poniedziałek, 22 marca 2010

213. Ocalić od zapomnienia

Postanowiłam dziś napisać o polskiej nauce w okresie Międzywojnia, bo
odnoszę wrażenie, że ten okres w naszych dziejach jest traktowany nieco
po macoszemu.

W chwili odzyskania niepodległości w 1918 roku w Polsce działały trzy
uniwersytety: Jagielloński w Krakowie, im.Jana Kazimierza we Lwowie i
reaktywowany jako polska uczelnia w 1917 r. Uniwersytet Warszawski.
Wielu wybitnych profesorów przebywało za granicą, większość laboratoriów
naukowych była zniszczona, nie istniała właściwie w kraju baza materialna
dla nauk technicznych.
Sytuacja gospodarcza była bardzo trudna, a trudności pogłębiał fakt ponad
stuletniego podziału ziem polskich. By stworzyć podstawy dla normalnego
rozwoju oświaty i nauki należało odbudować i unowocześnić przemysł,
powiązać gospodarczo ziemie trzech dawnych zaborów, ujednolicić i również
tworzyć od nowa - system praw, instytucji i administracji.
Do wykonania tych wszystkich zadań należało jak najszybciej wyszkolić kadrę
fachowców wszystkich dziedzin, a mogły to zrobić tylko polskie uczelnie.
Już w rok po wojnie działał nowy uniwersytet im.Stefana Batorego w Wilnie,
w 1918 r. powstał prywatny Katolicki Uniwersytet Lubelski, w Krakowie
założono Akademię Górniczą (1919r), w Warszawie - Szkołę Główną Gospo-
darstwa Wiejskiego, Wyższą Szkołę Handlową, Szkołę Nauk Politycznych, a
jej blizniaczą uczelnię powołano do życia w Wilnie. Powstały też nowe uczelnie
specjalistyczne - Wyższa Szkoła Handlu Zagranicznego we Lwowie (1922r) i
Państwowy Instytut Dentystyczny w Warszawie. Zaczęto rozbudowywać
Politechnikę Warszawską i Politechnikę Lwowską.

Dawne Towarzystwo Kursów Naukowych ( d.Uniwersytet Latający) prze-
kształcono w Wolną Wszechnicę Polską. Była to prywatna uczelnia akade-
micka, skupiająca się na dokształcaniu osób pracujących- dzięki niej wielu
nauczycieli i pracowników kultury i gospodarki zdobyło wyższe wykształcenie.

Polscy uczeni i działacze oświatowi zakreślili szeroki program rozwoju oświaty
i nauki w Polsce. Jednym z jego założeń była koncepcja rozbudowy wyższych
uczelni jako placówek dydaktycznych i naukowych zarazem, by nie rozpraszać
skromnych środków finansowych. Powstawały również w tym okresie wyspe-
cjalizowane placówki badawcze ( w sumie 15), między innymi : Państwowy
Zakład Higieny, Państwowy Instytut Geologiczny, Wojskowy Instytut Geogra-
ficzny, Państwowy Instytut Farmaceutyczny, Państwowy Instytut Meteoro-
logiczny, Główny Urząd Statystyczny i Morskie Laboratorium Rybackie na
Helu.

Największymi ośrodkami nauki i nauczania (wg liczby studiujących) były :
Warszawa -42,3 % ogółu studentów, Lwów - 19%, Kraków- 15,6% oraz
Wilno - 7,2%.

Poza nowymi uczelniami i instytucjami naukowymi zaczęły powstawać
liczne muzea, biblioteki, archiwa. Jeszcze w 1916 r. otwarto w Warszawie
Muzeum Narodowe, z którego w 1920r. wyodrębniono Muzeum Wojska.
Pełniły funkcje nie tylko głównego muzeum polskiej kultury, prezentowały
również kultury obce.
Powstało Archiwum Akt Nowych, gromadzące akta od 1918r., Centralne
Archiwum Wojskowe a w 1928 otwarto największą książnicę polską-
Bibliotekę Narodową w Warszawie.

