sobota, 19 maja 2012

239. Ciag dalszy, III

Tak naprawdę Babcia była introwertyczką, niełatwo było dowiedzieć się czegoś z czasów jej dzieciństwa. A ja nie mogłam sobie wyobrazić jak  jest w domu, gdy masz  rodzeństwo. A o dzieciństwie  Babci to wiedziałam tylko tyle, że była bardzo wątłym dzieckiem i że najstarszy brat bardzo był do  Niej przywiązany i bardzo o Nią dbał, a Babcia wpatrywała się w Niego jak w  słońce i bardzo kochała. Posłusznie wypełniała jego wszystkie zalecenia zdrowotne, łącznie z piciem tranu, dbała o higienę i zawsze spełniała  jego wszystkie prośby, choć czasami spełnienie ich mogło zle się skończyć. Ale o tym napiszę pózniej.
Poza tym miała naturę prymusa, piąteczki w szkole od góry do dołu,  na dodatek była pedantką i niesamowicie
obowiązkową osóbką. Z wiekiem owa obowiązkowość sięgała zenitu, wszystko było jednym, wielkim obowiązkiem.
Jako wielce dramatyczne przeżycie Babcia zawsze uważała moment, gdy postanowiono, że należy jej przekłuć uszy, by mogła nosić kolczyki. Tłumaczono, przekonywano, proszono, grożono, wreszcie  sąsiadka przytrzymała wyrywające się dziecko i jedno ucho udało się przekłuć. Ostatkiem sił biedna dziecina wyrwała się z rąk "oprawców" i pognała do toalety, gdzie się zamknęła. Po kilku godzinach udało się ją stamtąd wyciągnąć i dokończyć dzieła. Przez 2 tygodnie jedno ucho ropiało i bolało. Pierworodny syn zrobił
w domu awanturę, wyzwał wszystkich od dzikusów, no ale uszy już były przekłute.
I nic dziwnego,że ja nigdy nie wpadłam na pomysł przekłucia sobie uszu.Nosiłam klipsy.
Lwów był miastem wielonarodowym - mieszkali obok siebie  Polacy, Żydzi, Ukraińcy i  mieszkańcy dzisiejszej Białorusi. Podobno ludzie byli dla siebie mili, serdeczni.
 W szkole powszechnej, bezpłatnej, Babcia uczyła się  języka ukraińskiego, w podobnym wymiarze godzin jak polskiego.Twierdziła zawsze,  że przynajmniej w  szkole nie było żadnych animozji narodowościowych. Gdy pózniej trafiła do tzw. "Handlówki"  (mam wrażenie, że był to odpowiednik dzisiejszego liceum ekonomicznego) oprócz podstaw ekonomii i handlu uczyła się języka niemieckiego. I właśnie po owej  "handlówce" poszła do pracy.
Gdy Babcia miała 13 lat, na świat przyszedł ostatni  Jej brat. Stał się  z miejsca pupilkiem trzech sióstr.
Sytuacja polityczna tuż przed wybuchem I wojny światowej sprawiła, że do Lwowa zjechali pracujący
w Wiedniu pracownicy Dyrekcji Kółek Rolniczych, a wśród nich przyszły mąż Babci.
Zabijcie mnie, ale nie mam pojęcia co ten przystojny młody człowiek dostrzegł w tej młodziutkiej urzędniczce.
Bo nie była to żadna piękność, niziutka, drobniutka, dziewczyna. No  a Dziadek to było na ówczesne czasy  "ciacho".
Wojna szalała w najlepsze, a w marcu  1916 roku odbył się  ślub.Czasy były ciężkie, głód, z góry zrezygnowano z sukni ślubnej i  wesela.
Ciężko było o wynajęcie samodzielnego mieszkania, więc młodzi zamieszkali u  moich pradziadków. Mieszkanie było wielopokojowe , więc jeden pokój przeznaczono dla młodych. Wiem tylko, że dom stał przy
ulicy Zbaraskiej, a mieszkanie było na pierwszym piętrze.
W styczniu następnego roku przyszła na świat dziewczynka- siostra mego ojca.
C.d.n...a będzie trochę i o Dziadku.

