Życie pomału wracało do normy, Polska wreszcie zaczęła istnieć na mapie i jadąc z Lwowa do Poznania nie trzeba było mieć paszportu. Ponieważ na ślubie nie było rodziców dziadka ( pamiętacie- to był rok 1916, więc była wojna) Dziadek z babcią i roczną córeczką pojechali z wizytą do rodziców dziadka. Rodzice i dwie siostry dziadka czekali niecierpliwie na ten przyjazd, by powitać (i oceniać zapewne) wybrankę dziadka.
Jak już pisałam, babcia nie należała do osób otwartych. łatwo nawiązujących kontakty.Nie mniej została przyjęta bardzo serdecznie, a mała H. była systematycznie rozpieszczana.
Zresztą jak nie kochać takiego pulpecika?
Babcia z siostrą mego ojca.
Niestety zmiana sposobu odżywiania odbiła się na zdrowiu dziecka, które załapało ostrą biegunkę. Wszyscy
byli pewni, że dziecko umrze ( co wtedy było dość częstym przypadkiem), ale jednak mała jakoś wydobrzała.
Gdy lwowianie wracali już do domu, w ramach pożegnania teściowa tak się odezwała do babci : "wiesz,
bardzo się bałyśmy, że mała umrze, bo to byłby straszny kłopot ze znalezieniem takiej małej trumienki".
Po tych słowach moja babcia wykreśliła rodzinę dziadka z kręgu osób godnych przyjazni, miłości itp. Gdy mi to opowiadała to choć minęło od tamtego czasu z pół wieku, nadal nie mogła pojąć, że ich obawy sprowadzały się do ewentualnego kłopotu związanego z pochówkiem a nie z tego powodu, że śmierć dziecka byłaby dla rodziców nieszczęściem. Nigdy więcej tam nie pojechała, dziadek zawsze sam jezdził do swej rodziny.
A to jedna z sióstr dziadka
Ja jej nie pamiętam, wiem, że była starsza od dziadka. Ale zawsze z przyjemnością na nią spoglądam, była ładną kobietą.
Dni we Lwowie płynęły spokojnie, kolejnym nowym lokatorem został owczarek niemiecki,o wdzięcznym
imieniu Lord.
Z opowieści o Lordzie wynikało,że po pierwsze był baaaardzo mądrym psem a poza tym uwielbiał "swoje"
dzieci, które całymi dniami się z nim bawiły. Ulubioną zabawą było jeżdżenie na grzbiecie leżącego na podłodze Lorda, tłamszenie się z nim po podłodze, dokarmianie go tym, czego się nie chciało samemu zjeść,
zaglądanie mu do pyska i uszu. Lord znosił wszystko ze stoickim spokojem, a jeśli ktoś z domowników
usiłował przerwać te zabawy, z dezaprobatą mruczał ostrzegawczo.
c.d.n
Pisanie to nie wszystko. Są dni,w których napisanie PONIEDZIAŁEK wcale się nie liczy. A.A.Milne
środa, 23 maja 2012
wtorek, 22 maja 2012
242. Kolejny odcinek, V.
A więc mamy rok 1917 - i tak już duża rodzina powiększyła się o dwie "nowe" postacie- męża mojej Babci i ich malutką córeczkę.Nowy, czyli mój Dziadek, z miejsca stał się ulubieńcem wszystkich domowników. I nic dziwnego- był naprawdę wspaniałym człowiekiem- otwarty, komunikatywny, o szerokich zainteresowaniach,
uzdolniony manualnie i muzycznie a do tego wielce tolerancyjny i wyrozumiały dla ludzkich słabości. I miał jeszcze jedną cechę - był naprawdę bardzo zakochany w swej żonie, która była osóbka wielce apodyktyczną i raczej zamkniętą w sobie.