Pomimo niekorzystnego startu uczeni polscy dość szybko znalezli się
w czołówce światowej - dotyczyło to matematyki, logiki, filozofii, badań
historycznych i archeologicznych, językoznawstwa i antropologii.
Pomimo sporego niedoinwestowania w kosztowne wyposażenie placówek
naukowych osiągnięto zasadniczy postęp w pewnych działach fizyki, chemii
fizycznej i techniki, a wyrazem tego był światowy wówczas poziom konstruk-
cji lotniczych, budownictwa mostowego, niektórych technologii chemicznych
oraz zastosowań tele- i radiotechniki.

Oczywiście zaraz mi zarzucicie, że dostęp do nauki był tylko dla uprzywilejo-
wanych. Nie do końca jest to prawda. Istniały instytucje samorządowe
przydzielające najzdolniejszym studentom stypendia, wiele stypendiów było
fundowanych przez osoby prywatne. Właśnie dzięki takiemu stypendium i
pracy w każde wakacje w charakterze prywatnego pielęgniarza, brat mojej
babci ukończył Akademię Medyczną. Zgoda, nie było łatwo, ale czy ktoś może
nam zagwarantować łatwe życie?

piątek, 19 marca 2010

212. Arek

Dla mnie byłeś Arkiem. Trudno pisać, że byłeś, bo to wydaje się niepojęte-
chwila, moment i odszedłeś, nie wiadomo dokąd.
Podziwiałam Twój humor i ostrość spojrzenia na naszą dziwną rzeczywistość.
Podziwiałam Twoje rozległe zainteresowania.
Wyjaśniałeś mi zawiłości związane z przeniesieniem starych filmów na CD.
Dziękuję Ci za nasze dyskusje na tematy filozoficzne i ...religijne.
Trudno pisać mi o Tobie w czasie przeszłym. Mam do Ciebie żal, wielki żal,
że nie zadbałeś o swoje zdrowie, że tak je zlekceważyłeś.
Nie skasuję linku z Twoim adresem, nie napiszę, że odszedłeś, bo wbrew
faktom- dla mnie będziesz.

poniedziałek, 15 marca 2010

211. Kontrowersyjna postać

Z zainteresowaniem przeczytałam rozmowę red. Andrzeja Krajewskiego z
dr. Piotrem Cichorackim o płk. Wacławie Kostku-Biernackim. Przyznam się,
że naprawdę nie kojarzyłam jego osoby z wojskiem, raczej z jakąś
książką, którą widziałam bardzo dawno w rodzinnej biblioteczce.

Wacław Kostek Biernacki był wojewodą poleskim oraz komendantem twier-
dzy brzeskiej. Postrzegany był jako okrutny komendant twierdzy i sadys-
tyczny nadzorca Miejsca Odosobnienia w Berezie Kartuskiej.
W 1914 roku dowodził żandarmerią Piłsudskiego. Jego podwładni nie tylko
pilnowali porządku, zajmowali się również wykonywaniem egzekucji na
cywilach. O wykonaniu tych egzekucji Biernacki informował dowództwo
1.Pułku Legionów w grudniu 1914 roku. Do dziś nie udało się ustalić, z ja-
kiego powodu ludzi ci zostali straceni. Podobno był wśród nich jeden rosyjski
szpieg.
W owym czasie Piłsudski zlecał właśnie Biernackiemu "czarną robotę", bo ten
wszystkie polecenia wykonywał bez żadnych zastrzeżeń i miał jeszcze jedną
zaletę - brał pełną odpowiedzialność za swoje czyny i nie zrzucał odpowiedzial-
ności za nie na swego zwierzchnika.

