Ciągle jest jeszcze sierpień, miesiąc spadających gwiazd, więc jeszcze
trochę pociągnę "gwiezdny temat".
W zachodniej Afryce, w Mali, w pobliżu góry Hombori mieszkają
Dogonowie. Oni, oraz sąsiadujące z nimi plemiona stały się obiektem
badań francuskiego antropologa, doktora Marcela Griaule. Przybył do
nich po raz pierwszy w 1931 r, następnie 1 946, wraz ze swoja asys-
tentką, a w 1951 r. opublikowali wyniki swych badań w pracy nauko-
wej pt:"Sudański układ Syriusza". Opisali w niej pradawne wierzenia
Dogonów, plemion Bambara, Bozo i Minianka.
Badacze stwierdzili, że wszystkie te ludy obchodzą uroczyście święta ku
czci Syriusza i jego niewidocznego towarzysza. A Dogonowie wyjaśniali:
nie czcimy jasnej, widocznej gwiazdy.Czcimy jej niewidocznego przyja-
ciela, którego nazywamy Digitaria a jego święto jest co 5o lat.
Wyjaśnili ponadto, że Digitaria wykonuje jedno okrążenie w trakcie
ok. 50 lat. Ich zdaniem jest to bardzo mała gwiazda, ale niebywale
ciężka i to ona kieruje i wpływa na Syriusza, jest podstawą systemu.
Dogonowie narysowali nawet układ Syriusza.
Zapytani o to, skąd o tym wszystkim wiedzą bez wahania odpowie-
dzieli:"wiemy od blizniąt Nommo, ziemnowodnych istot, mających rybie
ciała, przybyłych z otchłani Kosmosu. W czasie ich lądowania był duży
hałas i ogień, który zgasł, gdy latająca łódz bogów Nommo dotknęła
ziemi".
Oni byli nauczycielami ludzi i jako tacy trafili do religii oraz mitów
Dogonów oraz innych plemion. Ich wizerunki bardzo przypominają
postaci astronautów.
A jak się to ma do tego, co mówi nauka: ten "niewidoczny przyjaciel",
Syriusz B, został zauważony przez astronomów dopiero w 1862 roku.
Czas obiegu Syriusza B wynosi dokładnie 50,04 lat i jest to biały
karzeł, a jego średnica wynosi tylko 41 000 km , ma masę równą
masie Słońca i przez to wywiera wpływ na Syriusza A.
Bliznięta Nommo mieli ponoć rybie ciała- egipska Bogini Izyda była
często przedstawiana jako istota z rybim ogonem. Więc nie jest wy-
kluczone, że ta zaskakująca wiedza Dogonów jest spuścizną staro-
żytnej nauki egipskiej . Gdy naukowcy dokładnie prześledzili
wiedzę malijskiego ludu aż do zródeł, okazało się, że jej początki
giną w pomroce dziejów kraju nad Nilem.
Pomimo bardzo wielu badań i poszukiwań, nie udało się znależć
rozsądnego wytłumaczenia, dlaczego to, co od tysiącleci stanowi
element świętych przekazów , odpowiada dokładnie współczesnemu
stanowi nauki.
Od niepamiętnych czasów naucza się w Mali , że Syriusz B nie jest
jedynym towarzyszem jasno świecącego Syriusza A. Istnieje również
czterokrotnie lżejsza Emme Ye, dorównująca wielkością Digitarii.
Czas jej obiegu wynosi także 5o lat, chociaż Emme Ye ma większą
orbitę. W kosmogonii Dogonów podkreśla się, że Emme Ye porusza się
w tym samym kierunku co Syriusz B. Wokół niej krąży jej towarzysz,
Gwiazda Kobiet. Trzecim towarzyszem Syriusza A jest Szewc, który
krąży po dalszej orbicie i porusza się przeciwnie do orbity Emme Ye.
I jeszcze jedno - sprawdziłam w encyklopedii-Syriusz jest 8,6 lat
świetlnych od Ziemi.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
piątek, 14 sierpnia 2009
wtorek, 11 sierpnia 2009
Wspaniałe laboratorium - Ziemia
Dawno, dawno temu, na dnie jednego z mórz planety Ziemia, grupa
astronautów z innej planety zbudowała olbrzymią kopułę.
Mówi o tym I Księga Mojżeszowa, oraz pozabiblijne, pradawne
zapiski, które uznawane były przez dawnych izraelitów za święte.
Sklepienie owej kopuły było przezroczyste, grube jedynie na 3 palce,
bo było wykonane z wyjątkowo twardego i mocnego materiału,
hartowanego "siłą ognia".
Kolejnym krokiem było wypompowanie wody z kopuły by ukazał się
suchy ląd.
Następnie zajęto się uprawą osuszonego kawałka dna morza. A na skle-
pieniu kopuły zainstalowano system lamp.
Tak powstało laboratorium doświadczalne, miniatura świata, który
nietrudno było objąć wzrokiem i mieć pod stałą kontrolą.
I właśnie w tym laboratorium powstał pierwszy człowiek, nie w drodze
powolnej ewolucji , ale w wyniku działań genetycznych.
Astronauci- naukowcy manipulując genami istot człekokształtnych i
swoimi genami, stworzyli w końcu rozumną istotę, do nich podobną.
Na tym zakończył się czas działania podwodnego laboratorium. Nie
wszystkie powstałe w laboratorium istoty spełniały założone przez
astronautów kryteria. Postanowiono zatopić laboratorium wraz z
jego licznymi, nieudanymi zupełnie mieszkańcami, a jednocześnie
zachować przy życiu gatunek Homo Sapiens i część zwierząt.
Pouczono najstarszego z rodu jak zbudować bezpieczny, niezatapialny
statek, będący właściwie łodzią podwodną. Gdy ci, co mieli być ocaleni
znalezli się w tym statku, laboratorium na dnie morza zostało zalane.
Ludzie wyprodukowani w laboratorium zostali w ten sposób wypu-
szczeni na wolność, mogli rozpocząć zasiedlanie lądów, co było począt-
kiem drugiego etapu planu astronautów- Stwórców.
Nasi Stwórcy-astronauci stale ingerowali w życie ludzi. Wybierali
niewielkie, reprezentatywne grupy i izolowali je od reszty świata.
Kochani, to nie jest nowa Biblia, ale jej tłumaczenie z materiałów
żródłowych, dokonane przez niemieckiego teologa Waltera-Jorga
Langbeina. Od kilkunastu lat Langbein pracuje naukowo i przemierza
świat szukając potwierdzenia swej teorii, że istoty, uznane kiedyś
za Bogów, Stwórców ludzi, były przybyszami z Kosmosu.
Do mnie ta teoria przemawia. Rozumiem teorię ewolucji, ale zawsze
zastanawiał mnie fakt, że "obok siebie" żyją małpy człekokształtne,
które jakoś nie mogą już wznieść się na kolejny etap rozwoju , oraz
my, Homo Sapiens.
Dlaczego w tym przypadku zatrzymał się rozwój małp?
A my - skąd mamy te 2% genów, którymi różnimy się od małp?