Mój dziadek W. nie był lwowiakiem - urodził się pod Poznaniem (dziś jest to już jedna z dzielnic tego miasta), gdy miał 14 lat opuścił rodzinny dom i zamieszkał na stancji w Poznaniu. Po maturze wjechał do Wiednia na studia. Wiedeń był jego miastem ulubionym , które zawsze wspominał, którym się zachwycał. I tak rosłam słuchając z jednej strony, że nie ma piękniejszego miasta niż Lwów, a z drugiej, że nie ma piękniejszego miasta niż...Wiedeń. Uzdolnienia manualne dziadka przejawiały się głównie tym, że wszystko w domu umiał naprawić lub zrobić od nowa. Talent do muzyki - nigdy nie uczył się muzyki, był samoukiem, ale kupił sobie skrzypce i sam nauczył się na nich grać.
A więc mamy już rok 1917. Na świecie jest już moja ciocia, za kilka miesięcy wybuchnie Rewolucja Pażdziernikowa, w mieście głód, a dziadek W., z 2 przyjaciółmi robią "interes życia" - jeden z nich miał
kontakty w którejś z fabryk porcelany- za tzw. "psie pieniądze" panowie zakupili wagon porcelany użytkowej,
zastawy obiadowe i śniadaniowe. Ot, wymyślili sobie, że przecież gdy tylko skończy się wojna będzie popyt
na te artykuły.Wagon z zakupioną porcelaną, która doskonale zniosła podróż (sprawdzili) stał na jednej
z bocznic dworca kolejowego we Lwowie. Panowie już widzieli w wyobrazni jak wszystko "na pniu" sprzedadzą, babcia nawet wybaczyła dziadkowi, że zainwestował pieniądze w tę porcelanę, wszyscy już
czuli, że wojna ma się ku końcowi, gdy nagle i niespodziewanie nad dworzec kolejowy nadleciał niemiecki
samolot i zrzucił kilka bomb na stojące tam wagony - na te stojące na dworcu i na bocznicy. Takiego traktowania porcelana nie zniosła - cały transport diabli wzięli.
Nalot bombowy wzbudził w pewien sposób entuzjazm mego pradziadka - był spełnieniem jego rozważań o tym, jak byłoby dobrze, gdyby ludzie wynalezli maszyny cięższe od powietrza, a jednak unoszące się nad ziemią. Był zachwycony widokiem samolotu, nie mniej oburzony, że siał zniszczenie.
W trzy lata pózniej na świat przyszedł mój ojciec. Niewiele brakowało,by pierwszy dzień jego życia był również i ostatnim. Dziadek przyprowadził do pokoju, gdzie leżała babcia z noworodkiem, swą trzy i pół roczną córę,by zobaczyła jakiego ma wspaniałego braciszka. Mała trzymała w rękach dużego, wypchanego trocinami misia, spojrzała na niemowlę ze złością, wyszeptała- "paskudny" - i cisnęła w dziecko swym dużym, ciężkim misiem, po czym wybiegła z pokoju. I taki kontakt pomiędzy rodzeństwem utrzymał się do końca życia. Nie kochali się, nie rozumieli , choć różnica wieku była tak niewielka.
c.d.n.
uzdolniony manualnie i muzycznie a do tego wielce tolerancyjny i wyrozumiały dla ludzkich słabości. I miał jeszcze jedną cechę - był naprawdę bardzo zakochany w swej żonie, która była osóbka wielce apodyktyczną i raczej zamkniętą w sobie.
Mój dziadek W. nie był lwowiakiem - urodził się pod Poznaniem (dziś jest to już jedna z dzielnic tego miasta), gdy miał 14 lat opuścił rodzinny dom i zamieszkał na stancji w Poznaniu. Po maturze wjechał do Wiednia na studia. Wiedeń był jego miastem ulubionym , które zawsze wspominał, którym się zachwycał. I tak rosłam słuchając z jednej strony, że nie ma piękniejszego miasta niż Lwów, a z drugiej, że nie ma piękniejszego miasta niż...Wiedeń. Uzdolnienia manualne dziadka przejawiały się głównie tym, że wszystko w domu umiał naprawić lub zrobić od nowa. Talent do muzyki - nigdy nie uczył się muzyki, był samoukiem, ale kupił sobie skrzypce i sam nauczył się na nich grać.
