznacza, że każdy
z nich jest zdolny do odgrywania w rozmnażaniu płciowym zarówno
roli samca, jak i samicy, przy czym do reprodukcji nie zawsze jest mu
potrzebny przedstawiciel tego samego gatunku.
Dokładnie przebadano rodzinę ryb strzępielowatych i prażmowatych.
Okazuje się, że posiadają one jeden dwuczęściowy narząd płciowy:
jedna jego część produkuje jaja, druga plemniki. Części te mogą dojrzewać
w różnym czasie, ale gdy obie osiągają pełną dojrzałość, to każda z nich
jest całkowicie sprawna i gotowa do funkcjonowania.
Mały strzępiel żyjący w rafach wybrzeży Florydy, uprawia zapłodnienie
krzyżowe. W okresie tarła jeden osobnik przejmuje na siebie rolę samca,
zapładniając jaja innego osobnika, który tymczasowo jest samicą.
Następnie obie ryby zamieniają się rolami.
Inny gatunek strzępiela, granik, przechodzi w swym cyklu życiowym
dwie zmiany płci. Dojrzewa płciowo jako samiec, następnie wchodzi w
okres, w którym jest jednocześnie samcem i samicą, a resztę swego
życia spędza jako funkcjonalna samica.
Odwrotny proces ma miejsce u wielu wargaczowatych, u których
dorosłe samice stają się z upływem czasu samcami.
Istnieje również gatunek ryb zupełnie samowystarczalnych. Występują
one w płytkich wodach Florydy i Karaibów. Zazwyczaj rozmnażają się
składając jaja i polewając je własną spermą, ale niektóre osobniki
zdolne są zapładniać własne jaja wewnątrz swojego ciała.
Ryby obupłciowe czerpią także jedną wielką korzyść natury ewolu-
cyjnej. Kiedy spotkają się dwa osobniki tego samego gatunku, oba
mogą zostać zapłodnione.
A osobniki, ktore w młodym wieku są samicami, a potem, gdy urosną
stają się samcami, mają maksymalnie wiele okazji do rozmnożenia się
i przekazania swojej wyjątkowej cechy fizjologicznej następnym
pokoleniom.
Do napisania tego posta skłoniła mnie lektura pewnego artykułu ,
w którym donoszono o wynalezieniu syntetycznej ludzkiej spermy.
Na szczęście autor tego artykułu nie omdlewał z zachwytu nad owym
wynalazkiem i podszedł do tej sprawy rzetelnie. Tu muszę pocieszyć
zaniepokojonych tym wynalazkiem panów - jeszcze długo nie, a potem
pewnie wcale.
Swoja drogą , to trochę się rozmarzyłam czytając o zmianie płci u ryb.
Wyobrazcie sobie miłe panie - mężczyzna zmienia się po pewnym
czasie w kobietę. I wraz z tą zmianą musi doświadczyć wszystkich
"radości" fizjologicznych i socjologicznych bycia kobietą.
Ale by się działo!!!
poniedziałek, 3 sierpnia 2009
Prawie o seksie
Sezon ogórkowy w pełni, na blogach lekki zastój, więc postanowiłam
napisać coś o...... grypie A (H1N1).
A dlaczego to jest prawie o seksie? No coż, podobnie jak seks, wiedzie
delikwentów do łóżka.
Co kilka dni media informują nas o nowych przypadkach zachorowań
w Polsce .Epidemiolodzy Światowej Organizacji Zdrowia straszą, że
apokalipsa nastąpi jesienią, gdy nastąpi trzecia fala grypy A(H1N1).
Nie wiem czy ktoś jeszcze pamięta, jak wiosną 1976 roku padła nazwa
"świńska grypa". Donosiły o niej amerykńskie gazety. Nowa grypa
szerzyła się wśród żołnierzy wojennej bazy Fort Dix w New Jersey,
a trzech z nich zmarło.
Szef Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorób (CDC) oznajmił wtedy,
że nad krajem zawisło śmiertelne niebezpieczeństwo. Panikę podchwy-
ciły media i po kilku dniach podjęto decyzję o powszechnych szczepie-
niach nową szczepionką, zawierającą szczep H1N1.
Gdy wyprodukowano 50 milionów szczepionek, światło dzienne ujrzały
dwa fakty. Primo - całe zagrożenie nową chorobą było propagandowym
trikiem CDC. Secundo : nowa szczepionka miała szkodliwe skutki
uboczne, w wyniku których zmarło 30 osób a kilka tysięcy Amerykanów
stało się inwalidami - po szczepieniu wystapiły u nich silne neurozy
i paraliż.
Państwo wypłaciło 100 mln dolarów odszkodowań, ale CDC zachowało
olimpijski spokój - dochody firm farmaceutycznych znacznie przewyż-
szyły sumę wszystkich odszkodowań.
Największe zyski odnotowuje szwajcarska firma Roche Holding AG,
która wyprodukowała lek o nazwie TAMIFLU, blokujący namnażanie
się wirusa grypy. Koncern przekazuje kapsułki TAMIFLU do WHO.
Gdy w maju tego roku napłynęły pierwsze meldunki o zachorowaniach
w Meksyku, koncern przekazał WHO 5 milionów opakowań bezpłatnie.
Ale nie zachwycajcie się bezinteresownością f-my Roche - dzięki reko-
mendacji WHO, firma otrzymała zamówienia na lek od rządów różnych
krajów na 35 milionów opakowań, a poza tym 85 krajów świata ma
stworzyć strategiczne rezerwy TAMIFLU, aby zapewnić dostęp do
preparatu 25 -50% ludności Ziemi. Koncern gotów jest zapewnić
preparat krajom rozwijającym się za niską cenę lub na kilkuletni kredyt.
Rola WHO jest niestety w tym wszystkim dwuznaczna. Daje firmom
farmaceutycznym najefektywniejszą reklamę ale i pomaga tuszować
niedoróby tych firm w przypadkach gdy ich wyroby powodują złe
skutki uboczne. W Japonii 54 nastolatków po stosowaniu TAMIFLU
popełniło samobóstwo. Śledztwo prowadzone pod kuratelą WHO
wyciszyło skandal.
Wokół leków i szczepionek przeciwko świńskiej grypie powstaje cała
masa teorii spiskowych.
Pracowniczka CDC opublikowała pracę, w której twierdzi, że kombina-
cji ósmego segmentu genomu wirusa H1G1 nigdy nie stwierdzono ani
wśród świńskich ani wśród ludzkich wirusów, co świadczy o jego labora-
toryjnym pochodzeniu.
Do szczepionkowego wyścigu stanęło kilka dużych firm - w Kanadzie,
Szwajcarii, Francji, Japonii.
A tymczasem posłuchajmy rad epidemiologów:
1). Gdy kichasz lub kaszlesz nie dziel się z innymi swoimi płynami ustro-
jowymi, zakrywaj nos i usta chusteczką jednorazową.