Nie wiadomo skąd pochodzili nasi Stwórcy - może z Syriusza?
Dogonowie i inne plemiona zamieszkujące góry Hombori w Mali, są
przekonani, że przed tysiącami lat przybyły na Ziemię istoty
z Syriusza. A wiedza Dogonów o tej planecie jest zadziwiająca. Ale
to już temat na odrębny post.
astronautów z innej planety zbudowała olbrzymią kopułę.
Mówi o tym I Księga Mojżeszowa, oraz pozabiblijne, pradawne
zapiski, które uznawane były przez dawnych izraelitów za święte.
Sklepienie owej kopuły było przezroczyste, grube jedynie na 3 palce,
bo było wykonane z wyjątkowo twardego i mocnego materiału,
hartowanego "siłą ognia".
Kolejnym krokiem było wypompowanie wody z kopuły by ukazał się
suchy ląd.
Następnie zajęto się uprawą osuszonego kawałka dna morza. A na skle-
pieniu kopuły zainstalowano system lamp.
Tak powstało laboratorium doświadczalne, miniatura świata, który
nietrudno było objąć wzrokiem i mieć pod stałą kontrolą.
I właśnie w tym laboratorium powstał pierwszy człowiek, nie w drodze
powolnej ewolucji , ale w wyniku działań genetycznych.
Astronauci- naukowcy manipulując genami istot człekokształtnych i
swoimi genami, stworzyli w końcu rozumną istotę, do nich podobną.
Na tym zakończył się czas działania podwodnego laboratorium. Nie
wszystkie powstałe w laboratorium istoty spełniały założone przez
astronautów kryteria. Postanowiono zatopić laboratorium wraz z
jego licznymi, nieudanymi zupełnie mieszkańcami, a jednocześnie
zachować przy życiu gatunek Homo Sapiens i część zwierząt.
Pouczono najstarszego z rodu jak zbudować bezpieczny, niezatapialny
statek, będący właściwie łodzią podwodną. Gdy ci, co mieli być ocaleni
znalezli się w tym statku, laboratorium na dnie morza zostało zalane.
Ludzie wyprodukowani w laboratorium zostali w ten sposób wypu-
szczeni na wolność, mogli rozpocząć zasiedlanie lądów, co było począt-
kiem drugiego etapu planu astronautów- Stwórców.
Nasi Stwórcy-astronauci stale ingerowali w życie ludzi. Wybierali
niewielkie, reprezentatywne grupy i izolowali je od reszty świata.
Kochani, to nie jest nowa Biblia, ale jej tłumaczenie z materiałów
żródłowych, dokonane przez niemieckiego teologa Waltera-Jorga
Langbeina. Od kilkunastu lat Langbein pracuje naukowo i przemierza
świat szukając potwierdzenia swej teorii, że istoty, uznane kiedyś
za Bogów, Stwórców ludzi, były przybyszami z Kosmosu.
Do mnie ta teoria przemawia. Rozumiem teorię ewolucji, ale zawsze
zastanawiał mnie fakt, że "obok siebie" żyją małpy człekokształtne,
które jakoś nie mogą już wznieść się na kolejny etap rozwoju , oraz
my, Homo Sapiens.
Dlaczego w tym przypadku zatrzymał się rozwój małp?
A my - skąd mamy te 2% genów, którymi różnimy się od małp?
Nie wiadomo skąd pochodzili nasi Stwórcy - może z Syriusza?
Dogonowie i inne plemiona zamieszkujące góry Hombori w Mali, są
przekonani, że przed tysiącami lat przybyły na Ziemię istoty
z Syriusza. A wiedza Dogonów o tej planecie jest zadziwiająca. Ale
to już temat na odrębny post.
sobota, 8 sierpnia 2009
Spójrz na niebo nocą.....
Lubię spoglądać nocą na niebo, zwłaszcza w sierpniu. To miesiąc "spada-
jących gwiazd". Oczywiście to nie spadają gwiazdy, ale meteoryty.
Czasami widać przemieszczającego się satelitę i światła bardzo wysoko
lecącego samolotu. A czasami można zobaczyć coś bardziej zadziwiającego.
Pewnego wieczoru, gdy spacerowałam z psem i oglądałam przy okazji
nocne niebo, zobaczyłam coś, co zwróciło moją uwagę - obiekt znacznie
jaśniejszy i większy od świecących gwiazd przesuwał się dość szybko-
szybciej od widzianego kilka dni wcześniej satelity. Pomyślałam, że to
może jednak samolot, tylko lecący nieco niżej i stąd mam wrażenie,
że porusza się szybciej i świeci jaśniej. I gdy się tak zastanawiałam,
ów obiekt w mgnieniu oka zmienił kurs , ostro poszybował w dół .....
i zniknął.To nie był samolot, bo nie miał świateł pozycyjnych, a więc
co? Gdyby to był satelita, który doznał awarii to widziałabym
jego lot aż po linię horyzontu. A on zniknął w połowie wysokości między
niebem a ziemią.
Rozmawiałam o tym z wieloma osobami i nikt nie potrafił mi podpowie-
dzieć co to było.
Ale nie tylko ja nie wiedziałam co było przedmiotem mojej obserwacji.
15 września 1991 roku wahadłowiec Discovery okrążał Ziemię z pręd-
kością 28 tys. km/godz. Około 20,30 czasu wschodniego, za Ziemią
pojawiło się lśniące "coś", wyraznie widoczne na horyzoncie. Raptownie
zmieniło kurs i odleciało z powrotem w przestrzeń kosmiczną. Tę trans-
misję oglądały setki tysięcy amerykańskich telewidzów, ale całe zja-
wisko trwało zaledwie kilka sekund, więc zauważyli je tylko bardzo
spostrzegawczy telewidzowie. Jeden z czołowych badaczy UFO zareje-
strował na wideo cały przekaz z Discovery i zauważył ów dziwny obiekt.
Nagranie przekazał do dokładnej analizy prof. fizyki i profesorowi,
który jest analitykiem obrazów komputerowych.
Wg ich opinii UFO pojawiło się w odległości 29 tys. km od promu kosmicz-
nego, poruszało się z prędkością ok.92 000 km/godz a potem oddaliło się
w przestrzeń kosmiczną z szybkością 300 000 km/godz.
NASA pominęła to wszystko milczeniem, a potem złożyła oświadczenie,
że to nie było żadne UFO, lecz lód na osłonie wahadłowca.
Radary wojskowe zarówno w Ameryce jak i w Rosji niejednokrotnie
wykrywały UFO. Astronauci i piloci myśliwców widywali UFO podczas
wykonywania swych misji.
Lord Peter John Hill-Newton, brytyjski zwierzchnik sił zbrojnych w la-
tach 1971-1973 tak się wyraził: "Stany Zjednoczone, NATO oraz
Rosja przez lata śledzili obcych w ramach operacji pod kryptonimem
Mondust. W kręgach dowództwa wojskowego wiedziano o obserwa-
cjach, a nawet lądowaniach UFO, ale trzymano to w tajemnicy! Mam
na ten temat konkretne informacje!"
