W poprzedniej notce napisałam: "szczęście jest umiejętnością". Uważam
to stwierdzenie za słuszne. Odczuwania szczęścia trzeba się po prostu
nauczyć, podobnie jak jazdy rowerem czy też samochodem.
Szczęście jest wielce subiektywnym odczuciem. Mam koleżankę, która
zawsze mówi : ..."my z mężem to nie mamy szczęścia", a ja, patrząc z
boku jakoś nie umiem dostrzec tego braku szczęścia. Mają ładne miesz-
kanie w ładnym, zadbanym osiedlu, są zabezpieczeni finansowe, ponadto
oboje mają dobre (jak na polskie warunki) emerytury. Mają córkę,
która wyszła za mąż z miłości i której małżeństwo jest udane, mają
wnuczkę, która się świetnie rozwija i nie ma z nią kłopotów w szkole.
Kłopoty zdrowotne obojga też mają szczęśliwe finały, choć były chwile
napawające nas obawą, czy jeszcze do nas powrócą. Przyznacie, że nie
wygląda to na splot nieszczęść - lecz ona wciaż jest przekonana o braku
szczęścia. Ale w ich małżeństwie tylko ona ma takie odczucia - jej mąż
uważa, że całkiem niezle im się życie ułożyło, po prostu bywały chwile
gorsze i lepsze, ale całości nie można oceniać negatywnie.
Wiele razy zastanawiałam się dlaczego tak często czujemy się niezbyt
szczęśliwi, lub wręcz nieszczęśliwi, podczas gdy nasi bliscy przyjaciele
odmiennie postrzegają naszą sytuację.
I chyba wiem, skąd to się bierze - są to skutki braku akceptacji siebie.
Dlatego też znacznie więcej kobiet niż mężczyzn czuje się nieszczęśli-
wymi. Wiele z nas ma ogromne kompleksy na punkcie swego wyglądu.
Oglądamy kolorowe czasopisma, a tam same piękne dziewczyny-
wszystkie o idealnych proporcjach, zgrabnych nosach, dużych oczach,
bujnych włosach, strzelistych piersiach, talii osy i dłuuugich nogach,
"zakończonych" szpilkami na 12 cm obcasie. I oglądając te zdjęcia pod-
świadomie zaczynamy sie z nimi porównywać, zapominając że:
wszystkie te zdjęcia podlegają obróbce komputerowej, dzięki której
jest możliwość "podrasowania" urody. Nie zdajemy sobie sprawy jak
bardzo można poprawić wygląd odpowiednim makijażem oraz fry-
zurą. Nie kojarzymy, że nim owa piękność została sfotografowana, cała
ekipa stylistów zajmowała się jej ubraniem, uczesaniem, makijażem.
A ten biust strzelisty to być może jest dziełem zdolnego chirurga
plastycznego, podobnie jak nos, nieco wydatniejsze kości policzkowe,
a wąska talia to efekt liposukcji i usunięcia ostatnich żeber.
My oglądamy te zdjęcia i jedyne co widzimy to fakt,że nasz wygląd
zdecydowanie odbiega od wyglądu modelki czy też aktorki.
Widziałam wynik ciekawej sesji zdjęciowej- na jednym zdjęciu była
aktorka w pełni urody- na zdjęciu obok ta sama, ale bez makijażu,
bez wspaniałej fryzury, w T-shircie, byle jakiej spódnicy, klapkach
bez obcasa. I wierzcie mi- gdyby nie zdjęcie "odpicowanej" aktorki,
nigdy nie wiedziałabym kto jest na zdjęciu zrobionym au naturel.
Ale my, oglądając te zdjęcia nie zastanawiamy się, co się za nimi kryje
i zaczynamy się czuć bardzo nieszczęśliwe, zapominając o jednym-
nie jesteśmy aktorkami i modelkami, które z racji swego zawodu są
zmuszane do przesadnej dbałości o swą zewnętrzność, pomijając
dbałość o swe wnętrze.
A w życiu jest tak , że inni naprawdę mniej oceniają naszą urodę,
a bardziej to, co sobą reprezentujemy- nasz umysł, naszą wrażliwość,
umiejętność współżycia z innymi ludzmi.
Nie zdajemy sobie sprawy z tego, że gdy same siebie nie akceptujemy
inni też nas nie bardzo akceptują, bo w jakiś niezbadany sposób prze-
kazujemy innym sygnał - jestem kiepska, nie lubię siebie , nie warto
się mną interesować.
Znam b. wiele kobiet mocno odbiegających od wymarzonego przez
wiele pań rozmiaru 36. Większość z nich uważa, że są szczęśliwe.
Są to osoby , które akceptują siebie i mankamenty swej urody. Nie
oznacza to, że o siebie nie dbają. Dbają o to, by ich strój tuszował
wady sylwetki, noszą dobrze dopasowaną bieliznę, mają fryzurę dobra-
ną do typu urody, dobrany przez wizażystkę makijaż.
I mają jeszcze jedną cechę - uśmiechają się często, nawet do obcych,
a przebywanie w ich towarzystwie to prawdziwa przyjemność.
Nadchodzi kalendarzowa jesień, krótszy dzień, mniej światła, mniej
słońca, czas sprzyjający depresjom. A ja proponuję: nie dajmy się
jesieni, poświęćmy ten czas na pokochanie swych mankamentów,
dostrzeżmy wreszcie, jakie są z nas wspaniałe dziewczyny, zapiszmy
się na ćwiczenia stosowne do naszej kondycji, nauczmy się strojem
tuszować wady sylwetki - tej jesieni pokochajmy siebie i wtedy będzie
nam łatwiej dostrzec szczęście.
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
czwartek, 10 września 2009
wtorek, 8 września 2009
161.Śmiech lekiem na wszystko
To nie jest nowe odkrycie. Śmiech obniża poziom hormonów stresu,
pobudza wydzielanie hormonów szczęścia, czyli endorfin, a także
wytwarzanie przeciwciał.
Jest jeszcze jedna korzyść- godzina śmiechu pozwala nam spalić aż
500 kilokalorii. A najzabawniejsze jest to,że nasze ciało nie widzi
wcale różnicy między śmiechem szczerym a wymuszonym.
Jeżeli chcemy mieć poczucie szczęścia, to każdy nasz wdech, każda
komórka naszego ciała powinna napełnić się wewnętrznym uśmiechem.
Są też inne drogi do szczęścia.
Jedzmy sól. Gdy mamy jej niedobory mamy wyraznie obniżony nastrój.
Stąd namiętność do chipsów i zachcianki na słone potrawy.
Tańczmy, koniecznie przytuleni, policzek przy policzku. Muzyka, ruch
i bliski kontakt fizyczny-to wszystko wyzwala w nas pozytywne emocje.
Ruch fizyczny ma znaczenie terapeutyczne, pomaga nawet w depresji.
Zainteresujmy się filozofią zen i zgodnie z nią zacznijmy akceptować to,
co się dzieje tu i teraz. Efektem takiej postawy będzie stan błogiego
zadowolenia. Bo szczęście jest umiejętnością.