Latem 1930 roku został w Brześciu n. Bugiem dowódcą specjalnego oddziału
w wojskowym więzieniu śledczym. Gdy więzienie opuścili pierwsi posłowie
opozycji, do opinii publicznej dotarły wiadomości o biciu i maltretowaniu
osadzonych. Najbardziej oburzył wszystkich fakt, że do rozprawy z opozycją
zostało wykorzystane wojsko, a za wszystko obwiniano Kostka-Biernackiego.
Nie wiadomo, czy takie traktowanie więzniów było jego inicjatywą, ale znana
jest treść listów Biernackiego do Piłsudskiego. Są to listy z okresu, gdy tylko
posłowie zostali aresztowani- opisywał w nich szczegółowo jakie warunki mają
więzniowie i jak są traktowani. Wynika z tego, że Marszałek wiedział o wszyst-
kim i nawet biografowie przychylni Piłsudskiemu sądzą, że to on ponosił całą
odpowiedzialność za traktowanie uwięzionych.
Ale w tamtym okresie nikt się nad tym za bardzo nie zastanawiał i gdy w listo-
padzie 1930 roku powrócił z Brześcia na poprzednio zajmowane stanowisko
dowódcy 38.Pułku Piechoty w Przemyślu, spotkał się z wielką niechęcią oto-
czenia i odrzuceniem towarzyskim elit. Po kilku miesiącach Kostek-Biernacki
został przeniesiony do pracy w administracji cywilnej.W 1931 został wojewodą
nowogródzkim, a po roku poleskim.

Biernacki w praktyce nie zarządzał Obozem Odosobnienia w Berezie Kartus-
kiej, ale niewątpliwie miał wpływ na to co się w tym obozie, usytuowanym
na terenie województwa poleskiego, działo. Miał dość osobliwą wizję obozu -
jego zdaniem więzniowie powinni być traktowani b. surowo, a czas pobytu
powinien wynosić 6 miesięcy - opuszczający po odbyciu kary więzniowie
byliby już tylko "łachmanami moralnymi" co dawałoby szansę, że "odejdą
od warcholskiej pracy".
Po roku Kostek -Biernacki przestał poświęcać swą uwagę sprawom obozu i
skupił się nad administrowaniem województwa.
Był bardzo zaangażowany w swoją pracę. Był bardzo wyczulony na biedę
poleskiego chłopstwa, nie znosił natomiast ziemiaństwa. Dbał o przestrze-
ganie praw miejscowej ludności i pomimo posiadania skromnych środków,
dążył do upowszechnienia szkolnictwa, rozbudowy drogowej infrastruktury
oraz propagował turystykę w tym regionie. Bardzo często dokonywał ins-
pekcji województwa incognito, by sprawdzić jak administracja państwowa
traktuje zwykłych obywateli.

Przez okres wojny był internowany w Rumunii. Władza ludowa, dla której
był wrogiem ludu ( udało mu się niemal całkiem unicestwić ruch komu-
niostyczny na Polesiu) przypomniała sobie o nim w 1945 roku i w pazdzier-
niku został przywieziony do Polski, osadzony w więzieniu warszawskim i
pozostawiony do dyspozycji Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego.
Planowano pokazowy proces, głównie za przewinienia w trakcie kierowania
więzieniem w Brześciu. Potem , w 1948 r. przygotowywano nowy proces,
w którym koncentrowano się głównie na wątku zwalczania ruchu komu-
nistycznego i Berezie Kartuskiej. Koncepcje zmieniały się wielokrotnie i
dopiero w kwietniu 1953 roku Biernacki znalazł się na ławie oskarżonych.
Proces był tajny, na rozprawy oskarżony był przywożony na noszach.
Początkowo został skazany na karę śmierci, która została uchylona przez
Sąd Najwyższy i zamieniona na 10 lat pozbawienia wolności, z uwagi na
zły stan zdrowia skazanego. Ostatecznie opuścił więzienie w listopadzie
1955 roku. Zmarł półtora roku pózniej.

Kostek-Biernacki nie był nigdy człowiekiem lubianym, miał trudny cha-
rakter i ze ślepym posłuszeństwem wykonywał rozkazy Piłsudskiego,
przez co był kojarzony z najmniej chwalebnymi epizodami w historii
II RP.