Zastanawia mnie dlaczego i kto odwiedza naszą planetę?
Czyżby odpowiedz była w starohinduskiej księdze "Subhanparwan"?
..."w dawnych czasach bogowie mieli zwyczaj przybywać na Ziemię.
Przyjmowali ludzką postać, badali ludzi..."
Nie przyszło Wam do głowy, że może oni są wśród nas od dawna, a
my nie jesteśmy w stanie ich rozpoznać? Są może wszechobecni i
bacznie się nam przyglądają. Czy ocenią nas pozytywnie, czy może
dojdą do wniosku, że nie zasługujemy na opinię rozumnego gatunku.
Głupota lub mądrość człowieka zależy wszak od tego, jak traktuje
naszą wspólną ojczyznę - Błekitną Planetę. Mamy do wyboru dwie
opcje: "uczyń Ziemię sobie poddaną" lub filozofię Indian, dla których
świat jest kompleksowym, delikatnym tworem, który został dany do
dyspozycji ludzi jedynie na pewien ograniczony czas.
Niewykluczone, że od tego jak zostaniemy sklasyfikowani, może zale-
żeć nasza przyszłość. Czy potraktują nas jak poważne, rozumne istoty,
czy jak materiał badawczy, obiekty do eksperymentów, z którymi
nie można nawiązać kontaktu?
A może Erich von Daniken ma rację? Może jesteśmy wytworem nauko-
wych eksperymentów, przeprowadzanych przez pozaziemskich
przybyszów w zamierzchłej przeszłości?
jących gwiazd". Oczywiście to nie spadają gwiazdy, ale meteoryty.
Czasami widać przemieszczającego się satelitę i światła bardzo wysoko
lecącego samolotu. A czasami można zobaczyć coś bardziej zadziwiającego.
Pewnego wieczoru, gdy spacerowałam z psem i oglądałam przy okazji
nocne niebo, zobaczyłam coś, co zwróciło moją uwagę - obiekt znacznie
jaśniejszy i większy od świecących gwiazd przesuwał się dość szybko-
szybciej od widzianego kilka dni wcześniej satelity. Pomyślałam, że to
może jednak samolot, tylko lecący nieco niżej i stąd mam wrażenie,
że porusza się szybciej i świeci jaśniej. I gdy się tak zastanawiałam,
ów obiekt w mgnieniu oka zmienił kurs , ostro poszybował w dół .....
i zniknął.To nie był samolot, bo nie miał świateł pozycyjnych, a więc
co? Gdyby to był satelita, który doznał awarii to widziałabym
jego lot aż po linię horyzontu. A on zniknął w połowie wysokości między
niebem a ziemią.
Rozmawiałam o tym z wieloma osobami i nikt nie potrafił mi podpowie-
dzieć co to było.
Ale nie tylko ja nie wiedziałam co było przedmiotem mojej obserwacji.
15 września 1991 roku wahadłowiec Discovery okrążał Ziemię z pręd-
kością 28 tys. km/godz. Około 20,30 czasu wschodniego, za Ziemią
pojawiło się lśniące "coś", wyraznie widoczne na horyzoncie. Raptownie
zmieniło kurs i odleciało z powrotem w przestrzeń kosmiczną. Tę trans-
misję oglądały setki tysięcy amerykańskich telewidzów, ale całe zja-
wisko trwało zaledwie kilka sekund, więc zauważyli je tylko bardzo
spostrzegawczy telewidzowie. Jeden z czołowych badaczy UFO zareje-
strował na wideo cały przekaz z Discovery i zauważył ów dziwny obiekt.
Nagranie przekazał do dokładnej analizy prof. fizyki i profesorowi,
który jest analitykiem obrazów komputerowych.
Wg ich opinii UFO pojawiło się w odległości 29 tys. km od promu kosmicz-
nego, poruszało się z prędkością ok.92 000 km/godz a potem oddaliło się
w przestrzeń kosmiczną z szybkością 300 000 km/godz.
NASA pominęła to wszystko milczeniem, a potem złożyła oświadczenie,
że to nie było żadne UFO, lecz lód na osłonie wahadłowca.
Radary wojskowe zarówno w Ameryce jak i w Rosji niejednokrotnie
wykrywały UFO. Astronauci i piloci myśliwców widywali UFO podczas
wykonywania swych misji.
Lord Peter John Hill-Newton, brytyjski zwierzchnik sił zbrojnych w la-
tach 1971-1973 tak się wyraził: "Stany Zjednoczone, NATO oraz
Rosja przez lata śledzili obcych w ramach operacji pod kryptonimem
Mondust. W kręgach dowództwa wojskowego wiedziano o obserwa-
cjach, a nawet lądowaniach UFO, ale trzymano to w tajemnicy! Mam
na ten temat konkretne informacje!"
Zastanawia mnie dlaczego i kto odwiedza naszą planetę?
Czyżby odpowiedz była w starohinduskiej księdze "Subhanparwan"?
..."w dawnych czasach bogowie mieli zwyczaj przybywać na Ziemię.
Przyjmowali ludzką postać, badali ludzi..."
Nie przyszło Wam do głowy, że może oni są wśród nas od dawna, a
my nie jesteśmy w stanie ich rozpoznać? Są może wszechobecni i
bacznie się nam przyglądają. Czy ocenią nas pozytywnie, czy może
dojdą do wniosku, że nie zasługujemy na opinię rozumnego gatunku.
Głupota lub mądrość człowieka zależy wszak od tego, jak traktuje
naszą wspólną ojczyznę - Błekitną Planetę. Mamy do wyboru dwie
opcje: "uczyń Ziemię sobie poddaną" lub filozofię Indian, dla których
świat jest kompleksowym, delikatnym tworem, który został dany do
dyspozycji ludzi jedynie na pewien ograniczony czas.
Niewykluczone, że od tego jak zostaniemy sklasyfikowani, może zale-
żeć nasza przyszłość. Czy potraktują nas jak poważne, rozumne istoty,
czy jak materiał badawczy, obiekty do eksperymentów, z którymi
nie można nawiązać kontaktu?
A może Erich von Daniken ma rację? Może jesteśmy wytworem nauko-
wych eksperymentów, przeprowadzanych przez pozaziemskich
przybyszów w zamierzchłej przeszłości?
piątek, 7 sierpnia 2009
Rzeczy dziwne, ale prawdziwe
.....tyle jest rzeczy dziwnych na świecie- powiedziała mama Muminka.
I miała rację. Bo czy nie dziwną rzeczą jest hermafrodytyzm?
Osobniki wielu gatunków ryb są hermafrodytami, co oznacza, że każdy
z nich jest zdolny do odgrywania w rozmnażaniu płciowym zarówno
roli samca, jak i samicy, przy czym do reprodukcji nie zawsze jest mu
potrzebny przedstawiciel tego samego gatunku.
Dokładnie przebadano rodzinę ryb strzępielowatych i prażmowatych.
Okazuje się, że posiadają one jeden dwuczęściowy narząd płciowy:
jedna jego część produkuje jaja, druga plemniki. Części te mogą dojrzewać
w różnym czasie, ale gdy obie osiągają pełną dojrzałość, to każda z nich
jest całkowicie sprawna i gotowa do funkcjonowania.