A więc mamy już rok 1917. Na świecie jest już moja ciocia, za kilka miesięcy wybuchnie Rewolucja Pażdziernikowa, w mieście głód, a dziadek W., z 2 przyjaciółmi robią "interes życia" - jeden z nich miał
kontakty w którejś z fabryk porcelany- za tzw. "psie pieniądze" panowie zakupili wagon porcelany użytkowej,
zastawy obiadowe i śniadaniowe. Ot, wymyślili sobie, że przecież gdy tylko skończy się wojna będzie popyt
na te artykuły.Wagon z zakupioną porcelaną, która doskonale zniosła podróż (sprawdzili) stał na jednej
z bocznic dworca kolejowego we Lwowie. Panowie już widzieli w wyobrazni jak wszystko "na pniu" sprzedadzą, babcia nawet wybaczyła dziadkowi, że zainwestował pieniądze w tę porcelanę, wszyscy już
czuli, że wojna ma się ku końcowi, gdy nagle i niespodziewanie nad dworzec kolejowy nadleciał niemiecki
samolot i zrzucił kilka bomb na stojące tam wagony - na te stojące na dworcu i na bocznicy. Takiego traktowania porcelana nie zniosła - cały transport diabli wzięli.
Nalot bombowy wzbudził w pewien sposób entuzjazm mego pradziadka - był spełnieniem jego rozważań o tym, jak byłoby dobrze, gdyby ludzie wynalezli maszyny cięższe od powietrza, a jednak unoszące się nad ziemią. Był zachwycony widokiem samolotu, nie mniej oburzony, że siał zniszczenie.
W trzy lata pózniej na świat przyszedł mój ojciec. Niewiele brakowało,by pierwszy dzień jego życia był również i ostatnim. Dziadek przyprowadził do pokoju, gdzie leżała babcia z noworodkiem, swą trzy i pół roczną córę,by zobaczyła jakiego ma wspaniałego braciszka. Mała trzymała w rękach dużego, wypchanego trocinami misia, spojrzała na niemowlę ze złością, wyszeptała- "paskudny" - i cisnęła w dziecko swym dużym, ciężkim misiem, po czym wybiegła z pokoju. I taki kontakt pomiędzy rodzeństwem utrzymał się do końca życia. Nie kochali się, nie rozumieli , choć różnica wieku była tak niewielka.
c.d.n.
poniedziałek, 21 maja 2012
241.. I jeszcze kilka zdjęć
Moja prababcia Julia i pradziadek Michał, rodzice mojej Babci.
Julia była drugą żoną Michała.
A to ojciec mojej prababci Julii z jednym z synów.
Zdjęcie jest bardzo stare i ciężko je powielać.
Bardzo lubię oglądać te stare zdjęcia. Cieszę się, że choć kilka takich starych zdjęć ocalało.
240. cz.IV
Dziś kilka starych, a nawet bardzo starych zdjęć. Niektóre bardzo zniszczone, gdyż leżały porozrzucane
w piwnicy, wyciągnięte z albumu.
Tak prezentowała się babcia w 15 wiośnie życia.
A tak dziadek gdy jeszcze studiował w Wiedniu.
Wspólne zdjęcie w okresie narzeczeństwa
Zaglądajcie na tę stronę sami, bo ciąg dalszy na pewno będzie.
w piwnicy, wyciągnięte z albumu.
Tak prezentowała się babcia w 15 wiośnie życia.
A tak dziadek gdy jeszcze studiował w Wiedniu.
Wspólne zdjęcie w okresie narzeczeństwa
Zaglądajcie na tę stronę sami, bo ciąg dalszy na pewno będzie.
sobota, 19 maja 2012
239. Ciag dalszy, III
Tak naprawdę Babcia była introwertyczką, niełatwo było dowiedzieć się czegoś z czasów jej dzieciństwa. A ja nie mogłam sobie wyobrazić jak jest w domu, gdy masz rodzeństwo. A o dzieciństwie Babci to wiedziałam tylko tyle, że była bardzo wątłym dzieckiem i że najstarszy brat bardzo był do Niej przywiązany i bardzo o Nią dbał, a Babcia wpatrywała się w Niego jak w słońce i bardzo kochała. Posłusznie wypełniała jego wszystkie zalecenia zdrowotne, łącznie z piciem tranu, dbała o higienę i zawsze spełniała jego wszystkie prośby, choć czasami spełnienie ich mogło zle się skończyć. Ale o tym napiszę pózniej.