2). Pozbywaj się zużytych chusteczek szybko i w sposób bezpieczny dla
innych.
3). Często myj ręce ciepłą wodą z mydłem, zwłaszcza po powrocie do
domu.
4). Często czyść klamki, przy użyciu zwykłych środków czystości.
5). Dopilnuj, aby twoje dzieci stosowały te same zasady higieny.
6). Jeżeli masz wysoką gorączkę i objawy grypy takie, jakie miałeś
dotychczas, nie lekceważ, idz do lekarza, to może być grypa A(H1N1).
napisać coś o...... grypie A (H1N1).
A dlaczego to jest prawie o seksie? No coż, podobnie jak seks, wiedzie
delikwentów do łóżka.
Co kilka dni media informują nas o nowych przypadkach zachorowań
w Polsce .Epidemiolodzy Światowej Organizacji Zdrowia straszą, że
apokalipsa nastąpi jesienią, gdy nastąpi trzecia fala grypy A(H1N1).
Nie wiem czy ktoś jeszcze pamięta, jak wiosną 1976 roku padła nazwa
"świńska grypa". Donosiły o niej amerykńskie gazety. Nowa grypa
szerzyła się wśród żołnierzy wojennej bazy Fort Dix w New Jersey,
a trzech z nich zmarło.
Szef Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorób (CDC) oznajmił wtedy,
że nad krajem zawisło śmiertelne niebezpieczeństwo. Panikę podchwy-
ciły media i po kilku dniach podjęto decyzję o powszechnych szczepie-
niach nową szczepionką, zawierającą szczep H1N1.
Gdy wyprodukowano 50 milionów szczepionek, światło dzienne ujrzały
dwa fakty. Primo - całe zagrożenie nową chorobą było propagandowym
trikiem CDC. Secundo : nowa szczepionka miała szkodliwe skutki
uboczne, w wyniku których zmarło 30 osób a kilka tysięcy Amerykanów
stało się inwalidami - po szczepieniu wystapiły u nich silne neurozy
i paraliż.
Państwo wypłaciło 100 mln dolarów odszkodowań, ale CDC zachowało
olimpijski spokój - dochody firm farmaceutycznych znacznie przewyż-
szyły sumę wszystkich odszkodowań.
Największe zyski odnotowuje szwajcarska firma Roche Holding AG,
która wyprodukowała lek o nazwie TAMIFLU, blokujący namnażanie
się wirusa grypy. Koncern przekazuje kapsułki TAMIFLU do WHO.
Gdy w maju tego roku napłynęły pierwsze meldunki o zachorowaniach
w Meksyku, koncern przekazał WHO 5 milionów opakowań bezpłatnie.
Ale nie zachwycajcie się bezinteresownością f-my Roche - dzięki reko-
mendacji WHO, firma otrzymała zamówienia na lek od rządów różnych
krajów na 35 milionów opakowań, a poza tym 85 krajów świata ma
stworzyć strategiczne rezerwy TAMIFLU, aby zapewnić dostęp do
preparatu 25 -50% ludności Ziemi. Koncern gotów jest zapewnić
preparat krajom rozwijającym się za niską cenę lub na kilkuletni kredyt.
Rola WHO jest niestety w tym wszystkim dwuznaczna. Daje firmom
farmaceutycznym najefektywniejszą reklamę ale i pomaga tuszować
niedoróby tych firm w przypadkach gdy ich wyroby powodują złe
skutki uboczne. W Japonii 54 nastolatków po stosowaniu TAMIFLU
popełniło samobóstwo. Śledztwo prowadzone pod kuratelą WHO
wyciszyło skandal.
Wokół leków i szczepionek przeciwko świńskiej grypie powstaje cała
masa teorii spiskowych.
Pracowniczka CDC opublikowała pracę, w której twierdzi, że kombina-
cji ósmego segmentu genomu wirusa H1G1 nigdy nie stwierdzono ani
wśród świńskich ani wśród ludzkich wirusów, co świadczy o jego labora-
toryjnym pochodzeniu.
Do szczepionkowego wyścigu stanęło kilka dużych firm - w Kanadzie,
Szwajcarii, Francji, Japonii.
A tymczasem posłuchajmy rad epidemiologów:
1). Gdy kichasz lub kaszlesz nie dziel się z innymi swoimi płynami ustro-
jowymi, zakrywaj nos i usta chusteczką jednorazową.
2). Pozbywaj się zużytych chusteczek szybko i w sposób bezpieczny dla
innych.
3). Często myj ręce ciepłą wodą z mydłem, zwłaszcza po powrocie do
domu.
4). Często czyść klamki, przy użyciu zwykłych środków czystości.
5). Dopilnuj, aby twoje dzieci stosowały te same zasady higieny.
6). Jeżeli masz wysoką gorączkę i objawy grypy takie, jakie miałeś
dotychczas, nie lekceważ, idz do lekarza, to może być grypa A(H1N1).
piątek, 31 lipca 2009
Mity Polskie
Jutro 1 sierpnia, kolejna bolesna rocznica dla wielu warszawiaków.
Bo jest to święto wielkiej klęski, chociaż niektórzy usiłują nam po
latach wmówić, że owa klęska była zwycięstwem.
Urodziłam się, wychowałam i mieszkam w Warszawie. Moi bliscy
mieszkali tu przed wojną, a wypędzeni, powrócili do swojego
zrujnowanego Miasta.
Od najmłodszych lat słyszałam, że decyzja o wybuchu Powstania
była zbrodnią, popełnioną przez naczelne dowództwo AK.
Nie słyszałam tego w szkole, ale właśnie w domu.
Wszyscy wiedzieli, że AK nie posiadała dla swych żołnierzy wystar-
czającej ilości broni, że było to porywanie się z motyką na Słońce.
AK liczyło 250 tysięcy żołnierzy, a uzbrojenie posiadało zaledwie
32 tysiące ludzi.
Prawdopodobnie olbrzymia większość powstańców nie zdawała
sobie sprawy z faktu, że wybuch powstania nie był wogóle uzgod-
niony ani z sojusznikami na Zachodzie ani na Wschodzie, że de facto
byliśmy zdani sami na siebie. Nasz rząd w Londynie, nie wiadomo
dlaczego, zupełnie nie zdawał sobie sprawy, że Stany Zjednoczone i
Wielka Brytania kierowały się naczelną zasadą - do chwili zakoń-
czenia wojny z Niemcami i Japonią należy unikać zatargów ze
Związkiem Radzieckim. I nic dziwnego, że kierując się takimi
względami oddali Polskę Stalinowi.
Tu muszę napisać jeszcze coś niemiłego - na jakiej zasadzie ktoś
sobie wyobrażał, że kraj, którego rząd w chwili obcej agresji porzuca
naród, przez który został wybrany, będzie z estymą traktowany
przez inne narody?
Mam wrażenie, że owa ucieczka rządu do dziś rzutuje na opinię
o nas.