Mały strzępiel żyjący w rafach wybrzeży Florydy, uprawia zapłodnienie
krzyżowe. W okresie tarła jeden osobnik przejmuje na siebie rolę samca,
zapładniając jaja innego osobnika, który tymczasowo jest samicą.
Następnie obie ryby zamieniają się rolami.
Inny gatunek strzępiela, granik, przechodzi w swym cyklu życiowym
dwie zmiany płci. Dojrzewa płciowo jako samiec, następnie wchodzi w
okres, w którym jest jednocześnie samcem i samicą, a resztę swego
życia spędza jako funkcjonalna samica.
Odwrotny proces ma miejsce u wielu wargaczowatych, u których
dorosłe samice stają się z upływem czasu samcami.
Istnieje również gatunek ryb zupełnie samowystarczalnych. Występują
one w płytkich wodach Florydy i Karaibów. Zazwyczaj rozmnażają się
składając jaja i polewając je własną spermą, ale niektóre osobniki
zdolne są zapładniać własne jaja wewnątrz swojego ciała.
Ryby obupłciowe czerpią także jedną wielką korzyść natury ewolu-
cyjnej. Kiedy spotkają się dwa osobniki tego samego gatunku, oba
mogą zostać zapłodnione.
A osobniki, ktore w młodym wieku są samicami, a potem, gdy urosną
stają się samcami, mają maksymalnie wiele okazji do rozmnożenia się
i przekazania swojej wyjątkowej cechy fizjologicznej następnym
pokoleniom.
Do napisania tego posta skłoniła mnie lektura pewnego artykułu ,
w którym donoszono o wynalezieniu syntetycznej ludzkiej spermy.
Na szczęście autor tego artykułu nie omdlewał z zachwytu nad owym
wynalazkiem i podszedł do tej sprawy rzetelnie. Tu muszę pocieszyć
zaniepokojonych tym wynalazkiem panów - jeszcze długo nie, a potem
pewnie wcale.
Swoja drogą , to trochę się rozmarzyłam czytając o zmianie płci u ryb.
Wyobrazcie sobie miłe panie - mężczyzna zmienia się po pewnym
czasie w kobietę. I wraz z tą zmianą musi doświadczyć wszystkich
"radości" fizjologicznych i socjologicznych bycia kobietą.
Ale by się działo!!!
I miała rację. Bo czy nie dziwną rzeczą jest hermafrodytyzm?
Osobniki wielu gatunków ryb są hermafrodytami, co oznacza, że każdy
z nich jest zdolny do odgrywania w rozmnażaniu płciowym zarówno
roli samca, jak i samicy, przy czym do reprodukcji nie zawsze jest mu
potrzebny przedstawiciel tego samego gatunku.
Dokładnie przebadano rodzinę ryb strzępielowatych i prażmowatych.
Okazuje się, że posiadają one jeden dwuczęściowy narząd płciowy:
jedna jego część produkuje jaja, druga plemniki. Części te mogą dojrzewać
w różnym czasie, ale gdy obie osiągają pełną dojrzałość, to każda z nich
jest całkowicie sprawna i gotowa do funkcjonowania.
Mały strzępiel żyjący w rafach wybrzeży Florydy, uprawia zapłodnienie
krzyżowe. W okresie tarła jeden osobnik przejmuje na siebie rolę samca,
zapładniając jaja innego osobnika, który tymczasowo jest samicą.
Następnie obie ryby zamieniają się rolami.
Inny gatunek strzępiela, granik, przechodzi w swym cyklu życiowym
dwie zmiany płci. Dojrzewa płciowo jako samiec, następnie wchodzi w
okres, w którym jest jednocześnie samcem i samicą, a resztę swego
życia spędza jako funkcjonalna samica.
Odwrotny proces ma miejsce u wielu wargaczowatych, u których
dorosłe samice stają się z upływem czasu samcami.
Istnieje również gatunek ryb zupełnie samowystarczalnych. Występują
one w płytkich wodach Florydy i Karaibów. Zazwyczaj rozmnażają się
składając jaja i polewając je własną spermą, ale niektóre osobniki
zdolne są zapładniać własne jaja wewnątrz swojego ciała.
Ryby obupłciowe czerpią także jedną wielką korzyść natury ewolu-
cyjnej. Kiedy spotkają się dwa osobniki tego samego gatunku, oba
mogą zostać zapłodnione.
A osobniki, ktore w młodym wieku są samicami, a potem, gdy urosną
stają się samcami, mają maksymalnie wiele okazji do rozmnożenia się
i przekazania swojej wyjątkowej cechy fizjologicznej następnym
pokoleniom.
Do napisania tego posta skłoniła mnie lektura pewnego artykułu ,
w którym donoszono o wynalezieniu syntetycznej ludzkiej spermy.
Na szczęście autor tego artykułu nie omdlewał z zachwytu nad owym
wynalazkiem i podszedł do tej sprawy rzetelnie. Tu muszę pocieszyć
zaniepokojonych tym wynalazkiem panów - jeszcze długo nie, a potem
pewnie wcale.
Swoja drogą , to trochę się rozmarzyłam czytając o zmianie płci u ryb.
Wyobrazcie sobie miłe panie - mężczyzna zmienia się po pewnym
czasie w kobietę. I wraz z tą zmianą musi doświadczyć wszystkich
"radości" fizjologicznych i socjologicznych bycia kobietą.
Ale by się działo!!!
poniedziałek, 3 sierpnia 2009
Prawie o seksie
Sezon ogórkowy w pełni, na blogach lekki zastój, więc postanowiłam
napisać coś o...... grypie A (H1N1).
A dlaczego to jest prawie o seksie? No coż, podobnie jak seks, wiedzie
delikwentów do łóżka.
Co kilka dni media informują nas o nowych przypadkach zachorowań
w Polsce .Epidemiolodzy Światowej Organizacji Zdrowia straszą, że
apokalipsa nastąpi jesienią, gdy nastąpi trzecia fala grypy A(H1N1).
Nie wiem czy ktoś jeszcze pamięta, jak wiosną 1976 roku padła nazwa
"świńska grypa". Donosiły o niej amerykńskie gazety. Nowa grypa
szerzyła się wśród żołnierzy wojennej bazy Fort Dix w New Jersey,
a trzech z nich zmarło.
Szef Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorób (CDC) oznajmił wtedy,
że nad krajem zawisło śmiertelne niebezpieczeństwo. Panikę podchwy-
ciły media i po kilku dniach podjęto decyzję o powszechnych szczepie-
niach nową szczepionką, zawierającą szczep H1N1.
Gdy wyprodukowano 50 milionów szczepionek, światło dzienne ujrzały
dwa fakty. Primo - całe zagrożenie nową chorobą było propagandowym
trikiem CDC. Secundo : nowa szczepionka miała szkodliwe skutki
uboczne, w wyniku których zmarło 30 osób a kilka tysięcy Amerykanów
stało się inwalidami - po szczepieniu wystapiły u nich silne neurozy
i paraliż.