piątek, 18 maja 2012

238. C.d.n

Jak już wiecie  moja Babcia urodziła i wychowała się we Lwowie. Dla Niej było to najpiękniejsze miasto na kuli ziemskiej. Nie muszę  chyba dodawać,  że na świat przyszła pod koniec XIX wieku. Były to czasy, gdy rodziny były wielodzietne i moja biedna prababcia Julia przetrwała 11 porodów. Nie wiem jak dla Was, ale w moim odczuciu - koszmar. Z tych jedenaściorga dzieci przeżyło tylko sześcioro. Przeważnie umierały tuż po porodzie lub wskutek infekcji wirusowych. Jedna z sióstr  Babci zmarła w wieku 15 lat, bo zachorowała na gruzlicę. Aż dziwne, że nie  "rozdała" choroby rodzeństwu. Rozpiętość wiekowa pomiędzy dziećmi była spora.
Wieku dorosłego dożyły trzy dziewczynki i trzech chłopców. Cała szóstka dostała wykształcenie, chłopcy
wyższe, dziewczyny kończyły edukację na poziomie liceum.
Najwięcej zawsze słyszałam opowieści o najstarszym z braci, który poszedł na medycynę. Rodzina była
liczna, studia płatne, a na całą rodzinę pracował tylko jeden człowiek, mój pradziadek Michał. Pradziadek Michał miał wykształcenie techniczne i był maszynistą parowozu.
 "Twój pradziadek pracował zawsze w mundurze i białych rękawiczkach" - mawiała Babcia. Nie mogłam tego pojąć, bo maszyniści, których widywałam w parowozach byli raczej brudni, niechlujni i żaden z nich nie nosił żadnych  rękawiczek, a zwłaszcza białych. W każdym razie pradziadek jakoś dawał radę  utrzymać tę całą liczną gromadkę.
A chluba rodziny, student medycyny, otrzymywał niewielkie stypendium, poza tym w okresie wakacji zawsze pracował jako medyk u bogatych ludzi, którzy wymagali stałej opieki pielęgniarskiej. Uczelnia pomagała  swym najlepszym studentom w znalezieniu takiej pracy.
Nie miałam szansy poznać tego babcinego brata,  zmarł,  gdy byłam niemowlakiem. Z dwóch sióstr  Babci jedną uwielbiałam, drugiej wprost nie trawiłam.
 Ta uwielbiana przeze mnie, ciocia Giga, była uosobieniem łagodności i ciepła. Ukończyła seminarium nauczycielskie, wiele lat pracowała na "zapyziałej" wsi (obecnie Białoruś), po II wojnie światowej była dyrektorką  liceum w Katowicach, gdy  nosiły jeszcze nazwę Stalinogrodu. Była znacznie starsza od  Babci, kochała wszystkie dzieci, a co najważniejsze rozumiała je doskonale. Uwielbiałam Ją i choć znałam dość krótko, (zmarła nagle, na serce) zawsze jest w mej pamięci jako wzór dobroci.
Przeważnie raz do roku jezdziłyśmy z Babcią do Katowic, gdzie oprócz mojej ukochanej cioci  Gigi, razem z Nią mieszkała ta mniej lubiana przez mnie.
Z opowieści Babci wynikało, że ciocia J. pozostała samotna do końca życia, bo mężczyzna którego kochała i z którym była  tzw. "po słowie", zmarł na kilka tygodni przed  wyznaczoną datą ślubu.
Na ten temat miałam własną teorię - ciocia J. była osobą męczącą, wiecznie się czegoś czepiała, do wszystkiego dorzucała swoje trzy grosze, więc może nie tylko ja to widziałam, ale inni też i nie bardzo
wyobrażali sobie wspólne życie z taką osobą?
Drugi z  babcinych braci rozpoczął  studia prawnicze, niestety wybuch I wojny pokrzyżował te plany.Tak naprawdę to nikt nie wie, co się z Nim stało. Wiadomo tylko, że był w pewnym okresie tajnym emisariuszem polskiego rządu, w związku z czym zmienił nazwisko, by chronić swą rodzinę. Ostatnia wiadomość od Niego była z Kamczatki, około roku 1920.Wiem, że długo rodzina Go poszukiwała,
ale to nie dało żadnych efektów.
C.d.n.