Poza tym miała naturę prymusa, piąteczki w szkole od góry do dołu, na dodatek była pedantką i niesamowicie
obowiązkową osóbką. Z wiekiem owa obowiązkowość sięgała zenitu, wszystko było jednym, wielkim obowiązkiem.
Jako wielce dramatyczne przeżycie Babcia zawsze uważała moment, gdy postanowiono, że należy jej przekłuć uszy, by mogła nosić kolczyki. Tłumaczono, przekonywano, proszono, grożono, wreszcie sąsiadka przytrzymała wyrywające się dziecko i jedno ucho udało się przekłuć. Ostatkiem sił biedna dziecina wyrwała się z rąk "oprawców" i pognała do toalety, gdzie się zamknęła. Po kilku godzinach udało się ją stamtąd wyciągnąć i dokończyć dzieła. Przez 2 tygodnie jedno ucho ropiało i bolało. Pierworodny syn zrobił
w domu awanturę, wyzwał wszystkich od dzikusów, no ale uszy już były przekłute.
I nic dziwnego,że ja nigdy nie wpadłam na pomysł przekłucia sobie uszu.Nosiłam klipsy.
Lwów był miastem wielonarodowym - mieszkali obok siebie Polacy, Żydzi, Ukraińcy i mieszkańcy dzisiejszej Białorusi. Podobno ludzie byli dla siebie mili, serdeczni.
W szkole powszechnej, bezpłatnej, Babcia uczyła się języka ukraińskiego, w podobnym wymiarze godzin jak polskiego.Twierdziła zawsze, że przynajmniej w szkole nie było żadnych animozji narodowościowych. Gdy pózniej trafiła do tzw. "Handlówki" (mam wrażenie, że był to odpowiednik dzisiejszego liceum ekonomicznego) oprócz podstaw ekonomii i handlu uczyła się języka niemieckiego. I właśnie po owej "handlówce" poszła do pracy.
Gdy Babcia miała 13 lat, na świat przyszedł ostatni Jej brat. Stał się z miejsca pupilkiem trzech sióstr.
Sytuacja polityczna tuż przed wybuchem I wojny światowej sprawiła, że do Lwowa zjechali pracujący
w Wiedniu pracownicy Dyrekcji Kółek Rolniczych, a wśród nich przyszły mąż Babci.
Zabijcie mnie, ale nie mam pojęcia co ten przystojny młody człowiek dostrzegł w tej młodziutkiej urzędniczce.
Bo nie była to żadna piękność, niziutka, drobniutka, dziewczyna. No a Dziadek to było na ówczesne czasy "ciacho".
Wojna szalała w najlepsze, a w marcu 1916 roku odbył się ślub.Czasy były ciężkie, głód, z góry zrezygnowano z sukni ślubnej i wesela.
Ciężko było o wynajęcie samodzielnego mieszkania, więc młodzi zamieszkali u moich pradziadków. Mieszkanie było wielopokojowe , więc jeden pokój przeznaczono dla młodych. Wiem tylko, że dom stał przy
ulicy Zbaraskiej, a mieszkanie było na pierwszym piętrze.
W styczniu następnego roku przyszła na świat dziewczynka- siostra mego ojca.
C.d.n...a będzie trochę i o Dziadku.
Poza tym miała naturę prymusa, piąteczki w szkole od góry do dołu, na dodatek była pedantką i niesamowicie
obowiązkową osóbką. Z wiekiem owa obowiązkowość sięgała zenitu, wszystko było jednym, wielkim obowiązkiem.