Państwo wypłaciło 100 mln dolarów odszkodowań, ale CDC zachowało
olimpijski spokój - dochody firm farmaceutycznych znacznie przewyż-
szyły sumę wszystkich odszkodowań.
Największe zyski odnotowuje szwajcarska firma Roche Holding AG,
która wyprodukowała lek o nazwie TAMIFLU, blokujący namnażanie
się wirusa grypy. Koncern przekazuje kapsułki TAMIFLU do WHO.
Gdy w maju tego roku napłynęły pierwsze meldunki o zachorowaniach
w Meksyku, koncern przekazał WHO 5 milionów opakowań bezpłatnie.
Ale nie zachwycajcie się bezinteresownością f-my Roche - dzięki reko-
mendacji WHO, firma otrzymała zamówienia na lek od rządów różnych
krajów na 35 milionów opakowań, a poza tym 85 krajów świata ma
stworzyć strategiczne rezerwy TAMIFLU, aby zapewnić dostęp do
preparatu 25 -50% ludności Ziemi. Koncern gotów jest zapewnić
preparat krajom rozwijającym się za niską cenę lub na kilkuletni kredyt.
Rola WHO jest niestety w tym wszystkim dwuznaczna. Daje firmom
farmaceutycznym najefektywniejszą reklamę ale i pomaga tuszować
niedoróby tych firm w przypadkach gdy ich wyroby powodują złe
skutki uboczne. W Japonii 54 nastolatków po stosowaniu TAMIFLU
popełniło samobóstwo. Śledztwo prowadzone pod kuratelą WHO
wyciszyło skandal.
Wokół leków i szczepionek przeciwko świńskiej grypie powstaje cała
masa teorii spiskowych.
Pracowniczka CDC opublikowała pracę, w której twierdzi, że kombina-
cji ósmego segmentu genomu wirusa H1G1 nigdy nie stwierdzono ani
wśród świńskich ani wśród ludzkich wirusów, co świadczy o jego labora-
toryjnym pochodzeniu.
Do szczepionkowego wyścigu stanęło kilka dużych firm - w Kanadzie,
Szwajcarii, Francji, Japonii.
A tymczasem posłuchajmy rad epidemiologów:
1). Gdy kichasz lub kaszlesz nie dziel się z innymi swoimi płynami ustro-
jowymi, zakrywaj nos i usta chusteczką jednorazową.
2). Pozbywaj się zużytych chusteczek szybko i w sposób bezpieczny dla
innych.
3). Często myj ręce ciepłą wodą z mydłem, zwłaszcza po powrocie do
domu.
4). Często czyść klamki, przy użyciu zwykłych środków czystości.
5). Dopilnuj, aby twoje dzieci stosowały te same zasady higieny.
6). Jeżeli masz wysoką gorączkę i objawy grypy takie, jakie miałeś
dotychczas, nie lekceważ, idz do lekarza, to może być grypa A(H1N1).
napisać coś o...... grypie A (H1N1).
A dlaczego to jest prawie o seksie? No coż, podobnie jak seks, wiedzie
delikwentów do łóżka.
Co kilka dni media informują nas o nowych przypadkach zachorowań
w Polsce .Epidemiolodzy Światowej Organizacji Zdrowia straszą, że
apokalipsa nastąpi jesienią, gdy nastąpi trzecia fala grypy A(H1N1).
Nie wiem czy ktoś jeszcze pamięta, jak wiosną 1976 roku padła nazwa
"świńska grypa". Donosiły o niej amerykńskie gazety. Nowa grypa
szerzyła się wśród żołnierzy wojennej bazy Fort Dix w New Jersey,
a trzech z nich zmarło.
Szef Centrum Zwalczania i Zapobiegania Chorób (CDC) oznajmił wtedy,
że nad krajem zawisło śmiertelne niebezpieczeństwo. Panikę podchwy-
ciły media i po kilku dniach podjęto decyzję o powszechnych szczepie-
niach nową szczepionką, zawierającą szczep H1N1.
Gdy wyprodukowano 50 milionów szczepionek, światło dzienne ujrzały
dwa fakty. Primo - całe zagrożenie nową chorobą było propagandowym
trikiem CDC. Secundo : nowa szczepionka miała szkodliwe skutki
uboczne, w wyniku których zmarło 30 osób a kilka tysięcy Amerykanów
stało się inwalidami - po szczepieniu wystapiły u nich silne neurozy
i paraliż.
Państwo wypłaciło 100 mln dolarów odszkodowań, ale CDC zachowało
olimpijski spokój - dochody firm farmaceutycznych znacznie przewyż-
szyły sumę wszystkich odszkodowań.
Największe zyski odnotowuje szwajcarska firma Roche Holding AG,
która wyprodukowała lek o nazwie TAMIFLU, blokujący namnażanie
się wirusa grypy. Koncern przekazuje kapsułki TAMIFLU do WHO.
Gdy w maju tego roku napłynęły pierwsze meldunki o zachorowaniach
w Meksyku, koncern przekazał WHO 5 milionów opakowań bezpłatnie.
Ale nie zachwycajcie się bezinteresownością f-my Roche - dzięki reko-
mendacji WHO, firma otrzymała zamówienia na lek od rządów różnych
krajów na 35 milionów opakowań, a poza tym 85 krajów świata ma
stworzyć strategiczne rezerwy TAMIFLU, aby zapewnić dostęp do
preparatu 25 -50% ludności Ziemi. Koncern gotów jest zapewnić
preparat krajom rozwijającym się za niską cenę lub na kilkuletni kredyt.
Rola WHO jest niestety w tym wszystkim dwuznaczna. Daje firmom
farmaceutycznym najefektywniejszą reklamę ale i pomaga tuszować
niedoróby tych firm w przypadkach gdy ich wyroby powodują złe
skutki uboczne. W Japonii 54 nastolatków po stosowaniu TAMIFLU
popełniło samobóstwo. Śledztwo prowadzone pod kuratelą WHO
wyciszyło skandal.
Wokół leków i szczepionek przeciwko świńskiej grypie powstaje cała
masa teorii spiskowych.
Pracowniczka CDC opublikowała pracę, w której twierdzi, że kombina-
cji ósmego segmentu genomu wirusa H1G1 nigdy nie stwierdzono ani
wśród świńskich ani wśród ludzkich wirusów, co świadczy o jego labora-
toryjnym pochodzeniu.
Do szczepionkowego wyścigu stanęło kilka dużych firm - w Kanadzie,
Szwajcarii, Francji, Japonii.
A tymczasem posłuchajmy rad epidemiologów:
1). Gdy kichasz lub kaszlesz nie dziel się z innymi swoimi płynami ustro-
jowymi, zakrywaj nos i usta chusteczką jednorazową.
2). Pozbywaj się zużytych chusteczek szybko i w sposób bezpieczny dla
innych.
3). Często myj ręce ciepłą wodą z mydłem, zwłaszcza po powrocie do
domu.
4). Często czyść klamki, przy użyciu zwykłych środków czystości.