Jedzmy psychoaktywne produkty żywnościowe. Czekolada, ser,
banany i jajka zawierają tryptofan, który jest aminokwasem niezbęd-
nym do produkcji serotoniny. I pamiętajmy- panie noszące rozmiar
42 są znacznie szczęśliwsze niż panie noszące rozmiar 36.
Zajmijmy się wolontariatem. Zapewni to kontakt z ludzmi i świado-
mość ,że jesteśmy komuś potrzebni.
A większość z nas takiej właśnie świadomości potrzebuje.
I pamiętajmy, że życie trzeba przyjmować ze śmiechem, traktować je
jako kosmiczny żart.
pobudza wydzielanie hormonów szczęścia, czyli endorfin, a także
wytwarzanie przeciwciał.
Jest jeszcze jedna korzyść- godzina śmiechu pozwala nam spalić aż
500 kilokalorii. A najzabawniejsze jest to,że nasze ciało nie widzi
wcale różnicy między śmiechem szczerym a wymuszonym.
Jeżeli chcemy mieć poczucie szczęścia, to każdy nasz wdech, każda
komórka naszego ciała powinna napełnić się wewnętrznym uśmiechem.
Są też inne drogi do szczęścia.
Jedzmy sól. Gdy mamy jej niedobory mamy wyraznie obniżony nastrój.
Stąd namiętność do chipsów i zachcianki na słone potrawy.
Tańczmy, koniecznie przytuleni, policzek przy policzku. Muzyka, ruch
i bliski kontakt fizyczny-to wszystko wyzwala w nas pozytywne emocje.
Ruch fizyczny ma znaczenie terapeutyczne, pomaga nawet w depresji.
Zainteresujmy się filozofią zen i zgodnie z nią zacznijmy akceptować to,
co się dzieje tu i teraz. Efektem takiej postawy będzie stan błogiego
zadowolenia. Bo szczęście jest umiejętnością.
Jedzmy psychoaktywne produkty żywnościowe. Czekolada, ser,
banany i jajka zawierają tryptofan, który jest aminokwasem niezbęd-
nym do produkcji serotoniny. I pamiętajmy- panie noszące rozmiar
42 są znacznie szczęśliwsze niż panie noszące rozmiar 36.
Zajmijmy się wolontariatem. Zapewni to kontakt z ludzmi i świado-
mość ,że jesteśmy komuś potrzebni.
A większość z nas takiej właśnie świadomości potrzebuje.
I pamiętajmy, że życie trzeba przyjmować ze śmiechem, traktować je
jako kosmiczny żart.
niedziela, 6 września 2009
160. Przywróćmy pamięć o nich
Wpadł mi w ręce wrześniowy numer "Wiedzy i Życia" i przyprawił mnie
o lekki rumieniec wstydu.
Żyję sporo lat i wydawało mi się, że okres międzywojnia w Polsce jest mi
dobrze znany. Od strony literatury raczej tak, ale okazuje sie, że jestem
nieomal zielona, gdy rzecz dotyczy polskiej myśli technicznej.
Wiedziałam coś o tym, że produkowaliśmy bardzo dobre parowozy, które
były eksportowane, a z czasem lokomotywy spalinowe i elektryczne.
Nazwa Łoś kojarzyła mi się nie tylko z przemiłym rogaczem ale i z dobrze
ocenianym bombowcem, skonstruowanym przez Jerzego Dąbrowskiego.
Wiedziałam też o złamaniu kodu niemieckiej maszyny cyfrującej a doko-
nał tego trzyosobowy zespół matematyków-kryptologów.Pracami kiero-
wał Marian Rejewski, współpracowali: Jerzy Różycki i Henryk Zygalski.
Właściwie mam żal do kolejnych ekip rzadzących w Polsce,że tak mało
uwagi poświęcono rozwojowi gospodarczemu II Rzeczypospolitej. A był
to rozwój godny uwagi , bo z chwilą uzyskania niepodległości ówczesne
władze miały naprawdę niełatwe zadanie zniwelowania różnic występują-
cych na terenach 3 zaborów oraz dokonania skoku, by dorównać choć
Czechosłowacji.
Nasze obecne ugrupowania prawicowe zachłystywały się w zachwytach
nad polityką Piłsudskiego, a tak naprawdę godna zachwytu była polityka
gospodarcza II Rzeczypospolitej.
Do momentu wybuchu II wojny światowej powstało ponad 100 nowo-
czesnych wytwórni.
To wtedy powstały zakłady opon i polskiego sztucznego kauczuku KER
w Dębicy,w Mielcu produkowano samoloty, w Rzeszowie silniki lotnicze,
w Sanoku karabiny maszynowe, w Niedomicach koło Tarnowa -celulozę,
w Lublinie montowano samochody ciężarowe, w Poniatowie sprzęt dla
łączności, w Tarnowie była rafineria miedzi. W trakcie budowy była ele-
ktrownia wodna w Myczkowicach na Sanie oraz rurociąg naftowy z Zagłę-
bia Borysławsko-Drohobyckiego. Choć ilościowo polski przemysł był
skromny, to jakościowo rywalizował z najlepszymi. W planach było jesz-
cze dalszych 300 zakładów.
Czy ktoś z Was słyszał o majorze Rudolfie Gundlachu i jego wynalazku?
Stawiam na atahualpę, miał coś wspólnego z wojskiem, więc pewnie
wie, że major Gundlach wynalazł czołgowy peryskop odwracalny,
pierwszy który zapewniał pełne pole widzenia, całe 360 stopni. Umożli-
wiały to lusterka pryzmatowe umieszczone w ruchomej nakładce.
Brytyjscy i amerykańscy producenci czołgów stosowali ten wynalazek
w produkowanych przez siebie czołgach, które w ramach programu
lend-leade trafiły do ZSRR. Tam został bezpardonowo skopiowany i
zainstalowany w czołgach T-34 i IS-1. Powrócił do Polski ze wschodu
i wszedł do wyposażenia LWP jako Peryskop Obserwacyjny MK-4.
O Józefie Kosackim, konstruktorze skutecznego wykrywacza min (Mine
Detector Polish Mark 1) też mało kto wie, a znalazł się on w wyposażeniu
brytyjskich sił zbrojnych.
W listopadzie 1940r w Londynie powstał Wojskowy Instytut Techniczny,
w którym wznowiono produkcję polskiego działa przeciwlotniczego kalibru
40mm, produkowanego przez Z-dy Cegielskiego w Poznaniu. Ponadto
polscy konstruktorzy stworzyli kilka rodzajów broni: Jerzy Podsędkowski
działko kalibru 20 mm, Kazimierz Januszewski połautomatyczny karabin
EM2, poza tym Januszewski i Aleksander Czekalski przyczynili się do
skonstruowania wraz z brytyjczykami działa bezodrzutowego, zastosowa-
nego w kampanii w Afryce Północnej.
W dziedzinie lotnictwa, w II wojnie światowej wykorzystano również kil-
ka polskich wynalazków.
Zbigniew Oleński udoskonalił Spitfira powiekszając pole widzenia pilota
i ułatwiając mu opuszczenie maszyny w przypadku konieczności ratowa-
nia się na spadochronie.