I wiem już, dlaczego kojarzył mi się z jakąś książką - on rzeczywiście
pisał książki, a przed wojną był uważany za dobrego pisarza, przedstawi-
ciela realizmu magicznego. Były to powieści przypominające pisarstwo
Gabriela Garcii Marqueza. Najbardziej znane jego powieści to "Djabeł
zwycięzca" i "Straszny gość". To właśnie pierwszą z tych książek widzia-
łam w domu, gdy byłam za młoda by ją czytać, a najbardziej dziwiła mnie
pisownia słowa "djabeł" i pewnie stąd tak ją zapamiętałam.
Nie wiem co się potem z nią stało.

W latach 50. władze polskie zaczęły akcję czyszczenia bibliotek i archiwów
z książek tego autora tak konsekwentnie, że do dziś nie ma po nich śladu.
Redakcja miesięcznika Focus, w którym opublikowano rozmowę o Kostku-
Biernackim zwraca się z prośbą do czytelników, by osoba, która posiada
przedwojenne wydanie którejś z książek, skontaktowała się z redakcją.

sobota, 13 marca 2010

210. Monotematycznie

Pewnie zdziwi Was ten dzisiejszy post, bo staram się nie pisać o polityce,
ekonomii i sprawach społecznych. Ale tak się złożyło , że od trzech
miesięcy mam codzienny, uciążliwy kontakt z naszą służbą zdrowia.
Obserwuję mniej lub bardziej skuteczne metody działania lekarzy, różne
interpretacje tych samych przepisów, rozmawiam z lekarzami, średnim
personelem medycznym i z pacjentami. Chwilami mam ochotę kogoś
pobić lub wręcz zabić. A najgorsza jest w tym wszystkim moja bezsilność.
"Wiszę" godzinami na necie wertując strony WHO, różnych ośrodków
medycznych w kraju i poza oraz strony firm farmaceutycznych.

Cała Europa, wzdłuż i wszerz, narzeka na działanie służby zdrowia : bo
na "darmowe" zabiegi medyczne czeka się miesiącami, w kolejce na
planowy zabieg chirurgiczny czeka się latami, przed gabinetami formują
się stale kolejki zdenerwowanych pacjentów, coraz więcej leków jest od-
płatnych, lekarze coraz mniej uwagi poświęcają pacjentom.
W moim odczuciu nie narzekają tylko pacjenci szamanów i innych tego typu
lekarzy, pomimo że za ich usługi też muszą płacić, przynosząc im jakiś dar.
Polski system opieki zdrowotnej jest bardzo dziwny - mnie kojarzy się z
pacjentem będącym w stanie przedzawałowym, który co jakiś czas ma
podawane środki doraznie wspomagające, ale żadne leczenie nie zostało
wdrożone.

Kolejne ekipy rządowe starają się jakoś ten chory system uzdrowić, ale ich
działania przypominają podstawianie wiader, gdy woda leje się do środka
przez dziurawy dach. Przy tym wszystkim ekipy rządzące oraz pacjenci,
nie chcą lub nie mogą zrozumieć, że medycyna poszła "do przodu", a nowe
urządzenia diagnostyczne są bardzo drogie. Wymagają one przeszkolonego
personelu, specjalnego serwisowania, oryginalnych części zamiennych - a
to wszystko niesie za sobą duże koszty.

Żaden system opieki zdrowotnej, nawet ten najwyżej dotowany nie jest
w stanie zapewnić wszystkim swym obywatelom pełnej, bezpłatnej opieki
medycznej. I tak się jakoś składa, że w tym momencie wszyscy zapomina-
ją, że służbę zdrowia finansuje budżet, a pieniądze budżetu to przecież
nasze podatki, a nie dar z Nieba spadający niczym złota manna.

W Polsce już jakiś czas temu został opracowany Racjonalny System Opieki
Zdrowotnej (RSOZ), z którym można się zapoznać na stronie:
www.ozzl.org.pl/index.php?Itemid=70 .W 2008 roku nieśmiałą próbę
reformy polskiej służby zdrowia podjęła PO chcąc przeforsować pakiet
ustaw choć częściowo reformujących ten resort, ale veto pana prezydenta
L.Kaczyńskiego spowodowało, że wszystko wróciło do status quo.