Według założeń generała Bora-Komorowskiego powstanie miało być
militarnie skierowane przeciw Niemcom, ale politycznie przeciw
Sowietom. Jednocześnie cały czas liczył, że Rosjanie wkroczą do
Warszawy, ale nie będą się mogli tu czuć jako godpodarze, bo będą
już w niej polskie władze.
Jak wiemy, było to typowe dzielenie skóry na niedzwiedziu.
Ani Amerykanie, ani też Anglicy nie popierali naszego powstania.
W czasie sierpniowego powstania prezydent USA zapewniał Stalina,
że Armia Czerwona posuwająca się na Berlin przez Polskę, będzie
miała zapewnione bezieczeństwo na tyłach. Roosevelt zapewniał
przy tym, że "żaden rząd tymczasowy, który by przysparzał sojusz-
niczym siłom zbrojnym jakichkolwiek kłopotów na tyłach, nie może
być przez was i nie powinien być przez nas tolerowany. Chciałbym,
żeby Pan wiedział, że o tym dobrze pamiętam" .
Była to zgoda na aresztowania i wywózki żołnierzy podziemia na
Sybir.
Moi bliscy mieszkali w budynku, w którym mieścił się niemiecki sztab
wojskowy.
Widzieli, jak niemieccy żołnierze chodzili sąsiednimi ulicami z miota-
czami ognia i systematycznie palili wnętrza budynków, jeden po
drugim.
Nasz dom nie został wypalony, bo gdy już wysiedlono lokatorów, sztab
tam pozostał.
Jutro oddamy hołd pamięci wszystkim Polakom, którzy zginęli w czasie
tragicznych dni Powstania. Było ich około 200 tysięcy. Oddamy hołd
nie tylko tym, którzy byli w szeregach AK, oddamy hołd wszystkim,
którzy zginęli.
I miastu, którego lewobrzeżna część zniszczona była w 80 procentach.
Pisarz, Paweł Jasienica , w latach 40. tak napisał o Powstaniu : "...było
wymierzone militarnie przeciw Niemcom, politycznie przeciw Sowietom,
demonstracyjnie przeciw Anglosasom a faktycznie przeciw Polsce".
I gdy jutro o godzinie "W" zawyją syreny, zatrzymajcie się i pomyślcie o
tych, którzy wtedy odeszli i o tym, co napisał Jasienica.
anabell
Bo jest to święto wielkiej klęski, chociaż niektórzy usiłują nam po
latach wmówić, że owa klęska była zwycięstwem.
Urodziłam się, wychowałam i mieszkam w Warszawie. Moi bliscy
mieszkali tu przed wojną, a wypędzeni, powrócili do swojego
zrujnowanego Miasta.
Od najmłodszych lat słyszałam, że decyzja o wybuchu Powstania
była zbrodnią, popełnioną przez naczelne dowództwo AK.
Nie słyszałam tego w szkole, ale właśnie w domu.
Wszyscy wiedzieli, że AK nie posiadała dla swych żołnierzy wystar-
czającej ilości broni, że było to porywanie się z motyką na Słońce.
AK liczyło 250 tysięcy żołnierzy, a uzbrojenie posiadało zaledwie
32 tysiące ludzi.
Prawdopodobnie olbrzymia większość powstańców nie zdawała
sobie sprawy z faktu, że wybuch powstania nie był wogóle uzgod-
niony ani z sojusznikami na Zachodzie ani na Wschodzie, że de facto
byliśmy zdani sami na siebie. Nasz rząd w Londynie, nie wiadomo
dlaczego, zupełnie nie zdawał sobie sprawy, że Stany Zjednoczone i
Wielka Brytania kierowały się naczelną zasadą - do chwili zakoń-
czenia wojny z Niemcami i Japonią należy unikać zatargów ze
Związkiem Radzieckim. I nic dziwnego, że kierując się takimi
względami oddali Polskę Stalinowi.
Tu muszę napisać jeszcze coś niemiłego - na jakiej zasadzie ktoś
sobie wyobrażał, że kraj, którego rząd w chwili obcej agresji porzuca
naród, przez który został wybrany, będzie z estymą traktowany
przez inne narody?
Mam wrażenie, że owa ucieczka rządu do dziś rzutuje na opinię
o nas.
Według założeń generała Bora-Komorowskiego powstanie miało być
militarnie skierowane przeciw Niemcom, ale politycznie przeciw
Sowietom. Jednocześnie cały czas liczył, że Rosjanie wkroczą do
Warszawy, ale nie będą się mogli tu czuć jako godpodarze, bo będą
już w niej polskie władze.
Jak wiemy, było to typowe dzielenie skóry na niedzwiedziu.
Ani Amerykanie, ani też Anglicy nie popierali naszego powstania.
W czasie sierpniowego powstania prezydent USA zapewniał Stalina,
że Armia Czerwona posuwająca się na Berlin przez Polskę, będzie
miała zapewnione bezieczeństwo na tyłach. Roosevelt zapewniał
przy tym, że "żaden rząd tymczasowy, który by przysparzał sojusz-
niczym siłom zbrojnym jakichkolwiek kłopotów na tyłach, nie może
być przez was i nie powinien być przez nas tolerowany. Chciałbym,
żeby Pan wiedział, że o tym dobrze pamiętam" .
Była to zgoda na aresztowania i wywózki żołnierzy podziemia na
Sybir.
Moi bliscy mieszkali w budynku, w którym mieścił się niemiecki sztab
wojskowy.
Widzieli, jak niemieccy żołnierze chodzili sąsiednimi ulicami z miota-
czami ognia i systematycznie palili wnętrza budynków, jeden po
drugim.
Nasz dom nie został wypalony, bo gdy już wysiedlono lokatorów, sztab
tam pozostał.
Jutro oddamy hołd pamięci wszystkim Polakom, którzy zginęli w czasie
tragicznych dni Powstania. Było ich około 200 tysięcy. Oddamy hołd
nie tylko tym, którzy byli w szeregach AK, oddamy hołd wszystkim,
którzy zginęli.
I miastu, którego lewobrzeżna część zniszczona była w 80 procentach.
Pisarz, Paweł Jasienica , w latach 40. tak napisał o Powstaniu : "...było
wymierzone militarnie przeciw Niemcom, politycznie przeciw Sowietom,
demonstracyjnie przeciw Anglosasom a faktycznie przeciw Polsce".
I gdy jutro o godzinie "W" zawyją syreny, zatrzymajcie się i pomyślcie o
tych, którzy wtedy odeszli i o tym, co napisał Jasienica.
anabell
wtorek, 28 lipca 2009
Złotowłosa trucicielka???
"Średniego wzrostu, sylwetka zgrabna. Twarz pociagła, nos o dosko-
nałym kształcie, włosy barwy złotej" - tak opisywano Lukrecję Borgię.
Na jej temat krążyły niesamowite historie , powtarzane z pokolenia na
pokolenie, odsądzające ją od czci, posądzające o najgorsze czyny.
Wszystkie te opowieści nie mają wcale podbudowy faktograficznej.