Tadeusz Czaykowski wyeliminował niebezpieczne drgania w pościgow-
cach Tempest, używanych m.in. do zwalczania pocisków
rakietowych V-1.
Wacław Czerwiński swym wynalazkiem przestrzennego kształtowania
sklejki drzewnej na gorąco umożliwił zastąpienie niektórych aluminio-
wych elementów konstrukcyjnych elementami produkowanymi ze sklejki.
W bombowcach brytyjskich zainstalowano opracowane przez Władysława
Świąteckiego specjalne wyrzutniki wykorzystujące zasadę dzwigni
wielokrotnej. Jerzy Rudlicki rozwinął tę koncepcję i opracował wyrzutnik
do bombardowań powierzchniowych z dużej wysokości, który został
zastosowany w amerykańskich bombowcach B-17 Flying Fortress.
Mieliśmy również swój udział w bitwie o Atlantyk.To Wacław Struszyński
skonstruował antenę namiarową umożliwiającą wykrywanie i lokalizację
niemieckich okrętów podwodnych, gdy korzystały one z łączności radio-
wej na wielkich częstotliwościach. Anteny te montowano na okrętach es-
kortujących konwoje morskie.
Juliusz Hupert wynalazł stabilizator częstotliwości nadajników okrętowych.
Inżynier Heftman kierował wytwarzaniem zminiaturyzowanych radiostacji
własnego pomysłu, dla ruchu oporu w krajach okupowanych.
Henryk Magnuski, pracujący od 1940 roku w amerykańskiej f-mie Moto-
rola opracował pierwszą, opartą na modulacji częstotliwości, radiową stację
wojskową dla najniższych szczebli dowodzenia SCR-300, lekką i o stosu-
kowo dużym zasięgu. A Zygmunt Jelonek stworzył radiostację WS Nr 10,
pionierską w skali światowej linię radiową o ośmiu kanałach komunika-
cyjnych, która umożliwiła łączność dowództwa z oddziałami walczącymi
na plażach Normandii podczas inwazji na początku czerwca 1944r.
Wszyscy wyżej wymienieni naukowcy i wynalazcy nigdy nie powrócili
do Polski, a Polska jakby o nich zapomniała.
Jestem w stanie zrozumieć ekipy rządowe z okresu PRL, ale jakoś nie
mogę zrozumieć milczenia na ten temat ekip firmowanych przez
polską prawicę.
Oczywiście nie wymieniłam tu wszystkich polskich wynalazców i
naukowców z okresu II Rzeczypospolitej.
Więcej na ten temat można znalezć we wrześniowym numerze mie-
sięcznika "Wiedza i życie", art. Bolesława Orłowskiego "Zapomniani
Zwycięzcy".
o lekki rumieniec wstydu.
Żyję sporo lat i wydawało mi się, że okres międzywojnia w Polsce jest mi
dobrze znany. Od strony literatury raczej tak, ale okazuje sie, że jestem
nieomal zielona, gdy rzecz dotyczy polskiej myśli technicznej.
Wiedziałam coś o tym, że produkowaliśmy bardzo dobre parowozy, które
były eksportowane, a z czasem lokomotywy spalinowe i elektryczne.
Nazwa Łoś kojarzyła mi się nie tylko z przemiłym rogaczem ale i z dobrze
ocenianym bombowcem, skonstruowanym przez Jerzego Dąbrowskiego.
Wiedziałam też o złamaniu kodu niemieckiej maszyny cyfrującej a doko-
nał tego trzyosobowy zespół matematyków-kryptologów.Pracami kiero-
wał Marian Rejewski, współpracowali: Jerzy Różycki i Henryk Zygalski.
Właściwie mam żal do kolejnych ekip rzadzących w Polsce,że tak mało
uwagi poświęcono rozwojowi gospodarczemu II Rzeczypospolitej. A był
to rozwój godny uwagi , bo z chwilą uzyskania niepodległości ówczesne
władze miały naprawdę niełatwe zadanie zniwelowania różnic występują-
cych na terenach 3 zaborów oraz dokonania skoku, by dorównać choć
Czechosłowacji.
Nasze obecne ugrupowania prawicowe zachłystywały się w zachwytach
nad polityką Piłsudskiego, a tak naprawdę godna zachwytu była polityka
gospodarcza II Rzeczypospolitej.
Do momentu wybuchu II wojny światowej powstało ponad 100 nowo-
czesnych wytwórni.
To wtedy powstały zakłady opon i polskiego sztucznego kauczuku KER
w Dębicy,w Mielcu produkowano samoloty, w Rzeszowie silniki lotnicze,
w Sanoku karabiny maszynowe, w Niedomicach koło Tarnowa -celulozę,
w Lublinie montowano samochody ciężarowe, w Poniatowie sprzęt dla
łączności, w Tarnowie była rafineria miedzi. W trakcie budowy była ele-
ktrownia wodna w Myczkowicach na Sanie oraz rurociąg naftowy z Zagłę-
bia Borysławsko-Drohobyckiego. Choć ilościowo polski przemysł był
skromny, to jakościowo rywalizował z najlepszymi. W planach było jesz-
cze dalszych 300 zakładów.
Czy ktoś z Was słyszał o majorze Rudolfie Gundlachu i jego wynalazku?
Stawiam na atahualpę, miał coś wspólnego z wojskiem, więc pewnie
wie, że major Gundlach wynalazł czołgowy peryskop odwracalny,
pierwszy który zapewniał pełne pole widzenia, całe 360 stopni. Umożli-
wiały to lusterka pryzmatowe umieszczone w ruchomej nakładce.
Brytyjscy i amerykańscy producenci czołgów stosowali ten wynalazek
w produkowanych przez siebie czołgach, które w ramach programu
lend-leade trafiły do ZSRR. Tam został bezpardonowo skopiowany i
zainstalowany w czołgach T-34 i IS-1. Powrócił do Polski ze wschodu
i wszedł do wyposażenia LWP jako Peryskop Obserwacyjny MK-4.
O Józefie Kosackim, konstruktorze skutecznego wykrywacza min (Mine
Detector Polish Mark 1) też mało kto wie, a znalazł się on w wyposażeniu
brytyjskich sił zbrojnych.
W listopadzie 1940r w Londynie powstał Wojskowy Instytut Techniczny,
w którym wznowiono produkcję polskiego działa przeciwlotniczego kalibru
40mm, produkowanego przez Z-dy Cegielskiego w Poznaniu. Ponadto
polscy konstruktorzy stworzyli kilka rodzajów broni: Jerzy Podsędkowski
działko kalibru 20 mm, Kazimierz Januszewski połautomatyczny karabin
EM2, poza tym Januszewski i Aleksander Czekalski przyczynili się do
skonstruowania wraz z brytyjczykami działa bezodrzutowego, zastosowa-
nego w kampanii w Afryce Północnej.
W dziedzinie lotnictwa, w II wojnie światowej wykorzystano również kil-
ka polskich wynalazków.
Zbigniew Oleński udoskonalił Spitfira powiekszając pole widzenia pilota
i ułatwiając mu opuszczenie maszyny w przypadku konieczności ratowa-
nia się na spadochronie.
Tadeusz Czaykowski wyeliminował niebezpieczne drgania w pościgow-
cach Tempest, używanych m.in. do zwalczania pocisków
rakietowych V-1.