Projekt RSOZ zakłada, że współpłacenie za usługi medyczne powinno być
powszechne. Tym sposobem do systemu opieki zdrowotnej będą wpły-
wały dodatkowe pieniądze oraz będzie to czynnik dyscyplinujący pacjentów.
Skończy się może tym samym plaga rezerwowanych a potem nieodwoła-
nych wizyt oraz przychodzenie do lekarza w celach "towarzyskich" .
W nowym systemie idzie również o jakość usług medycznych, która w
placówkach publicznych nie podlega obecnie żadnej kontroli.

Niewątpliwie pierwszym krokiem reformy powinno być ustalenie ,które
świadczenia medyczne będą finansowane przez NFZ, a za które będziemy
musieli płacić sami. Owo płacenie nie oznacza "żywej" gotówki, to raczej
wykupienie prywatnego ubezpieczenia medycznego, skalkulowanego indy-
widualnie, uwzględniającego stan zdrowia i wiek pacjenta. W razie naszej
choroby ubezpieczyciel zapłaci za nasze leczenie.
Ustalenie takiego "koszyka gwarantowanych świadczeń" pociągnie za sobą
ustalenie procedur medycznych, które są najskuteczniejsze i najbardziej
opłacalne w leczeniu danego schorzenia.
Czy zdajecie sobie sprawę, że dziś, nawet najgorsza placówka medyczna
może bez problemu dostać kontrakt od NFZ? Podpisać kontrakt jest
naprawdę łatwo, a ponieważ NFZ nie panuje nad całością, placówki pub-
liczne mogą swobodnie marnotrawić nasze, wspólne pieniądze i pomijać
dobro pacjenta, wykonując tylko te opłacalne dla placówki zabiegi.
Projekt RSOZ przewiduje, że gdy do gry wejdą prywatni ubezpieczyciele,
to służba zdrowia znajdzie się pod kontrolą inspektorów kontrolujących,
czy pieniądze klientów zostały prawidłowo spożytkowane.
Wprowadzenie RSOZ ma również zapewnić wzrost wynagrodzenia perso-
nelu medycznego, lepsze wyposażenie szpitali w sprzęt, remonty.

W tym wszystkim jest jedno "ale" - nie uda się wprowadzenie reformy
służby zdrowia gdy my wszyscy nie przestawimy swego sposobu myślenia-
najwyższy czas uświadomić sobie, że nic nie ma za darmo, nawet zbawienia,
bo trzeba sobie na nie wpierw zasłużyć.

czwartek, 11 marca 2010

209. " Świat jest księgą. Kto...

...nigdy nie podróżuje, zna tylko jedną jej stronę".
Słowa te napisał Augustinus Aurelius , żyjący w latach 354 - 430 p.n.e.

Od wieków ludzie podróżują w przeróżnych celach. Jednym z nich było i
jest pielgrzymowanie do miejsc świętych. Tradycja ta jest wspólna wszyst-
kim wielkim religiom. Takim świętym miejsce dla muzułmanów jest Mekka,
miejsce narodzin Proroka, dla Hindusów Benares nad Gangesem, zwane
Miastem Wieczności, dla Żydów Ściana Płaczu w Jerozolimie, dla chrześcijan
miejsca związane z narodzinami i śmiercią Jezusa Chrystusa, Matki Boskiej,
apostołów i świętych.

Prawdziwy ruch pielgrzymkowy w Europie był już w średniowieczu.
Najczęściej można było spotkać pielgrzymów w drodze do świętych miejsc-
Rzymu i Jerozolimy , gdzie odwiedzali stacje Męki Pańskiej. Od IX wieku
zaczęto wędrować również Szlakiem Jakubowym do grobu św. Jakuba
w hiszpańskim Santiago de Compostela. Z czasem doszły do tego miejsca
kultu Matki Boskiej: Jasna Góra, Lourdes i Fatima.