czwartek, 17 maja 2012

237. Opowieści mojej Babci

Dla mnie  babcia była mamą. Wychowywała mnie od 4 roku życia, a ja nazywałam Ją Mamą. Oczywiście
automatycznie Dziadek był Tatą.
Jeżeli ktoś myśli, że Babcia mnie rozpieszczała, to jest w wielkim błędzie  - byłam bardzo wytresowanym
dzieckiem. Zakazów przeróżnych  było więcej niż moich włosów na głowie.
Dopiero gdy miałam własne dziecko zrozumiałam jakim byłam dla mych Dziadków kłopotem.
Zabawne, a może nawet dziwne, w jakich okolicznościach, zupełnie niespodziewanie, przypomina mi się
Babcia i jej opowieści.
Gdy czytałam   "Cudzoziemkę" zastanawiałam się poważnie, czy aby moja Babcia nie była pierwowzorem
głównej bohaterki. Podobne losy, podobne zachowania.
Wczoraj, gdy rozpakowałam świeżo zakupione węgierskie  salami, przypomniała mi się opowieść babcina o tym właśnie przysmaku. Opowieść dotyczyła okresu, gdy Babcia, jako młoda osóbka, pracowała we lwowskim oddziale Kółek  Rolniczych, na stanowisku  "kontrolera korespondencji". Miała obowiązek
sprawdzania, czy na każde pismo, które wpłynęło do  biura,  udzielono odpowiedzi. Jeżeli odpowiedzi nie
było,  musiała sprawdzić dlaczego i sporządzić odpowiednią notatkę. Współczułam tym wszystkim, którzy
nie udzielili odpowiedzi, bo byłam pewna, że to Babcia udzielała im nagany, a dobrze wiedziałam z własnego doświadczenia jakie to  musiało być przykre. I wtedy następowała opowieść  o drugim śniadaniu - w owym
biurze był bufet, w którym można było kupić albo gotowe kanapki, albo poprosić o "coś specjalnego".
Tym czymś specjalnym było właśnie węgierskie salami,w omszałej białej cieniutkiej skórce, pachnące i niepodobne w smaku do innych wędlin. Do tego były świeże, chrupiące malutkie kaizerki, a pani
bufetowa kroiła salami cieniutko, tak cieniutko, że plasterki były niemal przezroczyste. Dobrnąwszy do tego
momentu opowieści Babcia milkła, ciężko wzdychała, a potem zawsze mówiła : "nie sadzę byśmy miały
szanse kiedykolwiek jeszcze zjeść bułeczkę z salami".
Jak wiecie młoda nie jestem, pół swego życia spędziłam w PRL  i  po raz pierwszy prawdziwe węgierskie
salami  jadłam  w latach 70-tych będąc u "bratanków", ale Babci już nie było.
I ilekroć  kupuję węgierskie salami wracam pamięcią do tej opowieści.
Pewnie  się zastanawiacie, dlaczego kojarzę własną Babcie z  " Cudzoziemką"  - to proste - też była z Kresów i też musiała zostawić rodzinne miasto, całą ,  liczną rodzinę  i zamieszkać wraz z mężem i dwójką dzieci
w Warszawie.
c.d.n