Wacław Czerwiński swym wynalazkiem przestrzennego kształtowania
sklejki drzewnej na gorąco umożliwił zastąpienie niektórych aluminio-
wych elementów konstrukcyjnych elementami produkowanymi ze sklejki.
W bombowcach brytyjskich zainstalowano opracowane przez Władysława
Świąteckiego specjalne wyrzutniki wykorzystujące zasadę dzwigni
wielokrotnej. Jerzy Rudlicki rozwinął tę koncepcję i opracował wyrzutnik
do bombardowań powierzchniowych z dużej wysokości, który został
zastosowany w amerykańskich bombowcach B-17 Flying Fortress.
Mieliśmy również swój udział w bitwie o Atlantyk.To Wacław Struszyński
skonstruował antenę namiarową umożliwiającą wykrywanie i lokalizację
niemieckich okrętów podwodnych, gdy korzystały one z łączności radio-
wej na wielkich częstotliwościach. Anteny te montowano na okrętach es-
kortujących konwoje morskie.
Juliusz Hupert wynalazł stabilizator częstotliwości nadajników okrętowych.
Inżynier Heftman kierował wytwarzaniem zminiaturyzowanych radiostacji
własnego pomysłu, dla ruchu oporu w krajach okupowanych.
Henryk Magnuski, pracujący od 1940 roku w amerykańskiej f-mie Moto-
rola opracował pierwszą, opartą na modulacji częstotliwości, radiową stację
wojskową dla najniższych szczebli dowodzenia SCR-300, lekką i o stosu-
kowo dużym zasięgu. A Zygmunt Jelonek stworzył radiostację WS Nr 10,
pionierską w skali światowej linię radiową o ośmiu kanałach komunika-
cyjnych, która umożliwiła łączność dowództwa z oddziałami walczącymi
na plażach Normandii podczas inwazji na początku czerwca 1944r.
Wszyscy wyżej wymienieni naukowcy i wynalazcy nigdy nie powrócili
do Polski, a Polska jakby o nich zapomniała.
Jestem w stanie zrozumieć ekipy rządowe z okresu PRL, ale jakoś nie
mogę zrozumieć milczenia na ten temat ekip firmowanych przez
polską prawicę.
Oczywiście nie wymieniłam tu wszystkich polskich wynalazców i
naukowców z okresu II Rzeczypospolitej.
Więcej na ten temat można znalezć we wrześniowym numerze mie-
sięcznika "Wiedza i życie", art. Bolesława Orłowskiego "Zapomniani
Zwycięzcy".
piątek, 4 września 2009
159. Wyjątkowe samochody
Dziś robię ukłon w stronę męskiej części czytających moją pisaninę, bo
podobno samochodziki to ulubione zabawki chłopców, niezależnie od
ich wieku. Uprzedzam - to są diablo drogie zabawki.
Pagani Zonda Cinque. Nadwozie tego samochodu jest wykonane tylko
z tytanu i włókna węglowego, i waży zaledwie 1200 kg. Pod maską
drzemie 678 koni mechanicznych, które zapewnia 12-to cylindrowy
widlasty silnik Mercedes-Benz AMG. Autko jest dwuosobowe i bez
trudu olśnicie swą pasażerkę osiągając prędkość 100 km/godz w 3,4
sekundy.Auto bez trudu wytrzymuje boczne przeciążenia rzędu 1,45 G.
W układzie przeniesienia napędu zastosowano zmecahnizowaną,
6-stopniową skrzynię biegów , wydech jest tytanowy, a tarcze hamul-
cowe ze spieków ceramicznych. Jak dotąd zbudowano 5 takich aut.
Cena bez podatków - 1,3 miliona euro.
Zastanawiacie się pewnie kto kupuje takie drogie samochody. Otóż
mają one wzięcie wśród rosyjskich miliarderów i arabskich szeików,
potentatów naftowych. Najczęściej wcale nie służą do jazdy, lecz
do ozdoby klimatyzowanych garaży.
Kolekcje takie posiadają : sułtan Brunei i Mohammed Bin Sulajem,
książę Dubaju, który jest znanym kierowcą rajdowym. Obydwaj
chlubią się Mercedesami CLK GTR- książę ma tylko jedną sztukę,
a sułtan aż pięć. Z założenia samochód miał być autem wyścigowym,
więc jest niski, szeroki, ma futurystyczną sylwetkę, ryczący, dwuna-
stocylindrowy silnik o pojemności nawet 7,3 litra i o mocy od 612 do
664 koni mechanicznych. Wyprodukowano ich aż 26 sztuk.
I pomimo ogromnej ceny i tych wszystkich osiągnięć nie jest to
samochód komfortowy. I jak dla mnie -całkiem brzydki.
W garażu sułtana Brunei znajduje się również dziewięć sztuk aut
McLarena F1 z homologacją do jazdy po normalnej drodze. W sumie
wyprodukowano tych aut aż 106 sztuk, a dotychczas sprzedano 65.
Kto więc dysponuje kwotą od 2 do 4 mln dolarów, może bez trudu
nabyć to auto. Starszy, trzyosobowy model jezdził z szybkością
388 km/godzinę.
Jeżeli ktoś chce nieco zaoszczędzić, można kupić model bardziej
popularny i poddać go wyszukanemu tuningowi. Zajmuje się tym
studio Gemballa z niemieckiej miejscowości Leonberg.
Za drobne 300 tysięcy euro Niemcy zamienią Porsche Carrera GT
w jedyny swego rodzaju ekstrawagancki samochód o nazwie
Gemballa Mirage GT Carbon Edition.
Przeróbce ulegną między innymi : zawieszenie, hamulce oraz elementy
odpowiedzialne za opływ strugi powietrza.
I tym sposobem, samochód napędzany 10-cylindrowym silnikiem o
mocy 670 koni mechanicznych - pędzi z szybkością 335 km/godz.
Firma z Leonberga zapewnia, że takich samochodów wyjedzie z ich
warsztatu zaledwie kilka.
Ciekawe co wyszłoby im z Citroena C3.
podobno samochodziki to ulubione zabawki chłopców, niezależnie od
ich wieku. Uprzedzam - to są diablo drogie zabawki.
Pagani Zonda Cinque. Nadwozie tego samochodu jest wykonane tylko
z tytanu i włókna węglowego, i waży zaledwie 1200 kg. Pod maską
drzemie 678 koni mechanicznych, które zapewnia 12-to cylindrowy
widlasty silnik Mercedes-Benz AMG. Autko jest dwuosobowe i bez
trudu olśnicie swą pasażerkę osiągając prędkość 100 km/godz w 3,4
sekundy.Auto bez trudu wytrzymuje boczne przeciążenia rzędu 1,45 G.
W układzie przeniesienia napędu zastosowano zmecahnizowaną,
6-stopniową skrzynię biegów , wydech jest tytanowy, a tarcze hamul-
cowe ze spieków ceramicznych. Jak dotąd zbudowano 5 takich aut.
Cena bez podatków - 1,3 miliona euro.