Motywy pielgrzymek, tych przed wiekami, jak i tych współczesnych zawsze
były różne. Dla niektórych motywem jest zbawienie po śmierci, inni liczą,
że na końcu długiej wędrówki dostąpią łaski i zdarzy się cud, czasem jest to
pragnienie odkupienia swych win. Wędrują też ci, którzy chcą w ten sposób
podziękować za doznaną łaskę lub wypełnić złożone ślubowanie. Nie brakuje
również zupełnie świeckich motywów - chęć wyrwania się z monotonni
powszedniego dnia, poznania świata, nowych ludzi, innych kultur. Często
jest to też pragnienie zwolnienia tempa życia, wyluzowania, prowadzenia,
choćby krótko, prostego życia w bliskim kontakcie z przyrodą. Czasem jest
to chęć zamknięcia jakiegoś rozdziału swego życia - ostatecznego pożegnania
się ze zmarłą osobą lub z dotychczasowym trybem życia.

Najczęściej pielgrzymka ma dość nieprzewidywalny przebieg i tym samym
pozwala zaspokoić głód przygody, poznanie smaku ryzyka. To sprawia, że
dziś zaczyna się nieco zacierać granica pomiędzy pielgrzymowaniem a
turystyką. Wierzący i ateiści, zwolennicy geomancji i różnych teorii ezote-
rycznych spotykają się na tych samych szlakach, odwiedzają te same
miejsca kultu.

Drogą Św. Jakuba przewędrowało w 2007 roku 114 tysięcy pielgrzymów.
By uniknąć upału i tłumów, najlepiej wybrać się poza sezonem. I koniecznie
należy się zaopatrzyć w "paszport pielgrzyma", który zaświadcza, że jego
właściciel jest upoważniony do korzystania ze specjalnych miejsc noclegowych.
Tylko 20 - 30 % ludzi na tym szlaku to praktykujący chrześcijanie. Idą do
Santiago, gdzie wierzący i niewierzący obejmą ramionami figurę świętego.

Lourdes, małe miasteczko u stóp Pirenejów, co roku gości 6 milionów piel-
grzymów i jest jednym z najsilniejszych ośrodków religijnych świata. Lourdes
słynie z cudownych uzdrowień - uznanych jest 66, z czego 55 przypadków
to uzdrowienia Francuzów, a łaska ta 54 razy częściej spotyka kobiety niż
mężczyzn. Jak na 8,4 mln chorych, szukających w Lourdes uzdrowienia , nie
jest to oszałamiająca ilość uzdrowień.

Hadżdż , czyli pielgrzymka do Mekki to obowiązek każdego muzułmanina,
który należy wypełnić chociaż raz w życiu. Kaabę - wysoką na 15 metrów
świątynię w kształcie sześcianu, zbudowaną z szarego kamienia, należy
okrążyć siedem razy. Co roku robi to trzy miliony wiernych.Ale siedmio-
krotne okrążenie Kaaby to nie wszystko -różnorodne rytuały trwają aż
10 dni, odbywaja się w wielu miejscach.
Rytuały hadżdżu wywodzą się z czasów przedislamskich, gdy Kaaba była
sanktuarium politeistycznej religii staroarabskiej.
Do świątyni Kaaba w Mekce mogą wejść tylko muzułmanie.

A jeśli jesteście wyznawcami buddyzmu, hinduizmu i religii bon, a chcecie
osiągnąć nirwanę, powinniście okrążyć świętą górę Kailash w Tybecie.
Trasa to 52 km na wysokości 5700 metrów. Podobno nirwanę osiąga się
po 108 okrążeniu.Najlepiej rzucać się co chwila na ziemię, odmierzając całą
trasę własnym ciałem.
Pomyślcie tylko- rocznie pokonuje tę trasę do 200 tysięcy pielgrzymów.
Jeżeli ktoś chętny to podpowiadam: najlepszy czas na tę podróż jest od
maja do sierpnia.

poniedziałek, 8 marca 2010

Kobiety

Miałam nic nie pisać o Dniu Kobiet, ale zostałam dziś zaskoczona iw pewien
sposób "wmotana" w to święto. A było to tak: wyszłam ze szpitala (bo ślubny
nadal okupuje szpitalne łóżko) i poszłam zapłacić za parking, a pan parkingo-
wy wydając mi stosowną sumę reszty wręczył mi również prześlicznego,
żółtego tulipana i dodał: bo dziś pani święto. Musiałam mieć bardzo głupią
minę, bo pan dodał, że przecież dziś Dzień Kobiet. A on lubi i szanuje kobiety,
a kobieta jak kamień szlachetny musi mieć odpowiednią oprawę.