Złotowłosa Lukrecja przyszła na świat 18 kwietnia 1480 roku, w małym
miasteczku Subiaco, oddalonym 100 km od Rzymu.
Jej ojciec w tym okresie jeszcze starannie ukrywał swe życie rodzinne,
nie chcąc dawać tematu do plotek. Pierwsze lata swego dzeciństwa
spędziła w domu swej matki przy piazza Pizzo di Merlo. Giovanna, jej
matka, która właściwie już rozstała się z Borgią, nie darzyła swej
córki uczuciem.
Oprócz walorów zewnętrznych, Lukrecja wyróżniała się bystrością
umysłu i odebrała bardzo staranne wykształcenie. Uczyła się matema-
tyki, historii, literatury, języków starożytnych, biegle władała fran-
cuskim i katalońskim (Borgiowie przybyli do Włoch z Hiszpanii).
Od najmłodszych lat pasjonowała się muzyka i poezją.
W pózniejszych latach, będąc księżną Ferrary zaczęła kolekcjonować
rękopisy Dantego i Petrarki.
Gdy Lukrecja miała 12 lat, jej ojciec został papieżem, a ona zamiesz-
kała w palazzo di Santa Maria in Portico, pod opieką krewnej ojca,
która jednocześnie opiekowała się "papieskim haremem". Panowała
tam dość swobodna atmosfera i nic dziwnego, że w wieku lat 18
Lukrecja powiła nieślubne dziecko. Jego prawdziwym ojcem był
prawdopodobnie poseł papieski, Pedro Caldes.
Chcąc ratować cześć córki, by miała szansę w przyszłości na udane
małżeństwo i jednocześnie zapewnić dziecku nazwisko Borgiów,
Aleksander VI bullą papieską uznał dziecko za własne, nie za wnuka.
A Pedro Caldes, nie wiadomo czemu, utonął w Tybrze.
Lektura listów wymienianych pomiędzy Lukrecją, AleksandremVI
i jego synami, wskazuje na fakt, że byli oni wszyscy mocno z sobą
związani, otaczali Lukrecję wielką miłością i byli gotowi zmieść
z tego świata każdego, kto chciałby ją skrzywdzić.
Z czasem Lukrecja stała się posłuszną wykonawczynią ambitnych
planów swego ojca i brata.
Ślub Lukrecji z Giovannim Sforzą, władcą Pesaro, w krótkim czasie
został unieważniony, bo Aleksander VI uznał go za pozbawiony
perspektyw politycznych.
Rok pózniej została wydana za mąż za Alfonsa Aragońskiego, księcia
Bisceglie i Salerno, który był naturalnym synem króla Neapolu
Alfonsa II. Specjalna komisja papieska zaświadczyła o dziewictwie
Lukrecji.
Niemal natychmiast Lukrecja zaszła w ciążę i urodziła syna Rodriga,
który zmarł w wieku 13 lat.
Ale Borgiowie zmienili tymczasem front działania i Neapol przestał
im być potrzebny, postawili na Francję. Poza tym stosunki pomiędzy
mężem Lukrecji a jej bratem Cezarem układały się fatalnie. W sierp-
niu 1500 roku, giermek Cezara zadusił Alfonsa.
W grudniu 1501 roku Lukrecja wyszła ponownie za mąż, tym razem
za Alfonsa d'Este, dziedzica Ferrary.
Lukrecja urodziła z tego związku czworo dzieci, w tym trzech synów,
co bardzo się wówczas liczyło. Książę odnosił do niej dość chłodno,
mimo tego Lukrecja uważała ów związek za udany.
Będąc księżną Ferrary, postanowiła uczynić z niej jeden z najważniej-
szych ośrodków kultury włoskiej. Skupiła na swym dworze najlep-
szych poetów, śpiewaków i muzyków.
Współcześni dostrzegali, że była dobra, życzliwa, sympatyczna. Zawsze
starała się pomóc tym, którzy wpadli w tarapaty, otaczała serdeczną
troską nie tylko swoje dzieci, ale i dzieci obce. Dobrze traktowała sługi.
Być może nie kochała swego męża (poeta Pietro Bembo był jej
kochankiem), niemniej zawsze wspierała wszystkie jego inicjatywy i
pomagała w trudnych dla niego chwilach.
Mieszkańcy księstwa Ferrary nazywali Lukrecję dobrą księżną.
W 1512 roku Lukrecja stała się właścicielką ziem swego zmarłego
syna, Rodriga. Większa ich część to była błotnista równina, więc
przeprowadziła meliorację. Po 2 latach zaczęła dzierżawić działki,
a opłatę pobierała nie w płodach rolnych, a w pieniądzu, co przyczy-
niło się do rozwoju produkcji towarowej. Zarobione pieniądze inwesto-
wała w ulepszanie systemu melioracyjnego i stopiowo areał ziem
przez nią zarządzanych wynosił 20 tys. ha.
Powstawały domy, stajnie, spichlerze, prosperowała hodowla bydła,
podobnie było z uprawą zbóż, oliwek i trzciny.
Zachowana z 1518 roku księga przychodów i rozchodów wykazuje,
że gospodarka przyniosła trzy tysiące złotych dukatów zysku.
Czy prowadziła rozwiązły tryb życia - być może. Brała udział
w ekstrawaganckich ucztach swego ojca, porównywanych do
starorzymskich orgii, co można znalezć w dokumentach. Miała
kochanków, a jednocześnie zapraszała na swój dwór kaznodziejów,
zamawiała liczne dzieła o tematyce religijnej, była fundatorką
kilku szpitali oraz klasztoru.
Zmarła 24 czerwca 1519 roku, w wieku 39 lat.
A czemu miała taką opinię - rozpustnicy i trucicielki? Bo były to
czasy, w których nikt nie lubił mądrych, niepokornych kobiet.
nałym kształcie, włosy barwy złotej" - tak opisywano Lukrecję Borgię.
Na jej temat krążyły niesamowite historie , powtarzane z pokolenia na
pokolenie, odsądzające ją od czci, posądzające o najgorsze czyny.
Wszystkie te opowieści nie mają wcale podbudowy faktograficznej.
Złotowłosa Lukrecja przyszła na świat 18 kwietnia 1480 roku, w małym
miasteczku Subiaco, oddalonym 100 km od Rzymu.
Jej ojciec w tym okresie jeszcze starannie ukrywał swe życie rodzinne,
nie chcąc dawać tematu do plotek. Pierwsze lata swego dzeciństwa
spędziła w domu swej matki przy piazza Pizzo di Merlo. Giovanna, jej
matka, która właściwie już rozstała się z Borgią, nie darzyła swej
córki uczuciem.
Oprócz walorów zewnętrznych, Lukrecja wyróżniała się bystrością
umysłu i odebrała bardzo staranne wykształcenie. Uczyła się matema-
tyki, historii, literatury, języków starożytnych, biegle władała fran-
cuskim i katalońskim (Borgiowie przybyli do Włoch z Hiszpanii).