Zastanawiacie się pewnie kto kupuje takie drogie samochody. Otóż
mają one wzięcie wśród rosyjskich miliarderów i arabskich szeików,
potentatów naftowych. Najczęściej wcale nie służą do jazdy, lecz
do ozdoby klimatyzowanych garaży.
Kolekcje takie posiadają : sułtan Brunei i Mohammed Bin Sulajem,
książę Dubaju, który jest znanym kierowcą rajdowym. Obydwaj
chlubią się Mercedesami CLK GTR- książę ma tylko jedną sztukę,
a sułtan aż pięć. Z założenia samochód miał być autem wyścigowym,
więc jest niski, szeroki, ma futurystyczną sylwetkę, ryczący, dwuna-
stocylindrowy silnik o pojemności nawet 7,3 litra i o mocy od 612 do
664 koni mechanicznych. Wyprodukowano ich aż 26 sztuk.
I pomimo ogromnej ceny i tych wszystkich osiągnięć nie jest to
samochód komfortowy. I jak dla mnie -całkiem brzydki.
W garażu sułtana Brunei znajduje się również dziewięć sztuk aut
McLarena F1 z homologacją do jazdy po normalnej drodze. W sumie
wyprodukowano tych aut aż 106 sztuk, a dotychczas sprzedano 65.
Kto więc dysponuje kwotą od 2 do 4 mln dolarów, może bez trudu
nabyć to auto. Starszy, trzyosobowy model jezdził z szybkością
388 km/godzinę.
Jeżeli ktoś chce nieco zaoszczędzić, można kupić model bardziej
popularny i poddać go wyszukanemu tuningowi. Zajmuje się tym
studio Gemballa z niemieckiej miejscowości Leonberg.
Za drobne 300 tysięcy euro Niemcy zamienią Porsche Carrera GT
w jedyny swego rodzaju ekstrawagancki samochód o nazwie
Gemballa Mirage GT Carbon Edition.
Przeróbce ulegną między innymi : zawieszenie, hamulce oraz elementy
odpowiedzialne za opływ strugi powietrza.
I tym sposobem, samochód napędzany 10-cylindrowym silnikiem o
mocy 670 koni mechanicznych - pędzi z szybkością 335 km/godz.
Firma z Leonberga zapewnia, że takich samochodów wyjedzie z ich
warsztatu zaledwie kilka.
Ciekawe co wyszłoby im z Citroena C3.
środa, 2 września 2009
158. Znów trochę o przesądach
Dwudziesty pierwszy wiek kroczy przez świat, a wraz z nim stare prze-
sądy: odpukujemy w niemalowane drewno, przybijamy nad drzwiami
podkowę na szczęście , z jakiegoś dziwnego powodu ustawiamy pannę
młodą po lewej stronie pana młodego, a rozsypanie soli uważamy za
zwiastuna złych wieści. Ale skąd to się wzięło?
Odpukiwano w drewno, by odpędzić złe moce, bo drewno kojarzyło się
z krzyżem, na którym został ukrzyżowany Jezus. W wielu kościołach
znajdowały się fragmenty owego krzyża, uważane za relikwię, zapew-
niające zdrowie i pomyślność, gdy się jej dotknie lub ucałuje.
W końcu każde drewno zaczęto uważać za symbol krzyża i stąd owo
odpukiwanie.
W czasach pogańskich ludzie oddawali drzewom cześć boską, a naj-
bardziej tym, w które uderzył piorun, bo wtedy stawały się one
siedzibą gromowładnego bóstwa i dotknięcie jego pnia zapewniało
powodzenie.
Sól od zarania cywilizacji towarzyszyła ludziom i była obecna w obrzę-
dach, składano ją bogom w ofierze. Jedzenie bez soli uważane było za
obrazę bogów.
A w starożytnym Rzymie żołd wypłacano żolnierzom właśnie solą.
Sól oczyszcza i dlatego stała się symbolem czystych transakcji i
nieprzekupności, a z powodu swych własności konserwujących-
symbolem długotrwałej przyjazni i nieśmiertelności.
Arabowie stawiają przed gościem sól, aby zapewnić go, że mają wobec
niego czyste zamiary.
W Szkocji piwowarzy i winiarze wrzucaja garść soli do moszczu, by
odpędzić.... wiedzmy.
Wszędzie, od najdawniejszych czasów aż do dziś, rozsypanie soli
jest uważane za zwiastun nieszczęścia.
Przybijanie podkowy nad drzwiami- wg jednej wersji miało odpędzić
od domu czarownice. Bo podobno czarownice ogromnie bały się
koni i dlatego latały na miotłach. I stąd prosty wniosek- podkowa nad
drzwiami kojarzyła się czarownicy z koniem, więc ten dom omijała.
Wg drugiej wersji do pewnego kowala imieniem Dunstan przybył
diabeł w przebraniu i prosił, by go podkuć. Kowal natychmiast poznał
kto jest jego klientem i tak boleśnie go podkuwał, że diabeł marzył
o ucieczce. Ale kowal wypuścił go dopiero wtedy, gdy diabeł przysiągł,
ze nigdy nie przestąpi progu domu, na którego drzwiach będzie wisiała
podkowa.
A panna młoda dlatego stoi po lewej stronie pana młodego by mógł on
trzymać w prawej ręce miecz i w razie potrzeby odeprzeć atak zaz-
drosnego rywala lub rozgniewanego rodzica, który nie wyrazil zgody
na ślub.
I to bardzo praktyczne rozwiązanie, zwłaszcza w dzisiejszych czasach.
A wiecie, dlaczego wymieniamy uścisk prawymi dłońmi? Też proste-
w ten sposób uniemozliwiamy sobie wzajemnie schwycenie za miecz.
No cóz - jakoś dzis nikt z mieczem nie chodzi, ale jak widać niezwykle
silne są ludzkie przyzwyczajenia.
sądy: odpukujemy w niemalowane drewno, przybijamy nad drzwiami
podkowę na szczęście , z jakiegoś dziwnego powodu ustawiamy pannę
młodą po lewej stronie pana młodego, a rozsypanie soli uważamy za
zwiastuna złych wieści. Ale skąd to się wzięło?
Odpukiwano w drewno, by odpędzić złe moce, bo drewno kojarzyło się
z krzyżem, na którym został ukrzyżowany Jezus. W wielu kościołach
znajdowały się fragmenty owego krzyża, uważane za relikwię, zapew-
niające zdrowie i pomyślność, gdy się jej dotknie lub ucałuje.
W końcu każde drewno zaczęto uważać za symbol krzyża i stąd owo
odpukiwanie.
W czasach pogańskich ludzie oddawali drzewom cześć boską, a naj-
bardziej tym, w które uderzył piorun, bo wtedy stawały się one
siedzibą gromowładnego bóstwa i dotknięcie jego pnia zapewniało
powodzenie.
Sól od zarania cywilizacji towarzyszyła ludziom i była obecna w obrzę-
dach, składano ją bogom w ofierze. Jedzenie bez soli uważane było za
obrazę bogów.
A w starożytnym Rzymie żołd wypłacano żolnierzom właśnie solą.
Sól oczyszcza i dlatego stała się symbolem czystych transakcji i
nieprzekupności, a z powodu swych własności konserwujących-
symbolem długotrwałej przyjazni i nieśmiertelności.