Jako wielce dramatyczne przeżycie Babcia zawsze uważała moment, gdy postanowiono, że należy jej przekłuć uszy, by mogła nosić kolczyki. Tłumaczono, przekonywano, proszono, grożono, wreszcie sąsiadka przytrzymała wyrywające się dziecko i jedno ucho udało się przekłuć. Ostatkiem sił biedna dziecina wyrwała się z rąk "oprawców" i pognała do toalety, gdzie się zamknęła. Po kilku godzinach udało się ją stamtąd wyciągnąć i dokończyć dzieła. Przez 2 tygodnie jedno ucho ropiało i bolało. Pierworodny syn zrobił
w domu awanturę, wyzwał wszystkich od dzikusów, no ale uszy już były przekłute.
I nic dziwnego,że ja nigdy nie wpadłam na pomysł przekłucia sobie uszu.Nosiłam klipsy.
Lwów był miastem wielonarodowym - mieszkali obok siebie Polacy, Żydzi, Ukraińcy i mieszkańcy dzisiejszej Białorusi. Podobno ludzie byli dla siebie mili, serdeczni.
W szkole powszechnej, bezpłatnej, Babcia uczyła się języka ukraińskiego, w podobnym wymiarze godzin jak polskiego.Twierdziła zawsze, że przynajmniej w szkole nie było żadnych animozji narodowościowych. Gdy pózniej trafiła do tzw. "Handlówki" (mam wrażenie, że był to odpowiednik dzisiejszego liceum ekonomicznego) oprócz podstaw ekonomii i handlu uczyła się języka niemieckiego. I właśnie po owej "handlówce" poszła do pracy.
Gdy Babcia miała 13 lat, na świat przyszedł ostatni Jej brat. Stał się z miejsca pupilkiem trzech sióstr.
Sytuacja polityczna tuż przed wybuchem I wojny światowej sprawiła, że do Lwowa zjechali pracujący
w Wiedniu pracownicy Dyrekcji Kółek Rolniczych, a wśród nich przyszły mąż Babci.
Zabijcie mnie, ale nie mam pojęcia co ten przystojny młody człowiek dostrzegł w tej młodziutkiej urzędniczce.
Bo nie była to żadna piękność, niziutka, drobniutka, dziewczyna. No a Dziadek to było na ówczesne czasy "ciacho".
Wojna szalała w najlepsze, a w marcu 1916 roku odbył się ślub.Czasy były ciężkie, głód, z góry zrezygnowano z sukni ślubnej i wesela.
Ciężko było o wynajęcie samodzielnego mieszkania, więc młodzi zamieszkali u moich pradziadków. Mieszkanie było wielopokojowe , więc jeden pokój przeznaczono dla młodych. Wiem tylko, że dom stał przy
ulicy Zbaraskiej, a mieszkanie było na pierwszym piętrze.
W styczniu następnego roku przyszła na świat dziewczynka- siostra mego ojca.
C.d.n...a będzie trochę i o Dziadku.
piątek, 18 maja 2012
238. C.d.n
Jak już wiecie moja Babcia urodziła i wychowała się we Lwowie. Dla Niej było to najpiękniejsze miasto na kuli ziemskiej. Nie muszę chyba dodawać, że na świat przyszła pod koniec XIX wieku. Były to czasy, gdy rodziny były wielodzietne i moja biedna prababcia Julia przetrwała 11 porodów. Nie wiem jak dla Was, ale w moim odczuciu - koszmar. Z tych jedenaściorga dzieci przeżyło tylko sześcioro. Przeważnie umierały tuż po porodzie lub wskutek infekcji wirusowych. Jedna z sióstr Babci zmarła w wieku 15 lat, bo zachorowała na gruzlicę. Aż dziwne, że nie "rozdała" choroby rodzeństwu. Rozpiętość wiekowa pomiędzy dziećmi była spora.
Wieku dorosłego dożyły trzy dziewczynki i trzech chłopców. Cała szóstka dostała wykształcenie, chłopcy
wyższe, dziewczyny kończyły edukację na poziomie liceum.
Najwięcej zawsze słyszałam opowieści o najstarszym z braci, który poszedł na medycynę. Rodzina była
liczna, studia płatne, a na całą rodzinę pracował tylko jeden człowiek, mój pradziadek Michał. Pradziadek Michał miał wykształcenie techniczne i był maszynistą parowozu.