Od najmłodszych lat pasjonowała się muzyka i poezją.
W pózniejszych latach, będąc księżną Ferrary zaczęła kolekcjonować
rękopisy Dantego i Petrarki.
Gdy Lukrecja miała 12 lat, jej ojciec został papieżem, a ona zamiesz-
kała w palazzo di Santa Maria in Portico, pod opieką krewnej ojca,
która jednocześnie opiekowała się "papieskim haremem". Panowała
tam dość swobodna atmosfera i nic dziwnego, że w wieku lat 18
Lukrecja powiła nieślubne dziecko. Jego prawdziwym ojcem był
prawdopodobnie poseł papieski, Pedro Caldes.
Chcąc ratować cześć córki, by miała szansę w przyszłości na udane
małżeństwo i jednocześnie zapewnić dziecku nazwisko Borgiów,
Aleksander VI bullą papieską uznał dziecko za własne, nie za wnuka.
A Pedro Caldes, nie wiadomo czemu, utonął w Tybrze.
Lektura listów wymienianych pomiędzy Lukrecją, AleksandremVI
i jego synami, wskazuje na fakt, że byli oni wszyscy mocno z sobą
związani, otaczali Lukrecję wielką miłością i byli gotowi zmieść
z tego świata każdego, kto chciałby ją skrzywdzić.
Z czasem Lukrecja stała się posłuszną wykonawczynią ambitnych
planów swego ojca i brata.
Ślub Lukrecji z Giovannim Sforzą, władcą Pesaro, w krótkim czasie
został unieważniony, bo Aleksander VI uznał go za pozbawiony
perspektyw politycznych.
Rok pózniej została wydana za mąż za Alfonsa Aragońskiego, księcia
Bisceglie i Salerno, który był naturalnym synem króla Neapolu
Alfonsa II. Specjalna komisja papieska zaświadczyła o dziewictwie
Lukrecji.
Niemal natychmiast Lukrecja zaszła w ciążę i urodziła syna Rodriga,
który zmarł w wieku 13 lat.
Ale Borgiowie zmienili tymczasem front działania i Neapol przestał
im być potrzebny, postawili na Francję. Poza tym stosunki pomiędzy
mężem Lukrecji a jej bratem Cezarem układały się fatalnie. W sierp-
niu 1500 roku, giermek Cezara zadusił Alfonsa.
W grudniu 1501 roku Lukrecja wyszła ponownie za mąż, tym razem
za Alfonsa d'Este, dziedzica Ferrary.
Lukrecja urodziła z tego związku czworo dzieci, w tym trzech synów,
co bardzo się wówczas liczyło. Książę odnosił do niej dość chłodno,
mimo tego Lukrecja uważała ów związek za udany.
Będąc księżną Ferrary, postanowiła uczynić z niej jeden z najważniej-
szych ośrodków kultury włoskiej. Skupiła na swym dworze najlep-
szych poetów, śpiewaków i muzyków.
Współcześni dostrzegali, że była dobra, życzliwa, sympatyczna. Zawsze
starała się pomóc tym, którzy wpadli w tarapaty, otaczała serdeczną
troską nie tylko swoje dzieci, ale i dzieci obce. Dobrze traktowała sługi.
Być może nie kochała swego męża (poeta Pietro Bembo był jej
kochankiem), niemniej zawsze wspierała wszystkie jego inicjatywy i
pomagała w trudnych dla niego chwilach.
Mieszkańcy księstwa Ferrary nazywali Lukrecję dobrą księżną.
W 1512 roku Lukrecja stała się właścicielką ziem swego zmarłego
syna, Rodriga. Większa ich część to była błotnista równina, więc
przeprowadziła meliorację. Po 2 latach zaczęła dzierżawić działki,
a opłatę pobierała nie w płodach rolnych, a w pieniądzu, co przyczy-
niło się do rozwoju produkcji towarowej. Zarobione pieniądze inwesto-
wała w ulepszanie systemu melioracyjnego i stopiowo areał ziem
przez nią zarządzanych wynosił 20 tys. ha.
Powstawały domy, stajnie, spichlerze, prosperowała hodowla bydła,
podobnie było z uprawą zbóż, oliwek i trzciny.
Zachowana z 1518 roku księga przychodów i rozchodów wykazuje,
że gospodarka przyniosła trzy tysiące złotych dukatów zysku.
Czy prowadziła rozwiązły tryb życia - być może. Brała udział
w ekstrawaganckich ucztach swego ojca, porównywanych do
starorzymskich orgii, co można znalezć w dokumentach. Miała
kochanków, a jednocześnie zapraszała na swój dwór kaznodziejów,
zamawiała liczne dzieła o tematyce religijnej, była fundatorką
kilku szpitali oraz klasztoru.
Zmarła 24 czerwca 1519 roku, w wieku 39 lat.
A czemu miała taką opinię - rozpustnicy i trucicielki? Bo były to
czasy, w których nikt nie lubił mądrych, niepokornych kobiet.
piątek, 24 lipca 2009
Nie ma róży bez kolców
Napiszę dziś troszeczkę o drugim obliczu PRL-u., bo jak napisałam
w komentarzach, wszystko ma dwa oblicza.
Nie liczcie na jakąś analizę historyczną, to nie moja działka. Zresztą
trudno oceniać obiektywnie tak niedawną historię. Być może, że za
20 lub 30 lat ktoś pokusi się by wszystko bezstronnie opisać i
przeanalizować.
Z komentarzy wynika, że wszyscy najgorzej oceniają reformę rolną.
Zastanawiałam się , jakie było inne wyjście. Nie sądzę, by ziemiaństwo
zechciało się dobrowolnie podzielić z kimś swoim majątkiem, zwłaszcza,
za tak symboliczną cenę, jak ta w reformie rolnej PKWN-u.
Problem reformy rolnej był rozpatrywany jeszcze wiele lat wcześniej.
Piłsudski, choć mienił się socjalistą, bardziej był zajęty interesami
magnatów (wyprawa kijowska) niż sprawami biedoty wiejskiej.
W okresie okupacji hitlerowskiej wiele stronnictw związanych z obozem
londyńskim obiecywało reformę rolną, ale jej przeprowadzenie siłą
rzeczy naruszyłoby interesy ziemiaństwa, będącego ich bazą społeczną.
Nasze znalezienie się w kręgu wpływów komunistycznego mocarstwa
spowodowało nagłą i gruntowną zmianę dotychczasowego ustroju-
nie bójmy się tego słowa, to była rewolucja. Nie od dziś wiadomo, że
najlepiej pociągnąć za sobą biedotę by zrobić jakikolwiek przewrót.
A u nas ta biedota to były masy chłopstwa bez ziemi, często przeno-
szące się do miasta w poszukiwaniu pracy, w dalszym ciągu przymie-
rające głodem.