Arabowie stawiają przed gościem sól, aby zapewnić go, że mają wobec
niego czyste zamiary.
W Szkocji piwowarzy i winiarze wrzucaja garść soli do moszczu, by
odpędzić.... wiedzmy.
Wszędzie, od najdawniejszych czasów aż do dziś, rozsypanie soli
jest uważane za zwiastun nieszczęścia.
Przybijanie podkowy nad drzwiami- wg jednej wersji miało odpędzić
od domu czarownice. Bo podobno czarownice ogromnie bały się
koni i dlatego latały na miotłach. I stąd prosty wniosek- podkowa nad
drzwiami kojarzyła się czarownicy z koniem, więc ten dom omijała.
Wg drugiej wersji do pewnego kowala imieniem Dunstan przybył
diabeł w przebraniu i prosił, by go podkuć. Kowal natychmiast poznał
kto jest jego klientem i tak boleśnie go podkuwał, że diabeł marzył
o ucieczce. Ale kowal wypuścił go dopiero wtedy, gdy diabeł przysiągł,
ze nigdy nie przestąpi progu domu, na którego drzwiach będzie wisiała
podkowa.
A panna młoda dlatego stoi po lewej stronie pana młodego by mógł on
trzymać w prawej ręce miecz i w razie potrzeby odeprzeć atak zaz-
drosnego rywala lub rozgniewanego rodzica, który nie wyrazil zgody
na ślub.
I to bardzo praktyczne rozwiązanie, zwłaszcza w dzisiejszych czasach.
A wiecie, dlaczego wymieniamy uścisk prawymi dłońmi? Też proste-
w ten sposób uniemozliwiamy sobie wzajemnie schwycenie za miecz.
No cóz - jakoś dzis nikt z mieczem nie chodzi, ale jak widać niezwykle
silne są ludzkie przyzwyczajenia.
wtorek, 1 września 2009
157. Wrzesień
Nie śmiejcie się ze mnie, ale odkąd przestałam chodzić do szkoły , to
bardzo polubiłam wrzesień.
Słońce już nie przypieka nieprzyzwoicie, dużo zielonych liści na drzewach,
chociaż złocistość zaczyna też dochodzić do głosu , a niebo ma teraz
specyficzny kolor - taką jaśniutką niebieskość. Gdy nie wieje wiatr czuję
w powietrzu spokój, ciszę spełnienia.
Gdy w ten piękny dzisiejszy poranek spacerowałam z psem, dotarło do
mnie, że to właśnie w taki piękny wrześniowy poranek, 70 lat temu,
poranną ciszę zakłóciły wystrzały, ryk silników i huk bomb.
Najprawdopodobniej pierwsze bomby padły na Ostrów Wielkopolski i
Poznań (godz. 4,30),następnym bomardowanym obiektem był Wieluń,
zbombardowany 10 minut pozniej. Tyle można znalezć przeglądając bar-
dzo dokladnie polskie archiwalia. I tak naprawdę wcale nie jest pewne,
czy to na Westerplatte padły pierwsze strzały we wrześniu 1939r.
Zresztą tak naprawdę nie ma to wielkiego znaczenia. Dla mnie osobiście
głupotą jest urządzanie z tej okazji uroczystości.
Według Rosjan II wojna światowa to ich wielka wojna ojczyzniana i
dla nich, jej początek to upalny dzień 22 czerwca 1941 roku. Termin
wielka wojna ojczyzniana został po raz pierwszy użyty przez Stalina
w dniu 3 lipca 1941 roku, w trakcie przemówienia radiowego do naro-
dów ZSRR.
A dla Amerykanów datą rozpoczęcia II wojny światowej jest dzień
7 grudnia 1941 roku, czyli dzień napaści Japończyków na Pearl
Harbor, oraz wypowiedzenie 11 grudnia 1941 r. wojny USA przez III
Rzeszę.
Nie wiem, czy wielu Polaków wie, że w 2005 roku w Waszyngtonie,
przed 65 rocznicą zakończenia wojny , otwarto wspaniałą budowlę,
upamiętniająca II wojnę światową. Jest to owalny plac, zdobiony fontan-
nami i i szeregami wspaniałych kwiatów i drzew. Prowadzą do niego dwie
okazałe bramy-jedna z napisem PACYFIK, druga z napisem ATLANTYK.
A główny napis głosi: "DRUGA WOJNA ŚWIATOWA: 1941 - 1945 "
W USA panuje niemal powszechna ignorancja wcześniejszych wydarzeń
w Europie i na Dalekim Wschodzie.
A dla Chin II wojna światowa zaczęła się 7 lipca 1937 roku japońską
inwazja na Chiny, choć tak naprawdę wkroczenie wojsk japońskich do
Mandżurii nastapiło 13 września 1931 roku.
W chińskich podręcznikach do historii podaje się jednak tę datę z 1937
roku, ponieważ w dniu tym Japończycy podczas napadu na Nankin
zabili ponad 200 tysięcy osób.
O ile rosyjscy uczniowe czytając swe podręczniki do historii nie dowiedzą
się z nich nic na temat udziału aliantów w II wojnie światowej, o tyle
chińczycy wiedzą o udziale aliantów, ponadto uważają, że "chińska wojna
przeciw Japonii wiązała przytłaczającą wiekszość wojsk lądowych oraz
część wojsk lotniczych i marynarki wojennej Japonii, co stanowiło pomoc
dla europejskiego pola bitwy".
70 lat w historii narodów to mała chwila, ot tyle co mrugnięcie powieką.
W dalszym ciągu II wojna światowa ciągle jest dla nas pełna tajemnic.
Nadal zamknięte są przed opinią publiczną liczne materiały tajnych
służb Wielkiej Brytanii i Związku Radzieckiego.
Nie ma zgody co do daty rozpoczęcia wojny, ale i data jej zakończenia też
jest niejasna: 8 maja według Zachodu, 9 maja wg Rosji, a może jednak to
dzień 2 września 1945 r, gdy poddała się Japonia?
Niezależnie od tego jaką datę przyjmiemy za początek II wojny świato-
wej i jej zakończenia, wszystkie narody powinny mieć świadomość, że
przyniosła ona śmierć milionom ludzi i ogrom nieszczęść nie tylko
napadniętym narodom, napastnikom też.
Pamiętajmy o tym, ale zaprzestańmy czcić początek wojny, czcijmy
radośnie i uroczyście jej zakończenie , jak robią to inne narody.
bardzo polubiłam wrzesień.
Słońce już nie przypieka nieprzyzwoicie, dużo zielonych liści na drzewach,
chociaż złocistość zaczyna też dochodzić do głosu , a niebo ma teraz
specyficzny kolor - taką jaśniutką niebieskość. Gdy nie wieje wiatr czuję
w powietrzu spokój, ciszę spełnienia.
Gdy w ten piękny dzisiejszy poranek spacerowałam z psem, dotarło do
mnie, że to właśnie w taki piękny wrześniowy poranek, 70 lat temu,
poranną ciszę zakłóciły wystrzały, ryk silników i huk bomb.