Gdy już wyjeżdżałam z parkingu widziałam, że następna kobieta też dostała
takiego pięknego, wiosennego tulipana. Jadąc do domu myślałam o tym
przyrównaniu kobiety do kamienia i przypomniało mi się malarstwo Alfonsa
Muchy.
I zaraz po powrocie do domu "rzuciłam się" do oglądania albumu z jego pra-
cami. Mucha przepięknie malował kobiety, a do tego miał prześliczne dziew-
czyny jako modelki. Zachowały się zdjęcia tych modelek, fotografowanych
przez samego artystę.

W latach 1896 - 1900 Mucha namalował kilka cykli, w których motywem
przewodnim była kobieta : "Cztery pory roku", "Kwiaty", "Pory dnia",
"Sztuki piękne", "Kamienie szlachetne".

W cyklu "Kamienie szlachetne" personifikujące je kobiety patrzą widzowi
prosto w oczy, górna część każdego obrazu jest zdominowana przez postać
kobiety, u dołu obrazu znajduje się portret kwiatu, którego kolor
przypomina barwę danego kamienia szlachetnego. Paleta barw każdego z
obrazów jest całkowicie zdeterminowana barwą danego kamienia, włącznie
z udrapowanymi szatami i mozaikowymi aureolami nad głową.

Nie jestem w stanie przekazać Wam urody tych obrazów, ale ja patrząc na
nie czuję podziw artysty dla kobiecej urody i wdzięku.

Kobieta odegrała w życiu Alfonsa Muchy wielką rolę -była to Sara Bernhardt.
4 stycznia 1895 r miało się odbyć wznowienie sztuki Sardou "Gismonda"z Sarą
Bernhardt w roli głównej. Nie było plakatu a wszyscy graficy zrobili sobie
przedłużone święta, więc poproszono Muchę o wykonanie plakatu. I powstał
rewolucyjny plakat, coś zupełnie nowego. Naturalnej wielkości postać Sary
Bernhardt pojawiła się na plakacie niczym wyidealizowana Madonna, piękne
młode rysy przedstawione zostały jako tragiczna maska. W tym czasie Sara
miała już ponad pięćdziesiąt lat, lecz z plakatu spoglądała na widzów piękna,
młoda, eteryczna kobieta. Gwiazda natychmiast podpisała z Muchą umowę.
Plakaty zrobiły niebywała furorę, były rozkradane ze słupów ogłoszeniowych
zanim wysechł klej. Z dnia na dzień Mucha stał się sławny.

Latem 2007 roku wystawa prac Alfonsa Muchy gościła w Muzeum Narodo-
wym w Warszawie i byłam na niej dwa razy. Zachwycałam się nie tylko pla-
katami, rysunkami i pastelami. Zachwycałam się również biżuterią przez
Muchę zaprojektowaną i jego projektami dla Bell Epoque.

Jeżeli zdarzy się Wam pobyt w Pradze, koniecznie zajrzyjcie w dwa miejsca-
do Muzeum Alfonsa Muchy i Katedry św.Wita. W katedrze jest przepiękny
witraż, który powstał w 1931 roku, wg projektu artysty.

Musze się chyba zastanowić nad odpowiednią oprawą dla siebie, no bo
skoro jestem kobietą........

niedziela, 7 marca 2010

207. Dziwne, chociaż prawdziwe

Z pewnością wszyscy znacie powiedzenie "Człowiek to brzmi dumnie", a ja
myślę,że człowiek to wielce zadziwiające stworzenie, które potrafi znieść
przeróżne ekstremalne warunki. Pozbierałam różne wycinki prasowe i mam
nadzieję, że też się trochę zdziwicie.