"Twój pradziadek pracował zawsze w mundurze i białych rękawiczkach" - mawiała Babcia. Nie mogłam tego pojąć, bo maszyniści, których widywałam w parowozach byli raczej brudni, niechlujni i żaden z nich nie nosił żadnych rękawiczek, a zwłaszcza białych. W każdym razie pradziadek jakoś dawał radę utrzymać tę całą liczną gromadkę.
A chluba rodziny, student medycyny, otrzymywał niewielkie stypendium, poza tym w okresie wakacji zawsze pracował jako medyk u bogatych ludzi, którzy wymagali stałej opieki pielęgniarskiej. Uczelnia pomagała swym najlepszym studentom w znalezieniu takiej pracy.
Nie miałam szansy poznać tego babcinego brata, zmarł, gdy byłam niemowlakiem. Z dwóch sióstr Babci jedną uwielbiałam, drugiej wprost nie trawiłam.
Ta uwielbiana przeze mnie, ciocia Giga, była uosobieniem łagodności i ciepła. Ukończyła seminarium nauczycielskie, wiele lat pracowała na "zapyziałej" wsi (obecnie Białoruś), po II wojnie światowej była dyrektorką liceum w Katowicach, gdy nosiły jeszcze nazwę Stalinogrodu. Była znacznie starsza od Babci, kochała wszystkie dzieci, a co najważniejsze rozumiała je doskonale. Uwielbiałam Ją i choć znałam dość krótko, (zmarła nagle, na serce) zawsze jest w mej pamięci jako wzór dobroci.
Przeważnie raz do roku jezdziłyśmy z Babcią do Katowic, gdzie oprócz mojej ukochanej cioci Gigi, razem z Nią mieszkała ta mniej lubiana przez mnie.
Z opowieści Babci wynikało, że ciocia J. pozostała samotna do końca życia, bo mężczyzna którego kochała i z którym była tzw. "po słowie", zmarł na kilka tygodni przed wyznaczoną datą ślubu.
Na ten temat miałam własną teorię - ciocia J. była osobą męczącą, wiecznie się czegoś czepiała, do wszystkiego dorzucała swoje trzy grosze, więc może nie tylko ja to widziałam, ale inni też i nie bardzo
wyobrażali sobie wspólne życie z taką osobą?
Drugi z babcinych braci rozpoczął studia prawnicze, niestety wybuch I wojny pokrzyżował te plany.Tak naprawdę to nikt nie wie, co się z Nim stało. Wiadomo tylko, że był w pewnym okresie tajnym emisariuszem polskiego rządu, w związku z czym zmienił nazwisko, by chronić swą rodzinę. Ostatnia wiadomość od Niego była z Kamczatki, około roku 1920.Wiem, że długo rodzina Go poszukiwała,
ale to nie dało żadnych efektów.
C.d.n.
Wieku dorosłego dożyły trzy dziewczynki i trzech chłopców. Cała szóstka dostała wykształcenie, chłopcy
wyższe, dziewczyny kończyły edukację na poziomie liceum.
Najwięcej zawsze słyszałam opowieści o najstarszym z braci, który poszedł na medycynę. Rodzina była
liczna, studia płatne, a na całą rodzinę pracował tylko jeden człowiek, mój pradziadek Michał. Pradziadek Michał miał wykształcenie techniczne i był maszynistą parowozu.
"Twój pradziadek pracował zawsze w mundurze i białych rękawiczkach" - mawiała Babcia. Nie mogłam tego pojąć, bo maszyniści, których widywałam w parowozach byli raczej brudni, niechlujni i żaden z nich nie nosił żadnych rękawiczek, a zwłaszcza białych. W każdym razie pradziadek jakoś dawał radę utrzymać tę całą liczną gromadkę.
A chluba rodziny, student medycyny, otrzymywał niewielkie stypendium, poza tym w okresie wakacji zawsze pracował jako medyk u bogatych ludzi, którzy wymagali stałej opieki pielęgniarskiej. Uczelnia pomagała swym najlepszym studentom w znalezieniu takiej pracy.