Najprawdopodobniej pierwsze bomby padły na Ostrów Wielkopolski i
Poznań (godz. 4,30),następnym bomardowanym obiektem był Wieluń,
zbombardowany 10 minut pozniej. Tyle można znalezć przeglądając bar-
dzo dokladnie polskie archiwalia. I tak naprawdę wcale nie jest pewne,
czy to na Westerplatte padły pierwsze strzały we wrześniu 1939r.
Zresztą tak naprawdę nie ma to wielkiego znaczenia. Dla mnie osobiście
głupotą jest urządzanie z tej okazji uroczystości.
Według Rosjan II wojna światowa to ich wielka wojna ojczyzniana i
dla nich, jej początek to upalny dzień 22 czerwca 1941 roku. Termin
wielka wojna ojczyzniana został po raz pierwszy użyty przez Stalina
w dniu 3 lipca 1941 roku, w trakcie przemówienia radiowego do naro-
dów ZSRR.
A dla Amerykanów datą rozpoczęcia II wojny światowej jest dzień
7 grudnia 1941 roku, czyli dzień napaści Japończyków na Pearl
Harbor, oraz wypowiedzenie 11 grudnia 1941 r. wojny USA przez III
Rzeszę.
Nie wiem, czy wielu Polaków wie, że w 2005 roku w Waszyngtonie,
przed 65 rocznicą zakończenia wojny , otwarto wspaniałą budowlę,
upamiętniająca II wojnę światową. Jest to owalny plac, zdobiony fontan-
nami i i szeregami wspaniałych kwiatów i drzew. Prowadzą do niego dwie
okazałe bramy-jedna z napisem PACYFIK, druga z napisem ATLANTYK.
A główny napis głosi: "DRUGA WOJNA ŚWIATOWA: 1941 - 1945 "
W USA panuje niemal powszechna ignorancja wcześniejszych wydarzeń
w Europie i na Dalekim Wschodzie.
A dla Chin II wojna światowa zaczęła się 7 lipca 1937 roku japońską
inwazja na Chiny, choć tak naprawdę wkroczenie wojsk japońskich do
Mandżurii nastapiło 13 września 1931 roku.
W chińskich podręcznikach do historii podaje się jednak tę datę z 1937
roku, ponieważ w dniu tym Japończycy podczas napadu na Nankin
zabili ponad 200 tysięcy osób.
O ile rosyjscy uczniowe czytając swe podręczniki do historii nie dowiedzą
się z nich nic na temat udziału aliantów w II wojnie światowej, o tyle
chińczycy wiedzą o udziale aliantów, ponadto uważają, że "chińska wojna
przeciw Japonii wiązała przytłaczającą wiekszość wojsk lądowych oraz
część wojsk lotniczych i marynarki wojennej Japonii, co stanowiło pomoc
dla europejskiego pola bitwy".
70 lat w historii narodów to mała chwila, ot tyle co mrugnięcie powieką.
W dalszym ciągu II wojna światowa ciągle jest dla nas pełna tajemnic.
Nadal zamknięte są przed opinią publiczną liczne materiały tajnych
służb Wielkiej Brytanii i Związku Radzieckiego.
Nie ma zgody co do daty rozpoczęcia wojny, ale i data jej zakończenia też
jest niejasna: 8 maja według Zachodu, 9 maja wg Rosji, a może jednak to
dzień 2 września 1945 r, gdy poddała się Japonia?
Niezależnie od tego jaką datę przyjmiemy za początek II wojny świato-
wej i jej zakończenia, wszystkie narody powinny mieć świadomość, że
przyniosła ona śmierć milionom ludzi i ogrom nieszczęść nie tylko
napadniętym narodom, napastnikom też.
Pamiętajmy o tym, ale zaprzestańmy czcić początek wojny, czcijmy
radośnie i uroczyście jej zakończenie , jak robią to inne narody.
sobota, 29 sierpnia 2009
156. 2009 ROK SŁOWACKIEGO
Nie wiem dlaczego, ale jakoś umknęło mi, że ten rok jest Rokiem
Słowackiego.
Zawsze wydawało mi się, że jego życiorys jest jakiś niejasny, niedopo-
wiedziany.
Niewątpliwie nie miał dobrych kontaktów z ludzmi. Niektórzy byli
przekonani ,że jest zazdrosny o Mickiewicza, inni uważali go za nie
całkiem normalnego.
Po roku 1842 twórczość Słowackiego i całe jego życie uległy zasadni-
czej zmianie. Słowacki bowiem , jak wielu innych Polaków na emigracji
we Francji, spotkał Andrzeja Towiańskiego.
Towiański był postrzegany dwojako- w oczach jednych był mistykiem,
prorokiem i geniuszem, inni widzieli w nim hochsztaplera i Rasputina
polskiej emigracji.
W katedrze Notre Dame Towiański wygłosił przemówienie do Polaków.
Dla wielu był to wstrząs, bowiem historię opisywał jako pochód
duchów idących ku Bogu. Duchów, które za popełnione grzechy zosta-
ją uwięzione w ludzkich ciałach.
Polakom wyznaczył Towiański uprzywilejowaną rolę tych, którzy
wkraczając na drogę pokuty, mają otworzyć nową erę w dziejach ludz-
kości i poprowadzić wszystkich do nieba.
W tym celu założył Koło Sprawy Bożej, do którego przyłączyło się
wielu emigrantów polskich, oraz Słowacki i Mickiewicz.
Polscy emigranci byli słabo zintegrowani ze społeczeństwem Francji,
mieli poczucie obcości, a silne uczucia patriotyczne nie pozwalały im na
spokojne zapuszczenia korzeni, na to nakladały się też kłopoty językowe.
Nie powinno nas dziwić, że Towiański zawładnął tak silnie psychiką
swych zwolenników , że zaczęli się uważać za wybrańców. Psychiatria
zna takie przypadki- jest to "indukowane zaburzenie urojeniowe".
Induktorem był Towiański.
Wydawać by się mogło, że gdy osoba zaindukowana wyjdzie spod wpły-
wu jednostki indukującej, jej urojenia ustąpią. Słowacki wprawdzie w
1843 roku zerwał stosunki z Kołem Sprawy Bożej, ale tylko dlatego,
że był przekonany o tym, że on również został w jakiś sposób przez
Boga namaszczony.
Słowacki zaczął uważać się za ducha wiodącego i zaczął tworzyć własny
system mistyczny.Twierdził, że latem 1844 roku w Pornic nad Atlan-
tykiem doznał na skałach objawienia, podczas którego przeżył zjedno-
czenie z Synem Bożym, Bogiem i całością stworzenia.
W "Genezis z Ducha" pisał: "Jam się nagle uczuł w przeszłości Nieśmier-
telnym, Synem Bożym, Stwórcą widzialności". Uznał, że poznał już
cała Prawdę. Zaczął w swoim poczuciu rozumieć wszystko, nie było już
przed nim żadnych tajemnic, znał zarówno przeszłość jak i przyszłość.
W terminach psychaiatrycznych taki stan umysłu nazywany jest
iluminacją urojeniową.
Od momentu owego olśnienia Słowacki zaczął twierdzić, że stał się
szczególnym medium pomiędzy ludzmi a Bogiem.