5). Dopilnuj, aby twoje dzieci stosowały te same zasady higieny.
6). Jeżeli masz wysoką gorączkę i objawy grypy takie, jakie miałeś
dotychczas, nie lekceważ, idz do lekarza, to może być grypa A(H1N1).
piątek, 31 lipca 2009
Mity Polskie
Jutro 1 sierpnia, kolejna bolesna rocznica dla wielu warszawiaków.
Bo jest to święto wielkiej klęski, chociaż niektórzy usiłują nam po
latach wmówić, że owa klęska była zwycięstwem.
Urodziłam się, wychowałam i mieszkam w Warszawie. Moi bliscy
mieszkali tu przed wojną, a wypędzeni, powrócili do swojego
zrujnowanego Miasta.
Od najmłodszych lat słyszałam, że decyzja o wybuchu Powstania
była zbrodnią, popełnioną przez naczelne dowództwo AK.
Nie słyszałam tego w szkole, ale właśnie w domu.
Wszyscy wiedzieli, że AK nie posiadała dla swych żołnierzy wystar-
czającej ilości broni, że było to porywanie się z motyką na Słońce.
AK liczyło 250 tysięcy żołnierzy, a uzbrojenie posiadało zaledwie
32 tysiące ludzi.
Prawdopodobnie olbrzymia większość powstańców nie zdawała
sobie sprawy z faktu, że wybuch powstania nie był wogóle uzgod-
niony ani z sojusznikami na Zachodzie ani na Wschodzie, że de facto
byliśmy zdani sami na siebie. Nasz rząd w Londynie, nie wiadomo
dlaczego, zupełnie nie zdawał sobie sprawy, że Stany Zjednoczone i
Wielka Brytania kierowały się naczelną zasadą - do chwili zakoń-
czenia wojny z Niemcami i Japonią należy unikać zatargów ze
Związkiem Radzieckim. I nic dziwnego, że kierując się takimi
względami oddali Polskę Stalinowi.
Tu muszę napisać jeszcze coś niemiłego - na jakiej zasadzie ktoś
sobie wyobrażał, że kraj, którego rząd w chwili obcej agresji porzuca
naród, przez który został wybrany, będzie z estymą traktowany
przez inne narody?
Mam wrażenie, że owa ucieczka rządu do dziś rzutuje na opinię
o nas.
Według założeń generała Bora-Komorowskiego powstanie miało być
militarnie skierowane przeciw Niemcom, ale politycznie przeciw
Sowietom. Jednocześnie cały czas liczył, że Rosjanie wkroczą do
Warszawy, ale nie będą się mogli tu czuć jako godpodarze, bo będą
już w niej polskie władze.
Jak wiemy, było to typowe dzielenie skóry na niedzwiedziu.
Ani Amerykanie, ani też Anglicy nie popierali naszego powstania.
W czasie sierpniowego powstania prezydent USA zapewniał Stalina,
że Armia Czerwona posuwająca się na Berlin przez Polskę, będzie
miała zapewnione bezieczeństwo na tyłach. Roosevelt zapewniał
przy tym, że "żaden rząd tymczasowy, który by przysparzał sojusz-
niczym siłom zbrojnym jakichkolwiek kłopotów na tyłach, nie może
być przez was i nie powinien być przez nas tolerowany. Chciałbym,
żeby Pan wiedział, że o tym dobrze pamiętam" .
Była to zgoda na aresztowania i wywózki żołnierzy podziemia na
Sybir.
Moi bliscy mieszkali w budynku, w którym mieścił się niemiecki sztab
wojskowy.
Widzieli, jak niemieccy żołnierze chodzili sąsiednimi ulicami z miota-
czami ognia i systematycznie palili wnętrza budynków, jeden po
drugim.
Nasz dom nie został wypalony, bo gdy już wysiedlono lokatorów, sztab
tam pozostał.
Jutro oddamy hołd pamięci wszystkim Polakom, którzy zginęli w czasie
tragicznych dni Powstania. Było ich około 200 tysięcy. Oddamy hołd
nie tylko tym, którzy byli w szeregach AK, oddamy hołd wszystkim,
którzy zginęli.
I miastu, którego lewobrzeżna część zniszczona była w 80 procentach.
Pisarz, Paweł Jasienica , w latach 40. tak napisał o Powstaniu : "...było
wymierzone militarnie przeciw Niemcom, politycznie przeciw Sowietom,
demonstracyjnie przeciw Anglosasom a faktycznie przeciw Polsce".
I gdy jutro o godzinie "W" zawyją syreny, zatrzymajcie się i pomyślcie o
tych, którzy wtedy odeszli i o tym, co napisał Jasienica.
anabell
Bo jest to święto wielkiej klęski, chociaż niektórzy usiłują nam po
latach wmówić, że owa klęska była zwycięstwem.
Urodziłam się, wychowałam i mieszkam w Warszawie. Moi bliscy
mieszkali tu przed wojną, a wypędzeni, powrócili do swojego
zrujnowanego Miasta.
Od najmłodszych lat słyszałam, że decyzja o wybuchu Powstania
była zbrodnią, popełnioną przez naczelne dowództwo AK.
Nie słyszałam tego w szkole, ale właśnie w domu.
Wszyscy wiedzieli, że AK nie posiadała dla swych żołnierzy wystar-
czającej ilości broni, że było to porywanie się z motyką na Słońce.
AK liczyło 250 tysięcy żołnierzy, a uzbrojenie posiadało zaledwie
32 tysiące ludzi.
Prawdopodobnie olbrzymia większość powstańców nie zdawała
sobie sprawy z faktu, że wybuch powstania nie był wogóle uzgod-
niony ani z sojusznikami na Zachodzie ani na Wschodzie, że de facto
byliśmy zdani sami na siebie. Nasz rząd w Londynie, nie wiadomo
dlaczego, zupełnie nie zdawał sobie sprawy, że Stany Zjednoczone i
Wielka Brytania kierowały się naczelną zasadą - do chwili zakoń-
czenia wojny z Niemcami i Japonią należy unikać zatargów ze
Związkiem Radzieckim. I nic dziwnego, że kierując się takimi
względami oddali Polskę Stalinowi.
Tu muszę napisać jeszcze coś niemiłego - na jakiej zasadzie ktoś
sobie wyobrażał, że kraj, którego rząd w chwili obcej agresji porzuca
naród, przez który został wybrany, będzie z estymą traktowany
przez inne narody?
Mam wrażenie, że owa ucieczka rządu do dziś rzutuje na opinię
o nas.
Według założeń generała Bora-Komorowskiego powstanie miało być
militarnie skierowane przeciw Niemcom, ale politycznie przeciw
Sowietom. Jednocześnie cały czas liczył, że Rosjanie wkroczą do
Warszawy, ale nie będą się mogli tu czuć jako godpodarze, bo będą
już w niej polskie władze.
Jak wiemy, było to typowe dzielenie skóry na niedzwiedziu.
Ani Amerykanie, ani też Anglicy nie popierali naszego powstania.