Okazuje się, że b. często dzieci wychodzą bez szwanku z wypadków, które
pozbawiają życia dorosłych. W 2000 roku 4- miesięczny Jasper przeżył upa-
dek samochodu do 100-metrowego wąwozu, a wydarzyło się to we Francji.
W USA 15 miesięczny Kevin Molina, wypadł z okna trzeciego piętra nie
odnosząc żadnej szkody. Rekordzistą jest trzyletni Mohammed al-Fateh,
który jako jedyny przeżył wypadek sudańskiego samolotu w 2003 roku.
Dziecko zaplątane w gałęzie drzewa znalazł jakiś koczownik. Pediatrzy
tłumaczą to zjawisko specyficzną budową ciała dziecka. Zawiera ono propor-
cjonalnie więcej wody niż ciało dorosłego i jest bardziej sprężyste , dzięki
czemu lepiej chroni organy wewnętrzne dziecka.

Wszyscy wiemy,że aby żyć, trzeba pić, a ciało człowieka składa się w 60%
z wody. Odwodnienie organizmu powyżej 10% kończy się trwałym uszkodze-
niem organów wewnętrznych, a utrata powyżej 15 % z reguły kończy się
śmiercią. A ponieważ "człowiek" brzmi czasem durnie a nie dumnie, zaczęto
ustanawiać rekordy przeżycia bez wody. W 1906 roku pewien meksykański
pasterz pokonał pustynię Arizona w 8 dni, jadąc konno 60 km i idąc pieszo
160 km w temperaturze 35 stopni C.W tym czasie wypił jedynie 8 l wody.
Pomimo utraty 25% masy ciała, przeżył. Podobny dystans (240 km) przebył
amerykański pilot wojskowy, który po awarii samolotu szedł 8 dni bez
kropli wody.

Jak wiadomo nie tylko wodę człowiek pije, czasami pije również alkohol.
A niektórzy piją całkiem sporo. Za dawkę śmiertelną uważa się 0,4 litra
czystego alkoholu spożytego w ciągu godziny, co odpowiada 2,4 grama
alkoholu na litr krwi. Ale niektórzy sa niebywale odporni - 39-letni
mieszkaniec Jekaterynburga przeżył, chociaż miał 4 gramy alkoholu w każ-
dym litrze krwi. Wynika z tego, że musiał wypić co najmniej osiem półlitro-
wych butelek wódki, a w wydychanym powietrzu miał 18 promili alkoholu.
Polski rekord w tej dziedzinie padł w 1995 roku i wyniósł 14,8 promila dla
mężczyzny oraz 8,2 promila dla kobiety.

Jak się okazuje możemy również przeżyć uderzenie pioruna. Prąd stały jest
niebezpieczny dla życia przy natężeniu 5 miliamperów. U porażonego zmienia
się wówczas stężenie jonów w komórkach mięśniowych i nerwowych, co może
doprowadzić do ich śmierci. Prąd zmienny jest grozny już przy natężeniu 1,1
miliampera.Dochodzi wówczas do migotania komór serca, co może spowodo-
wać zatrzymanie się krążenia krwi.
Teoretycznie zdrowy człowiek, mający sucha skórę jest w stanie przeżyć
porażenie prądem o napięciu 27 tysięcy wolt. A w praktyce 9 na 10 osób
wychodzi cało z uderzenia pioruna, gdy napięcie sięga 50 milionów wolt, a na-
tężenie 30 tysięcy amperów.Jest to możliwe dlatego,ze wyładowanie burzowe
trwa zaledwie 100 mikrosekund. Roy Sullivan, strażnik parku narodowego w
USA, między rokiem 1942 a 1977 przeżył 7 razy porażenie przez pioruny.
Osoby po porażeniu piorunem cierpią przez całe życie na zaburzenia neuro-
logiczne i emocjonalne, ponieważ działanie prądu elektrycznego na wegeta-
tywny układ nerwowy jest bardzo niekorzystne.

No i powiedzcie sami, czy człowiek to nie jest bardzo dziwne stworzenie?