Był pewien, że głosił słowo usankcjonowane przez Stwórcę.
Psychiatria określa takie przypadki jako urojenie wielkościowe.
Jednocześnie owe prawdy głoszone przez poetę, choć osadzone w tra-
dycji Pisma Świętego, stały w sprzeczności z oficjalną doktryną
głoszoną przez Kościół.
Słowacki uważał, że ma misję związaną z przekazaniem ludziom swojego
systemu mistycznego- idei genezyjskiej. Wielokrotnie podkreślał, że to
Duch dyktuje mu treść jego zapisów. A jeśli nie była to tylko przenośnia,
jeśli słyszał przemawiający głos, doświadczał halucunacji głosowych?
A może były to objawy schizofrenii paranoidalnej?
Pod koniec życia Słowacki bardzo się zaniedbał. Z wymuskanego dandysa
stał się ascetą. Ograniczył krąg znajomych do osób wyznających te same
prawdy co on. Z osoby zainteresowanej światem, sprawami emigracji,
zmienil się w samotnika, którego nie obchodziła codzienność i realia.
Zerwał również wieloletnią przyjazń z Krasińskim.
Analizując życiorys Słowackiego po spotkaniu z Towiańskim, nie możemy
jednoznacznie stwierdzić, że cierpiał na jakąś chorobę psychiczną. Być
może przeżywał jakieś załamanie psychiczne.
A nawet gdyby był chory psychicznie, to fakt ten w żaden sposób nie
podważa wartości literackiej jego dzieł z okresu mistycznego.
Kto wie - może bez tego "dodatku szaleństwa" wcale by nie powstały?
Fryderyk Nietzsche, Wacław Niżyński, Vincent van Gogh, Filip Dick-
wszyscy oni chorowali psychicznie, co nie zmienia faktu, że ich
twórczość do dziś uznawana jest za wielką.
Do końca roku 2009 jeszcze trochę czasu zostało, to nie będzie jedyny
post o Słowackim.
Słowackiego.
Zawsze wydawało mi się, że jego życiorys jest jakiś niejasny, niedopo-
wiedziany.
Niewątpliwie nie miał dobrych kontaktów z ludzmi. Niektórzy byli
przekonani ,że jest zazdrosny o Mickiewicza, inni uważali go za nie
całkiem normalnego.
Po roku 1842 twórczość Słowackiego i całe jego życie uległy zasadni-
czej zmianie. Słowacki bowiem , jak wielu innych Polaków na emigracji
we Francji, spotkał Andrzeja Towiańskiego.
Towiański był postrzegany dwojako- w oczach jednych był mistykiem,
prorokiem i geniuszem, inni widzieli w nim hochsztaplera i Rasputina
polskiej emigracji.
W katedrze Notre Dame Towiański wygłosił przemówienie do Polaków.
Dla wielu był to wstrząs, bowiem historię opisywał jako pochód
duchów idących ku Bogu. Duchów, które za popełnione grzechy zosta-
ją uwięzione w ludzkich ciałach.
Polakom wyznaczył Towiański uprzywilejowaną rolę tych, którzy
wkraczając na drogę pokuty, mają otworzyć nową erę w dziejach ludz-
kości i poprowadzić wszystkich do nieba.
W tym celu założył Koło Sprawy Bożej, do którego przyłączyło się
wielu emigrantów polskich, oraz Słowacki i Mickiewicz.
Polscy emigranci byli słabo zintegrowani ze społeczeństwem Francji,
mieli poczucie obcości, a silne uczucia patriotyczne nie pozwalały im na
spokojne zapuszczenia korzeni, na to nakladały się też kłopoty językowe.
Nie powinno nas dziwić, że Towiański zawładnął tak silnie psychiką
swych zwolenników , że zaczęli się uważać za wybrańców. Psychiatria
zna takie przypadki- jest to "indukowane zaburzenie urojeniowe".
Induktorem był Towiański.
Wydawać by się mogło, że gdy osoba zaindukowana wyjdzie spod wpły-
wu jednostki indukującej, jej urojenia ustąpią. Słowacki wprawdzie w
1843 roku zerwał stosunki z Kołem Sprawy Bożej, ale tylko dlatego,
że był przekonany o tym, że on również został w jakiś sposób przez
Boga namaszczony.
Słowacki zaczął uważać się za ducha wiodącego i zaczął tworzyć własny
system mistyczny.Twierdził, że latem 1844 roku w Pornic nad Atlan-
tykiem doznał na skałach objawienia, podczas którego przeżył zjedno-
czenie z Synem Bożym, Bogiem i całością stworzenia.
W "Genezis z Ducha" pisał: "Jam się nagle uczuł w przeszłości Nieśmier-
telnym, Synem Bożym, Stwórcą widzialności". Uznał, że poznał już
cała Prawdę. Zaczął w swoim poczuciu rozumieć wszystko, nie było już
przed nim żadnych tajemnic, znał zarówno przeszłość jak i przyszłość.
W terminach psychaiatrycznych taki stan umysłu nazywany jest
iluminacją urojeniową.
Od momentu owego olśnienia Słowacki zaczął twierdzić, że stał się
szczególnym medium pomiędzy ludzmi a Bogiem.
Był pewien, że głosił słowo usankcjonowane przez Stwórcę.
Psychiatria określa takie przypadki jako urojenie wielkościowe.
Jednocześnie owe prawdy głoszone przez poetę, choć osadzone w tra-
dycji Pisma Świętego, stały w sprzeczności z oficjalną doktryną
głoszoną przez Kościół.
Słowacki uważał, że ma misję związaną z przekazaniem ludziom swojego
systemu mistycznego- idei genezyjskiej. Wielokrotnie podkreślał, że to
Duch dyktuje mu treść jego zapisów. A jeśli nie była to tylko przenośnia,
jeśli słyszał przemawiający głos, doświadczał halucunacji głosowych?
A może były to objawy schizofrenii paranoidalnej?
Pod koniec życia Słowacki bardzo się zaniedbał. Z wymuskanego dandysa
stał się ascetą. Ograniczył krąg znajomych do osób wyznających te same
prawdy co on. Z osoby zainteresowanej światem, sprawami emigracji,
zmienil się w samotnika, którego nie obchodziła codzienność i realia.
Zerwał również wieloletnią przyjazń z Krasińskim.
Analizując życiorys Słowackiego po spotkaniu z Towiańskim, nie możemy
jednoznacznie stwierdzić, że cierpiał na jakąś chorobę psychiczną. Być
może przeżywał jakieś załamanie psychiczne.
A nawet gdyby był chory psychicznie, to fakt ten w żaden sposób nie
podważa wartości literackiej jego dzieł z okresu mistycznego.
Kto wie - może bez tego "dodatku szaleństwa" wcale by nie powstały?
Fryderyk Nietzsche, Wacław Niżyński, Vincent van Gogh, Filip Dick-
wszyscy oni chorowali psychicznie, co nie zmienia faktu, że ich
twórczość do dziś uznawana jest za wielką.
Do końca roku 2009 jeszcze trochę czasu zostało, to nie będzie jedyny
post o Słowackim.
Subskrybuj:
Posty (Atom)