Zapadło postanowienie- bogaci muszą podzielić się swym majątkiem
z bezrolnymi, bo ziemi porzuconej przez Niemców nie wystarczy dla
wszystkich. Rekwirowano użytki rolne pow. 50ha lub majątki o
100ha powierzchni ogólnej. Rozparcelowano te grunty na gospo-
darstwa do 5ha na rodzinę, a na terenach poniemieckich norma
była od 7 d0 15ha. Za ziemię chłopi musieli zapłacić równowartość
przeciętnych zbiorów rocznych w 10 lub 20 ratach.
W moim odczuciu powinno się było inaczej "zagospodarować" tych
bezrolnych, bo wg tych, co się znają na rolnictwie, z bezrolnego
nigdy dobry rolnik nie wyrośnie, a poza tym małe gospodarstwo
rolne jest nieekonomiczne.
Zgodziliście się ze mną, bez protestu, że nastąpił przewrót cywiliza-
cyjny, zlikwidowano analfabetyzm, wprowadzono obowiązek
szkolny, młodzież wiejska mogła podejmować studia.
Jednak jest tu pewne ALE - nie było to automatyczne: jesteś ze wsi,
więc studia stoją przed tobą otworem.
Wpierw musiałeś być naszym człowiekiem, a więc obowiązkowo
należeć do organizacji, a najlepiej dwóch : Związku Młodzieży Socja-
listycznej i do organizacji studenckiej.
Jednocześnie wprowadzono punkty promujące pochodzenie robotnicze
lub chłopskie, mające znaczenie przy wstępowaniu na studia.
Tych punktów nie miała młodzież mająca"niewłaściwe" pochodzenie -
inteligenckie lub, nie daj Boże, z wyższych sfer.
Pojęcie "dyktatura proletariatu" nie było tylko hasłem.
Profesor wyższej uczelni nie cieszył się specjalnym autorytetem a
zarabiał tyle samo co wykwalifikowany tokarz. Ponadto by utrzymać
się na swoim stanowisku też musiał być "swoim" człowiekiem.
Większość komentatorów chwali PRL za to, że nie było bezrobocia.
Mało tego, były nawet obowiązek pracy. W drodze łaski kobiety były
z tego wyłączone, o ile były na utrzymaniu męża. Każdy obywatel
musiał pracować i mieć w Dowodzie Osobistym stempelek zakładu
pracy, świadczący o tym, że jest aktualnie zatrudniony.
Pełne zatrudnienie prowadziło do niskiej wydajności pracy, prze-
rostów kadrowych i nieopłacalności produkcji. Tyle tylko, że wtedy
nikt się nie interesował opłacalnością produkcji.
Gdy dziś zadaje się pytanie o PRL , jako największą zaletę pytani
wymieniają opiekuńczą rolę państwa. Bo służba zdrowia była
bezpłatna, bo były tanie wczasy, bo dzieci jezdziły za grosze na
kolonie letnie i obozy, bo był w zakładach pracy fundusz socjalny,
bo były tanie bilety do teatrów, opery, organizowano tanie wycieczki
krajoznawcze.
Ale jakoś nikt nie zadaje sobie pytania, kto to finansował, bo przecież
wszystko ma swą cenę.
Kochani to my płaciliśmy za to wszystko swoim podporządkowaniem,
niskimi wynagrodzeniami,niskim standardem życia, przyzwoleniem
na wciskanie się wszystko wiedzącego państwa w naszą codzienność.
Wyliczając w poprzedniej notce pozytywy, nie napisałam nic o prze-
myśle. Prawie cały przemysł powstał w tamtych czasach.
Przedwojenne fabryki zostały w czasie wojny zniszczone lub
wywieziono ich wyposażenie- robił to i okupant i wyzwoliciel. Co
prawda wybór rodzaju przemysłu był narzucony przez RWPG, a
nasze technologie nie były olśniewające, ale dzięki temu mieliśmy
co prywatyzować w okresie transformacji.
Mnie najbardziej boli, ze w czasach PRL została zwichrowana psy-
chika ludzi. Cechą nadrzędną człowieka jest chęć przetrwania i
większość ludzi całkiem niezle przystosowała się do tamtego
systemu. Ludzie szybko pojęli, że aby przetrwać wystarczy być
choćby pozornie spolegliwym, nie "wychylać się", dac się unosić
wydarzeniom. To nieprawda,że wszyscy musieli należeć do PZPR,
jeżeli chcieli zachować swe stanowisko. Zwłaszcza w pózniejszych latach.
Teraz mitologizuje się tamten okres - wszystko było złe, a cały
naród walczył z tym złem. W celach propagandowych odwrócono
proporcje - "garstka" tych zadowolonych, "multum" walczących
z systemem. Niestety było odwrotnie.
Większości nie przeszkadzało swoiste zniewolenie dające na osłodę
poczucie równości społecznej i bezpieczeństwa finansowego.
Ostre represje, zwłaszcza wobec inteligencji, z czasem ustały. Jak
w każdej chorobie- ostry stan zapalny przeszedł w stan przewlekły.
Inna była PRL w pierwszym okresie, inna w 30 lat pózniej.
Myślę, że na temat PRL-u mogłoby powstać wiele dobrych prac
doktorskich. Z całą pewnością był to ciekawy okres, który wpły-
nął na dalsze losy społeczeństwa.
w komentarzach, wszystko ma dwa oblicza.
Nie liczcie na jakąś analizę historyczną, to nie moja działka. Zresztą
trudno oceniać obiektywnie tak niedawną historię. Być może, że za
20 lub 30 lat ktoś pokusi się by wszystko bezstronnie opisać i
przeanalizować.
Z komentarzy wynika, że wszyscy najgorzej oceniają reformę rolną.
Zastanawiałam się , jakie było inne wyjście. Nie sądzę, by ziemiaństwo
zechciało się dobrowolnie podzielić z kimś swoim majątkiem, zwłaszcza,
za tak symboliczną cenę, jak ta w reformie rolnej PKWN-u.
Problem reformy rolnej był rozpatrywany jeszcze wiele lat wcześniej.
Piłsudski, choć mienił się socjalistą, bardziej był zajęty interesami
magnatów (wyprawa kijowska) niż sprawami biedoty wiejskiej.
W okresie okupacji hitlerowskiej wiele stronnictw związanych z obozem
londyńskim obiecywało reformę rolną, ale jej przeprowadzenie siłą
rzeczy naruszyłoby interesy ziemiaństwa, będącego ich bazą społeczną.
Nasze znalezienie się w kręgu wpływów komunistycznego mocarstwa
spowodowało nagłą i gruntowną zmianę dotychczasowego ustroju-
nie bójmy się tego słowa, to była rewolucja. Nie od dziś wiadomo, że
najlepiej pociągnąć za sobą biedotę by zrobić jakikolwiek przewrót.
A u nas ta biedota to były masy chłopstwa bez ziemi, często przeno-
szące się do miasta w poszukiwaniu pracy, w dalszym ciągu przymie-
rające głodem.