Nie miałam szansy poznać tego babcinego brata, zmarł, gdy byłam niemowlakiem. Z dwóch sióstr Babci jedną uwielbiałam, drugiej wprost nie trawiłam.
Ta uwielbiana przeze mnie, ciocia Giga, była uosobieniem łagodności i ciepła. Ukończyła seminarium nauczycielskie, wiele lat pracowała na "zapyziałej" wsi (obecnie Białoruś), po II wojnie światowej była dyrektorką liceum w Katowicach, gdy nosiły jeszcze nazwę Stalinogrodu. Była znacznie starsza od Babci, kochała wszystkie dzieci, a co najważniejsze rozumiała je doskonale. Uwielbiałam Ją i choć znałam dość krótko, (zmarła nagle, na serce) zawsze jest w mej pamięci jako wzór dobroci.
Przeważnie raz do roku jezdziłyśmy z Babcią do Katowic, gdzie oprócz mojej ukochanej cioci Gigi, razem z Nią mieszkała ta mniej lubiana przez mnie.
Z opowieści Babci wynikało, że ciocia J. pozostała samotna do końca życia, bo mężczyzna którego kochała i z którym była tzw. "po słowie", zmarł na kilka tygodni przed wyznaczoną datą ślubu.
Na ten temat miałam własną teorię - ciocia J. była osobą męczącą, wiecznie się czegoś czepiała, do wszystkiego dorzucała swoje trzy grosze, więc może nie tylko ja to widziałam, ale inni też i nie bardzo
wyobrażali sobie wspólne życie z taką osobą?
Drugi z babcinych braci rozpoczął studia prawnicze, niestety wybuch I wojny pokrzyżował te plany.Tak naprawdę to nikt nie wie, co się z Nim stało. Wiadomo tylko, że był w pewnym okresie tajnym emisariuszem polskiego rządu, w związku z czym zmienił nazwisko, by chronić swą rodzinę. Ostatnia wiadomość od Niego była z Kamczatki, około roku 1920.Wiem, że długo rodzina Go poszukiwała,
ale to nie dało żadnych efektów.
C.d.n.
czwartek, 17 maja 2012
237. Opowieści mojej Babci
Dla mnie babcia była mamą. Wychowywała mnie od 4 roku życia, a ja nazywałam Ją Mamą. Oczywiście
automatycznie Dziadek był Tatą.
Jeżeli ktoś myśli, że Babcia mnie rozpieszczała, to jest w wielkim błędzie - byłam bardzo wytresowanym
dzieckiem. Zakazów przeróżnych było więcej niż moich włosów na głowie.
Dopiero gdy miałam własne dziecko zrozumiałam jakim byłam dla mych Dziadków kłopotem.
Zabawne, a może nawet dziwne, w jakich okolicznościach, zupełnie niespodziewanie, przypomina mi się
Babcia i jej opowieści.
Gdy czytałam "Cudzoziemkę" zastanawiałam się poważnie, czy aby moja Babcia nie była pierwowzorem
głównej bohaterki. Podobne losy, podobne zachowania.
Wczoraj, gdy rozpakowałam świeżo zakupione węgierskie salami, przypomniała mi się opowieść babcina o tym właśnie przysmaku. Opowieść dotyczyła okresu, gdy Babcia, jako młoda osóbka, pracowała we lwowskim oddziale Kółek Rolniczych, na stanowisku "kontrolera korespondencji". Miała obowiązek
sprawdzania, czy na każde pismo, które wpłynęło do biura, udzielono odpowiedzi. Jeżeli odpowiedzi nie
było, musiała sprawdzić dlaczego i sporządzić odpowiednią notatkę. Współczułam tym wszystkim, którzy
nie udzielili odpowiedzi, bo byłam pewna, że to Babcia udzielała im nagany, a dobrze wiedziałam z własnego doświadczenia jakie to musiało być przykre. I wtedy następowała opowieść o drugim śniadaniu - w owym
biurze był bufet, w którym można było kupić albo gotowe kanapki, albo poprosić o "coś specjalnego".