W czasie sierpniowego powstania prezydent USA zapewniał Stalina,
że Armia Czerwona posuwająca się na Berlin przez Polskę, będzie
miała zapewnione bezieczeństwo na tyłach. Roosevelt zapewniał
przy tym, że "żaden rząd tymczasowy, który by przysparzał sojusz-
niczym siłom zbrojnym jakichkolwiek kłopotów na tyłach, nie może
być przez was i nie powinien być przez nas tolerowany. Chciałbym,
żeby Pan wiedział, że o tym dobrze pamiętam" .
Była to zgoda na aresztowania i wywózki żołnierzy podziemia na
Sybir.
Moi bliscy mieszkali w budynku, w którym mieścił się niemiecki sztab
wojskowy.
Widzieli, jak niemieccy żołnierze chodzili sąsiednimi ulicami z miota-
czami ognia i systematycznie palili wnętrza budynków, jeden po
drugim.
Nasz dom nie został wypalony, bo gdy już wysiedlono lokatorów, sztab
tam pozostał.
Jutro oddamy hołd pamięci wszystkim Polakom, którzy zginęli w czasie
tragicznych dni Powstania. Było ich około 200 tysięcy. Oddamy hołd
nie tylko tym, którzy byli w szeregach AK, oddamy hołd wszystkim,
którzy zginęli.
I miastu, którego lewobrzeżna część zniszczona była w 80 procentach.
Pisarz, Paweł Jasienica , w latach 40. tak napisał o Powstaniu : "...było
wymierzone militarnie przeciw Niemcom, politycznie przeciw Sowietom,
demonstracyjnie przeciw Anglosasom a faktycznie przeciw Polsce".
I gdy jutro o godzinie "W" zawyją syreny, zatrzymajcie się i pomyślcie o
tych, którzy wtedy odeszli i o tym, co napisał Jasienica.
anabell
wtorek, 28 lipca 2009
Złotowłosa trucicielka???
"Średniego wzrostu, sylwetka zgrabna. Twarz pociagła, nos o dosko-
nałym kształcie, włosy barwy złotej" - tak opisywano Lukrecję Borgię.
Na jej temat krążyły niesamowite historie , powtarzane z pokolenia na
pokolenie, odsądzające ją od czci, posądzające o najgorsze czyny.
Wszystkie te opowieści nie mają wcale podbudowy faktograficznej.
Złotowłosa Lukrecja przyszła na świat 18 kwietnia 1480 roku, w małym
miasteczku Subiaco, oddalonym 100 km od Rzymu.
Jej ojciec w tym okresie jeszcze starannie ukrywał swe życie rodzinne,
nie chcąc dawać tematu do plotek. Pierwsze lata swego dzeciństwa
spędziła w domu swej matki przy piazza Pizzo di Merlo. Giovanna, jej
matka, która właściwie już rozstała się z Borgią, nie darzyła swej
córki uczuciem.
Oprócz walorów zewnętrznych, Lukrecja wyróżniała się bystrością
umysłu i odebrała bardzo staranne wykształcenie. Uczyła się matema-
tyki, historii, literatury, języków starożytnych, biegle władała fran-
cuskim i katalońskim (Borgiowie przybyli do Włoch z Hiszpanii).
Od najmłodszych lat pasjonowała się muzyka i poezją.
W pózniejszych latach, będąc księżną Ferrary zaczęła kolekcjonować
rękopisy Dantego i Petrarki.
Gdy Lukrecja miała 12 lat, jej ojciec został papieżem, a ona zamiesz-
kała w palazzo di Santa Maria in Portico, pod opieką krewnej ojca,
która jednocześnie opiekowała się "papieskim haremem". Panowała
tam dość swobodna atmosfera i nic dziwnego, że w wieku lat 18
Lukrecja powiła nieślubne dziecko. Jego prawdziwym ojcem był
prawdopodobnie poseł papieski, Pedro Caldes.
Chcąc ratować cześć córki, by miała szansę w przyszłości na udane
małżeństwo i jednocześnie zapewnić dziecku nazwisko Borgiów,
Aleksander VI bullą papieską uznał dziecko za własne, nie za wnuka.
A Pedro Caldes, nie wiadomo czemu, utonął w Tybrze.
Lektura listów wymienianych pomiędzy Lukrecją, AleksandremVI
i jego synami, wskazuje na fakt, że byli oni wszyscy mocno z sobą
związani, otaczali Lukrecję wielką miłością i byli gotowi zmieść
z tego świata każdego, kto chciałby ją skrzywdzić.
Z czasem Lukrecja stała się posłuszną wykonawczynią ambitnych
planów swego ojca i brata.
Ślub Lukrecji z Giovannim Sforzą, władcą Pesaro, w krótkim czasie
został unieważniony, bo Aleksander VI uznał go za pozbawiony
perspektyw politycznych.
Rok pózniej została wydana za mąż za Alfonsa Aragońskiego, księcia
Bisceglie i Salerno, który był naturalnym synem króla Neapolu
Alfonsa II. Specjalna komisja papieska zaświadczyła o dziewictwie
Lukrecji.
Niemal natychmiast Lukrecja zaszła w ciążę i urodziła syna Rodriga,
który zmarł w wieku 13 lat.
Ale Borgiowie zmienili tymczasem front działania i Neapol przestał
im być potrzebny, postawili na Francję. Poza tym stosunki pomiędzy
mężem Lukrecji a jej bratem Cezarem układały się fatalnie. W sierp-
niu 1500 roku, giermek Cezara zadusił Alfonsa.
W grudniu 1501 roku Lukrecja wyszła ponownie za mąż, tym razem
za Alfonsa d'Este, dziedzica Ferrary.
Lukrecja urodziła z tego związku czworo dzieci, w tym trzech synów,
co bardzo się wówczas liczyło. Książę odnosił do niej dość chłodno,
mimo tego Lukrecja uważała ów związek za udany.
Będąc księżną Ferrary, postanowiła uczynić z niej jeden z najważniej-
szych ośrodków kultury włoskiej. Skupiła na swym dworze najlep-
szych poetów, śpiewaków i muzyków.
Współcześni dostrzegali, że była dobra, życzliwa, sympatyczna. Zawsze
starała się pomóc tym, którzy wpadli w tarapaty, otaczała serdeczną
troską nie tylko swoje dzieci, ale i dzieci obce. Dobrze traktowała sługi.
Być może nie kochała swego męża (poeta Pietro Bembo był jej
kochankiem), niemniej zawsze wspierała wszystkie jego inicjatywy i
pomagała w trudnych dla niego chwilach.
Mieszkańcy księstwa Ferrary nazywali Lukrecję dobrą księżną.
W 1512 roku Lukrecja stała się właścicielką ziem swego zmarłego
syna, Rodriga. Większa ich część to była błotnista równina, więc
przeprowadziła meliorację. Po 2 latach zaczęła dzierżawić działki,
a opłatę pobierała nie w płodach rolnych, a w pieniądzu, co przyczy-
niło się do rozwoju produkcji towarowej. Zarobione pieniądze inwesto-
wała w ulepszanie systemu melioracyjnego i stopiowo areał ziem
przez nią zarządzanych wynosił 20 tys. ha.