Zapadło postanowienie- bogaci muszą podzielić się swym majątkiem
z bezrolnymi, bo ziemi porzuconej przez Niemców nie wystarczy dla
wszystkich. Rekwirowano użytki rolne pow. 50ha lub majątki o
100ha powierzchni ogólnej. Rozparcelowano te grunty na gospo-
darstwa do 5ha na rodzinę, a na terenach poniemieckich norma
była od 7 d0 15ha. Za ziemię chłopi musieli zapłacić równowartość
przeciętnych zbiorów rocznych w 10 lub 20 ratach.
W moim odczuciu powinno się było inaczej "zagospodarować" tych
bezrolnych, bo wg tych, co się znają na rolnictwie, z bezrolnego
nigdy dobry rolnik nie wyrośnie, a poza tym małe gospodarstwo
rolne jest nieekonomiczne.
Zgodziliście się ze mną, bez protestu, że nastąpił przewrót cywiliza-
cyjny, zlikwidowano analfabetyzm, wprowadzono obowiązek
szkolny, młodzież wiejska mogła podejmować studia.
Jednak jest tu pewne ALE - nie było to automatyczne: jesteś ze wsi,
więc studia stoją przed tobą otworem.
Wpierw musiałeś być naszym człowiekiem, a więc obowiązkowo
należeć do organizacji, a najlepiej dwóch : Związku Młodzieży Socja-
listycznej i do organizacji studenckiej.
Jednocześnie wprowadzono punkty promujące pochodzenie robotnicze
lub chłopskie, mające znaczenie przy wstępowaniu na studia.
Tych punktów nie miała młodzież mająca"niewłaściwe" pochodzenie -
inteligenckie lub, nie daj Boże, z wyższych sfer.
Pojęcie "dyktatura proletariatu" nie było tylko hasłem.
Profesor wyższej uczelni nie cieszył się specjalnym autorytetem a
zarabiał tyle samo co wykwalifikowany tokarz. Ponadto by utrzymać
się na swoim stanowisku też musiał być "swoim" człowiekiem.
Większość komentatorów chwali PRL za to, że nie było bezrobocia.
Mało tego, były nawet obowiązek pracy. W drodze łaski kobiety były
z tego wyłączone, o ile były na utrzymaniu męża. Każdy obywatel
musiał pracować i mieć w Dowodzie Osobistym stempelek zakładu
pracy, świadczący o tym, że jest aktualnie zatrudniony.
Pełne zatrudnienie prowadziło do niskiej wydajności pracy, prze-
rostów kadrowych i nieopłacalności produkcji. Tyle tylko, że wtedy
nikt się nie interesował opłacalnością produkcji.
Gdy dziś zadaje się pytanie o PRL , jako największą zaletę pytani
wymieniają opiekuńczą rolę państwa. Bo służba zdrowia była
bezpłatna, bo były tanie wczasy, bo dzieci jezdziły za grosze na
kolonie letnie i obozy, bo był w zakładach pracy fundusz socjalny,
bo były tanie bilety do teatrów, opery, organizowano tanie wycieczki
krajoznawcze.
Ale jakoś nikt nie zadaje sobie pytania, kto to finansował, bo przecież
wszystko ma swą cenę.
Kochani to my płaciliśmy za to wszystko swoim podporządkowaniem,
niskimi wynagrodzeniami,niskim standardem życia, przyzwoleniem
na wciskanie się wszystko wiedzącego państwa w naszą codzienność.
Wyliczając w poprzedniej notce pozytywy, nie napisałam nic o prze-
myśle. Prawie cały przemysł powstał w tamtych czasach.
Przedwojenne fabryki zostały w czasie wojny zniszczone lub
wywieziono ich wyposażenie- robił to i okupant i wyzwoliciel. Co
prawda wybór rodzaju przemysłu był narzucony przez RWPG, a
nasze technologie nie były olśniewające, ale dzięki temu mieliśmy
co prywatyzować w okresie transformacji.
Mnie najbardziej boli, ze w czasach PRL została zwichrowana psy-
chika ludzi. Cechą nadrzędną człowieka jest chęć przetrwania i
większość ludzi całkiem niezle przystosowała się do tamtego
systemu. Ludzie szybko pojęli, że aby przetrwać wystarczy być
choćby pozornie spolegliwym, nie "wychylać się", dac się unosić
wydarzeniom. To nieprawda,że wszyscy musieli należeć do PZPR,
jeżeli chcieli zachować swe stanowisko. Zwłaszcza w pózniejszych latach.
Teraz mitologizuje się tamten okres - wszystko było złe, a cały
naród walczył z tym złem. W celach propagandowych odwrócono
proporcje - "garstka" tych zadowolonych, "multum" walczących
z systemem. Niestety było odwrotnie.
Większości nie przeszkadzało swoiste zniewolenie dające na osłodę
poczucie równości społecznej i bezpieczeństwa finansowego.
Ostre represje, zwłaszcza wobec inteligencji, z czasem ustały. Jak
w każdej chorobie- ostry stan zapalny przeszedł w stan przewlekły.
Inna była PRL w pierwszym okresie, inna w 30 lat pózniej.
Myślę, że na temat PRL-u mogłoby powstać wiele dobrych prac
doktorskich. Z całą pewnością był to ciekawy okres, który wpły-
nął na dalsze losy społeczeństwa.
środa, 22 lipca 2009
O święcie, którego już nie ma
W kwietniu 1990 roku , prezydent Rzeczypospolitej Polskiej
Wojciech Jaruzelski złożył podpis pod ustawą znoszącą 22 lipca jako
Narodowe Święto Odrodzenia Polski, równocześnie przywracając
Narodowe Święto Trzeciego Maja.
14 lutego 1989r Sejm PRL przywrócił 11 listopada jako Narodowe
Święto Niepodległości.
Usunięcie święta 22 lipca stało się symbolem odcięcia od PRL. My,
Polacy, uwielbiamy symbole.
Nie jestem młodą osobą, całe dzieciństwo i młodość żyłam w PRL-u.
I nie mogę się pogodzić z sytuacją , że okres ten jest zrównany z okre-
sem okupacji niemieckiej.
Nawet w okresie najczarniejszego stalinizmu Polska nie przestała być
Polską. Nikt nie nas nie wynaradawiał, nie zabraniał używania języka
polskiego, nie wyniszczał narodu, uszanowano także nasze święta
religijne: Boże Narodzenie, Wielkanoc, Boże Ciało, Wszystkich Świętych,
Trzech Króli ( do 1960r)- były to dni ustawowo wolne od pracy.
Czy wszyscy zdają sobie sprawę, że dzisiejsze granice naszego państwa
powstały właśnie w czasach PRL?
Nawet najbardziej "prawicowa prawica" broni dziś tych granic. Broni,
ale nie docenia wkładu władz PRL w trud zagospodarowywania ziem
zachodnich. I choć nam się nie podobała obecność na terenie Polski
wojsk radzieckich, to one były wówczas gwarantem tych nowych
granic. Ale o tym to już mało kto chce pamiętać.