Tym czymś specjalnym było właśnie węgierskie salami,w omszałej białej cieniutkiej skórce, pachnące i niepodobne w smaku do innych wędlin. Do tego były świeże, chrupiące malutkie kaizerki, a pani
bufetowa kroiła salami cieniutko, tak cieniutko, że plasterki były niemal przezroczyste. Dobrnąwszy do tego
momentu opowieści Babcia milkła, ciężko wzdychała, a potem zawsze mówiła : "nie sadzę byśmy miały
szanse kiedykolwiek jeszcze zjeść bułeczkę z salami".
Jak wiecie młoda nie jestem, pół swego życia spędziłam w PRL i po raz pierwszy prawdziwe węgierskie
salami jadłam w latach 70-tych będąc u "bratanków", ale Babci już nie było.
I ilekroć kupuję węgierskie salami wracam pamięcią do tej opowieści.
Pewnie się zastanawiacie, dlaczego kojarzę własną Babcie z " Cudzoziemką" - to proste - też była z Kresów i też musiała zostawić rodzinne miasto, całą , liczną rodzinę i zamieszkać wraz z mężem i dwójką dzieci
w Warszawie.
c.d.n
automatycznie Dziadek był Tatą.
Jeżeli ktoś myśli, że Babcia mnie rozpieszczała, to jest w wielkim błędzie - byłam bardzo wytresowanym
dzieckiem. Zakazów przeróżnych było więcej niż moich włosów na głowie.
Dopiero gdy miałam własne dziecko zrozumiałam jakim byłam dla mych Dziadków kłopotem.
Zabawne, a może nawet dziwne, w jakich okolicznościach, zupełnie niespodziewanie, przypomina mi się
Babcia i jej opowieści.
Gdy czytałam "Cudzoziemkę" zastanawiałam się poważnie, czy aby moja Babcia nie była pierwowzorem
głównej bohaterki. Podobne losy, podobne zachowania.
Wczoraj, gdy rozpakowałam świeżo zakupione węgierskie salami, przypomniała mi się opowieść babcina o tym właśnie przysmaku. Opowieść dotyczyła okresu, gdy Babcia, jako młoda osóbka, pracowała we lwowskim oddziale Kółek Rolniczych, na stanowisku "kontrolera korespondencji". Miała obowiązek
sprawdzania, czy na każde pismo, które wpłynęło do biura, udzielono odpowiedzi. Jeżeli odpowiedzi nie
było, musiała sprawdzić dlaczego i sporządzić odpowiednią notatkę. Współczułam tym wszystkim, którzy
nie udzielili odpowiedzi, bo byłam pewna, że to Babcia udzielała im nagany, a dobrze wiedziałam z własnego doświadczenia jakie to musiało być przykre. I wtedy następowała opowieść o drugim śniadaniu - w owym
biurze był bufet, w którym można było kupić albo gotowe kanapki, albo poprosić o "coś specjalnego".
Tym czymś specjalnym było właśnie węgierskie salami,w omszałej białej cieniutkiej skórce, pachnące i niepodobne w smaku do innych wędlin. Do tego były świeże, chrupiące malutkie kaizerki, a pani
bufetowa kroiła salami cieniutko, tak cieniutko, że plasterki były niemal przezroczyste. Dobrnąwszy do tego
momentu opowieści Babcia milkła, ciężko wzdychała, a potem zawsze mówiła : "nie sadzę byśmy miały
szanse kiedykolwiek jeszcze zjeść bułeczkę z salami".
Jak wiecie młoda nie jestem, pół swego życia spędziłam w PRL i po raz pierwszy prawdziwe węgierskie
salami jadłam w latach 70-tych będąc u "bratanków", ale Babci już nie było.
I ilekroć kupuję węgierskie salami wracam pamięcią do tej opowieści.
Pewnie się zastanawiacie, dlaczego kojarzę własną Babcie z " Cudzoziemką" - to proste - też była z Kresów i też musiała zostawić rodzinne miasto, całą , liczną rodzinę i zamieszkać wraz z mężem i dwójką dzieci
w Warszawie.
c.d.n
Subskrybuj:
Posty (Atom)