Powstawały domy, stajnie, spichlerze, prosperowała hodowla bydła,
podobnie było z uprawą zbóż, oliwek i trzciny.
Zachowana z 1518 roku księga przychodów i rozchodów wykazuje,
że gospodarka przyniosła trzy tysiące złotych dukatów zysku.
Czy prowadziła rozwiązły tryb życia - być może. Brała udział
w ekstrawaganckich ucztach swego ojca, porównywanych do
starorzymskich orgii, co można znalezć w dokumentach. Miała
kochanków, a jednocześnie zapraszała na swój dwór kaznodziejów,
zamawiała liczne dzieła o tematyce religijnej, była fundatorką
kilku szpitali oraz klasztoru.
Zmarła 24 czerwca 1519 roku, w wieku 39 lat.
A czemu miała taką opinię - rozpustnicy i trucicielki? Bo były to
czasy, w których nikt nie lubił mądrych, niepokornych kobiet.
nałym kształcie, włosy barwy złotej" - tak opisywano Lukrecję Borgię.
Na jej temat krążyły niesamowite historie , powtarzane z pokolenia na
pokolenie, odsądzające ją od czci, posądzające o najgorsze czyny.
Wszystkie te opowieści nie mają wcale podbudowy faktograficznej.
Złotowłosa Lukrecja przyszła na świat 18 kwietnia 1480 roku, w małym
miasteczku Subiaco, oddalonym 100 km od Rzymu.
Jej ojciec w tym okresie jeszcze starannie ukrywał swe życie rodzinne,
nie chcąc dawać tematu do plotek. Pierwsze lata swego dzeciństwa
spędziła w domu swej matki przy piazza Pizzo di Merlo. Giovanna, jej
matka, która właściwie już rozstała się z Borgią, nie darzyła swej
córki uczuciem.
Oprócz walorów zewnętrznych, Lukrecja wyróżniała się bystrością
umysłu i odebrała bardzo staranne wykształcenie. Uczyła się matema-
tyki, historii, literatury, języków starożytnych, biegle władała fran-
cuskim i katalońskim (Borgiowie przybyli do Włoch z Hiszpanii).
Od najmłodszych lat pasjonowała się muzyka i poezją.
W pózniejszych latach, będąc księżną Ferrary zaczęła kolekcjonować
rękopisy Dantego i Petrarki.
Gdy Lukrecja miała 12 lat, jej ojciec został papieżem, a ona zamiesz-
kała w palazzo di Santa Maria in Portico, pod opieką krewnej ojca,
która jednocześnie opiekowała się "papieskim haremem". Panowała
tam dość swobodna atmosfera i nic dziwnego, że w wieku lat 18
Lukrecja powiła nieślubne dziecko. Jego prawdziwym ojcem był
prawdopodobnie poseł papieski, Pedro Caldes.
Chcąc ratować cześć córki, by miała szansę w przyszłości na udane
małżeństwo i jednocześnie zapewnić dziecku nazwisko Borgiów,
Aleksander VI bullą papieską uznał dziecko za własne, nie za wnuka.
A Pedro Caldes, nie wiadomo czemu, utonął w Tybrze.
Lektura listów wymienianych pomiędzy Lukrecją, AleksandremVI
i jego synami, wskazuje na fakt, że byli oni wszyscy mocno z sobą
związani, otaczali Lukrecję wielką miłością i byli gotowi zmieść
z tego świata każdego, kto chciałby ją skrzywdzić.
Z czasem Lukrecja stała się posłuszną wykonawczynią ambitnych
planów swego ojca i brata.
Ślub Lukrecji z Giovannim Sforzą, władcą Pesaro, w krótkim czasie
został unieważniony, bo Aleksander VI uznał go za pozbawiony
perspektyw politycznych.
Rok pózniej została wydana za mąż za Alfonsa Aragońskiego, księcia
Bisceglie i Salerno, który był naturalnym synem króla Neapolu
Alfonsa II. Specjalna komisja papieska zaświadczyła o dziewictwie
Lukrecji.
Niemal natychmiast Lukrecja zaszła w ciążę i urodziła syna Rodriga,
który zmarł w wieku 13 lat.
Ale Borgiowie zmienili tymczasem front działania i Neapol przestał
im być potrzebny, postawili na Francję. Poza tym stosunki pomiędzy
mężem Lukrecji a jej bratem Cezarem układały się fatalnie. W sierp-
niu 1500 roku, giermek Cezara zadusił Alfonsa.
W grudniu 1501 roku Lukrecja wyszła ponownie za mąż, tym razem
za Alfonsa d'Este, dziedzica Ferrary.
Lukrecja urodziła z tego związku czworo dzieci, w tym trzech synów,
co bardzo się wówczas liczyło. Książę odnosił do niej dość chłodno,
mimo tego Lukrecja uważała ów związek za udany.
Będąc księżną Ferrary, postanowiła uczynić z niej jeden z najważniej-
szych ośrodków kultury włoskiej. Skupiła na swym dworze najlep-
szych poetów, śpiewaków i muzyków.
Współcześni dostrzegali, że była dobra, życzliwa, sympatyczna. Zawsze
starała się pomóc tym, którzy wpadli w tarapaty, otaczała serdeczną
troską nie tylko swoje dzieci, ale i dzieci obce. Dobrze traktowała sługi.
Być może nie kochała swego męża (poeta Pietro Bembo był jej
kochankiem), niemniej zawsze wspierała wszystkie jego inicjatywy i
pomagała w trudnych dla niego chwilach.
Mieszkańcy księstwa Ferrary nazywali Lukrecję dobrą księżną.
W 1512 roku Lukrecja stała się właścicielką ziem swego zmarłego
syna, Rodriga. Większa ich część to była błotnista równina, więc
przeprowadziła meliorację. Po 2 latach zaczęła dzierżawić działki,
a opłatę pobierała nie w płodach rolnych, a w pieniądzu, co przyczy-
niło się do rozwoju produkcji towarowej. Zarobione pieniądze inwesto-
wała w ulepszanie systemu melioracyjnego i stopiowo areał ziem
przez nią zarządzanych wynosił 20 tys. ha.
Powstawały domy, stajnie, spichlerze, prosperowała hodowla bydła,
podobnie było z uprawą zbóż, oliwek i trzciny.
Zachowana z 1518 roku księga przychodów i rozchodów wykazuje,
że gospodarka przyniosła trzy tysiące złotych dukatów zysku.
Czy prowadziła rozwiązły tryb życia - być może. Brała udział
w ekstrawaganckich ucztach swego ojca, porównywanych do
starorzymskich orgii, co można znalezć w dokumentach. Miała
kochanków, a jednocześnie zapraszała na swój dwór kaznodziejów,
zamawiała liczne dzieła o tematyce religijnej, była fundatorką
kilku szpitali oraz klasztoru.
Zmarła 24 czerwca 1519 roku, w wieku 39 lat.
A czemu miała taką opinię - rozpustnicy i trucicielki? Bo były to
czasy, w których nikt nie lubił mądrych, niepokornych kobiet.
Subskrybuj:
Posty (Atom)