sobota, 28 kwietnia 2012

236. Piktogramy

Tajemnicze "rysunki" na polach obsianych zbożem zaczęły się pokazywać od wczesnych lat 80- tych
ubiegłego wieku. Pokazują  się zresztą nie tylko na polach zbożowych.
W latach 90-tych powstał piktogram pięcioboczny ze strzałą. A powstał około 80 metrów przed letnią rezydencją brytyjskich premierów w Chequers,  w hrabstwie Buckingham. Powstał w miejscu strzeżonym.
Oczywiście wszyscy zastanawiali się długo i niestety bezowocnie kto,  jak i po co rysuje figury geometryczne na polach, często noc po nocy, i rok po roku, w różnych częściach naszej planety.
Ogólnie rzecz ujmując nikt w dalszym ciągu nie ma bladego pojęcie skąd się te kręgi biorą-  świat nauki milczy, milczą też poważne pisma naukowe.
Jednym z nielicznych opracowań naukowych tego tematu jest praca Marshall Dudley i Michael Chorost o rzadkich pierwiastkach odnajdywanych w obrębie tych kręgów zbożowych. Niestety jest ona dostępna jedynie na stronach internetowych.
Chyba nikt nie pali się do rozwiązania owej zagadki, bo może jednak istnieje jakaś forma inteligencji, która manifestuje swą obecność"obdarzając" nasz świat pojawiającymi się piktogramami zbożowymi.
Ludzie zajmujący się badaniem nieznanych zjawisk uważają, że pojawianie się piktogramów jest ściśle powiązane ze zjawiskiem UFO. Pojawiające się na całym świecie piktogramy mają geometryczne wzory, które z biegiem lat stały się coraz bardziej skomplikowane a poza tym towarzyszą im bardzo zdumiewające zjawiska - świetlne kule, tajemnicze obiekty, a nawet obrazy,być może ,  że są to  hologramy.
Tworzeniu się piktogramów towarzyszą często zaburzenia w dostawie prądu, zakłócenia w funkcjonowaniu
urządzeń elektronicznych, pochłanianie fal dżwiękowych, zakłócenia w odbiorze sygnału TV.
Wszystko to wskazuje na to, że inteligencja tworząca kręgi w zbożu,  najprawdopodobniej poprzez grawitację generuje promieniowanie elektromagnetyczne w obszarze promieni podczerwonych, nadfioletowych oraz promieni  mikrofalowych i Roentgena. I być może dlatego są one tworzone z dala od obserwatorów, by nie spowodować  zagrożenia ich życia i zdrowia.
Nauka dowiodła,  że kiedy w naszej trójwymiarowej przestrzeni pojawia się promieniowanie grawitacyjne,
przestrzeń reaguje materią i pojawienie się   żródła  takiego promieniowania widzimy jako jasną strefę, świetlistą kulę lub rozbłysk.
Szukamy w Kosmosie zamieszkałych planet, całą dobę są  włączone teleskopy radiowe, czekamy na jakiś sygnał, na jakiś  znak. Chyba w tym wszystkim robimy   błąd - szukamy po prostu  kogoś/czegoś podobnego
do nas. A przecież może istnieć  we wszechświecie jakaś inteligencja, której nie możemy pojąć naszym
rozumem. Więc daje nam tajemne znaki, te geometryczne  obrazki, a czasem błyski, światła,obrazy postaci.
Amerykański fizyk Evans Harris Walker twierdzi, że: "Świadomość jest możliwa również bez jakiegokolwiek
żywego organizmu, systemu opracowywania danych, ponieważ wszystko co się dzieje, okazuje się ostatecznie
 skutkiem jednego lub więcej wydarzeń mechaniczno-kwantowych. Wszechświat jest "zamieszkały" przez wręcz nieograniczoną ilość pojedynczych, świadomych, normalnie rzecz biorąc nie myślących istot,  które odpowiedzialne są za "funkcjonowanie" Wszechświata w szczegółach."
Trochę to wszystko za trudne dla mnie, nie jestem fizykiem, ale myślę, że coś w tym jest. Nie sądzę byśmy byli  jedynymi  istotami inteligentnymi we Wszechświecie.
Mam wrażenie, że są na świecie ludzie,którzy więcej wiedzą na ten temat, ale nie chcą się tą wiedzą podzielić z innymi. Ale dlaczego?