Podobnie jak i o polskich żołnierzach, którzy w polskich formacjach
utworzonych w ZSRR przełamywali Wał Pomorski, forsowali Odrę,
zdobywali Berlin, stawiali słupy graniczne na nowo wytyczonych gra-
nicach.
Do przeprowadzonej po wojnie reformy rolnej nawet dzisiejsza prawica
nie zgłasza zastrzeżeń , choć nastąpiła ona na mocy dekretu PKWN.
Jakby na nią nie spojrzeć, likwidowała resztki feudalizmu. Ci, którzy
pilnowali jej realizacji : PPR-owcy, milicjanci i pracownicy UB są dziś
potępiani, ale ci, którzy walczyli przeciw reformie są dziś zasłużonymi
kombatantami- ot taka polska odmiana schizofrenii.
Ta okropna PRL , którą nazywają chętnie "czarna dziurą"zlikwidowała
analfabetyzm. To państwo "pod okupacją radziecką" zrealizowało
program "Tysiąc szkół na Tysiąclecie", a wiele tych szkół funkcjonuje
do dziś i uczą się w nich kolejne pokolenia .
Ta "zniewolona" Polska dbała o rozwój kultury narodowej. Wydawano
wiele książek, odbudowywano zabytki, powstawały czytelnie, biblioteki,
Domy Kultury.
To w czasach PRl-u zasłynęła w świecie polska szkoła konserwatorska
i to nasi konserwatorzy restaurowali zabytki w różnych krajach, to
polski plakat zdobywał nagrody na międzynarodowych wystawach,
polskie zespoły "Mazowsze" i "Śląsk" były oklaskiwane na całym
świecie.
I właśnie w czasach PRl-u ci, którzy dziś tak opluwają tamten okres,
za darmo studiowali, zdobywali stopnie naukowe, jezdzili za nieduże
pieniądze na wczasy FWP, dostawali mieszkania kwaterunkowe , a
potem spółdzielcze, w których często do dzis mieszkają.
Skoro PRL to była "CZARNA DZIURA" to może powinni zrzec się
zdobytych wówczas tytułów zawodowych i naukowych i mieszkań,
a cały proces nauki rozpocząć od nowa i kupić nowe mieszkanie na
nowych waunkach cenowych.
Nie mam zapatrywań lewicowych ani prawicowych, wyznaję bardzo
niepopularną dziś zasadę, że nic nie ma darmo, wszystko ma swą
cenę, że państwo to nie jakiś mityczny twór ale to my wszyscy a
dobrobyt jest uzależniony od nas samych, od naszej pracy.
Brzmi to "państwowo-twórczo"? No cóż, taka jestem.
Wojciech Jaruzelski złożył podpis pod ustawą znoszącą 22 lipca jako
Narodowe Święto Odrodzenia Polski, równocześnie przywracając
Narodowe Święto Trzeciego Maja.
14 lutego 1989r Sejm PRL przywrócił 11 listopada jako Narodowe
Święto Niepodległości.
Usunięcie święta 22 lipca stało się symbolem odcięcia od PRL. My,
Polacy, uwielbiamy symbole.
Nie jestem młodą osobą, całe dzieciństwo i młodość żyłam w PRL-u.
I nie mogę się pogodzić z sytuacją , że okres ten jest zrównany z okre-
sem okupacji niemieckiej.
Nawet w okresie najczarniejszego stalinizmu Polska nie przestała być
Polską. Nikt nie nas nie wynaradawiał, nie zabraniał używania języka
polskiego, nie wyniszczał narodu, uszanowano także nasze święta
religijne: Boże Narodzenie, Wielkanoc, Boże Ciało, Wszystkich Świętych,
Trzech Króli ( do 1960r)- były to dni ustawowo wolne od pracy.
Czy wszyscy zdają sobie sprawę, że dzisiejsze granice naszego państwa
powstały właśnie w czasach PRL?
Nawet najbardziej "prawicowa prawica" broni dziś tych granic. Broni,
ale nie docenia wkładu władz PRL w trud zagospodarowywania ziem
zachodnich. I choć nam się nie podobała obecność na terenie Polski
wojsk radzieckich, to one były wówczas gwarantem tych nowych
granic. Ale o tym to już mało kto chce pamiętać.
Podobnie jak i o polskich żołnierzach, którzy w polskich formacjach
utworzonych w ZSRR przełamywali Wał Pomorski, forsowali Odrę,
zdobywali Berlin, stawiali słupy graniczne na nowo wytyczonych gra-
nicach.
Do przeprowadzonej po wojnie reformy rolnej nawet dzisiejsza prawica
nie zgłasza zastrzeżeń , choć nastąpiła ona na mocy dekretu PKWN.
Jakby na nią nie spojrzeć, likwidowała resztki feudalizmu. Ci, którzy
pilnowali jej realizacji : PPR-owcy, milicjanci i pracownicy UB są dziś
potępiani, ale ci, którzy walczyli przeciw reformie są dziś zasłużonymi
kombatantami- ot taka polska odmiana schizofrenii.
Ta okropna PRL , którą nazywają chętnie "czarna dziurą"zlikwidowała
analfabetyzm. To państwo "pod okupacją radziecką" zrealizowało
program "Tysiąc szkół na Tysiąclecie", a wiele tych szkół funkcjonuje
do dziś i uczą się w nich kolejne pokolenia .
Ta "zniewolona" Polska dbała o rozwój kultury narodowej. Wydawano
wiele książek, odbudowywano zabytki, powstawały czytelnie, biblioteki,
Domy Kultury.
To w czasach PRl-u zasłynęła w świecie polska szkoła konserwatorska
i to nasi konserwatorzy restaurowali zabytki w różnych krajach, to
polski plakat zdobywał nagrody na międzynarodowych wystawach,
polskie zespoły "Mazowsze" i "Śląsk" były oklaskiwane na całym
świecie.
I właśnie w czasach PRl-u ci, którzy dziś tak opluwają tamten okres,
za darmo studiowali, zdobywali stopnie naukowe, jezdzili za nieduże
pieniądze na wczasy FWP, dostawali mieszkania kwaterunkowe , a
potem spółdzielcze, w których często do dzis mieszkają.
Skoro PRL to była "CZARNA DZIURA" to może powinni zrzec się
zdobytych wówczas tytułów zawodowych i naukowych i mieszkań,
a cały proces nauki rozpocząć od nowa i kupić nowe mieszkanie na
nowych waunkach cenowych.
Nie mam zapatrywań lewicowych ani prawicowych, wyznaję bardzo
niepopularną dziś zasadę, że nic nie ma darmo, wszystko ma swą
cenę, że państwo to nie jakiś mityczny twór ale to my wszyscy a
dobrobyt jest uzależniony od nas samych, od naszej pracy.
Brzmi to "państwowo-twórczo"? No cóż, taka jestem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)