A wszystko to napisałam po przeczytaniu artykułu Stanisława Barskiego w miesięczniku "Nieznany Świat".

wtorek, 24 kwietnia 2012

235. Średniowiecze i....

seks. Wiem , miałam napisać o piktogramach, ale po
przeczytaniu pewnego artykułu, zmieniłam temat.

Nie wiem jak Wam, ale mnie Średniowiecze nie kojarzy się
zbyt miło - ot brud, ciemnota, memento mori,pasy cnoty,
stosy dla czarownic, zarazy i przy końcu tego okresu wiele 
geograficznych odkryć.

A tu się okazuje, że przyszłe narzeczone miały szansę "wypróbować"
swego wybranka. Szwajcarzy nazywali ten zwyczaj "schadzaniem",Bawarczycy
"siodłaniem", Szwabi "zszywaniem  szwów", Frankończycy "oswajaniem", a
poeci XII i XIII  -wieczni opiewali nawet owe "próbne noce".

Prawo do takiego spędzania nocy miał oczywiście tylko jeden mężczyzna,
ten wybrany. A wszystko zaczynało się "gościnną nocą". Wybranek musiał
sobie tylko znanym sposobem dostać się do pokoiku panny - w tę noc
była to faktycznie tylko wizyta- bez żadnych erotycznych figli.
W Szwajcarii takie gościnne noce były możliwe tylko w niedziele i święta.
Po takiej pierwszej "gościnnej nocy" matka  panny przynosiła do jej pokoju
śniadanko, które konsumowała z młodymi.
Gdy młodzi dochodzili do wniosku, że są sobą zainteresowani, mają do siebie
zaufanie i chcą być razem, wtedy "gościnna noc" była zamieniana na  "próbną
noc".
Jeśli okazywało się, że  kandydat na męża nie spełnia oczekiwań, wtedy bez
ujmy na honorze panny, zrywała ona ten związek. Czas "próbnych nocy" nie był
ograniczony, trwały one albo do czasu ciąży dziewczyny i wtedy szybciutko były
zaręczyny i ślub, lub do czasu podjęcia przez młodych decyzji o ślubie.
To było takie małżeństwo na próbę.
Ze żródeł  "pisanych" wiadomo, że cesarz Fryderyk III Habsburg też miał
taką próbną noc, z portugalską księżniczką Eleonorą, a  papież Pius II
udzielił parze swego poparcia.

Podobnie jak dziś, zdarzało się, że mężczyzna był bezpłodny, a in vitro, jak
wiecie, jeszcze nie było znane. Zamiast  metody in vitro istniała instytucja
"pomocnika małżeńskiego."

Po wykonaniu przez  "pomocnika małżeńskiego" obowiązków męża, mąż
podawał parze danie weselne, które oni konsumowali w łożu małżeńskim .
W ten sposób mąż akceptował   ten akt płciowy, oraz  zaznaczał, że
urodzone z tego aktu dzieci uzna za własne.

Okazuje się, że w Średniowieczu istniały burdele, a zwykle były własnością
miasta lub księcia lub.....Kościoła. Nawet kuria papieska w Rzymie zarabiała
na utrzymywaniu tych placówek .W XVI wieku dochody sięgały 20 tys.
dukatów.
Istnieją dokumenty, z których wynika, że w 1309 r biskup Strasburga zezwolił
na otwarcie w mieście takiej instytucji, arcybiskup Moguncji też czerpał
dochody z  burdelu  a właścicielem sporego burdelu w Wiedniu był książę
Albrecht IV Habsburg.
Wynika z tego, że "panienki" pracowały  w państwowych instytucjach.

Ale "panienki" znajdowały zatrudnienie nie tylko w miejskich burdelach.
Całe rzesze tych kobiet podążały w ślad za wojskiem. Nawet    brały
 udział w wyprawach  krzyżowych. Zdarzały się sytuacje, że liczba pań
"lekkiego prowadzenia" przekraczała nawet liczbę żołnierzy.
Oczywiście oprócz świadczenia usług seksualnych kobiety gotowały
żołnierzom posiłki, prały odzież, zajmowały się rannymi i handlem. Często
pomagały też w budowaniu umocnień.
I taka sytuacja wśród wojsk europejskich trwała aż do  wojny 30-letniej.

A wszystko to wyczytałam w ostatnim numerze Forum.

niedziela, 22 kwietnia 2012

234. Może Was nie zanudzę?

Ci co bywają na moim równoległym blogu wiedzą, że wybierałam się na  giełdę
minerałów i kamieni, ale się zraziłam tłumem i "odpuściłam" sobie.
Na pociechę poczytałam  trochę o tym co mnie zawsze zadziwia,  czyli o tym,
czego na co dzień nie widać, a czego jesteśmy cząstką. Mam na myśli nasz
Układ Słoneczny.  Hasło  "Układ Słoneczny"  podsuwa mi przed oczy  znany
z książek i filmów obrazek planet naszego Układu, na którym planety są
w mniej więcej równych odstępach od siebie. Ale ten obrazek nie ma nic
wspólnego z rzeczywistością, bo żadna mapa Układu Słonecznego nie jest
wyskalowana. Bo Układ Słoneczny jest tak ogromny, że nie można  go ująć
w żadnej skali. Gdyby narysować Ziemię wielkości ziarna grochu, to w tej
skali Jowisz musiałby być oddalony o ponad 300 metrów, a Pluton byłby
w odległości 2,5 km a na domiar złego byłby dla nas niewidoczny, bo jego
wielkość równa byłaby rozmiarowi bakterii.

We wrześniu 1977 roku, gdy było wyjątkowo korzystne ustawienie Jowisza,
Saturna i Neptuna (taki układ zdarza się raz na 175 lat) wystrzelono  dwa
statki badawcze, "Voyager 2" w sierpniu, "Voyager 1" we wrześniu.
Do Saturna doleciały po siedmiu latach, orbitę Plutona osiągnęły dopiero
po 12 latach, czyli w 1989 roku.
W styczniu 2006 roku NASA wysłała statek badawczy "New Horizons"
w kierunku Plutona, do którego dotrze względnie szybko, bo po 10
latach.
A Pluton wcale nie jest granicą naszego Układu Słonecznego, choć jest tak
daleko od Słońca, że widziane z jego orbity jest wielkości główki szpilki.
Poza  Plutonem jest jeszcze obłok Oorta, pełen dryfujących komet. Aby
tam dotrzeć potrzeba...10 tysięcy lat. Daleko, prawda?  Sam obłok
Oorta rozciąga się na szerokość dwóch lat  świetlnych.
Czy więc mamy szanse na podróże międzyplanetarne? Myślę, że nie, bo
najbliższa nas leżąca Proxima Centauri znajduje się w odległości 4,3
roku świetlnego od nas, czyli 100 milionów razy dalej niż Księżyc.

Pozostaje wciąż pytanie - czy jesteśmy zatem jedyną zaawansowana cywilizacją
we wszechświecie?
Pewnie nie, ale trudno się spodziewać  częstych wizyt gdy są takie odległości.
Więc skąd się biorą piktogramy na polach uprawnych?
A NOL? Czy to zawsze są wytwory naszej cywilizacji? Może jednak nie?
Pytań dużo, odpowiedzi jak zwykle niewiele. Może to i lepiej.
Następnym razem napiszę coś o piktogramach na polach.

środa, 18 kwietnia 2012

233. Tajemnice

Wydaje się nam, że już wszystko wiemy, nie ma  niczego do odkrycia, bo
świat się zrobił  wielką globalną wioską. W kilkanaście godzin możemy być na
drugim końcu świata. Teoretycznie nie ma na mapie świata białych plam, choć są
miejsca, do których bardzo trudno dotrzeć.
A nagle okazuje się, że są nie rozwiązane do tej pory zagadki, np. znany od
wieków manuskrypt, zwany Manuskryptem Voynicha.
To bardzo dziwny rękopis  - nie tylko nie wiadomo kiedy i gdzie powstał ani
kto go napisał. Nie wiadomo również w jakim języku został napisany.
Oglądałam na kanale History  film o tym rękopisie.
To 17 ksiąg po 16 stron każda, napisanych gęsim piórem na welinowych kartach.
Do czasów dzisiejszych zachowało się ok. 240 stron.
Księga składa się  z sześciu części,  różniących się stylem i w związku z tym treścią.
Umownie badacze podzielili  Manuskrypt na część zielarską, astronomiczną,
biologiczną,  kosmologiczną, farmaceutyczną i przepisy.
Część zielarska bardzo przypomina europejski zielnik średniowieczny, na każdej
karcie jest narysowana  roślina  i prawdopodobnie  jej opis. Tyle tylko,  że
takich roślin nie ma na naszej planecie. Nikt z badaczy tego rękopisu nie był
i nie jest w stanie ich zidentyfikować. Mają przedziwne kształty, zarówno ich
liście jak i korzenie, łodygi, kwiaty. Wszystkie rysunki przypominają mało
staranne szkice, pokolorowane po ich ukończeniu.
Część astronomiczna zawiera diagramy kołowe, głównie z zakresu astronomii
i astrologii.
Część nazwana biologiczną ma dużo tekstu przeplatanego ilustracjami
małych, nagich kobiet kapiących się w kałużach lub pojemnikach połączonych
siecią rur, przypominających ludzkie narządy. Niektóre naguski mają na głowach
korony.
Część kosmologiczna to znów diagramy kołowe z rysunkami przypominającymi
mapy   wysp połączonych groblami..Bardzo dziwne te rysunki.
W części farmaceutycznej znajduje się wiele rysunków części roślin, dużo
opisów oraz rysunki naczyń podobnych do aptecznych słoików.
Od czterech wieków najsłynniejsi kryptolodzy nie są w stanie rozszyfrować
pisma, którym jest napisany tekst. Nie przypomina on żadnego znanego języka,
zapisane słowa nie mają żadnego sensu w którymkolwiek ze znanych języków.
Jakby nie było dość, że nie wiadomo co zawiera tekst, to jeszcze i autor
rękopisu jest nieznany. Zagadka goni zagadkę, same znaki zapytania.
Manuskrypt przez lata przechodził z rak do rąk, na co badacze mają dowody.
Pierwszym właścicielem był angielski alchemik i astrolog dr John Dee, który
w latach 1582-1589 mieszkał w Czechach. Następnym właścicielem był
cesarz Rudolf II, a po jego śmierci  Jakuba Horczicki z  Tepencza.
Po jego śmierci w 1622 roku właścicielem stał się  mieszkający w Pradze
alchemik, Georg Baresch, po którym księgę odziedziczył Jan Marek Marci,
rektor Uniwersytetu Karola w Pradze.Wiadomo, że pózniej tajemnicza księga
trafiła do Collegio Romano, a w roku 1912 została w wielkiej tajemnicy
sprzedana Wilfridowi Voynichowi wraz z innymi manuskryptami.
Wilfrid Voynich był amerykańskim antykwariuszem i kolekcjonerem antyków.
Tajemniczy manuskrypt przez kilkadziesiąt lat nie znalazł nabywców, w końcu
trafił do Biblioteki Rzadkich ksiąg  Beinecke'a Uniwersytetu Yale, gdzie
znajduje się po dzień dzisiejszy.
I nadal nie wiadomo kto napisał manuskrypt , jakie  rośliny są naszkicowane,
w jakim języku jest tekst i co zawiera.
Ciekawa jestem czy ktoś to kiedyś wyjaśni.
A poniżej ściągnięty przeze mnie z sieci (www.niewiarygodne.pl) fragment
strony Manuskryptu, część "farmaceutyczna".